W zasadzie nie chciałem rąbka tajemnic tych uchylać. Skoro jednak aż trzy koncerty wysokiej klasy w lutym nas czekają, a nie wszyscy muszą być melomanami bezustannie biegającymi do sal koncertowych kilka objaśnień.
Przede wszystkim jak muzyk klasyczny wygląda? Nosi strój często, jakiego w waszej szafie raczej na pewno nie znajdziecie. Tak zwany frak. Czyli przydługą marynarkę uszytą z czarnej sukni muślinowej po babci. Że muzyk na ogół (poza bardzo nielicznymi wyjątkami) krezusem (bogaczem – wyjaśniam tak na wszelki wypadek jeśli ani greki ani greckich mitów nie znacie) nie jest, na dobrego krawca go stać nie było. A kiepski zrobił co mógł: przód rozciął wzdłuż, z dolnej części wyciął dwa kawałki i doszył do krawędzi rozcięcia robiąc tzw. kołnierz i wyłogi. Babia była w biodrach szczupła, więc i tak zapiąć z przodu nie można, bo za ciasne, to wyłogi zrobił szerokie bardzo. Te kawałki co wyciął z dołu – były z przodu. I tak wygladało to na ani płaszcz ani marynarkę. No to rozciął też dolny tył i zrobił coś, co nazywa się połami po polsku a długim ogonem po angielsku (dosłownie: longtails). Jako, że marnować materiału nie lubił, pozostałe skrawki zwinął w dłuższy rulon (jak szalik) i zamiast paska lub szelek (kolejny, dodatkowy wydatek uniknięty) przewiązał spodnie przez brzuch, by nie daj boże w czasie koncertu nie opadły. Bardziej nowocześni (albo jeśli babcia była bardzo niskiego wzrostu) noszą tzw. smokingi. Różnią się tym, że nie maja poł (ogonów). Babcia była może krótka ale za to bardzo szeroka. Więc smokingi się zapinają. W Anglii też smokingi od dawna nosili. Ale nie na koncerty, bo strasznie śmierdziały tytoniem. Tam to byla kurteczka, którą (rano zwłaszcza) zakładało się na koszulę idąc do gabinetu wypalić fajkę. Stąd silny zapach tabaki z którym się na zewnątrz nie pokazywało. We Francji nazywali to tonżurkami. Ale odkąd Agent 07, jako Roger Moore zaczął używać smoking do przebrań szpiegowskich i erotycznych – muzycy to podchwycili myśląc, że i im się uda jakąś podeszłą w wieku za to bardzo bogata hrabiankę lub księżnę poderwać.
W Afryce, jak większość z was chyba wie (?) jest dość ciepło. Więc w salach koncertowych tak ubrani muzycy strasznie by się pocili. Jakby sie pocili to by mogły im nuty się rozmywać – no i jak tu grać?! Jeszcze Ci siedzący zaraz ze sekcją instrumentów dętych blaszanych mieliby dobrze, bo by im z trąb różnych trochę wiatru na plecy leciało. Ale samotny pianista, z dala od orkiestry? Lub pierwszy rząd skrzypiec? Makabra. Mówię dlatego byście zdjęciami nie byli zaskoczeni, że nie z ulicy Jasnej w Warszawie (Filharmonia) czy z nowojorskiej Carnegie Hall. Z Południowej Afryki, dokładnie Przylądka Dobrej Nadziei. Nadzieję dobrze mieć, ale lepiej jakiś konkretny fach w ręku, na wszelki wypadek …. No bo np w Polsce teraz akademicki nauczyciel w wyższej szkole muzycznej to ok. 2000 na rękę weźmie. W szkole średniej muzycznej, ok. 1800. A hydraulik po studiach ok. 3-4 tysięcy. Bez studiów też. To tak na marginesie. By wiedzieć dlaczego do tanich krawców chodzą.
No to teraz fakty czyli zdjęcia – bo jak się na własne gały nie zobaczy, to ja se mogę gadać i gadać a i tak nikt nie uwierzy. Pierwsze to cała orkiestra symfoniczna. Od liku jest jej i na początku zawsze latają, jak dzieciaki w klasie zanim usiądą spokojnie. Dlatego, że każdy chce lepsze miejsce znaleźć, bliżej dyrygenta. Siądziesz za jakimś wielkim kontrabasem i jak będziesz widział, co chce dyrygent, nawet jeśli rękami macha na całego by twoją uwagę zwrócić!?
Są jeszcze takie małe orkiestry. Nazywają się kwintety , sekstety lub kwartety. Tak po tajemniczemu, by nikt nie mógł zrozumieć o co chodzi. No bo to głupio powiedzieć: przyjdźcie na szóstkę, lub na piątkę. A na ćwiartkę to już zupełnie nie wypada. Każdy by co innego miał na myśli. Poniżej to piątka, pardon moi – kwintet. Po co te małe? To tacy,
którzy podpadli dyrygentowi i się do normalnej orkiestry dostać nie mogli. Kompozytorzy za słabi na napisanie całej porządnej symfonii piszą dla nich takie mniejsze kawałki.
Ale są i indywidualne gwiazdy. Co to sami potrafią za całą orkiestrę grać! Trochę rozkapryszeni. Porządny muzyk, który raz na pół godziny uderzy w taki metalowy mały trójkącik na takie numery nie pójdzie. On wie, że cierpliwość i skromność ma swoje nagrody. Mnie się wydaje, że takie gwiazdy po prostu nie są lubiane przez resztę orkiestry i dlatego muszą grać sami. Tak, jak w szkole prymusi i pupile nauczycieli. Zawsze na akademiach musieli być na scenie i jakieś wiersze opowiadać! Że te gwiazdy rozkapryszone, zobaczycie zaraz. Na pierwszym zdjęciu widać było, jak się cała orkiestra spieszyła, zbierała, szukała tych dobrych krzeseł. A co robil pianista? Gdzie był? No tak, tak. Widać wyraźnie. Pławił się jeszcze na pięć minut przed w wannie. 
Tak więc teraz jak już wszystko z tych arkanów muzyki klasycznej wiecie, to się będziecie mogli czuć swobodnie na salach koncertowych w lutym i cmokać z zachwytem, gdy kawałek wam się jakiś spodoba. A, nie wiem czemu ale popcorn nie jest mile widziany w salach koncertowych (a przecież niektóre wcale nie lepsze od kinowych, więc nie wiem czemu?). Natomiast cukierki, landrynki – skolko ugodno. I koniecznie zawinięte w szeleszczące pazłotka. Podobno po tym poznaje się prawdziwego melomana. Zawsze takich z podziwem i szacunkiem oglądam – sam cukierków wstydzę się przynosić (choć slinka cieknie, jak patrzę na innych), bo do tej funkcji chyba nie mam wystarczającej godności. I muszę się pilnować w swej zazdrości, bo ręka sama świerzbi, żeby po takiego cukierka a w zasadzie całą torebkę sięgnąć i zabrać …