Our talks in Babylon

It is the most beautiful time of the year in Vancouver, particularly in the West End and around the Lost Lagoon, the charming gateway to Stanley Park. On a sunny day is all a song, a poem. The time of flowering umbrellas of rosy cherry trees, of majestic magnolias, and the tiny flowers of children sprouting from the soil in multitude of colours. The singing birds returned to their nests, their homes on the branches of massive trees. Their colossal migration almost done, they are back at home. A reflection comes to mind: just as my migration finishes. Back home, all the way from the shores of mighty Atlantic, across the vast continent.

With a book in hand I read familiar story of another traveler: Alexander, the young king of Macedonia. I have read many accounts of the ancient story written by historian and writers. The story of conquests and of battles and a story of searching for love.

Yes, there were numerous battles small and great; there were many corpses of his soldiers and generals – but all of it does not matter. In the annals of history of man there are always battlefields and dead bodies strewn on the banks of some great rivers, on the shores of some seas.

But the quest for love is different than the quest for land, or hegemony. The quest for love is worthy of all and every battle and the only thing when murder and death are excusable. For what is greater than She after all? She gives meaning to live and She excuses death.

Alexander and Hephaestion

hunting a stag

                As I read the story again[i] – the battles and the fallen soldiers and generals do not matter to me. It is the travel through lands unknown bringing chances of love and romances that matters to me. How had it changed him? Each culture enriched him, each lovemaking, with a woman or man made him different, too. He was no longer Alexander of Macedonia, no longer even Macedonian nor Greek. He was the Great Alexander. Man, who could have had anyone and anything. Did he? Did he quenched his thirst, filled his hunger?

At the very end: was it one, big irony that his conquer had defeated him? Whom should I ask? Gilgamesh[ii] or the great poet Rumi[iii] of XCCC century Persia?

Indeed funny, that it brings me to these names. Not to Shakespeare, or even Dante Alighieri – they are just famous copiers of stories of ancient Love Immortal, or very much deadly indeed – Love Mortal.

The story, a tale perhaps, as told by no one other than Klaus Mann (himself a hunter of love) brings me my own memory. As he (Mann) of Alexander’s stay in Babylon – the cradle of civilization – he recounts the young king visit and tribute to Ishtar[iv], who was so instrumental for the fate of Gilgamesh.  Moreover, he mentions Alexander visit to the temple of Marduk [p. 89]. The temple was from the times of king Nebuchadnezzar[v] .

I have never been a sculptor. Yet, in the equally ancient time of my childhood, being maybe a boy of twelve, maybe thirteen, I did with my own hands sculpted from the red clay of Masovia a small figurine of Marduk sitting on a large throne, with his beard coiffure intricately in layers – the way the Bavylonians did in the time of Nebuchadnezzar. Ha! A friend of my father (who was, unlike me, a formally trained sculptor) grabbed that sculpture of mine, called it ‘marvelous’ and took it to some local small museum somewhere in or around Olsztyn in Masurian forest. Never seen it since, nor heard of it again, LOL. Perhaps it still is on some dusty shelf there (where exactly?), LOL. Sufficient to say I have never sculpted again. There is certainly enough of Rodins in Louvres of the world.

                The old gods of Syria and Mesopotamia did not touched me and Marduk wasn’t exactly a god of love, more a god of war and revenge. Nonetheless, a god. But let’s go to our Alexander. Our lovely, terrifying, amorous, beautiful and merciless Boy-King in his quest for love. Love – the only thing that is immortal in the lives of silly kings and heroes through our entire history.

Mann states: ‘He wanted to be loved, and nothing was more important to him.’ [p. 89] .

I am not a sculptor, I am just a poet. Let me try to say it clearly in versed form:

In the Gardens of Semiramis love grew

in rows on cascading steps  of all colours;

of aromas conquering their souls and hearts.

Was it forever mine to claim, cherish, to behold?

When my king will lead me to battle

and I will be slain by a sword or an arrow –

I will be happy to say: I have been loved

and I was in love. My destiny was fulfilled.

(by B. Pacak-Gamalski, March 2026)

Alexander galloping through Asia on his beloved Bucephallus comes to Egypt. There he wants his lover to be made a god. Immortal. Hephaestion is denied the transformation (as given previously for Alexander himself) and is forced to be contained with a lesser denomination as a hero. But it is of no use for him, he already was given the ultimate prize, the highest possibly – a love eternal from his Beloved himself – Alexander. When he dies Alexander weeps for days as he lays on the body of his friend and lover, when he dies. Soon after that tragic death, Alexander dies himself. Did he loved as much the young eunuch boy, so beautiful Bagoas? He did likely in the moment they were kissing, but his soul was already given totally to Hephaestion.

Gods are not very forgiving to people for their all-consuming great loves. It threatens the love and adoration they expect from men toward the gods, not other mortals. But gods are blind, too. They think too much of themselves, perhaps they love themselves too much? For everything is mortal: people, heroes and gods. The only thing immortal is Love itself.

I should know a bit about it, for I have met Love once in my short journey. Au Wiedersefen, Herr Mann, goodbye my dear god-like Alexander.   


[i] Klaus Mann “Alexander”, pub. Hesperus Press Ltd; London, 2007

[ii] Gilgamesh | Epic, Summary, & Facts | Britannica

[iii] Rumi – World History Encyclopedia

[iv] Ishtar | Goddess, Worship, & Facts | Britannica

[v] Nebuchadnezzar II | Biography, Accomplishments, & Facts | Britannica

Rozmowy z tobą

Rozmowy z tobą

Rzeki życia

Rzeka wielka, muskularna, stalowo-szara

rzeka, której bulwarami przechadzam się

teraz w nasiąkłym od wody powietrzu –

jest mi dziwnie bliska i wyraźnie obca.

Woła mnie zachrypniętym głosem

starej aktorki, która niegdyś grała

Marię Stuart i Desdemonę – a dziś

tylko wiedźmę kuszącą Makbeta.

Macham na nią znudzoną ręką

obojętności. Jakie królestwa

możesz mi obiecać, jakie korony

niepotrzebne? Vene, vide. Vici?

Tak, widziałem, zwyciężyłem i byłem

zwyciężonym.  Jakaż słodka to była

niewola! I jak gorzka zwrócona

później wolność niedosycenia.

Jeszcze zbyt wcześnie ofiarowana,

a już za późno na oczekiwania.

W górze rzeka atmosferyczna

siąpi i nasącza włosy i duszę.

B. Pacak-Gamalski, 18.03. 2026, New Westminster

Czasem wiersz jest najlepszym sposobem ‘rozmowy z lustrem’, wiwisekcji splątanych węzłów życia. Tłumaczyłem na tych łamach kilkakroć w przeszłości, że wiersz nigdy nie powinien być pisany dla wszystkich (zwłaszcza nie dla wydawców, krytyków, dla ludzi-czytelników). ‘Ludzie-czytelnicy’ to liczba mnoga, a wiersz to liczba indywidualna. Wiersz należy zawsze i bezwzględnie pisać tylko do jednego czytelnika, słuchacza, adresata. To musi być intymna rozmowa dwóch podmiotów: wiersza i czytelnika. Jeśli masz coś intymnego do powiedzenia przyjacielowi nie możesz tego robić na wiecu. Nawet spotkanie autorskie nie zwalnia nas z tego obowiązku. Każdy słuchacz musi wiedzieć, czuć, że ten wiersz teraz czytany jest właśnie dla niego. Bo w wierszu odsłaniamy swą całkowitą bezbronność, swoje najkruchsze ego. Swoją słabość, która jest jedyną siłą, jaką posiadamy.

Naturalnie jest poezja pompatyczna, do ludzkości, do narodu. Bzdura. I ta najbardziej pompatyczna jest zawsze tylko dla jednego czytelnika – tego, który ją teraz czyta lub słyszy. Inaczej jest blagą, oszustwem oczekującym na akceptację tłumu. Każde spotkanie ze sztuką jest przeżyciem prywatnym, intymnym.

Inne epoki, czasy odległe inną miały miarę i oczekiwania. XIX i XX wiek kompletnie to wywróciły i odrzuciły. Dały wolność jednostce, temu ja i ty, które jest początkiem i końcem kontaktów międzyludzkich.

Od czasów niespodziewanej i nagłej śmierci mojego męża wiersze, które piszę są rodzajem kontynuowania moich rozmów z nim. W okrutnym czasie tuż po tej Stracie z naturalnych względów były tym – opisem Straty, jej okrucieństwa i pustki, aktem niezgody, oskarżaniem bogów i siebie, że do tego dopuściliśmy, że Czasu nie zatrzymaliśmy. To było naturalne. Ale Kosmos i bogowie mnie nie opuścili, nie zdradzili. Tragedie indywidualne godne eposów antycznych zdarzają się stale. Czemu? Nie wiem. Fatum? Czy istnieje coś takiego? Też nie wiem.

Do życia – innego zupełnie i nieznanego mi przedtem – jednak wróciłem. Ciągle zachwyca mnie moment, zachwyca – też mimo wszystko – człowiek, jego piękno i jego ból, jego kruchość i potęga. I odtąd te wiersze, to zapis moich rozmów z nim – mom najbliższym przyjacielem. To mój pierwszy indywidualny, pojedynczy czytelnik-słuchacz. Gdy wiersz wychodzi ‘w świat’ (publikacja, spotkanie poetyckie) – tą rozmowę podejmuję z każdym indywidualnym czytelnikiem. To moja cicha rozmowa z tym czytelnikiem/czką. Inaczej bym się nie odważył pisać.

post scriptum: zamieszczona fotgrafia-portret, to zdjęcie mojego męża

Dzieci poezji i parków

                                                                                                                                             Melriches, March 12.26

Ulica Egzystencji

Uśmiechy ludzi mijanych na chodniku.

Obojętne spojrzenia innych na tymże.

Życie, ludzie mają swoje dzienne sprawy.

Mogą być też zwyczajnie zmęczeni tym dniem.

Późne popołudnie to wszak czas powrotów

z pracy, nie lubianej przez większość – współczesnej

formy pańszczyzny ich przodków. Wymianie

uległy jedynie nazwy, nie zasady.

Wczoraj śnieg wrócił. Mokry. Brudna breja

biało-szara zaległa uliczki między

starymi kamieniczkami i nowymi

wieżowcami, gdzie skryli się mieszczanie

ze wzrokiem utkwionym w szklanych ekranach

telewizorów, zawsze obecnych ręcznych

telefonach, tabletach, komputerach.

Te kamienice i wieżowce nie mają

znaczenia dla bezdomnych. Szukają tylko

jakiegoś nawisu nad parterami tych

kamienic, szklano-stalowych wieżowców.

Miejsca, gdzie mogą usiąść na swoich workach,

które wypełnia ich dobytek, ich wózkach.

Nie zwracają uwagi na mieszczan, którzy

mijają ich obojętnie, przyzwyczajonych

do ich egzystencji: tak widać być musi.

Biedacy i mieszczanie. Dwie Egzystencje.

Idę więc tą ulicą Egzystencji,

i jednak się uśmiecham. Mimo kropelek

deszczu, znajduję w moim mieście kwitnące

magnolie, zawilce i żonkile żółte.

Opodal alejki Kreciego Wzgórza

skromny krzaczek różany z jednym kwiatem,

płonącym żółtym płomykiem-latarenką.

Odwiedziłem wcześniej mój Kościół – Bibliotekę.

Zwrócić jedną książkę i pożyczyć drugą.

Taka wymiana opłatka komunijnego.

Komunia Święta to my. Jesteśmy Komunią,

jesteśmy komunardami paryskimi.

I uśmiecham się znowu popijając

kawę w ulubionej kawiarni na Davie.

Dobrze jest być komunardem. Nie, nie chce być

ani Robespierrem, ani Maratem. Nie.

Wolę być zwykłym komunardem biegnącym

od kawiarenki do kawiarenki paryskiej

z bagietką w jednej ręce, drugą z butelką

taniego wina, krzyczącym: Liberté!

Fraternité! Eh, Egalité zgubiłem!

Nigdy nie będziemy równi, czymś się jednak

odróżniać musimy, aby nie było nudno.

Mój smutek i żal? Moja tęsknota gdzie?

Zawsze są ze mną, dzieci się nie porzuca.

Bogumił Pacak-Gamalski, Vancouver, 2026

Wojny i mężowie stanu. Wojny i rozbójnicy.

Wojny i mężowie stanu. Wojny i rozbójnicy.

Doprawdy nie chce się brudu dotykać i pisać o polityce. Ale jest wokół nas, dotyka brudnymi łapami, wrzeszczy, pijana bełkoce wieczorami, wszczyna burdy po wódce w barach i bramach kamienic. Zatacza się z panienkami lekkich obyczajów pod Grand Hotelem w Sopocie, pod Bristolem i Europejskim w Warszawie.

Chcąc czy nie chcąc – dotyka nas i naszego życia. Spokoju po dniu pracy lub lęku: co będzie jutro? Lęku niestety. Lęku i złości. Ile trzeba łajdactwa w sobie nazbierać, by wykorzystując niezasłużenie otrzymane funkcje i wysokie pozycje we władzach kraju, by stać się tak bezczelnym i zadufanym w sobie, by ten spokój nasz, te prawo do odpoczęcia nam niszczyć?

Kraj ma wielką wojnę na granicy od Białorusi aż po Bieszczady, zresztą Białoruś w łapach okrutnego satrapy odgrodzona od nas zasiekami z drutu kolczastego. To nie są żarty – to codzienna rzeczywistość naszych granic wschodnich.

Wielkie, okrutne wojny zapaliły się od pocisków i bombardowań szalonego Pomarańczowego Starca i zbrodniarza wojennego z Izraela: od starożytnej Persji po cały Bliski Wschód. Netanjahu ostrzelał pociskami z białym fosforem ludność cywilną wbrew prawom wojny, które zabraniają używać tej okrutnej amunicji, jeśli istnieje ryzyko, że spadnie na terenach, gdzie może być ludność cywilna. A to dokładnie zrobił ten zbrodniarz wojenny, grabarz Gazy i Palestyńczyków.

Zbrodniarze naszego świata: Putin, Netanjahu i Pomrańczowy Starzec stoją nad olbrzymią beczką prochu z zapalonymi lontami. Beczki każdego z nich kryją ładunki atomowe i jądrowe. Czy podpalą? Uważam, że nie zawahają się, jeśli dojdą w swych schorowanych mózgach do wniosku, że ich plany się chwieją i mogą paść na śmietniku historii. Czym się różnią tysiące ofiar od milionów? Niczym prócz zer. Bo taką wartość w ich umysłach ma ludzkie życie: zera.

W takim świecie, w takim zagrożeniu znajduje się Polska. Naturalnie nie tylko Polska. Ale ona też. Bezpośrednio w każdej chwili zagrożona od Putina, najmłodszego z tych trzech starców, bo tylko 73-letniego jeźdźca Apokalipsy.

I w tejże Polsce toczy się od tygodni już szalona, nienormalna wojna polityczna o rozbudowanie i wzmocnienie polskich wojsk. Za czyje pieniądze, z kogo zasługi? Za jaką cenę? Od tygodni całych, od awantur sejmowych, nienormalnych spotkań z nienormalnym prezydentem i absurdalnej argumentacji skrajnej prawicy stetryczałego Kaczyńskiego. Do tego dołączył ostatnio ten tłusty wieprz ze stanowiskiem Prezesa Narodowego Banku Polskiego. Wlazł po prostu nachalnie w samo centrum dyskusji politycznej o podstawowych dla państwa sprawach. Prezes Banku, nie poseł, nie minister, nie senator, nie premier. Urzędnik państwowy. Banku, który od wielu już lat każdego roku ogłasza deficyt rzędu miliardów złotych. Nagle mówi, że znajduje miliardy, które mogą być użyte na rozbudowę armii i uzbrojenie. Więc jeśli gdzieś pod tapczanem te miliardy znalazł, to zgodnie z prawem musi tą nadwyżkę przelać na budżet państwa do dyspozycji rządu. Takie jest prawo, idioto. I w dodatku możesz być pociągnięty do odpowiedzialności karnej za składanie niezgodnych z prawdą raportów dla ministra finansów. Więc zaczyna się wić, jak żmija tłusta i pocić. Nagle wpada na pomysł: sprzedajmy rezerwy polskiego złota i będą pieniądze! Cudownie! Zastawimy drugą hipotekę na ten sam dom, który już ma hipotekę (owe deficyty Narodowego Banku Polskiego to właśnie ta pierwsza hipoteka). Genialny idiota, czy idiota zwyczajny? Jak to jest, że politycy bardzo prawicowi tracą mózgi i wszelką racjonalność, gdy prowadzą wojnę polityczną o władzę w państwie? Jest wszak coś, co nazywa się najzwyczajniej racją stanu. Gdzie spory polityczne nie maja prawa głosu, gdzie interes podstawowy państwa, to absolutny priorytet. Nieprzekraczalny, niedotykalny.  

Otóż rząd wypracował w dyskusjach z Unią Europejska olbrzymią pożyczkę na wyjątkowo dogodnych, wieloletnich procentach ( 3%!). Bagatela, tylko 150 miliardów euro[i], lub 185 miliardów złotych. Tak, to jest pożyczka, daj wam boże jednak a takich warunkach taka pożyczkę dostać od jakiegokolwiek banku. Nawet nie na prawie 200 miliardów, ale na głupi milion – sam stanę w kolejce.

Szanowny (tak, to figura retoryczna, bo potwierdzam, że nie szanuje pana) Panie (P)rezydencie, stoimy być może w sytuacji, w jakiej Polska była między 1937 a 1939 okiem. Nie ma czasu ni miejsca na kłótnie i spory polityczne. To by się równało zdradzie narodowej. Gdyby pan prezes Narodowego Banku Polskiego znalazł legalne i konstytucyjne miliony polskich złotówek – ma pan już zapewnienie rządu, że też je zużyje na obronność Polski. Wiem, że pan nie znajdzie, bo z próżnego i Salomon nie naleje, ale gdyby … Tu pieniądze mamy już teraz. Czekające, gotowe. Trzeba tylko pańskiej kontrasygnaty a odpowiednim akcie sejmowym. Proszę stanąć na wysokości zadania Zwierzchnika Polskich Sił Zbrojnych. Albo wrócić na Wybrzeże do Grand Hotelu.


[i]SAFE dla Polski – dotacje czy pożyczki i na jakich zasadach

6 Symfonia Czajkowskiego w Orpheum w Vancouverze

6 Symfonia Czajkowskiego w Orpheum w Vancouverze

Bardzo dawno temu, bodaj w 2018 byłem z moim Johnem na koncercie Akademii Muzycznej[i].  w ‘Orpheum’ w Vancouverze Pamiętam świetnie, bo grali nie takie łatwe ‘Requiem”[ii]. W Akademii tej często wówczas gościłem i znałem wielu z młodych studentów z całego świata, wielu wykładowców. Wykładała tam wówczas (wykłada w dalszym ciągu w tej samej uczelni) dobra znajoma, pianistka polska Krystyna Tucka. I naturalnie zacny Kim Sun Lee, z którym prowadziłem często długie rozmowy.

Z przyjemnością więc poszedłem do tej naszej filharmonii posłuchać, jak się ci znajomi studenci na formalnym koncercie zachowają, czy nie ulegną zbyt dużej tremie. A nie ulegli, koncert był bardzo udany.

Minęło osiem lat i 1 marca 2026 w tymże samym Orpheum jestem znowu, by słuchać tegorocznych studentów Akademii Muzycznej. Tym razem program jeszcze trudniejszy, obejmujący różne style i epoki muzyki. I, naturalnie to jest już też następna generacja młodych muzyków.

Miejsce, swoim zwyczajem, zająłem na pierwszym balkonie w pierwszym rzędzie, na ostatnim fotelu. Stary zwyczaj, bo i widok całej sceny dobry i siedzą z boku mam możliwość robienia w trakcie swoich notatek, co później ułatwia spisanie wrażeń koncertowych.

Dodatkową miłą atrakcją była część pierwsza z pianistą Forestem Bensonem[iii]. Słyszałem o nim już coś, ale nigdy nie słyszałem jego gry.

Benson grał uroczą uwerturę z Magicznego Fletu Mozarta; Koncert Fortepianowy Nr5 F-dur, Op.103 Saint-Saensa.

Początek Uwertury Mozarta był zbyt delikatny, zbyt nieśmiały. Ale pianista szybko poczuł ducha tej radosnej muzyki, nadał jej właściwy nastrój i tempo.

Muzyka Saint-Saensa nie jest łatwa, to przedział epok muzycznych, przechodzenie z jednej do drugiej. Pełny koncert pianistyczny, więc z całą orkiestrą. I robi to bardzo dobrze. Nie stara się być gwiazdą, a raczej częścią tej muzyki, wespół z orkiestrą. Co mnie trochę zaskoczyło, to prawie niewidoczny kontakt dyrygenta (Ian Parker, ntb. z bardzo dobrym i cenionym życiorysem prowadzenia orkiestr) z pianistą. Oczywiście, że są obok: pianista słyszy orkiestrę, dyrygent słyszy pianistę. Tylko czasem warto ten kontakt wzrokowy ułamkiem sekundy utrzymać, wzrokiem dać znać kiedy i jaki akcent podkreślić. Gdy się jest kapitanem okrętu nie należy zakładać, że Pierwszy Oficer czyta w myślach kapitana … .  Nie mogę powiedzieć, że wykonanie by było lepsze, gdyby ten kontakt był zauważalny. Po prostu nie wiem, bo nie istniał przez większość gry. Może to moje stare przyzwyczajenia jedynie. Na usprawiedliwienie dyrygenta należy jednak przypomnieć, że pianista – choć młody – już z pewnym uznanym dorobkiem, zaś cała orkiestra to … młodzież muzyczna i na pewno więcej kontroli i opieki wymagała niż fortepian. Z sekcji orkiestrowych zdecydowanie należało pochwalić waltornie i oboje, dobre były skrzypce i altówki, na właściwym poziomie wiole i kontrabasy. Szczególnie duże uznanie oddaje młodemu muzykowi za bębnami – świetnie operował młoteczkami i jego ‘divertissementa-kanonady’ były majstersztykiem.

         To było małe, urocze tête-à-tête przed daniem gównym, małe soirée zanim otworzą się wielkie drzwi do bogatego salonu jadalnego. Dziś serwują 6 Symfonię h-moll Czajkowskiego. Symfonię, nomen-omen, nazwaną ‘Patetyczną’. Kompozytor nie wiedział jeszcze, że będzie ona ostatnią większą kompozycją. Na jego niebie zbierały się już czarne chmury spisku potężnych przyjaciół samego kompozytora, ale i przyjaciół dworu carskiego. Romantyczna miłość do syna potężnego arystokraty rosyjskiego zakończyła się sfingowanym pojedynkiem, w którym Czajkowski zgodził się być zastrzelonym[iv]. Nie nawiązując do romantyczno-tragicznych przyczyn śmierci Czajkowskiego, Ian Parker bardzo ładnie w słowie wstępnym wyjaśnił, że nazwa ‘patetyczna’ w języku rosyjskim ma nieco inne brzmienie, bardziej smutne i tragiczne niż w rozumieniu popularnym, et winno być odczytane, jako wielka, wspaniała, podniosła. Chyba wystarczyło takie objaśnienie.

Pierwsze adagio –Allegro non troppo. Dobrze bardzo zagrane. Zwłaszcza solo klarnetu przejmujące; kotły utrzymują i poniekąd narzucają bardzo dobre tempo. Dobra synchronizacja całej orkiestry, zapomina się, że to orkiestra młodych studentów – to po prostu muzycznie dojrzała orkiestra. Równe granie jednej sekcji instrumentalnej udziela się pozostałym sekcjom instrumentalnym. Odnosi się wrażenie, że sami to doceniają i słyszą, dodaje im to skrzydeł, pewności lotu. Przez moment tylko odnosi się wrażenie, że trąbki i tuba opowiadają jakby inna historię, LOL. Ale to moment tylko.

         Allegro con grazia trochę słabsze, brak ‘łagodności’, czułości tej muzyki, choć nie jest zagrane nagannie. Może pomieszały się szyki kto i kiedy dźwiękowi pozwala, jak ptaku ulecieć? Na szczęście nadchodzi moment uroczego walca, który – jak to walc –  który wszystkie instrumenty łagodnie i tanecznie po sali balowej, niczym wodzirej elegancko prowadzi.

Przychodzi finał. Adagio lamentoso. Jak w każdej szanującej się symfonii te ostatnie allegro musi nawiązać muzycznie do części pierwszej, podjąć główny temat muzyczny.

Odniosłem wrażenie, że ta krótka pauza między molto vivace a adagio lamentoso zbyt była krótka. Nie można z walca radosnego ot tak, przeskoczyć do lamentu. To dwa odległe świata emocjonalne, dwa kosmosy uczuć. Być może niezbyt wyraźnie odczytali ruch ręki dyrygenta, pospieszyli się? Gdy jedna sekcja zacznie, wszyscy muszą kontynuować. To tylko drobna uwaga, bom bardzo wyczulony był na ten utwór i jego całą otoczkę historyczną. Przy tym adagiu-lamencie powróciła myśl o młodym Czajkowkim, jego tragicznym romansie… .

Wracajmy do muzyki wszak. Ten finał grany był bardzo dobrze. To była jakby zapowiedź, przepowiednia tragedii, która zawisła nad życiem kompozytora. Fatum płynące, jak jęk, płacz w cieniu kanonady rewolwerowej.

Młodszy brat Piotra, Modest Czajkowski miał powiedzieć, że ta symfonia była ‘elegią po zabitym kochanku’. O tym właśnie myślałem smutno, gdy słuchałem ostatnich taktów tej symfonii w Orpheum.

Czy tak było naprawdę? Teorie jedynie, pół-słowa, szczątki wspomnień rozsiane po carskich i sowieckich archiwach, tak, jak pół-słowa i pół-prawdy o kochanym Fryderyku i jego miłościach i miłostkach …  

Na samym końcu pozostaje muzyka: piękna, szlachetna, smutna i radosna, porywająca i powalająca. Ot, sztuka.

Po koncercie spacer sobie zrobiłem w kierunku naszej Galerii Sztuki. Muzyka musiała się wlec za mną, niczym rozwiana peleryna romantycznego kompozytora. Bo tu nagle inna kultura, inna cywilizacja i inna muzyka grana na elektrycznych organach. Japońska artystka, i to w kimono klasycznym, grała przeuroczo przed Galerią. Posłuchałem, podziękowałem grzecznie, grosik wdowca do puszeczki wrzuciłem i poszedłem dalej stukając kijkiem po chodniku.


[i]Vancouver Academy of Music

[ii]„Messa de Requiem:; G. Verdi; 1874

[iii] Forest Benson, piano

[iv] Historia i kultura: Piotr Czajkowski (1840-1893)

Bridges, lake and crows …

Bridges, lake and crows …

Two stories in one. Bridges, for example. We know in Vancouver, that bridges are the backbone of our transportation. Fraser River is like an impenetrable natural border that separates two entities of our great multi-cities community: huge, deep, unforgivable. There is one equally mighty – it is, of course, the Burrard Inlet with one arm ending in Port Moody, the other in the Indian Arm fiord.

It starts with the poster-like Lions Gate Bridge – hanging over the entrance from English Bay to Burrard Inlet. Its name comes from two characteristic peaks of Coastal Mountains, resembling heads of two huge lions resting atop. Strangely enough, I have seen every morning and every evening almost identical bridge from the windows of our apartment in … Dartmouth. On the other end of Canada, by another ocean – Atlantic. It connects Dartmouth and Halifax. Drove, biked and walked across it probably hundreds of times. The similarity of these bridges was striking. Not by accident – that in Halifax and the one in Vancouver were designed by the same architect, Philip Pratley. In 1938 in Vancouver, and in 1955 in Halifax.

But for the majority of Vancouverites (that includes the majority of the multitudes of cities and town that make up the Greater Vancouver) it is Fraser River. If not for the bridges spanning the River (and a tunnel, very busy and vehemently disliked by travelers) – there would not be any Greater Vancouver. As simple as that.

Relatively new and modern Alex Fraser Bridge, oldest – Patullo, newest and impressive Riverview Bridge, Port Mann, and Golden Ears (connecting to Pitt River Bridge). 

Three of these bridges are very close to my heart: the oldest and first, Patullo; the Riverview, since I watched its ‘birth’ and Port Mann.  

Patullo – the oldest and first one to connect not only huge Surrey to Vancouver’s ports but originally to connect the USA farmers to trains and Vancouver’s ports – simply put: to international trade and shipments. Since I remember it was too old and too small twenty years ago. It outlived its purpose even before the monumental urban transformation of Central Surrey. And now, the other day, I witnessed the beginning of its dismantling starting on Westminster side.

Port Mann – seen it being build in 2012 and remember using the first, older one that was built in 1964, well before my time in Canada before. The current one is by far the most picturesque, especially when you see it from a distance – it appears like huge sails spanning the river.

Also remember, when the construction of Golden Ears Bridge finally connected Surrey and Langley toward Lougheed Highway, and across Pitt River to Maple Ridge.

/last picture – the opening of A.L. Macdonald Bridge in Halifax in 1953/

Lots of memories during my current, last sojourn in a place and land I have spent majority of my life. Thanks to my dear friend, who also likes travels, long walks – we visit many jewels of this amazing jungle of man-made structures of steel and cement and rich array of huge natural parks, beaches, protected areas of wilderness in the middle of this huge land of Greater Vancouver.

One of very dear to my heart is a vast wetland and marches of Burnaby Lake. I used to come here with my husband and my mom for long walks. But have not visited it since late 1990ties, when we moved to Capitol Hill in Burnaby, after our move from Calgary. It is sort of out of the way, tucked in a low laying valley. The other day I talked with my friend about it and he remarked that he has not been there for years, too, and asked suddenly: why don’t we drive today there? We did.

A kingdom of waterfowl and main gathering of thousands of crows for their daily ‘parliament’, that gathers here from all over Greater Vancouver. Nice, long trails for miles to walk, bike. We enjoyed it very much.