Grzegorz Braun – karykatura posła

Bodaj wczoraj lub dzień wcześniej ogladałem, na żywo, transmisję z procesu sądowego tej nienawistnej poczwary polskiej polityki, posła (sic!) Grzegorza Brauna.

Ta podła kreatura zachowywała się okropnie. Trafiłem akurat na fragment, gdy przesłuchiwano w charakterze świadka profesora Uniwersytetu w Ottawie (Kanada), pana Jana Grabowskiego. Akademika specjalizującego się w historii polskich Żydów, w szczególności okresu Holocaustu 2 wojny światowej i w pierwszych latach po wojnie.

Nigdy nie negowałem metodologii prof. Grabskiego ani jego wyjątkowej znajomości tematu, ale często nie zgadzałem się z jego konkluzjami. Nie będę powtarzał mojej argumentacji – wyłuszczyłem ją obszernie kilka dobrych lat temu w cyklu tematycznym na moim blogu. Wszak dojście do innych konkluzji i oceny etycznej i moralnej nie jest wszak w jakikolwiek sposób zaprzeczeniem dorobku naukowego Grabowskiego w tej materii. Naturalnie, że nie jest jedynym badaczem tego obszaru historii, a jednym z licznych historyków polskich, izraelskich i z innych państw, którzy tym olbrzymim i horrendalnym okresem się zajmowali. Ale jest, ze względu na zebrany materiał dowodowy, jednym z ważniejszych.

                Na wokandzie sądowej pan Grabowski był tylko świadkiem prokuratury oskarżającej posła Brauna o akty przemocy i wandalizmu. Chodziło w szczególności o ustalenie faktów i przebiegu zdarzeń z dnia, gdy kilka lat temu[i] miała miejsce prelekcja Jana Grabowskiego organizowana przez Wydział Historii Uniwersytetu Warszawskiego. Prelekcja, która de facto nie odbyła się, gdyż zaraz po wstępie profesora tenże faszysta Braun podbiegł do mównicy i po chuligańsko zdementował mikrofony i urządzenia nagłaśniające. W wyniku powstałego zmieszania i strachu wystąpienie akademika przerwano i nie mogło już w takiej sytuacji być kontynuowane. Niewątpliwie do zwiększenia zamieszania i konsternacji wspomogło też głośne przypominanie Brauna, że dokonuje ,interwencji poselskiej’. Pomyliły mu się widać wieki, bo od czasów I Rzeczypospolitej, gdy pojedyńczy szlachtura mógł sejm zerwać jednym  ‘nie pozwalam’[ii] minęly bezpowrotnie kilkaset lat temu. Niemniej okrzyk ‘przeprowadzam interwencję poselską’ mógł niektórych autentycznie wprowadzic w konsternację.

Wyobraźcie sobie państwo 460 posłow biegających po różnych miastach w Polsce, niszczących mikrofony i zrywających spotkania-zebrania mieszkańców tych miast! Sodoma i Gomora, LOL! Na szczęście chyba 99.5 procent posłow RP aż takimi wariatami nie jest. W każdym bądź razie nie do tego stopnia, by ich trzeba było zamykać w wariatkowie. Tak, rozumiem, że wielu czytelników może się ze mną w tej kwesti nie zgadzać i chętniej jednak by cały Sejm do wariatkowa (na wszelakij słuczaj, jak mawiają starożytni Rosjanie). Wracjamy wszak do tematu, bo nie było to zajście ani wesołe ani zabawne.

Prawdą jest, że Braun to wąż przebiegły i szczwany. Na szczęście polskie sądy już odzyskały w dużej części swobodę i niezawisłość, którą im odebrano w ciemnej nocy lat 2015-2022. Dzięki temu sędzia był bezwzględny wobec oburzających chwytów Brauna, który uważał, że uczyni z wokandy sądowej teatr polityczno-ideologiczny. Na przekór jego usilnych prób, tym razem mu się to nie udało. W pewnym momencie wyczerpał cierpliwość sędziego i tenże nakazał mu opuszczenie Sali sądowej na pewien okres czasu.  W czasie tej ‘banicji’ reprezentowało oskarżonego aż trzech obrońców-adwokatów. Po powrocie na sale rozpraw nieco skonfundowany poseł starał się mitygować. Ale naturę chuligana trudno nawet samemu okiełznać. Szczęściem przytomności i już chyba pewnej irytacji sędzia wielokroć informował świadków, że na niegrzeczne pytania oskarżonego nie mające nic z konkretem sprawy odpowiadać, lub wręcz ich zaczętą już odpowiedź przerywał, dając krótkie wyjaśnienie. Żal mi trochę było adwokatów oskarżonego, którzy zachowywali się przyzwoicie, a ich klient systematycznie swoimi perorami ośmieszał, żenował i niweczył wszelkie szanse na jakąkolwiek skuteczną strategię obronną.

Ileż padało z jego ust obraźliwych słów, które ze względu na kontekst jego wypowiedzi były szkalujące i szczujące. Hasła ‘Polak’, ‘patriota’, ‘Żyd’, ‘Szkop, ‘Niemiec’, ‘folkzdojcz’, ‘komuch’, ‘Ruski’, ‘Wołyń’, ‘Eurokołchoz’ były rzucane, jak piłeczki pingpongowe. I nic z przedmiotem sprawy nie mające wspólnego. Zwykła odrażająca natura tego człowieka, który gdy mówi, to pluje błotem.

Nie potrafię w jakikolwiek logiczny sposób wytłumaczyć i zrozumieć takich osobników.  Poza jedna ewentualnością: nienawiść traktowana , jako choroba psychiczna zżarła jego mózg kompletnie. Ale wtedy trzeba być konsekwentnym – taki osobnik, jako niebezpieczny dla otoczenia winien być izolowany w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym na czas nieograniczony.

Co jest bardzo smutne, to świadomość, że ktoś go na posła wybrał. Ktoś na niego głos oddał. Świadczy to o degrengoladzie pewnej (nielicznej, wierzę) części naszego społeczeństwa. Części, która jakby zapomniała, że największa część ofiar Holocaustu, to byli polscy obywatele, polscy Żydzi. To nie byli przybysze z kosmosu – to byli nasi sąsiedzi, nasi sklepikarze, nasi poeci, malarze, pisarze, kompozytorzy. Nasi, polscy Żydzi.

Pod tym łączem jest przekierowanie do mojego tekstu z października 2022 roku, który syntetycznie i dość jasno wyraża moje prywatne, osobiste rozumienie Zagłady i procesu emocjonalnego, który jako Polak musiałem przejść. To część trzecia cyklu, jaki wówczas pisałem i jako ostatnia najbliżej oddaje nie tyle racjonalne ile emocjonalny stan mojego rozumienia tamtych złych czasów.

Smutek i Brak. Cisza, którą trzeba wypełnić prawdą. – > > Pogwarki < <

[i] 30 maja, 2023 roku

[ii] liberum veto

Wiersze jeszcze, bo jednak wróciły

Wiersze jeszcze, bo jednak wróciły

Bogumił Pacak-Gamalski

Staffowsko jakoś za oknami. Stukają te jego krople w okno, jakbym nie zauważył, że pada. A był i spacer po moich kafejkach dwudniowy. Cóż poza piciem kawy w kafejce robić? Kiedyś pisałem wiersze, teraz mi się nie chciało. Myślę: na co mi to? Komu to potrzebne? Odpowiedzi nie było – ale wiersze się znalazły i się w kajecie zapisały. Stare przyzwyczajenia.

I tak po prawdzie, gdy chce się powiedzieć, wyrazić szczerze, prawdziwie, a nie po prostu wymądrzać – to poezja jednak najlepszym zdaje się narzędziem. A może nie? Choć powiadają, że milczenie, to złoto. Więc gdybym był mędrcem, może bym i milczał. Ale nie jestem.

Callas

Słuchałem Callas cudowną,

gdy skrzydłem niosła dźwięki

nad łąkami operowych

scen niczym diamentów tren.

I byłem i płakałem z nią,

gdy w Nagasaki łkała;

gdy była dziką Carmen

w Andaluzji wzgórz i róż.

Byłem z nią wstępującą na

stos i szeptałem: Normo,

ogień miłości lepszy wszak

od ognia całopalnego.

Na nic prośby i błagania!

Primadona by żyć – umrzeć

musi nim dzień brzaskiem wstanie

Bogumił Pacak-Gamalski, 2026

Do filologa

Czy wiesz, że słowa to nie zbiór liter?

Słowa to czerwień krwi na ustach,

to drżenie rąk, gdy dotkną jego

ręce jej skórę, jak marmur białą.

Czy wiesz, że litery to nie znaki

alfabetu a muzyka dźwięków

wyznających miłość, czułość.

Słowa to ptaki i obłoki wysoko.

Czy wiesz, że pamięć to nie czas przeszły,

pamięć żyje w nas teraz, codziennie.

Jest jak blask słońca i lampa księżyca,

co oświetla mroki naszych nocy.

To czas teraźniejszy, nieustanny.

Czas otwartych szkatuł i walizek.

Każdy moment, chwile złożone

starannie w równą kostkę bielizny.

B. Pacak-Gamalski, Moodswing Cafe, 25.09.26

Jeszcze

Chciałbym byś mi grał jeszcze

na skrzydłach wiatrów i chmur.

Byś śpiewał falami białych plaż,

gdy słońce zaszło już i piana u stóp.

By jeszcze porwał mnie wiatr, jak kartkę

wersów kilku, jak obietnic garść;

pieśń odległych mórz, uśpionych zatok,

dębów starych, wysmukłych palm.

Jeszcze czuję dotyk twoich rąk

splecionych w warkocz czułości,

potok pocałunków, westchnień czar.

Choćbyśmy mieli nawet sto lat.

Jak muzyka Mozzarta, jak Goethego

wiersz, jak obraz Salvadora Dali,

Chopina muzyka – tym wieku i lat

nie policzysz: są zawsze młode.

B. Pacak-Gamalski, Melriches Cafe, 23.09.26

Staw Saren (Deer Lake) i Wioska Burnaby

Staw Saren (Deer Lake) i Wioska Burnaby

W poprzednim stuleciu, gdy mieszkaliśmy w Burnaby (czyż nie brzmi to tajemniczo, gdy się pisze: w poprzednim stuleciu, gdy byłem tu i tam … LOL) często jeździliśmy na spacery do nieco dalej niż do  jeziora Burnaby – jedno skrzyżowanie dalej było urocze Shadbolt Centre, skansen starej, oryginalnej Wioski Burnaby (pierwsze osadnictwo zbiorowe w Burnaby), a zaraz za tym przecudowne jezioro Deer Lake. Ileż spacerów tam było z Johnem, potem z mamą, gdy sprowadziłem ją z Polski.

W nieco późniejszych latach, mieszkając już w Guildford w tymże Shadbolt Art Centre[i] organizowaliśmy w ramach klubu artystów „Pegaz” koncerty muzyczne polskich pianistów, wystawy malarskie i rzeźbiarskie, i raz lub dwa wystawialiśmy tu przedstawienia Teatru Polskiego z Surrey, który wówczas założono w Surrey i który był bardzo aktywny i świetnie prowadzony.

Teraz nie potrafiłbym powiedzieć kiedy byłem tam osatni raz. Cieżka i długa choroba mamy ostatnie moje lata w Kolumbii Brytyjskiej bardzo ograniczyła moją aktywność wydawniczą, publicystyczną i zdecydowanie moje długie spacery daleko od domu.

Ale od czasu powrotu do Wielkiego Vancouveru z Nowej Szkocji wielokroć myślałem o pojechaniu na ten spacer. No i dwa dni temu wybraliśmy się z przyjacielem właśnie tam. Starą Wioskę chyba trochę rozbudowano, bardziej dla uciechy i wygody turystów upiększono, wypucowano. Wszędzie spotkać można było stosownie do epoki ubranych przewodników, maszyny stare pracowały. I fajna kawiarenka z kawą i słodyczami, kanapkami.

Ale najpiękniejszy był spacer na około tego cudownego jeziora z masą nenufarów, szuwarów. A z dala wielkie wieżowce obecnego Metrotown, których wtedy też nie było, LOL. Powyrastały, tak samo, jak w Surrey, w New Westminster. To już przecież ćwierć kolejnego stulecia. W większości wypadków tej nowej zabudowy ,do nieba’ nie lubię i mi się nie podoba. Nie przez fakt, że takie wysokie. Nie, przez fakt, że w przeważającej części są to wielkie proste badyle bez jakiegokolwiek kunsztu architektonicznego. Badziewie budowlane. Żeromski, gdyby to zobaczył, to by nigdy nie napisał „Przedwiośnia”, LOL.  Te, które są ciekawe – lubię i z przyjemnościa na nie patrzę.

Ale, ale – ani te ciekawe, ani te brzydkie nie urastają nawet do pięt naturalnego piękna przyrody. Gdzież im do radości spaceru wokół zielonego stawu, wśród starych drzew, szuwarów, lilii wodnych, rzęsy, krzewów – a kudy!

Z tej perełki zdjęć trochę więc.


[i] Arts & Culture Facilities | City of Burnaby

Wiersze ładne, wiersze brzydkie

Wiersze ładne, wiersze brzydkie

Jakże łatwo pisać wiersze o plażach nad oceanami, o śpiewie ptaków, o muszli opowidającej bajki z głębin. Tak siedzieć sobie na trawie lub w ulubionej kawiarence i skrobać o kolorach zachodzącego właśnie słońca. Obserwować kolorowych, pięknych i zgrabnych ludzi przechodzących gwarną ulicą pod oknem tej kawiarni. Lub o starych ulicach patrycjuszowskiego miasta, z nadgryzionymi zębem czasu kamienicami pełnymi zamożnych sklepów na parterach. Łatwo zaiste.

I jak łatwo wtedy nie spostrzegać biedy, nędzy i brzydoty, która obok chyłkiem się przetacza. Cienie wyniszczone plagą miast tego kontynentu-państwa: chemicznymi używkami. Gdzież tam zabawna marihuana!  To dla dzieci prawie lub starców. Ta od lat tu panująca plaga zamienia ludzi w zombi. Spędziłem dzień jeden (wbrew ostrzeżeniom, że to nadmierne ryzyko) chyba blisko rok temu w samym centrum tego piekła w okolicach starej biblioteki na Hasting Street w Vancouverze[i]. Ale widzę to codziennie wieczorami z mojego balkonu w starym New Westminster, mijam ich za dnia w w tych samych zakamarkach na Columbia Street, czasem widzę jak karetki i policja ratują ich przed zapaścią. Żyją, jak cienie. Nikt z nas nie zauważa, kiedy niektóre z tych cieni nagle znikają, rozpływają się w powietrzu. Któż by zauważył – są przecież tak do siebie podobni.

Wieć daję im też swój ‘brzydki wiersz’ o brzydocie bogatych miast, ‘smutny wiersz’ o smutnych ludziach.

Smutny wiersz

Ludzie budzą się, wstają

z nocnych ławek na ulicach

starego miasta nad szarą rzeką.

Otrząsają srebrny kurz

z gwiazd zawieszonego

nad nimi nieskończonego nieba.

Skrzętnie zbierają swoje

bogactwa pudełeczek .szmatek,

okruchów chleba i ciast.

Prostują zastygłe kolana,

głowę przytroczoną do

wiecznie zgiętych, jak polne

żurawie, karków życia.

Do zmroku będą spacerować

od skrzyżowania do skrzyżowania,

zatrzymywać się przed szybami

wystawnych sklepów, salonów.

Czasem znajdą coś ciekawego

w płytkich czeluściach małych

śmietników skrytych pod

drzewami, koło klombów

patrycjuszowskiego grodu.

Czasem to coś będzie miało

dla nich praktyczne znaczenie:

niezupełnie złamany parasol,

puszka lub butelka po napoju,

które będzie można zamienić

w skupie na kilka srebrników.

 Na chodniku pod koszami

będą zbierać pety papierosowe.

Można z nich zrobić całkiem

solidne skręty i zapalić

niczym angielski lord w klubie.

Budzi się miasto wielkiego,

zasobnego w naturalne bogactwa

kraju i przestrzeń zamkniętą

tylko trzema oceanami.

B. P-G sierpień 2026


[i] The Valley of Death in an ocean of affluence – Dolina Śmierci otoczona dobrobytem – > > Pogwarki < <

Polskie deja vu

Bogumił Pacak-Gamalski

Oglądam i słucham codziennie wiadomości. Zawsze byłem ‘zwierzęciem politycznym’, na szczęście nigdy nie byłem politykiem. Często bywałem działaczem społecznym, co o politykę i polityków się poniekąd ociera. Mea culpa. Ale trudno zupełnie ją w życiu odrzucić, gdy jest wszędzie. Chcąc cokolwiek dla innych zrobić lub zwyczajnie choć nieco rzeczywistość nagiąć do własnych wyobrażeń i dążeń – bez ocierania się o tą brudną politykę nie sposób. Choć przy okazji pobrudzić się łatwo. Cóż, trudno.

Mam więc zawsze (z wiekiem silniej to występuje, bo naturalnie z biegiem lat bagaż zawodów wobec polityków staje się cięższy) duże nadzieje wobec polityków, którzy te nadzieje budzą wiedząc, że w większości wypadków się na końcu rozczaruję. Na usprawiedliwienie trzeba jasno powiedzieć, że nawet najlepsze intencje tej pani czy pana, którzy za politykę się biorą z czasem ulegają wyjałowieniu w zetknięciu z twardą rzeczywistością politycznej walki z przeciwnikami lub nawet sojusznikami, koalicjantami. W sumie najłatwiej to mają s…rwiele dyktatorzy i typki, które kompletnie w nosie mają przepisy i konstytucje. Czyli ci, którzy demokrację używają do zdobycia władzy, a po wygranej tą demokrację zamykają w Domu Wariatów za żelaznymi drzwiami i oknami z kratami.

Od czasu pewnego nikt mnie tak nie cieszy, a budzi z letargu, jak obecny Marszałek Sejmu RP, pan Włodzimierz Czarzasty. To stary wyjadacz politycznego chleba lewicy. Zaczynał, jako smarkacz jeszcze za nieboszczki PRL. Było to może i niechlubne – ale mówienie, dziś, że każdy młody chłopak czy dziewczyna, który do ZMP (młodzieżowa przybudówka PZPR) należał był świnią i zdrajcą, jest kłamstwem. To byli młodzi ludzie, często ze środowisk robotniczych, którzy kończąc szkoły, na ogół studia też, myśleli, że można to naprawić, że idee są dobre tylko źli wykonawcy. Prawda jest taka, że i wykonawcy nie wszyscy byli tacy źli. To właśnie idee były kompletnie złe. Do d…py, zwyczajnie. Ale zrozumieć to, gdy ma się lat 18 lub 20 i nigdy nie żyło się w kraju demokratycznym, a od urodzenia właśnie w tym PRl jest więcej niż niemożliwością. Szczęśliwi, którzy żyli w rodzinie i środowisku inteligenckim, wręcz anty-komunistycznym, anty-sowieckim.

Czarzasty nie ukrywa tego, ba! podkreśla, że jest politykiem lewicowym (w moim życiu przekonałem się, że Lewicy ufać można najbardziej jeśli chodzi o sprawy socjalne). Czy bym chciał aby Lewica tworzyła rząd w moim kraju? Chyba nie jednak – ale bardzo bym chciał by była takim języczkiem u wagi, by bez jej głosów rząd by tracił swoją parlamentarną większość.

Dzień czy trzy temu wysłuchałem pasjonującego wystąpienia pana Marszałka Czarzastego na spotkaniu z młodzieżą z całego kraju. Gdybym tam był osobiście (nie byłbym, bo młody nie jestem i politykiem też nie, LOL) bym z radością na stojąco bił brawo. Idee, tak! Wizje, tak – trzeba je mieć, trzeba w nie wierzyć. I trzeba czasem o nie zawalczyć. Niech młodzi nie machają ręką, że ci ‘starzy’ u steru władzy, te zgredy nigdy im na to nie pozwolą. Nie patrzcie na tych zgredów. Sami po swoje prawa sięgajcie, trzymajcie ich za ‘wyborcze gardło’, by obietnice spełniali. To chodzi o wasze życie, o waszą przyszłość.

Pokolenie waszych dziadków i pradziadków walczyło o Polskę w 2 wojnie światowej, waszych rodziców (ja) miało swoją ‘Solidarność’ – teraz czas na wasze pokolenie. Historia daje wam szansę wziąć ster i lejce we własne ręce. Tak, skoczcie bez siodła na grzbiet tej starej kobyły Historii i poprowadzcie ją na świeże pastwiska.

Poniżej te porywające wystąpienie tego mądrego ‘starego zgreda’ Marszałka Czarzastego.

W rocznicę Bitwy Warszawskiej 1920

W rocznicę Bitwy Warszawskiej 1920

W tych dniach patrzymy w okno Historii, okno z którego widzimy twarz zmęczoną, ale dumną. Twarz dowódców i żołnierzy, którzy uratowali Europę przed marszem buciorów morderczej Bolszewii.

Dziś w dniu tej rocznicy Defilada wszystkich rodzajów Sił Zbrojnych RP – na lądzie, w powietrzu i na Bałtyku. Ku chwale Ojczyzny Panowie i Panie żołnierze i oficerowie.

Pride Day and Parade/Dzień Równości i Parada

Pride Day and Parade/Dzień Równości i Parada

Bogumił Pacak-Gamalski-Graham

(in English and Polish)

One more of my last ‘good bye’ in Vancouver. But such a happy and beautiful goodbye.

August 2 – famous and fabulous Vancouver Pride Parade and Pride Day. Still miss the old route through Robson and Denman to English Bay beach, for a night of live music and dancing. But maybe it did make sense, changes are good sometimes. As long as the spirit lives on. And it was very obvious that it does.

Nelson Park, Davie Street and indeed the entire Davie Village was bursting with celebrations, dances, little concerts and bars were full to the tilt. From ladies, who decided not to wear but to paint their bras – bravo! Same goes to some guys, who instead of underwear – just wrapped their members in a little piece of golden foil, LOL.

Most of all – smiles, laughter, happiness. The dresses, make-up, costumes were plentiful on board the Skytrain do Burrard Street, and than through the streets up to the Village.

Even I did partake in some impromptu dances (got some applause for my version of ol’ 50-ties swing, with my cane acting as my partner, LOL).

I did recognized, of course, some faces I have known – but forgotten their names since last time we met, so just exchanged hugs and smiles and avoided long talks.

Cała Davie Street i jej okolice były wczoraj jednym wielkim bankietem zabaw, tańców, drinków i stroi (lub ich kompletnym brakiem, ha ha ha). Naturalnie, wszak dopiero przeszła ulicami Vancouveru jego najwieksza parada, pochód, zgromadzenie. Większego wydarzenia od dziesiątków lat w Vancouverze nie ma. Parada Równości, tu nazywana zwyczajnie i bardziej adekwatnie – Paradą Dumy. Dumy z tego kim jesteśmy. Wszyscy i każdy z osobna. Przez lata dawniej (przed przeprowadzką do Nowej Szkocji) na każdej chyba byłem. Naturalnie z moim kochanym Johnem, ale i z przyjaciółmi, z bliskimi. Mama przez lata uwielbiała na nią chodzić. To taki specjalny dzień, gdzie nikt się niczemu i nikomu nie dziwi, nikt nie kręci głową lub nie wznosi oczu ku górze. To prawda, że wszyscy i każdy z osobna jesteśmy trochę inni, trochę dziwnie – więc czemu tego, tej inności nie celebrować?   

A wracając zmęczony ale zadowolony, idąc w dół Thurlow Street skręciłem w Haro i tuż przed Burrard zatrzymałem się przy Le Crocodille Restaurant. Dość droga, ale bardzo elegancka restauracja ze wspaniałym francuskim menu. To tutaj, po naszym formalnym ślubie, przyjaciele ze statku zamówili nam stolik i opłaconą kolację przy świecach, ze specjalnym weselnym torcikiem. Tylko my sami we dwoje. To było urocze. Po patrzyłem się przez szybę z daleka na siedzące wewnątrz pary, wydało mi się że ktoś położył mi lekko dłoń na ramieniu, że ktoś szepnął ‘I always do’ …  Odpowiedziałem też cicho: I know you do, and I always will.  

Parada Dumy zakończona dumą z ciebie, z nas, z tych wszystkich długich lat.

Słoneczne Wybrzeże – magia nieba i wody

Słoneczne Wybrzeże – magia nieba i wody

Ostatnia dłuższa wycieczka zaprowadziła nas w znajome trasy morsko-lądowe w kierunku Powell River i Mermaid Cove[i]. Dokładnie ten sam biwak namiotowy i dokładnie te same miejsce, gdzie rozbijaliśmy namiot rok temu.  

Ruszamy dużym promem klasy ‘C’ z Horseshoe Bay, skąd statki wypływają aż w trzy różne trasy: a) najbliższe, prawie tramwajowe  połączenie do uroczej wyspy Bowen;  b) połączenie do Langday, stamtąd samochodem do Earls Cove i kolejnymm mniejszym promem do Saltery Bay; c) z tego samego portu, też dużym promem klasy ‘C’ są regularne połączenia do Nanaimo na wielkiej Wyspie Vancouver.

My płyniemy do Powell River. Pierwszy, duży statek wiedzie nas do portu Langdale.

Mijamy po lewej znaną i lubianą Bowen Island od jej wschodniego brzegu po prawej, skrytą w głębokiej zieleni wyspę Gambier.  Dalej, w kierunku Langday. Tu następuje przeniesienie się do samochodu i wijącymi się wśród licznych jezior i niekończących się lasów, szosami dojeżdżamy do maleńkiego portu BC Ferries w Earls Cove i wsiadamy na prom do Saltery Bay.

Z Saltery Bay jedziemy w kierunku miasteczka Powell River, ale kilka dobrych kilometrów przed miasteczkiem skręcamy w gęsty las-park nad Zatoczką Syrenki[ii]. Lokalna, wyjątkowo sympatyczna rodzina, którą zna blisko mój przyjaciel, zarezerwowała dla nas te same miejsce biwakowe, co w zeszłym roku. Tuż obok mruczącego wartkiego potoku o nieskazitelnie czystej wodzie.

Rozwijamy namiot, rozkładamy manele, zakładamy gatki kąpielowe i pędzimy do skał nad znajomą zatoką. To znaczy on pędzi – ja kuśtykam o swojej lasce, bo kolano już nigdy chyba nie będzie normalne po wypadku ubiegłorocznym, a trzy bodaj dni wcześniej miałem atak rwy kulszowej w tej drugiej, zdrowej nodze. Przez pierwsze 30 godzin po ataku tej rwy myślałem, że już przyjdzie się na stare lata nauczyć chodzić na rękach…  No a jak tu , panie dzieju, nosić sukienkę powiewną i chodzić na rękach?! Ani łydek ani ud wszak nie golę!

Więc kuśtykam jednak na nogach. I pokuśtykałem na skały. A tam, nad wodą moje dwie ukochane siostry – arbutusy[iii]. Zakochałem się w jednym przepięknym arbutusie, który kiedyś rósł tuż przed hotelem Empress w Victorii. I pewnego roku, wiele już lat temu, jacyś miejscy orgrodnicy-mordercy wzięli i mi je ścieli. Barbarzyńcy nieludzcy. Od tamtej miłości arbutusowej ilekroć te drzewa gdzieś napotykam, to ślę im szczere uczucia i głaszczę ich delikatną korę. Jest w ich delikatności wielka moc i siła. Często rosną na bardzo skalistym podłożu o płytkiej ilości ziemi, chłastane prawie nieustannymi wiatrami od oceanu obok. A trwają niezłomne i na przekór.

Po przywitaniu z nimi, doczłapałem do brzegu. Przyjaciel już szalał w falach, ale on gibki, zdrowy i pływak, że hej. Po prawdzie to pływać i mnie wygodniej niż chodzić. Więc kijek-podpórkę na bok i chlust w tą wodę. Szczęśliwie od razu głęboka na kilka metrów, więc ceregielić się nie ma nawet jak, a tylko płynąć od razu. Bajka. Widoczność przy nurkowaniu za to kiepska. Akurat sezon kwitnięcia glonów i wodzie miliardy tych delikatnych blaszek-nasionek od tego kwitnięcia. Takie to drobne, że prawie niezauważalne, ale w masie swej, pod powierzchnią czyni widzialność dość krótką i kształty niewyraźne. Nie wspominałbym o tym i pewnie zapomniał, gdyby nie … A nie. Jeszcze nie powiem teraz.

Następnego dnia pojechaliśmy na wycieczkę do miasteczka Powell River. Połaziliśmy nieco, na lody świetne wstąpiliśmy. Po lodach należy na kawę dobrą zajść. A kudy! Wszystkie kawiarnie zaryglowane. Jeden tylko bar czynny, więc poszliśmy. Stały na ladzie dwa termosy, proszę więc o kawę, Podała. Wyszliśmy na zewnątrz i piję … nie, nie piję. Próbowałem, ale takiej lury dawnom nie pił, LOL. Tam, panie dzieju, to innym czasem żyją. Po południem późnym nikt już kawy poza domem nie pija. A turyści? Turyści muszą się z faktem pogodzić i ze zwyczajami i raczej szanse na znalezienie w pobliżu lepszego serwisu są mniej niż nikłe.

Szczęściem mój przyjaciel Wawa zabrał ze sobą i kawiarkę espresso i palnik gazowy, to zrobił nam koło namiotu świetną kawę-siekierę. Jak siekła, to na nogi, jak na sprężynach człek stanął. Zaś ognisko naturalne, z brewion drewnianych to już ja i rozpalałem i ognia domowego pilnowałem, jak należy. Nie na darmo za komuny jeszcze byłem harcerzem, LOL.

Noc nadeszła. Gwiazdy tam, w tej czerni absolutnej, to nie niebo oglądane na plażach blisko wielkich miast. To w ogóle nie czarne niebo z gwiazdkami większymi i mniejszymi! Skądże – to kobierzec wyhaftowany srebrną nicią tak gęsto, że czerni nieba trudno dostrzec. Gwiazd taka niezliczona ilość i tłok, że nic prawie nie widoczne: ani Orion ani Syriusz ani jakieś tam inne nie rozpoznawalne w tej ciżbie błyszczącej! Gdzież tam Mały czy Wielki Wóz, gdzież Wielka Niedźwiedzica i Strzelec, Bliźnięta! Gdy starasz się, jakiegoś porządku w tym harmiderze błyszczącym dopatrzeć z zadartą głową, to po chwili nie tylko porządku nie znajdujesz, tylko ci się jeszcze w tym łbie kręcić zaczyna, jak nić Ariadny. Hefajstos miał wykuć diadem dla tejże Ariadny, który z czasem bogowie olimpijscy umieścili na nieboskłonie, jako Koronę Północy. Więc w tę Koronę gapiłem się, jak głupi z oniemienia. Miało być w Koronie siedemdziesiąt gwiazd. Żarty na bok – na liczeniu do siedemdziesięciu we łbie mi się jeszcze nie kręci! Ale do kilkuset lub kilku tysięcy -oj tak. Zdaje się, że jeszcze i sputniki jakieś latały bliżej widnokręgu, bo wyraźnie cos tam pędzącego widać było. Meteory? Chyba nie, bo gdybym widział rozpalone do biała meteory, to bym pewnie już tego tekstu też napisać nie mógł, bo jakiś krater tunguski by się tu rozciągał, hi hi hi. Może i szkoda, bo by w końcu był święty spokój …

A resztki puszczy prastarej? Niczym czary-mary obrosłe mchami, z martwych i powalonych nowe olbrzymy wyrastały, ręce-gałęzie do nas wyciągały. Cóż tu pisać więcej, gdy nieprzystojne rymowanki same się na kartkę piszą, LOL. Czary-mary i basta.

Nie wiem nawet jakim sposobem kolejne wrażenie spisać, zapisać? Jak by racjonalnie to ująć, bez poetyckich aluzji, metafor, przenośni, bez onej licentia poetica? Ano nie sposób, choć najprościej, jak potrafię to opiszę.

Idziemy więc po omacku prawie w tej nocnej gęstwinie starej dżungli wychodząc w końcu na znajome skały, gdzie jaśniej, bo światła niebiańskie oblewają tą specyficzną sino-bladą łuną i skały i wodę. Przyjaciel żwawszy wpada od razu do wody i płynie. Nagle woła mnie podniecony czymś niesamowicie. Ostrożnie schodzę po głazach do wody, by się nie wywalić z tą nogą do kitu. Pyta: widzisz? No widzę wodę ciemną i nic więcej. On podchodzi bliżej do mnie i ręką robi łuk pod powietrznią wody i … aj wej! Nie wierzę własnym oczom. Każdy ruch ręki w wodzie zamienia się w płonący srebrny potok, jak struga rozgrzanej cyny lub srebra właśnie! Robię to samo i efekt ten sam. Skąd? Co? Dlaczego? Co to jest?!

A to właśnie (po późniejszym poszukiwaniu w świętych zwojach Internetu) bioluminescencja Copilot Search Brandingwytwarzana przez drobne nasionka glonu Pyrocystis noctiluca. Skąd, dlaczego? Ba, spytajcie Natury. Tak to już miliony lat temu sobie to ułożyła. Miliony, bo alga i glony są od nas dużo, dużo starsze. W sumie grzybnia jest z nimi spokrewniona, ale to temat na kolejne dwieście stron, więc go nie rozwinę.

A tego nocnego spaceru zaobserwowanie tego zjawiska naturalnej elektryki w oceanie i to elektryki darmowej i kompletnie nie parzącej, było dla mnie czymś na miarę odkrycia, że cuda się zdarzają.

Naturalnie idąc po ciemku przez ścieżki w puszczy nie brałem ani aparatu fotograficznego ani telefonu więc zdjęć tego zjawiska nie mam. I dobrze, bo cudów i tak fotografować nie da rady.

Wracając jechaliśmy bez pośpiechu. Był czas i na kąpiel w jeziorze Ruby, i odwiedzenie muzeum w rybackiej wiosce Skookumchuk Narrows (ponownie bezskuteczne szukanie kawy, LOL). A kawę (świetną) w końcu odnaleźliśmy w osadzie ponownie nad oceanem w Roberts Creek. Tam, gdzie co rok malują nową Mandalę. Każdy z wizytujących może część tej przepięknej i olbrzymiej mandali pomalować. I tamże ostatnie zatrzymanie się na morskiej znowu plaży. Połaziłem trochę po wodzie, ale była wyjątkowo i niespodziewanie wręcz lodowata, więc nie pływałem. Wawa bohatersko przez chwilę popływał, LOL.


BC Ferry prom ‘Malaspina’ z Earls Cove do Saltery Bay


[i] Sunshine Coast – popularne miejsce wycieczek uroczego wybrzeża Kolumbii Brytyjskiej, do którego wiodą połączenia promowe BC Ferry z Horseshoe Bay. Sunshine Coast jest częścią stałego lądu, ale i fragmentem wysokich i dzikich gór North Shore i nie ma możliwości przebicia przez te szczyty i wąskie doliny szosy. Dzięki zaś temu miejscowości i osiedla położone nad samym oceanem zachowały swoistą sielankowość, ciszę i resztki świata wczorajszego i samo Słoneczne Wybrzeże bardziej przypomina charakterem wyspę, niż stały ląd. I koniec. Finito.

[ii] Mermaids Cove

[iii] inna nazwa: Pacyfik Madrone

Rower, kwiaty, Stanley Park, plaża. Czyli Vancouver.

Rower, kwiaty, Stanley Park, plaża. Czyli Vancouver.

Bogumił Pacak-Gamalski

Dzień był piękny, słoneczny. Myślę – pojadę do Różanego Ogrodu w Stnley Park pokłonić się tym różom. Kolejką, od Nadbrzeża Pasażerów rowerem pojechać ulubioną trasą wzdłuż Fiordu Burrard.

To i pojechałem, capką miastkapelusza się kwiatom bajecznym, jak zaczarowanym do trawy pokłoniłem. A ciepło bardzo było, tom pomyślał: pojadę wzdłuż Zagubionej Laguny na Drugą Plażę i popływam trochę. Niby nie powinienem może, bo dopiero kilka dni temu miałem atak rwy kulszowej i szlag mnie mało nie trafił, bo to nie na tą moją nogę nieco pokiereszowaną już na stałe chyba … a na tą zdrową niby, LOL. Dwa dni nim z domu mogłem się ruszyć. Ale jestem uparta cholera i na takie ‘drobiazgi’ uwagi nie zwracam zbytnio. A pływanie bardzo pomaga w rozruszaniu kulasów. No to pojechałem, popływałem kilka razy. Za plecami Stanley Park, obok basen dla dzieciarni pełen zachwyconej drobnicy ludzkiej. A na plaży obok można rower rzucić, położyć się na piasku i co jakiś czas iść do wody morskiej i z lubością pływać, nurkować. Ah, żyć najpierw a umierać potem, bez pośpiechu z tym umieraniem.

Kiedyś z przyjacielem zrobiliśmy długą trasę od Stanley Parku na rowerze aż do Science Centre. Tom sobie tą drogę przypomniał i tak rowerem w kierunku domu pojechałem. Znaczy się do Science Centre, a od tego miejsca już do New Westminster kolejką. Zadowolony. Ciało też zadowolone.