Back to the ships – powrót na statek

Back to the ships – powrót na statek

(Polish language version in the last section)

My last Journey Of Memory, last major saying ‘goodbye’, au revoir. Trails of past 50 years. Perhaps the most poignant – big part of my daily life since 1994: BC Ferries ships and Terminals.

Some of the ships are gone having served hundreds of thousands passengers, as the old, venerable V-class vessels:  ‘Victoria’, ‘Vancouver’, ‘Saanich’ and ‘Esquimalt’; the Queen of ‘Burnaby’, ‘Nanaimo’ and ‘New Westminster’ were the C-class[i]. Next ones came the workhorses of the entire fleet: ‘Spirit of BC’ and ‘Spirit of Vancouver Island’ where I spent most of my career.  These large ships were also built in British Columbia and given the Class-S specification.  Both of them went in 2017 to Poland to undergo a major half-life refit and an addition of liquefied natural gas propulsion alongside the traditional heavy oil.

It is important to notice that all these ships were build by Vancouver, Victoria and Esquimalt shipyards. The shipyards are now long gone memory, thanks to misguided policies of all past governments both provincial and federal and (not to be forgotten) thanks to a new USA import – new President of the BC Ferries, Mr. David Hahn, who forbade the corporation to order new ferries from Canadian shipyards – he is gone now and not missed.  

The next major purchases were the three large Coastal Class ferries built in Germany in 2008: ‘Renaissance’, ‘Celebration’ and ‘Inspiration’.  Not my favored ones from the point of view of catering operations due to the ships convoluted internal design of lounges and catering services – but otherwise good and sturdy large vessels.

The last major purchases were the modern ferries build in Poland: these four smaller ships (‘Raven’, ‘Orca’, ‘Heron’ and ‘Eagle) have surprisingly large capacity of nearly 600 passengers. They were given Salish/Class designation. They were built in 2016.

There are still many smaller ferries operating on many other small routes to numerous islands, and one large sailing all the way from Port Hardy to Prince Rupert with connection to Haida Gwaii –  but that is another long story for other time.

                Monday on the 22nd of June I went back to the ships, to the Terminal in Tsawwassen, to the place I spent a big part of my life. The first surprise was the ticket Agent, who sold me the voyage. I have heard that almost no one from ‘my times’ is still working. Well, the agent looked at me and said: Bogumil?! How nice to see you again! Speaking of anonymity, LOL.  I didn’t want to go the regular way with the passengers, but to be with the crew, at the dock. Right by the luggage rack I met a Van Driver from the ship – of course I worked with him years ago and we laugh about me ‘coming back to work’, LOL. Then I went to spent a silent moment to the bench and cement block filled with soil and some green living arrangement – our memorial to a dear friend and steward from many, many years ago, who suddenly passed away, too young and  before his time. My John was particularly close and fond of him and we did many outings together to Downtown Vancouver for some fun time.

Back at the birth good laughs and jokes with the Chief Steward, Chief Cook, some deckhands and officers of the ship with whom I did worked. Speaking of anonymity again, LOL. And some of ‘my children’, as I called my crew on my last summer with BC Ferries.

Of course, there were people .whom I did not know and who did not know me. Including – out of all of the crew, LOL – the Captain of the ship.  Although I must say that it wouldn’t have happened back in the ol’ days. At that time (especially in the early years) most crew advanced their career while working onboard from the lowest position: from the deckhand to the captain, from catering attendant to the chief steward, from 3rd engineer to the chief engineer. But it was very long time ago and things were changing gradually over the years, probably for the best in many cases.

Walking through the ship, visiting the ‘command centers’ of the enterprise – Main Galley (that means kitchen – for you poor civilians, LOL), Chief Steward Office (that brought a lot of memories, LOL) which is not, as many travelers probably think, simply a Tourist Information Booth (although it is that, too) but a very busy place – a main office of a very large and expensive enterprise. It always amazed me how two or mostly three people (if you include the Chief Cook, who is part of the structure – that would be four people, but Chief Cocks don’t have time to spent too much time in the office, their ‘office’ is the Main Galley) manage to replace easily five or six clerks, accountants, office managers that usually would do the job in buildings on land. But I will not expand on that subject… LOL.

The last one was very pleasant visit with an old friend on the Bridge, the Chief Officer on this watch. My God! I remember him as a very young boy, who just started on the Ferries, straight from school. Now he is second in command and from what I have heard (and know myself) a very able and good Chief Officer. I used to work for many years with his father – a retired now, long time Captain of the ships; worked with his sister. Jimmy (the Chief Officer) seem to be very capable officer of the ship. Good job Jimmy, keep her and the course steady-as-she-goes. I am sure your father is very proud of you. The bridge look-out was familiar face, too. The Bridge and the navigational and command consoles looked the same. The chairs felt familiar, too. LOL. 

When we were leaving the birth in Tsawwassen I wanted to be alone on the outer deck to see the maneuvers of leaving dock. Always liked to observe it, did the same while we were docking at the Duke Point Terminal near Nanaimo, on Vancouver Island. Nothing special, eh? Really? Anyone, who says it is an idiot without any knowledge. The births s are very narrow and squeezed between other births, often with other large ferries leaving or coming at the same time. It is an art sometimes, especially in bad weather. It amazed me many times, and not many things amaze me that easily …

Goodbye my ferries and those, who run them. Very special bunch of people.



                Specjalny dzień moich kolejnych pożegnań. Nie byłem pewny, czy chciałem to zrobić, bo to powrót do bardzo długich lat służby na statkach na których spędziłem ćwierć wieku, statkach na których pływałem i pracowałem razem z Johnem. Statkach, gdy koleżanki z pracy żegnały mojego Johna w sposób szczególny, gdy powiadomiłem ich z Nowej Szkocji, że odszedł od nas. Statek zwolnił ruch, prawie się zatrzymał, Chief Steward i Second Steward rzucili do wody przed wejściem do Active Pass wiązanki pożegnalnych kwiatów. /…/ Teraz ja pojechałem na jeden z tych dużych statków pożegnać się z tym światem morza i statków.

Uprzedzano mnie, że mało kogo poznam, że załogi się bardzo wymieniły i większość nowych ludzi teraz tam pracuje. Ale już kupując bilet na przejazd do terminalu Duke Point sprzedający agent rozpoznał mnie natychmiast; drugą spotkaną osobą był kierowca pojazdu odwożącego bagaże pasażerów na statek. Potem powitania za znajomymi stewardami, oficerami. Niewiele się zmienili.  Może zmarszczka lub dwie więcej. Nie wchodziłem drogą pasażerów ale razem z załogą. Jak kiedyś. Uściski, trochę żartów. Przepraszałem, że zapomniałem założyć mundur, LOL.

Zanim weszliśmy na statek, zrobiłem krótki spacer na ostatnie, specjalne pożegnanie. Na końcu nadbrzeża, tam gdzie na ogół ‘parkują’ największe statki czyli ‘Spirit of British Columbia’ i ‘Spirit of Vancouver Island jest specjalna ławka i cementowa ‘donica’ upamiętniająca innego drogiego kolegę, który przez wiele pierwszych lat był moim stewardem. I bardzo bliskim przyjacielem mojego męża. Często razem jeździliśmy w dni wolne do centrum Vancouveru odwiedzając kluby gejowskie. Barry nagle i niespodziewanie zmarł na atak serca. Przeżyliśmy to bardzo, zwłaszcza mój John. Potem uczestniczyłem w rozsypaniu jego prochów ze skrzydła głównego pokładu samochodowego do wód portowych. Dostał zasłużenie prawdziwy morski pogrzeb. Więc byłem tam znowu, po raz ostatni z nim się pożegnać. Zasłużył na naszą wdzięczną pamięć.

Potem już na statku łaziłem po zewnętrznym pokładzie, po różnych kabinach, salach dla pasażerów, po wszystkich pomieszczeniach cateringu – cafeteria, sklep pamiątkarski, galley (kuchnia), biuro stewardów, gdzie tyle lat pracowałem. Poszedłem na mostek kapitański porozmawiać z 1szym Oficerem, który dowodził mostkiem i nawigacją. Zaraz posadził mnie na swoim fotelu  przed tą masą radarów i czujników elektronicznych. Panel (panele  w zasadzie, bo taki mostek wygląda dla niewprawnego oka prawie jak urządzenia na statku kosmicznym, LOL), który tak dobrze znałem. Cieszyło mnie, jak dobrze sobie radzi na tym mostku. A pamiętałem go jeszcze świetnie, gdy zaczynał pracę, jako bardzo młody i ledwie opierzony marynarz. Pracowała tam wówczas z nami też jego siostra, przemiła dziewczyna. Jak lata się zmieniają. Kiedy ten obecny oficer był chłopczykiem  w ‘krótkich spodenkach’ … pracowałem z jego ojcem, wieloletnim kapitanem na naszych statkach.

Generalnie byłem zaskoczony ile jeszcze osób z załogi pamiętało mnie i pracowało przez szereg lat ze mną. Ale były oczywiście już też nowe twarze.  Mineło już blisko dziesięć lat, gdy zszedłem ze statku.

Pewnie jeszcze przed wyjazdem, gdzieś na jednym ze statków popłynę, ale to była specjalna podróż bez schodzenia ze statku. W zasadzie nie czułem się nawet pasażerem, a po prostu jednym z załogi.   


[i] Queens of Burnaby and Nanaimo were often referred to as ‘Burnaby-class’ – but for all practical reasons they were V class.

Mistrzostwa FIFA, plaża, pływanie – Vancouver

Mistrzostwa FIFA, plaża, pływanie – Vancouver

Vancouver był dziś piękny. Naturalnie wszystko wkolorach i barwach Mistrzostw Świata Piłki Nożnej.

Kawałek meczu oglądałem nwet na wielkim ekranie w barze starego Sylvia Hotel. Szkocja i Haiti. Szkocja wygrała 1:0, ale Haitańczycy bez przerwy atakowali i byli w zdecydowanej ofensywie. Ładne zagrania, obie drużyny w świetnej formie.

Dawno zawodów sportowych już nie oglądałem. ale co widziałem dziś podobało mi się.

To już czwarte wielkie wydarzenia sportowe w miastach, gdzie mieszkałem w Kanadzie.

Najpierw Olimpiada Zimowa w Calgary w 1988 – ostatnia bodaj, która nie zniszczyła finansów miasta. Przeciwnie – wsparła je, rozwinęła i była absolutnym plusem dla mieszkańców. Ze względu na pełnione wóczas społeczne funkcje miałem kontakt bezpośredni z polskimi olimpijczykami i dostęp do Wioski Olimpijskiej na terenach Uniwerytetu Calgary, a dzięki temu poznałem tam słynnego Briana Orsera – srebnego mealistę w jeździe figurowej na łyżwach, jednego z najzdolniejszych łyżwiarzy na świecie w tamtej epoce. Potem byłem w Vancouverze w czasie XXI Olimpiady Zimowej w Vancouverze. Nie byłem w niej zaangażowany … ale miałem mały udział w organizowaniu pierwszego w historii igrzysk olimpijskich Pawilonu LGBTQ. Został oficjalnie zaaprobowany przez MKOL[i] i od wówczas stał się częścią kolejnych olimpiad. Ale dla samego miasta i prowincji ta olimpiada wypracowała olbrzymie zadłużenie i kryzys finansowy. I generalnie była miastu zbędna. Zagrały ambicje i emocje polityków. Tylko, że politycy nie opłacają kosztów ze swoich kieszeń – płacą je mieszkańcy miasta. Vancouver i tak sławy szukać nie musi. Było i jest jednym z najpiękniejszych miast na świecie, z olimpiadą czy bez olimpiady. Przez swoje naturalne piękno położenia między górami a oceanem.

W Halifaksie nad Atlantykiem byłem świadkiem (bez jakiegokolwiek udziału formalnego czy nieformalnego) Mistorzstw Świata Juniorów w hokeju na lodzie. Jako, że hokej był wynalazkiem Nowej Szkocji (Woolfville to miejsce narodzin tego sportu) było to wydarzenie bardzo popularne i nie złamało finansowego kręgosłupa prowincji.

Teraz Mistrzostwa Świat w Piłce Nożnej. Też trochę ‘na wyrost’, bo na boga miłego do potentatów tego sportu raczej nie należymy. Ale na szczęście te Mistrzostwa zorganizowane ex equo aż w trzech państwach: Meksyku, USA i Kanadzie.

Piłką nożną zarządza na świecie FIFA[ii], która jest żmiją bardzo wysoko opłacanych ‘działaczy’, ci zaś mają równie wysokie wynagrodzenie i oczekiwania, czego dowodem jest idiotyczne przyznanie idiotycznej „Narody Pokojowej MKOL” dla Trumpa przez idiotę Gianni Infantino (nazwisko niby wskazuje infantylność, ale raczej pies kuty na cztery łapy). A myślałem, że MKOL jest do przyznawania nagród sportowcom za ich osiągnięcia, a nie politykom za działalność ze sportem nie zwiazaną.

Ah, jednej jeszcze olimpiady nie wymieniłem. Jedynej w której brałem udział, jako zawodnik i wygrałem trzy medale! Nie, nie żartuje, poważnie. Mam nawet do dziś w szpargałach odpowiednie dyplomy. Sto lat temu (lub blisko setki, LOL) na Agrykoli warszawskiej była olimpiada szkół średnich. Startowałem tam aż w trzech dyscyplinach: bieg na 100 metrów (zawsze byłem krtókodystansowcem, ha ha ha), skok w dal i … rzut oszczepem. Tym oszczepem trener mnie wybłagał, bo kolega, który miał to zrobić … nie pojawił się. No to rzuciłem. Pierwszy i bodaj ostatni raz w życiu. Dostałem dwa pierwsze miejsca za skok i sprint i trzecie za ten oszczep. Możliwe, że tylko trzech zawodników wystąpiło w tej kategorii i dzięki temu te trzecie miejsce zdobyłem. Nie pamiętam, ale bym się nie ździwił.

Aliści nic bez wiśni! O Vancouverze być miało. Miasto całe przystrojone, wszędzie ślady tego międzynarodowego widowiska. Wokół stadionu i Science Centre ulice pozamykane. Ale ludzie, zwłaszcza młodzi, chodzą grupami i na Granville Street, i na Robson Street i gdziekolwiek. Miło było zwyczajnie popatrzeć.


[i] Międzynarodowy Komitet Olimpijski

[ii] Fédération Internationale de Football Association

Andre Gide and the long trails he led me through

On Claude Mauriac Coversations with André Gide

Introduction:

Andre Gide as a guide – but to what light, what knowledge?

Andre Gide not himself with his books, his amazing literature, but Gide as seen in his twilight years through conversations and observations of a young Parisian, Claude Mauriac. No, no that more famous father, François Mauriac[i] (a writer, critic and member of French Academy and Nobel laureate in literature). Claude followed his father’s footsteps, who also interviewed Gide and wrote about him extensively.

All of it and all of them reminded me how amazingly important for continental Europe was the French literature since Moliere, and especially in revolutionary XIX and first half of XX century.  Italian, Spanish, or German literatures had its episodes, individual, singular writers, the same as English from across the Channel. But none of them had such an impact on literary styles, thought, as did French literature as a whole at the same time frame.

I remember vividly that right after I stopped reading Mickiewicz, Kraszewsk and Krasicki[ii]  – I went straight to Stendhal[iii].  I’m talking about a 10-12 year old boy in a peculiar cocoon called ‘Polish People Republic’[iv].  Yes, it meant communist.  France for us was modern Athens. Of course, I had to re-read a lot of it again in a two-three short years to better comprehend it – but by the time I was fifteen, I knew by memory all the streets of Paris, from Montmartre to Montparnasse. It was very helpful when I eventually ended up in Paris for a visit with Kot Jelenski[v] – a true bridge-navigator between French high culture and Polish literary/art achievements.

                The story with reading about Gide goes a few weeks back. I was trying (still unsuccessful) to get from our Library a book by Klaus Mann and his talks with Andre Gide. He was the last one to have this type of talk with the great writer. That book simply vanished from Vancouver Library – last time I was actually told that: disappeared. I went finally to get that book by older Mauriac –  François. Remembered seeing it on shelf of the Library, but this time that book was gone, too. LOL.  Machiavellian conspiracy?!

 But they had this book by the younger Mauriac and I took it. It might have been a good idea. He was very young and very much taken by Gide, and his own criticism was not blinded by arrogance or pre-conceived notions, as could have been the case with his father writings. Even more intriguing is the fact that older Mauriac was about the same age as Gide. Claude Mauriac, being more than generation younger, would not dare to contradict, or argue with Gide. I knew he would have listen and absorb – therefore his recollections would be more crystal, so-to-speak, taken with reverence.

While reading these ‘Conversations’[vi] in Moodswing Cafe[vii] a strange thought came to me or, more aptly – an observation. Strangely perhaps, because on the surface it is totally disconnected from that book and it’s subject. Somehow though, it feels that I need to include it in that short essay.

Here we go:

some people, mostly the artistic type, or at the very least working on some sort of public stage while doing it, dress very differently on that stage than off that stage. I am definitely not talking about actors, as these professionals play a role, not themselves. No, my observation is about any type of performer, who presents their own skill/art in a public space. They often dress very differently than they are off that stage. Why? Are they victims of ‘Dr. Jekyll and Mr. Hyde”[viii] syndrome? I doubt it.  Yet, it seems to me that they think as their artistic persona would be too peculiar, too extravagant for normal, ordinary life. Extravagant?! Obviously that ‘artistic’ part is very important and it shows that they are fuller, happier and more confident in that ‘stage attire’ than in ordinary, boring clothing.

They should allow themselves that freedom of dressing a bit differently simply because ‘it’ is them and ‘it’ would show confidence and joy. Being an artist does not make you better than others, but it does give you the privilege, the right to be a little bit of a peacock. Perhaps not with fully displayed tail – but a colorful peacock nonetheless.

I think that Gide helped me to have that thought, observation. Certainly monsieur Cocteau[ix], who comes up in Mauriac’s story very often would think that. I do not shy from this ‘perversion’ definitely.

(Next day in Melriches Cofee bar on Davie Street)

Well, back to the subject, the book of Claude Mauriac.

 As I said I wouldn’t have borrow that book if not for the simple fact, that the other, written by his famous father was not at the library.  Yet, being as it was, I have found out that it worked very well. That Claude, young aspiring critic and journalist did not come to Gide to discuss, analyze a famous writer style, body of work. He came timidly with open mind and heart to observe, to learn about Gide from Gide, without pre-conceived notions about Gide as a man. Obviously, the age difference added to his deference.

                Did he understand the peculiarity of aging Gide homosexuality? Yes, he knew of it very well, Gide never hid it, but did he knew the emotional price paid by an aging homosexual artist – even in liberal Paris of the 30ties – who was single, did not have a partner? Of course he did.

 Gide still analyzed, re-lived his tragically ended marriage ( her sudden death), a marriage never fully ‘consummated’. If you are not sure of the torture, perhaps you should read the gem of literature, the „Immoralist”[xi].  It had tremendous effect on me decades ago, when I read it first time.

Claude Mauriac was not only young (o, so very young!), he was (as his father) staunchly, almost fervently Catholic. But he did try very hard not to let himself be judgmentally opinionated in his dogmas, especially noticing that his own famous father (also fervently Catholic) did not allow himself to judge Gide writings through his sexuality or otherwise private conduct. Au contraire – he held him in high esteem.

Yet, I must say without a hint of trepidation, that I sensed very strongly, that Claude was drawn mysteriously not only to Gide’s admired writings but also to his suggestive handsome looks and his, at times, flirtatious behavior. And I also do remember the ancient times when I was at Claude’s age, and how intellectually attractive were my much older friends. One must assume that admiring these much older friends intellectual prowess easily translates into physical allure. It goes without saying that intellectually accomplished men (and women), who are artists or people formally associated with art ventures do age gracefully, and barring serious illness, they do retain physical attractiveness rather well. That ‘attractiveness’ should not be confused with just mere and banal ‘good looks’.

On p. 160 of that book Claude re-examines his feelings toward Gide and vice versa. He now recognizes Gide acting as a clever gamer, he sees his ‘perfidy’ to be friendly toward him – a boy, a budding young journalist. But is it a fair examination of Gide’s acting by Claude himself?  I don’t think so. I think and I assume it, because I believe that Claude wrote that book honestly. I also believe (although he doesn’t state it as an explice) that at times, through the extended vacation in southern France, he often was jealous of his father closeness and long friendship to Gide. Closeness that took away Gide attention to Claude only. That he might have been at times in the shadow of these two towering figures of contemporary French high culture. Granted – it offered him an extra security that the father might have offered just by being close, but it did steal the singular attention of Gide that might have been his otherwise. If he did not have these feelings, he would have been indeed very abnormal young man, and I don’t think that he was ‘abnormal’, LOL.  François Mauriac and Andre Gide were undeniably first class stars of French literary culture; they knew and admired each other accomplishments for decades. Hence, vis avis that Claude persona and personality fades into shades of words, of importance of their lively discussions.

(following day, back in Moodswing Café)

I have become more and more attune to Andre Gide again. Yes, it started with Claude Mauriac Journal , but it took me much farther. It is now me at times, who talks with Gide. Sometime I argue with him, sometime I adore him … and yes, sometime I just want to shout at him: shut up already, Andre. You are not god or, at the very least, you are not the only god of European Olympus! Another false claimant to Homer’s lyre.

Alas, truth to be told, I do love Andre. When Claude Mauriac takes him to visit deathly ill dear friend Paul Valery[xii] and he is not sure what his friend was whispering to him, I feel sorry for Andre. When he returns for a second visit … he is half an hour late. Valery is dead. Claude is overtaken by the look of broken, crying Gide. Was he crying for Valery? Undoubtedly, but mostly he was crying for their youth, for ‘that’ Paris. He was crying for himself. Selfishness? Perhaps … but truly, who is not selfish at the very core, the very center of our ego, our soul?  When you cry after dear lover’s death – you cry over your loss much more than the loss of another person (of course the ‘other person’ would be your lover, but the asserted ‘yours’ is the key to that loss: something, someone was yours, belonged to you and now was taken away).

Egotist? I remember years ago reading F. Scott Fitzgerald  “Short Stories”[xiii] and loved it so much. It was his greatest literary achievement and it prompted me to read his first full novel “This Side of Paradise”[xiv] from 1920. Many have called it an absolute portrait of the generation and its first section is titled The Romantic Egotist. How appropriate! These short stories and the novel portray a generation that just went through the unthinkable loss of millions in that devastating war of 1914-1918. Generation that was hungry for life, love, excess – ALL of it.

Dear Andre, did you know during your talks with this improbable youth called Claude Mauriac, that his world (as well as yours – once again) is just about to collapse under the pitiful actions of his admired earlier presidency of Maréchal Pétain, the Lion of Verdun, who become the Mouse of Vichy? No, of course you did not. After all you went to Tunis and Algiers. Did you enjoy the young bodies of the Arabian boys? Of course you did. After all it wasn’t the first time, was it? But you still should have told some of it to young Claude. He was naïve …

                Gide dies soon after Valery. I’m personally taken by these moments and his sad, somber realizations. Am I now waiting for my death? Is my return to Warsaw a Gide’s return to Paris after the war years in Africa? Return to die…

(following day, back in Melriches Café on Davie in Vancouver)

Ah, yes – it is very hard to leave this place again, these streets, buildings, even shops, stores. Perhaps it is most difficult leaving the parks and their trails. Everything is so dear for me there. Everything? If life is everything – than yes, it is.

Our love, that I will never find again, my writings. Despite many shorter and longer returns to Poland, my dearest Poland, the undeniable fact remains that I was twenty two years old boy, when I left her. Now I am close to Andre Gide’s age, when Claude Mauriac wrote his Journal and become emotionally attached to that famous French writer. Andre died in Paris few years later, in 1951.

Regrets? No, have I not left my dearest Poland, I would have never found him – My Boy, My Life, My Soul. Things like that do not happen twice. Yet – Poland is my first love of books, of literature, of poetry, music. When I finally landed in Canada (after a year in London and two years in Italy) I was a truly fully developed man spiritually and intellectually. Back in the old communist Poland young people had to develop fast and mature fast. Of course, there was time for first kisses and romances – but a romance is not That Love you dream of, when you are that young. That one was waiting for me here, in Canada. Do I believe that things are preordained somewhere for us?  That I don’t know and I am not going to be wasting time trying to answer such a theoretical question – cosmology was never my strength.

I do have one regret, though. Back in the 80ties I went to Paris to visit Kot Jeleleński[xv], an amazing intellectual and art lover. Art lover is one description – but of course he must have been a great lover romantically, too. After all, he was a lover of improbable Leonor Fini[xvi] and improbably beautiful Stanislao Lepri – an Italian aristocrat. He did, in pre-war Poland, had a friendship with Polish great poet Kamil Baczyński (a hero of Warsaw Uprising, where he died fighting German occupiers)  – I forgot to ask him if he ever made love to beautiful Baczyński? But I would like to think that they kissed at the very least, both of them were very handsome boys.  That is a side thought only, pleasurable but of no consequence. Yet, my regret is that I should have asked Kot to take me to the streets and cafes in Paris which Gide frequented. Kot was Parisian bare none. It is my great regret. You don’t ask just a tourist guide for places and stories like that. Stories like that could be told only by art lovers. Or artists themselves.

Who, if not Konstanty Jelenski  could have told me the true shades of Gide? Jelenski, the ever arbiter elegentiae, the guardian of Polish and European literature? How did he survived the death of his love – Stanislao, the gorgeous Italian?  I didn’t know that Kot at that time was dying himself of incurable cancer. Being as elegant in every meaning of the word, he never shown anyone his physical ailments. Let’s talk about art, not of something as ghastly as death – he would have probably answered.

Our lovers die too soon.

I have talked for a long time with Giedroyc[xvii] in Maisons-Laffitte near Paris, editor-in-chief of highly influential literary and political monthly “Kultura” – but our talk was all wasted on politics instead about literature. Those were the times, but we should have known that even during war, talking about art and love is more important than politics! One that could have put us back on these important tracks was another editor of ‘Kultura” – Józef Czapski. Tall as a skyline physically and intellectually, himself a lover of young Russian poet Nabokov and later of Ludwik Hering – but Czapski was not in Paris, when I visited Giedroyc. Maybe Czapski met Gide, he could have due to his aristocratic connections he mingled o lot in the ‘society’ circles of Paris. Eh, the occasions and talks we missed…

                When Oscar Wilde took Gide to a hotel in Algiers, Wilde rented two rooms and in both rooms was a local Algerian boy. Naturally, the boy was rented, too. They both delighted in their boys. Yes, I know my dear Reader that you are aghast – but trust me, I am certain that both of these writers delighted in these Algerian boys. They definitely were not terrified of these boys. Not only that – to your surprise  (no doubt) I must tell you that it was not illegal – the age of consent was not 18, not even 15. It was at that time …thirteen.  O tempora, o mores! Did you, dear Reader give a sigh?! Did you just say, with wiping sentimental tear off you check: the good, old times? No? You didn’t? I thought you did – because that is what you usually say, when you comment on current times, don’t you?

O, please spare me the debacle. I am not going to Algiers tonight, or any other time. And the age of consent in Algiers now is the same as in Poland or in Canada. Even in Paris, LOL. Not sure about Texas or the Temple in Utah – religions and individual states laws and customs are very different in the ‘land of the free’ south of the border. They are Christians, too (I think?) but they are the Later Saints … or is it Latter-day saints? Maybe it is just very special Latte or Cappuccino; it is all too complicated for a simple guy as me.

Thinking of Gide for few more days and thinking of him I wrote two pieces of poetry: one in Moodswing Café in New Westminster and one … sunbathing on nude beach and swimming in Mud Bay of South Surrey’s Crescent Beach.  I think it necessary to finish this essay, which no longer is an essay only about Andre Gide, with these poems. Maybe I should even dedicate it to his memory and talent.

 To you Andre, to the memory of great man of letters from France.

Winter time in a small village in Pyrenees.

Night comes quickly and darkness covers

the valleys and peaks. Suddenly, the windows

off a small stony church lights up in delicate

orange glow. From the top of the church steeple

comes the song of its bells: big bam! Big bam!

big!, big! big! Bam! Bam! Bam! Baaaam-mmm!

The air vibrates with each tone of the big bell

and sends  bronze-coloured sounds to the valleys.

Archangel Michael blows into long, golden trumpet.

The music envelopes the meadows, climbs up the hills.

The call of God, the call of the Shepherd: 

come and be enlighten in the mystery of life

 and promise of death merciful that claims us all.

They run – the tired travelers, the herds of goats.

They cry and hope, as the trumpet sounds again

and dies suddenly like the last drop of now empty goblet.

The church becomes a masjid and archangel becomes muezzin,

that intones to all: Allāhu ʾAkbar. In Pyrenees Hannibal’s army

stop their march and rise their tusks and trunks: they sense the pitch

of the hymn and the psalm as the far flung peaks of Alps slowly

cover the church, the mosque and streams in the valleys.

The curtain call of History. Birth and death of Love.

Moodswing Café, 29. 05.26

B. Pacak-Gamalski


It’s almost seven in the evening.

The sun just starts to burn its glory.

I talk to young Adonis I just met in the water,

when we were swimming close by.

Back on the hot rocks  of the beach

he asks me about a book I’m reading.

That book is about Andre Gide and young

 Claude Mauriac, who wrote that book.

No, I don’t suppose that my Adonis knows

who was Gide and I explain that he was seventy

at that time and fabulously-scandalously gay,

but Claude was barely twenty one and staunchly catholic.

Definitely believing being straight as an arrow,

straight as the priest, who presided piously over Holy Mass

in the church they attended with Gide and Claude’s father

in the southwestern France,  in Malagar, close to Garonne’s

fast moving waters and not far from Spain’s Pyrenees.

Not sure if all that did not scared him: Malagar, big river Garonne,

 close to Spain. A thought might have crossed his mind:

is he crazy per chance? And he moved few steps to the left.

Yet, he stroke a pose of Greek efeb to accentuate

his graceful, but  muscular body. I pretend

not to read his mind and just admire his statuesque’s

shapes. Like a monument in Louvre or in Athens.

Michelangelo must have painted or sculptured him.

Gide and Claude in France? Who are they?

And who cares on a nudist beach

in the company of Greek efeb?!

Crescent Beach in South Surrey, 30.05.26

B. Pacak-Gamalski


[i] François Mauriac | Nobel Prize-Winning French Author | Britannica

[ii] A. Mickiewicz – great Polish poet, author of national epopee “Pan Tadeusz; Jozef Kraszewski, a popular author of many historical novels in the late XIX century; Ignacy Krasicki, bishop and writer called a Polish La Fontaine, satirist and critic of an old feudal system, XVIII century

[iii] Stendhal (orig. name: Marie-Henri Beyle) French novelist, precursor of realism and psychological portrait

[iv] Quasi sovereign satellite of Soviet Union block of states created after the 2 w.w. (1944) – the most liberal and free from the entire soviet Block. It ended in 1989 by peaceful free election led by ‘Solidarity” movement.

[v] Konstanty Jelelenski – eminent Polish émigré in Paris after the end of 2 world war; one of the three founding intellectuals, who organized and run the famous Paris “Culture’ periodic – an extremely influential magazine among intellectual and literary elite and not only for Polish people in the West, but mostly for people in communist Poland, where it widely distributed  as ‘bibula’ (illegally)

[vi] Conversations with A. Gide; by Claude Mauriac; tr. M. Leback; pub. George Braziller Inc. New York 1965; s. 235

[vii] Services 4 — Moodswing Coffee + Bar

[viii] The Strange Case Of Dr. Jekyll And Mr. Hyde | Project Gutenberg

[ix] Jean Cocteau – a prominent French poet, performer and avant-garde style movement instigator

[x] Melriches Coffee, 1244 Davie St, Vancouver, BC. | Make that happy connection!

[xi] The Immoralist | French Novel, Existentialism, André Gide | Britannica

[xii] Paul Valéry – Wikipedia

[xiii] The short Stories of F. Scott Fitzgerald; pub. By Charles Scriner’s Sons, New York, 1989, p. 776

[xiv] https://www.ebsco.com/research-starters/literature-and-writing/side-paradise-f-scott-fitzgerald#this-side-of-paradise-by-f-scott-fitzgerald

[xv] Konstanty Jeleński — Wikipédia

[xvi] Leonor Fini at Weinstein Gallery

[xvii] Jerzy Giedroyc – Wikipedia

Urodzinowy spacer z Johnem

Urodzinowy spacer z Johnem

Więc na Twoje urodziny zrobiłem z tobą długi spacer przez domy i trasy, gdzie mieszkaliśmy, gdzie spacerowaliśmy.

Naturalnie, zacząłem od naszego uroczego, trzypiętrowego domku szeregowego w Guildford Mews. Ile w nim mieliśmy radości, ile pracy włożyliśmy w kompletny remont całego miejsca. Wszystko sami: wymiana podłóg, które sam instalowałem, układanie kafelek w łazience, malowanie, robienie z dość kiepsko zostawionego przez ostatnich właścicieli dużego salonu  parterowego uroczego wielkiego pokoju, z którego było wejście do ogrodu. Ach, ogród. Ogród nie można było nazwać ogrodem – to była dzika, zachwaszczona, kompletnie zniszczona przestrzeń. Nawiozłem ziemi, wykarczowałem całe wory chwastów – efektem był bajeczny ogród i nawet kawałek grządek na wiosenne warzywa. Nasz ‘synek’, kochany kot Babu uwielbiał to – co prawda dopiero po kilku dniach, które spędzał sycząc i chowając się po kątach i nie wierząc nam, że sami nie wrócimy do starego mieszkania w Burnaby zostawiając go w tym nowym i nieznanym mu miejscu. Gdy skończyliśmy domek i ogródek, ja … przeniosłem się z sekatorami, piłami i siekierką na wzgórze i bardzo zaniedbaną przestrzeń ‘common property’ poza ogrodem. Kilkaset dolarów i tygodni później było to jedno z ładniejszych miejsc na całym uroczym, zalesionym osiedlu.

Wszystko było blisko, spacerkiem – olbrzymi Guildford Mall, urocza Biblioteka Miejska, gdzie organizowałem z Klubem „Pegaz” spotkania z czytelnikami z całego Vancouveru i  połączone zawsze z prezentacją wizualną i muzyczną najlepszych polskich malarzy i kompozytorów z Vancouveru. Świadomie nie wymieniam nazwisk innych osób, które w tej publicznej działalności wielkie mieli zasługi i wysiłek w to wkładany – bo zabrałoby to sporo miejsca. Pisałem już na ten temat sporo dużo wcześniej. Teraz to po prostu mój prywatny, pożegnalny spacer z cieniem mojego Johna – człowieka, który wypełnił moją tęsknotę miłości i wypełnił całe moje życie. Spacer na jego urodziny. Miałby dziś sześćdziesiąt lat. Ciągle smarkacz, psiakość. Nawet dobre kilka lat po śmierci, to ja stałem się starzejącym dziadygą, a on pozostał tym uroczym, kochanym smarkaczem. Wiecznym chłopcem.

Więc po łażeniu na tym naszym starym osiedlu jego uroczymi wąwozami i alejkami, poszliśmy dalej. Trzymaliśmy się za ręce. Nie lubił okazywania czułości publicznie (w przeciwieństwie do mnie, LOL), tym razem jednak szedł obok mnie trzymając moją rękę w swojej. Podejrzewam, że pomagał mu fakt, że prócz mnie nikt go nie mógł widzieć. Poszlismy koło tej biblioteki, potem koło restauracji „Milestones”, gdzie go zabrałem 30 maja 2018 roku, ostatnie jego urodziny w Surrey, zanim wyjechaliśmy samochodami przez całą Kanadę nad drugi ocean.

Potem do kina , gdzie byliśmy na ostatnim chyba filmie oglądanym w kinie, ha ha ha. Byliśmy jeszcze z generacji, gdy do kin się chodziło. Choć ponoć ten nawyk znowu wraca. I dobrze, że wraca. Spod kina zaciągnąłem go w … gęste chaszcze. Nie, nie w tych bezecnych celach, ha ha ha! Do pięknego, naturalnie dzikiego Green Timbers Urban Forest[i]. Mama też uwielbiała tam chodzić nad jeziorko karmić swoje ‘kaczuchy’.  Łączane tereny wokół jeziorka były tej niedzieli, jak zaczarowane. Kobierzec olbrzymi żółtych jaskrów i niebiesko-fioletowych łubinów. Jak z rysunków w bajkach dla dzieci. A wszyscy trochę dziećmi – na szczęście – pozostajemy (nie mylić z ‘dziecinnieniem’, bo to inna przypadłość).

Potem już tylko kawałek wzdłuż 100 Alei do naszego ostatniego kondominium na 138 Ulicy. Dwupoziomowe, ale też małym ogródkiem, który też był strasznie zapuszczony. Więc też go oczyściłem, nawiozłem ziemi i też obsadziłem, LOL. Gadałem z tymi kwiatami każdego wieczora, odnoszę wrażenie, że się uśmiechały i radośniej po rozmowie wyglądały…  Pewnego dnia, na posesji po drugiej stronie ulicy ktoś wykopał maleńką brzózkę i bezceremonialnie wyrzucił ją na krawężnik ulicy.  Więc naturalnie wyszedłem z ogródka i ją przyniosłem.  Zasadziłem, przez tydzień lub dwa specjalnymi odżywkami podlewałem – aż jej listki ożyły i widać było, że przetrwała. Jest do dziś, wyrosła bardzo, wysoka aż po dach budynku. Generalnie widać, że nowi mieszkańcy trochę o ogródek dbają, bo nie wygląda na zachwaszczony. To dobrze. A do brzózki zagadałem, pożegnałem się z nią też. Zamrugała listkami? Nie wiem, kłócić się nie będę o szczegóły. Ale niech będzie, że zamrugała – w końcu to moja opowieść ze spaceru, mogę napisać, co chcę. Jak wierzba i król Asoka z poeamtu Leśmiana, czarodzieja polskiego języka.[ii]

I spacer się skończył, a mimo, że pożegnalny nie był smutny, bo jeśli troszkę, to był to smutek rzewny, ciepły, miły …


[i] Green Timbers Urban Forest Park | City of Surrey

[ii] Asoka – Bolesław Leśmian – poezja.org

Majówka konstytucyjna

Majówka konstytucyjna

Mój Trzeci Maj? Chorągwie, szturmówki, mównice i miód oratorski płynący z biało-czerwonych ust? Z biało czerwonych ust?! Czyliżby usta mogły by być białoczerwone?! A skądże! Ale czerwone usta i biała piana słowotokiem z nich się lejąca, to przypadek nie rzadki.

By w tą pułapkę ponentną nie wpaść – wsiadłem na rower, jechałem kilkanaści lub kilkadziesiąt kilometrów przez miasto, brzegiem fiordu, przez park prastary … na plażę opalać się i w wodzie (brrr, zimna jednak ciągle, LOL) baraszkować, pływać.

Czy patriotyczne to było? Opatrzność jedna wiedzieć może. Czy można być patriotycznym w mokrych gaciach? Bo ja wiem? Jak można ze szturmówką w bezpiecznym kraju pierś nadymać i brzuch wciagać wołając gromko: ‘jestem Polak-patriota!’, to pewnie można i w mokrych gaciach. Aliści nie wołałem – choć o dniu nie zapomniałem. Zrobiłem z Trzeciego Maja majówkę miłą.

Czytałem też ciągle zaczętego dni kilka temu Jorge Borgesa. Po raz wtóry jego pisma krytyczno-literackie, a nie jego wspaniałą twórczość poetycką. Jezu, jaki on elokwentny i inteligentny. Kiedyś (o ile pamiętam) gdy to czytałem, to byłem zachwycony jego erudycją i uwagami. Teraz mnie zmęczył. Chciałem krzyknąć: Jorge, idź się napij szklankę calvadosu i popuść sobie i mnie. Toż to nieprzyzwoite tak w głowach nam mącić. Zwłaszcza, gdy się jest na plaży, a obok ciałka że hej do oglądania i w zasadzie z praktycznego punktu widzenia – w negliżu. Nie trzeba nawet wodzy fantazji popuszczać. Zwyczajnie: na plaży, na patelni podane.

Więc Jorge zamknąłem byłem (zdaje się coś pokrzykiwał, wygrażał z oburzeniem) w plecaku i by awantur nie robił tom go był owinął ręcznikiem.  Niech ma – to Vancouver, a nie Buenos Aires. I Pacyfik, a nie Atlantyk.

A 3-ci Maj?  No po to jest – byśmy mieli wolne i byśmy byli wolni na robienie tego, co nam się spodoba.

Myślę, że Stasiu Poniatowski, by sie zgodził i też by na tą plażę ze mną poszedł. Podobno (tylko podobno) miał w młodości skłonności, LOL. Ale kochani, nie wpadajcie w panikę – każdy kiedyś miał lub mieć będzie skłonności do kogoś lub czegoś. I chwała za to wszystkim bogom wszystkich epok!

Rower, ocean, słońce i wrona

Rower, ocean, słońce i wrona

Długa wycieczka rowerowa do miejsc miłych i drogich. Nie pierwsza odkąd tu wróciłem, pewnie nie ostatnia. Tyle wspomnień z czasów bardzo odległych, z osobami bardzo drogimi, hen, gdzieś sprzed blisko dwudziestu laty. Od Waterfront rowerem wzdłuż wybrzeża w kierunku Stanley Parku. Ale zanim pojechałem tą trasą wzdłuż wody, tą pod mostem wiszącym – musiałem podjechać do Rose Garden. Tu mama z Irenką Kropińską podjeżdżały z Domu Kopernika, wzdłuż Kingsway trolejbusem #19. On pod sam Rose Garden właśnie pętlę robił. Robi dalej, tylko już nie ma tego Domu Kopernika, nie ma Irenki, i nie ma Mamy. A Ogród Różany pozostał…

Z tego Ogrodu wróciłem na trasę ścieżką betonową wzdłuż początków Fiordu Burrard. Zatrzymałem się przy moim ukochanym Siwash Rock, rzuciłem okiem na wiszący nad nami mostem Lions Gate. Zaprojektowanym porzez tego samego architekta, który podobny bardzo zbudował między Dartmouth a Halifax – tamtym lubiłem chodzić na piechotę, jeśli miałem czasu więcej.

Tak, jak wczoraj w Central Park w Burnaby – ludzi co niemoc. Ale moc jednak znaleźli, grupami i pojedynczo. Dojechałem do Trzeciej Plaży, ulubionej mojej Mamy. Zdarłem z siebie wierzchnie ubranie, ległem na piasku i żałowałem, że kąpielówek na zmianę nie wziąłem. Ale do wody wlazłem. Zimna, brrr. Sporo ludzi na plaży się wylegiwało, nikt wszak do wody się nie skorzył. A ja łaziłem, brodziłem. Szkoda, że tch kąpielówek nie brałem, to bym jednak popływał chwilę. Dzieciaki zbierały muszle, mewy się wydzierały i kłóciły o jakieś rozgwiazdy, czapla opodal ze stoickim spokojem stała na swoich długich nogach niezbyt z tego harmidru zadowolona. Na drugim końcu plaży jacyś Meksykanie grali coś na bębenkach i coś na przenośnym rożnie smażyli.

Potem podjechałem do swojej kawiarni Melriches na słodki łakoć i na kawę. I coś tam skrobałem w brudnopisie.

Mamy nie ma, Irenki też, nie ma Johna. A ja jestem. Niby po co? Po prostu tak? Zwyczajnie? Bez sceny operowej, bez omdlewających hrabianek i książątek wybladłych, w perukach upudrowanych?

A tu jednak tak samo: mewy wrzeszczą strasznie i tłuką się o jakąś małżę, ta czapla stoicka niczym posąg Apollona. Jest jej kompletnie obojętnie czy to ja, czy Apollo, czy jakaś Baba Jaga choćby.

Podleciała wrona mądra, zakrakała ze zrozumieniem w te słowa: nie zwracaj na te idiotki uwagi. One są zwyczajnie patetyczne w tej swojej głupocie. Jedyny szczyt, jak w życiu osiągnęły to szczyt Ignorancji. Patrz na tych, co wiedzą – i dlatego najczęściej milczą: wrony właśnie, wieloryby i delfiny. Ponoć mrówki i szczury też. Te są jednak tak małe, że ich rozmowy są trudne do usłyszenia.

Czy jest tak samo w twoich wędrówkach? Nie, nie jest. Są te same skały, drzewa i plaże. One żyją dużo dłużej i ciekawiej; drzewa sięgają na przykład chmur i stamtąd widza dużo dalej; wieloryby i delfiny znają głębie oceanów olbrzymich i brzegi wszystkich kontynentów.

Człowiek? Człowiek jest też ciekawy. Ale nie jest stale ten sam, ważne jednak jest by pamiętał kim był wczoraj. I kim był dekady temu. Jest słabszy fizycznie z upływem czasu, ale silniejszy mentalnie z tym upływem lat. Jeśli tylko pamięta. Więc pamiętaj – zakrzyczała wrona i odleciała.

Wszyscy kiedyś odlatują, odlecimy i my. Tą naukę wrona zapomniała mi powiedzieć. Ale za te inne byłem jej wszak wdzięczny. I to by było na tyle dzisiaj. A dzień był ładny. To też warto docenić.   

Spacer w Central Park w Burnaby

Spacer w Central Park w Burnaby

Wielkanoc tego roku jest cudowna. Tak jakby wykrzykiwała swoje pierwotne, przedchrześcijańskie znaczenie, swoją starosłowiańską pieśń odnowy, odrodzenia. Ciepło, jak w czerwcu, kwiaty wariują, ptaszki te mniejsze w tych krzewach skaczą i i śpiewają swoje piosenki wabiące partnerki – chodź, zobacz, jakie piękne gniazdko nam wyszykowałem!

Rower ‘pod pachę’ więc wziąłem i do kolejki w kierunku mego kochanego Central Parku w Burnaby. A tam ciżba, szerokimi alejkami aż trudno jechać i trzeba bardzo uważać tyle rodzin, spacerowiczów! A wszyscy uśmiechnięci, zadowoleni. No to i ja zadowolony. Bo uśmiech jest zaraźliwy, bardziej niż ponurowatość i gburstwo. Dobrze, że miałem plecak, to mogłem powoli wszystkie warstwy ubrania ściagać, aż w samych portkach zostałem siedząc w pełnym słońcu wpół pasa nagi. Dzieciaki zachwycone ogladaniem wielkich karpi podpływających do samego brzegu głównego jeziorka w parku. Mama też lubiła te karpie oglądać, gdy tu przjeżdżaliśmy.

Siedzę na ławce tak pół w negliżu i usmiecham się do tej dzieciarni. Pani w średnim wieku siada obok i zaczyna bardzo długa rozmowę. Kiwam głową, uśmiecham się grzecznie … i po chwili orientuję się, że kompletnie jej nie słucham, nie mam pojęcia  co i o czym mówi. Ale dalej się uśmiecham i głową potakuję, ha ha ha. Ona zadowolona, że ma słuchacza wolnego, ja zadowolony, że nie zwracam uwagi na jej szczebiot. Wilk syty i owca cała, a o to w końcu chodzi. Na tym całe tomiska filozofii od tysięcy lat się zasadzają. Zwykłe, proste.

Do stwau ppodchodzi grupa osób w średnim wieku. Słyszę, że rozmawiają po polsku. Miło. Uśmiecham się do nich, ale milcząco. Nie chce mi się jakichś  banalnych gadek zaczynać. Patrze tylko szybko czy znam te osoby, kilka twarzy jakby znajomych, ale nie kogę połaczyć ani z miejscem ani z nazwiskiem. Jedna pani zauważa, że sie patrze, uśmiecha się i mówi: dzień dobry panie Bogumile.  Odpowiadam zaskoczony i skinam głową: dzień dobry pani.  Ale rozmowy podjać nie mam ochoty. Słyszę jeszcze jak podchodzi do swojej grupki i lekko kierując głowę mówi im: to pan Bogumil Pacak-Gamalski tam na ławce. Usmiecham sie i ponownie, ale szybko zaczynam czytać z zajeciem książkę, którą ze sobą zabrałem. Naprawdę, po prostu nie che mi sie rozmawiać z nikim. Chcę patrzeć, obserwować. Wszystko to, ta sielanka wiosenna trochę przypomina oglądanie wystawy impresjonistów francuskich gdzieś w Paryżu, lub obrazów Chełmońskiego w galerii w Krakowie.  Ot i tyle. Dzień dobry, miłego dnia życzę.

Sprawa zakochania się w tekście literackim

Przedmowa tłumacza

Czasem literatura, zwłaszcza ta mi już znana sprzed wielu laty, potrafi mnie nagle zaskoczyć, zatrzymać w pół kroku. Każe wrócić kilka kartek, raz jeszcze je przeczytać. I odczytać tą samą treść raz jeszcze, powoli, z zastanowieniem rosnącym we wzruszenie niepomierne. 

To stało się już w końcowej fazie powieści syna wielkiego literackiego noblisty Tomasza Manna –Klausa. Zwłaszcza, ze jest to w dużej mierze powieść autobiograficzna. W autobiografii trudniej ulec wzruszeniu szczeremu. Wzruszeniu nie bibliofila, nie intelektualisty, a zwykłym człowieczym, czytelnika, który po prawdzie za powieściami od lat nie przepada. Nie oszukujmy się – mimo nielicznych prób oryginalnych – napisano już gdzieś i kiedyś, wszystko, co jest do napisania. Ktoś gdzieś, kiedyś się urodził, chodził do jakichś szkół, zakochał się, może wałczył na jakiejś wojence i na niej poległ ze zdumionym westchnieniem-pytaniem: to już? Może nie walczył, a pracował w biurze, może miał romans w tym biurze, może był odkrywcą, mordercą, filozofem, świętym nawet? Wszystko już było zapisane i opisane piórem bardziej lub mniej płodnym i wyrosłe spod talentu większego lub mniejszego. Gdyby te książki wszystkie w szeregu ustawić to, kto wie? Może nawet w Kanadzie od brzegu Atlantyku do brzegu Pacyfiku by miejsca nie starczyło? Coś na ten temat wiem, bom ją dwukrotnie od brzegu do brzegu przejechał.

A tu nagle te kilka kartek. Zapis krótki rozmowy młodego kochanka-przyjaciela do śpiącego miłośnika równie młodego. Przez to, że adresat rozmowy-wyznania śpi, przeto wyznanie szczere, pozbawione sztuczności, garniturku poprawności.

To wyznanie-opowieść byłbym i ja tym razem przeoczył, lub przeczytał pobieżnie. Ot, taki zwykły kolejny fragment powieści. A nie przeoczyłem. Bo i ja jestem od kilku lat innym człowiekiem, który sam siebie – tego nowego – odszukuje, poznaje. Wracam myślami do początków piękna wzruszonego, do delikatności i czułości niezwykłej, która w zdumieniu dotyka miłości napotkanej. Pragnie jej i boi się jej jednocześnie. Bo pamiętam teraz, że się wtedy jej bałem, mimo, że tak jej pożądałem. Bałem się by jej nie zrobić krzywdy, nie zadać bólu. I słusznie, że się tego bałem, bo teraz wspominając każdy dzień z tej wieloletniej drogi wspólnej – poznaję, że ból taki czasem zadawałem nie myśląc, że bólem być mógł.  Ani ja ani on nie byliśmy doskonali, choć ja przez fakt prosty, że starszy byłem dobrych kilka lat – pewnie tego bólu zadałem więcej.

Ale ten fragment powieści-wspomnień Klausa Manna, ta rozmowa-wyznanie wróciło mnie tak silnie do pragnień wyznania tej miłości raz jeszcze. Mój Chłopiec też śpi. I choć mój się nie obudzi – mogę mu tą powieść, moimi słowami opowiedzieć. We snach stale wszak rozmowy z nim prowadzę. Więc mu tą, jako naszą opowieść, swoimi słowami opowiem.

‘Swoimi’ w cudzysłowie, bo to jednak zapis Klausa Manna, tyle, że przeze mnie na polski przetłumaczony. Przetłumaczony bardziej z myślą o uchwyceniu tej pięknej czułości słów niż sensu srickto tłumaczenia formalnego.

tłumaczenie z angielskiego frag. powieści Klausa Manna „The Pious Dance – the adventure story of a Young Man”[i]

O – powiedział Andreas – opowiem ci wiele rzeczy, wszystko, co wiem. Wydaje mi się, drogi Nielsie, że wiem o nas wszystko. Jesteśmy parą dzieci, które wbiegły w las i nie mogą się odnaleźć w drugiej stronie tego lasu. Jedno z nas ma głowę wypełniona myślami i mgłą niepewności – ale drugi ma tak piękne włosy! Zaczarowana noc wypełniona gwarem, ciągotą i brakiem pewności umiejscowienia, zakotwiczenia. Niewidoczny księżyc skryty gdzieś za czarnymi chmurami. Nawet gwiazdy zgubiły swą pewność i sens, swój nieosiągalny cel, gdy podmuchy zefiru rzucają nimi w tę i we w tę. Pewnie to światełka z pobliskiej gospody, z oddali słychać warczenie psów obwieszczających swe proste sekrety. Słychać kumkanie żab. Wołałam twe imię, które jest Ugolino[ii].  ‘Ugolino!’ – wołam w przestrzeń. Gdzieś w tej pustce może i ty wołasz moje. Słyszę twój mruczący słodko głos z oddali. Ja jestem Kaspar. Ale nasze imiona nie odnajdują się, wiatr bawi się w kotka i myszkę ich sylabami, przerzuca nimi, jak piłeczkami: spotykają się i omijają w kirze powietrza. Kaspar nie widzi cię. Ugolino, jesteś osobny, zagubiony, zanikasz w cieniach krzewów – czasem jesteś w jednym miejscu, znienacka niczym drzewo nieruchome, ale on ponownie nie może cię rozpoznać; twój drzewny spokój jest tak inny od twojej ruchliwości i on przebiega ponownie obok. Ale ty jesteś stale jego azymutem, celem – gdyby nie ty, byłby zgubiony, Ugolino. Powiem ci wszystko. Nie powinieneś tego wiedzieć, ale twoje powieki zamknął sen, więc nie zrozumiesz tego. Noce były burzliwe i niespokojne. Opowiem ci o wszystkim, co przeszedłem tamtych nocy.

§

Było cicho, jakby ten młodzieniec w łóżku spał. Miał spokojna twarz i oddychał równomiernie. Głos opowiadającego spływał po śpiącym tak delikatnie, by go nie zbudzić.

-Jesteś lepszy ode mnie, gdyż jesteś bardziej ode mnie niewinny- szeptał w jego twarz- i stąd bardziej niż ja jesteś wybrany. Teraz wiem, że spokojne usta znaczą więcej przed Bogiem niż usta mówiąc. Świątobliwy człowiek więcej niż człowiek uczony. A kochające ciało jest wartościowsze od wykształconej głowy. A tancerz wartościowszy w oczach Boga od pisarza lub malarza. I, że ty jesteś bez skazy.

§§

To, drogi Ugolino, jest mój sekret, moja słodka pieśń – to bajka mojej młodości i moich burzliwych czasów – musimy być niewinni, a nie rozważni. Być wierzącymi, ale nie dumnymi. Kochający, nie pytający. Świat jest do bycia w nim, nie do jego zrozumienia. Tylko ciało i mieszkająca w nim dusza zbliża nas do Boga, a nie rozumujący umysł. To moja pieśń, słuchałem jej za dnia, żyłem nią nocami. Nie znam innej. Nie wiem, czy potrafię wymalować tym obraz, ale gdy nadejdzie ostatnia godzina, będę mógł powiedzieć: dziękuję za to, że teraz tu jesteś, zobaczyłem wiele. Mogę jej szepnąć: dziękuję moja droga czarna godzino, żeś o mnie nie zapomniała. Ja nigdy nie zapomniałem o tobie. Ta czułość, jaką miałem dla ciebie oczyściła moje występki. Ale ciało, którym mnie obdarowałeś, ta fizyczna skorupa, którą dałeś i którą oczarowałeś przytroczyła mnie do ziemi w radości i smutku. Bo z tym, z moim ciałem, kochałem wszystkie ukochane ciała wszystkich mężczyzn. Oto, dlaczego chodzę bezlicznymi ulicami z ciekawości i pożądania, ulicami, które się dla mnie otwierają – ponieważ pożądanie i ciekawość pozostały wierne. Droga godzino: kochałem życie, jak mi nakazałaś – było piękne.

§§§

Głos mówiący do śpiącej twarzy zamilkł. Andreas skończył opowieść i wsłuchiwał się tylko w głęboki ton oddechu leżącego obok przyjaciela. W międzyczasie zapadła głęboka ciemność.

Ale w tej ciemności głos odżył ponownie, słowa niczym krople spłynęły po ciele śpiącego.

Jakie to było dziwne, – rzekł głos do ciała – jak dziwne. Zanim cię spotkałem. Jakie poplątane drogi musiałem przejść. To była tortura. Ale głos przyrzekł mi kiedyś, że znajdę światło i zrozumienie. Czy teraz je znalazłem? Czy w końcu zrozumiałem? Ale serce boi się mi odpowiedzieć.


[i] z angielskiego tłumaczenia powieści dokonanego przez Laurence’a Senelick’a

[ii] trudno być pewnym, czy Mann użył tego imienia wspominając Dantego i Virgila, którzy nawiedzają w Piekle owego średniowiecznego tragicznego brygadiera Pisy o imieniu Ugolino. (przyp.mój)

Drogi do Banff

Drogi do Banff

Droga do Banff. Droga z Vancouveru do serca Gór Skalistych; droga z Calgary z sercem pełnym pasji i miłości. Dwie drogi w dwóch bardzo różnych czasach i epokach.

Około czterdziestu lat temu jechaliśmy (ja i Mój Chłopak) pierwszy raz razem na Wigilię do hotelu w Panoramie koło Radium, mijaliśmy Banff po drodze. Długa, ale bardzo wygodna szosa #1 prowadziła prostą nitką do skrzyżowania z szosą 93 do tegoż hotelu. No właśnie – długa. Bardzo długa, gdy prowadzący i pasażer to dwóch młodych, zakochanych w sobie po uszy chłopaków. Trudno się przecież całować, gdy się prowadzi samochód na trasie szybkiego ruchu! Więc postojów było dużo. Oj …

Jakiś czas później, już porą letnią, jedziemy do Banff na dwa lub trzy dni łazikowania po okolicznych górach w uroczym wówczas małym Banff. Ba – jest ciepło na zewnątrz … a gorąco w samochodzie. No tak, też tych samych dwóch młodych, zakochanych po uszy chłopaków. W połowie drogi zjeżdżam w boczną, leśna drogę #64 do Sibbald Flats.  Znajdujemy cichy zakątek otulony młodym lasem świerkowym. Oczywiście, że się całujemy. I oczywiście, że na całowaniu się nie kończy. To tylko uwertura do całego Koncertu Pasji Młodości i Miłości.  Do Banff zajeżdżamy o zmroku, mimo, że normalnie jazda z Calgary, to nie dłużej niż godzina. Co zrobić – młodość i miłość to inne niż zwyczajne czasy. Inne zegary, inne doby.

Prawie cztery dekady później niespodzianie jadę do Banff z drugiej strony, znad Pacyfiku. Mój Chłopiec nie jest ani za kierownicą, ani na siedzeniu pasażera. Któregoś dnia, kiedy byliśmy na drugiej stronie kontynentu, nad Atlantykiem, uleciał mi w chmury. Zanim odleciał przypomniał mi jeszcze, że mnie kocha, ja wiedziałem, że jego kocham. No, ale uleciał. Jego czas się skończył. Też nie zupełnie jednak, bo po czarnych nocach rozpaczy zrozumiałem, że część jego została, zamieszkała we mnie. Tak długo, gdy mój czas odjazdu ostatecznego nie nastąpi. Może się wtedy spotkamy znowu, może nie. We snach, kiedy ze mną po odlocie rozmawiał, nie chciał mi tego jednoznacznie wyjaśnić. Więc nie wiem na pewno. Zobaczymy, lub właśnie może nie zobaczymy.  Póki jestem – to mam go stale w sobie. To mi wystarcza.

Jadę z przyjacielem, który ma się spotkać w Banff ze swoim przyjacielem z lat młodości jeszcze warszawskiej. Kiedyś był w Banff ale nie zna go aż tak dobrze, jak ja. Łazimy więc długimi kilometrami wokół zamarzniętej Bow River, wokół starego, monumentalnego Fairmont Hotel, gdzie kiedyś przed laty spotkałem i rozmawiałem z wielką gwiazdą Hollywood Jamesem Stewartem[i]. Idziemy do Banff School of Arts, gdzie kiedyś chodziłem na koncerty i gdzie bliski znajomy flecista Krzysztof Kaczka miał stypendium, gdzie kiedyś ja miałem dostać też swoje na pisanie – musiałem zrezygnować, bo inne wydarzenia w życiu nie pozwoliły na takie sabbatical.  Następnego dnia jedziemy do fantastycznego, mojego ulubionego w dawnych czasach, raju narciarskiego w Sunshine Village. Od czasu mojego wypadku samochodowego blisko rok temu moja lewa noga nie pracuje jak trzeba. W zasadzie spodziewałem się, że narty, zwłaszcza wysokogórskie, już nie są dla mnie. Aliści … nie ma lasu bez liści. Więc założyłem deski i … wio! Skłamałbym pisząc, że szusowałem, jakbym mógł rok temu. Ale radość jazdy mi zrobiły, mimo, ze chwilami bolesne i trudne. A potem kilka kilometrów do bazy już nie kolejka linową a droga w dół. Pierwszy i jedyny upadek miałem już przy parkingu, gdy się zatrzymałem by już odpiąć narty, źle chyba stanąłem i poleciałem na plecy, LOL. Następnego dnia pojechaliśmy nad Lake Louise i zamarzniętym na amen jeziorze złaziliśmy kilka dobrych kilometrów. Spoglądałem z ciepłym rozrzewnieniem na szczyty Mitry i Abberdeen, na lodowiec Victorii przy Lake Louise, hen po prawej ku Lake Agnes i przełęczy, którą kiedyś przechodziłem do Lake O’Hara i starego schroniska, gdzie przebywał kiedyś Jackson, jeden z malarzy słynnej Grupy Siedmiu; na moją ukochaną Mount Temple z bogami mieszkającymi na jej szczycie. Tym razem chyba naprawdę ostatni raz. Wiem, tyle już razy mówiłem, że gdzieś jestem ostatni raz … i nagle do tych miejsc wracałem. Ale tam już chyba faktycznie więcej nie pojadę. Ale jestem szczęśliwy, że pojechałem teraz. I w kompani serdecznej, dobrej.

A wracając zatrzymaliśmy się w Revelstoke na obiad w tym samym hoteliku, gdzie zawsze zatrzymywałem się z Moim Chłopcem, gdy jeździliśmy bardzo często z Vancouveru (mieszkaliśmy tu najdłużej) do Calgary odwiedzić jego rodzeństwo.

I to była historia moich podróży do Banff w Górach Skalistych.

poniżej link do historii malarzy z Grupy 7-miu

https://www.youtube.com/watch?v=7uSvO1PTbPY;


[i] James Stewart – Wikipedia – w Fairmont Hotel w Banff odbywają się od wielu lat Festiwale Filmów Telewizyjnych i na jednym z nich w latach 90tych Stewart zasiadał w jury festiwalowym.