Polskie deja vu

Bogumił Pacak-Gamalski

Oglądam i słucham codziennie wiadomości. Zawsze byłem ‘zwierzęciem politycznym’, na szczęście nigdy nie byłem politykiem. Często bywałem działaczem społecznym, co o politykę i polityków się poniekąd ociera. Mea culpa. Ale trudno zupełnie ją w życiu odrzucić, gdy jest wszędzie. Chcąc cokolwiek dla innych zrobić lub zwyczajnie choć nieco rzeczywistość nagiąć do własnych wyobrażeń i dążeń – bez ocierania się o tą brudną politykę nie sposób. Choć przy okazji pobrudzić się łatwo. Cóż, trudno.

Mam więc zawsze (z wiekiem silniej to występuje, bo naturalnie z biegiem lat bagaż zawodów wobec polityków staje się cięższy) duże nadzieje wobec polityków, którzy te nadzieje budzą wiedząc, że w większości wypadków się na końcu rozczaruję. Na usprawiedliwienie trzeba jasno powiedzieć, że nawet najlepsze intencje tej pani czy pana, którzy za politykę się biorą z czasem ulegają wyjałowieniu w zetknięciu z twardą rzeczywistością politycznej walki z przeciwnikami lub nawet sojusznikami, koalicjantami. W sumie najłatwiej to mają s…rwiele dyktatorzy i typki, które kompletnie w nosie mają przepisy i konstytucje. Czyli ci, którzy demokrację używają do zdobycia władzy, a po wygranej tą demokrację zamykają w Domu Wariatów za żelaznymi drzwiami i oknami z kratami.

Od czasu pewnego nikt mnie tak nie cieszy, a budzi z letargu, jak obecny Marszałek Sejmu RP, pan Włodzimierz Czarzasty. To stary wyjadacz politycznego chleba lewicy. Zaczynał, jako smarkacz jeszcze za nieboszczki PRL. Było to może i niechlubne – ale mówienie, dziś, że każdy młody chłopak czy dziewczyna, który do ZMP (młodzieżowa przybudówka PZPR) należał był świnią i zdrajcą, jest kłamstwem. To byli młodzi ludzie, często ze środowisk robotniczych, którzy kończąc szkoły, na ogół studia też, myśleli, że można to naprawić, że idee są dobre tylko źli wykonawcy. Prawda jest taka, że i wykonawcy nie wszyscy byli tacy źli. To właśnie idee były kompletnie złe. Do d…py, zwyczajnie. Ale zrozumieć to, gdy ma się lat 18 lub 20 i nigdy nie żyło się w kraju demokratycznym, a od urodzenia właśnie w tym PRl jest więcej niż niemożliwością. Szczęśliwi, którzy żyli w rodzinie i środowisku inteligenckim, wręcz anty-komunistycznym, anty-sowieckim.

Czarzasty nie ukrywa tego, ba! podkreśla, że jest politykiem lewicowym (w moim życiu przekonałem się, że Lewicy ufać można najbardziej jeśli chodzi o sprawy socjalne). Czy bym chciał aby Lewica tworzyła rząd w moim kraju? Chyba nie jednak – ale bardzo bym chciał by była takim języczkiem u wagi, by bez jej głosów rząd by tracił swoją parlamentarną większość.

Dzień czy trzy temu wysłuchałem pasjonującego wystąpienia pana Marszałka Czarzastego na spotkaniu z młodzieżą z całego kraju. Gdybym tam był osobiście (nie byłbym, bo młody nie jestem i politykiem też nie, LOL) bym z radością na stojąco bił brawo. Idee, tak! Wizje, tak – trzeba je mieć, trzeba w nie wierzyć. I trzeba czasem o nie zawalczyć. Niech młodzi nie machają ręką, że ci ‘starzy’ u steru władzy, te zgredy nigdy im na to nie pozwolą. Nie patrzcie na tych zgredów. Sami po swoje prawa sięgajcie, trzymajcie ich za ‘wyborcze gardło’, by obietnice spełniali. To chodzi o wasze życie, o waszą przyszłość.

Pokolenie waszych dziadków i pradziadków walczyło o Polskę w 2 wojnie światowej, waszych rodziców (ja) miało swoją ‘Solidarność’ – teraz czas na wasze pokolenie. Historia daje wam szansę wziąć ster i lejce we własne ręce. Tak, skoczcie bez siodła na grzbiet tej starej kobyły Historii i poprowadzcie ją na świeże pastwiska.

Poniżej te porywające wystąpienie tego mądrego ‘starego zgreda’ Marszałka Czarzastego.

Speech of the Prime Minister of Canada

Speech of the Prime Minister of Canada

Canada and United States have been involved for many months with negotiating a new bilateral Trade Agreement or extending the still legally existing trilateral Agreement between Canada, Mexico and USA.

As we know USA (and vice versa Canada for USA) is our largest and most important trading partner. The USA has huge industrial base, huge – in comparison to Canada – population and therefore larger market for both domestic and imported goods. Our large and mostly undefended border stretching between two oceans provides for easy transport of goods and services. Canada has a vast quantities of numerous natural resources badly needed in the USA.

For many years huge numbers of Canadians and Americans would cross our border in almost unrestricted manner, efficiently. Bringing needed dollars to American grocery sellers and to Canadians from large Americans visitors.

History made us different politically – we are confederate monarchy, they are a confederate republic. They had slavery and very long racial segregation decades longer than we did. They are a military superpower involved constantly in some sort of conflicts all over the globe; we have neglected our military numbers and strength for a long time, yet being recognized internationally as a peacekeepers either in United Nations Blue Helmets or other peace-making missions.

Of course, there was always a big dose of competition between our countries and societies. But never to the point of outright hostility. Until now. Until the last Administration in Washington..

Now, two words of my private story as a Canadian. Spent here almost my entire life here. Definitely (except maybe early-5-6 years) my entire adult life, my working life and now retirement. To summarize – Canada is my home. Home I cherish a lot.

I lived here through many Canadian governments (starting here with last months of famous Pierre Trudeau till now very competent Mark Carney.

In my now long life I remember – when I was still a boy back in Poland – US President Kennedy making a speech about the US war in Vietnam, remember President Johnson ending that bloody war, remember pivotal visit of President Reagan in Poland; remember Nixon resigning his Office; both Bushes; improbable and extremely important Barack Obama, Jeff Clinton, George Bush.

Some I liked, some disliked. It was always plain that for all of them – for better or for worse – they were Presidents, leaders of their country, who believed in that country and in the old values of the republic.

Until Donald Trump. Nothing was the same, nothing is. I stopped crossing the border, which seems at times resembling a border between East and West Germany, when there was Soviet Union.

Laws, customs, norms – all of it stopped being obvious, certain. Diplomacy? What is it in current Administration? Nobody is sure anymore.

Friends among nations? Who needs friends if you can have puppets?

Sure, it is a subject of funny jokes, agitated conversations. But at the end it is … very sad. Sad and tragic because we need the old, familiar America. America needs the old, pre-Trum America. For better or for worse but societies do need stability, knowing what tomorrow might bring, progress (even if very small and slow).

You need a country, which is much more than Exchange, Auctions. Country starts with idea, grows with love and respect. Country is people. Much more than land it posses. People make a country and their leaders serve the people. In a democracy, anyway.

Sometime countries disagree with each other, but otherwise they still respect each other. There established mechanisms to resolve these disputes. Accepted, with frames, norms.

All these norms, these mechanisms formed incrementally after I and II world wars. So we can avoid the next gargantuan war. With the demise or kept for historical attachments of Kings – the people took the reins in their hands. By the people, for the people … .

Than comes Donald Trump. Nothing matters anymore, nothing is important, that cannot have the weight of gold , precious stones, or rare minerals.

Mark Carney walks away from this type of ‘talks’ and took with himself entire Canadian delegation. When there are no rules but just whims of the obviously stronger and bigger opponent, there is no sense engaging in any discussion. One person dictate is not a discussion.

Thank you Mr. Carney for representing me as a Canadian. I am glad you did, what we expected you to do.

Canada is not for sale. To anyone.

W rocznicę Bitwy Warszawskiej 1920

W rocznicę Bitwy Warszawskiej 1920

W tych dniach patrzymy w okno Historii, okno z którego widzimy twarz zmęczoną, ale dumną. Twarz dowódców i żołnierzy, którzy uratowali Europę przed marszem buciorów morderczej Bolszewii.

Dziś w dniu tej rocznicy Defilada wszystkich rodzajów Sił Zbrojnych RP – na lądzie, w powietrzu i na Bałtyku. Ku chwale Ojczyzny Panowie i Panie żołnierze i oficerowie.

Słoneczne Wybrzeże – magia nieba i wody

Słoneczne Wybrzeże – magia nieba i wody

Ostatnia dłuższa wycieczka zaprowadziła nas w znajome trasy morsko-lądowe w kierunku Powell River i Mermaid Cove[i]. Dokładnie ten sam biwak namiotowy i dokładnie te same miejsce, gdzie rozbijaliśmy namiot rok temu.  

Ruszamy dużym promem klasy ‘C’ z Horseshoe Bay, skąd statki wypływają aż w trzy różne trasy: a) najbliższe, prawie tramwajowe  połączenie do uroczej wyspy Bowen;  b) połączenie do Langday, stamtąd samochodem do Earls Cove i kolejnymm mniejszym promem do Saltery Bay; c) z tego samego portu, też dużym promem klasy ‘C’ są regularne połączenia do Nanaimo na wielkiej Wyspie Vancouver.

My płyniemy do Powell River. Pierwszy, duży statek wiedzie nas do portu Langdale.

Mijamy po lewej znaną i lubianą Bowen Island od jej wschodniego brzegu po prawej, skrytą w głębokiej zieleni wyspę Gambier.  Dalej, w kierunku Langday. Tu następuje przeniesienie się do samochodu i wijącymi się wśród licznych jezior i niekończących się lasów, szosami dojeżdżamy do maleńkiego portu BC Ferries w Earls Cove i wsiadamy na prom do Saltery Bay.

Z Saltery Bay jedziemy w kierunku miasteczka Powell River, ale kilka dobrych kilometrów przed miasteczkiem skręcamy w gęsty las-park nad Zatoczką Syrenki[ii]. Lokalna, wyjątkowo sympatyczna rodzina, którą zna blisko mój przyjaciel, zarezerwowała dla nas te same miejsce biwakowe, co w zeszłym roku. Tuż obok mruczącego wartkiego potoku o nieskazitelnie czystej wodzie.

Rozwijamy namiot, rozkładamy manele, zakładamy gatki kąpielowe i pędzimy do skał nad znajomą zatoką. To znaczy on pędzi – ja kuśtykam o swojej lasce, bo kolano już nigdy chyba nie będzie normalne po wypadku ubiegłorocznym, a trzy bodaj dni wcześniej miałem atak rwy kulszowej w tej drugiej, zdrowej nodze. Przez pierwsze 30 godzin po ataku tej rwy myślałem, że już przyjdzie się na stare lata nauczyć chodzić na rękach…  No a jak tu , panie dzieju, nosić sukienkę powiewną i chodzić na rękach?! Ani łydek ani ud wszak nie golę!

Więc kuśtykam jednak na nogach. I pokuśtykałem na skały. A tam, nad wodą moje dwie ukochane siostry – arbutusy[iii]. Zakochałem się w jednym przepięknym arbutusie, który kiedyś rósł tuż przed hotelem Empress w Victorii. I pewnego roku, wiele już lat temu, jacyś miejscy orgrodnicy-mordercy wzięli i mi je ścieli. Barbarzyńcy nieludzcy. Od tamtej miłości arbutusowej ilekroć te drzewa gdzieś napotykam, to ślę im szczere uczucia i głaszczę ich delikatną korę. Jest w ich delikatności wielka moc i siła. Często rosną na bardzo skalistym podłożu o płytkiej ilości ziemi, chłastane prawie nieustannymi wiatrami od oceanu obok. A trwają niezłomne i na przekór.

Po przywitaniu z nimi, doczłapałem do brzegu. Przyjaciel już szalał w falach, ale on gibki, zdrowy i pływak, że hej. Po prawdzie to pływać i mnie wygodniej niż chodzić. Więc kijek-podpórkę na bok i chlust w tą wodę. Szczęśliwie od razu głęboka na kilka metrów, więc ceregielić się nie ma nawet jak, a tylko płynąć od razu. Bajka. Widoczność przy nurkowaniu za to kiepska. Akurat sezon kwitnięcia glonów i wodzie miliardy tych delikatnych blaszek-nasionek od tego kwitnięcia. Takie to drobne, że prawie niezauważalne, ale w masie swej, pod powierzchnią czyni widzialność dość krótką i kształty niewyraźne. Nie wspominałbym o tym i pewnie zapomniał, gdyby nie … A nie. Jeszcze nie powiem teraz.

Następnego dnia pojechaliśmy na wycieczkę do miasteczka Powell River. Połaziliśmy nieco, na lody świetne wstąpiliśmy. Po lodach należy na kawę dobrą zajść. A kudy! Wszystkie kawiarnie zaryglowane. Jeden tylko bar czynny, więc poszliśmy. Stały na ladzie dwa termosy, proszę więc o kawę, Podała. Wyszliśmy na zewnątrz i piję … nie, nie piję. Próbowałem, ale takiej lury dawnom nie pił, LOL. Tam, panie dzieju, to innym czasem żyją. Po południem późnym nikt już kawy poza domem nie pija. A turyści? Turyści muszą się z faktem pogodzić i ze zwyczajami i raczej szanse na znalezienie w pobliżu lepszego serwisu są mniej niż nikłe.

Szczęściem mój przyjaciel Wawa zabrał ze sobą i kawiarkę espresso i palnik gazowy, to zrobił nam koło namiotu świetną kawę-siekierę. Jak siekła, to na nogi, jak na sprężynach człek stanął. Zaś ognisko naturalne, z brewion drewnianych to już ja i rozpalałem i ognia domowego pilnowałem, jak należy. Nie na darmo za komuny jeszcze byłem harcerzem, LOL.

Noc nadeszła. Gwiazdy tam, w tej czerni absolutnej, to nie niebo oglądane na plażach blisko wielkich miast. To w ogóle nie czarne niebo z gwiazdkami większymi i mniejszymi! Skądże – to kobierzec wyhaftowany srebrną nicią tak gęsto, że czerni nieba trudno dostrzec. Gwiazd taka niezliczona ilość i tłok, że nic prawie nie widoczne: ani Orion ani Syriusz ani jakieś tam inne nie rozpoznawalne w tej ciżbie błyszczącej! Gdzież tam Mały czy Wielki Wóz, gdzież Wielka Niedźwiedzica i Strzelec, Bliźnięta! Gdy starasz się, jakiegoś porządku w tym harmiderze błyszczącym dopatrzeć z zadartą głową, to po chwili nie tylko porządku nie znajdujesz, tylko ci się jeszcze w tym łbie kręcić zaczyna, jak nić Ariadny. Hefajstos miał wykuć diadem dla tejże Ariadny, który z czasem bogowie olimpijscy umieścili na nieboskłonie, jako Koronę Północy. Więc w tę Koronę gapiłem się, jak głupi z oniemienia. Miało być w Koronie siedemdziesiąt gwiazd. Żarty na bok – na liczeniu do siedemdziesięciu we łbie mi się jeszcze nie kręci! Ale do kilkuset lub kilku tysięcy -oj tak. Zdaje się, że jeszcze i sputniki jakieś latały bliżej widnokręgu, bo wyraźnie cos tam pędzącego widać było. Meteory? Chyba nie, bo gdybym widział rozpalone do biała meteory, to bym pewnie już tego tekstu też napisać nie mógł, bo jakiś krater tunguski by się tu rozciągał, hi hi hi. Może i szkoda, bo by w końcu był święty spokój …

A resztki puszczy prastarej? Niczym czary-mary obrosłe mchami, z martwych i powalonych nowe olbrzymy wyrastały, ręce-gałęzie do nas wyciągały. Cóż tu pisać więcej, gdy nieprzystojne rymowanki same się na kartkę piszą, LOL. Czary-mary i basta.

Nie wiem nawet jakim sposobem kolejne wrażenie spisać, zapisać? Jak by racjonalnie to ująć, bez poetyckich aluzji, metafor, przenośni, bez onej licentia poetica? Ano nie sposób, choć najprościej, jak potrafię to opiszę.

Idziemy więc po omacku prawie w tej nocnej gęstwinie starej dżungli wychodząc w końcu na znajome skały, gdzie jaśniej, bo światła niebiańskie oblewają tą specyficzną sino-bladą łuną i skały i wodę. Przyjaciel żwawszy wpada od razu do wody i płynie. Nagle woła mnie podniecony czymś niesamowicie. Ostrożnie schodzę po głazach do wody, by się nie wywalić z tą nogą do kitu. Pyta: widzisz? No widzę wodę ciemną i nic więcej. On podchodzi bliżej do mnie i ręką robi łuk pod powietrznią wody i … aj wej! Nie wierzę własnym oczom. Każdy ruch ręki w wodzie zamienia się w płonący srebrny potok, jak struga rozgrzanej cyny lub srebra właśnie! Robię to samo i efekt ten sam. Skąd? Co? Dlaczego? Co to jest?!

A to właśnie (po późniejszym poszukiwaniu w świętych zwojach Internetu) bioluminescencja Copilot Search Brandingwytwarzana przez drobne nasionka glonu Pyrocystis noctiluca. Skąd, dlaczego? Ba, spytajcie Natury. Tak to już miliony lat temu sobie to ułożyła. Miliony, bo alga i glony są od nas dużo, dużo starsze. W sumie grzybnia jest z nimi spokrewniona, ale to temat na kolejne dwieście stron, więc go nie rozwinę.

A tego nocnego spaceru zaobserwowanie tego zjawiska naturalnej elektryki w oceanie i to elektryki darmowej i kompletnie nie parzącej, było dla mnie czymś na miarę odkrycia, że cuda się zdarzają.

Naturalnie idąc po ciemku przez ścieżki w puszczy nie brałem ani aparatu fotograficznego ani telefonu więc zdjęć tego zjawiska nie mam. I dobrze, bo cudów i tak fotografować nie da rady.

Wracając jechaliśmy bez pośpiechu. Był czas i na kąpiel w jeziorze Ruby, i odwiedzenie muzeum w rybackiej wiosce Skookumchuk Narrows (ponownie bezskuteczne szukanie kawy, LOL). A kawę (świetną) w końcu odnaleźliśmy w osadzie ponownie nad oceanem w Roberts Creek. Tam, gdzie co rok malują nową Mandalę. Każdy z wizytujących może część tej przepięknej i olbrzymiej mandali pomalować. I tamże ostatnie zatrzymanie się na morskiej znowu plaży. Połaziłem trochę po wodzie, ale była wyjątkowo i niespodziewanie wręcz lodowata, więc nie pływałem. Wawa bohatersko przez chwilę popływał, LOL.


BC Ferry prom ‘Malaspina’ z Earls Cove do Saltery Bay


[i] Sunshine Coast – popularne miejsce wycieczek uroczego wybrzeża Kolumbii Brytyjskiej, do którego wiodą połączenia promowe BC Ferry z Horseshoe Bay. Sunshine Coast jest częścią stałego lądu, ale i fragmentem wysokich i dzikich gór North Shore i nie ma możliwości przebicia przez te szczyty i wąskie doliny szosy. Dzięki zaś temu miejscowości i osiedla położone nad samym oceanem zachowały swoistą sielankowość, ciszę i resztki świata wczorajszego i samo Słoneczne Wybrzeże bardziej przypomina charakterem wyspę, niż stały ląd. I koniec. Finito.

[ii] Mermaids Cove

[iii] inna nazwa: Pacyfik Madrone

Back to the ships – powrót na statek

Back to the ships – powrót na statek

(Polish language version in the last section)

My last Journey Of Memory, last major saying ‘goodbye’, au revoir. Trails of past 50 years. Perhaps the most poignant – big part of my daily life since 1994: BC Ferries ships and Terminals.

Some of the ships are gone having served hundreds of thousands passengers, as the old, venerable V-class vessels:  ‘Victoria’, ‘Vancouver’, ‘Saanich’ and ‘Esquimalt’; the Queen of ‘Burnaby’, ‘Nanaimo’ and ‘New Westminster’ were the C-class[i]. Next ones came the workhorses of the entire fleet: ‘Spirit of BC’ and ‘Spirit of Vancouver Island’ where I spent most of my career.  These large ships were also built in British Columbia and given the Class-S specification.  Both of them went in 2017 to Poland to undergo a major half-life refit and an addition of liquefied natural gas propulsion alongside the traditional heavy oil.

It is important to notice that all these ships were build by Vancouver, Victoria and Esquimalt shipyards. The shipyards are now long gone memory, thanks to misguided policies of all past governments both provincial and federal and (not to be forgotten) thanks to a new USA import – new President of the BC Ferries, Mr. David Hahn, who forbade the corporation to order new ferries from Canadian shipyards – he is gone now and not missed.  

The next major purchases were the three large Coastal Class ferries built in Germany in 2008: ‘Renaissance’, ‘Celebration’ and ‘Inspiration’.  Not my favored ones from the point of view of catering operations due to the ships convoluted internal design of lounges and catering services – but otherwise good and sturdy large vessels.

The last major purchases were the modern ferries build in Poland: these four smaller ships (‘Raven’, ‘Orca’, ‘Heron’ and ‘Eagle) have surprisingly large capacity of nearly 600 passengers. They were given Salish/Class designation. They were built in 2016.

There are still many smaller ferries operating on many other small routes to numerous islands, and one large sailing all the way from Port Hardy to Prince Rupert with connection to Haida Gwaii –  but that is another long story for other time.

                Monday on the 22nd of June I went back to the ships, to the Terminal in Tsawwassen, to the place I spent a big part of my life. The first surprise was the ticket Agent, who sold me the voyage. I have heard that almost no one from ‘my times’ is still working. Well, the agent looked at me and said: Bogumil?! How nice to see you again! Speaking of anonymity, LOL.  I didn’t want to go the regular way with the passengers, but to be with the crew, at the dock. Right by the luggage rack I met a Van Driver from the ship – of course I worked with him years ago and we laugh about me ‘coming back to work’, LOL. Then I went to spent a silent moment to the bench and cement block filled with soil and some green living arrangement – our memorial to a dear friend and steward from many, many years ago, who suddenly passed away, too young and  before his time. My John was particularly close and fond of him and we did many outings together to Downtown Vancouver for some fun time.

Back at the birth good laughs and jokes with the Chief Steward, Chief Cook, some deckhands and officers of the ship with whom I did worked. Speaking of anonymity again, LOL. And some of ‘my children’, as I called my crew on my last summer with BC Ferries.

Of course, there were people .whom I did not know and who did not know me. Including – out of all of the crew, LOL – the Captain of the ship.  Although I must say that it wouldn’t have happened back in the ol’ days. At that time (especially in the early years) most crew advanced their career while working onboard from the lowest position: from the deckhand to the captain, from catering attendant to the chief steward, from 3rd engineer to the chief engineer. But it was very long time ago and things were changing gradually over the years, probably for the best in many cases.

Walking through the ship, visiting the ‘command centers’ of the enterprise – Main Galley (that means kitchen – for you poor civilians, LOL), Chief Steward Office (that brought a lot of memories, LOL) which is not, as many travelers probably think, simply a Tourist Information Booth (although it is that, too) but a very busy place – a main office of a very large and expensive enterprise. It always amazed me how two or mostly three people (if you include the Chief Cook, who is part of the structure – that would be four people, but Chief Cocks don’t have time to spent too much time in the office, their ‘office’ is the Main Galley) manage to replace easily five or six clerks, accountants, office managers that usually would do the job in buildings on land. But I will not expand on that subject… LOL.

The last one was very pleasant visit with an old friend on the Bridge, the Chief Officer on this watch. My God! I remember him as a very young boy, who just started on the Ferries, straight from school. Now he is second in command and from what I have heard (and know myself) a very able and good Chief Officer. I used to work for many years with his father – a retired now, long time Captain of the ships; worked with his sister. Jimmy (the Chief Officer) seem to be very capable officer of the ship. Good job Jimmy, keep her and the course steady-as-she-goes. I am sure your father is very proud of you. The bridge look-out was familiar face, too. The Bridge and the navigational and command consoles looked the same. The chairs felt familiar, too. LOL. 

When we were leaving the birth in Tsawwassen I wanted to be alone on the outer deck to see the maneuvers of leaving dock. Always liked to observe it, did the same while we were docking at the Duke Point Terminal near Nanaimo, on Vancouver Island. Nothing special, eh? Really? Anyone, who says it is an idiot without any knowledge. The births s are very narrow and squeezed between other births, often with other large ferries leaving or coming at the same time. It is an art sometimes, especially in bad weather. It amazed me many times, and not many things amaze me that easily …

Goodbye my ferries and those, who run them. Very special bunch of people.



                Specjalny dzień moich kolejnych pożegnań. Nie byłem pewny, czy chciałem to zrobić, bo to powrót do bardzo długich lat służby na statkach na których spędziłem ćwierć wieku, statkach na których pływałem i pracowałem razem z Johnem. Statkach, gdy koleżanki z pracy żegnały mojego Johna w sposób szczególny, gdy powiadomiłem ich z Nowej Szkocji, że odszedł od nas. Statek zwolnił ruch, prawie się zatrzymał, Chief Steward i Second Steward rzucili do wody przed wejściem do Active Pass wiązanki pożegnalnych kwiatów. /…/ Teraz ja pojechałem na jeden z tych dużych statków pożegnać się z tym światem morza i statków.

Uprzedzano mnie, że mało kogo poznam, że załogi się bardzo wymieniły i większość nowych ludzi teraz tam pracuje. Ale już kupując bilet na przejazd do terminalu Duke Point sprzedający agent rozpoznał mnie natychmiast; drugą spotkaną osobą był kierowca pojazdu odwożącego bagaże pasażerów na statek. Potem powitania za znajomymi stewardami, oficerami. Niewiele się zmienili.  Może zmarszczka lub dwie więcej. Nie wchodziłem drogą pasażerów ale razem z załogą. Jak kiedyś. Uściski, trochę żartów. Przepraszałem, że zapomniałem założyć mundur, LOL.

Zanim weszliśmy na statek, zrobiłem krótki spacer na ostatnie, specjalne pożegnanie. Na końcu nadbrzeża, tam gdzie na ogół ‘parkują’ największe statki czyli ‘Spirit of British Columbia’ i ‘Spirit of Vancouver Island jest specjalna ławka i cementowa ‘donica’ upamiętniająca innego drogiego kolegę, który przez wiele pierwszych lat był moim stewardem. I bardzo bliskim przyjacielem mojego męża. Często razem jeździliśmy w dni wolne do centrum Vancouveru odwiedzając kluby gejowskie. Barry nagle i niespodziewanie zmarł na atak serca. Przeżyliśmy to bardzo, zwłaszcza mój John. Potem uczestniczyłem w rozsypaniu jego prochów ze skrzydła głównego pokładu samochodowego do wód portowych. Dostał zasłużenie prawdziwy morski pogrzeb. Więc byłem tam znowu, po raz ostatni z nim się pożegnać. Zasłużył na naszą wdzięczną pamięć.

Potem już na statku łaziłem po zewnętrznym pokładzie, po różnych kabinach, salach dla pasażerów, po wszystkich pomieszczeniach cateringu – cafeteria, sklep pamiątkarski, galley (kuchnia), biuro stewardów, gdzie tyle lat pracowałem. Poszedłem na mostek kapitański porozmawiać z 1szym Oficerem, który dowodził mostkiem i nawigacją. Zaraz posadził mnie na swoim fotelu  przed tą masą radarów i czujników elektronicznych. Panel (panele  w zasadzie, bo taki mostek wygląda dla niewprawnego oka prawie jak urządzenia na statku kosmicznym, LOL), który tak dobrze znałem. Cieszyło mnie, jak dobrze sobie radzi na tym mostku. A pamiętałem go jeszcze świetnie, gdy zaczynał pracę, jako bardzo młody i ledwie opierzony marynarz. Pracowała tam wówczas z nami też jego siostra, przemiła dziewczyna. Jak lata się zmieniają. Kiedy ten obecny oficer był chłopczykiem  w ‘krótkich spodenkach’ … pracowałem z jego ojcem, wieloletnim kapitanem na naszych statkach.

Generalnie byłem zaskoczony ile jeszcze osób z załogi pamiętało mnie i pracowało przez szereg lat ze mną. Ale były oczywiście już też nowe twarze.  Mineło już blisko dziesięć lat, gdy zszedłem ze statku.

Pewnie jeszcze przed wyjazdem, gdzieś na jednym ze statków popłynę, ale to była specjalna podróż bez schodzenia ze statku. W zasadzie nie czułem się nawet pasażerem, a po prostu jednym z załogi.   


[i] Queens of Burnaby and Nanaimo were often referred to as ‘Burnaby-class’ – but for all practical reasons they were V class.

Golda Tencer – świadek i uczestnik historii

Oglądałem dziś wywiad Z Gołdą Tencer, wielka, wspaniałą Żydówka polską. Związana z ich historią, ze wspaniałym Teatrem Żydowskim w Warszawie. Z historią bolesną i ciągle mi tak brakującą kiedy chodzę ulicami miast polskich. Tylko cmentarzyki zostały. A ona ne wyjechała.

Żydzie mój, jak mi ciebie brak. Ty pejsaty i ty w garniturze profesora uniwersyteckiego, poecie i pisarzu polskim, ty lechoniowy i ty tuwimowski i szulcowy. Nigdy cię nie zapomnę, choć nigdy prawie cię nie spotkałem… Zniknąłeś za zasłoną dymów straszliwych pieców, emigracji do Izraela , ale jesteś też w tłumie cieni, które mijam chodząc ulicami warszawskimi.

Film z YouTube autorstwa znanej piosenkarki i podkasterki RFM Classic, Kayah (Katarzyna Magda Rooijens).

Obejrzyjcie – wspaniały zapis kultury polskiej. I naszej historii.

Andre Gide and the long trails he led me through

On Claude Mauriac Coversations with André Gide

Introduction:

Andre Gide as a guide – but to what light, what knowledge?

Andre Gide not himself with his books, his amazing literature, but Gide as seen in his twilight years through conversations and observations of a young Parisian, Claude Mauriac. No, no that more famous father, François Mauriac[i] (a writer, critic and member of French Academy and Nobel laureate in literature). Claude followed his father’s footsteps, who also interviewed Gide and wrote about him extensively.

All of it and all of them reminded me how amazingly important for continental Europe was the French literature since Moliere, and especially in revolutionary XIX and first half of XX century.  Italian, Spanish, or German literatures had its episodes, individual, singular writers, the same as English from across the Channel. But none of them had such an impact on literary styles, thought, as did French literature as a whole at the same time frame.

I remember vividly that right after I stopped reading Mickiewicz, Kraszewsk and Krasicki[ii]  – I went straight to Stendhal[iii].  I’m talking about a 10-12 year old boy in a peculiar cocoon called ‘Polish People Republic’[iv].  Yes, it meant communist.  France for us was modern Athens. Of course, I had to re-read a lot of it again in a two-three short years to better comprehend it – but by the time I was fifteen, I knew by memory all the streets of Paris, from Montmartre to Montparnasse. It was very helpful when I eventually ended up in Paris for a visit with Kot Jelenski[v] – a true bridge-navigator between French high culture and Polish literary/art achievements.

                The story with reading about Gide goes a few weeks back. I was trying (still unsuccessful) to get from our Library a book by Klaus Mann and his talks with Andre Gide. He was the last one to have this type of talk with the great writer. That book simply vanished from Vancouver Library – last time I was actually told that: disappeared. I went finally to get that book by older Mauriac –  François. Remembered seeing it on shelf of the Library, but this time that book was gone, too. LOL.  Machiavellian conspiracy?!

 But they had this book by the younger Mauriac and I took it. It might have been a good idea. He was very young and very much taken by Gide, and his own criticism was not blinded by arrogance or pre-conceived notions, as could have been the case with his father writings. Even more intriguing is the fact that older Mauriac was about the same age as Gide. Claude Mauriac, being more than generation younger, would not dare to contradict, or argue with Gide. I knew he would have listen and absorb – therefore his recollections would be more crystal, so-to-speak, taken with reverence.

While reading these ‘Conversations’[vi] in Moodswing Cafe[vii] a strange thought came to me or, more aptly – an observation. Strangely perhaps, because on the surface it is totally disconnected from that book and it’s subject. Somehow though, it feels that I need to include it in that short essay.

Here we go:

some people, mostly the artistic type, or at the very least working on some sort of public stage while doing it, dress very differently on that stage than off that stage. I am definitely not talking about actors, as these professionals play a role, not themselves. No, my observation is about any type of performer, who presents their own skill/art in a public space. They often dress very differently than they are off that stage. Why? Are they victims of ‘Dr. Jekyll and Mr. Hyde”[viii] syndrome? I doubt it.  Yet, it seems to me that they think as their artistic persona would be too peculiar, too extravagant for normal, ordinary life. Extravagant?! Obviously that ‘artistic’ part is very important and it shows that they are fuller, happier and more confident in that ‘stage attire’ than in ordinary, boring clothing.

They should allow themselves that freedom of dressing a bit differently simply because ‘it’ is them and ‘it’ would show confidence and joy. Being an artist does not make you better than others, but it does give you the privilege, the right to be a little bit of a peacock. Perhaps not with fully displayed tail – but a colorful peacock nonetheless.

I think that Gide helped me to have that thought, observation. Certainly monsieur Cocteau[ix], who comes up in Mauriac’s story very often would think that. I do not shy from this ‘perversion’ definitely.

(Next day in Melriches Cofee bar on Davie Street)

Well, back to the subject, the book of Claude Mauriac.

 As I said I wouldn’t have borrow that book if not for the simple fact, that the other, written by his famous father was not at the library.  Yet, being as it was, I have found out that it worked very well. That Claude, young aspiring critic and journalist did not come to Gide to discuss, analyze a famous writer style, body of work. He came timidly with open mind and heart to observe, to learn about Gide from Gide, without pre-conceived notions about Gide as a man. Obviously, the age difference added to his deference.

                Did he understand the peculiarity of aging Gide homosexuality? Yes, he knew of it very well, Gide never hid it, but did he knew the emotional price paid by an aging homosexual artist – even in liberal Paris of the 30ties – who was single, did not have a partner? Of course he did.

 Gide still analyzed, re-lived his tragically ended marriage ( her sudden death), a marriage never fully ‘consummated’. If you are not sure of the torture, perhaps you should read the gem of literature, the „Immoralist”[xi].  It had tremendous effect on me decades ago, when I read it first time.

Claude Mauriac was not only young (o, so very young!), he was (as his father) staunchly, almost fervently Catholic. But he did try very hard not to let himself be judgmentally opinionated in his dogmas, especially noticing that his own famous father (also fervently Catholic) did not allow himself to judge Gide writings through his sexuality or otherwise private conduct. Au contraire – he held him in high esteem.

Yet, I must say without a hint of trepidation, that I sensed very strongly, that Claude was drawn mysteriously not only to Gide’s admired writings but also to his suggestive handsome looks and his, at times, flirtatious behavior. And I also do remember the ancient times when I was at Claude’s age, and how intellectually attractive were my much older friends. One must assume that admiring these much older friends intellectual prowess easily translates into physical allure. It goes without saying that intellectually accomplished men (and women), who are artists or people formally associated with art ventures do age gracefully, and barring serious illness, they do retain physical attractiveness rather well. That ‘attractiveness’ should not be confused with just mere and banal ‘good looks’.

On p. 160 of that book Claude re-examines his feelings toward Gide and vice versa. He now recognizes Gide acting as a clever gamer, he sees his ‘perfidy’ to be friendly toward him – a boy, a budding young journalist. But is it a fair examination of Gide’s acting by Claude himself?  I don’t think so. I think and I assume it, because I believe that Claude wrote that book honestly. I also believe (although he doesn’t state it as an explice) that at times, through the extended vacation in southern France, he often was jealous of his father closeness and long friendship to Gide. Closeness that took away Gide attention to Claude only. That he might have been at times in the shadow of these two towering figures of contemporary French high culture. Granted – it offered him an extra security that the father might have offered just by being close, but it did steal the singular attention of Gide that might have been his otherwise. If he did not have these feelings, he would have been indeed very abnormal young man, and I don’t think that he was ‘abnormal’, LOL.  François Mauriac and Andre Gide were undeniably first class stars of French literary culture; they knew and admired each other accomplishments for decades. Hence, vis avis that Claude persona and personality fades into shades of words, of importance of their lively discussions.

(following day, back in Moodswing Café)

I have become more and more attune to Andre Gide again. Yes, it started with Claude Mauriac Journal , but it took me much farther. It is now me at times, who talks with Gide. Sometime I argue with him, sometime I adore him … and yes, sometime I just want to shout at him: shut up already, Andre. You are not god or, at the very least, you are not the only god of European Olympus! Another false claimant to Homer’s lyre.

Alas, truth to be told, I do love Andre. When Claude Mauriac takes him to visit deathly ill dear friend Paul Valery[xii] and he is not sure what his friend was whispering to him, I feel sorry for Andre. When he returns for a second visit … he is half an hour late. Valery is dead. Claude is overtaken by the look of broken, crying Gide. Was he crying for Valery? Undoubtedly, but mostly he was crying for their youth, for ‘that’ Paris. He was crying for himself. Selfishness? Perhaps … but truly, who is not selfish at the very core, the very center of our ego, our soul?  When you cry after dear lover’s death – you cry over your loss much more than the loss of another person (of course the ‘other person’ would be your lover, but the asserted ‘yours’ is the key to that loss: something, someone was yours, belonged to you and now was taken away).

Egotist? I remember years ago reading F. Scott Fitzgerald  “Short Stories”[xiii] and loved it so much. It was his greatest literary achievement and it prompted me to read his first full novel “This Side of Paradise”[xiv] from 1920. Many have called it an absolute portrait of the generation and its first section is titled The Romantic Egotist. How appropriate! These short stories and the novel portray a generation that just went through the unthinkable loss of millions in that devastating war of 1914-1918. Generation that was hungry for life, love, excess – ALL of it.

Dear Andre, did you know during your talks with this improbable youth called Claude Mauriac, that his world (as well as yours – once again) is just about to collapse under the pitiful actions of his admired earlier presidency of Maréchal Pétain, the Lion of Verdun, who become the Mouse of Vichy? No, of course you did not. After all you went to Tunis and Algiers. Did you enjoy the young bodies of the Arabian boys? Of course you did. After all it wasn’t the first time, was it? But you still should have told some of it to young Claude. He was naïve …

                Gide dies soon after Valery. I’m personally taken by these moments and his sad, somber realizations. Am I now waiting for my death? Is my return to Warsaw a Gide’s return to Paris after the war years in Africa? Return to die…

(following day, back in Melriches Café on Davie in Vancouver)

Ah, yes – it is very hard to leave this place again, these streets, buildings, even shops, stores. Perhaps it is most difficult leaving the parks and their trails. Everything is so dear for me there. Everything? If life is everything – than yes, it is.

Our love, that I will never find again, my writings. Despite many shorter and longer returns to Poland, my dearest Poland, the undeniable fact remains that I was twenty two years old boy, when I left her. Now I am close to Andre Gide’s age, when Claude Mauriac wrote his Journal and become emotionally attached to that famous French writer. Andre died in Paris few years later, in 1951.

Regrets? No, have I not left my dearest Poland, I would have never found him – My Boy, My Life, My Soul. Things like that do not happen twice. Yet – Poland is my first love of books, of literature, of poetry, music. When I finally landed in Canada (after a year in London and two years in Italy) I was a truly fully developed man spiritually and intellectually. Back in the old communist Poland young people had to develop fast and mature fast. Of course, there was time for first kisses and romances – but a romance is not That Love you dream of, when you are that young. That one was waiting for me here, in Canada. Do I believe that things are preordained somewhere for us?  That I don’t know and I am not going to be wasting time trying to answer such a theoretical question – cosmology was never my strength.

I do have one regret, though. Back in the 80ties I went to Paris to visit Kot Jeleleński[xv], an amazing intellectual and art lover. Art lover is one description – but of course he must have been a great lover romantically, too. After all, he was a lover of improbable Leonor Fini[xvi] and improbably beautiful Stanislao Lepri – an Italian aristocrat. He did, in pre-war Poland, had a friendship with Polish great poet Kamil Baczyński (a hero of Warsaw Uprising, where he died fighting German occupiers)  – I forgot to ask him if he ever made love to beautiful Baczyński? But I would like to think that they kissed at the very least, both of them were very handsome boys.  That is a side thought only, pleasurable but of no consequence. Yet, my regret is that I should have asked Kot to take me to the streets and cafes in Paris which Gide frequented. Kot was Parisian bare none. It is my great regret. You don’t ask just a tourist guide for places and stories like that. Stories like that could be told only by art lovers. Or artists themselves.

Who, if not Konstanty Jelenski  could have told me the true shades of Gide? Jelenski, the ever arbiter elegentiae, the guardian of Polish and European literature? How did he survived the death of his love – Stanislao, the gorgeous Italian?  I didn’t know that Kot at that time was dying himself of incurable cancer. Being as elegant in every meaning of the word, he never shown anyone his physical ailments. Let’s talk about art, not of something as ghastly as death – he would have probably answered.

Our lovers die too soon.

I have talked for a long time with Giedroyc[xvii] in Maisons-Laffitte near Paris, editor-in-chief of highly influential literary and political monthly “Kultura” – but our talk was all wasted on politics instead about literature. Those were the times, but we should have known that even during war, talking about art and love is more important than politics! One that could have put us back on these important tracks was another editor of ‘Kultura” – Józef Czapski. Tall as a skyline physically and intellectually, himself a lover of young Russian poet Nabokov and later of Ludwik Hering – but Czapski was not in Paris, when I visited Giedroyc. Maybe Czapski met Gide, he could have due to his aristocratic connections he mingled o lot in the ‘society’ circles of Paris. Eh, the occasions and talks we missed…

                When Oscar Wilde took Gide to a hotel in Algiers, Wilde rented two rooms and in both rooms was a local Algerian boy. Naturally, the boy was rented, too. They both delighted in their boys. Yes, I know my dear Reader that you are aghast – but trust me, I am certain that both of these writers delighted in these Algerian boys. They definitely were not terrified of these boys. Not only that – to your surprise  (no doubt) I must tell you that it was not illegal – the age of consent was not 18, not even 15. It was at that time …thirteen.  O tempora, o mores! Did you, dear Reader give a sigh?! Did you just say, with wiping sentimental tear off you check: the good, old times? No? You didn’t? I thought you did – because that is what you usually say, when you comment on current times, don’t you?

O, please spare me the debacle. I am not going to Algiers tonight, or any other time. And the age of consent in Algiers now is the same as in Poland or in Canada. Even in Paris, LOL. Not sure about Texas or the Temple in Utah – religions and individual states laws and customs are very different in the ‘land of the free’ south of the border. They are Christians, too (I think?) but they are the Later Saints … or is it Latter-day saints? Maybe it is just very special Latte or Cappuccino; it is all too complicated for a simple guy as me.

Thinking of Gide for few more days and thinking of him I wrote two pieces of poetry: one in Moodswing Café in New Westminster and one … sunbathing on nude beach and swimming in Mud Bay of South Surrey’s Crescent Beach.  I think it necessary to finish this essay, which no longer is an essay only about Andre Gide, with these poems. Maybe I should even dedicate it to his memory and talent.

 To you Andre, to the memory of great man of letters from France.

Winter time in a small village in Pyrenees.

Night comes quickly and darkness covers

the valleys and peaks. Suddenly, the windows

off a small stony church lights up in delicate

orange glow. From the top of the church steeple

comes the song of its bells: big bam! Big bam!

big!, big! big! Bam! Bam! Bam! Baaaam-mmm!

The air vibrates with each tone of the big bell

and sends  bronze-coloured sounds to the valleys.

Archangel Michael blows into long, golden trumpet.

The music envelopes the meadows, climbs up the hills.

The call of God, the call of the Shepherd: 

come and be enlighten in the mystery of life

 and promise of death merciful that claims us all.

They run – the tired travelers, the herds of goats.

They cry and hope, as the trumpet sounds again

and dies suddenly like the last drop of now empty goblet.

The church becomes a masjid and archangel becomes muezzin,

that intones to all: Allāhu ʾAkbar. In Pyrenees Hannibal’s army

stop their march and rise their tusks and trunks: they sense the pitch

of the hymn and the psalm as the far flung peaks of Alps slowly

cover the church, the mosque and streams in the valleys.

The curtain call of History. Birth and death of Love.

Moodswing Café, 29. 05.26

B. Pacak-Gamalski


It’s almost seven in the evening.

The sun just starts to burn its glory.

I talk to young Adonis I just met in the water,

when we were swimming close by.

Back on the hot rocks  of the beach

he asks me about a book I’m reading.

That book is about Andre Gide and young

 Claude Mauriac, who wrote that book.

No, I don’t suppose that my Adonis knows

who was Gide and I explain that he was seventy

at that time and fabulously-scandalously gay,

but Claude was barely twenty one and staunchly catholic.

Definitely believing being straight as an arrow,

straight as the priest, who presided piously over Holy Mass

in the church they attended with Gide and Claude’s father

in the southwestern France,  in Malagar, close to Garonne’s

fast moving waters and not far from Spain’s Pyrenees.

Not sure if all that did not scared him: Malagar, big river Garonne,

 close to Spain. A thought might have crossed his mind:

is he crazy per chance? And he moved few steps to the left.

Yet, he stroke a pose of Greek efeb to accentuate

his graceful, but  muscular body. I pretend

not to read his mind and just admire his statuesque’s

shapes. Like a monument in Louvre or in Athens.

Michelangelo must have painted or sculptured him.

Gide and Claude in France? Who are they?

And who cares on a nudist beach

in the company of Greek efeb?!

Crescent Beach in South Surrey, 30.05.26

B. Pacak-Gamalski


[i] François Mauriac | Nobel Prize-Winning French Author | Britannica

[ii] A. Mickiewicz – great Polish poet, author of national epopee “Pan Tadeusz; Jozef Kraszewski, a popular author of many historical novels in the late XIX century; Ignacy Krasicki, bishop and writer called a Polish La Fontaine, satirist and critic of an old feudal system, XVIII century

[iii] Stendhal (orig. name: Marie-Henri Beyle) French novelist, precursor of realism and psychological portrait

[iv] Quasi sovereign satellite of Soviet Union block of states created after the 2 w.w. (1944) – the most liberal and free from the entire soviet Block. It ended in 1989 by peaceful free election led by ‘Solidarity” movement.

[v] Konstanty Jelelenski – eminent Polish émigré in Paris after the end of 2 world war; one of the three founding intellectuals, who organized and run the famous Paris “Culture’ periodic – an extremely influential magazine among intellectual and literary elite and not only for Polish people in the West, but mostly for people in communist Poland, where it widely distributed  as ‘bibula’ (illegally)

[vi] Conversations with A. Gide; by Claude Mauriac; tr. M. Leback; pub. George Braziller Inc. New York 1965; s. 235

[vii] Services 4 — Moodswing Coffee + Bar

[viii] The Strange Case Of Dr. Jekyll And Mr. Hyde | Project Gutenberg

[ix] Jean Cocteau – a prominent French poet, performer and avant-garde style movement instigator

[x] Melriches Coffee, 1244 Davie St, Vancouver, BC. | Make that happy connection!

[xi] The Immoralist | French Novel, Existentialism, André Gide | Britannica

[xii] Paul Valéry – Wikipedia

[xiii] The short Stories of F. Scott Fitzgerald; pub. By Charles Scriner’s Sons, New York, 1989, p. 776

[xiv] https://www.ebsco.com/research-starters/literature-and-writing/side-paradise-f-scott-fitzgerald#this-side-of-paradise-by-f-scott-fitzgerald

[xv] Konstanty Jeleński — Wikipédia

[xvi] Leonor Fini at Weinstein Gallery

[xvii] Jerzy Giedroyc – Wikipedia

Miłośnicy Literatury

Ciekawa rzecz z literaturą i ludźmi, którzy ją tworzą lub tą zapisaną opisują. Kim są? Jak ich nazwać, jaki przydomek nadać? Pisarze? Twórcy? 

A może miłośnicy słów, historii? Może amatorzy? No właśnie amator, kto to jest? Jak podaje słownik  języka polskiego amator, to ktoś, co robi coś dla przyjemności, co lubi[i].  Czy tylko dyletant, czy jednak amator? Bo amator to miłośnik wszak.  Ogólnikowe stwierdzenie, że coś się lubi bardzo zakłada przecież a priori tezę pewnego umiłowania, zaangażowania pozytywnie emocjonalnego.

Skąd te dywagacje? Ano, winnym jest uroczy, młody (dla mnie coraz więcej osób jest ‘młodych’)  i bardzo zdolny doktor filologii i wykładowca literaturoznawstwa  w Instytucie Literatury Polskiej na Uniwersytecie Warszawskim, badacz w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN-u, Piotr  Sadzik. Poznałem go ‘elektronicznie’ sporo już lat temu i zachwycony byłem jego pracą o  maranach literatury pogranicza kulturowego[ii]. Zainteresował się wówczas moim cyklem ‘lamentów po Stracie’ i dało to nam asumpt do kontynuowania rozmów o ‘bólu duszy’, który wypełnia całe twoje jestestwo.

 Mnie nie interesowała wówczas literatura per se, ani wartość poetycka lub krytyczna moich lamentów – one po prostu były wtedy mną całym. Były moimi rozmowami z tym, który tworzył moje życie przez dekady i nagle  … przestał być. Rozmowy te z Piotrem wydaje mi się, że mi pomagały.  Bez tłumaczenia, bez radzenia – a jednak wracały mnie mimochodem poniekąd do rozmów intelektualnych, nie tylko w skorupie emocjonalnej. A to było dużo. Potem, dość szybko przyznaję znaleźliśmy inną, bliska nam pasję literacką – Gombra[iii]. Więc i Jeleński się pojawił mimochodem i Giedroyć, z którymi miałem bliskie kontakty w Paryżu.

Przez kilka lat ostatnich te kontakty nie były już tak częste, ale obserwowałem i obserwuję jego fantastyczną pracę i energię niespożytą na wszystkich polach i ugorach literatury polskiej (nie tylko polskiej, to mnie jednak głównie interesowało) i masę innych poczynań krytycznych, filologicznych, aktywisty życia wydawniczego, kapituł nagród literackich. Gdzie on na to wszystko (a przecież ma jednocześnie pełną pracę wykładowcy uniwersyteckiego, swoich studentów, ich przewody naukowe magisterskie i doktorskie) czas znajduje – pojęcia nie mam. Pewnie więc nie dziwi, że ciągle wygląda jak chudziutki 20-latek-studenciak, a nie wykładowca, LOL.  Więc moja pywatna rada do czytających te słowa: warto mieć pasję szaloną, wtedy nie będziecie mieć czasu na starzenie się!

Wróćmy do tematu tego eseju. O co mi chodzi, czy tylko o portret lubianego krytyka i badacza literatury?  Absolutnie nie.  Ludzie lepiej i bliżej go znający zrobią to bez wątpienia lepszymi barwami i odcieniami.

Otóż bardzo niedawno na jakimś elektronicznym forum żalił się trochę (lub martwił), że jego prace krytyczne o nowych książkach, powieściach, tomikach poetyckich mogą w nim zabić zwykłą pasję i głód  czytelniczy, gdy bierze się do ręki nową książkę, nowy wydanie literatury beletrystycznej czy poetyckiej.

Powiedziałem mu dość obcesowo, że to absolutnie niemożliwe. Krytyk nie może, nie ma prawa tej miłości w sobie zabić. I jednocześnie zasugerowałem tezę, że ten krytyk jest też sam pisarzem. Pisarzem non fiction.

Tak – krytk literacki, który nie pisze powieści, opowiadań czy wierszy  może być w tej pracy nazwany pisarzem. Naturalnie mówię o pisaniu dużo szerszym niż kilka szpalt w gazecie, miesięczniku drukowanym, czy on-line.

Udowodnić to chcę używając przykładu i pasji krytycznej wielkiego poety argentyńskiego, Jorge Luisa Borgesa. Ale właśnie Borgesa non fiction, nie Borgesa-poety.

                W 2000 roku podczas jednego z moich częstych wyjazdów do Seattle w USA, poszedłem do czytelni wydawnictwa The Elliott Bay Company i kupiłem wspaniałą książkę przygotowaną przez Eliota Weibergera z bardzo obszernym wyborem tekstów non fiction Borgesa[iv].

I teraz, po wielu, wielu latach ponownie ją czytałem. Tak, nie mam wątpliwości: Borges-eseista i krytyk był miłośnikiem literatury. Takich krytyk o innych pisarzach się nie pisze o ile tych książek się nie kocha. O ile się nie kocha literatury. Koniec. Kropka. Non ulterius progredieris[v].

Wrzuciłem Borgesa do torby i uciekłem do centrum Vancouveru, do mojej ulubionej kawiarenki Melrriches na Westendzie. Zawsze, gdziekowiek nie mieszkam takie dziupelki sobie wynajduję, gdzie przy kawie czytam, robię notatki. Potem na swoim blogu je publikuję. Nie, nie z nudów. Z pasji do tych wierszy, nowel, opowiadań. Niezbyt wiele z powieści, bom w zasadzie nowe przestał już czytać. I tak nie nadążę zaległości nadrobić. Teraz czytam głównie pisarzy piszących o pisarzach, o ich twórczości i światach, jakie stwarzają, opisują. O człowieku.

Więc ten Borges –  jak Gombrowicz z kolejnej generacji – pisał w swoim ukochanym Buenos Aires. Przypomina czasem w tych swoich zapiskach o ulicach i dzielnicach, które i ja poznałem, którymi dawno temu chodziłem.  Nie szukałem po prawdzie specjalnie śladów ani Gombrowicza, ani Borgesa – ale byli tam, ich duchy wałęsały się tymi samymi uliczkami, potykałem się omalże o ich ślady.

Wyobrażam sobie Borgesa chadzającego wieczornymi ulicami starego Buenos, ulicami pełnymi domów schadzek, kobiet i chłopców w podcieniach bram. Jakże musiał być wtedy sfrustrowany, zagubiony emocjonalnie. On, człowiek wielkich wizji literackich wobec niemożliwości pełnego zrozumienia pasji ciała. Borges był klinicznym impotentem. Czy warto o tym pisać? Warto, należy wręcz, bo erotyka i seksualizm są nadspodziewanie olbrzymią białą plamą jego własnej twórczości. Ta tabula rasa[vi] Borgesa w zadziwiający sposób wpłynęła nie tylko na jego prywatne życie, ale wręcz na homofobiczne lęki i oceny innych pisarzy – nie oceny negatywne ich twórczości ale negowanie wpływu ich homoseksualizmu na ich twórczość. Ten wspaniały krytyk pisząc np. o Whitmanie … imputował, że ojciec poezji amerykańskiej pisząc o swojej pasji i konsumpcji tej pasji z czarnym  kochankiem tworzył wyłącznie figurę poetycką, a nie, że wpinał w osnowę swego słynnego poematu swoją autentyczną biografię. Takie rozumienie i taka interpretacja Whitmana może być jedynie możliwa właśnie przez zaślepienie homofobią Borgesa[vii].  Smutne, że ta fobia go tak okaleczyła – ale z pełnym przekonaniem poświadczam, że nie wpłynęła ona na ocenę twórczości ani Whitmana, ani Oscara Wilde’a (choć o tym zbyt wysokich opinii nie miał, ale nie sądzę by było to związane z biseksualizmem Wilde’a). Zastanawiam się, czy gdyby Borges żył w czasach współczesnych nie zmusiłyby go one do zarzucenia tej irracjonalnej fobii? Podejrzewam, że tak. Ciekawe co by był napisał o jednym z najlepszych pisarzy przełomu XX i XXI wieku, irlandzkim Colmie Tóibínie … nota bene autorze świetnego opracowania biograficznego wybitnych twórców sztuki (w tym pisarzy) ostatnich dwustu lat[viii]?  O, byłbym zapomniał – ci twórcy o których w tej książce pisał byli homo lub biseksualni.

Czas wrócić do tematu zasadniczego – Borgesa-krytyka kochającego książki.

Nie będę jednak tu pisał o Borgesie-poecie, a o Borgesie pisarzu non fiction, eseiście. Ktoś może się oburzyć: nie był więc pisarzem tylko eseistą. Takie stwierdzenie to bzdura, panie kochanku. Pisarzem się jest przez talent pisarski, a nie przez tabliczki informacyjne na rzędach półek w bibliotekach. Eseje literackie to poezja krytyki literackiej, w takiej samej mierze, jak autobiografie pisarzy, jak biografie pisarzy i poetów pisane przez innych pisarzy. Zagmatwane to nieco? Doprawdy nie jest. Zwłaszcza, gdy mówimy o pisarzach z górnej półki (naturalnie mam na myśli nie półkę popularności rynkowej, a wartości tekstu).

Wyobraźmy sobie, że gdzieś kiedyś żył sobie rzemieślnik, który szył ciżemki. Nie szył pantofli, butów ani kapci. Ciżemki. Czy był ‘ciżemkowcem’? Naturalnie, że nie – był szewcem. W ten sam sposób ci, którzy piszą książki o literaturze i jej autorach są też pisarzami. Nie muszą nawet być poetami  ani nowelistami sami. Nie zawsze ta zasada i nie wszędzie pasuje, gdyż same tylko suche akademickie przewody literatuznawczo-filologiczne badaczy do tej rangi pisarstwa zaliczyć nie mogą.

Wszak czytając Borgesa krytyki i eseje krytyczne o twórczości innych pisarzy czujemy jego niski ukłon i pocałunek skladany na dłoniach tych innych pisarzy. Rozpoznaje, wyczuwa każde wzniesienie, każdy skrawek zapisanej kartki. Dzieli włos na czworo?  Nie. W wybranej frazie, w składni odnajduje tony i półtony znaczeń, cienie, światło i wpływy przeszłości, echa mistrzów odległych epok.

Ciekawe i jakże prawdziwe są jego uwagi na temat powstawania czasowników z rzeczowników. W sposób szczególny jego elewacja i waga znaczenia rzeczowników rodem z teologii, ergo boskich. Tego sacrum, które trudno użyć w prozie, gdzie wydać się może zbyt pompatyczne, nie adekwatne. Ale nie w poezji, która sama w sobie jest sacrum spowiedzi emocjonalno-intelektualnej[ix].

Dalej zaś gdy przestrzega przed absurdem przemocy zadawanej treści przez przerost formy lub wręcz wyrastających z ograniczeń przyjętego porządku gramatycznego (w szerokim rozumieniu pojęcia ‘gramatyka’) , to chce mi się krzyknąć: nie przypominaj mi o tym, o tych marach i upiorach ‘techniki pisania’ wiersza, to budzi we mnie gniew wobec rzemieślników, którzy o akcie twórczym pojęcia nie mają, nie rozumieją go!

Jorge Luis Borges jest dzieckiem rewolucji XIX i ewolucji XX wieku. Wielkiej cezury filozoficznej, której pierwsze drożdże poczęly fermentować już w czasach Oświecenia. To wszystko, co przez wieki wrzało, gotowało się pod ciężka pokrywą moralności kołtuńskiej, niewolniczej, pańszczyźnianej.

Chyląc głowy przed Petrarką i Wergiliuszem nie wolno sobie pozwolić na zginanie kolan. Musimy jasno powiedzieć, bez okrzyków rewolucyjnych i sztucznego epatowania się gniewem nowej epoki: dziękujemy za piękne dary, bedziemy pamiętać i korzystać, ale możecie sobie odpocząć nieco, bo oto nadszedł czas człowieka wolnego. Poeta w XXI wieku musi być twórcą wolnym. Czasy przypisania ‘chłopa do roli’ minęły bezpowrotnie.  

Można wszak wrócić do brylantów pierwszej wielkości literatury polskiej, do ‘Bieniowskiego’ mistrza Juliusza. Wszak pada tam westchnienie-pragnienie ‘Chodzi mi o to, aby język giętki //Powiedział wszystko, co pomyśli głowa…’. Dla nas wszak, już w ćwierci XXI wieku, najważniejsze jest wezwanie z końcowych wersów tej zwrotki poematu Księcia poetów polskich: ‘Strofa być winna taktem, nie wędzidłem’. Drogi Księciu Poetów, Juliuszu –  byłeś był wyprzedził epokę o dwieście lat! Nawet jednak twój wspaniały poemat w warstwie językowej jest prawie tak ornamentalny, że trudno dziś strawny. Tak, jak ostrygi świeże i żywe mogą być niestrawne, jeśli jedzone w nadmiarze, co mnie się przed wielu laty zdarzyło na uczcie Maorysów nowozelandzkich. I tak bywa.

Borges ustawia się w szeregu gwardii Pzybosiów i Peiperów polskiej szkoły wierszowania pierwszej połowy XX wieku. Naturalnie, podobnie, jak nieco tylko wcześniejsi futuryści, jest w nich wielka fascynacja dżunglą miejską i nowoczesnością, transformacją z sielankowości wiejskiej w tryby maszyn wielkich aglomeracji miejskich. Sposób użycia metafory jest może wyolbrzymiony – wszak w dużym stopniu poezja jest metaforą rzeczywistości.

Wiek XXI przyniósł, wydaje mi się, zmęczenie tym stylem. Aglomeryzacja cywilizacji człowieka skłania nas właśnie do odwrotu, do ucieczki we własną, jednostkową i osobną indywidualność. Do ‘pojedyńczyzacji’ , jako formy obrony indywidualności jednostki. Zwłaszcza indywidualności i osobności doświadczenia poetycko-twórczego. Tym, co ja od lat nazywam cichą rozmową intymną dwóch tylko osób: poety i czytelnika.

                Wszystko to wszak wyrasta z miłości do literatury. Bez literatury i bez jej miłośników, adoratorów i wariatuńków cały postęp cywilizacji technologicznej jest przedsięwzięciem bezsensownym. Przemyślenia Borgesa umocniły mnie w tym przekonaniu jeszcze bardziej i można to łatwo przenieść na każdy inny rodzaj sztuki.

W różnych epokach różni twórcy, i krytycy tych twórców tłumaczący, przeprowadzali czytelnika/słuchacza/oglądającego przez te mosty przemian. Borges robił to w literaturze, Bach, Mozart i Mahler w muzyce, da Vinci, Michał Anioł i Picasso w sztukach wizualnych.

Sztuka generalnie jest emocjonalną próbą zrozumienia świata i drugiego człowieka. Rozumiejąc lepiej przestajemy się świata i człowieka bać. A gdy nie mamy już tego lęku przed obcym i zewnętrznym, możemy ten świat i człowieka pokochać. 

A krytyk literatury, sztuki, ogólniej mówiąc?  Krytyk opisując sztukę (symfonię, książkę, obraz) ułatwia ją nam odebrać, zrozumieć. Robi to z miłości wobec sztuki i piękna. A kochanek nigdy nie znudzi się miły Piotrze widokiem oblubieńca lub oblubienicy. Takie cuda nie zdarzają się w żadnej religii.


[i] „Słownik języka polskiego z frazeologizmami i przysłowiami”,  E. Dereń, T. Nowak, E. Polański; Arti Centrum, Warszawa; 2008

[ii] SADZIK: Regiony pojedynczych herezji | Esej | Wizje | Aktualnik

[iii] Witold Gombrowicz

[iv] “Jorge Luis Borges, Selected Non-fiction”; Penguin Books Ltd.; r 2000, Seattle, USA; s. 559

[v] łac. dalej nie pójdziesz

[vi] filozoficzny koncept Arystotelesa, iż człowiek rodzi się  bez jakiejkolwiek wiedzy, z ’pustym’ mózgiem

[vii] Walt Whitman w poemacie „The body electric” (z tomiku ”Selected Poems”; Dover Publication Ltd. New York, 1991)

[viii] Colm Tóibín, „Love in dark times”; pub. McClelland & Stewart Ltd; Toronto, 2001; s. 261

[ix] W tymże zbiorze esejów krytycznych, s.22

Vaisakhi Parade in Surrey, BC

Vaisakhi Parade in Surrey, BC

Traditional for many years now, the Vaisakhi celebrations and parade organized by Khalsa Order in Surrey, draws an amazing crowd of people. That Order of Sikh religion was born by the end of XVII century in India. But for many years now, there is no other place on this planet, were the celebrations are gathering so many participants as in Surrey, in British Columbia.

In past twenty years or so, I have gone to the parade few times admiring the colorful display of their culture. Since my life in Canada is nearing the end – I decided again to see it, and never before have I seen so many participants! Early estimates are of 4500 000 – that is almost half a million people, all organized and served by almost 5000 volunteers! Just amazing.

It started in the temple Gudwara Sahib Dasmesh Darbar by 128 Street and 76 Avenue. There were prayers, huge portraits everywhere of their famous Gurus (religious leaders akin to the Popes in Christianhood), martyrs and mementos of their struggle in India.

Multitude of kiosks served free food to all, who attended the parade. There were stages with traditional music, dancing and singing. And of course beautiful and colorful dresses of woman and men. They all looked very attractive in them. One of th big stage offered lessons of how to wrap their traditional turbans out of very long orange ribbon.

Of course it is not only cultural and religious aspect. One can not forgot that it is also very much a political struggle. Their aim was always to create a separate state on the Indian subcontinent as their religion does not represent the Hinduism teachings nor that of later invading forces of Muslim faith (the Mouguls – stretching from todays Afghanistan, Bangladesh, Pakistan and from th other side the Iranian form of Islam, the Safavid Iran and it’s current version). That created certain tensions and terrorist acts that were perpetrated by some leaders of the Khalsa movement in Canada – exactly in Surrey, but also some in Kamloops and Cowichan Valley – Duncan – on the Vancouver Island). The largest terrorism act ever perpetrated in Canada , was that of exploding large Boeing passenger plane off the coast of Ireland in June 1984 and all 329 people died. The Canadian Sikhs organization Babbar Khalsa was directly involved , as a response to Indira Gandhi (famous Prime Minister of India) atrocities against Sikhs in India. Indira Gandhi herself was later murdered by Siks in India. That terrible terrorist bombing of that Air India flight from Canada to England remains the largest in the history of Canada and one that was totally and probably willfully mismanaged by RCMP investigation, court proceedings and everything and everyone else. A side effect of it was also an assassination plot against Premier of British Columbia Ujjal Dosanjh, which he survived but received almost deadly blows to his skull. It is worth nothing that Dosanjh himself is a Sikh by faith but condemns the violence in the struggle of Sikhs to gain independence in India.

It is believed that now most of Khalsa Order and movement is conducted by peaceful, democratic means. The most known Canadian politician, who is Siks is definitely the former leader of federal NDP, Jagmeet Singh. He is very outspoken in the fight to end poverty in Canada and establishing different tax regime and minimum hourly wage of $20.00. He is very much outspoken about his opposition to terrorist activity and achieving political goals by way of brutal force.

Vaishaki celebration in Surrey, BC (18 of April, 2026)