Ważna historia Greater Vancouver – Pattullo Bridge. I zamknięcie tej karty historii.

Ważna historia Greater Vancouver – Pattullo Bridge. I zamknięcie tej karty historii.

Bogumił Pacak-Gamalski

Nocą jacyś tacy (pewnie cwaniacy) przylecieli i most ukradli. Był i ni ma. Koniec, kropka.

Tak, można by zacząć żartobliwie. Ale to nie żart (choć nikt nie ‘ukradł’) – charakterystyczny, półkolisty kształt czerwono-rdzawego łuku mostu był od prawie wieku najbardziej bodaj znanym widokiem dla milionów ludzi. I miliony nim codziennie lub czasami przejeżdżało samochodami.  Ci z wielkiego Surrey jadący do pracy lub na zakupy na prawy brzeg, czy ci jadący z New West, Vancouveru i wszystkich miast prawobrzeżnych jadący na lewy brzeg: do Surrey, na spacery do White Rock lub do Doliny (Langley, Abbotsford, Hope i reszty Kanady). A było to siedmnaście lat zanim zbudowao Most Granville w Vancuoverze.

Nic dziwnego – to najstarsze (jeśli pominąć krótka bardzo historię mostu dla samochodów na moście kolejowym –o tym poniżej dwa słowa) połączenie nie tylko Surrey i Vancouveru. W tym miescu właśnie istniała przeprawa od początków osadnictwa białego człowieka  w Lower Mainland. Stąd, przy lewym brzegu Fraser w osadzie Brownsville było połączenie czółnem na brzeg prawy, do New Westminster, jego stacji kolejowej i do portu morskiego. Przyjeżdżali tu wozami z towarem nie tylko farmerzy z dzisiejszego Surrey i Doliny, ale i farmerzy z USA trasą dilżansową (Coach Road), resztki tej trasy to dzisiejsza Old Yale Road. I właśnie tą osadę Brownsville wybrano na miejsce, gdzie rozpoczęo konstrukcję nowego mostu, w sąsiedztwie starszego mostu kolejowego (ciekawostką jest, że ten do dziś istniejący most kolejowy przez pierwsze kilka lat miał dwa pokłady – na dolnym była droga dla samochodów, czyli był pierwszym historycznie rzecz ujmując. Ale Pattullo był pierwszym całkowicie zaprojektowanym z myślą o ruchu samochodowym.

Most otworzono w roku 1937. Trudno by znależć kogokolwiek dzisiaj, kto widziałby lewy lub prawy brzeg bez tej charakterystycznej, półkolistej czerwonej konstrukcji zawiaszonej nad rzeką. Choć jacyś 96-100 latkowie mogliby. Jeśli wczesne dzieciństwo spędzili w New Westminster lub w Brownsville – jest to możliwe.

Ja osobiście pamiętam go od ponad trzydziestu lat, czyli od mojej przeprowadzki z Alberty do Lower Mainland. Sam pokład mostu ciągle jest, choć systematycznie rozmontowywany, ale bez tego z daleka widącego wielkiego przęsła i jego charaktrystycznego koloru – przestał być mostem, tak jak samochód bez podwozia nie jest samochodem. Został zwykłą kladką, która lada moment zniknie.

Poniżej fotoreportaż z zamknięcia tej ciekawej historii rzeki, jej dwóch brzegów. I raz jeszcze przypomnienia wagi tej rzeki dla powstania, rozwoju i istnienia tej olbrzymiej, tętniącej życiem aglomeracji Greater Vancouver. Rzeki, która ciągle jest bardzo pracowitym szlakiem handlowym, przemysłowym. I żywym – jeszcze dziś wczesnym popołudniem chodząc wzdłuż jej brzegu zauważyłem rzucające się w jej nucie dwa jesiotry. Bo to też dom dla tych prawdziwie prehistorycznych ryb.

Chciałoby się przypomnieć słowa wielokroć zapisywane w ulubionych przeze mnie „Dziennikach” Zofii Nałkowskiej: I znów zaszła zmiana w polu mojego widzenia…

… a tak wyglądał w dniach glorii

Chilliwack Lake and Farmers Market

Chilliwack Lake and Farmers Market

Bogumil Pacak-Gamalski

Taking advantage of a good weather few days ago we went to try our luck in mushroom picking and hoping for a good swim in Chilliwack Lake high in the hills.

Before w went to the lake and forest there was a must t stop at Farmers Market on Lickman Road. What a rich exposition of Fall fruits and vegies! They almost look fake, just for show, LOL. Of course we went to the local bakery for few snacks for the way.

After the shopping we tok the ol’ Vedder Road up to familiar Chilliwack Road meandering alongside the Chilliwack River. We stop in two spots to try our luck in mushrooms. Sadly, it was so dry everywhere that at both attempts we just say few very dry and small eatable mushrooms – not enough even for a small pot of soup, and we gave up.

The lake – that’s a different story altogether. Hardly and wind bluse-green water smooth and inviting. Hardly anyone on the sandy beach. Since the lake originates in icefield I was thinking that it would be very cold. Not so! Water was wonderful and a refreshing swim gave us energy and washed away the dust from the forest. We stayed until there was no more sun and chilly mountainous air filled beach.

On the way back we took different route using o Yarrow for a nice evening walk on the beached of Cultus Lake. It was almost poetic – including the moon, which showed up from the peaks of the mountain and said: OK fellas, it is getting late and dark, and time for you to go home. And we did driving back through the very old community of Yarrow, which did not change that much (as everything else) in past few decades.

Wizyta w Port Moody

Wizyta w Port Moody

Bogumił Pacak-Gamalski

Kilka dni temu wybrałem się nową trasą Skytrain[i] do Port Moody. Ostatnie chyba miasto w granicach metropolii vankuwerskiej, które koniecznie chciałem odwiedzić. Było to zawsze miejsce urocze, do którego bardzo chętnie jeździłem jeszcze w latach 90., gdy mieszkałem bardzo blisko, w North Burnaby. Wtedy to było nie więcej niż 10 minut jazdy samochodem, do końca fiordu Burrard, gdzie to miasteczko się zaczynało. Z Johnem, z Mamą – bardzo tam spacery lubiliśmy. W latach późniejszych już tego wieku jeździłem tam też często z Surrey. Robiliśmy tam wystawy obrazów polskich malarzy w uroczej galerii przy Bibliotece Miejskiej, koło Parku Pionierów. Potem tuż obok, do budynku dla osób starszych, gdzie lat później przeprowadziło się kilkoro znajomych i przyjaciół: historyk sztuki profesor Anna Gradowska, kompozytor Ryszard Wrzaskała, aktor Jerzy Kopczewski ‘Bułeczka’. Dziś nie ma wśród nas ani jednej z tych osób.  Ale chciałem miejsca moich spotkań z nimi i rozmów odwiedzić, poszeptać z cieniami.

Dziś z uroczego miasteczka wyrosło duże miasto. Wysiadłem na stacji ‘Inlet’ zakładając, że z niej do inletu (fiordu) będzie najbliżej. Naturalnie, że byłem w błędzie i blisko nie było. Wszystko zabudowane nowymi ulicami, setkami wysokich domów – czułem się jak w dżungli, której nie znałem. Jako, że wiek XXI to mogłem wszak używając nieco mapki na telefonie w końcu dotrzeć do tych miejsc znajomych, gdzie resztki ‘tamtego’ Port Moody znalazłem.

Cała nowa i bardzo długa trasa brzegami inletu z mostkami, drewnianymi poręczami była przeurocza i warta spaceru. Miło było też znajome kąty jednak odnaleźć, na dobrą kawę w końcu zajść, a choć po ‘mojej’ kawiarence już śladu nie zostało, ani po restauracji greckiej z pianinem, gdzie Rysio Wrzaskała dał grupie przyjaciół ostatni koncert publiczny. Pamiętałem też, że po tym publicznym koncercie, w wąskim gronie odprowadziliśmy go do jego apartamentu, gdzie nam dalej grał na pianinie. To był człowiek-muzyka i generalnie estradziaż par excellence. Pomyślałem, że byłem wówczas w ciekawym okresie ‘polskiego Vancouveru’ – grupy fantastyczne, szalenie interesujący ludzie, pasje do sztuki, do dyskusji, do twórczości. Poglądy wielu z nas miało diametralnie inne  – ale właśnie pasja do kultury i sztuki nas łączyła ponad polityką i własną filozofią egzystencji. Nie odnalazłem w tym obecnym ‘polskim’ Vancouverze już tej atmosfery odkąd tu wróciłem dwa lata temu. Choć pewnie gdzieś coś się jeszcze dzieje… .

Mimo to … a właśnie! Mimo to, ad hoc telefonicznie zorganizowane spotkanie z serdeczną przyjaciółka z tamtych bardzo już odległych lat Jolą Drożdżeńską, z którą łączyła mnie bliska znajomość już chyba ze 30 lat, a która w Port Moody mieszka, była fantastycznym i radosnym spotkaniem. W zasadzie od pierwszych słów rozmowa się tak toczyła, jakbyśmy ją wczoraj ledwie przerwali. Sprawiło mi to wielką radość. Więc dzięki i temu też spotkaniu, na końcu tej wycieczki poczułem się, jak w dawnym miłym i swojskim Port Moody.

I pewnie jeszce tam przed ostatecznym rozstaniem pojadę, bo to autentycznie urocze miaseczko. Ostatecznie mogę udawać, że tego nowego nie widzę.


[i] Evergreen Extension of Millenium Line

Staw Saren (Deer Lake) i Wioska Burnaby

Staw Saren (Deer Lake) i Wioska Burnaby

W poprzednim stuleciu, gdy mieszkaliśmy w Burnaby (czyż nie brzmi to tajemniczo, gdy się pisze: w poprzednim stuleciu, gdy byłem tu i tam … LOL) często jeździliśmy na spacery do nieco dalej niż do  jeziora Burnaby – jedno skrzyżowanie dalej było urocze Shadbolt Centre, skansen starej, oryginalnej Wioski Burnaby (pierwsze osadnictwo zbiorowe w Burnaby), a zaraz za tym przecudowne jezioro Deer Lake. Ileż spacerów tam było z Johnem, potem z mamą, gdy sprowadziłem ją z Polski.

W nieco późniejszych latach, mieszkając już w Guildford w tymże Shadbolt Art Centre[i] organizowaliśmy w ramach klubu artystów „Pegaz” koncerty muzyczne polskich pianistów, wystawy malarskie i rzeźbiarskie, i raz lub dwa wystawialiśmy tu przedstawienia Teatru Polskiego z Surrey, który wówczas założono w Surrey i który był bardzo aktywny i świetnie prowadzony.

Teraz nie potrafiłbym powiedzieć kiedy byłem tam osatni raz. Cieżka i długa choroba mamy ostatnie moje lata w Kolumbii Brytyjskiej bardzo ograniczyła moją aktywność wydawniczą, publicystyczną i zdecydowanie moje długie spacery daleko od domu.

Ale od czasu powrotu do Wielkiego Vancouveru z Nowej Szkocji wielokroć myślałem o pojechaniu na ten spacer. No i dwa dni temu wybraliśmy się z przyjacielem właśnie tam. Starą Wioskę chyba trochę rozbudowano, bardziej dla uciechy i wygody turystów upiększono, wypucowano. Wszędzie spotkać można było stosownie do epoki ubranych przewodników, maszyny stare pracowały. I fajna kawiarenka z kawą i słodyczami, kanapkami.

Ale najpiękniejszy był spacer na około tego cudownego jeziora z masą nenufarów, szuwarów. A z dala wielkie wieżowce obecnego Metrotown, których wtedy też nie było, LOL. Powyrastały, tak samo, jak w Surrey, w New Westminster. To już przecież ćwierć kolejnego stulecia. W większości wypadków tej nowej zabudowy ,do nieba’ nie lubię i mi się nie podoba. Nie przez fakt, że takie wysokie. Nie, przez fakt, że w przeważającej części są to wielkie proste badyle bez jakiegokolwiek kunsztu architektonicznego. Badziewie budowlane. Żeromski, gdyby to zobaczył, to by nigdy nie napisał „Przedwiośnia”, LOL.  Te, które są ciekawe – lubię i z przyjemnościa na nie patrzę.

Ale, ale – ani te ciekawe, ani te brzydkie nie urastają nawet do pięt naturalnego piękna przyrody. Gdzież im do radości spaceru wokół zielonego stawu, wśród starych drzew, szuwarów, lilii wodnych, rzęsy, krzewów – a kudy!

Z tej perełki zdjęć trochę więc.


[i] Arts & Culture Facilities | City of Burnaby

Pride Day in New Westminster, B.C.

Pride Day in New Westminster, B.C.

My second Pride Day in New Westminster. I like it because it is not really just an LGBTQ+ community. The entire main street (Columbia, where I live) is turn for entire afternoon-evening for a multitude of attractions, removed from car traffic, with stages for live music performances and dances, an open market with numerous kiosks selling everything (always with some cheap gay/lesbian trinket-touch, LOL) and offering some good social advise, information how to do this or that. That is sensible. Of course the commercial aspect of vendors is predominant, but I suppose that it is how things are these days with everything. What is most important is the fact that everyone and everybody is invited: gay, straight and everything in between. The street really turns into extra busy and extra friendly throngs of people. A lot dressed up for that occasion in funny and colorful attires, costumes, but also in traditional albeit a bit more for the occasion attire.

Three main music stages/dance spots did not disappoint me: music from old swing to modern pop and mechanical types was playing well and to my pleasure there was none of that ‘lubu-dubu-do’ of base that the other day made me tired. A good musician knows how to use the instruments. Loud is not an answer to musicality, au contraire my amigos.

Even the dogs were dressed (I mean really dressed up, LOL) for that occasion and to my delight appeared to be happy and enjoying themselves among the throngs. Local police wore proudly their badges in rainbow colours. I have always thought that New West police force was the handsomest in the entire Lower Mainland. About twenty years ago I remember I was crossed with them, when during some routine police check-stop they refuse to perform a proper body search on me. I even complained to them sternly that they don’t do their job properly and more thoroughly. They just laughed. Hmmm…

Of course I miss a bit the Pride Parades, Pride Marches and old fashion gay/lesbian only crowds. There is hardly anything anywhere like that anymore. The names and locales remained – but the clientele is just a regular mix of gay/straight. Mostly all over the world (civilized world). And the blame rests mainly on gay/lesbian/plus folks, who allowed it to happen. Moreover – they have welcomed it saying: now we are truly all the same. We are not. We are gay, they are straight. The difference is rather obvious, I think. It was nice in the old days to have a place you could call not only ‘my place’ but it was always a safe place. Now I feel always that have around a chaperon with me, who makes sure I act ‘appropriately’.  Generation or two of young gay-lesbian-plus people don’t even know what they are missing. But that is a subject away from today musings and reporting.

The afternoon was loud a bit, but very nice, friendly. One of the reasons I maintain my affinity for Canada – it always was in the foreground of human rights, respect and diversity. And in some countries have seen a sad movement of pushing us back to the closet, so to speak. You have to be vigilant. Rights that are not cherished and protected could be taken away by an ideological and political change of attitude.We has seen things like that.

      

Pride Day and Parade/Dzień Równości i Parada

Pride Day and Parade/Dzień Równości i Parada

Bogumił Pacak-Gamalski-Graham

(in English and Polish)

One more of my last ‘good bye’ in Vancouver. But such a happy and beautiful goodbye.

August 2 – famous and fabulous Vancouver Pride Parade and Pride Day. Still miss the old route through Robson and Denman to English Bay beach, for a night of live music and dancing. But maybe it did make sense, changes are good sometimes. As long as the spirit lives on. And it was very obvious that it does.

Nelson Park, Davie Street and indeed the entire Davie Village was bursting with celebrations, dances, little concerts and bars were full to the tilt. From ladies, who decided not to wear but to paint their bras – bravo! Same goes to some guys, who instead of underwear – just wrapped their members in a little piece of golden foil, LOL.

Most of all – smiles, laughter, happiness. The dresses, make-up, costumes were plentiful on board the Skytrain do Burrard Street, and than through the streets up to the Village.

Even I did partake in some impromptu dances (got some applause for my version of ol’ 50-ties swing, with my cane acting as my partner, LOL).

I did recognized, of course, some faces I have known – but forgotten their names since last time we met, so just exchanged hugs and smiles and avoided long talks.

Cała Davie Street i jej okolice były wczoraj jednym wielkim bankietem zabaw, tańców, drinków i stroi (lub ich kompletnym brakiem, ha ha ha). Naturalnie, wszak dopiero przeszła ulicami Vancouveru jego najwieksza parada, pochód, zgromadzenie. Większego wydarzenia od dziesiątków lat w Vancouverze nie ma. Parada Równości, tu nazywana zwyczajnie i bardziej adekwatnie – Paradą Dumy. Dumy z tego kim jesteśmy. Wszyscy i każdy z osobna. Przez lata dawniej (przed przeprowadzką do Nowej Szkocji) na każdej chyba byłem. Naturalnie z moim kochanym Johnem, ale i z przyjaciółmi, z bliskimi. Mama przez lata uwielbiała na nią chodzić. To taki specjalny dzień, gdzie nikt się niczemu i nikomu nie dziwi, nikt nie kręci głową lub nie wznosi oczu ku górze. To prawda, że wszyscy i każdy z osobna jesteśmy trochę inni, trochę dziwnie – więc czemu tego, tej inności nie celebrować?   

A wracając zmęczony ale zadowolony, idąc w dół Thurlow Street skręciłem w Haro i tuż przed Burrard zatrzymałem się przy Le Crocodille Restaurant. Dość droga, ale bardzo elegancka restauracja ze wspaniałym francuskim menu. To tutaj, po naszym formalnym ślubie, przyjaciele ze statku zamówili nam stolik i opłaconą kolację przy świecach, ze specjalnym weselnym torcikiem. Tylko my sami we dwoje. To było urocze. Po patrzyłem się przez szybę z daleka na siedzące wewnątrz pary, wydało mi się że ktoś położył mi lekko dłoń na ramieniu, że ktoś szepnął ‘I always do’ …  Odpowiedziałem też cicho: I know you do, and I always will.  

Parada Dumy zakończona dumą z ciebie, z nas, z tych wszystkich długich lat.

Night of Fireworks in Vancouver

Night of Fireworks in Vancouver

Traditionally Vancouver is saying goodbye to July on the last day of that month by having a big fireworks party in English Bay.

Have been to many in years gone by. With my husband, my Mom, with friends. I must admit that years ago the show was much more technical and intricate, where nations from other continents competed against each other. More than once I thought that the Chinese team was by fare the best technically and musically.

On the other hand, I have never seen so many watercrafts taking to the Bay to get close to it. I mean, the introduction of paddleboard makes it so easy now to bring it to Bay and make a splash in the waves. Also many drones – can’t remember seeing them in old times. Granted, it has been more than 10years likely since I went to the Fireworks.

My two friends started properly under the Burrard Bridge on the their paddleboards. I used the old technique – my two legs to go to the beach and settle on a comfortable rock, right on edge of water.

So, here you go – watch the show:

KOSMOSY

KOSMOSY

W dali sinej, za taflą żywej,

drgającej powierzchni morza,

gdy gwiazdy są dalej niż bliżej,

nadchodzi różowiejąca zorza.

Po tamtej stronie cieśniny maluje

szare góry czerwienią świeżą.

Górzysta wyspa zna to, poznaje, czuje.

Duszki z kotlinek wesoło do niej bieżą.

Kiedyś, później, po dniach, po czasie

wszystko mgła obroczy, pokryje.

Wspomnę o tym, o tej wielkiej masie

słów, widzeń – i ta fala też odpłynie.

               

Przenoszą się światy, kontynenty. Życia nadbiegną rozbudzone, otwarte na spotkania. Otwarte na drugiego człowieka. Gdy się zetkną dreszcz ciekawości przebiegnie od naskórka warg do trzewi, głęboko. Chciałbyś tak trwać w tym spotkaniu, tym dotyku, tym pocałunki do końca tych dni, do dna tych oceanów i delt, gdzie rzeki giną w ich objęciach.

Grzmoty pędzą na rydwanach gwiazd, płynie blady strumień poświaty księżycowej. Gdzieś w wielkie Czarne Dziury Nicości wpadają te gwiazdy roziskrzone ciągnąc za soba w czeluść warkocze planet i planetoid. Światy, które mogły być, rodzić życie i miłość. I przestaną istnieć nim pojmą, że istnieć mogły. Nim narodzi się w nich świadomość bytu i tęsknota miłości.

Czasem … czasem westchnę ze smutkiem, żalem może, że nie byłem wtedy, w tym momencie napotkania Niebytu tam właśnie na tych planetach, których już nie ma. Kiedy światło ginie w takiej Dziurze, giną i topią się wspomnienia. Więc nie ma pewnie wówczas żalu, nie ma bólu i radości wspomnień.

Ot, taki relatywizm życia, gdzie każda rzecz, każde wzruszenie i piękno każde jest równie ważne, co ich brak. Pewnie łatwiej wówczas. Ale czy łatwiej, gdy puste może mieć wartość jakakolwiek? Czy puste może mieć znaczenie, być drogie?

Codziennie z balkonu spoglądam na drugi brzeg wielkiej rzeki pod moimi oknami. Patrzę, gdzie w miejsce, gdzie stoi nasz dom. Dom, w którym już nas nie ma, bo nie ma ciebie. Ale byliśmy tam razem, kochaliśmy, chodziliśmy na spacery, na zakupy. I była w nim nasza miłość.

Ta miłość ciągle ogrzewa mnie cieplej niż jakakolwiek poświata księżyca, jakikolwiek  czerwony zachód słońca. Bardziej niż światło najjaśniejszej gwiazdy na nowym firmamencie nieba.

Więc kuszenie niebytu, obietnica ciszy oferowana przez kosmiczną Wielką Dziurę nie wabi mnie, nie nęci. Ból jest też ważny. Tęsknota jest niezbędna, bo przypomina o szczęściu. O pięknie, nawet gdy przelotne. Wielkość, znaczenie piękna mierzone jest wielkością i ciężarem bólu, jaki po nim nam zostaje.

(poniżej link do Debussy ‘Claire de Lune’)

Słoneczne Wybrzeże – magia nieba i wody

Słoneczne Wybrzeże – magia nieba i wody

Ostatnia dłuższa wycieczka zaprowadziła nas w znajome trasy morsko-lądowe w kierunku Powell River i Mermaid Cove[i]. Dokładnie ten sam biwak namiotowy i dokładnie te same miejsce, gdzie rozbijaliśmy namiot rok temu.  

Ruszamy dużym promem klasy ‘C’ z Horseshoe Bay, skąd statki wypływają aż w trzy różne trasy: a) najbliższe, prawie tramwajowe  połączenie do uroczej wyspy Bowen;  b) połączenie do Langday, stamtąd samochodem do Earls Cove i kolejnymm mniejszym promem do Saltery Bay; c) z tego samego portu, też dużym promem klasy ‘C’ są regularne połączenia do Nanaimo na wielkiej Wyspie Vancouver.

My płyniemy do Powell River. Pierwszy, duży statek wiedzie nas do portu Langdale.

Mijamy po lewej znaną i lubianą Bowen Island od jej wschodniego brzegu po prawej, skrytą w głębokiej zieleni wyspę Gambier.  Dalej, w kierunku Langday. Tu następuje przeniesienie się do samochodu i wijącymi się wśród licznych jezior i niekończących się lasów, szosami dojeżdżamy do maleńkiego portu BC Ferries w Earls Cove i wsiadamy na prom do Saltery Bay.

Z Saltery Bay jedziemy w kierunku miasteczka Powell River, ale kilka dobrych kilometrów przed miasteczkiem skręcamy w gęsty las-park nad Zatoczką Syrenki[ii]. Lokalna, wyjątkowo sympatyczna rodzina, którą zna blisko mój przyjaciel, zarezerwowała dla nas te same miejsce biwakowe, co w zeszłym roku. Tuż obok mruczącego wartkiego potoku o nieskazitelnie czystej wodzie.

Rozwijamy namiot, rozkładamy manele, zakładamy gatki kąpielowe i pędzimy do skał nad znajomą zatoką. To znaczy on pędzi – ja kuśtykam o swojej lasce, bo kolano już nigdy chyba nie będzie normalne po wypadku ubiegłorocznym, a trzy bodaj dni wcześniej miałem atak rwy kulszowej w tej drugiej, zdrowej nodze. Przez pierwsze 30 godzin po ataku tej rwy myślałem, że już przyjdzie się na stare lata nauczyć chodzić na rękach…  No a jak tu , panie dzieju, nosić sukienkę powiewną i chodzić na rękach?! Ani łydek ani ud wszak nie golę!

Więc kuśtykam jednak na nogach. I pokuśtykałem na skały. A tam, nad wodą moje dwie ukochane siostry – arbutusy[iii]. Zakochałem się w jednym przepięknym arbutusie, który kiedyś rósł tuż przed hotelem Empress w Victorii. I pewnego roku, wiele już lat temu, jacyś miejscy orgrodnicy-mordercy wzięli i mi je ścieli. Barbarzyńcy nieludzcy. Od tamtej miłości arbutusowej ilekroć te drzewa gdzieś napotykam, to ślę im szczere uczucia i głaszczę ich delikatną korę. Jest w ich delikatności wielka moc i siła. Często rosną na bardzo skalistym podłożu o płytkiej ilości ziemi, chłastane prawie nieustannymi wiatrami od oceanu obok. A trwają niezłomne i na przekór.

Po przywitaniu z nimi, doczłapałem do brzegu. Przyjaciel już szalał w falach, ale on gibki, zdrowy i pływak, że hej. Po prawdzie to pływać i mnie wygodniej niż chodzić. Więc kijek-podpórkę na bok i chlust w tą wodę. Szczęśliwie od razu głęboka na kilka metrów, więc ceregielić się nie ma nawet jak, a tylko płynąć od razu. Bajka. Widoczność przy nurkowaniu za to kiepska. Akurat sezon kwitnięcia glonów i wodzie miliardy tych delikatnych blaszek-nasionek od tego kwitnięcia. Takie to drobne, że prawie niezauważalne, ale w masie swej, pod powierzchnią czyni widzialność dość krótką i kształty niewyraźne. Nie wspominałbym o tym i pewnie zapomniał, gdyby nie … A nie. Jeszcze nie powiem teraz.

Następnego dnia pojechaliśmy na wycieczkę do miasteczka Powell River. Połaziliśmy nieco, na lody świetne wstąpiliśmy. Po lodach należy na kawę dobrą zajść. A kudy! Wszystkie kawiarnie zaryglowane. Jeden tylko bar czynny, więc poszliśmy. Stały na ladzie dwa termosy, proszę więc o kawę, Podała. Wyszliśmy na zewnątrz i piję … nie, nie piję. Próbowałem, ale takiej lury dawnom nie pił, LOL. Tam, panie dzieju, to innym czasem żyją. Po południem późnym nikt już kawy poza domem nie pija. A turyści? Turyści muszą się z faktem pogodzić i ze zwyczajami i raczej szanse na znalezienie w pobliżu lepszego serwisu są mniej niż nikłe.

Szczęściem mój przyjaciel Wawa zabrał ze sobą i kawiarkę espresso i palnik gazowy, to zrobił nam koło namiotu świetną kawę-siekierę. Jak siekła, to na nogi, jak na sprężynach człek stanął. Zaś ognisko naturalne, z brewion drewnianych to już ja i rozpalałem i ognia domowego pilnowałem, jak należy. Nie na darmo za komuny jeszcze byłem harcerzem, LOL.

Noc nadeszła. Gwiazdy tam, w tej czerni absolutnej, to nie niebo oglądane na plażach blisko wielkich miast. To w ogóle nie czarne niebo z gwiazdkami większymi i mniejszymi! Skądże – to kobierzec wyhaftowany srebrną nicią tak gęsto, że czerni nieba trudno dostrzec. Gwiazd taka niezliczona ilość i tłok, że nic prawie nie widoczne: ani Orion ani Syriusz ani jakieś tam inne nie rozpoznawalne w tej ciżbie błyszczącej! Gdzież tam Mały czy Wielki Wóz, gdzież Wielka Niedźwiedzica i Strzelec, Bliźnięta! Gdy starasz się, jakiegoś porządku w tym harmiderze błyszczącym dopatrzeć z zadartą głową, to po chwili nie tylko porządku nie znajdujesz, tylko ci się jeszcze w tym łbie kręcić zaczyna, jak nić Ariadny. Hefajstos miał wykuć diadem dla tejże Ariadny, który z czasem bogowie olimpijscy umieścili na nieboskłonie, jako Koronę Północy. Więc w tę Koronę gapiłem się, jak głupi z oniemienia. Miało być w Koronie siedemdziesiąt gwiazd. Żarty na bok – na liczeniu do siedemdziesięciu we łbie mi się jeszcze nie kręci! Ale do kilkuset lub kilku tysięcy -oj tak. Zdaje się, że jeszcze i sputniki jakieś latały bliżej widnokręgu, bo wyraźnie cos tam pędzącego widać było. Meteory? Chyba nie, bo gdybym widział rozpalone do biała meteory, to bym pewnie już tego tekstu też napisać nie mógł, bo jakiś krater tunguski by się tu rozciągał, hi hi hi. Może i szkoda, bo by w końcu był święty spokój …

A resztki puszczy prastarej? Niczym czary-mary obrosłe mchami, z martwych i powalonych nowe olbrzymy wyrastały, ręce-gałęzie do nas wyciągały. Cóż tu pisać więcej, gdy nieprzystojne rymowanki same się na kartkę piszą, LOL. Czary-mary i basta.

Nie wiem nawet jakim sposobem kolejne wrażenie spisać, zapisać? Jak by racjonalnie to ująć, bez poetyckich aluzji, metafor, przenośni, bez onej licentia poetica? Ano nie sposób, choć najprościej, jak potrafię to opiszę.

Idziemy więc po omacku prawie w tej nocnej gęstwinie starej dżungli wychodząc w końcu na znajome skały, gdzie jaśniej, bo światła niebiańskie oblewają tą specyficzną sino-bladą łuną i skały i wodę. Przyjaciel żwawszy wpada od razu do wody i płynie. Nagle woła mnie podniecony czymś niesamowicie. Ostrożnie schodzę po głazach do wody, by się nie wywalić z tą nogą do kitu. Pyta: widzisz? No widzę wodę ciemną i nic więcej. On podchodzi bliżej do mnie i ręką robi łuk pod powietrznią wody i … aj wej! Nie wierzę własnym oczom. Każdy ruch ręki w wodzie zamienia się w płonący srebrny potok, jak struga rozgrzanej cyny lub srebra właśnie! Robię to samo i efekt ten sam. Skąd? Co? Dlaczego? Co to jest?!

A to właśnie (po późniejszym poszukiwaniu w świętych zwojach Internetu) bioluminescencja Copilot Search Brandingwytwarzana przez drobne nasionka glonu Pyrocystis noctiluca. Skąd, dlaczego? Ba, spytajcie Natury. Tak to już miliony lat temu sobie to ułożyła. Miliony, bo alga i glony są od nas dużo, dużo starsze. W sumie grzybnia jest z nimi spokrewniona, ale to temat na kolejne dwieście stron, więc go nie rozwinę.

A tego nocnego spaceru zaobserwowanie tego zjawiska naturalnej elektryki w oceanie i to elektryki darmowej i kompletnie nie parzącej, było dla mnie czymś na miarę odkrycia, że cuda się zdarzają.

Naturalnie idąc po ciemku przez ścieżki w puszczy nie brałem ani aparatu fotograficznego ani telefonu więc zdjęć tego zjawiska nie mam. I dobrze, bo cudów i tak fotografować nie da rady.

Wracając jechaliśmy bez pośpiechu. Był czas i na kąpiel w jeziorze Ruby, i odwiedzenie muzeum w rybackiej wiosce Skookumchuk Narrows (ponownie bezskuteczne szukanie kawy, LOL). A kawę (świetną) w końcu odnaleźliśmy w osadzie ponownie nad oceanem w Roberts Creek. Tam, gdzie co rok malują nową Mandalę. Każdy z wizytujących może część tej przepięknej i olbrzymiej mandali pomalować. I tamże ostatnie zatrzymanie się na morskiej znowu plaży. Połaziłem trochę po wodzie, ale była wyjątkowo i niespodziewanie wręcz lodowata, więc nie pływałem. Wawa bohatersko przez chwilę popływał, LOL.


BC Ferry prom ‘Malaspina’ z Earls Cove do Saltery Bay


[i] Sunshine Coast – popularne miejsce wycieczek uroczego wybrzeża Kolumbii Brytyjskiej, do którego wiodą połączenia promowe BC Ferry z Horseshoe Bay. Sunshine Coast jest częścią stałego lądu, ale i fragmentem wysokich i dzikich gór North Shore i nie ma możliwości przebicia przez te szczyty i wąskie doliny szosy. Dzięki zaś temu miejscowości i osiedla położone nad samym oceanem zachowały swoistą sielankowość, ciszę i resztki świata wczorajszego i samo Słoneczne Wybrzeże bardziej przypomina charakterem wyspę, niż stały ląd. I koniec. Finito.

[ii] Mermaids Cove

[iii] inna nazwa: Pacyfik Madrone