LEAVING – ODJAZD

The fought of going. The fought of leaving. Home? Love? Friends?

Not really – I gave it to all the subjects mentioned above all I had: my heart, my love, my cherishing of all of the things and all the people, the places that makes up this country – Canada.

Now the country has nothing more to offer to me, to give. It already did. Besides, it is just a half of me that’s leaving; the other half stays here forever. With him.

My dear Canada, I’m leaving with you the ashes of that other half of me: my Love Eternal, my John.

                On a little hill in Pictou is a sadly-sweet old cemetery, with his parents, his brother.  The cemetery, where I know the names of half of those buried there. Some are very old, ancient almost, with names of his cousins, grandparents, aunts and great aunts. Some of them I met decades ago, like great-aunt Theresa on the French, Cormier side, who was born on French speaking Les Îles-de-la-Madeleine[i]. The one, who visited your parents back in Priddis[ii] in the 1990’s and gave me the beautiful old book of the story of Evangeline[iii], her expulsion with thousands of other Acadians from Nova Scotia to the swamps of Louisiana, who gave Louisiana their ‘cajun’ character and French Quarters of New Orleans with its Cajuns/Creole[iv] language. Many years later, when I lived in Dartmouth in Nova Scotia, I have followed the trails of that expulsion, their towns, Catholic churches. I followed the entire Trail of Evangeline and her tragic return to Nova Scotia from Louisiana to her dying lover. Henry Longfellow wrote this famous long poem apparently under the spell of famous epic poem by Mickiewicz “Pan Tadeusz” (Sir Thaddeus)[v]. Sadly, Longfellow did not possess literary genius of Mickiewicz – but if he didn’t write it, I would have never known the story of Evangeline. Tragic and beautiful, and it is a testament of very important history of Nova Scotia and later entire Canada and the beginning of the long love-hate affair between the British and the French. Still very much alive, and treacherous as ever.

So, back on that little cemetery in Pictou, I have left your ashes in the familial embrace of generations of your family buried there. Part of my heart is buried there, too. That part will never leave my Canada, and will stay there till end of times. As the description I left on that gravestone (forever in my heart) will be the non omnis moriar of our Love in times, when no one will remember you or me. Just as I have build that Monument to Love from heavy rocks and dead tree brought to that deserted and secluded beach in Lower East Chezetcook. I have spent on this wild beach many days on end – just me and our Love. No names, just Love. Therefore it could be anyone’s love, as it should have been. Love belonging to those who had her, who lost her, and those who seek her. The only reason to simply ‘be’ that I had. The only thought, that I dreamt of, the only desire – and I had it here, in Canada: my Home, my country.

Now she has nothing to give, to grant me.

I’m going back to an older, original home. Across an ocean that I grew so fond of in Nova Scotia, to the old place, a place where my dreams and desires stronger than just my sheer will to live, begun. Place, where I still might catch the fleeting glimpse of that boy.  Will I? I don’t know.

But I do know I owe it to the old country. Maybe there I will still recognize things that I can give to the old meadows, rivers, towns and cities, the tiny Baltic Sea? Maybe.


Idę Marszałkowską do Placu Konstytucji. Znajoma kawiarenka po lewej stronie. Stoliki na zewnątrz, ale ja idę na ulubione pięterko i siadam na szerokim parapecie okiennym. Nikt mnie tu nie zna i nawet gdyby ktoś, kogo znałem by się tu pojawił pewnie ani on/ona ani ja nie rozpoznalibyśmy się. Tak mi się wydaje, choć  kto wie? Ludzie aż tak się nie zmieniają, zwłaszcza dorośli. Jest możliwe, że bym nie poznał jednak dalszego znajomego z lat jeszcze 70. i 80. poprzedniego stulecia. Tak po prawdzie nie pamiętam, nawet czy to było na Konstytucji czy kawiarnia ‘Charlotte’ na placu Zbawiciela? Ale jak wejdę, to rozpoznam bez wątpienia. Było też fajne miejsce na Brackiej, kafejka ‘Między nami’. To szczególnie lubiłem już w ostatnim 10-leciu. Miałem tam miłe spotkania z ciekawymi ludźmi ze świata literatury i sztuki. Czasem zaskakujące i nieprzewidziane, jak choćby te ze wspaniałym Omarem Sangare[vi] – aktorem, poetą, akademikiem i organizatorem słynnej Sceny i Festiwalu Jednego Aktora United Solo na Theatre Row (obok Broadwayu) w centrum Nowego Jorku. Poznaliśmy się bodaj sto lat temu na jego prezentacji własnej sztuki „Krytyk teatralny” podczas wizyty w Vancouverze. O ile pamięć mnie nie myli było to chyba na scenach Centrum Kultury Żydowskiej koło Oak Street (może jednak w teatrze na Granville Island? nie pamiętam, a nie chce mi się sprawdzać). Bardzo mi przypadł do serca. Po latach odnowiliśmy znajomość właśnie w Nowym Jorku. W międzyczasie opublikowałem w moim roczniku artystycznym[vii] odpowiednio przykrojoną do potrzeb publikacji, jego pracę magisterską na temat … Otella szekspirowskiego. A, przypomnę tylko, że Omar Sangare to z krwi i kości polski 100% czarnoskóry aktor, urodzony w Stalowej Woli. Tata jego pochodził zaś z Afryki, a w Polsce studiował. Otóż podczas mojej wizyty w Warszawie i on tam wrócił, zdaje się miał występować gościnnie w Teatrze Syrena. Chyba tam się właśnie przypadkowo spotkaliśmy. Ja zdaje się wychodziłem ze spotkania w polskim MSZecie (te ministerstwo jest zadziwiająco blisko … Trybunału Konstytucyjnego, LOL), a on wychodził z “Syreny” i prawie na siebie wpadliśmy. Umówiliśmy się naturalnie w tej uroczej kawiarence na Brackiej. Dużo opowiadań, wspomnień. Innym razem spotkałem się tam z dziennikarzem i pisarzem Krzysztofem Tomasikiem[viii] – ciekawą postacią, zajmującym się historią znanych osób z kręgów LGBTQ. Naturalnie miał masę pytań bardzo konkretnych, ale nie na wszystkie chciałem odpowiedzieć. Zwłaszcza o osobach z bardzo wysokiej i publicznej ‘półki’ kultury polskiej. Niektóre z tych osób pełniły bardzo wysokie oficjalne funkcje w znanych przybytkach sztuki, a publicznie same comnig-outu nie dokonały. On uważał, że powinienem, bo oni sami ‘nam to winni’. Ja mówiłem, że ‘ja’ to nie ‘’my’ i sytuacja każdego człowieka jest inna. Zawsze jestem i byłem przeciwny outowania kogoś bez zgody tej osoby. Ale Tomasika szczerze szanuję, bo to wyjątkowo zasłużony historyk, badacz i publicysta spraw związanych z historią osób i środowiska LGBTQ+ w Polsce. Moje ukłony dla niego.

Oczywiście zaraz obok była bardzo długo, (zdaje się już nie istniejąca), słynna kawiarnia ‘Alhambra’, gdzie podawano cudowną kawę ‘po turecku’ i było to jedyne znane i popularne miejsce schadzek gejów warszawskich, kiedy słowa ‘gej’ jeszcze nie było w polskim słowniku ani slangu. To były czasy mojej wczesnej młodości i pierwszy lokal, gdzie wchodziłem i siadałem za stolikiem z jedną ‘małą czarną’, którą niemiłosiernie długo piłem (na zamówienie drugiej nie było mnie stać przecież!). Tutaj kilka razy widziałem i z wielką czułością obserwowałem kultową postać polskiego baletu i już ciszej warszawskiego światka gejowskiego – kochaną, uwielbianą ‘Stasię’: pana Stanisława Szymańskiego, pierwszego solistę Baletu Opery Warszawskiej. To był tancerz par excellence – on żył baletem i oddał mu wszystko. Przez sam fakt, że w tamtych czasach był często pokazywany w TV polskiej – uwielbiany był przez masy Polaków w całym kraju. Jakkolwiek widziałem potem wielu technicznie po prostu fenomenalnych tancerzy  ze światowych scen  – nikt nie wydawał się żyć tak tańcem, jak wtedy Szymański. Dla nas był bogiem sceny, Apollem, który dla widza zszedł z Olimpu i tańczył dla nas, oczarowanych.  I ja, młodziutki chłopak, szczeniak mogłem kilka razy obserwować tego Apolliona właśnie w tej ‘Alhambrze’. Wydaje mi się, że kilka razy się do mnie smutno, ale miło jednak, uśmiechnął.  Do ‘Alhambry’ wszak raczej nie wrócę, bo nie mam umiejętności cofania czasu, ale na Bracką na pewno. Może jakąś inną cafe-dziupelkę też poznam nową, tej na Brackiej jednak nie zostawię.

Oczywiście mam pamięć Warszawy innej, wcześniej o wiele, wiele lat. Warszawy chłopca, potem młodzieńca: ‘Solidarności’, podkładania ulotek w Empiku przy Nowym Świecie w latach 70. ubiegłego wieku, ulotek wystukiwanych na rozklepotanej starej maszynie do pisania. Ale to było już tak dawno. Tamten chłopak to już historia. Ja bym go poznał, on chyba mnie nie. Może szybciej poznalibyśmy się i zrozumieli z dużo wcześniejszym chłopcem, który przyjechał z mamą parowym pociągiem do Warszawy Głównej. Miałem krótkie spodenki i pamiętam świetnie nieliczne ocalałe kamienice na Ochocie i w Centrum, gdzie ciągle były wyraźnie widoczne dziury po pociskach niemieckich, czasem połowa kamienicy była zamieszkana, a z drugiej połowy zostały tylko resztki ruin. Potem poszliśmy pod ten olbrzymi Pałac Kultury z tymi brzydkimi i straszącymi młodego chłopczyka figurami muskularnych robotników. Natomiast fontanny wokół tego Pałacu były cudowne. Z siostrą i innymi dzieciakami kąpaliśmy się w nich niczym w jakimś miejskim basenie. To była moja jedyna wizyta w Warszawie, kiedy jeszcze mieszkaliśmy w Toruniu. W bardzo krótkim czasie przenieśliśmy się w okolice Warszawy.

Potem to już nie dojeżdżałem WKD do przystanku Warszawa Ochota, ani  Warszawa Centralna. Potem dolatywałem przez pół wieku samolotami z zupełnie innego kontynentu. Czterdzieści cztery lata, mickiewiczowsko to brzmi, prawda? LOL. Wszystko zresztą przez tego Mickiewicza po prawdzie. Do szkoły jeszcze nie chodziłem, a już ‘Świteziankę’ czytałem. Przez mamę, bo go kochała, jak wariatka. A takiego małego brzdąca, jakim wtedy byłem, szaleństwami łatwo było omamić. No i tym tułaczem zostałem. Ale – w przeciwieństwie do Adama – Zajazdu ostatniego ani pierwszego na Litwie nie opisałem.

Więc z tych późniejszych przyjazdów zza oceanu, tych wielokrotnych krótkich powrotów, Warszawę na dorosło, dojrzale już pokochałem. To moje miasto. Bo tam właśnie były te pierwsze szalone i najważniejsze lata wczesnej młodości. Marzenia, tęsknoty, pragnienia. Co zrobię więc i gdzie pójdę na mój pierwszy spacer po tym ostatecznym powrocie?  

Na pewno pójdę na swoją ławeczkę na pagórku w Parku Ujazdowskim. Stamtąd dobrze widać i jeziorko obok i z daleka mogę pomachać ręką Perseuszowi wykutemu w czarnym marmurze. Ileż tam godzin spędziłem na drugiej ławeczce, na tyłach Ambasady Francuskiej, właśnie obok tego zgrabnego Perseusza[ix]. Uśmiechał się do mnie ladaco i zaglądał przez ramię w mój notes czytając com w nim nabazgrał. Więc dla przekory nic o nim nie pisałem. Niech się dąsa na swoją Andromedę, a nie na mnie. Ci dawni Grecy, to zawsze byli tacy kombinatorzy – żony ładne mieli, a za chłopakami latali, jak psy. Nawet w czasach najdawniejszych, długo przed wszystkimi Platonami i Sokratami. Przecież Perseusz sam był prapradziadem Herkulesa, a proszę mi wierzyć, że to już bardzo dawno temu, gdy Herkules w stajniach Augiasza się za sprzątającego podnajął.

Tamtemu człowiekowi, który opuścił Polskę czterdzieści ponad lat temu zawdzięczam bardzo dużo, ale ja dzisiejszy, to już nie ten sam człowiek. Ktoś inny i gdzie indziej zmienił mnie i ukształtował silniej niż nawet tamte marzenia, tęsknoty, romanse. Ktoś w Kanadzie – mój mąż, kochanek i przyjaciel miał na mnie wpływ najsilniejszy, najtrwalszy. Przez ten związek zaznałem ból największy i szczęście niewyobrażalne. Spełnienie kompletne.

.  

Jesteś królem

Jesteś Pieśnią nad Pieśniami,

jesteś w szczytach Kaukazu,

gdzie Stary Anioł z długą brodą

podał ci rękę, byś mógł

bezpiecznie zejść żlebami

do dolin zielonych,dolin

z mruczącymi ruczajami,

które wiodły do domu

Persefony, domu światła

 i dobroci. Mądrości i

 ciepła, które płynęło z

twych oczu, jak te kaukaskie

strumyki. Jestem tylko twoim

cieniem, twoim towarzyszem

zbierającym gałęzie do

domowego ogniska, które

będzie nas chronić przed chłodem

nocy, gdy zapuka do drzwi.

Jesteś moją tęczą. Tęczą

 z wodospadów Iguazu

chłodzącą twarz i plecy od

skwaru tropikalnych nieb.

Jesteś, gdy cię nie widzę. ale

czule czuję ciągle. Ostatnią

myślą przed snem, rano pierwszym

uśmiechem Zefira brzasku.

Ja jestem administratorem,

jestem dowódcą naszych wojsk,

jestem szambelanem dworu.

Ty tylko królem. Niczym więcej.

/dzień później/

To, co napisałem nie podoba mi się. Nie oddaje nawet połowy ani korzeni tej tęsknoty do powrotu, ani jej siły. Zasadniczy powód, to pewnie fakt, że … nigdy z tej ‘Polski’ nie wyjechałem. To ‘komunistyczna’ Polska wyjechała z ,mojej Polski’. Dlatego ta ‘moja’ Polska była ze mną bez przerwy: przez Włochy, Calgary, Vancouver i Nową Szkocję w Kanadzie; przez wszystkie wyspy zaczarowane Polinezji, jej atole, muszle, pochylone nad ciepłym Pacyfikiem tak samo, jak skromne wierzby pochylały się nad rzeczkami wałęsającymi się gdzieś w piaszczystych łąkach Mazowsza. Dnia chyba nie było, bym choć przez chwilę o niej, tej szarej Polsce nie wspominał. Aż stały się duże, kolorowe, piękne, zasobne. Bo tak się przeobraziła ta moja Polska, gdy ja odwiedzałem po 1990 roku.

Ale wtedy miałem już w tym olbrzymim kraju-kontynencie, który opierał się brzegami aż o trzy oceany[i] swój nowy Dom, mój Dom. Życie, pracę, działalność społeczną, pisanie, edytowanie, redagowanie, wydawanie. I coś jeszcze, najważniejsze. Miałem przede wszystkim Jego.

On był wszystkim. Był ‘moją Polską’, ‘moją Kanadą’, ‘moim wierszem’. Był o niebo lepszym moim alter ego. Tego, o którym marzyłem w mojej wczesnej młodości w Polsce. Więc może gdy wracam do Polski, wracam też do niego? Bo wracam do źródeł tych marzeń, które później on tu, w Kanadzie zrealizował, urzeczywistnił.

Przecież nie jest w pojemniczku szarych prochów na małym cmentarzyku Stella Maris nad cieśniną św. Wawrzyńca.

Jesteś we mnie. Na zawsze. A ja z tobą. Bo przecież gdzieś się jeszcze muszę odnaleźć. Jak tylko się pozbieram, spakuję i rozpakuję, zabiorę cię na spacer do Parku Ujazdowskiego, a potem do łabędzi w Łazienkach.

(pisane dnia następnego)

Następnego dnia pojechałem z wieczora do naszego ostatniego domu w Surrey, gdzie mieszkaliśmy do czasu wyjazdu do Nowej Szkocji. Szedłem powoli wzdłuż znajomego murku, dotykałem dłonią chropowatej powierzchni białego piaskowca. Siadłem cicho na narożniku murku, tuż przy metalowej furtce do naszego ogródka. Tam często rano piliśmy pierwszą kawę, której nikt lepiej niż ty nie zaparzał. Mnie do obrządku rannej zwłaszcza kawy nie wolno się było zbliżać. LOL. Siadaliśmy potem z tą kawą w naszym ogródku, nasz ‘synek-kotek’ Babu przychodził też, robił ranny obchód ogródka, ocierał z podniesionym ogonem o nasze nogi. Potem wracał z godnością, wchodził położyć się na kanapę w saloniku visa ‘vis kominka. Czekał cierpliwie, gdy skończymy kawę i w końcu podamy wielmożnemu księciu jego śniadanie. Potem wracał powoli po schodach do naszej sypialni, która była przecież i jego sypialnią, kładł się na swoim łóżku (nam po prostu było wolno spać też w tym jego łóżku) i zasypiał. No bo kto by pomyślał, by zrywać się tak wcześnie, jak ci jego służący-tatusiowie?

Więc w tym mroku tego wieczora posiedziałem tam trochę. Posłuchałem szeptu naszej brzózki sięgającej teraz dachu. Znalazłem ją kiedyś maleńką, wyrwaną z korzeniami na jakimś śmietniku wokół domków obok. Zasadziłem, czule dbałem, gadałem z nią też. I odżyła. przetrwała i jest w swoim domu, w którym nie ma już nas. Ale ona trwa.

Babu też już nie ma. Był naszym dziecka od drobniutkiego szkraba, który mógł się na dłoni zmieścić, gdy podarowała go nam jeszcze w Burnaby w 1994 roku moja kuzynka. Był z nami dwadzieścia lat. To kawał życia. Odszedł na naszych rękach po krótkiej, ciężkiej chorobie.

Potem byłem tą noc przy mamie, przytulałem ją, gdy zasnęła zmęczona w ten ostatni sen. Dziś rozumiem, że są momenty i czas, gdy tego snu wyczekujemy, gdy jesteśmy już zmęczeni i nie mamy już niczego do obdarowania, oferowania, najbliższym.

Ty jeszcze miałeś czas długi przed sobą i masę podarunków dla wielu, gdy kładłem moją głowę przy twojej, opowiedziałem szeptem do twojego ucha naszą długą i piękną przygodę życia. Potem musiałem w końcu pozwolić na wyłączenie tych okrutnych maszyn. Moje nienasycenie, mój głód ciebie i tak stawał się tylko spełnianiem żądań zachłannego kochanka, zbyt przecież dumnego by cierpieć, a jedynie godnego darowywania życzeń. A ty po prostu chciałeś już też zasnąć. Twoje ciało było już też zmęczone. Dopiero ciche słowa neurologa i psychologa, którzy spokojnie i taktownie wyjaśnili mi, żeś umarł jeszcze przed szpitalem, w moich ramionach, zanim dojechała karetka pod dom. Więc jednak w moich ramionach, tych które znałeś, kochałeś i które kochały ciebie.

Teraz nie ma ramion dla mnie.

A może to nie jest pełna prawda, może ciągle czuje przy sobie twoje ciepłe ramiona, twoje mądre spojrzenie, twą czułość? Mój Solomonie, mój Aleksandrze, mój Gilgameszu, moja Beatrycze…

(dwa dni później)

I czy to już wszystko, co mogę powiedzieć? Czy czara się wypełniła? Chyba jednak nie, wszak w każdej pełnej czarze, gdy ją dotkniesz kilka kropel ubywa. Robi się znowu miejsce na kilka nowych. W niczym to jednak nie zmienia faktu, że czara jest pełna. Tak było, jest i będzie. Tako było powiedziane przez przypadkowego boga Uta-Napiszita, który wykrzyknął w Ur mezopotamskim: znalazłem życie!

Przypadkowi bogowie, przypadkowi kochankowie, przypadkowi żałobnicy. Tylko poeci są prawdziwi, bo to wszystko zapisują, opowiadają. Tyle, że im nikt nie wierzy. A potem? Potem to i tak jest zawsze za późno.

Dziś jest ciepły wieczór jednego z późnych dni sierpniowych, koniec lata. Chciałbym by było to już moje ostatnie lato tu, w Kanadzie.

Nie mam już jej co dać, ona nie ma już nic mnie do ofiarowania. Wsiadłem w kolejkę i pojechałem do centrum Vancouveru, na moją Davie Street. Naszą cudowną, zaczarowaną Davie Street. Tu należeliśmy tylko do siebie. Nawet jeśli gdzieś, kiedyś jakaś zabawa, gra się zdarzyła, była to nasza zabawa, nasza gra.. Inni przypadkowi gracze byli tylko tym trzecim i czwartym do brydża. Ale to był tylko nasz brydż, przez całe życie. I ten dzisiejszy wieczór jest tylko nasz i tylko o nas. Ten ciepły, sierpniowy wieczór na naszej Davie z naszego Vancouveru. Uśmiecham się do tej myśli i jednocześnie łzy zbierały się pod powiekami. Bo to te same uczucie, nie ma radości i szczęścia bez bólu. Tak też ułożone. Chodzi o to, by ta radość zawsze wynagradzała każdy ból w dwójnasób. Moja wynagradzała.


[i] północną, zachodnią i wschodnią granicę Kanady wyznaczają oceany: Arktyczny, Pacyfik i Atlantyk

[i] island in the Gulf of St. Lawrence

[ii] ranchland between Calgary and foothills of Kananaskiss Country

[iii] Evangeline: A Tale of Acadie by Henry Wadsworth Longfellow – Poems | Academy of American Poets

[iv] Cajuns – Wikipedia

[v] Pan Tadeusz

[vi] Omar Sangare – Wikipedia, wolna encyklopedia

[vii] Strumień Rocznik Twórczości Polskiej – Wikipedia, wolna encyklopedia

[viii] Krzysztof Tomasik – Wikipedia, wolna encyklopedia

[ix] Perseus – Wikipedia

Dzień Kanady i pożegnanie z nią

Dzień Kanady i pożegnanie z nią

Co mam ci powiedzieć kraju, który opuszczam, z którego odjeżdżam? I odjeżdżam wiedząc, że pewnie nigdy nie wrócę do twoich brzegów trzech oceanów, miast bardzo starych i ledwie zbudowanych wczoraj. Do gór niebotycznych, które są fragmentem  pasma górskiego od Arktyku do morza Beringa.

Znam twoje pszeniczne prerie, znam błękitne oczy Wielkich Jezior, twoje zanikające wielkie lodowce użyźniające aż trzy oceany. Kraju, który był tak wielki, że bez problemu znalazł miejsce dla jednego wędrowca ze Starego Kontynentu. Szczawie po prawdzie, żółtonosa pewnego, że wie wszystko. A przecież nikt nie wie wszystkiego! Tyle, że on tego jeszcze nie rozumiał, nie znalazł odpowiedzi w tej swojej mądrości książkowej.

Nie irtytowało cię to jednak ziemio Klonowego Liścia, uśmiechnęłaś się tylko, zamyśliłaś. Później , gdy był pogrążony we śnie szepnełaś mu na ucho: dam ci więcej niż trzy oceany, wyżej niż góry niebotyczne i płaszcze lodowców – dam ci Miłość. Męża, kochanka, przyjaciela. Dam ci życie.

I stało się. Porwał mnie niezbudzony, trzydziestosześcioletni sen szczęścia niepojętego u boku tego, który wypełnił moją tęsknotę młodości. Miałem wszystko, byłem najbogatszym człowiekiem na ziemi.

Tym mnie, ziemio kanadyjska obdarzyłaś. Naturalnie, że wiem, że ani życie ludzkie, ani nawet życie gwiazd i konstelacji niezliczonych nie jest wieczne. Moje szczęście się dopełniło i cicho zgasło pewnego dnia. Każde kiedyś gaśnie.

I za to wszystko, te spełnienia i sny, i śmiech radosny, łzy czasem, za życie, które było ciekawe  w klamrach tych trzech oceanów – dziekuję ci ziemio kanadyjska. Byłaś dobrą przybraną matką dla wędrowca bezdomnego.

Teraz czas wrócić do steranej, zmęczonej matki Starego Kontynentu. Jeszcze jej trochę bajek naopowiadać, histori nieskończonych. Niech też się uśmiechnie.

Urodzinowy spacer z Johnem

Urodzinowy spacer z Johnem

Więc na Twoje urodziny zrobiłem z tobą długi spacer przez domy i trasy, gdzie mieszkaliśmy, gdzie spacerowaliśmy.

Naturalnie, zacząłem od naszego uroczego, trzypiętrowego domku szeregowego w Guildford Mews. Ile w nim mieliśmy radości, ile pracy włożyliśmy w kompletny remont całego miejsca. Wszystko sami: wymiana podłóg, które sam instalowałem, układanie kafelek w łazience, malowanie, robienie z dość kiepsko zostawionego przez ostatnich właścicieli dużego salonu  parterowego uroczego wielkiego pokoju, z którego było wejście do ogrodu. Ach, ogród. Ogród nie można było nazwać ogrodem – to była dzika, zachwaszczona, kompletnie zniszczona przestrzeń. Nawiozłem ziemi, wykarczowałem całe wory chwastów – efektem był bajeczny ogród i nawet kawałek grządek na wiosenne warzywa. Nasz ‘synek’, kochany kot Babu uwielbiał to – co prawda dopiero po kilku dniach, które spędzał sycząc i chowając się po kątach i nie wierząc nam, że sami nie wrócimy do starego mieszkania w Burnaby zostawiając go w tym nowym i nieznanym mu miejscu. Gdy skończyliśmy domek i ogródek, ja … przeniosłem się z sekatorami, piłami i siekierką na wzgórze i bardzo zaniedbaną przestrzeń ‘common property’ poza ogrodem. Kilkaset dolarów i tygodni później było to jedno z ładniejszych miejsc na całym uroczym, zalesionym osiedlu.

Wszystko było blisko, spacerkiem – olbrzymi Guildford Mall, urocza Biblioteka Miejska, gdzie organizowałem z Klubem „Pegaz” spotkania z czytelnikami z całego Vancouveru i  połączone zawsze z prezentacją wizualną i muzyczną najlepszych polskich malarzy i kompozytorów z Vancouveru. Świadomie nie wymieniam nazwisk innych osób, które w tej publicznej działalności wielkie mieli zasługi i wysiłek w to wkładany – bo zabrałoby to sporo miejsca. Pisałem już na ten temat sporo dużo wcześniej. Teraz to po prostu mój prywatny, pożegnalny spacer z cieniem mojego Johna – człowieka, który wypełnił moją tęsknotę miłości i wypełnił całe moje życie. Spacer na jego urodziny. Miałby dziś sześćdziesiąt lat. Ciągle smarkacz, psiakość. Nawet dobre kilka lat po śmierci, to ja stałem się starzejącym dziadygą, a on pozostał tym uroczym, kochanym smarkaczem. Wiecznym chłopcem.

Więc po łażeniu na tym naszym starym osiedlu jego uroczymi wąwozami i alejkami, poszliśmy dalej. Trzymaliśmy się za ręce. Nie lubił okazywania czułości publicznie (w przeciwieństwie do mnie, LOL), tym razem jednak szedł obok mnie trzymając moją rękę w swojej. Podejrzewam, że pomagał mu fakt, że prócz mnie nikt go nie mógł widzieć. Poszlismy koło tej biblioteki, potem koło restauracji „Milestones”, gdzie go zabrałem 30 maja 2018 roku, ostatnie jego urodziny w Surrey, zanim wyjechaliśmy samochodami przez całą Kanadę nad drugi ocean.

Potem do kina , gdzie byliśmy na ostatnim chyba filmie oglądanym w kinie, ha ha ha. Byliśmy jeszcze z generacji, gdy do kin się chodziło. Choć ponoć ten nawyk znowu wraca. I dobrze, że wraca. Spod kina zaciągnąłem go w … gęste chaszcze. Nie, nie w tych bezecnych celach, ha ha ha! Do pięknego, naturalnie dzikiego Green Timbers Urban Forest[i]. Mama też uwielbiała tam chodzić nad jeziorko karmić swoje ‘kaczuchy’.  Łączane tereny wokół jeziorka były tej niedzieli, jak zaczarowane. Kobierzec olbrzymi żółtych jaskrów i niebiesko-fioletowych łubinów. Jak z rysunków w bajkach dla dzieci. A wszyscy trochę dziećmi – na szczęście – pozostajemy (nie mylić z ‘dziecinnieniem’, bo to inna przypadłość).

Potem już tylko kawałek wzdłuż 100 Alei do naszego ostatniego kondominium na 138 Ulicy. Dwupoziomowe, ale też małym ogródkiem, który też był strasznie zapuszczony. Więc też go oczyściłem, nawiozłem ziemi i też obsadziłem, LOL. Gadałem z tymi kwiatami każdego wieczora, odnoszę wrażenie, że się uśmiechały i radośniej po rozmowie wyglądały…  Pewnego dnia, na posesji po drugiej stronie ulicy ktoś wykopał maleńką brzózkę i bezceremonialnie wyrzucił ją na krawężnik ulicy.  Więc naturalnie wyszedłem z ogródka i ją przyniosłem.  Zasadziłem, przez tydzień lub dwa specjalnymi odżywkami podlewałem – aż jej listki ożyły i widać było, że przetrwała. Jest do dziś, wyrosła bardzo, wysoka aż po dach budynku. Generalnie widać, że nowi mieszkańcy trochę o ogródek dbają, bo nie wygląda na zachwaszczony. To dobrze. A do brzózki zagadałem, pożegnałem się z nią też. Zamrugała listkami? Nie wiem, kłócić się nie będę o szczegóły. Ale niech będzie, że zamrugała – w końcu to moja opowieść ze spaceru, mogę napisać, co chcę. Jak wierzba i król Asoka z poeamtu Leśmiana, czarodzieja polskiego języka.[ii]

I spacer się skończył, a mimo, że pożegnalny nie był smutny, bo jeśli troszkę, to był to smutek rzewny, ciepły, miły …


[i] Green Timbers Urban Forest Park | City of Surrey

[ii] Asoka – Bolesław Leśmian – poezja.org

Na szczytach Olimpu z moim Hefajstionem

Na szczytach Olimpu z moim Hefajstionem

Moje nieustające fscynacje z historią Aleksandra Macedońskiego w wersji przekazanej nam przez Klausa Manna. Eh, Klaus, Klaus, coś ty mi narobił, narozrabial w tej głowie? Przecież znałem tą historię tak dobrze  od dziesięcioleci chyba już. A ty mi tu takie tam inne odcienie, półcienie, zamglenie we mgle sentymentu podsuwasz pod oczy, a z oczu naturalnie wciska mi się to w duszę.  /… /

(pisane w Craft Cafe na bulwarze nad rzeką Fraser w New Westminster)

szkic Hefajstiona w muzeum w Madrycie (ze zbiorów Wikepdii)

Klaus, jak wiedzieć mogłeś, że Aleksander przez dni kilka okrywał całunem pocałunków miłości całe ciało Hefajstiona? Że nie pozwolił dworzanom i żołnierzom oderwać cię od tego ciała, które było strumieniem jego życia właśnie, tego samego niepokonanego nigdy Aleksandra? Aleksandra, który zwyciężył armie całego świata. Aż śmierć tego umiłowanego generała, przyjaciela, kochanka jego nie pokonała. Życiodajnym strumieniem płynącym z macierzyńskiej Pel[i]i? Które było kwiatami Babilonu? Które było złotem Gangesu i Brahmaputry? Które było kolumnami Persepolis[ii]?

Jak wiedzieć mogłeś, że wszystkie stolice świata, tobołki pełne pereł, diamentów, złota i szmaragdów nie mogły kupić biletu powrotnego dla Hefajstiona?

to nie to, czy ten co odszedł dał ci życie

to to, że on był życiem

pytanie jest czy oddałbyś swoje

bo kochałeś

i łzy milczące napłynęły,

bo znikąd rady ni pomocy

dostać nie mogłeś

i byłeś bezbronny i słaby,

jako najniższy z niewolników,

a łzy same popłynęły z oczu

/B. Pacak-Gamalski/

                I otworzyła się brama w ścianie mojego Czasu: bogowie, lub herosi za ich pozwoleniem, przenieśli mnie w te dni okrutne, dni żegnania mego Hefajstiona. Dni, kiedy kładłem się obok niego, podłączonego do sieci różnorodnych elektronicznych czujników wyświetlających na ekranach wykresy symboli przypominających starą grekę z dni Arystotelesa i jego ucznia, Aleksandra; przez usta wpuszczono długiego węża[iii] , który wśliznął się do jego płuc i w równomiernych odstępach wdychał w nie powietrze. Dwa dni i dwie noce byłam do tego łóżka przytroczony siłą niepojetą.  Opowiadałem mu wszystkie dni naszego życia, wszystkie dekady naszych domów i mieszkań, podróży kontynentalnych i lokalnych; wąwozy, góry, wybrzeża oceanów, nasze plaże i nasze balkony.

Próbowano, namawiano, tłumaczono, że muszę odpocząć, pojechać do domu przespać parę godzin. Na końcu do małego pokoiku  przy tej wielkiej sali ICU[iv] wniesiono  jakąś kozetkę i namówiono mnie bym dał sobie czas na krótki sen, obiecując zawiadomić mnie natychmiast o jakiejkolwiek zmianie sytuacji. Uległem namowie i położyłem się. Natychmiast zasnąłem. Gdy się obudziłem zerwałem się z przerażeniem, że spałem.  Pobiegłem błyskawicznie do pokoju mego Hefajstiona z wyrzutem wobec medyków, że pozwolili mi  tak długo spać. Uśmiechnęli się lekko i smutno, jeden z nich odpowiedział: spałeś niecałe piętnaście minut.

Potem zebrało sie konsylium. Poprosili bym siadł przy ich stole: kardiolog, neurolog, pulmonolog i doktor od psychologii. Pani psycholożka była dla mnie, choć nie sądziłem, że jestem chory. Reagowałem dość – zdaniem moim – normalnie  na sytuację w jakiej się znalazłem.

Mówiono ciepło i monotonnie, cicho ale stanowczo: twoje płaty mózgowe na moment nie drgnęły, zostało tylko ciało – bezbronne, że powinienem dać zgodę, by ciebie od tych próbek, od tych węży odłączyć, by twoje ciało mogło też usnąć, bo jest zbyt zmęczone. Pani psycholożka wyjaśniła, że twój duch był świadom życia ostatni raz w moich ramionach, gdy czekałem na karetkę wtulając cię w moje pocałunki, moje wdmuchiwanie w ciebie powietrze. I że wtedy, bez paroksyzmów niemocy odleciałeś w przestrzeń poza naszą.

Nie, nie zerwałem się tak, jak Aleksander i nie wymordowałem tych bezsilnych medyków od ciała i duszy. Rozumiałem, że nie mogę twojego pięknego ciała męczyć ponad miarę, że muszę się nad samolubność i egoizm własny wznieść. Dałem tą zgodę z jednym zastrzeżeniem: po odłączeniu od tych sączek, macek i próbek ja muszę tam wejść i sam z nim tylko pozostać. Co zrobiono i zasłoniono szczelnie kotary, by wzrok kogokolwiek nie ośmielił się mnie i ciebie, Hefajstionie widzieć.

Leżałeś piękny, spokojny, bez drżenia, bez wstrząsów, bez drgań. Łagodny – czekałeś. Położyłem się obok, wtuliłem w ciebie. Całowałem od stóp poczynając, w górę aż do ust, nosa, oczu. Byłeś znowu sobą – kolumną i filarem mojego spokoju. Nawet nie wzbraniałeś od pieszczot ostatnich. Jak dekady wcześniej, gdy oddałeś się kompletnie nad jakimś strumieniem u podnóża wielkich gór – grzbietu Ameryk. Nasza droga od naszej Macedonii do naszego Babilonu. Nasze piękne życie. Nie mogę swoim zwyczajem być zbyt dumny Hefajstionie, muszę za nie podziękować wszystkim bogom wszystkich czasów: archaicznego, antycznego i nowożytnego. Nawet jeśli tych bogów nie było.

Może bogami są wszystkie dusze, które po odłączenu się od ciał, zamieszkują na najwyższych szczytach Atlasu, Himalajów, Kaukazu, Kordylierów, Olimpu i Karkonoszy?


[i] Stolica Mcedonii w czasach Aleksandra Wielkiego

[ii] Stolica starożytnej Persji

[iii] Wąż był symbolem helleńskiego boga sztuki lekarskiej, Asklepiosa

[iv] Intensive Care Unit (oddział intensywnej terapii)

Rozmowy z tobą

Rozmowy z tobą

Rzeki życia

Rzeka wielka, muskularna, stalowo-szara

rzeka, której bulwarami przechadzam się

teraz w nasiąkłym od wody powietrzu –

jest mi dziwnie bliska i wyraźnie obca.

Woła mnie zachrypniętym głosem

starej aktorki, która niegdyś grała

Marię Stuart i Desdemonę – a dziś

tylko wiedźmę kuszącą Makbeta.

Macham na nią znudzoną ręką

obojętności. Jakie królestwa

możesz mi obiecać, jakie korony

niepotrzebne? Vene, vide. Vici?

Tak, widziałem, zwyciężyłem i byłem

zwyciężonym.  Jakaż słodka to była

niewola! I jak gorzka zwrócona

później wolność niedosycenia.

Jeszcze zbyt wcześnie ofiarowana,

a już za późno na oczekiwania.

W górze rzeka atmosferyczna

siąpi i nasącza włosy i duszę.

B. Pacak-Gamalski, 18.03. 2026, New Westminster

Czasem wiersz jest najlepszym sposobem ‘rozmowy z lustrem’, wiwisekcji splątanych węzłów życia. Tłumaczyłem na tych łamach kilkakroć w przeszłości, że wiersz nigdy nie powinien być pisany dla wszystkich (zwłaszcza nie dla wydawców, krytyków, dla ludzi-czytelników). ‘Ludzie-czytelnicy’ to liczba mnoga, a wiersz to liczba indywidualna. Wiersz należy zawsze i bezwzględnie pisać tylko do jednego czytelnika, słuchacza, adresata. To musi być intymna rozmowa dwóch podmiotów: wiersza i czytelnika. Jeśli masz coś intymnego do powiedzenia przyjacielowi nie możesz tego robić na wiecu. Nawet spotkanie autorskie nie zwalnia nas z tego obowiązku. Każdy słuchacz musi wiedzieć, czuć, że ten wiersz teraz czytany jest właśnie dla niego. Bo w wierszu odsłaniamy swą całkowitą bezbronność, swoje najkruchsze ego. Swoją słabość, która jest jedyną siłą, jaką posiadamy.

Naturalnie jest poezja pompatyczna, do ludzkości, do narodu. Bzdura. I ta najbardziej pompatyczna jest zawsze tylko dla jednego czytelnika – tego, który ją teraz czyta lub słyszy. Inaczej jest blagą, oszustwem oczekującym na akceptację tłumu. Każde spotkanie ze sztuką jest przeżyciem prywatnym, intymnym.

Inne epoki, czasy odległe inną miały miarę i oczekiwania. XIX i XX wiek kompletnie to wywróciły i odrzuciły. Dały wolność jednostce, temu ja i ty, które jest początkiem i końcem kontaktów międzyludzkich.

Od czasów niespodziewanej i nagłej śmierci mojego męża wiersze, które piszę są rodzajem kontynuowania moich rozmów z nim. W okrutnym czasie tuż po tej Stracie z naturalnych względów były tym – opisem Straty, jej okrucieństwa i pustki, aktem niezgody, oskarżaniem bogów i siebie, że do tego dopuściliśmy, że Czasu nie zatrzymaliśmy. To było naturalne. Ale Kosmos i bogowie mnie nie opuścili, nie zdradzili. Tragedie indywidualne godne eposów antycznych zdarzają się stale. Czemu? Nie wiem. Fatum? Czy istnieje coś takiego? Też nie wiem.

Do życia – innego zupełnie i nieznanego mi przedtem – jednak wróciłem. Ciągle zachwyca mnie moment, zachwyca – też mimo wszystko – człowiek, jego piękno i jego ból, jego kruchość i potęga. I odtąd te wiersze, to zapis moich rozmów z nim – mom najbliższym przyjacielem. To mój pierwszy indywidualny, pojedynczy czytelnik-słuchacz. Gdy wiersz wychodzi ‘w świat’ (publikacja, spotkanie poetyckie) – tą rozmowę podejmuję z każdym indywidualnym czytelnikiem. To moja cicha rozmowa z tym czytelnikiem/czką. Inaczej bym się nie odważył pisać.

post scriptum: zamieszczona fotgrafia-portret, to zdjęcie mojego męża

While wandering through the streets of our city …

While wandering through the streets of our city …

Question

So, tell me how it is,

tell me now who am I?

Where I am and why?

Time is timeless, so they say,

with no beginnings, no end,

why was it short for us?

It begun one day, to end

with no excuse offered?

The flower was sentenced

to flourish with vibrant colours

only for one day, one night.

Why the gift begun a sentence

so cruel, that I was left wandering,

weeping, dying slowly, to be resurrected

at night over and over again?   

Years have passed and the broken

Sisyphus still pushes the boulder

of broken promise to the top of

the Mountain of Death, which

many called Life by mistake.

You, the false cartographer of maps!

Who gave you the power, the utter

arrogance, to name the Columns of Men

by erroneous name and promise?

What is the geography of humans

without the light, the love, the need

to be with other, who makes them whole?

So cruel is your ungodly design

to mark two separate frail human

bodies and fuse them into one soul –

than separating them by sending

the Angel of Death to take one only,

while leaving the other to be alive

 in grief overwhelming and soulless.

B. Pacak-Gamalski, Vancouver, 19.02.26

Drogi do Banff

Drogi do Banff

Droga do Banff. Droga z Vancouveru do serca Gór Skalistych; droga z Calgary z sercem pełnym pasji i miłości. Dwie drogi w dwóch bardzo różnych czasach i epokach.

Około czterdziestu lat temu jechaliśmy (ja i Mój Chłopak) pierwszy raz razem na Wigilię do hotelu w Panoramie koło Radium, mijaliśmy Banff po drodze. Długa, ale bardzo wygodna szosa #1 prowadziła prostą nitką do skrzyżowania z szosą 93 do tegoż hotelu. No właśnie – długa. Bardzo długa, gdy prowadzący i pasażer to dwóch młodych, zakochanych w sobie po uszy chłopaków. Trudno się przecież całować, gdy się prowadzi samochód na trasie szybkiego ruchu! Więc postojów było dużo. Oj …

Jakiś czas później, już porą letnią, jedziemy do Banff na dwa lub trzy dni łazikowania po okolicznych górach w uroczym wówczas małym Banff. Ba – jest ciepło na zewnątrz … a gorąco w samochodzie. No tak, też tych samych dwóch młodych, zakochanych po uszy chłopaków. W połowie drogi zjeżdżam w boczną, leśna drogę #64 do Sibbald Flats.  Znajdujemy cichy zakątek otulony młodym lasem świerkowym. Oczywiście, że się całujemy. I oczywiście, że na całowaniu się nie kończy. To tylko uwertura do całego Koncertu Pasji Młodości i Miłości.  Do Banff zajeżdżamy o zmroku, mimo, że normalnie jazda z Calgary, to nie dłużej niż godzina. Co zrobić – młodość i miłość to inne niż zwyczajne czasy. Inne zegary, inne doby.

Prawie cztery dekady później niespodzianie jadę do Banff z drugiej strony, znad Pacyfiku. Mój Chłopiec nie jest ani za kierownicą, ani na siedzeniu pasażera. Któregoś dnia, kiedy byliśmy na drugiej stronie kontynentu, nad Atlantykiem, uleciał mi w chmury. Zanim odleciał przypomniał mi jeszcze, że mnie kocha, ja wiedziałem, że jego kocham. No, ale uleciał. Jego czas się skończył. Też nie zupełnie jednak, bo po czarnych nocach rozpaczy zrozumiałem, że część jego została, zamieszkała we mnie. Tak długo, gdy mój czas odjazdu ostatecznego nie nastąpi. Może się wtedy spotkamy znowu, może nie. We snach, kiedy ze mną po odlocie rozmawiał, nie chciał mi tego jednoznacznie wyjaśnić. Więc nie wiem na pewno. Zobaczymy, lub właśnie może nie zobaczymy.  Póki jestem – to mam go stale w sobie. To mi wystarcza.

Jadę z przyjacielem, który ma się spotkać w Banff ze swoim przyjacielem z lat młodości jeszcze warszawskiej. Kiedyś był w Banff ale nie zna go aż tak dobrze, jak ja. Łazimy więc długimi kilometrami wokół zamarzniętej Bow River, wokół starego, monumentalnego Fairmont Hotel, gdzie kiedyś przed laty spotkałem i rozmawiałem z wielką gwiazdą Hollywood Jamesem Stewartem[i]. Idziemy do Banff School of Arts, gdzie kiedyś chodziłem na koncerty i gdzie bliski znajomy flecista Krzysztof Kaczka miał stypendium, gdzie kiedyś ja miałem dostać też swoje na pisanie – musiałem zrezygnować, bo inne wydarzenia w życiu nie pozwoliły na takie sabbatical.  Następnego dnia jedziemy do fantastycznego, mojego ulubionego w dawnych czasach, raju narciarskiego w Sunshine Village. Od czasu mojego wypadku samochodowego blisko rok temu moja lewa noga nie pracuje jak trzeba. W zasadzie spodziewałem się, że narty, zwłaszcza wysokogórskie, już nie są dla mnie. Aliści … nie ma lasu bez liści. Więc założyłem deski i … wio! Skłamałbym pisząc, że szusowałem, jakbym mógł rok temu. Ale radość jazdy mi zrobiły, mimo, ze chwilami bolesne i trudne. A potem kilka kilometrów do bazy już nie kolejka linową a droga w dół. Pierwszy i jedyny upadek miałem już przy parkingu, gdy się zatrzymałem by już odpiąć narty, źle chyba stanąłem i poleciałem na plecy, LOL. Następnego dnia pojechaliśmy nad Lake Louise i zamarzniętym na amen jeziorze złaziliśmy kilka dobrych kilometrów. Spoglądałem z ciepłym rozrzewnieniem na szczyty Mitry i Abberdeen, na lodowiec Victorii przy Lake Louise, hen po prawej ku Lake Agnes i przełęczy, którą kiedyś przechodziłem do Lake O’Hara i starego schroniska, gdzie przebywał kiedyś Jackson, jeden z malarzy słynnej Grupy Siedmiu; na moją ukochaną Mount Temple z bogami mieszkającymi na jej szczycie. Tym razem chyba naprawdę ostatni raz. Wiem, tyle już razy mówiłem, że gdzieś jestem ostatni raz … i nagle do tych miejsc wracałem. Ale tam już chyba faktycznie więcej nie pojadę. Ale jestem szczęśliwy, że pojechałem teraz. I w kompani serdecznej, dobrej.

A wracając zatrzymaliśmy się w Revelstoke na obiad w tym samym hoteliku, gdzie zawsze zatrzymywałem się z Moim Chłopcem, gdy jeździliśmy bardzo często z Vancouveru (mieszkaliśmy tu najdłużej) do Calgary odwiedzić jego rodzeństwo.

I to była historia moich podróży do Banff w Górach Skalistych.

poniżej link do historii malarzy z Grupy 7-miu

https://www.youtube.com/watch?v=7uSvO1PTbPY;


[i] James Stewart – Wikipedia – w Fairmont Hotel w Banff odbywają się od wielu lat Festiwale Filmów Telewizyjnych i na jednym z nich w latach 90tych Stewart zasiadał w jury festiwalowym.

My Three Loves

My Three Loves

My Three Loves never left me. I have never left them, nor have I forgotten them. Through all my early years as a teenager, in an old country on the old continent, country that was greyer than the buildings sorrowing people, who lived there.

Mnemosyne

(by Dante Rossetti)

But my first love that had sprouted in my heart made it flowering, singing above the roofs of these grey buildings. The city of grey buildings, that rose from the ashes of the worst war that fell upon humankind. Yet – my first love gave it a warm embrace that belongs to the titanic Mnemosyne, mother of all the muses, daughter of Uranus and Gaia[i]. She was not the most sympathetic and meek of Titans with a slightly twisted taste in romantic escapades, after all she also bedded Zeus himself, who was logically speaking … her brother. But who’s blaming anyone? Not the Greek gods (or any gods, god forbid!) for their erotic (diss)behavior. I am merely a human, nothing more. For me then, in the grey city of my grey youth, Mnemosyne was the mother of Muses. That cleared her of any other crimes or indiscretions. Who would anyway, any other way? Surely, not when you are fifteen, seventeen or twenty! Love disregards all and any boundaries. And I was in love! Purely platonic, but fearless and furious; intellectually and emotionally on equal basis. And that love, otherwise called ‘friendship’, stayed with me my entire long life. I have never left her, she stayed with me in my traveling luggage all these decades.

My two other loves happened years after the first one. The next one happened almost unknowingly to my senses. It happened in that old country, still very much grey and poor, but on a threshold of new-found freedom, with dreams and appetites for brighter and greener fields ahead. A boy was borne of familial spring, just like the nymphs chasing after the image of Hyacinthus immortalized by songs of his Olympian lover – the God of Love Itself.  But beware of love offered by gods, my dear boy! They never end well for lesser lovers. I’ll tell you a story here, later on, in the last chapter, of the price I paid for asking for, and being granted the Love Immortal. The grief is as deadly, as the disk of Apollion that killed his lover – Hyacinthus. But wait, I take back these warnings and the words of sorrow and grief. For Love Eternal outlasts grief and sorrow. Each time and every time. Lament is temporary and is a sign of temporarily losing your perspective. If you grief losing a lover – the lover’s love will come back to you in time, for love can’t be solitary. It will seek and enter the other lover’s soul, because Love needs a nest.  

Alas, we went too far in this true fable, the allegoric story of my ordinary life and my Loves Immortal.

Boy was born in the Old Country, as I said. We all rejoiced. Remember walking with my parents, his older sister (a child herself), and the little boy in a walking stroller, a long walk through the countryside near Warsaw, through fields and meadows, to an old palace of some aristocratic imminence and a beautiful stream running through the meadows. Of course, we all loved the new boy. But I had no idea how important, how encompassing, and not always easy at all, that love would be. Didn’t have to wait very long, though, just few more years, few more of my returns to that old familial country and I knew. It was unspoken, unexplained, but very clear. She sprung not suddenly and unexpectedly, didn’t come from ‘the bolt in the sky’ (as it did happen in my last Love Eternal).

It was warmly growing inside me, flowering with tenderness. He was still a child, whom I could carry on my shoulders, as we walked through the streets of that old city that used to be so grey in my youth. But now the city was truly beautiful, transformed by modernity and embracing Western Europe. With that, it embraced the traditions of old Greece, of Zeus and Plato, and Plato’s talks with the boy Phaidros. The sweet youth, who desired his teacher, the old Socrato, and a thought that there must be something wrong with him, since his beloved teacher would not accept the gift of his pupil’s young body. But Socrates was wiser than simple desire. He knew that the boy deserves better than a tired body of not very attractive nor a rich old teacher. That in itself, without any further arguments, proves that Socrat was perhaps in love with that youth and choose of his own will a chanced possibility of better future for Phaidros. A sacrifice, if you will.

Not unlike relationship between Herr Aschenbach and sweet adolescent Tadzio, in “Death in Venice”[ii]. Sweet, tender and innocent – until one afternoon Aschenbach runs away from Tadzio to a park, exhausted and ashamed of himself collapses on a bench and hears himself saying aloud the dreaded proclamation: I love you. But once you say it aloud there is no escape, no turning time back. Ha! That ‘thing’: your desire, your dream could be the abyss of torment. Bliss and condemnation eternal.

What happened in that novella, if it happened and why, is totally irrelevant to our discourse on Love Immortal.  If you want to – buy or borrow that booklet from a library. It is not very long, but definitely it is master class of literature.

Hence – back to our story, my Second Love eternal to that boy from an old capital in Central Europe. Years (not that many in my calendar, but must have felt like an eternity in a teenager’s life of that boy) have passed and that boy, in a pivotal time of transformation into adulthood, comes to me in the New World, across the vast ocean and entire continent in search of his destiny(?), his ways through life. In short: in search of himself. At that time I was already well established, secured and totally committed and enthralled with my lifetime Love Eternal, one that consumed me happily, engulfed, and enthralled me without any hesitation. The one that was romantic and erotic. That boy from the Old Country came here exactly for these reasons, too. Firstly, he knew that I love him dearly and sincerely and I would not offer him anything that would be false, or based on pretense or judgment; would protect him, in as much as I could, from any harm that a sudden freedom can bring too.

That was the time, when my Love for that boy transformed to my Love Eternal: when he stopped being a boy from an Old Country, a nephew, for whom you care enormously – he became my Prodigal Son. Without any too strict connotation to the biblical story (of course, if needed, mistakes and transgressions would be forgiven – what proper father would not?). With another number of years the boy become a mature, well established, and educated man. For any parent, biological or emotional, it sounds like a solid reason to be proud. I am.

My Third Love

How should I name you, how should I call you, by what name? Who you are, who you were, where are you?

I can call you by my name for you are me. I can call you by your name for I am you. I can call you Love for you are My Love. Encompassing all my days and nights. Quivering like a blade of grass on summery meadow. Quivering and fluttering like my heart, when I call your name. I won’t be scared whispering to you: I love you – I will be brimming with pride, when I say it. You, who crossed the continent with me, to be with me. When I asked you, where we should settle for our sunset years, you answered: anywhere where you are going to be, because you are my Home.

When we met at the foothills of majestic Cordillera, bellow the amazing peak of Assiniboine Mountain, on the meadows flowing from the enormous Mount Temple, when we walked in the shadow of Mount Robson I wanted to hold your hand in mine. Wanted to show you how beautiful you look in the glory of these peaks surrounding you. Wanted to ask the angels floating around these peaks to come down and embrace you in their warm, godly wings. Just as I would, if I was a god. Maybe we were the gods? Didn’t we possess the most important attribute of deity: Love Eternal? Love that is everlasting. The Black Angel of Mercy in Hyde Park on Manhattan told us so, when we went on sunny October day to visit him.

When we walked the beaches of Northern Pacific in Tofino telling the anemones the story of our love – they danced in waves of happiness; when we walked the white beaches of Eastern Shore on Atlantic coast of Nova Scotia – the eagles danced above our heads and parasailors smiled seeing us traversing the beach.

You – my Third Love were the epitome of love, the Mount Everest of being alive. If I ever would lose the sense of smell – I would still remember the smell of your skin. If I ever lose my sight – I would still clearly see your eyes. If I ever lose my memory – I would want to not know who I am at all, because I would be nothing without the memory of Our Love.


[i] parents of Zeus

[ii] a novella by Thomas Mann

Of Love mortal and immortal. O miłości wiecznej i odchodzącej. Year of changes.

Of Love mortal and immortal. O miłości wiecznej i odchodzącej. Year of changes.

Dec. 18.25 Moodswing Cafe

Strangeness of time

I am, I’m what’s left of us.

Me broken, stooped, and slower.

Me lesser of what were us.

Still here, still trying to be.

Submerged in constant little

battles bloodless, but mortar

nonetheless – the floor as any

battlefield strew with small

partial , dismembered corpses

of me: an arm raised here,

eyes lurking impatiently,

heaving chest, dark nipples

                waiting for your lips

                or fingertips

Monday after Friday,

daylight after dusk:

all out of their order,

timeframes, expectations.

Books opened, never read

beyond few pages, with corners

bended at their upper edges.

An old clock showing time gone.

Not winded, as it would somehow

mark the transit of space.

No shadow of you in new

apartment you never lived in.

                But come and kiss my belly,

                or touch it.

***

Rain, wind, coldness.

Christmas is coming

to wet and windy city.

Why is it coming uninvited?

What should I not buy you

as a gift? What will you

not cook for me again?

Bluish cold lights of huge

electric metal irises

stare at me sitting

at Moodswing Café.

A couple sitting behind me

laugh and touch themselves.

I smile and pretend not to be

offended by their tenderness.

But I am, of course! What

right do they have to enjoyment?

I can be not understanding,

to be angry, egoistic, to be void.

After all – it is Christmas time.

The joy, the hope … o, spare me!

Yet … I am void and alone,

empty and hopeless, silenced.

But the couple, their laughter,

their touching and sparkling eyesight

                makes me remember, feel and taste

                your kiss, touch.

****

It is so much more than silence,

emptiness and want unanswered:

the eons of nibbling your earlobes,

tasting the saltiness of your skin,

erupting hunger that was fed and fulfilled.

The Tree of Love is greenish with

it’s leaves even in the deepest

of winter; in the dryness of dessert;

the bareness of Himalayan peaks.

In the Hannukhahs of Judea,

the Euprhates of Babylons,

in the Brahmaputras seeking Induses,

and Blue Niles washing Sphinxes.

It is the tiny Elbow River

at the footsteps of Kananaskis,

where I undressed you

to marble nakedness, and

made symphony in the grass.

Our Judea, our Palestine,

our Vilno and Polesie,

our Manhattan and Piraeus,

and our tiny Bragg Creek, where

I tore your coverings off you.

                Your Frederickton and my Torun;

                Chopin and Patsy Cline.


(Melriches Cafe, Dec. 26.25)

Jesteś ciągle blisko,

choć co raz dalej.

Rozmawiamy codziennie,

ale co raz krócej.

Trudno mówić o światach,

które są obce:

                mój dla ciebie,

                twój dla mnie.

A przeszłość? Przeszłość jest tam:

za tobą i za mną.

I nigdy się nie zmieni.

Nie uleci z niej jeden dzień

i nie przybędzie jej jednej minuty.

Będziesz w niej na zawsze

i ja tamten będę w niej.

Tylko ja dzisiejszy

nigdy tam nie wrócę.

Są drzwi, do których

nie ma klucza,

które nie mają klamek.

Na zawsze zamknięte.

Z tym jest mi najtrudniej

się pogodzić, oswoić, uznać.

****

Zostają słowa biegające

nerwowo, wystraszone

od ściany do ściany,

od dnia do nocy.

Krzyczą, ale nikt

im nie odpowiada.

W ciszy toną we łzie

przemienionej w ocean.

Zimny, głęboki, bezbrzeżny.

Jak tamten, tam właśnie,

gdzie zbudowałem nasz

Fort Miłości, w którego

korytarzach i komnatach

nikt nie mieszka.

Może kraby o zmroku

tam spacerują, dyskutują.

Może za dnia przysiadają

mewy zdumione lub znudzone.

                Miłość cicha, smutna

                o zmierzchu i o świcie

                w białej sukni snuje się tam.

Za dnia skrywa się zlękniona

w gęstwie rachitycznego

lasku obok, który zmaga się

z odwiecznym oceanem,

by przetrwać jeszcze jeden rok.

    Żal mi tej miłości, że nie

   nie miała czasu doczekać ciepłej

  starości w fotelu wiklinowym,

z termosem ciepłej kawy obok.

                Prowadzilibyśmy długie

                wieczorne rozmowy, grzane

                tym ciepłem, tym spokojem.

                Może byśmy układali razem

                przednocnego pasjansa?

(by B. Pack-Gamalski, Vancouver, 2025)