Wiersze ładne, wiersze brzydkie

Wiersze ładne, wiersze brzydkie

Jakże łatwo pisać wiersze o plażach nad oceanami, o śpiewie ptaków, o muszli opowidającej bajki z głębin. Tak siedzieć sobie na trawie lub w ulubionej kawiarence i skrobać o kolorach zachodzącego właśnie słońca. Obserwować kolorowych, pięknych i zgrabnych ludzi przechodzących gwarną ulicą pod oknem tej kawiarni. Lub o starych ulicach patrycjuszowskiego miasta, z nadgryzionymi zębem czasu kamienicami pełnymi zamożnych sklepów na parterach. Łatwo zaiste.

I jak łatwo wtedy nie spostrzegać biedy, nędzy i brzydoty, która obok chyłkiem się przetacza. Cienie wyniszczone plagą miast tego kontynentu-państwa: chemicznymi używkami. Gdzież tam zabawna marihuana!  To dla dzieci prawie lub starców. Ta od lat tu panująca plaga zamienia ludzi w zombi. Spędziłem dzień jeden (wbrew ostrzeżeniom, że to nadmierne ryzyko) chyba blisko rok temu w samym centrum tego piekła w okolicach starej biblioteki na Hasting Street w Vancouverze[i]. Ale widzę to codziennie wieczorami z mojego balkonu w starym New Westminster, mijam ich za dnia w w tych samych zakamarkach na Columbia Street, czasem widzę jak karetki i policja ratują ich przed zapaścią. Żyją, jak cienie. Nikt z nas nie zauważa, kiedy niektóre z tych cieni nagle znikają, rozpływają się w powietrzu. Któż by zauważył – są przecież tak do siebie podobni.

Wieć daję im też swój ‘brzydki wiersz’ o brzydocie bogatych miast, ‘smutny wiersz’ o smutnych ludziach.

Smutny wiersz

Ludzie budzą się, wstają

z nocnych ławek na ulicach

starego miasta nad szarą rzeką.

Otrząsają srebrny kurz

z gwiazd zawieszonego

nad nimi nieskończonego nieba.

Skrzętnie zbierają swoje

bogactwa pudełeczek .szmatek,

okruchów chleba i ciast.

Prostują zastygłe kolana,

głowę przytroczoną do

wiecznie zgiętych, jak polne

żurawie, karków życia.

Do zmroku będą spacerować

od skrzyżowania do skrzyżowania,

zatrzymywać się przed szybami

wystawnych sklepów, salonów.

Czasem znajdą coś ciekawego

w płytkich czeluściach małych

śmietników skrytych pod

drzewami, koło klombów

patrycjuszowskiego grodu.

Czasem to coś będzie miało

dla nich praktyczne znaczenie:

niezupełnie złamany parasol,

puszka lub butelka po napoju,

które będzie można zamienić

w skupie na kilka srebrników.

 Na chodniku pod koszami

będą zbierać pety papierosowe.

Można z nich zrobić całkiem

solidne skręty i zapalić

niczym angielski lord w klubie.

Budzi się miasto wielkiego,

zasobnego w naturalne bogactwa

kraju i przestrzeń zamkniętą

tylko trzema oceanami.

B. P-G sierpień 2026


[i] The Valley of Death in an ocean of affluence – Dolina Śmierci otoczona dobrobytem – > > Pogwarki < <