Grzegorz Braun – karykatura posła

Bodaj wczoraj lub dzień wcześniej ogladałem, na żywo, transmisję z procesu sądowego tej nienawistnej poczwary polskiej polityki, posła (sic!) Grzegorza Brauna.

Ta podła kreatura zachowywała się okropnie. Trafiłem akurat na fragment, gdy przesłuchiwano w charakterze świadka profesora Uniwersytetu w Ottawie (Kanada), pana Jana Grabowskiego. Akademika specjalizującego się w historii polskich Żydów, w szczególności okresu Holocaustu 2 wojny światowej i w pierwszych latach po wojnie.

Nigdy nie negowałem metodologii prof. Grabskiego ani jego wyjątkowej znajomości tematu, ale często nie zgadzałem się z jego konkluzjami. Nie będę powtarzał mojej argumentacji – wyłuszczyłem ją obszernie kilka dobrych lat temu w cyklu tematycznym na moim blogu. Wszak dojście do innych konkluzji i oceny etycznej i moralnej nie jest wszak w jakikolwiek sposób zaprzeczeniem dorobku naukowego Grabowskiego w tej materii. Naturalnie, że nie jest jedynym badaczem tego obszaru historii, a jednym z licznych historyków polskich, izraelskich i z innych państw, którzy tym olbrzymim i horrendalnym okresem się zajmowali. Ale jest, ze względu na zebrany materiał dowodowy, jednym z ważniejszych.

                Na wokandzie sądowej pan Grabowski był tylko świadkiem prokuratury oskarżającej posła Brauna o akty przemocy i wandalizmu. Chodziło w szczególności o ustalenie faktów i przebiegu zdarzeń z dnia, gdy kilka lat temu[i] miała miejsce prelekcja Jana Grabowskiego organizowana przez Wydział Historii Uniwersytetu Warszawskiego. Prelekcja, która de facto nie odbyła się, gdyż zaraz po wstępie profesora tenże faszysta Braun podbiegł do mównicy i po chuligańsko zdementował mikrofony i urządzenia nagłaśniające. W wyniku powstałego zmieszania i strachu wystąpienie akademika przerwano i nie mogło już w takiej sytuacji być kontynuowane. Niewątpliwie do zwiększenia zamieszania i konsternacji wspomogło też głośne przypominanie Brauna, że dokonuje ,interwencji poselskiej’. Pomyliły mu się widać wieki, bo od czasów I Rzeczypospolitej, gdy pojedyńczy szlachtura mógł sejm zerwać jednym  ‘nie pozwalam’[ii] minęly bezpowrotnie kilkaset lat temu. Niemniej okrzyk ‘przeprowadzam interwencję poselską’ mógł niektórych autentycznie wprowadzic w konsternację.

Wyobraźcie sobie państwo 460 posłow biegających po różnych miastach w Polsce, niszczących mikrofony i zrywających spotkania-zebrania mieszkańców tych miast! Sodoma i Gomora, LOL! Na szczęście chyba 99.5 procent posłow RP aż takimi wariatami nie jest. W każdym bądź razie nie do tego stopnia, by ich trzeba było zamykać w wariatkowie. Tak, rozumiem, że wielu czytelników może się ze mną w tej kwesti nie zgadzać i chętniej jednak by cały Sejm do wariatkowa (na wszelakij słuczaj, jak mawiają starożytni Rosjanie). Wracjamy wszak do tematu, bo nie było to zajście ani wesołe ani zabawne.

Prawdą jest, że Braun to wąż przebiegły i szczwany. Na szczęście polskie sądy już odzyskały w dużej części swobodę i niezawisłość, którą im odebrano w ciemnej nocy lat 2015-2022. Dzięki temu sędzia był bezwzględny wobec oburzających chwytów Brauna, który uważał, że uczyni z wokandy sądowej teatr polityczno-ideologiczny. Na przekór jego usilnych prób, tym razem mu się to nie udało. W pewnym momencie wyczerpał cierpliwość sędziego i tenże nakazał mu opuszczenie Sali sądowej na pewien okres czasu.  W czasie tej ‘banicji’ reprezentowało oskarżonego aż trzech obrońców-adwokatów. Po powrocie na sale rozpraw nieco skonfundowany poseł starał się mitygować. Ale naturę chuligana trudno nawet samemu okiełznać. Szczęściem przytomności i już chyba pewnej irytacji sędzia wielokroć informował świadków, że na niegrzeczne pytania oskarżonego nie mające nic z konkretem sprawy odpowiadać, lub wręcz ich zaczętą już odpowiedź przerywał, dając krótkie wyjaśnienie. Żal mi trochę było adwokatów oskarżonego, którzy zachowywali się przyzwoicie, a ich klient systematycznie swoimi perorami ośmieszał, żenował i niweczył wszelkie szanse na jakąkolwiek skuteczną strategię obronną.

Ileż padało z jego ust obraźliwych słów, które ze względu na kontekst jego wypowiedzi były szkalujące i szczujące. Hasła ‘Polak’, ‘patriota’, ‘Żyd’, ‘Szkop, ‘Niemiec’, ‘folkzdojcz’, ‘komuch’, ‘Ruski’, ‘Wołyń’, ‘Eurokołchoz’ były rzucane, jak piłeczki pingpongowe. I nic z przedmiotem sprawy nie mające wspólnego. Zwykła odrażająca natura tego człowieka, który gdy mówi, to pluje błotem.

Nie potrafię w jakikolwiek logiczny sposób wytłumaczyć i zrozumieć takich osobników.  Poza jedna ewentualnością: nienawiść traktowana , jako choroba psychiczna zżarła jego mózg kompletnie. Ale wtedy trzeba być konsekwentnym – taki osobnik, jako niebezpieczny dla otoczenia winien być izolowany w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym na czas nieograniczony.

Co jest bardzo smutne, to świadomość, że ktoś go na posła wybrał. Ktoś na niego głos oddał. Świadczy to o degrengoladzie pewnej (nielicznej, wierzę) części naszego społeczeństwa. Części, która jakby zapomniała, że największa część ofiar Holocaustu, to byli polscy obywatele, polscy Żydzi. To nie byli przybysze z kosmosu – to byli nasi sąsiedzi, nasi sklepikarze, nasi poeci, malarze, pisarze, kompozytorzy. Nasi, polscy Żydzi.

Pod tym łączem jest przekierowanie do mojego tekstu z października 2022 roku, który syntetycznie i dość jasno wyraża moje prywatne, osobiste rozumienie Zagłady i procesu emocjonalnego, który jako Polak musiałem przejść. To część trzecia cyklu, jaki wówczas pisałem i jako ostatnia najbliżej oddaje nie tyle racjonalne ile emocjonalny stan mojego rozumienia tamtych złych czasów.

Smutek i Brak. Cisza, którą trzeba wypełnić prawdą. – > > Pogwarki < <

[i] 30 maja, 2023 roku

[ii] liberum veto

Dawn of Generation and Change of Guards

Bogumil Pacak-Gamalski

September marks a time of somber thoughts, reflections. I am a Pole, Canadian Pole, European Pole – but Pole to the core, through and through. September is not only about approaching fall, of yellow and brown leaves, flowers fading and days getting shorter every evening.

For a Pole of my generation September is reminiscence of great and terrible world war, the one with number ‘2’ attached to it. Always, for as long as I remember: the national martyrology, almost a quasi religion: dark, mournful, full of pain. Yet, it is a true heavy feeling, not something you do because it is polite or out of obligation. No, it is not faked and it is not just laying wreaths at the bottom of some cenotaphs. It is happening at homes and inside the deep crevices of your soul.

The war was still inside us, our parents and grandparent lived through. It is true that there were also official circuses and commemorations to impress someone, to score some political points. Nonetheless, even these theatrical motions were performed by these people, who after returning home still had to go themself through these somber and sad moments. No one could escape it. After all, they were not remembering some magnificent Middle Age battle or campaign. No, the Second World War was a private Loss for everyone. It was such a total war, it touched all who lived through it and it touched their children. When I was a child – it touched me, touched my sisters, my cousins, all my friends. Us, young people, who were not even alive during the years 1939-45. We were all born mostly in years 1947-65, the majority of us during the 1950’s.

For generations of my grandparents it was particularly tragic and painful memory. They lived through the Bolshevik revolution of 1917, through the rebirth of Polish state in 1918, the victorious Polish-Soviet war of 1920. Now they are all gone, the last one was my grandma Wanda, who died in 1972.

But the truth is that for my generation all these previous wars were an ancient wars. Yes, exciting (particularly the battles for independence and the heroic Warsaw Battle against the Bolsheviks, which save Western Europe from communist oblivion) but at the end it was an ancient history, like the Greeks battle of Troy.

  Yet, that war, the last world war – was still alive everywhere; in my childhood not all cities and towns were fully rebuilt. Finding partial ruins or bombed house was not difficult, the same as partially rusted shells in forests, on shallow shores of rivers, streams. Nor was surprising finding every day fresh flowers on some streets, where Nazis did some executions by firing squad or public hanging. These flowers were a daily routine. They marked places were their friends, their lovers, sons or daughters perished. For our parents, and grandparents these people were their friends, lovers, husbands, wives and children.

By the time I was fifteen I used to go on my own need almost once a week to lay a flower (sometime stolen from a city flowers box – sorry, did not have always in my pocket an extra five or ten zlotych[i]) on an exact street corner in front of an enormous building of National Opera, where a young Warsaw poet was shot in 1944 – Krzysztof Kamil Baczynski[ii]. He was shot almost fifteen years before I was born. Yet for me, he was my slightly older friend, very dear and close. Now – I am old but still think of him as my friend. More, I think that I actually loved him as person. Is it possible to be in love with someone, whom you never met and who died years before you were born? I think – yes, it is.  After all I am still in love with Alexander of Macedonia, and that boy-king died not centuries but millennia ago!  

Back to the subject though, the subject of changing guard, of generational exchange. We are on the last leg of a run through life. Mind you, it is not yet the proverbial ‘one leg in the grave’. We are still running. No, it is not an Olympic sprint anymore. Some might still have a desire to dance and to fall in love with another person if they are single, some are still working – but almost all are in a official retired age, but we are also the next echelon of humanity that starts to leave the train of life on a regular pace. It is normal course, nothing tragic, part of the journey. The cycle of generations continues.

Of course there must be a caveat: It is true that there are still very few among us, who remember the war as seen through their eyes, but those were eyes of very young children. They are now in their late nineties or over a hundred years old. My oldest cousin was born still in Vilno (now capital of Lithuania, then a large Polish city) in 1944. But he is gone now, too. It is next to impossible that he could have remembered anything of the actual war and he never pretended that he did.

The reality and the fact is that for practical reasons people, who lived during that war are gone. Now it is us, the next echelon of humanity that’s starting to leave the train of life on a rather regular pace.  It is normal cycle of the generations.  In a few years, maybe a decade, we will cease to be intellectually and emotionally the engine of the society. Matter of fact we are no longer the main engine, just the extra smaller ‘enginette’. When we will stop being that canister of our memories of post-war reality a silent social revolution will take place, silent, yet very powerful change will occur.

We are the last ones, who were personally affected by the war. A war with silent battlefields, and silenced guns – a war, which long shadows still lingered on our streets; in our neighborhoods, in our homes and during family gatherings.  

The next generation – our children, nephews and nieces are free from the shackles and chains of that trauma. There are even free for most part from the memory of the abnormal reality of about forty years of living in the grey and absurdly tragicomical reality of PPR – Polish People Republic, a quasi-sovereign state in the years 1945-199o. Mind you – that quasi independent state was the only Poland I knew, were I was born, went to school, had my first romances. At the same time it must be stressed that this Polish state was sort of abnormality among all other Soviet satellites. There were even officially sanctioned other political parties that were not ideologically communist (unheard of in other Soviet satellites), there was a powerful Catholic Church, which resisted and maintained its independence with very powerful Church hierarchy, to a shock of the very first non-Italian pope in hundreds of years who was … a Polish cardinal – Karol Wojtyla, better known later as John Paul II. Stalin must have turned in his grave, LOL. Polish universities were of high scientific standards and a place of vigorous political and ideological debates – if not during formal classes then certainly on the corridors and courtyards. It comes to no surprise that the amazing first free trade union called ‘Solidarity’ was born in that ‘communist’ country. I had a small part in it being this union organizer in Warsaw. Even more important is that we, Poles, spoke freely at homes and on the streets. With caution – but freely. It was our daily rejection of the absurdity and abnormality of the Soviet system. In some strange way I could say that to a certain degree my generation of that Poland was perhaps freer than young people on the other side of the Iron Curtain. Not in laws and privileges given to us, but in cherishing and clinging to our internal freedom.

We also believed in certain civic decency. At that time a young intelligent Pole could not and would not call himself/herself a fascist.  That was a Rubicon we would never cross[iii], regardless whether you were even an ultra right in your political views. In our eyes fascism was synonymous with Hitlerism. That was as plain as the difference between night and day.

The II world war changed that word, that rightwing ideological view forever. It wasn’t, as in the pre-war times anymore that fascist view was tolerated. Before the last war fascism was interchangeable with ultra nationalism, with hurray type of patriotism. That changed after the experience with that total war. Just Italian Il Duce[iv], Spanish Franco or Portugal Salazar could not have achieved what Hitler achieved with that movement. He himself made it synonymous with crimes unspeakable, horror indescribably. It was an abandonment of humanity beyond any scale.

Fascism was the gate to the Factory of Death of Humanity. A Gate that had its name: Arbeit macht Frei.  Auschwitz, Buchenwald, Dachau. All of these names, places have one denominator: fascism.

That what my generation knew, understood. It came as the biblical Commandment you shall not kill, that we knew instinctively, that those who do kill are fascists, as simple as that.

An individual thief, a murderer, rapist – that is not the same. Those are individual crimes against society, crimes that could be judged, adjudicated and punished. Aberrations that, by proper education, could be avoided or corrected, minimized. 

Fascism was a symbol of Gates to Hell, to Hades.

                What I wrote above comes from one’s plea, one’s need to exalt in the reader of the next, younger generation this simple truth of History: fascism must be stopped, must be ostracized, must be condemn eternally. We, my generation and the generation of my parents knew that by heart, by true experience of what it is if it will ever get a free ride in public life, in public discussions. Yes, it could be discussed and taught in schools, universities as a painful lesson of history – a very tragic lesson. But it has to be stopped of having a right to be part of any public political platform of dangerous propaganda.

There are all these fascist or semi-fascist parties, movements, fascinations all over in Europe now: in France, even in one Land in Germany (sic!), to my horror in my dear Poland – has all the world gone crazy?

Wake up my dear Citizen, wake up and stop this aberration, this sickness that will devour your heart and mind. Don’t’ listen to these lies about patriotism that these people constantly spew from their mouths. The love of one’s country also means the love of all citizens of your country. But they profess only love of these citizens, who represent their sick minds. Only the whites, preferably the tall, only those born in very particular geographic location. So on and so on, to the exclusion of everyone else. But we all came from one and the same seed: the short ones and the tall, the white and the black, the blond and the brunette (and the red-hired too, of course), them of whatever sexual orientation, left-handed and right-handed, poor or rich, weak or strong, the Jew and the Gentile, the Muslim and the Christian (and Buddhist, of course) and don’t forget the ever more numerous non-believer.

Once you start making distinctions, selections, you are giving a moral right for others to judge you, to deselect you – to cast you aside. For what reason, you may ask?  Yes, I will answer that question. Remember – when I was mentioning that horrible place, the apogee of fascist thought: Auschwitz? When a train arrived to that Hell on Earth carrying hundreds, maybe thousands new prisoners there was a man there awaiting them. He was a medical doctor called The Angel of Death or simply Josef Mengele. He examined the prisoners and with one flick of his hand he decided, who will be killed instantly and who will live for a while. Thousands upon thousands of people went through that decision. Every time you start making these distinctions among other human beings – you start growing inside you a new Doctor Mengele – the Angel of Death. That is exactly what being fascist means.  

post scriptum

The picture that is attached to the article is somewhat symbolic. It is a simple exercise book, a typical ordinary school book to write in. I used it for some time now to write some of my texts, my poetry. I hardly ever leave home without carrying one of this type of notebooks. Have many of them laying around near my bed, my table. An old habit. That one is with the graphic symbol of Warsaw’s fighters in 1944 during Warsaw Uprising against fascism, the print below the graphic simply says: against fascism.

I started using that notebook around the time of first full term ultraright government in modern Poland in 2015. The first text in that notebook deals with growing dangers of far right politics and ideologies. This text you are reading now is the on the very last pages of that notebook. I think that the cover of the notebook is a fitting symbol of the same subject: protect freedom, protect rights of all. Otherwise a state becomes a gulag, prison.               


[i] ‘zloty’ is a Polish currency

[ii] Krzysztof Kamil Baczyński – Wikipedia

[iii] Crossing the Rubicon – Wikipedia

[iv] the popular title given to Italy’s dictator, Mussolini

Polskie deja vu

Bogumił Pacak-Gamalski

Oglądam i słucham codziennie wiadomości. Zawsze byłem ‘zwierzęciem politycznym’, na szczęście nigdy nie byłem politykiem. Często bywałem działaczem społecznym, co o politykę i polityków się poniekąd ociera. Mea culpa. Ale trudno zupełnie ją w życiu odrzucić, gdy jest wszędzie. Chcąc cokolwiek dla innych zrobić lub zwyczajnie choć nieco rzeczywistość nagiąć do własnych wyobrażeń i dążeń – bez ocierania się o tą brudną politykę nie sposób. Choć przy okazji pobrudzić się łatwo. Cóż, trudno.

Mam więc zawsze (z wiekiem silniej to występuje, bo naturalnie z biegiem lat bagaż zawodów wobec polityków staje się cięższy) duże nadzieje wobec polityków, którzy te nadzieje budzą wiedząc, że w większości wypadków się na końcu rozczaruję. Na usprawiedliwienie trzeba jasno powiedzieć, że nawet najlepsze intencje tej pani czy pana, którzy za politykę się biorą z czasem ulegają wyjałowieniu w zetknięciu z twardą rzeczywistością politycznej walki z przeciwnikami lub nawet sojusznikami, koalicjantami. W sumie najłatwiej to mają s…rwiele dyktatorzy i typki, które kompletnie w nosie mają przepisy i konstytucje. Czyli ci, którzy demokrację używają do zdobycia władzy, a po wygranej tą demokrację zamykają w Domu Wariatów za żelaznymi drzwiami i oknami z kratami.

Od czasu pewnego nikt mnie tak nie cieszy, a budzi z letargu, jak obecny Marszałek Sejmu RP, pan Włodzimierz Czarzasty. To stary wyjadacz politycznego chleba lewicy. Zaczynał, jako smarkacz jeszcze za nieboszczki PRL. Było to może i niechlubne – ale mówienie, dziś, że każdy młody chłopak czy dziewczyna, który do ZMP (młodzieżowa przybudówka PZPR) należał był świnią i zdrajcą, jest kłamstwem. To byli młodzi ludzie, często ze środowisk robotniczych, którzy kończąc szkoły, na ogół studia też, myśleli, że można to naprawić, że idee są dobre tylko źli wykonawcy. Prawda jest taka, że i wykonawcy nie wszyscy byli tacy źli. To właśnie idee były kompletnie złe. Do d…py, zwyczajnie. Ale zrozumieć to, gdy ma się lat 18 lub 20 i nigdy nie żyło się w kraju demokratycznym, a od urodzenia właśnie w tym PRl jest więcej niż niemożliwością. Szczęśliwi, którzy żyli w rodzinie i środowisku inteligenckim, wręcz anty-komunistycznym, anty-sowieckim.

Czarzasty nie ukrywa tego, ba! podkreśla, że jest politykiem lewicowym (w moim życiu przekonałem się, że Lewicy ufać można najbardziej jeśli chodzi o sprawy socjalne). Czy bym chciał aby Lewica tworzyła rząd w moim kraju? Chyba nie jednak – ale bardzo bym chciał by była takim języczkiem u wagi, by bez jej głosów rząd by tracił swoją parlamentarną większość.

Dzień czy trzy temu wysłuchałem pasjonującego wystąpienia pana Marszałka Czarzastego na spotkaniu z młodzieżą z całego kraju. Gdybym tam był osobiście (nie byłbym, bo młody nie jestem i politykiem też nie, LOL) bym z radością na stojąco bił brawo. Idee, tak! Wizje, tak – trzeba je mieć, trzeba w nie wierzyć. I trzeba czasem o nie zawalczyć. Niech młodzi nie machają ręką, że ci ‘starzy’ u steru władzy, te zgredy nigdy im na to nie pozwolą. Nie patrzcie na tych zgredów. Sami po swoje prawa sięgajcie, trzymajcie ich za ‘wyborcze gardło’, by obietnice spełniali. To chodzi o wasze życie, o waszą przyszłość.

Pokolenie waszych dziadków i pradziadków walczyło o Polskę w 2 wojnie światowej, waszych rodziców (ja) miało swoją ‘Solidarność’ – teraz czas na wasze pokolenie. Historia daje wam szansę wziąć ster i lejce we własne ręce. Tak, skoczcie bez siodła na grzbiet tej starej kobyły Historii i poprowadzcie ją na świeże pastwiska.

Poniżej te porywające wystąpienie tego mądrego ‘starego zgreda’ Marszałka Czarzastego.

W rocznicę Bitwy Warszawskiej 1920

W rocznicę Bitwy Warszawskiej 1920

W tych dniach patrzymy w okno Historii, okno z którego widzimy twarz zmęczoną, ale dumną. Twarz dowódców i żołnierzy, którzy uratowali Europę przed marszem buciorów morderczej Bolszewii.

Dziś w dniu tej rocznicy Defilada wszystkich rodzajów Sił Zbrojnych RP – na lądzie, w powietrzu i na Bałtyku. Ku chwale Ojczyzny Panowie i Panie żołnierze i oficerowie.

Dzień Kanady i pożegnanie z nią

Dzień Kanady i pożegnanie z nią

Co mam ci powiedzieć kraju, który opuszczam, z którego odjeżdżam? I odjeżdżam wiedząc, że pewnie nigdy nie wrócę do twoich brzegów trzech oceanów, miast bardzo starych i ledwie zbudowanych wczoraj. Do gór niebotycznych, które są fragmentem  pasma górskiego od Arktyku do morza Beringa.

Znam twoje pszeniczne prerie, znam błękitne oczy Wielkich Jezior, twoje zanikające wielkie lodowce użyźniające aż trzy oceany. Kraju, który był tak wielki, że bez problemu znalazł miejsce dla jednego wędrowca ze Starego Kontynentu. Szczawie po prawdzie, żółtonosa pewnego, że wie wszystko. A przecież nikt nie wie wszystkiego! Tyle, że on tego jeszcze nie rozumiał, nie znalazł odpowiedzi w tej swojej mądrości książkowej.

Nie irtytowało cię to jednak ziemio Klonowego Liścia, uśmiechnęłaś się tylko, zamyśliłaś. Później , gdy był pogrążony we śnie szepnełaś mu na ucho: dam ci więcej niż trzy oceany, wyżej niż góry niebotyczne i płaszcze lodowców – dam ci Miłość. Męża, kochanka, przyjaciela. Dam ci życie.

I stało się. Porwał mnie niezbudzony, trzydziestosześcioletni sen szczęścia niepojętego u boku tego, który wypełnił moją tęsknotę młodości. Miałem wszystko, byłem najbogatszym człowiekiem na ziemi.

Tym mnie, ziemio kanadyjska obdarzyłaś. Naturalnie, że wiem, że ani życie ludzkie, ani nawet życie gwiazd i konstelacji niezliczonych nie jest wieczne. Moje szczęście się dopełniło i cicho zgasło pewnego dnia. Każde kiedyś gaśnie.

I za to wszystko, te spełnienia i sny, i śmiech radosny, łzy czasem, za życie, które było ciekawe  w klamrach tych trzech oceanów – dziekuję ci ziemio kanadyjska. Byłaś dobrą przybraną matką dla wędrowca bezdomnego.

Teraz czas wrócić do steranej, zmęczonej matki Starego Kontynentu. Jeszcze jej trochę bajek naopowiadać, histori nieskończonych. Niech też się uśmiechnie.

Golda Tencer – świadek i uczestnik historii

Oglądałem dziś wywiad Z Gołdą Tencer, wielka, wspaniałą Żydówka polską. Związana z ich historią, ze wspaniałym Teatrem Żydowskim w Warszawie. Z historią bolesną i ciągle mi tak brakującą kiedy chodzę ulicami miast polskich. Tylko cmentarzyki zostały. A ona ne wyjechała.

Żydzie mój, jak mi ciebie brak. Ty pejsaty i ty w garniturze profesora uniwersyteckiego, poecie i pisarzu polskim, ty lechoniowy i ty tuwimowski i szulcowy. Nigdy cię nie zapomnę, choć nigdy prawie cię nie spotkałem… Zniknąłeś za zasłoną dymów straszliwych pieców, emigracji do Izraela , ale jesteś też w tłumie cieni, które mijam chodząc ulicami warszawskimi.

Film z YouTube autorstwa znanej piosenkarki i podkasterki RFM Classic, Kayah (Katarzyna Magda Rooijens).

Obejrzyjcie – wspaniały zapis kultury polskiej. I naszej historii.

Lęk

Lęk

LĘK

A czasem, czasem naprawdę nie wiem,

czy nie żal tej czystej bieli kartki,

nie zabrudzonej żadnym słowem.

Kartki milcząco cicho płaczącej.

Czy nie żal tuszu w długopisie i

tej pieśni nie śpiewanej i głuchej?

Smutek dusi, chwyta zaciśnietą pięścią za serce i czujesz jego palce, kostki chwytające aortę. Potem maszeruje, jak pająk do góry i wyciska z oczu suche łzy. Suchy płacz pozbawiony krzty wilgoci, mokrości, wilgotności. A płacz mimo to.

Nie ma komu cokolwiek opowiadać, nie ma z kim prowadzić rozmowy. Trzeba by było wszystko tłumaczyć, wyjaśniać od początku, a to nie to samo – to wykład by był, przemówienie wybrakowane nieobecnością ciepła i serdeczności współbycia, współrozumienia.

A ciągle mam tyle rzeczy, wierszy

do powiedzenia i ciągle chcę

usłyszeć tyle nowych zaklęć, słów.

To tak, gdy mówisz tylko półzdanie,

a ktoś myśl podejmuje, rozwija.

Wspólny spacer wspólnymi drogami.

Znają cię, ty znasz ich. Współistniejstwo. Przerwane, zamknięte, utracone. Może siedzi gdzieś nad jakąś rzeczką powolnie płynącą zakolami kujawskimi, piaskowymi, biednymi łąkami mazowieckimi? Może wartkim strumieniem, kaskadą huczącą w Kordylierach kanadyjskich? Możę było, a już nie ma? Wszystko zamienia się w cmentarz, gdy umierają ludzie. Więdną kwiatki łączane, milkną ptaszki, które wczoraj wiły pośród nich gniazda.

A przecież gdzieś życie musi istnieć jeszcze, z każdego szarego badyla listek jeszcze musi się wykulić, zazielenić. Samotność prowadzi długie rozmowy z cieniami. Trzeba je tylko rozpędzić w cztery strony świata, a samotność przestanie być sama. Będzie biegać po tych łąkach, po tych uliczkach, łapać motyle i potem wypuszczać je z garści.

Trzeba się tylko obudzić, wstać z łóżka tej samotności. Niech samotnością być przestanie. Wtedy i wiersze głuche usłyszą melodię, zatańczą leśmianowską łąką.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Moje Wyznanie

Moje Wyznanie

CREDO

I to czas mój, moja chwla tu powoli dobiega kresu. Tu – na tym kontynencie, który przyjął mnie otwartymi na ościerz drzwiami. Drzwiami, przez które weszło życie i miłość, która ofiarowała niepojęte, upragnione szczęście spotkania człowieka, który dopełnił brakującą całość największych pragnień.

                Teraz muszę wracać tam, gdzie te pragnienia się narodziły. Muszę pójść ulicami, zaułkami wielkiego miasta nad starą rzeką. Nie, nie żądałem za dużo, nie sięgałem szczytów niedostępnych człowiekowi. Jeśli człowiek, stworzył bogów na Olimpie, to człowiek miał prawo do boskich marzeń.

A wtedy, w tamtym kraju, gdzie byłem chłopcem było szaro, było biednie, było po prostu brudno. Ale w tamtym biednym kraju grał w parkach Chopin, tam w bibliotekach czekały książki Platona i o Platonie, o tych olimpijskich bogach, ich tragicznych miłościach. Tam starzy aktorzy podszeptywali też ze scen, że może być inaczej, nie tak szaro-brudno. Stare ciotki mądre choć biedne, potwierdzały te mądrości.

Bez tego wszystkiego, bez tamtego tam dzieciństwa i młodości nie miałbym tak wielkich marzeń i pragnień. I być może bym nie pojął, nie poznał tego szczęścia, które tu później mnie spotkało.

Cóż zaś jest stałego w tych wielkich tragediach greckich? Upadek, utrata.  Wszyscy herosi, bohaterzy ludzcy i boscy tego doznają. Doznają największych zwycięstw, najwyższych wzlotów, najgorętszych miłości, by je potem stracić. Dlatego, że strata wielka i wielka klęska nie pozwalają tym marzeniom umrzeć, stracić wartość i znaczenie dla kolejnych pokoleń.

Dlatego muszę wrócić, by najmłodszym to potwierdzić, opowiedzieć o tym. Bo nie ma już starych, pięknych ciotek, nie ma profesorów, aktorów i pisarzy tej miary, którzy to we mnie zaszczepili. Ten święty ogień, któremu nie wolno zgasnąć. Pragnień i marzeń, którym nie wolno pozwolić usnąć, które dadzą ci szansę doznać szczęścia największego i straty najboleśniejszej.

Bez tego nie ma boskości, a człowiek jest stworzony do boskości.

Stań odważnie przed lustrem i pokłoń się odbiciu w zwierciadle. Dojrzyj, co ono pokazuje – oto on, bóg złamany, zasmucony, może rozczarowany przez moment. Ale bóg! On, potężny, godny łez i pocałunków. Ty.

Wojny i mężowie stanu. Wojny i rozbójnicy.

Wojny i mężowie stanu. Wojny i rozbójnicy.

Doprawdy nie chce się brudu dotykać i pisać o polityce. Ale jest wokół nas, dotyka brudnymi łapami, wrzeszczy, pijana bełkoce wieczorami, wszczyna burdy po wódce w barach i bramach kamienic. Zatacza się z panienkami lekkich obyczajów pod Grand Hotelem w Sopocie, pod Bristolem i Europejskim w Warszawie.

Chcąc czy nie chcąc – dotyka nas i naszego życia. Spokoju po dniu pracy lub lęku: co będzie jutro? Lęku niestety. Lęku i złości. Ile trzeba łajdactwa w sobie nazbierać, by wykorzystując niezasłużenie otrzymane funkcje i wysokie pozycje we władzach kraju, by stać się tak bezczelnym i zadufanym w sobie, by ten spokój nasz, te prawo do odpoczęcia nam niszczyć?

Kraj ma wielką wojnę na granicy od Białorusi aż po Bieszczady, zresztą Białoruś w łapach okrutnego satrapy odgrodzona od nas zasiekami z drutu kolczastego. To nie są żarty – to codzienna rzeczywistość naszych granic wschodnich.

Wielkie, okrutne wojny zapaliły się od pocisków i bombardowań szalonego Pomarańczowego Starca i zbrodniarza wojennego z Izraela: od starożytnej Persji po cały Bliski Wschód. Netanjahu ostrzelał pociskami z białym fosforem ludność cywilną wbrew prawom wojny, które zabraniają używać tej okrutnej amunicji, jeśli istnieje ryzyko, że spadnie na terenach, gdzie może być ludność cywilna. A to dokładnie zrobił ten zbrodniarz wojenny, grabarz Gazy i Palestyńczyków.

Zbrodniarze naszego świata: Putin, Netanjahu i Pomrańczowy Starzec stoją nad olbrzymią beczką prochu z zapalonymi lontami. Beczki każdego z nich kryją ładunki atomowe i jądrowe. Czy podpalą? Uważam, że nie zawahają się, jeśli dojdą w swych schorowanych mózgach do wniosku, że ich plany się chwieją i mogą paść na śmietniku historii. Czym się różnią tysiące ofiar od milionów? Niczym prócz zer. Bo taką wartość w ich umysłach ma ludzkie życie: zera.

W takim świecie, w takim zagrożeniu znajduje się Polska. Naturalnie nie tylko Polska. Ale ona też. Bezpośrednio w każdej chwili zagrożona od Putina, najmłodszego z tych trzech starców, bo tylko 73-letniego jeźdźca Apokalipsy.

I w tejże Polsce toczy się od tygodni już szalona, nienormalna wojna polityczna o rozbudowanie i wzmocnienie polskich wojsk. Za czyje pieniądze, z kogo zasługi? Za jaką cenę? Od tygodni całych, od awantur sejmowych, nienormalnych spotkań z nienormalnym prezydentem i absurdalnej argumentacji skrajnej prawicy stetryczałego Kaczyńskiego. Do tego dołączył ostatnio ten tłusty wieprz ze stanowiskiem Prezesa Narodowego Banku Polskiego. Wlazł po prostu nachalnie w samo centrum dyskusji politycznej o podstawowych dla państwa sprawach. Prezes Banku, nie poseł, nie minister, nie senator, nie premier. Urzędnik państwowy. Banku, który od wielu już lat każdego roku ogłasza deficyt rzędu miliardów złotych. Nagle mówi, że znajduje miliardy, które mogą być użyte na rozbudowę armii i uzbrojenie. Więc jeśli gdzieś pod tapczanem te miliardy znalazł, to zgodnie z prawem musi tą nadwyżkę przelać na budżet państwa do dyspozycji rządu. Takie jest prawo, idioto. I w dodatku możesz być pociągnięty do odpowiedzialności karnej za składanie niezgodnych z prawdą raportów dla ministra finansów. Więc zaczyna się wić, jak żmija tłusta i pocić. Nagle wpada na pomysł: sprzedajmy rezerwy polskiego złota i będą pieniądze! Cudownie! Zastawimy drugą hipotekę na ten sam dom, który już ma hipotekę (owe deficyty Narodowego Banku Polskiego to właśnie ta pierwsza hipoteka). Genialny idiota, czy idiota zwyczajny? Jak to jest, że politycy bardzo prawicowi tracą mózgi i wszelką racjonalność, gdy prowadzą wojnę polityczną o władzę w państwie? Jest wszak coś, co nazywa się najzwyczajniej racją stanu. Gdzie spory polityczne nie maja prawa głosu, gdzie interes podstawowy państwa, to absolutny priorytet. Nieprzekraczalny, niedotykalny.  

Otóż rząd wypracował w dyskusjach z Unią Europejska olbrzymią pożyczkę na wyjątkowo dogodnych, wieloletnich procentach ( 3%!). Bagatela, tylko 150 miliardów euro[i], lub 185 miliardów złotych. Tak, to jest pożyczka, daj wam boże jednak a takich warunkach taka pożyczkę dostać od jakiegokolwiek banku. Nawet nie na prawie 200 miliardów, ale na głupi milion – sam stanę w kolejce.

Szanowny (tak, to figura retoryczna, bo potwierdzam, że nie szanuje pana) Panie (P)rezydencie, stoimy być może w sytuacji, w jakiej Polska była między 1937 a 1939 okiem. Nie ma czasu ni miejsca na kłótnie i spory polityczne. To by się równało zdradzie narodowej. Gdyby pan prezes Narodowego Banku Polskiego znalazł legalne i konstytucyjne miliony polskich złotówek – ma pan już zapewnienie rządu, że też je zużyje na obronność Polski. Wiem, że pan nie znajdzie, bo z próżnego i Salomon nie naleje, ale gdyby … Tu pieniądze mamy już teraz. Czekające, gotowe. Trzeba tylko pańskiej kontrasygnaty a odpowiednim akcie sejmowym. Proszę stanąć na wysokości zadania Zwierzchnika Polskich Sił Zbrojnych. Albo wrócić na Wybrzeże do Grand Hotelu.


[i]SAFE dla Polski – dotacje czy pożyczki i na jakich zasadach