Wiersze ładne, wiersze brzydkie

Wiersze ładne, wiersze brzydkie

Jakże łatwo pisać wiersze o plażach nad oceanami, o śpiewie ptaków, o muszli opowidającej bajki z głębin. Tak siedzieć sobie na trawie lub w ulubionej kawiarence i skrobać o kolorach zachodzącego właśnie słońca. Obserwować kolorowych, pięknych i zgrabnych ludzi przechodzących gwarną ulicą pod oknem tej kawiarni. Lub o starych ulicach patrycjuszowskiego miasta, z nadgryzionymi zębem czasu kamienicami pełnymi zamożnych sklepów na parterach. Łatwo zaiste.

I jak łatwo wtedy nie spostrzegać biedy, nędzy i brzydoty, która obok chyłkiem się przetacza. Cienie wyniszczone plagą miast tego kontynentu-państwa: chemicznymi używkami. Gdzież tam zabawna marihuana!  To dla dzieci prawie lub starców. Ta od lat tu panująca plaga zamienia ludzi w zombi. Spędziłem dzień jeden (wbrew ostrzeżeniom, że to nadmierne ryzyko) chyba blisko rok temu w samym centrum tego piekła w okolicach starej biblioteki na Hasting Street w Vancouverze[i]. Ale widzę to codziennie wieczorami z mojego balkonu w starym New Westminster, mijam ich za dnia w w tych samych zakamarkach na Columbia Street, czasem widzę jak karetki i policja ratują ich przed zapaścią. Żyją, jak cienie. Nikt z nas nie zauważa, kiedy niektóre z tych cieni nagle znikają, rozpływają się w powietrzu. Któż by zauważył – są przecież tak do siebie podobni.

Wieć daję im też swój ‘brzydki wiersz’ o brzydocie bogatych miast, ‘smutny wiersz’ o smutnych ludziach.

Smutny wiersz

Ludzie budzą się, wstają

z nocnych ławek na ulicach

starego miasta nad szarą rzeką.

Otrząsają srebrny kurz

z gwiazd zawieszonego

nad nimi nieskończonego nieba.

Skrzętnie zbierają swoje

bogactwa pudełeczek .szmatek,

okruchów chleba i ciast.

Prostują zastygłe kolana,

głowę przytroczoną do

wiecznie zgiętych, jak polne

żurawie, karków życia.

Do zmroku będą spacerować

od skrzyżowania do skrzyżowania,

zatrzymywać się przed szybami

wystawnych sklepów, salonów.

Czasem znajdą coś ciekawego

w płytkich czeluściach małych

śmietników skrytych pod

drzewami, koło klombów

patrycjuszowskiego grodu.

Czasem to coś będzie miało

dla nich praktyczne znaczenie:

niezupełnie złamany parasol,

puszka lub butelka po napoju,

które będzie można zamienić

w skupie na kilka srebrników.

 Na chodniku pod koszami

będą zbierać pety papierosowe.

Można z nich zrobić całkiem

solidne skręty i zapalić

niczym angielski lord w klubie.

Budzi się miasto wielkiego,

zasobnego w naturalne bogactwa

kraju i przestrzeń zamkniętą

tylko trzema oceanami.

B. P-G sierpień 2026


[i] The Valley of Death in an ocean of affluence – Dolina Śmierci otoczona dobrobytem – > > Pogwarki < <

LEAVING – ODJAZD

The fought of going. The fought of leaving. Home? Love? Friends?

Not really – I gave it to all the subjects mentioned above all I had: my heart, my love, my cherishing of all of the things and all the people, the places that makes up this country – Canada.

Now the country has nothing more to offer to me, to give. It already did. Besides, it is just a half of me that’s leaving; the other half stays here forever. With him.

My dear Canada, I’m leaving with you the ashes of that other half of me: my Love Eternal, my John.

                On a little hill in Pictou is a sadly-sweet old cemetery, with his parents, his brother.  The cemetery, where I know the names of half of those buried there. Some are very old, ancient almost, with names of his cousins, grandparents, aunts and great aunts. Some of them I met decades ago, like great-aunt Theresa on the French, Cormier side, who was born on French speaking Les Îles-de-la-Madeleine[i]. The one, who visited your parents back in Priddis[ii] in the 1990’s and gave me the beautiful old book of the story of Evangeline[iii], her expulsion with thousands of other Acadians from Nova Scotia to the swamps of Louisiana, who gave Louisiana their ‘cajun’ character and French Quarters of New Orleans with its Cajuns/Creole[iv] language. Many years later, when I lived in Dartmouth in Nova Scotia, I have followed the trails of that expulsion, their towns, Catholic churches. I followed the entire Trail of Evangeline and her tragic return to Nova Scotia from Louisiana to her dying lover. Henry Longfellow wrote this famous long poem apparently under the spell of famous epic poem by Mickiewicz “Pan Tadeusz” (Sir Thaddeus)[v]. Sadly, Longfellow did not possess literary genius of Mickiewicz – but if he didn’t write it, I would have never known the story of Evangeline. Tragic and beautiful, and it is a testament of very important history of Nova Scotia and later entire Canada and the beginning of the long love-hate affair between the British and the French. Still very much alive, and treacherous as ever.

So, back on that little cemetery in Pictou, I have left your ashes in the familial embrace of generations of your family buried there. Part of my heart is buried there, too. That part will never leave my Canada, and will stay there till end of times. As the description I left on that gravestone (forever in my heart) will be the non omnis moriar of our Love in times, when no one will remember you or me. Just as I have build that Monument to Love from heavy rocks and dead tree brought to that deserted and secluded beach in Lower East Chezetcook. I have spent on this wild beach many days on end – just me and our Love. No names, just Love. Therefore it could be anyone’s love, as it should have been. Love belonging to those who had her, who lost her, and those who seek her. The only reason to simply ‘be’ that I had. The only thought, that I dreamt of, the only desire – and I had it here, in Canada: my Home, my country.

Now she has nothing to give, to grant me.

I’m going back to an older, original home. Across an ocean that I grew so fond of in Nova Scotia, to the old place, a place where my dreams and desires stronger than just my sheer will to live, begun. Place, where I still might catch the fleeting glimpse of that boy.  Will I? I don’t know.

But I do know I owe it to the old country. Maybe there I will still recognize things that I can give to the old meadows, rivers, towns and cities, the tiny Baltic Sea? Maybe.


Idę Marszałkowską do Placu Konstytucji. Znajoma kawiarenka po lewej stronie. Stoliki na zewnątrz, ale ja idę na ulubione pięterko i siadam na szerokim parapecie okiennym. Nikt mnie tu nie zna i nawet gdyby ktoś, kogo znałem by się tu pojawił pewnie ani on/ona ani ja nie rozpoznalibyśmy się. Tak mi się wydaje, choć  kto wie? Ludzie aż tak się nie zmieniają, zwłaszcza dorośli. Jest możliwe, że bym nie poznał jednak dalszego znajomego z lat jeszcze 70. i 80. poprzedniego stulecia. Tak po prawdzie nie pamiętam, nawet czy to było na Konstytucji czy kawiarnia ‘Charlotte’ na placu Zbawiciela? Ale jak wejdę, to rozpoznam bez wątpienia. Było też fajne miejsce na Brackiej, kafejka ‘Między nami’. To szczególnie lubiłem już w ostatnim 10-leciu. Miałem tam miłe spotkania z ciekawymi ludźmi ze świata literatury i sztuki. Czasem zaskakujące i nieprzewidziane, jak choćby te ze wspaniałym Omarem Sangare[vi] – aktorem, poetą, akademikiem i organizatorem słynnej Sceny i Festiwalu Jednego Aktora United Solo na Theatre Row (obok Broadwayu) w centrum Nowego Jorku. Poznaliśmy się bodaj sto lat temu na jego prezentacji własnej sztuki „Krytyk teatralny” podczas wizyty w Vancouverze. O ile pamięć mnie nie myli było to chyba na scenach Centrum Kultury Żydowskiej koło Oak Street (może jednak w teatrze na Granville Island? nie pamiętam, a nie chce mi się sprawdzać). Bardzo mi przypadł do serca. Po latach odnowiliśmy znajomość właśnie w Nowym Jorku. W międzyczasie opublikowałem w moim roczniku artystycznym[vii] odpowiednio przykrojoną do potrzeb publikacji, jego pracę magisterską na temat … Otella szekspirowskiego. A, przypomnę tylko, że Omar Sangare to z krwi i kości polski 100% czarnoskóry aktor, urodzony w Stalowej Woli. Tata jego pochodził zaś z Afryki, a w Polsce studiował. Otóż podczas mojej wizyty w Warszawie i on tam wrócił, zdaje się miał występować gościnnie w Teatrze Syrena. Chyba tam się właśnie przypadkowo spotkaliśmy. Ja zdaje się wychodziłem ze spotkania w polskim MSZecie (te ministerstwo jest zadziwiająco blisko … Trybunału Konstytucyjnego, LOL), a on wychodził z “Syreny” i prawie na siebie wpadliśmy. Umówiliśmy się naturalnie w tej uroczej kawiarence na Brackiej. Dużo opowiadań, wspomnień. Innym razem spotkałem się tam z dziennikarzem i pisarzem Krzysztofem Tomasikiem[viii] – ciekawą postacią, zajmującym się historią znanych osób z kręgów LGBTQ. Naturalnie miał masę pytań bardzo konkretnych, ale nie na wszystkie chciałem odpowiedzieć. Zwłaszcza o osobach z bardzo wysokiej i publicznej ‘półki’ kultury polskiej. Niektóre z tych osób pełniły bardzo wysokie oficjalne funkcje w znanych przybytkach sztuki, a publicznie same comnig-outu nie dokonały. On uważał, że powinienem, bo oni sami ‘nam to winni’. Ja mówiłem, że ‘ja’ to nie ‘’my’ i sytuacja każdego człowieka jest inna. Zawsze jestem i byłem przeciwny outowania kogoś bez zgody tej osoby. Ale Tomasika szczerze szanuję, bo to wyjątkowo zasłużony historyk, badacz i publicysta spraw związanych z historią osób i środowiska LGBTQ+ w Polsce. Moje ukłony dla niego.

Oczywiście zaraz obok była bardzo długo, (zdaje się już nie istniejąca), słynna kawiarnia ‘Alhambra’, gdzie podawano cudowną kawę ‘po turecku’ i było to jedyne znane i popularne miejsce schadzek gejów warszawskich, kiedy słowa ‘gej’ jeszcze nie było w polskim słowniku ani slangu. To były czasy mojej wczesnej młodości i pierwszy lokal, gdzie wchodziłem i siadałem za stolikiem z jedną ‘małą czarną’, którą niemiłosiernie długo piłem (na zamówienie drugiej nie było mnie stać przecież!). Tutaj kilka razy widziałem i z wielką czułością obserwowałem kultową postać polskiego baletu i już ciszej warszawskiego światka gejowskiego – kochaną, uwielbianą ‘Stasię’: pana Stanisława Szymańskiego, pierwszego solistę Baletu Opery Warszawskiej. To był tancerz par excellence – on żył baletem i oddał mu wszystko. Przez sam fakt, że w tamtych czasach był często pokazywany w TV polskiej – uwielbiany był przez masy Polaków w całym kraju. Jakkolwiek widziałem potem wielu technicznie po prostu fenomenalnych tancerzy  ze światowych scen  – nikt nie wydawał się żyć tak tańcem, jak wtedy Szymański. Dla nas był bogiem sceny, Apollem, który dla widza zszedł z Olimpu i tańczył dla nas, oczarowanych.  I ja, młodziutki chłopak, szczeniak mogłem kilka razy obserwować tego Apolliona właśnie w tej ‘Alhambrze’. Wydaje mi się, że kilka razy się do mnie smutno, ale miło jednak, uśmiechnął.  Do ‘Alhambry’ wszak raczej nie wrócę, bo nie mam umiejętności cofania czasu, ale na Bracką na pewno. Może jakąś inną cafe-dziupelkę też poznam nową, tej na Brackiej jednak nie zostawię.

Oczywiście mam pamięć Warszawy innej, wcześniej o wiele, wiele lat. Warszawy chłopca, potem młodzieńca: ‘Solidarności’, podkładania ulotek w Empiku przy Nowym Świecie w latach 70. ubiegłego wieku, ulotek wystukiwanych na rozklepotanej starej maszynie do pisania. Ale to było już tak dawno. Tamten chłopak to już historia. Ja bym go poznał, on chyba mnie nie. Może szybciej poznalibyśmy się i zrozumieli z dużo wcześniejszym chłopcem, który przyjechał z mamą parowym pociągiem do Warszawy Głównej. Miałem krótkie spodenki i pamiętam świetnie nieliczne ocalałe kamienice na Ochocie i w Centrum, gdzie ciągle były wyraźnie widoczne dziury po pociskach niemieckich, czasem połowa kamienicy była zamieszkana, a z drugiej połowy zostały tylko resztki ruin. Potem poszliśmy pod ten olbrzymi Pałac Kultury z tymi brzydkimi i straszącymi młodego chłopczyka figurami muskularnych robotników. Natomiast fontanny wokół tego Pałacu były cudowne. Z siostrą i innymi dzieciakami kąpaliśmy się w nich niczym w jakimś miejskim basenie. To była moja jedyna wizyta w Warszawie, kiedy jeszcze mieszkaliśmy w Toruniu. W bardzo krótkim czasie przenieśliśmy się w okolice Warszawy.

Potem to już nie dojeżdżałem WKD do przystanku Warszawa Ochota, ani  Warszawa Centralna. Potem dolatywałem przez pół wieku samolotami z zupełnie innego kontynentu. Czterdzieści cztery lata, mickiewiczowsko to brzmi, prawda? LOL. Wszystko zresztą przez tego Mickiewicza po prawdzie. Do szkoły jeszcze nie chodziłem, a już ‘Świteziankę’ czytałem. Przez mamę, bo go kochała, jak wariatka. A takiego małego brzdąca, jakim wtedy byłem, szaleństwami łatwo było omamić. No i tym tułaczem zostałem. Ale – w przeciwieństwie do Adama – Zajazdu ostatniego ani pierwszego na Litwie nie opisałem.

Więc z tych późniejszych przyjazdów zza oceanu, tych wielokrotnych krótkich powrotów, Warszawę na dorosło, dojrzale już pokochałem. To moje miasto. Bo tam właśnie były te pierwsze szalone i najważniejsze lata wczesnej młodości. Marzenia, tęsknoty, pragnienia. Co zrobię więc i gdzie pójdę na mój pierwszy spacer po tym ostatecznym powrocie?  

Na pewno pójdę na swoją ławeczkę na pagórku w Parku Ujazdowskim. Stamtąd dobrze widać i jeziorko obok i z daleka mogę pomachać ręką Perseuszowi wykutemu w czarnym marmurze. Ileż tam godzin spędziłem na drugiej ławeczce, na tyłach Ambasady Francuskiej, właśnie obok tego zgrabnego Perseusza[ix]. Uśmiechał się do mnie ladaco i zaglądał przez ramię w mój notes czytając com w nim nabazgrał. Więc dla przekory nic o nim nie pisałem. Niech się dąsa na swoją Andromedę, a nie na mnie. Ci dawni Grecy, to zawsze byli tacy kombinatorzy – żony ładne mieli, a za chłopakami latali, jak psy. Nawet w czasach najdawniejszych, długo przed wszystkimi Platonami i Sokratami. Przecież Perseusz sam był prapradziadem Herkulesa, a proszę mi wierzyć, że to już bardzo dawno temu, gdy Herkules w stajniach Augiasza się za sprzątającego podnajął.

Tamtemu człowiekowi, który opuścił Polskę czterdzieści ponad lat temu zawdzięczam bardzo dużo, ale ja dzisiejszy, to już nie ten sam człowiek. Ktoś inny i gdzie indziej zmienił mnie i ukształtował silniej niż nawet tamte marzenia, tęsknoty, romanse. Ktoś w Kanadzie – mój mąż, kochanek i przyjaciel miał na mnie wpływ najsilniejszy, najtrwalszy. Przez ten związek zaznałem ból największy i szczęście niewyobrażalne. Spełnienie kompletne.

.  

Jesteś królem

Jesteś Pieśnią nad Pieśniami,

jesteś w szczytach Kaukazu,

gdzie Stary Anioł z długą brodą

podał ci rękę, byś mógł

bezpiecznie zejść żlebami

do dolin zielonych,dolin

z mruczącymi ruczajami,

które wiodły do domu

Persefony, domu światła

 i dobroci. Mądrości i

 ciepła, które płynęło z

twych oczu, jak te kaukaskie

strumyki. Jestem tylko twoim

cieniem, twoim towarzyszem

zbierającym gałęzie do

domowego ogniska, które

będzie nas chronić przed chłodem

nocy, gdy zapuka do drzwi.

Jesteś moją tęczą. Tęczą

 z wodospadów Iguazu

chłodzącą twarz i plecy od

skwaru tropikalnych nieb.

Jesteś, gdy cię nie widzę. ale

czule czuję ciągle. Ostatnią

myślą przed snem, rano pierwszym

uśmiechem Zefira brzasku.

Ja jestem administratorem,

jestem dowódcą naszych wojsk,

jestem szambelanem dworu.

Ty tylko królem. Niczym więcej.

/dzień później/

To, co napisałem nie podoba mi się. Nie oddaje nawet połowy ani korzeni tej tęsknoty do powrotu, ani jej siły. Zasadniczy powód, to pewnie fakt, że … nigdy z tej ‘Polski’ nie wyjechałem. To ‘komunistyczna’ Polska wyjechała z ,mojej Polski’. Dlatego ta ‘moja’ Polska była ze mną bez przerwy: przez Włochy, Calgary, Vancouver i Nową Szkocję w Kanadzie; przez wszystkie wyspy zaczarowane Polinezji, jej atole, muszle, pochylone nad ciepłym Pacyfikiem tak samo, jak skromne wierzby pochylały się nad rzeczkami wałęsającymi się gdzieś w piaszczystych łąkach Mazowsza. Dnia chyba nie było, bym choć przez chwilę o niej, tej szarej Polsce nie wspominał. Aż stały się duże, kolorowe, piękne, zasobne. Bo tak się przeobraziła ta moja Polska, gdy ja odwiedzałem po 1990 roku.

Ale wtedy miałem już w tym olbrzymim kraju-kontynencie, który opierał się brzegami aż o trzy oceany[i] swój nowy Dom, mój Dom. Życie, pracę, działalność społeczną, pisanie, edytowanie, redagowanie, wydawanie. I coś jeszcze, najważniejsze. Miałem przede wszystkim Jego.

On był wszystkim. Był ‘moją Polską’, ‘moją Kanadą’, ‘moim wierszem’. Był o niebo lepszym moim alter ego. Tego, o którym marzyłem w mojej wczesnej młodości w Polsce. Więc może gdy wracam do Polski, wracam też do niego? Bo wracam do źródeł tych marzeń, które później on tu, w Kanadzie zrealizował, urzeczywistnił.

Przecież nie jest w pojemniczku szarych prochów na małym cmentarzyku Stella Maris nad cieśniną św. Wawrzyńca.

Jesteś we mnie. Na zawsze. A ja z tobą. Bo przecież gdzieś się jeszcze muszę odnaleźć. Jak tylko się pozbieram, spakuję i rozpakuję, zabiorę cię na spacer do Parku Ujazdowskiego, a potem do łabędzi w Łazienkach.

(pisane dnia następnego)

Następnego dnia pojechałem z wieczora do naszego ostatniego domu w Surrey, gdzie mieszkaliśmy do czasu wyjazdu do Nowej Szkocji. Szedłem powoli wzdłuż znajomego murku, dotykałem dłonią chropowatej powierzchni białego piaskowca. Siadłem cicho na narożniku murku, tuż przy metalowej furtce do naszego ogródka. Tam często rano piliśmy pierwszą kawę, której nikt lepiej niż ty nie zaparzał. Mnie do obrządku rannej zwłaszcza kawy nie wolno się było zbliżać. LOL. Siadaliśmy potem z tą kawą w naszym ogródku, nasz ‘synek-kotek’ Babu przychodził też, robił ranny obchód ogródka, ocierał z podniesionym ogonem o nasze nogi. Potem wracał z godnością, wchodził położyć się na kanapę w saloniku visa ‘vis kominka. Czekał cierpliwie, gdy skończymy kawę i w końcu podamy wielmożnemu księciu jego śniadanie. Potem wracał powoli po schodach do naszej sypialni, która była przecież i jego sypialnią, kładł się na swoim łóżku (nam po prostu było wolno spać też w tym jego łóżku) i zasypiał. No bo kto by pomyślał, by zrywać się tak wcześnie, jak ci jego służący-tatusiowie?

Więc w tym mroku tego wieczora posiedziałem tam trochę. Posłuchałem szeptu naszej brzózki sięgającej teraz dachu. Znalazłem ją kiedyś maleńką, wyrwaną z korzeniami na jakimś śmietniku wokół domków obok. Zasadziłem, czule dbałem, gadałem z nią też. I odżyła. przetrwała i jest w swoim domu, w którym nie ma już nas. Ale ona trwa.

Babu też już nie ma. Był naszym dziecka od drobniutkiego szkraba, który mógł się na dłoni zmieścić, gdy podarowała go nam jeszcze w Burnaby w 1994 roku moja kuzynka. Był z nami dwadzieścia lat. To kawał życia. Odszedł na naszych rękach po krótkiej, ciężkiej chorobie.

Potem byłem tą noc przy mamie, przytulałem ją, gdy zasnęła zmęczona w ten ostatni sen. Dziś rozumiem, że są momenty i czas, gdy tego snu wyczekujemy, gdy jesteśmy już zmęczeni i nie mamy już niczego do obdarowania, oferowania, najbliższym.

Ty jeszcze miałeś czas długi przed sobą i masę podarunków dla wielu, gdy kładłem moją głowę przy twojej, opowiedziałem szeptem do twojego ucha naszą długą i piękną przygodę życia. Potem musiałem w końcu pozwolić na wyłączenie tych okrutnych maszyn. Moje nienasycenie, mój głód ciebie i tak stawał się tylko spełnianiem żądań zachłannego kochanka, zbyt przecież dumnego by cierpieć, a jedynie godnego darowywania życzeń. A ty po prostu chciałeś już też zasnąć. Twoje ciało było już też zmęczone. Dopiero ciche słowa neurologa i psychologa, którzy spokojnie i taktownie wyjaśnili mi, żeś umarł jeszcze przed szpitalem, w moich ramionach, zanim dojechała karetka pod dom. Więc jednak w moich ramionach, tych które znałeś, kochałeś i które kochały ciebie.

Teraz nie ma ramion dla mnie.

A może to nie jest pełna prawda, może ciągle czuje przy sobie twoje ciepłe ramiona, twoje mądre spojrzenie, twą czułość? Mój Solomonie, mój Aleksandrze, mój Gilgameszu, moja Beatrycze…

(dwa dni później)

I czy to już wszystko, co mogę powiedzieć? Czy czara się wypełniła? Chyba jednak nie, wszak w każdej pełnej czarze, gdy ją dotkniesz kilka kropel ubywa. Robi się znowu miejsce na kilka nowych. W niczym to jednak nie zmienia faktu, że czara jest pełna. Tak było, jest i będzie. Tako było powiedziane przez przypadkowego boga Uta-Napiszita, który wykrzyknął w Ur mezopotamskim: znalazłem życie!

Przypadkowi bogowie, przypadkowi kochankowie, przypadkowi żałobnicy. Tylko poeci są prawdziwi, bo to wszystko zapisują, opowiadają. Tyle, że im nikt nie wierzy. A potem? Potem to i tak jest zawsze za późno.

Dziś jest ciepły wieczór jednego z późnych dni sierpniowych, koniec lata. Chciałbym by było to już moje ostatnie lato tu, w Kanadzie.

Nie mam już jej co dać, ona nie ma już nic mnie do ofiarowania. Wsiadłem w kolejkę i pojechałem do centrum Vancouveru, na moją Davie Street. Naszą cudowną, zaczarowaną Davie Street. Tu należeliśmy tylko do siebie. Nawet jeśli gdzieś, kiedyś jakaś zabawa, gra się zdarzyła, była to nasza zabawa, nasza gra.. Inni przypadkowi gracze byli tylko tym trzecim i czwartym do brydża. Ale to był tylko nasz brydż, przez całe życie. I ten dzisiejszy wieczór jest tylko nasz i tylko o nas. Ten ciepły, sierpniowy wieczór na naszej Davie z naszego Vancouveru. Uśmiecham się do tej myśli i jednocześnie łzy zbierały się pod powiekami. Bo to te same uczucie, nie ma radości i szczęścia bez bólu. Tak też ułożone. Chodzi o to, by ta radość zawsze wynagradzała każdy ból w dwójnasób. Moja wynagradzała.


[i] północną, zachodnią i wschodnią granicę Kanady wyznaczają oceany: Arktyczny, Pacyfik i Atlantyk

[i] island in the Gulf of St. Lawrence

[ii] ranchland between Calgary and foothills of Kananaskiss Country

[iii] Evangeline: A Tale of Acadie by Henry Wadsworth Longfellow – Poems | Academy of American Poets

[iv] Cajuns – Wikipedia

[v] Pan Tadeusz

[vi] Omar Sangare – Wikipedia, wolna encyklopedia

[vii] Strumień Rocznik Twórczości Polskiej – Wikipedia, wolna encyklopedia

[viii] Krzysztof Tomasik – Wikipedia, wolna encyklopedia

[ix] Perseus – Wikipedia

Speech of the Prime Minister of Canada

Speech of the Prime Minister of Canada

Canada and United States have been involved for many months with negotiating a new bilateral Trade Agreement or extending the still legally existing trilateral Agreement between Canada, Mexico and USA.

As we know USA (and vice versa Canada for USA) is our largest and most important trading partner. The USA has huge industrial base, huge – in comparison to Canada – population and therefore larger market for both domestic and imported goods. Our large and mostly undefended border stretching between two oceans provides for easy transport of goods and services. Canada has a vast quantities of numerous natural resources badly needed in the USA.

For many years huge numbers of Canadians and Americans would cross our border in almost unrestricted manner, efficiently. Bringing needed dollars to American grocery sellers and to Canadians from large Americans visitors.

History made us different politically – we are confederate monarchy, they are a confederate republic. They had slavery and very long racial segregation decades longer than we did. They are a military superpower involved constantly in some sort of conflicts all over the globe; we have neglected our military numbers and strength for a long time, yet being recognized internationally as a peacekeepers either in United Nations Blue Helmets or other peace-making missions.

Of course, there was always a big dose of competition between our countries and societies. But never to the point of outright hostility. Until now. Until the last Administration in Washington..

Now, two words of my private story as a Canadian. Spent here almost my entire life here. Definitely (except maybe early-5-6 years) my entire adult life, my working life and now retirement. To summarize – Canada is my home. Home I cherish a lot.

I lived here through many Canadian governments (starting here with last months of famous Pierre Trudeau till now very competent Mark Carney.

In my now long life I remember – when I was still a boy back in Poland – US President Kennedy making a speech about the US war in Vietnam, remember President Johnson ending that bloody war, remember pivotal visit of President Reagan in Poland; remember Nixon resigning his Office; both Bushes; improbable and extremely important Barack Obama, Jeff Clinton, George Bush.

Some I liked, some disliked. It was always plain that for all of them – for better or for worse – they were Presidents, leaders of their country, who believed in that country and in the old values of the republic.

Until Donald Trump. Nothing was the same, nothing is. I stopped crossing the border, which seems at times resembling a border between East and West Germany, when there was Soviet Union.

Laws, customs, norms – all of it stopped being obvious, certain. Diplomacy? What is it in current Administration? Nobody is sure anymore.

Friends among nations? Who needs friends if you can have puppets?

Sure, it is a subject of funny jokes, agitated conversations. But at the end it is … very sad. Sad and tragic because we need the old, familiar America. America needs the old, pre-Trum America. For better or for worse but societies do need stability, knowing what tomorrow might bring, progress (even if very small and slow).

You need a country, which is much more than Exchange, Auctions. Country starts with idea, grows with love and respect. Country is people. Much more than land it posses. People make a country and their leaders serve the people. In a democracy, anyway.

Sometime countries disagree with each other, but otherwise they still respect each other. There established mechanisms to resolve these disputes. Accepted, with frames, norms.

All these norms, these mechanisms formed incrementally after I and II world wars. So we can avoid the next gargantuan war. With the demise or kept for historical attachments of Kings – the people took the reins in their hands. By the people, for the people … .

Than comes Donald Trump. Nothing matters anymore, nothing is important, that cannot have the weight of gold , precious stones, or rare minerals.

Mark Carney walks away from this type of ‘talks’ and took with himself entire Canadian delegation. When there are no rules but just whims of the obviously stronger and bigger opponent, there is no sense engaging in any discussion. One person dictate is not a discussion.

Thank you Mr. Carney for representing me as a Canadian. I am glad you did, what we expected you to do.

Canada is not for sale. To anyone.

Pride Day in New Westminster, B.C.

Pride Day in New Westminster, B.C.

My second Pride Day in New Westminster. I like it because it is not really just an LGBTQ+ community. The entire main street (Columbia, where I live) is turn for entire afternoon-evening for a multitude of attractions, removed from car traffic, with stages for live music performances and dances, an open market with numerous kiosks selling everything (always with some cheap gay/lesbian trinket-touch, LOL) and offering some good social advise, information how to do this or that. That is sensible. Of course the commercial aspect of vendors is predominant, but I suppose that it is how things are these days with everything. What is most important is the fact that everyone and everybody is invited: gay, straight and everything in between. The street really turns into extra busy and extra friendly throngs of people. A lot dressed up for that occasion in funny and colorful attires, costumes, but also in traditional albeit a bit more for the occasion attire.

Three main music stages/dance spots did not disappoint me: music from old swing to modern pop and mechanical types was playing well and to my pleasure there was none of that ‘lubu-dubu-do’ of base that the other day made me tired. A good musician knows how to use the instruments. Loud is not an answer to musicality, au contraire my amigos.

Even the dogs were dressed (I mean really dressed up, LOL) for that occasion and to my delight appeared to be happy and enjoying themselves among the throngs. Local police wore proudly their badges in rainbow colours. I have always thought that New West police force was the handsomest in the entire Lower Mainland. About twenty years ago I remember I was crossed with them, when during some routine police check-stop they refuse to perform a proper body search on me. I even complained to them sternly that they don’t do their job properly and more thoroughly. They just laughed. Hmmm…

Of course I miss a bit the Pride Parades, Pride Marches and old fashion gay/lesbian only crowds. There is hardly anything anywhere like that anymore. The names and locales remained – but the clientele is just a regular mix of gay/straight. Mostly all over the world (civilized world). And the blame rests mainly on gay/lesbian/plus folks, who allowed it to happen. Moreover – they have welcomed it saying: now we are truly all the same. We are not. We are gay, they are straight. The difference is rather obvious, I think. It was nice in the old days to have a place you could call not only ‘my place’ but it was always a safe place. Now I feel always that have around a chaperon with me, who makes sure I act ‘appropriately’.  Generation or two of young gay-lesbian-plus people don’t even know what they are missing. But that is a subject away from today musings and reporting.

The afternoon was loud a bit, but very nice, friendly. One of the reasons I maintain my affinity for Canada – it always was in the foreground of human rights, respect and diversity. And in some countries have seen a sad movement of pushing us back to the closet, so to speak. You have to be vigilant. Rights that are not cherished and protected could be taken away by an ideological and political change of attitude.We has seen things like that.

      

Pride Day and Parade/Dzień Równości i Parada

Pride Day and Parade/Dzień Równości i Parada

Bogumił Pacak-Gamalski-Graham

(in English and Polish)

One more of my last ‘good bye’ in Vancouver. But such a happy and beautiful goodbye.

August 2 – famous and fabulous Vancouver Pride Parade and Pride Day. Still miss the old route through Robson and Denman to English Bay beach, for a night of live music and dancing. But maybe it did make sense, changes are good sometimes. As long as the spirit lives on. And it was very obvious that it does.

Nelson Park, Davie Street and indeed the entire Davie Village was bursting with celebrations, dances, little concerts and bars were full to the tilt. From ladies, who decided not to wear but to paint their bras – bravo! Same goes to some guys, who instead of underwear – just wrapped their members in a little piece of golden foil, LOL.

Most of all – smiles, laughter, happiness. The dresses, make-up, costumes were plentiful on board the Skytrain do Burrard Street, and than through the streets up to the Village.

Even I did partake in some impromptu dances (got some applause for my version of ol’ 50-ties swing, with my cane acting as my partner, LOL).

I did recognized, of course, some faces I have known – but forgotten their names since last time we met, so just exchanged hugs and smiles and avoided long talks.

Cała Davie Street i jej okolice były wczoraj jednym wielkim bankietem zabaw, tańców, drinków i stroi (lub ich kompletnym brakiem, ha ha ha). Naturalnie, wszak dopiero przeszła ulicami Vancouveru jego najwieksza parada, pochód, zgromadzenie. Większego wydarzenia od dziesiątków lat w Vancouverze nie ma. Parada Równości, tu nazywana zwyczajnie i bardziej adekwatnie – Paradą Dumy. Dumy z tego kim jesteśmy. Wszyscy i każdy z osobna. Przez lata dawniej (przed przeprowadzką do Nowej Szkocji) na każdej chyba byłem. Naturalnie z moim kochanym Johnem, ale i z przyjaciółmi, z bliskimi. Mama przez lata uwielbiała na nią chodzić. To taki specjalny dzień, gdzie nikt się niczemu i nikomu nie dziwi, nikt nie kręci głową lub nie wznosi oczu ku górze. To prawda, że wszyscy i każdy z osobna jesteśmy trochę inni, trochę dziwnie – więc czemu tego, tej inności nie celebrować?   

A wracając zmęczony ale zadowolony, idąc w dół Thurlow Street skręciłem w Haro i tuż przed Burrard zatrzymałem się przy Le Crocodille Restaurant. Dość droga, ale bardzo elegancka restauracja ze wspaniałym francuskim menu. To tutaj, po naszym formalnym ślubie, przyjaciele ze statku zamówili nam stolik i opłaconą kolację przy świecach, ze specjalnym weselnym torcikiem. Tylko my sami we dwoje. To było urocze. Po patrzyłem się przez szybę z daleka na siedzące wewnątrz pary, wydało mi się że ktoś położył mi lekko dłoń na ramieniu, że ktoś szepnął ‘I always do’ …  Odpowiedziałem też cicho: I know you do, and I always will.  

Parada Dumy zakończona dumą z ciebie, z nas, z tych wszystkich długich lat.

Night of Fireworks in Vancouver

Night of Fireworks in Vancouver

Traditionally Vancouver is saying goodbye to July on the last day of that month by having a big fireworks party in English Bay.

Have been to many in years gone by. With my husband, my Mom, with friends. I must admit that years ago the show was much more technical and intricate, where nations from other continents competed against each other. More than once I thought that the Chinese team was by fare the best technically and musically.

On the other hand, I have never seen so many watercrafts taking to the Bay to get close to it. I mean, the introduction of paddleboard makes it so easy now to bring it to Bay and make a splash in the waves. Also many drones – can’t remember seeing them in old times. Granted, it has been more than 10years likely since I went to the Fireworks.

My two friends started properly under the Burrard Bridge on the their paddleboards. I used the old technique – my two legs to go to the beach and settle on a comfortable rock, right on edge of water.

So, here you go – watch the show:

KOSMOSY

KOSMOSY

W dali sinej, za taflą żywej,

drgającej powierzchni morza,

gdy gwiazdy są dalej niż bliżej,

nadchodzi różowiejąca zorza.

Po tamtej stronie cieśniny maluje

szare góry czerwienią świeżą.

Górzysta wyspa zna to, poznaje, czuje.

Duszki z kotlinek wesoło do niej bieżą.

Kiedyś, później, po dniach, po czasie

wszystko mgła obroczy, pokryje.

Wspomnę o tym, o tej wielkiej masie

słów, widzeń – i ta fala też odpłynie.

               

Przenoszą się światy, kontynenty. Życia nadbiegną rozbudzone, otwarte na spotkania. Otwarte na drugiego człowieka. Gdy się zetkną dreszcz ciekawości przebiegnie od naskórka warg do trzewi, głęboko. Chciałbyś tak trwać w tym spotkaniu, tym dotyku, tym pocałunki do końca tych dni, do dna tych oceanów i delt, gdzie rzeki giną w ich objęciach.

Grzmoty pędzą na rydwanach gwiazd, płynie blady strumień poświaty księżycowej. Gdzieś w wielkie Czarne Dziury Nicości wpadają te gwiazdy roziskrzone ciągnąc za soba w czeluść warkocze planet i planetoid. Światy, które mogły być, rodzić życie i miłość. I przestaną istnieć nim pojmą, że istnieć mogły. Nim narodzi się w nich świadomość bytu i tęsknota miłości.

Czasem … czasem westchnę ze smutkiem, żalem może, że nie byłem wtedy, w tym momencie napotkania Niebytu tam właśnie na tych planetach, których już nie ma. Kiedy światło ginie w takiej Dziurze, giną i topią się wspomnienia. Więc nie ma pewnie wówczas żalu, nie ma bólu i radości wspomnień.

Ot, taki relatywizm życia, gdzie każda rzecz, każde wzruszenie i piękno każde jest równie ważne, co ich brak. Pewnie łatwiej wówczas. Ale czy łatwiej, gdy puste może mieć wartość jakakolwiek? Czy puste może mieć znaczenie, być drogie?

Codziennie z balkonu spoglądam na drugi brzeg wielkiej rzeki pod moimi oknami. Patrzę, gdzie w miejsce, gdzie stoi nasz dom. Dom, w którym już nas nie ma, bo nie ma ciebie. Ale byliśmy tam razem, kochaliśmy, chodziliśmy na spacery, na zakupy. I była w nim nasza miłość.

Ta miłość ciągle ogrzewa mnie cieplej niż jakakolwiek poświata księżyca, jakikolwiek  czerwony zachód słońca. Bardziej niż światło najjaśniejszej gwiazdy na nowym firmamencie nieba.

Więc kuszenie niebytu, obietnica ciszy oferowana przez kosmiczną Wielką Dziurę nie wabi mnie, nie nęci. Ból jest też ważny. Tęsknota jest niezbędna, bo przypomina o szczęściu. O pięknie, nawet gdy przelotne. Wielkość, znaczenie piękna mierzone jest wielkością i ciężarem bólu, jaki po nim nam zostaje.

(poniżej link do Debussy ‘Claire de Lune’)

Słoneczne Wybrzeże – magia nieba i wody

Słoneczne Wybrzeże – magia nieba i wody

Ostatnia dłuższa wycieczka zaprowadziła nas w znajome trasy morsko-lądowe w kierunku Powell River i Mermaid Cove[i]. Dokładnie ten sam biwak namiotowy i dokładnie te same miejsce, gdzie rozbijaliśmy namiot rok temu.  

Ruszamy dużym promem klasy ‘C’ z Horseshoe Bay, skąd statki wypływają aż w trzy różne trasy: a) najbliższe, prawie tramwajowe  połączenie do uroczej wyspy Bowen;  b) połączenie do Langday, stamtąd samochodem do Earls Cove i kolejnymm mniejszym promem do Saltery Bay; c) z tego samego portu, też dużym promem klasy ‘C’ są regularne połączenia do Nanaimo na wielkiej Wyspie Vancouver.

My płyniemy do Powell River. Pierwszy, duży statek wiedzie nas do portu Langdale.

Mijamy po lewej znaną i lubianą Bowen Island od jej wschodniego brzegu po prawej, skrytą w głębokiej zieleni wyspę Gambier.  Dalej, w kierunku Langday. Tu następuje przeniesienie się do samochodu i wijącymi się wśród licznych jezior i niekończących się lasów, szosami dojeżdżamy do maleńkiego portu BC Ferries w Earls Cove i wsiadamy na prom do Saltery Bay.

Z Saltery Bay jedziemy w kierunku miasteczka Powell River, ale kilka dobrych kilometrów przed miasteczkiem skręcamy w gęsty las-park nad Zatoczką Syrenki[ii]. Lokalna, wyjątkowo sympatyczna rodzina, którą zna blisko mój przyjaciel, zarezerwowała dla nas te same miejsce biwakowe, co w zeszłym roku. Tuż obok mruczącego wartkiego potoku o nieskazitelnie czystej wodzie.

Rozwijamy namiot, rozkładamy manele, zakładamy gatki kąpielowe i pędzimy do skał nad znajomą zatoką. To znaczy on pędzi – ja kuśtykam o swojej lasce, bo kolano już nigdy chyba nie będzie normalne po wypadku ubiegłorocznym, a trzy bodaj dni wcześniej miałem atak rwy kulszowej w tej drugiej, zdrowej nodze. Przez pierwsze 30 godzin po ataku tej rwy myślałem, że już przyjdzie się na stare lata nauczyć chodzić na rękach…  No a jak tu , panie dzieju, nosić sukienkę powiewną i chodzić na rękach?! Ani łydek ani ud wszak nie golę!

Więc kuśtykam jednak na nogach. I pokuśtykałem na skały. A tam, nad wodą moje dwie ukochane siostry – arbutusy[iii]. Zakochałem się w jednym przepięknym arbutusie, który kiedyś rósł tuż przed hotelem Empress w Victorii. I pewnego roku, wiele już lat temu, jacyś miejscy orgrodnicy-mordercy wzięli i mi je ścieli. Barbarzyńcy nieludzcy. Od tamtej miłości arbutusowej ilekroć te drzewa gdzieś napotykam, to ślę im szczere uczucia i głaszczę ich delikatną korę. Jest w ich delikatności wielka moc i siła. Często rosną na bardzo skalistym podłożu o płytkiej ilości ziemi, chłastane prawie nieustannymi wiatrami od oceanu obok. A trwają niezłomne i na przekór.

Po przywitaniu z nimi, doczłapałem do brzegu. Przyjaciel już szalał w falach, ale on gibki, zdrowy i pływak, że hej. Po prawdzie to pływać i mnie wygodniej niż chodzić. Więc kijek-podpórkę na bok i chlust w tą wodę. Szczęśliwie od razu głęboka na kilka metrów, więc ceregielić się nie ma nawet jak, a tylko płynąć od razu. Bajka. Widoczność przy nurkowaniu za to kiepska. Akurat sezon kwitnięcia glonów i wodzie miliardy tych delikatnych blaszek-nasionek od tego kwitnięcia. Takie to drobne, że prawie niezauważalne, ale w masie swej, pod powierzchnią czyni widzialność dość krótką i kształty niewyraźne. Nie wspominałbym o tym i pewnie zapomniał, gdyby nie … A nie. Jeszcze nie powiem teraz.

Następnego dnia pojechaliśmy na wycieczkę do miasteczka Powell River. Połaziliśmy nieco, na lody świetne wstąpiliśmy. Po lodach należy na kawę dobrą zajść. A kudy! Wszystkie kawiarnie zaryglowane. Jeden tylko bar czynny, więc poszliśmy. Stały na ladzie dwa termosy, proszę więc o kawę, Podała. Wyszliśmy na zewnątrz i piję … nie, nie piję. Próbowałem, ale takiej lury dawnom nie pił, LOL. Tam, panie dzieju, to innym czasem żyją. Po południem późnym nikt już kawy poza domem nie pija. A turyści? Turyści muszą się z faktem pogodzić i ze zwyczajami i raczej szanse na znalezienie w pobliżu lepszego serwisu są mniej niż nikłe.

Szczęściem mój przyjaciel Wawa zabrał ze sobą i kawiarkę espresso i palnik gazowy, to zrobił nam koło namiotu świetną kawę-siekierę. Jak siekła, to na nogi, jak na sprężynach człek stanął. Zaś ognisko naturalne, z brewion drewnianych to już ja i rozpalałem i ognia domowego pilnowałem, jak należy. Nie na darmo za komuny jeszcze byłem harcerzem, LOL.

Noc nadeszła. Gwiazdy tam, w tej czerni absolutnej, to nie niebo oglądane na plażach blisko wielkich miast. To w ogóle nie czarne niebo z gwiazdkami większymi i mniejszymi! Skądże – to kobierzec wyhaftowany srebrną nicią tak gęsto, że czerni nieba trudno dostrzec. Gwiazd taka niezliczona ilość i tłok, że nic prawie nie widoczne: ani Orion ani Syriusz ani jakieś tam inne nie rozpoznawalne w tej ciżbie błyszczącej! Gdzież tam Mały czy Wielki Wóz, gdzież Wielka Niedźwiedzica i Strzelec, Bliźnięta! Gdy starasz się, jakiegoś porządku w tym harmiderze błyszczącym dopatrzeć z zadartą głową, to po chwili nie tylko porządku nie znajdujesz, tylko ci się jeszcze w tym łbie kręcić zaczyna, jak nić Ariadny. Hefajstos miał wykuć diadem dla tejże Ariadny, który z czasem bogowie olimpijscy umieścili na nieboskłonie, jako Koronę Północy. Więc w tę Koronę gapiłem się, jak głupi z oniemienia. Miało być w Koronie siedemdziesiąt gwiazd. Żarty na bok – na liczeniu do siedemdziesięciu we łbie mi się jeszcze nie kręci! Ale do kilkuset lub kilku tysięcy -oj tak. Zdaje się, że jeszcze i sputniki jakieś latały bliżej widnokręgu, bo wyraźnie cos tam pędzącego widać było. Meteory? Chyba nie, bo gdybym widział rozpalone do biała meteory, to bym pewnie już tego tekstu też napisać nie mógł, bo jakiś krater tunguski by się tu rozciągał, hi hi hi. Może i szkoda, bo by w końcu był święty spokój …

A resztki puszczy prastarej? Niczym czary-mary obrosłe mchami, z martwych i powalonych nowe olbrzymy wyrastały, ręce-gałęzie do nas wyciągały. Cóż tu pisać więcej, gdy nieprzystojne rymowanki same się na kartkę piszą, LOL. Czary-mary i basta.

Nie wiem nawet jakim sposobem kolejne wrażenie spisać, zapisać? Jak by racjonalnie to ująć, bez poetyckich aluzji, metafor, przenośni, bez onej licentia poetica? Ano nie sposób, choć najprościej, jak potrafię to opiszę.

Idziemy więc po omacku prawie w tej nocnej gęstwinie starej dżungli wychodząc w końcu na znajome skały, gdzie jaśniej, bo światła niebiańskie oblewają tą specyficzną sino-bladą łuną i skały i wodę. Przyjaciel żwawszy wpada od razu do wody i płynie. Nagle woła mnie podniecony czymś niesamowicie. Ostrożnie schodzę po głazach do wody, by się nie wywalić z tą nogą do kitu. Pyta: widzisz? No widzę wodę ciemną i nic więcej. On podchodzi bliżej do mnie i ręką robi łuk pod powietrznią wody i … aj wej! Nie wierzę własnym oczom. Każdy ruch ręki w wodzie zamienia się w płonący srebrny potok, jak struga rozgrzanej cyny lub srebra właśnie! Robię to samo i efekt ten sam. Skąd? Co? Dlaczego? Co to jest?!

A to właśnie (po późniejszym poszukiwaniu w świętych zwojach Internetu) bioluminescencja Copilot Search Brandingwytwarzana przez drobne nasionka glonu Pyrocystis noctiluca. Skąd, dlaczego? Ba, spytajcie Natury. Tak to już miliony lat temu sobie to ułożyła. Miliony, bo alga i glony są od nas dużo, dużo starsze. W sumie grzybnia jest z nimi spokrewniona, ale to temat na kolejne dwieście stron, więc go nie rozwinę.

A tego nocnego spaceru zaobserwowanie tego zjawiska naturalnej elektryki w oceanie i to elektryki darmowej i kompletnie nie parzącej, było dla mnie czymś na miarę odkrycia, że cuda się zdarzają.

Naturalnie idąc po ciemku przez ścieżki w puszczy nie brałem ani aparatu fotograficznego ani telefonu więc zdjęć tego zjawiska nie mam. I dobrze, bo cudów i tak fotografować nie da rady.

Wracając jechaliśmy bez pośpiechu. Był czas i na kąpiel w jeziorze Ruby, i odwiedzenie muzeum w rybackiej wiosce Skookumchuk Narrows (ponownie bezskuteczne szukanie kawy, LOL). A kawę (świetną) w końcu odnaleźliśmy w osadzie ponownie nad oceanem w Roberts Creek. Tam, gdzie co rok malują nową Mandalę. Każdy z wizytujących może część tej przepięknej i olbrzymiej mandali pomalować. I tamże ostatnie zatrzymanie się na morskiej znowu plaży. Połaziłem trochę po wodzie, ale była wyjątkowo i niespodziewanie wręcz lodowata, więc nie pływałem. Wawa bohatersko przez chwilę popływał, LOL.


BC Ferry prom ‘Malaspina’ z Earls Cove do Saltery Bay


[i] Sunshine Coast – popularne miejsce wycieczek uroczego wybrzeża Kolumbii Brytyjskiej, do którego wiodą połączenia promowe BC Ferry z Horseshoe Bay. Sunshine Coast jest częścią stałego lądu, ale i fragmentem wysokich i dzikich gór North Shore i nie ma możliwości przebicia przez te szczyty i wąskie doliny szosy. Dzięki zaś temu miejscowości i osiedla położone nad samym oceanem zachowały swoistą sielankowość, ciszę i resztki świata wczorajszego i samo Słoneczne Wybrzeże bardziej przypomina charakterem wyspę, niż stały ląd. I koniec. Finito.

[ii] Mermaids Cove

[iii] inna nazwa: Pacyfik Madrone

Rower, kwiaty, Stanley Park, plaża. Czyli Vancouver.

Rower, kwiaty, Stanley Park, plaża. Czyli Vancouver.

Bogumił Pacak-Gamalski

Dzień był piękny, słoneczny. Myślę – pojadę do Różanego Ogrodu w Stnley Park pokłonić się tym różom. Kolejką, od Nadbrzeża Pasażerów rowerem pojechać ulubioną trasą wzdłuż Fiordu Burrard.

To i pojechałem, capką miastkapelusza się kwiatom bajecznym, jak zaczarowanym do trawy pokłoniłem. A ciepło bardzo było, tom pomyślał: pojadę wzdłuż Zagubionej Laguny na Drugą Plażę i popływam trochę. Niby nie powinienem może, bo dopiero kilka dni temu miałem atak rwy kulszowej i szlag mnie mało nie trafił, bo to nie na tą moją nogę nieco pokiereszowaną już na stałe chyba … a na tą zdrową niby, LOL. Dwa dni nim z domu mogłem się ruszyć. Ale jestem uparta cholera i na takie ‘drobiazgi’ uwagi nie zwracam zbytnio. A pływanie bardzo pomaga w rozruszaniu kulasów. No to pojechałem, popływałem kilka razy. Za plecami Stanley Park, obok basen dla dzieciarni pełen zachwyconej drobnicy ludzkiej. A na plaży obok można rower rzucić, położyć się na piasku i co jakiś czas iść do wody morskiej i z lubością pływać, nurkować. Ah, żyć najpierw a umierać potem, bez pośpiechu z tym umieraniem.

Kiedyś z przyjacielem zrobiliśmy długą trasę od Stanley Parku na rowerze aż do Science Centre. Tom sobie tą drogę przypomniał i tak rowerem w kierunku domu pojechałem. Znaczy się do Science Centre, a od tego miejsca już do New Westminster kolejką. Zadowolony. Ciało też zadowolone.