Majówka konstytucyjna

Majówka konstytucyjna

Mój Trzeci Maj? Chorągwie, szturmówki, mównice i miód oratorski płynący z biało-czerwonych ust? Z biało czerwonych ust?! Czyliżby usta mogły by być białoczerwone?! A skądże! Ale czerwone usta i biała piana słowotokiem z nich się lejąca, to przypadek nie rzadki.

By w tą pułapkę ponentną nie wpaść – wsiadłem na rower, jechałem kilkanaści lub kilkadziesiąt kilometrów przez miasto, brzegiem fiordu, przez park prastary … na plażę opalać się i w wodzie (brrr, zimna jednak ciągle, LOL) baraszkować, pływać.

Czy patriotyczne to było? Opatrzność jedna wiedzieć może. Czy można być patriotycznym w mokrych gaciach? Bo ja wiem? Jak można ze szturmówką w bezpiecznym kraju pierś nadymać i brzuch wciagać wołając gromko: ‘jestem Polak-patriota!’, to pewnie można i w mokrych gaciach. Aliści nie wołałem – choć o dniu nie zapomniałem. Zrobiłem z Trzeciego Maja majówkę miłą.

Czytałem też ciągle zaczętego dni kilka temu Jorge Borgesa. Po raz wtóry jego pisma krytyczno-literackie, a nie jego wspaniałą twórczość poetycką. Jezu, jaki on elokwentny i inteligentny. Kiedyś (o ile pamiętam) gdy to czytałem, to byłem zachwycony jego erudycją i uwagami. Teraz mnie zmęczył. Chciałem krzyknąć: Jorge, idź się napij szklankę calvadosu i popuść sobie i mnie. Toż to nieprzyzwoite tak w głowach nam mącić. Zwłaszcza, gdy się jest na plaży, a obok ciałka że hej do oglądania i w zasadzie z praktycznego punktu widzenia – w negliżu. Nie trzeba nawet wodzy fantazji popuszczać. Zwyczajnie: na plaży, na patelni podane.

Więc Jorge zamknąłem byłem (zdaje się coś pokrzykiwał, wygrażał z oburzeniem) w plecaku i by awantur nie robił tom go był owinął ręcznikiem.  Niech ma – to Vancouver, a nie Buenos Aires. I Pacyfik, a nie Atlantyk.

A 3-ci Maj?  No po to jest – byśmy mieli wolne i byśmy byli wolni na robienie tego, co nam się spodoba.

Myślę, że Stasiu Poniatowski, by sie zgodził i też by na tą plażę ze mną poszedł. Podobno (tylko podobno) miał w młodości skłonności, LOL. Ale kochani, nie wpadajcie w panikę – każdy kiedyś miał lub mieć będzie skłonności do kogoś lub czegoś. I chwała za to wszystkim bogom wszystkich epok!

Rower, ocean, słońce i wrona

Rower, ocean, słońce i wrona

Długa wycieczka rowerowa do miejsc miłych i drogich. Nie pierwsza odkąd tu wróciłem, pewnie nie ostatnia. Tyle wspomnień z czasów bardzo odległych, z osobami bardzo drogimi, hen, gdzieś sprzed blisko dwudziestu laty. Od Waterfront rowerem wzdłuż wybrzeża w kierunku Stanley Parku. Ale zanim pojechałem tą trasą wzdłuż wody, tą pod mostem wiszącym – musiałem podjechać do Rose Garden. Tu mama z Irenką Kropińską podjeżdżały z Domu Kopernika, wzdłuż Kingsway trolejbusem #19. On pod sam Rose Garden właśnie pętlę robił. Robi dalej, tylko już nie ma tego Domu Kopernika, nie ma Irenki, i nie ma Mamy. A Ogród Różany pozostał…

Z tego Ogrodu wróciłem na trasę ścieżką betonową wzdłuż początków Fiordu Burrard. Zatrzymałem się przy moim ukochanym Siwash Rock, rzuciłem okiem na wiszący nad nami mostem Lions Gate. Zaprojektowanym porzez tego samego architekta, który podobny bardzo zbudował między Dartmouth a Halifax – tamtym lubiłem chodzić na piechotę, jeśli miałem czasu więcej.

Tak, jak wczoraj w Central Park w Burnaby – ludzi co niemoc. Ale moc jednak znaleźli, grupami i pojedynczo. Dojechałem do Trzeciej Plaży, ulubionej mojej Mamy. Zdarłem z siebie wierzchnie ubranie, ległem na piasku i żałowałem, że kąpielówek na zmianę nie wziąłem. Ale do wody wlazłem. Zimna, brrr. Sporo ludzi na plaży się wylegiwało, nikt wszak do wody się nie skorzył. A ja łaziłem, brodziłem. Szkoda, że tch kąpielówek nie brałem, to bym jednak popływał chwilę. Dzieciaki zbierały muszle, mewy się wydzierały i kłóciły o jakieś rozgwiazdy, czapla opodal ze stoickim spokojem stała na swoich długich nogach niezbyt z tego harmidru zadowolona. Na drugim końcu plaży jacyś Meksykanie grali coś na bębenkach i coś na przenośnym rożnie smażyli.

Potem podjechałem do swojej kawiarni Melriches na słodki łakoć i na kawę. I coś tam skrobałem w brudnopisie.

Mamy nie ma, Irenki też, nie ma Johna. A ja jestem. Niby po co? Po prostu tak? Zwyczajnie? Bez sceny operowej, bez omdlewających hrabianek i książątek wybladłych, w perukach upudrowanych?

A tu jednak tak samo: mewy wrzeszczą strasznie i tłuką się o jakąś małżę, ta czapla stoicka niczym posąg Apollona. Jest jej kompletnie obojętnie czy to ja, czy Apollo, czy jakaś Baba Jaga choćby.

Podleciała wrona mądra, zakrakała ze zrozumieniem w te słowa: nie zwracaj na te idiotki uwagi. One są zwyczajnie patetyczne w tej swojej głupocie. Jedyny szczyt, jak w życiu osiągnęły to szczyt Ignorancji. Patrz na tych, co wiedzą – i dlatego najczęściej milczą: wrony właśnie, wieloryby i delfiny. Ponoć mrówki i szczury też. Te są jednak tak małe, że ich rozmowy są trudne do usłyszenia.

Czy jest tak samo w twoich wędrówkach? Nie, nie jest. Są te same skały, drzewa i plaże. One żyją dużo dłużej i ciekawiej; drzewa sięgają na przykład chmur i stamtąd widza dużo dalej; wieloryby i delfiny znają głębie oceanów olbrzymich i brzegi wszystkich kontynentów.

Człowiek? Człowiek jest też ciekawy. Ale nie jest stale ten sam, ważne jednak jest by pamiętał kim był wczoraj. I kim był dekady temu. Jest słabszy fizycznie z upływem czasu, ale silniejszy mentalnie z tym upływem lat. Jeśli tylko pamięta. Więc pamiętaj – zakrzyczała wrona i odleciała.

Wszyscy kiedyś odlatują, odlecimy i my. Tą naukę wrona zapomniała mi powiedzieć. Ale za te inne byłem jej wszak wdzięczny. I to by było na tyle dzisiaj. A dzień był ładny. To też warto docenić.   

Spacer w Central Park w Burnaby

Spacer w Central Park w Burnaby

Wielkanoc tego roku jest cudowna. Tak jakby wykrzykiwała swoje pierwotne, przedchrześcijańskie znaczenie, swoją starosłowiańską pieśń odnowy, odrodzenia. Ciepło, jak w czerwcu, kwiaty wariują, ptaszki te mniejsze w tych krzewach skaczą i i śpiewają swoje piosenki wabiące partnerki – chodź, zobacz, jakie piękne gniazdko nam wyszykowałem!

Rower ‘pod pachę’ więc wziąłem i do kolejki w kierunku mego kochanego Central Parku w Burnaby. A tam ciżba, szerokimi alejkami aż trudno jechać i trzeba bardzo uważać tyle rodzin, spacerowiczów! A wszyscy uśmiechnięci, zadowoleni. No to i ja zadowolony. Bo uśmiech jest zaraźliwy, bardziej niż ponurowatość i gburstwo. Dobrze, że miałem plecak, to mogłem powoli wszystkie warstwy ubrania ściagać, aż w samych portkach zostałem siedząc w pełnym słońcu wpół pasa nagi. Dzieciaki zachwycone ogladaniem wielkich karpi podpływających do samego brzegu głównego jeziorka w parku. Mama też lubiła te karpie oglądać, gdy tu przjeżdżaliśmy.

Siedzę na ławce tak pół w negliżu i usmiecham się do tej dzieciarni. Pani w średnim wieku siada obok i zaczyna bardzo długa rozmowę. Kiwam głową, uśmiecham się grzecznie … i po chwili orientuję się, że kompletnie jej nie słucham, nie mam pojęcia  co i o czym mówi. Ale dalej się uśmiecham i głową potakuję, ha ha ha. Ona zadowolona, że ma słuchacza wolnego, ja zadowolony, że nie zwracam uwagi na jej szczebiot. Wilk syty i owca cała, a o to w końcu chodzi. Na tym całe tomiska filozofii od tysięcy lat się zasadzają. Zwykłe, proste.

Do stwau ppodchodzi grupa osób w średnim wieku. Słyszę, że rozmawiają po polsku. Miło. Uśmiecham się do nich, ale milcząco. Nie chce mi się jakichś  banalnych gadek zaczynać. Patrze tylko szybko czy znam te osoby, kilka twarzy jakby znajomych, ale nie kogę połaczyć ani z miejscem ani z nazwiskiem. Jedna pani zauważa, że sie patrze, uśmiecha się i mówi: dzień dobry panie Bogumile.  Odpowiadam zaskoczony i skinam głową: dzień dobry pani.  Ale rozmowy podjać nie mam ochoty. Słyszę jeszcze jak podchodzi do swojej grupki i lekko kierując głowę mówi im: to pan Bogumil Pacak-Gamalski tam na ławce. Usmiecham sie i ponownie, ale szybko zaczynam czytać z zajeciem książkę, którą ze sobą zabrałem. Naprawdę, po prostu nie che mi sie rozmawiać z nikim. Chcę patrzeć, obserwować. Wszystko to, ta sielanka wiosenna trochę przypomina oglądanie wystawy impresjonistów francuskich gdzieś w Paryżu, lub obrazów Chełmońskiego w galerii w Krakowie.  Ot i tyle. Dzień dobry, miłego dnia życzę.

Bridges, lake and crows …

Bridges, lake and crows …

Two stories in one. Bridges, for example. We know in Vancouver, that bridges are the backbone of our transportation. Fraser River is like an impenetrable natural border that separates two entities of our great multi-cities community: huge, deep, unforgivable. There is one equally mighty – it is, of course, the Burrard Inlet with one arm ending in Port Moody, the other in the Indian Arm fiord.

It starts with the poster-like Lions Gate Bridge – hanging over the entrance from English Bay to Burrard Inlet. Its name comes from two characteristic peaks of Coastal Mountains, resembling heads of two huge lions resting atop. Strangely enough, I have seen every morning and every evening almost identical bridge from the windows of our apartment in … Dartmouth. On the other end of Canada, by another ocean – Atlantic. It connects Dartmouth and Halifax. Drove, biked and walked across it probably hundreds of times. The similarity of these bridges was striking. Not by accident – that in Halifax and the one in Vancouver were designed by the same architect, Philip Pratley. In 1938 in Vancouver, and in 1955 in Halifax.

But for the majority of Vancouverites (that includes the majority of the multitudes of cities and town that make up the Greater Vancouver) it is Fraser River. If not for the bridges spanning the River (and a tunnel, very busy and vehemently disliked by travelers) – there would not be any Greater Vancouver. As simple as that.

Relatively new and modern Alex Fraser Bridge, oldest – Patullo, newest and impressive Riverview Bridge, Port Mann, and Golden Ears (connecting to Pitt River Bridge). 

Three of these bridges are very close to my heart: the oldest and first, Patullo; the Riverview, since I watched its ‘birth’ and Port Mann.  

Patullo – the oldest and first one to connect not only huge Surrey to Vancouver’s ports but originally to connect the USA farmers to trains and Vancouver’s ports – simply put: to international trade and shipments. Since I remember it was too old and too small twenty years ago. It outlived its purpose even before the monumental urban transformation of Central Surrey. And now, the other day, I witnessed the beginning of its dismantling starting on Westminster side.

Port Mann – seen it being build in 2012 and remember using the first, older one that was built in 1964, well before my time in Canada before. The current one is by far the most picturesque, especially when you see it from a distance – it appears like huge sails spanning the river.

Also remember, when the construction of Golden Ears Bridge finally connected Surrey and Langley toward Lougheed Highway, and across Pitt River to Maple Ridge.

/last picture – the opening of A.L. Macdonald Bridge in Halifax in 1953/

Lots of memories during my current, last sojourn in a place and land I have spent majority of my life. Thanks to my dear friend, who also likes travels, long walks – we visit many jewels of this amazing jungle of man-made structures of steel and cement and rich array of huge natural parks, beaches, protected areas of wilderness in the middle of this huge land of Greater Vancouver.

One of very dear to my heart is a vast wetland and marches of Burnaby Lake. I used to come here with my husband and my mom for long walks. But have not visited it since late 1990ties, when we moved to Capitol Hill in Burnaby, after our move from Calgary. It is sort of out of the way, tucked in a low laying valley. The other day I talked with my friend about it and he remarked that he has not been there for years, too, and asked suddenly: why don’t we drive today there? We did.

A kingdom of waterfowl and main gathering of thousands of crows for their daily ‘parliament’, that gathers here from all over Greater Vancouver. Nice, long trails for miles to walk, bike. We enjoyed it very much.

 

Drogi do Banff

Drogi do Banff

Droga do Banff. Droga z Vancouveru do serca Gór Skalistych; droga z Calgary z sercem pełnym pasji i miłości. Dwie drogi w dwóch bardzo różnych czasach i epokach.

Około czterdziestu lat temu jechaliśmy (ja i Mój Chłopak) pierwszy raz razem na Wigilię do hotelu w Panoramie koło Radium, mijaliśmy Banff po drodze. Długa, ale bardzo wygodna szosa #1 prowadziła prostą nitką do skrzyżowania z szosą 93 do tegoż hotelu. No właśnie – długa. Bardzo długa, gdy prowadzący i pasażer to dwóch młodych, zakochanych w sobie po uszy chłopaków. Trudno się przecież całować, gdy się prowadzi samochód na trasie szybkiego ruchu! Więc postojów było dużo. Oj …

Jakiś czas później, już porą letnią, jedziemy do Banff na dwa lub trzy dni łazikowania po okolicznych górach w uroczym wówczas małym Banff. Ba – jest ciepło na zewnątrz … a gorąco w samochodzie. No tak, też tych samych dwóch młodych, zakochanych po uszy chłopaków. W połowie drogi zjeżdżam w boczną, leśna drogę #64 do Sibbald Flats.  Znajdujemy cichy zakątek otulony młodym lasem świerkowym. Oczywiście, że się całujemy. I oczywiście, że na całowaniu się nie kończy. To tylko uwertura do całego Koncertu Pasji Młodości i Miłości.  Do Banff zajeżdżamy o zmroku, mimo, że normalnie jazda z Calgary, to nie dłużej niż godzina. Co zrobić – młodość i miłość to inne niż zwyczajne czasy. Inne zegary, inne doby.

Prawie cztery dekady później niespodzianie jadę do Banff z drugiej strony, znad Pacyfiku. Mój Chłopiec nie jest ani za kierownicą, ani na siedzeniu pasażera. Któregoś dnia, kiedy byliśmy na drugiej stronie kontynentu, nad Atlantykiem, uleciał mi w chmury. Zanim odleciał przypomniał mi jeszcze, że mnie kocha, ja wiedziałem, że jego kocham. No, ale uleciał. Jego czas się skończył. Też nie zupełnie jednak, bo po czarnych nocach rozpaczy zrozumiałem, że część jego została, zamieszkała we mnie. Tak długo, gdy mój czas odjazdu ostatecznego nie nastąpi. Może się wtedy spotkamy znowu, może nie. We snach, kiedy ze mną po odlocie rozmawiał, nie chciał mi tego jednoznacznie wyjaśnić. Więc nie wiem na pewno. Zobaczymy, lub właśnie może nie zobaczymy.  Póki jestem – to mam go stale w sobie. To mi wystarcza.

Jadę z przyjacielem, który ma się spotkać w Banff ze swoim przyjacielem z lat młodości jeszcze warszawskiej. Kiedyś był w Banff ale nie zna go aż tak dobrze, jak ja. Łazimy więc długimi kilometrami wokół zamarzniętej Bow River, wokół starego, monumentalnego Fairmont Hotel, gdzie kiedyś przed laty spotkałem i rozmawiałem z wielką gwiazdą Hollywood Jamesem Stewartem[i]. Idziemy do Banff School of Arts, gdzie kiedyś chodziłem na koncerty i gdzie bliski znajomy flecista Krzysztof Kaczka miał stypendium, gdzie kiedyś ja miałem dostać też swoje na pisanie – musiałem zrezygnować, bo inne wydarzenia w życiu nie pozwoliły na takie sabbatical.  Następnego dnia jedziemy do fantastycznego, mojego ulubionego w dawnych czasach, raju narciarskiego w Sunshine Village. Od czasu mojego wypadku samochodowego blisko rok temu moja lewa noga nie pracuje jak trzeba. W zasadzie spodziewałem się, że narty, zwłaszcza wysokogórskie, już nie są dla mnie. Aliści … nie ma lasu bez liści. Więc założyłem deski i … wio! Skłamałbym pisząc, że szusowałem, jakbym mógł rok temu. Ale radość jazdy mi zrobiły, mimo, ze chwilami bolesne i trudne. A potem kilka kilometrów do bazy już nie kolejka linową a droga w dół. Pierwszy i jedyny upadek miałem już przy parkingu, gdy się zatrzymałem by już odpiąć narty, źle chyba stanąłem i poleciałem na plecy, LOL. Następnego dnia pojechaliśmy nad Lake Louise i zamarzniętym na amen jeziorze złaziliśmy kilka dobrych kilometrów. Spoglądałem z ciepłym rozrzewnieniem na szczyty Mitry i Abberdeen, na lodowiec Victorii przy Lake Louise, hen po prawej ku Lake Agnes i przełęczy, którą kiedyś przechodziłem do Lake O’Hara i starego schroniska, gdzie przebywał kiedyś Jackson, jeden z malarzy słynnej Grupy Siedmiu; na moją ukochaną Mount Temple z bogami mieszkającymi na jej szczycie. Tym razem chyba naprawdę ostatni raz. Wiem, tyle już razy mówiłem, że gdzieś jestem ostatni raz … i nagle do tych miejsc wracałem. Ale tam już chyba faktycznie więcej nie pojadę. Ale jestem szczęśliwy, że pojechałem teraz. I w kompani serdecznej, dobrej.

A wracając zatrzymaliśmy się w Revelstoke na obiad w tym samym hoteliku, gdzie zawsze zatrzymywałem się z Moim Chłopcem, gdy jeździliśmy bardzo często z Vancouveru (mieszkaliśmy tu najdłużej) do Calgary odwiedzić jego rodzeństwo.

I to była historia moich podróży do Banff w Górach Skalistych.

poniżej link do historii malarzy z Grupy 7-miu

https://www.youtube.com/watch?v=7uSvO1PTbPY;


[i] James Stewart – Wikipedia – w Fairmont Hotel w Banff odbywają się od wielu lat Festiwale Filmów Telewizyjnych i na jednym z nich w latach 90tych Stewart zasiadał w jury festiwalowym.

Zimowy spacer w Stanley Park

Zimowy spacer w Stanley Park

Moja Lost Lagoon w moim Stanley Park. Czy jesteś zagubiona, tak jak ja? Dlaczego? Co lub kogo zgubiłaś, kto cię zostawił, lub opuścił?

Ach, wiem – tęsknisz do swojego morza, do spotkania ze skałą Siwasha. Tęsknisz do swojego odwiecznego Salish Sea[i]. Teraz jesteś wodą słodką, a byłaś zawsze słoną. A ja, pytasz? Ja ide w moje, popłatane ścieżki mojego starego parku. Nie sięgam swoja ludzką pamięcią dni, gdy ty byłaś słona i szczęśliwa. Ale pamiętam i poznaje Twoje szuwary i trzciny z pięknymi brązowymi pałkami, pamiętam wyspy pływające kwitnących nenufarów. Pamiętam głodny dotyk ust i rąk młodych kochanków parna nocą lata w dzikich alejach parku otaczającego ciebie. Potem kąpiel  nocną nagich ciał na Trzeciej Plaży[ii].  Potem … .

Potem, już nie było potem. Potężne fale Atlantyku, po drugiej stronie mego kanadyjskiego świata, rozbiły, rozmyły ścieżki do potem. Wymyły ze stron słownika słowo ‘potem’. Potem jest pustką, a nie oczekiwaniem. Potem jest tym samym każdego dnia, każdej nocy. Każdego roku. Dni, noce i lata podobne do siebie, jak dwie krople wody, przemijają beż śladu, następują po sobie trochę niechciane, niepożądane. Czas nie jest ani złośliwy, ani bezwzględny. On po prostu jest, płynie nie zatrzymując się. Czas nie ma czasu dla rzeczy tak mało użytecznych, jak człowiek.

                Cedry w moim parku w Vancouverze trwają prawie wiecznie, nigdy po prostu być nie przestają. Nim skruszy je śmierć dbają, by z ich korzeni, pni zmurszałych wyrastały już nowe, młode cedry. Swoisty rodzaj reinkarnacji botanicznej. Z prochu, próchnicy człowieka nie wyrasta nic, na pewno nie wyrasta nowy człowiek.

Więc śpiewaj puszczo dumna hymn życia. Niech cieszą się strumyki żywej wody płynące pośród twych korzeni. Spłyną do Zagubionej Laguny i opowiedzą o katharsis, o odradzaniu się, o trwaniu.

Wszak i ty, laguno powrócisz do morza, lub morze przyjdzie po ciebie, przytuli, przygarnie, jak macierz pamiętająca, trwająca wiernie.

Ja tylko jeszcze parę wierszy napiszę, kilka wierszy innych poetów przeczytam. I to wszystko. Wiersze to też tylko słowa, nic więcej. Przyjdzie wiatr i je porwie. Może rozsypie te słowa, jak nasionka, w jakimś starym parku i może drzewa je posłyszą w poszumie swych liści nim pofruną podmuchem i upadną – niepotrzebne – na bruki miasta, które też już dawno temu umarło. Miasta, którego ulice i domy będą kruszeć i zacznie powoli je zarastać trawa, krzewy i młode drzewa.

Tempus transit et homo est impermanens[iii]


[i] wody oblegające Vancouver, to część tego morza; cieśninę między Vancouverem a Wyspą Vancouver koloniści brytyjscy nazwali Georgia Straight na cześć panującego wówczas króla Jerzego III.

[ii] plaże morskie w Centrum Vancouveru nazywane są liczbami: od Pierwszej tuż przy moście Burrard, przez Drugą na wysokości Lost Lagoon, po najdalej wysuniętą Trzecią.

[iii] czas płynie, a człowiek przemija.

Fog in the Old City of the New World – Mgła w Starym Mieście Nowego Świata

Fog in the Old City of the New World – Mgła w Starym Mieście Nowego Świata

Continuation of my walks about with a camera in hand. Picture hunting, if you will. Of course, the term ‘Old City’ is heavy with irony, but the addition of ‘New World’ adds to it some justification. I do understand that in the Old World a hundred sixty odd years is an age of a baby, young teenager at best.

In New Westminster, December brings a lot with very foggy days and some time it combines the fog coming down from the slopes of mountains with the heavy fog flowing with the Fraser River from the valley.

An evening stroll through the main street , with the X-massy decorations combined with the New Year could be very charming. Romantic or magical. That’s how I was saying goodbye to the old year.

Powyżej zdjęcia z ostatniego w Starym Roku spaceru po starym mieście, otulonym opończą mgły i świątecznych neonów. Naturalnie, w Europie ta nazwa ‘stare miasto’ by była kompletnie niestosowna, LOL. Ale w Nowym Świecie sto sześćdziesiąt lat z okładem, to rawie antyk, LOL.

Poniżej zaś już przywitanie Nowego Roku w młodszym mieście – w Vancouverze.

The next day a stroll welcoming 2026 in younger city – Vancouver. And it does look splendidly at night time with all the lights and noise of modern metropolis.

Granvilles

Granvilles

In Old French ‘granville’ means simply an old village. Were to be more than just one Granville – it must be than – obviously, LOL – ‘granvilles.  Simple. Therefore I walked through and through three of them. Started from the bottom of an old, yet sadly no so much venerable anymore, Granville Street in Downtown Vancouver. It truly used to be a pleasure to walk that street in my younger years. There was everything in there: places to eat, drink, dance, and pick up fellow or girl for an evening of fun, an old opera, and symphony building. It offered entertainment for high prices, and for very moderate pockets alike. It truly was the main thoroughfare of Downtown, for girls and boys, for gay and straight.

It still is interesting, still offers a little bit of everything to everyone. But it lost its grandeur, certain elegance (mind you – not haute couture, but elegance nonetheless). If Davie is paradise for LGBTQ people, Robson for shoppers and Burrard for expensive shopping – Granville was everyone and everyone liked strolling through it. I did.  Still do, but with a bit of sadness and … anger at the City Hall for allowing it to reach such a state. We already lost the section of old Hasting Street with the vicinity of Carnegie Library and Granville is not far behind.

Next ‘granville’ on my walking escapade was the Granville Bridge. Everyone should do it once a year! It is such beautiful old bridge and very well maintained for walkers. The views of Waterfront Vancouver, the skyscrapers off the horizon of Metrotown and Brentwood are truly something to behold, similarly as the vistas of the sister Burrard Bridge, and of the English Bay and Bowen Island.  From that perspective you are reminded that Vancouver is still dear and beautiful city, regardless of all the shortcomings in the last decade.

Warszawa ma Aleje Jerozolimskie biegnące od Centrum ku Wiśłe i na most Poniatowskiego do Ronda Waszyngtona – Vancouver ma Ulicę Granville biegnąca od Centrum Vancouveru (Waterfornt przy fiordzie Burrard) na most Granville, a po drugiej stronie mostu – wysepkę Granville. Czyli są trzy Granville. Każdy ze swoim specyficznym charakterem i kolorytem. Od mostu poczynając otwierają się przepiękne widoki na zatokę Angielską (English Bay), uroczą architekturę Zachodniego Przedmieścia (West End), Stanley Park, a wszystko zamyka dość wysoka wyspa Bowen.

Po drugiej stronie mostu otwiera się widok na mała wysepkę Granville w dole. Dawniej czysto przemysłowy i mało ciekawy teren dla różnych warsztatów i fabryczek – dziś zaczarowany świat sklepików, galerii sztuk, teatrów, strumieni, hoteliku, kafejek, restauracji i świetnego targu, gdzie znajdziesz każdy towar. Cóż dziwnego, że tą właśnie nazwę wybrano – granville, czyli w starofrancuskim: gościniec.  Bo gościniec musi podróżnego kolaską dowieźć i do gospody z noclegiem i pożywieniem, i do straganów przekupek lokalnych. A zawsze gdzieś na targu znajdzie się skrzypek, śpiewak, jaką trupa cyrkowo-teatralna.

Przechodząc koło Front Theater przypomniałem występy tam samej wspaniałej warszawskiej gwiazdy teatru – Magdy Zawadzkiej. Grała tam z naszym, z Vancouveru rodem, amatorskim Teatrem Popularnym. W 2011 występował tu Teatr im. Stefana Żeromskiego w Kielcach z niesamowitą inscenizacją „Samotności pól bawełnianych” Bernarda Coltesa, o czym pisałem na łamach Instytutu Teatralnego im. Raszewskiego[i]. Szerzej o teatrze polskim w Kanadzie pisałem w szkicu historycznym w nr 5 w 2009  Rocznika Twórczości „Strumień”[ii].

A te galeryjki sztuk wizualnych, ach! Co za urocze miejsca i chwile w nich spędzone nie do zapomnienia. Tego dnia spotkałem się tam w Galerii Federacji Artystów Kanadyjskich z Aldoną Dyk, która miała tam jedną ze swoich prac w aktualnej serii wystawienniczej. Długa i świetna rozmowa z nia i jej przyjaciółka, kanadyjska malarką o malarstwie, która szybko popłynęła od warsztatu malarskiego ku teorii sztuki, i dalej na szerokie wody filozoficzno-estetyczne o jej roli w poznawaniu świata i człowieka. Wcześniej nieco wprost fantastyczna wizyta w następnej, bardzo specjalnej, galerii i warsztatach artystycznych „Arts Umbrella”[iii]. Ta galeria i programy, które oferuje, jest całkowicie poświęcona dzieciom i młodzieży artystycznej, zwłaszcza tej, która być może nie miałaby dostępu do tego rodzaju twórczego rozwoju swej osobowości i talentów. Ja byłem zaszokowany dojrzałością, głębią i szalenie silna emocjonalnością oglądanych na ich wystawie prac.


[i] Wstrząsające przeżycie teatralne | e-teatr.pl

[ii] Strumień Rocznik Twórczości Polskiej – Wikipedia, wolna encyklopedia

[iii] Arts Umbrella | Arts Education in Metro Vancouver

Frankfurt nad Menem we mgle smutku

Frankfurt nad Menem we mgle smutku

Straszny smutek mnie dziś ogarnął. Nadszedł gdzieś z chmurami i mgłami jesieni i z odlotem przyjaciela na krótka wizytę do Polski. I nie ten jego odlot, nie ta wizyta w Warszawie, ale kilkugodzinny jego pobyt we Frankfurcie. Frankfurt kocham wyjątkowo. 

Sturm Und Drang[i] tam się zaczął od Goethego i Schillera, synów tego cudownego miasta. Okresu, który do dziś ma , po Renesansie, największy wpływ na charakter Polski i Polaków.  Nolens volens, i mój. Ze wszystkimi tego pozytywnymi negatywnymi konsekwencjami. Mickiewicz widział się zresztą z Goethem, choć nie była to zbyt budująca rozmowa i Goethe przyjął go początkowo chłodno, nie mniej później spotykał się z nim  w Weimarze kilkakroć. Sam Goethe był już uznanym pół-bogiem nowego kierunku i nic mu prawie mało znany poeta z Polski, której na mapie nie było, nie oferował ciekawego wedle jego początkowej opinii.

Nie o Goethem jednak ani o Mickiewiczu chcę tu pisać i nic to z moim uczuciem do Frankfurtu wspólnego nie ma – poza oczywistym faktem, że tam się wychował i urodził i miłe chwile z jego domu-muzeum opodal Klasztoru Karmelitanek wspominam. Miłe było też przesiadywanie zawsze na ławce blisko jego pomnika i blisko pomnika Schillera.

Frankfurt – poza wszelkimi i licznymi atrakcjami dla ducha i ciała (oj, tak – LOL) – to dla mnie kolebka dzisiejszej Europy Centralnej. Mojej Europy. To tu z państwa Franków (stąd nazwa) przybył Karol Wielki i rozpoczął marsz na Pomorze Przednie.  Na Połabach (dzisiejsze tereny Hamburga i Schwerinu), w dolinach Łaby (Elbe) trochę sobie wielokrotnie zęby pokruszył. W tamtym już czasie Połabianie ulegli sporej germanizacji. Z ciekawostek warto dodać, że już w czasach współczesnych ostatni Książę panujący na ziemiach niemieckich, władca Meklemburgii, był w prostej linii potomkiem właśnie Księcia i władcy Słowian połabskich. Karol Wielki tak jego zdolnościami wojskowymi był zafascynowany, że za oddanie hołdu i poddania się woli Karolinga -uznał wasalską władzę tegoż księcia słowiańskiego na ziemi połabskiej.  

Później zwiedzałem oszałamiający wręcz w przepychu pałac tych Książąt w Schwerinie . Oglądałem, to mało – w ogrodach tego parku robiliśmy sesję zdjęciową ślubu mojej córki chrzestnej.  Jakież to losy ludzkie są dziwne, zaiste.

Wracajmy do Frankfurtu jednak kochanego. Pisząc przyjacielowi, co powinien w tymże Frankfurcie zobaczyć – uderzyła mnie realizacja, że ja chyba tam już nigdy nie zawitam. Że pewnie albo tu szczeznę, albo w Polsce gdzieś, krótko po planowanym tam powrocie.  Że już w tym grodzie nad Menem szerokim nie będę chadzał śladami początków nowożytnej Europy, mojej Europy. Nie pójdę tymi szerokimi bulwarami nad tą rzeką z mamą pod rękę, tak jak chadzaliśmy tam –onegdaj zda się .

Czasem zatrzymywałem się tylko, w przelotach, na kilka godzin, czasem na noc lud dwie. Wtedy to ho, ho, poszaleć można było. Stara Hesja nie wiedziała, co to szaleństwa pókim ja tam nie zawitał, LOL.

Mama bardzo Frankfurt lubiła, byliśmy tam razem dwa lub trzy razy. Lubiła lody jeść przy Hauptwache i spacerować powoli bulwarami nad Menem. Nocowaliśmy na ogół w jednym z dwóch hotelików tuż przy Dworcu Głównym, bo były tanie i rano dawali niezłe śniadanie. Raz jeden wracając z Polski do Kanady pojechaliśmy do Frankfurtu pociągiem z Berlina tą przepiękną trasą wzdłuż wijącego się Renu, z wysokimi wzgórzami po obu stronach doliny, wieżami starych niemieckich zamków, koło Ratyzbony skąd przybyła do nas Królowa Rycheza. Potem pociąg skręcał ostro na północ i jechał do Frankfurtu.

Ale – jak zawsze ze mną – prócz szaleństw czas musiał się znaleźć na refleksje, na zachwyt jakimś brylancikiem historii, opowieścią muzyczną lub literacką.  A tych tam dużo. Choćby ta śmieszna rzecz, że Miasto Karola Wielkiego ma barwy biało-czerwone i godło … białego Orła w złotej koronie.

Więc gdym pisał przyjacielowi, jaką ulicą warto przejść … nagle sam chodziłem tymi samymi ulicami pamięci. Dziwne i smutne nieco uczucie. Uczucie-przeczucie?  Gdy bogowie rozdają karty, śmiertelnik musi się z ich wyrokiem pogodzić.

Pożegnanie

Johann Wolfgang Goethe

Niechaj oczy ci wyszepcą
Pożegnanie: wargi drżą
Cięzko, o jak ciężko rzec to…
A dojrzały przeciem mąż!

Jakiż nikły w tym momencie
Każdy uczuć jawny pąk:
Zimne – twoich warg dotknięcie
Słaby – uścisk twoich rąk

Dawniej całus… gdzieś… w pośpiechu – 
O, jak cudny był to szał!
Tak fijołki nam uciechą,
Kto jest w marcu pierwsze rwał.

Nic już nie mam do zerwania – 

Brakło kwiatów, brakło róż:
Wiosna wkoło, miła Franiu,
Dla mnie jesień… jesień już…[ii]


[i] epoka Szturmu i Naporu w kulturze europejskiej, początek romantyzmu

[ii] Pożegnanie – Johann Wolfgang Goethe