Mistrzostwa FIFA, plaża, pływanie – Vancouver

Mistrzostwa FIFA, plaża, pływanie – Vancouver

Vancouver był dziś piękny. Naturalnie wszystko wkolorach i barwach Mistrzostw Świata Piłki Nożnej.

Kawałek meczu oglądałem nwet na wielkim ekranie w barze starego Sylvia Hotel. Szkocja i Haiti. Szkocja wygrała 1:0, ale Haitańczycy bez przerwy atakowali i byli w zdecydowanej ofensywie. Ładne zagrania, obie drużyny w świetnej formie.

Dawno zawodów sportowych już nie oglądałem. ale co widziałem dziś podobało mi się.

To już czwarte wielkie wydarzenia sportowe w miastach, gdzie mieszkałem w Kanadzie.

Najpierw Olimpiada Zimowa w Calgary w 1988 – ostatnia bodaj, która nie zniszczyła finansów miasta. Przeciwnie – wsparła je, rozwinęła i była absolutnym plusem dla mieszkańców. Ze względu na pełnione wóczas społeczne funkcje miałem kontakt bezpośredni z polskimi olimpijczykami i dostęp do Wioski Olimpijskiej na terenach Uniwerytetu Calgary, a dzięki temu poznałem tam słynnego Briana Orsera – srebnego mealistę w jeździe figurowej na łyżwach, jednego z najzdolniejszych łyżwiarzy na świecie w tamtej epoce. Potem byłem w Vancouverze w czasie XXI Olimpiady Zimowej w Vancouverze. Nie byłem w niej zaangażowany … ale miałem mały udział w organizowaniu pierwszego w historii igrzysk olimpijskich Pawilonu LGBTQ. Został oficjalnie zaaprobowany przez MKOL[i] i od wówczas stał się częścią kolejnych olimpiad. Ale dla samego miasta i prowincji ta olimpiada wypracowała olbrzymie zadłużenie i kryzys finansowy. I generalnie była miastu zbędna. Zagrały ambicje i emocje polityków. Tylko, że politycy nie opłacają kosztów ze swoich kieszeń – płacą je mieszkańcy miasta. Vancouver i tak sławy szukać nie musi. Było i jest jednym z najpiękniejszych miast na świecie, z olimpiadą czy bez olimpiady. Przez swoje naturalne piękno położenia między górami a oceanem.

W Halifaksie nad Atlantykiem byłem świadkiem (bez jakiegokolwiek udziału formalnego czy nieformalnego) Mistorzstw Świata Juniorów w hokeju na lodzie. Jako, że hokej był wynalazkiem Nowej Szkocji (Woolfville to miejsce narodzin tego sportu) było to wydarzenie bardzo popularne i nie złamało finansowego kręgosłupa prowincji.

Teraz Mistrzostwa Świat w Piłce Nożnej. Też trochę ‘na wyrost’, bo na boga miłego do potentatów tego sportu raczej nie należymy. Ale na szczęście te Mistrzostwa zorganizowane ex equo aż w trzech państwach: Meksyku, USA i Kanadzie.

Piłką nożną zarządza na świecie FIFA[ii], która jest żmiją bardzo wysoko opłacanych ‘działaczy’, ci zaś mają równie wysokie wynagrodzenie i oczekiwania, czego dowodem jest idiotyczne przyznanie idiotycznej „Narody Pokojowej MKOL” dla Trumpa przez idiotę Gianni Infantino (nazwisko niby wskazuje infantylność, ale raczej pies kuty na cztery łapy). A myślałem, że MKOL jest do przyznawania nagród sportowcom za ich osiągnięcia, a nie politykom za działalność ze sportem nie zwiazaną.

Ah, jednej jeszcze olimpiady nie wymieniłem. Jedynej w której brałem udział, jako zawodnik i wygrałem trzy medale! Nie, nie żartuje, poważnie. Mam nawet do dziś w szpargałach odpowiednie dyplomy. Sto lat temu (lub blisko setki, LOL) na Agrykoli warszawskiej była olimpiada szkół średnich. Startowałem tam aż w trzech dyscyplinach: bieg na 100 metrów (zawsze byłem krtókodystansowcem, ha ha ha), skok w dal i … rzut oszczepem. Tym oszczepem trener mnie wybłagał, bo kolega, który miał to zrobić … nie pojawił się. No to rzuciłem. Pierwszy i bodaj ostatni raz w życiu. Dostałem dwa pierwsze miejsca za skok i sprint i trzecie za ten oszczep. Możliwe, że tylko trzech zawodników wystąpiło w tej kategorii i dzięki temu te trzecie miejsce zdobyłem. Nie pamiętam, ale bym się nie ździwił.

Aliści nic bez wiśni! O Vancouverze być miało. Miasto całe przystrojone, wszędzie ślady tego międzynarodowego widowiska. Wokół stadionu i Science Centre ulice pozamykane. Ale ludzie, zwłaszcza młodzi, chodzą grupami i na Granville Street, i na Robson Street i gdziekolwiek. Miło było zwyczajnie popatrzeć.


[i] Międzynarodowy Komitet Olimpijski

[ii] Fédération Internationale de Football Association

Orgie i saturnalia Natury

Orgie i saturnalia Natury

Proszę Szanownego Państwa – niech wam się nie wydaje bynajmniej, że człowiek prym wiedzie w erotycznych eskapadach, wzdychaniach i ochach w Siódmym Niebie ziemskich pożądań.

A kudy! Natura, gdy wpadnie w więzy chuci o zachodzie słońca – to dopiero chuci żądza!

Takoż i wczorajsza eskapada popołudniowa na kąpiel w bajecznej wodzie zatoki w Crescent Beach. Orły nad głowami, cudownie orzeźwiająca głęboka zielono-stalowa woda, nagrzane głazy i kamienie na brzegu, smażące się w słońcu półdupki nagusów to nic jeszcze, to nie żądza ani chuć – to wzdychania i marzenia dość niezgrabnych istoto ludzkich. Natura o zachodzie – to dopiero orgie niekończące się. Porywające w swoim wieczornym spektaklu kolorów i kształtów! Szerokie rozlewiska Nikomekl River kilka kilometrów za Crescent Beach – to raj przyrody równy Ogrodom Semiramidy.

Beach time season officially opened

Beach time season officially opened

It was rather late time of the day, but nonetheless I boarded the comfortable coach (with modern mechanical horses under the hood, LOL) of my travelling companion and off we went to our favorable place – South Surrey Crescent Beach. Of course to the wild part of rocky beaches for naturalist (yeah, the ones, who walk and swim void of single piece of clothing).

Water was clear as crystal, cool but very friendly. Love that spot. Afterwards we went for gorgeous paths on natural meadows and marches at the other end of the beach. It’s truly marvelous – remember and respect the rules: it is protected and very delicate area. Follow strictly only the narrow walkways and do not stray into the meadows – the meadows are the kingdom of many little birds, who nest there. There is not many meadows like that in the vicinity of large cities, so do respect it. I was overjoyed.

Sezon plażowo-pływacki rozpoczęty oficjalnie. Pojechaliśmy z przyjacielem wczoraj późnym popołudniem do ulubionej plaży Crescent Beach w South Surrey. Naturalnie na plażę golasów, na kamlotach. Ale woda tam jest cudowna, czysta, nie ma przepełnienia i prawie zawsze wszyscy obok to starzy bywalcy i bardzo respektujący otoczenie i sąsiadów.. Woda zimna jeszcze ale już po pierwszym lekkim szoku bardzo miła do pływania, nurkowania. W odróżnieniu od plaż w Vancouverze wokół English Bay, które tej przezroczystośi i bogactwa morskiej flory i fauny nie posiadają.

Po kąpieli podjechaliśmy, już przy początkach kolorów zachodu słońca, na przeurocze łąki i mokradła drugiego końca Crescent. To tereny pod ochroną, rezerwaty flory i fauny brzegowej. Bajeczne kwiaty i krzewy jakie trudno w pielęgnowanych ogrodach miejskich znaleźć. I ta masa ptasiej drobnicy, która w tych łąkach uwinęła sobie gniazdka. Proszę więc nie schodzić ze ścieżek w te łąki, bo to tak jakby włazić w eleganckie salony w upapranych błotem walonkach. Ten spacer najbardziej mnie zachwycił, bo łąki kocham.

Central Park, bike, ducks…

Central Park, bike, ducks…

Yesterday was a nice day, sunny. yet not hot. As my last few days were not the best, I decided to give myself some exercise and took the bike, went to the Skytrain and went to Central Park in Burnaby. No, not to the one in New York, LOL.

Always had a sentimental attachment to it and many happy memories. It was a nice idea. Although the part by the stadium and parking lot were totally taken by hundreds of people in colorful long saris and dresses, having their lunches/dinners on the the grass – I ventured into my own long trails, revisiting little hidden gems I remembered very well.

After a while, I biked to the shore of that wonderful lake there, with its green waters, huge carps swimming lazily, ducks and geese.

Was even able to find a nice bench by the shore and just relax. Relax – something I needed. With a book about Andre Gide in hand.

A pair of lovely ducks seemed to be a bit tired of a swarm of young kids, who were making very noisy commotion right on the edge of the lake and it seemed to be too much for the fowl family. So a pair simply walked out off the lake, marched right to my bench and simple sat next to my feet. I understood and agreed with them: too much is sometime too much. Period. There we were, the three of us seeking solitude.

On the way back to the Skytrain I changed my mind. Why taking the train? Burnaby is on a high plateau and New Westminster in the low valley of Fraser River, so why not bike home? Never mind that a long bike on busy streets is not my cup of coffee. But than I found on my phone a direction to take the BC Parkway designed for bikers. Off I went. What a beautiful path! Through places I recognized from many years ago, and places I have never been to (that I remember off). The very last leg of the trail was awful, as it takes you down to Memorial Drive and Highway 99 and you have no choice but bike on the edge of the busy highway with cars and trucks whizzing by. Still, all in all it was a nice experience. An old fart with half-broken leg biking on a long busy highway. LOL.

Majówka konstytucyjna

Majówka konstytucyjna

Mój Trzeci Maj? Chorągwie, szturmówki, mównice i miód oratorski płynący z biało-czerwonych ust? Z biało czerwonych ust?! Czyliżby usta mogły by być białoczerwone?! A skądże! Ale czerwone usta i biała piana słowotokiem z nich się lejąca, to przypadek nie rzadki.

By w tą pułapkę ponentną nie wpaść – wsiadłem na rower, jechałem kilkanaści lub kilkadziesiąt kilometrów przez miasto, brzegiem fiordu, przez park prastary … na plażę opalać się i w wodzie (brrr, zimna jednak ciągle, LOL) baraszkować, pływać.

Czy patriotyczne to było? Opatrzność jedna wiedzieć może. Czy można być patriotycznym w mokrych gaciach? Bo ja wiem? Jak można ze szturmówką w bezpiecznym kraju pierś nadymać i brzuch wciagać wołając gromko: ‘jestem Polak-patriota!’, to pewnie można i w mokrych gaciach. Aliści nie wołałem – choć o dniu nie zapomniałem. Zrobiłem z Trzeciego Maja majówkę miłą.

Czytałem też ciągle zaczętego dni kilka temu Jorge Borgesa. Po raz wtóry jego pisma krytyczno-literackie, a nie jego wspaniałą twórczość poetycką. Jezu, jaki on elokwentny i inteligentny. Kiedyś (o ile pamiętam) gdy to czytałem, to byłem zachwycony jego erudycją i uwagami. Teraz mnie zmęczył. Chciałem krzyknąć: Jorge, idź się napij szklankę calvadosu i popuść sobie i mnie. Toż to nieprzyzwoite tak w głowach nam mącić. Zwłaszcza, gdy się jest na plaży, a obok ciałka że hej do oglądania i w zasadzie z praktycznego punktu widzenia – w negliżu. Nie trzeba nawet wodzy fantazji popuszczać. Zwyczajnie: na plaży, na patelni podane.

Więc Jorge zamknąłem byłem (zdaje się coś pokrzykiwał, wygrażał z oburzeniem) w plecaku i by awantur nie robił tom go był owinął ręcznikiem.  Niech ma – to Vancouver, a nie Buenos Aires. I Pacyfik, a nie Atlantyk.

A 3-ci Maj?  No po to jest – byśmy mieli wolne i byśmy byli wolni na robienie tego, co nam się spodoba.

Myślę, że Stasiu Poniatowski, by sie zgodził i też by na tą plażę ze mną poszedł. Podobno (tylko podobno) miał w młodości skłonności, LOL. Ale kochani, nie wpadajcie w panikę – każdy kiedyś miał lub mieć będzie skłonności do kogoś lub czegoś. I chwała za to wszystkim bogom wszystkich epok!

Rower, ocean, słońce i wrona

Rower, ocean, słońce i wrona

Długa wycieczka rowerowa do miejsc miłych i drogich. Nie pierwsza odkąd tu wróciłem, pewnie nie ostatnia. Tyle wspomnień z czasów bardzo odległych, z osobami bardzo drogimi, hen, gdzieś sprzed blisko dwudziestu laty. Od Waterfront rowerem wzdłuż wybrzeża w kierunku Stanley Parku. Ale zanim pojechałem tą trasą wzdłuż wody, tą pod mostem wiszącym – musiałem podjechać do Rose Garden. Tu mama z Irenką Kropińską podjeżdżały z Domu Kopernika, wzdłuż Kingsway trolejbusem #19. On pod sam Rose Garden właśnie pętlę robił. Robi dalej, tylko już nie ma tego Domu Kopernika, nie ma Irenki, i nie ma Mamy. A Ogród Różany pozostał…

Z tego Ogrodu wróciłem na trasę ścieżką betonową wzdłuż początków Fiordu Burrard. Zatrzymałem się przy moim ukochanym Siwash Rock, rzuciłem okiem na wiszący nad nami mostem Lions Gate. Zaprojektowanym porzez tego samego architekta, który podobny bardzo zbudował między Dartmouth a Halifax – tamtym lubiłem chodzić na piechotę, jeśli miałem czasu więcej.

Tak, jak wczoraj w Central Park w Burnaby – ludzi co niemoc. Ale moc jednak znaleźli, grupami i pojedynczo. Dojechałem do Trzeciej Plaży, ulubionej mojej Mamy. Zdarłem z siebie wierzchnie ubranie, ległem na piasku i żałowałem, że kąpielówek na zmianę nie wziąłem. Ale do wody wlazłem. Zimna, brrr. Sporo ludzi na plaży się wylegiwało, nikt wszak do wody się nie skorzył. A ja łaziłem, brodziłem. Szkoda, że tch kąpielówek nie brałem, to bym jednak popływał chwilę. Dzieciaki zbierały muszle, mewy się wydzierały i kłóciły o jakieś rozgwiazdy, czapla opodal ze stoickim spokojem stała na swoich długich nogach niezbyt z tego harmidru zadowolona. Na drugim końcu plaży jacyś Meksykanie grali coś na bębenkach i coś na przenośnym rożnie smażyli.

Potem podjechałem do swojej kawiarni Melriches na słodki łakoć i na kawę. I coś tam skrobałem w brudnopisie.

Mamy nie ma, Irenki też, nie ma Johna. A ja jestem. Niby po co? Po prostu tak? Zwyczajnie? Bez sceny operowej, bez omdlewających hrabianek i książątek wybladłych, w perukach upudrowanych?

A tu jednak tak samo: mewy wrzeszczą strasznie i tłuką się o jakąś małżę, ta czapla stoicka niczym posąg Apollona. Jest jej kompletnie obojętnie czy to ja, czy Apollo, czy jakaś Baba Jaga choćby.

Podleciała wrona mądra, zakrakała ze zrozumieniem w te słowa: nie zwracaj na te idiotki uwagi. One są zwyczajnie patetyczne w tej swojej głupocie. Jedyny szczyt, jak w życiu osiągnęły to szczyt Ignorancji. Patrz na tych, co wiedzą – i dlatego najczęściej milczą: wrony właśnie, wieloryby i delfiny. Ponoć mrówki i szczury też. Te są jednak tak małe, że ich rozmowy są trudne do usłyszenia.

Czy jest tak samo w twoich wędrówkach? Nie, nie jest. Są te same skały, drzewa i plaże. One żyją dużo dłużej i ciekawiej; drzewa sięgają na przykład chmur i stamtąd widza dużo dalej; wieloryby i delfiny znają głębie oceanów olbrzymich i brzegi wszystkich kontynentów.

Człowiek? Człowiek jest też ciekawy. Ale nie jest stale ten sam, ważne jednak jest by pamiętał kim był wczoraj. I kim był dekady temu. Jest słabszy fizycznie z upływem czasu, ale silniejszy mentalnie z tym upływem lat. Jeśli tylko pamięta. Więc pamiętaj – zakrzyczała wrona i odleciała.

Wszyscy kiedyś odlatują, odlecimy i my. Tą naukę wrona zapomniała mi powiedzieć. Ale za te inne byłem jej wszak wdzięczny. I to by było na tyle dzisiaj. A dzień był ładny. To też warto docenić.   

Spacer w Central Park w Burnaby

Spacer w Central Park w Burnaby

Wielkanoc tego roku jest cudowna. Tak jakby wykrzykiwała swoje pierwotne, przedchrześcijańskie znaczenie, swoją starosłowiańską pieśń odnowy, odrodzenia. Ciepło, jak w czerwcu, kwiaty wariują, ptaszki te mniejsze w tych krzewach skaczą i i śpiewają swoje piosenki wabiące partnerki – chodź, zobacz, jakie piękne gniazdko nam wyszykowałem!

Rower ‘pod pachę’ więc wziąłem i do kolejki w kierunku mego kochanego Central Parku w Burnaby. A tam ciżba, szerokimi alejkami aż trudno jechać i trzeba bardzo uważać tyle rodzin, spacerowiczów! A wszyscy uśmiechnięci, zadowoleni. No to i ja zadowolony. Bo uśmiech jest zaraźliwy, bardziej niż ponurowatość i gburstwo. Dobrze, że miałem plecak, to mogłem powoli wszystkie warstwy ubrania ściagać, aż w samych portkach zostałem siedząc w pełnym słońcu wpół pasa nagi. Dzieciaki zachwycone ogladaniem wielkich karpi podpływających do samego brzegu głównego jeziorka w parku. Mama też lubiła te karpie oglądać, gdy tu przjeżdżaliśmy.

Siedzę na ławce tak pół w negliżu i usmiecham się do tej dzieciarni. Pani w średnim wieku siada obok i zaczyna bardzo długa rozmowę. Kiwam głową, uśmiecham się grzecznie … i po chwili orientuję się, że kompletnie jej nie słucham, nie mam pojęcia  co i o czym mówi. Ale dalej się uśmiecham i głową potakuję, ha ha ha. Ona zadowolona, że ma słuchacza wolnego, ja zadowolony, że nie zwracam uwagi na jej szczebiot. Wilk syty i owca cała, a o to w końcu chodzi. Na tym całe tomiska filozofii od tysięcy lat się zasadzają. Zwykłe, proste.

Do stwau ppodchodzi grupa osób w średnim wieku. Słyszę, że rozmawiają po polsku. Miło. Uśmiecham się do nich, ale milcząco. Nie chce mi się jakichś  banalnych gadek zaczynać. Patrze tylko szybko czy znam te osoby, kilka twarzy jakby znajomych, ale nie kogę połaczyć ani z miejscem ani z nazwiskiem. Jedna pani zauważa, że sie patrze, uśmiecha się i mówi: dzień dobry panie Bogumile.  Odpowiadam zaskoczony i skinam głową: dzień dobry pani.  Ale rozmowy podjać nie mam ochoty. Słyszę jeszcze jak podchodzi do swojej grupki i lekko kierując głowę mówi im: to pan Bogumil Pacak-Gamalski tam na ławce. Usmiecham sie i ponownie, ale szybko zaczynam czytać z zajeciem książkę, którą ze sobą zabrałem. Naprawdę, po prostu nie che mi sie rozmawiać z nikim. Chcę patrzeć, obserwować. Wszystko to, ta sielanka wiosenna trochę przypomina oglądanie wystawy impresjonistów francuskich gdzieś w Paryżu, lub obrazów Chełmońskiego w galerii w Krakowie.  Ot i tyle. Dzień dobry, miłego dnia życzę.

Bridges, lake and crows …

Bridges, lake and crows …

Two stories in one. Bridges, for example. We know in Vancouver, that bridges are the backbone of our transportation. Fraser River is like an impenetrable natural border that separates two entities of our great multi-cities community: huge, deep, unforgivable. There is one equally mighty – it is, of course, the Burrard Inlet with one arm ending in Port Moody, the other in the Indian Arm fiord.

It starts with the poster-like Lions Gate Bridge – hanging over the entrance from English Bay to Burrard Inlet. Its name comes from two characteristic peaks of Coastal Mountains, resembling heads of two huge lions resting atop. Strangely enough, I have seen every morning and every evening almost identical bridge from the windows of our apartment in … Dartmouth. On the other end of Canada, by another ocean – Atlantic. It connects Dartmouth and Halifax. Drove, biked and walked across it probably hundreds of times. The similarity of these bridges was striking. Not by accident – that in Halifax and the one in Vancouver were designed by the same architect, Philip Pratley. In 1938 in Vancouver, and in 1955 in Halifax.

But for the majority of Vancouverites (that includes the majority of the multitudes of cities and town that make up the Greater Vancouver) it is Fraser River. If not for the bridges spanning the River (and a tunnel, very busy and vehemently disliked by travelers) – there would not be any Greater Vancouver. As simple as that.

Relatively new and modern Alex Fraser Bridge, oldest – Patullo, newest and impressive Riverview Bridge, Port Mann, and Golden Ears (connecting to Pitt River Bridge). 

Three of these bridges are very close to my heart: the oldest and first, Patullo; the Riverview, since I watched its ‘birth’ and Port Mann.  

Patullo – the oldest and first one to connect not only huge Surrey to Vancouver’s ports but originally to connect the USA farmers to trains and Vancouver’s ports – simply put: to international trade and shipments. Since I remember it was too old and too small twenty years ago. It outlived its purpose even before the monumental urban transformation of Central Surrey. And now, the other day, I witnessed the beginning of its dismantling starting on Westminster side.

Port Mann – seen it being build in 2012 and remember using the first, older one that was built in 1964, well before my time in Canada before. The current one is by far the most picturesque, especially when you see it from a distance – it appears like huge sails spanning the river.

Also remember, when the construction of Golden Ears Bridge finally connected Surrey and Langley toward Lougheed Highway, and across Pitt River to Maple Ridge.

/last picture – the opening of A.L. Macdonald Bridge in Halifax in 1953/

Lots of memories during my current, last sojourn in a place and land I have spent majority of my life. Thanks to my dear friend, who also likes travels, long walks – we visit many jewels of this amazing jungle of man-made structures of steel and cement and rich array of huge natural parks, beaches, protected areas of wilderness in the middle of this huge land of Greater Vancouver.

One of very dear to my heart is a vast wetland and marches of Burnaby Lake. I used to come here with my husband and my mom for long walks. But have not visited it since late 1990ties, when we moved to Capitol Hill in Burnaby, after our move from Calgary. It is sort of out of the way, tucked in a low laying valley. The other day I talked with my friend about it and he remarked that he has not been there for years, too, and asked suddenly: why don’t we drive today there? We did.

A kingdom of waterfowl and main gathering of thousands of crows for their daily ‘parliament’, that gathers here from all over Greater Vancouver. Nice, long trails for miles to walk, bike. We enjoyed it very much.

 

Drogi do Banff

Drogi do Banff

Droga do Banff. Droga z Vancouveru do serca Gór Skalistych; droga z Calgary z sercem pełnym pasji i miłości. Dwie drogi w dwóch bardzo różnych czasach i epokach.

Około czterdziestu lat temu jechaliśmy (ja i Mój Chłopak) pierwszy raz razem na Wigilię do hotelu w Panoramie koło Radium, mijaliśmy Banff po drodze. Długa, ale bardzo wygodna szosa #1 prowadziła prostą nitką do skrzyżowania z szosą 93 do tegoż hotelu. No właśnie – długa. Bardzo długa, gdy prowadzący i pasażer to dwóch młodych, zakochanych w sobie po uszy chłopaków. Trudno się przecież całować, gdy się prowadzi samochód na trasie szybkiego ruchu! Więc postojów było dużo. Oj …

Jakiś czas później, już porą letnią, jedziemy do Banff na dwa lub trzy dni łazikowania po okolicznych górach w uroczym wówczas małym Banff. Ba – jest ciepło na zewnątrz … a gorąco w samochodzie. No tak, też tych samych dwóch młodych, zakochanych po uszy chłopaków. W połowie drogi zjeżdżam w boczną, leśna drogę #64 do Sibbald Flats.  Znajdujemy cichy zakątek otulony młodym lasem świerkowym. Oczywiście, że się całujemy. I oczywiście, że na całowaniu się nie kończy. To tylko uwertura do całego Koncertu Pasji Młodości i Miłości.  Do Banff zajeżdżamy o zmroku, mimo, że normalnie jazda z Calgary, to nie dłużej niż godzina. Co zrobić – młodość i miłość to inne niż zwyczajne czasy. Inne zegary, inne doby.

Prawie cztery dekady później niespodzianie jadę do Banff z drugiej strony, znad Pacyfiku. Mój Chłopiec nie jest ani za kierownicą, ani na siedzeniu pasażera. Któregoś dnia, kiedy byliśmy na drugiej stronie kontynentu, nad Atlantykiem, uleciał mi w chmury. Zanim odleciał przypomniał mi jeszcze, że mnie kocha, ja wiedziałem, że jego kocham. No, ale uleciał. Jego czas się skończył. Też nie zupełnie jednak, bo po czarnych nocach rozpaczy zrozumiałem, że część jego została, zamieszkała we mnie. Tak długo, gdy mój czas odjazdu ostatecznego nie nastąpi. Może się wtedy spotkamy znowu, może nie. We snach, kiedy ze mną po odlocie rozmawiał, nie chciał mi tego jednoznacznie wyjaśnić. Więc nie wiem na pewno. Zobaczymy, lub właśnie może nie zobaczymy.  Póki jestem – to mam go stale w sobie. To mi wystarcza.

Jadę z przyjacielem, który ma się spotkać w Banff ze swoim przyjacielem z lat młodości jeszcze warszawskiej. Kiedyś był w Banff ale nie zna go aż tak dobrze, jak ja. Łazimy więc długimi kilometrami wokół zamarzniętej Bow River, wokół starego, monumentalnego Fairmont Hotel, gdzie kiedyś przed laty spotkałem i rozmawiałem z wielką gwiazdą Hollywood Jamesem Stewartem[i]. Idziemy do Banff School of Arts, gdzie kiedyś chodziłem na koncerty i gdzie bliski znajomy flecista Krzysztof Kaczka miał stypendium, gdzie kiedyś ja miałem dostać też swoje na pisanie – musiałem zrezygnować, bo inne wydarzenia w życiu nie pozwoliły na takie sabbatical.  Następnego dnia jedziemy do fantastycznego, mojego ulubionego w dawnych czasach, raju narciarskiego w Sunshine Village. Od czasu mojego wypadku samochodowego blisko rok temu moja lewa noga nie pracuje jak trzeba. W zasadzie spodziewałem się, że narty, zwłaszcza wysokogórskie, już nie są dla mnie. Aliści … nie ma lasu bez liści. Więc założyłem deski i … wio! Skłamałbym pisząc, że szusowałem, jakbym mógł rok temu. Ale radość jazdy mi zrobiły, mimo, ze chwilami bolesne i trudne. A potem kilka kilometrów do bazy już nie kolejka linową a droga w dół. Pierwszy i jedyny upadek miałem już przy parkingu, gdy się zatrzymałem by już odpiąć narty, źle chyba stanąłem i poleciałem na plecy, LOL. Następnego dnia pojechaliśmy nad Lake Louise i zamarzniętym na amen jeziorze złaziliśmy kilka dobrych kilometrów. Spoglądałem z ciepłym rozrzewnieniem na szczyty Mitry i Abberdeen, na lodowiec Victorii przy Lake Louise, hen po prawej ku Lake Agnes i przełęczy, którą kiedyś przechodziłem do Lake O’Hara i starego schroniska, gdzie przebywał kiedyś Jackson, jeden z malarzy słynnej Grupy Siedmiu; na moją ukochaną Mount Temple z bogami mieszkającymi na jej szczycie. Tym razem chyba naprawdę ostatni raz. Wiem, tyle już razy mówiłem, że gdzieś jestem ostatni raz … i nagle do tych miejsc wracałem. Ale tam już chyba faktycznie więcej nie pojadę. Ale jestem szczęśliwy, że pojechałem teraz. I w kompani serdecznej, dobrej.

A wracając zatrzymaliśmy się w Revelstoke na obiad w tym samym hoteliku, gdzie zawsze zatrzymywałem się z Moim Chłopcem, gdy jeździliśmy bardzo często z Vancouveru (mieszkaliśmy tu najdłużej) do Calgary odwiedzić jego rodzeństwo.

I to była historia moich podróży do Banff w Górach Skalistych.

poniżej link do historii malarzy z Grupy 7-miu

https://www.youtube.com/watch?v=7uSvO1PTbPY;


[i] James Stewart – Wikipedia – w Fairmont Hotel w Banff odbywają się od wielu lat Festiwale Filmów Telewizyjnych i na jednym z nich w latach 90tych Stewart zasiadał w jury festiwalowym.