O zaczarowanej chatce w zaczarowanym ogrodzie

O zaczarowanej chatce w zaczarowanym ogrodzie

Chatka na Kórzej Łapce

Na uliczce Kórzej Nożki

stała chatka babci Jagi.

Wiodły do niej wąskie dróżki

z mapy starej ciotki Blagi.

Tu zajączek stał drewniany,

ówdzie pszczoła szklanna bzykła,

tam zaś  śpiewał ptak blaszany,

i gdzieniegdzie rybka mykła.

Ciotka Blaga z babcią Jagą

urządziły dziś przyjęcie.

Dobrze znaną wszystkim magią

dla papużek na zajęcie!

A z papużek jedna dała

cały koncert pana Bacha.

Klawiatura czarno-biała

ciotki Blagi, wuja Stracha.

Na uliczce Koziej Nóżki,

tuż na rogu Białej Brzózki.

(B. P-G, 2026)

Mistrzostwa FIFA, plaża, pływanie – Vancouver

Mistrzostwa FIFA, plaża, pływanie – Vancouver

Vancouver był dziś piękny. Naturalnie wszystko wkolorach i barwach Mistrzostw Świata Piłki Nożnej.

Kawałek meczu oglądałem nwet na wielkim ekranie w barze starego Sylvia Hotel. Szkocja i Haiti. Szkocja wygrała 1:0, ale Haitańczycy bez przerwy atakowali i byli w zdecydowanej ofensywie. Ładne zagrania, obie drużyny w świetnej formie.

Dawno zawodów sportowych już nie oglądałem. ale co widziałem dziś podobało mi się.

To już czwarte wielkie wydarzenia sportowe w miastach, gdzie mieszkałem w Kanadzie.

Najpierw Olimpiada Zimowa w Calgary w 1988 – ostatnia bodaj, która nie zniszczyła finansów miasta. Przeciwnie – wsparła je, rozwinęła i była absolutnym plusem dla mieszkańców. Ze względu na pełnione wóczas społeczne funkcje miałem kontakt bezpośredni z polskimi olimpijczykami i dostęp do Wioski Olimpijskiej na terenach Uniwerytetu Calgary, a dzięki temu poznałem tam słynnego Briana Orsera – srebnego mealistę w jeździe figurowej na łyżwach, jednego z najzdolniejszych łyżwiarzy na świecie w tamtej epoce. Potem byłem w Vancouverze w czasie XXI Olimpiady Zimowej w Vancouverze. Nie byłem w niej zaangażowany … ale miałem mały udział w organizowaniu pierwszego w historii igrzysk olimpijskich Pawilonu LGBTQ. Został oficjalnie zaaprobowany przez MKOL[i] i od wówczas stał się częścią kolejnych olimpiad. Ale dla samego miasta i prowincji ta olimpiada wypracowała olbrzymie zadłużenie i kryzys finansowy. I generalnie była miastu zbędna. Zagrały ambicje i emocje polityków. Tylko, że politycy nie opłacają kosztów ze swoich kieszeń – płacą je mieszkańcy miasta. Vancouver i tak sławy szukać nie musi. Było i jest jednym z najpiękniejszych miast na świecie, z olimpiadą czy bez olimpiady. Przez swoje naturalne piękno położenia między górami a oceanem.

W Halifaksie nad Atlantykiem byłem świadkiem (bez jakiegokolwiek udziału formalnego czy nieformalnego) Mistorzstw Świata Juniorów w hokeju na lodzie. Jako, że hokej był wynalazkiem Nowej Szkocji (Woolfville to miejsce narodzin tego sportu) było to wydarzenie bardzo popularne i nie złamało finansowego kręgosłupa prowincji.

Teraz Mistrzostwa Świat w Piłce Nożnej. Też trochę ‘na wyrost’, bo na boga miłego do potentatów tego sportu raczej nie należymy. Ale na szczęście te Mistrzostwa zorganizowane ex equo aż w trzech państwach: Meksyku, USA i Kanadzie.

Piłką nożną zarządza na świecie FIFA[ii], która jest żmiją bardzo wysoko opłacanych ‘działaczy’, ci zaś mają równie wysokie wynagrodzenie i oczekiwania, czego dowodem jest idiotyczne przyznanie idiotycznej „Narody Pokojowej MKOL” dla Trumpa przez idiotę Gianni Infantino (nazwisko niby wskazuje infantylność, ale raczej pies kuty na cztery łapy). A myślałem, że MKOL jest do przyznawania nagród sportowcom za ich osiągnięcia, a nie politykom za działalność ze sportem nie zwiazaną.

Ah, jednej jeszcze olimpiady nie wymieniłem. Jedynej w której brałem udział, jako zawodnik i wygrałem trzy medale! Nie, nie żartuje, poważnie. Mam nawet do dziś w szpargałach odpowiednie dyplomy. Sto lat temu (lub blisko setki, LOL) na Agrykoli warszawskiej była olimpiada szkół średnich. Startowałem tam aż w trzech dyscyplinach: bieg na 100 metrów (zawsze byłem krtókodystansowcem, ha ha ha), skok w dal i … rzut oszczepem. Tym oszczepem trener mnie wybłagał, bo kolega, który miał to zrobić … nie pojawił się. No to rzuciłem. Pierwszy i bodaj ostatni raz w życiu. Dostałem dwa pierwsze miejsca za skok i sprint i trzecie za ten oszczep. Możliwe, że tylko trzech zawodników wystąpiło w tej kategorii i dzięki temu te trzecie miejsce zdobyłem. Nie pamiętam, ale bym się nie ździwił.

Aliści nic bez wiśni! O Vancouverze być miało. Miasto całe przystrojone, wszędzie ślady tego międzynarodowego widowiska. Wokół stadionu i Science Centre ulice pozamykane. Ale ludzie, zwłaszcza młodzi, chodzą grupami i na Granville Street, i na Robson Street i gdziekolwiek. Miło było zwyczajnie popatrzeć.


[i] Międzynarodowy Komitet Olimpijski

[ii] Fédération Internationale de Football Association

Orgie i saturnalia Natury

Orgie i saturnalia Natury

Proszę Szanownego Państwa – niech wam się nie wydaje bynajmniej, że człowiek prym wiedzie w erotycznych eskapadach, wzdychaniach i ochach w Siódmym Niebie ziemskich pożądań.

A kudy! Natura, gdy wpadnie w więzy chuci o zachodzie słońca – to dopiero chuci żądza!

Takoż i wczorajsza eskapada popołudniowa na kąpiel w bajecznej wodzie zatoki w Crescent Beach. Orły nad głowami, cudownie orzeźwiająca głęboka zielono-stalowa woda, nagrzane głazy i kamienie na brzegu, smażące się w słońcu półdupki nagusów to nic jeszcze, to nie żądza ani chuć – to wzdychania i marzenia dość niezgrabnych istoto ludzkich. Natura o zachodzie – to dopiero orgie niekończące się. Porywające w swoim wieczornym spektaklu kolorów i kształtów! Szerokie rozlewiska Nikomekl River kilka kilometrów za Crescent Beach – to raj przyrody równy Ogrodom Semiramidy.

Urodzinowy spacer z Johnem

Urodzinowy spacer z Johnem

Więc na Twoje urodziny zrobiłem z tobą długi spacer przez domy i trasy, gdzie mieszkaliśmy, gdzie spacerowaliśmy.

Naturalnie, zacząłem od naszego uroczego, trzypiętrowego domku szeregowego w Guildford Mews. Ile w nim mieliśmy radości, ile pracy włożyliśmy w kompletny remont całego miejsca. Wszystko sami: wymiana podłóg, które sam instalowałem, układanie kafelek w łazience, malowanie, robienie z dość kiepsko zostawionego przez ostatnich właścicieli dużego salonu  parterowego uroczego wielkiego pokoju, z którego było wejście do ogrodu. Ach, ogród. Ogród nie można było nazwać ogrodem – to była dzika, zachwaszczona, kompletnie zniszczona przestrzeń. Nawiozłem ziemi, wykarczowałem całe wory chwastów – efektem był bajeczny ogród i nawet kawałek grządek na wiosenne warzywa. Nasz ‘synek’, kochany kot Babu uwielbiał to – co prawda dopiero po kilku dniach, które spędzał sycząc i chowając się po kątach i nie wierząc nam, że sami nie wrócimy do starego mieszkania w Burnaby zostawiając go w tym nowym i nieznanym mu miejscu. Gdy skończyliśmy domek i ogródek, ja … przeniosłem się z sekatorami, piłami i siekierką na wzgórze i bardzo zaniedbaną przestrzeń ‘common property’ poza ogrodem. Kilkaset dolarów i tygodni później było to jedno z ładniejszych miejsc na całym uroczym, zalesionym osiedlu.

Wszystko było blisko, spacerkiem – olbrzymi Guildford Mall, urocza Biblioteka Miejska, gdzie organizowałem z Klubem „Pegaz” spotkania z czytelnikami z całego Vancouveru i  połączone zawsze z prezentacją wizualną i muzyczną najlepszych polskich malarzy i kompozytorów z Vancouveru. Świadomie nie wymieniam nazwisk innych osób, które w tej publicznej działalności wielkie mieli zasługi i wysiłek w to wkładany – bo zabrałoby to sporo miejsca. Pisałem już na ten temat sporo dużo wcześniej. Teraz to po prostu mój prywatny, pożegnalny spacer z cieniem mojego Johna – człowieka, który wypełnił moją tęsknotę miłości i wypełnił całe moje życie. Spacer na jego urodziny. Miałby dziś sześćdziesiąt lat. Ciągle smarkacz, psiakość. Nawet dobre kilka lat po śmierci, to ja stałem się starzejącym dziadygą, a on pozostał tym uroczym, kochanym smarkaczem. Wiecznym chłopcem.

Więc po łażeniu na tym naszym starym osiedlu jego uroczymi wąwozami i alejkami, poszliśmy dalej. Trzymaliśmy się za ręce. Nie lubił okazywania czułości publicznie (w przeciwieństwie do mnie, LOL), tym razem jednak szedł obok mnie trzymając moją rękę w swojej. Podejrzewam, że pomagał mu fakt, że prócz mnie nikt go nie mógł widzieć. Poszlismy koło tej biblioteki, potem koło restauracji „Milestones”, gdzie go zabrałem 30 maja 2018 roku, ostatnie jego urodziny w Surrey, zanim wyjechaliśmy samochodami przez całą Kanadę nad drugi ocean.

Potem do kina , gdzie byliśmy na ostatnim chyba filmie oglądanym w kinie, ha ha ha. Byliśmy jeszcze z generacji, gdy do kin się chodziło. Choć ponoć ten nawyk znowu wraca. I dobrze, że wraca. Spod kina zaciągnąłem go w … gęste chaszcze. Nie, nie w tych bezecnych celach, ha ha ha! Do pięknego, naturalnie dzikiego Green Timbers Urban Forest[i]. Mama też uwielbiała tam chodzić nad jeziorko karmić swoje ‘kaczuchy’.  Łączane tereny wokół jeziorka były tej niedzieli, jak zaczarowane. Kobierzec olbrzymi żółtych jaskrów i niebiesko-fioletowych łubinów. Jak z rysunków w bajkach dla dzieci. A wszyscy trochę dziećmi – na szczęście – pozostajemy (nie mylić z ‘dziecinnieniem’, bo to inna przypadłość).

Potem już tylko kawałek wzdłuż 100 Alei do naszego ostatniego kondominium na 138 Ulicy. Dwupoziomowe, ale też małym ogródkiem, który też był strasznie zapuszczony. Więc też go oczyściłem, nawiozłem ziemi i też obsadziłem, LOL. Gadałem z tymi kwiatami każdego wieczora, odnoszę wrażenie, że się uśmiechały i radośniej po rozmowie wyglądały…  Pewnego dnia, na posesji po drugiej stronie ulicy ktoś wykopał maleńką brzózkę i bezceremonialnie wyrzucił ją na krawężnik ulicy.  Więc naturalnie wyszedłem z ogródka i ją przyniosłem.  Zasadziłem, przez tydzień lub dwa specjalnymi odżywkami podlewałem – aż jej listki ożyły i widać było, że przetrwała. Jest do dziś, wyrosła bardzo, wysoka aż po dach budynku. Generalnie widać, że nowi mieszkańcy trochę o ogródek dbają, bo nie wygląda na zachwaszczony. To dobrze. A do brzózki zagadałem, pożegnałem się z nią też. Zamrugała listkami? Nie wiem, kłócić się nie będę o szczegóły. Ale niech będzie, że zamrugała – w końcu to moja opowieść ze spaceru, mogę napisać, co chcę. Jak wierzba i król Asoka z poeamtu Leśmiana, czarodzieja polskiego języka.[ii]

I spacer się skończył, a mimo, że pożegnalny nie był smutny, bo jeśli troszkę, to był to smutek rzewny, ciepły, miły …


[i] Green Timbers Urban Forest Park | City of Surrey

[ii] Asoka – Bolesław Leśmian – poezja.org

Beach time season officially opened

Beach time season officially opened

It was rather late time of the day, but nonetheless I boarded the comfortable coach (with modern mechanical horses under the hood, LOL) of my travelling companion and off we went to our favorable place – South Surrey Crescent Beach. Of course to the wild part of rocky beaches for naturalist (yeah, the ones, who walk and swim void of single piece of clothing).

Water was clear as crystal, cool but very friendly. Love that spot. Afterwards we went for gorgeous paths on natural meadows and marches at the other end of the beach. It’s truly marvelous – remember and respect the rules: it is protected and very delicate area. Follow strictly only the narrow walkways and do not stray into the meadows – the meadows are the kingdom of many little birds, who nest there. There is not many meadows like that in the vicinity of large cities, so do respect it. I was overjoyed.

Sezon plażowo-pływacki rozpoczęty oficjalnie. Pojechaliśmy z przyjacielem wczoraj późnym popołudniem do ulubionej plaży Crescent Beach w South Surrey. Naturalnie na plażę golasów, na kamlotach. Ale woda tam jest cudowna, czysta, nie ma przepełnienia i prawie zawsze wszyscy obok to starzy bywalcy i bardzo respektujący otoczenie i sąsiadów.. Woda zimna jeszcze ale już po pierwszym lekkim szoku bardzo miła do pływania, nurkowania. W odróżnieniu od plaż w Vancouverze wokół English Bay, które tej przezroczystośi i bogactwa morskiej flory i fauny nie posiadają.

Po kąpieli podjechaliśmy, już przy początkach kolorów zachodu słońca, na przeurocze łąki i mokradła drugiego końca Crescent. To tereny pod ochroną, rezerwaty flory i fauny brzegowej. Bajeczne kwiaty i krzewy jakie trudno w pielęgnowanych ogrodach miejskich znaleźć. I ta masa ptasiej drobnicy, która w tych łąkach uwinęła sobie gniazdka. Proszę więc nie schodzić ze ścieżek w te łąki, bo to tak jakby włazić w eleganckie salony w upapranych błotem walonkach. Ten spacer najbardziej mnie zachwycił, bo łąki kocham.

Central Park, bike, ducks…

Central Park, bike, ducks…

Yesterday was a nice day, sunny. yet not hot. As my last few days were not the best, I decided to give myself some exercise and took the bike, went to the Skytrain and went to Central Park in Burnaby. No, not to the one in New York, LOL.

Always had a sentimental attachment to it and many happy memories. It was a nice idea. Although the part by the stadium and parking lot were totally taken by hundreds of people in colorful long saris and dresses, having their lunches/dinners on the the grass – I ventured into my own long trails, revisiting little hidden gems I remembered very well.

After a while, I biked to the shore of that wonderful lake there, with its green waters, huge carps swimming lazily, ducks and geese.

Was even able to find a nice bench by the shore and just relax. Relax – something I needed. With a book about Andre Gide in hand.

A pair of lovely ducks seemed to be a bit tired of a swarm of young kids, who were making very noisy commotion right on the edge of the lake and it seemed to be too much for the fowl family. So a pair simply walked out off the lake, marched right to my bench and simple sat next to my feet. I understood and agreed with them: too much is sometime too much. Period. There we were, the three of us seeking solitude.

On the way back to the Skytrain I changed my mind. Why taking the train? Burnaby is on a high plateau and New Westminster in the low valley of Fraser River, so why not bike home? Never mind that a long bike on busy streets is not my cup of coffee. But than I found on my phone a direction to take the BC Parkway designed for bikers. Off I went. What a beautiful path! Through places I recognized from many years ago, and places I have never been to (that I remember off). The very last leg of the trail was awful, as it takes you down to Memorial Drive and Highway 99 and you have no choice but bike on the edge of the busy highway with cars and trucks whizzing by. Still, all in all it was a nice experience. An old fart with half-broken leg biking on a long busy highway. LOL.

Majówka konstytucyjna

Majówka konstytucyjna

Mój Trzeci Maj? Chorągwie, szturmówki, mównice i miód oratorski płynący z biało-czerwonych ust? Z biało czerwonych ust?! Czyliżby usta mogły by być białoczerwone?! A skądże! Ale czerwone usta i biała piana słowotokiem z nich się lejąca, to przypadek nie rzadki.

By w tą pułapkę ponentną nie wpaść – wsiadłem na rower, jechałem kilkanaści lub kilkadziesiąt kilometrów przez miasto, brzegiem fiordu, przez park prastary … na plażę opalać się i w wodzie (brrr, zimna jednak ciągle, LOL) baraszkować, pływać.

Czy patriotyczne to było? Opatrzność jedna wiedzieć może. Czy można być patriotycznym w mokrych gaciach? Bo ja wiem? Jak można ze szturmówką w bezpiecznym kraju pierś nadymać i brzuch wciagać wołając gromko: ‘jestem Polak-patriota!’, to pewnie można i w mokrych gaciach. Aliści nie wołałem – choć o dniu nie zapomniałem. Zrobiłem z Trzeciego Maja majówkę miłą.

Czytałem też ciągle zaczętego dni kilka temu Jorge Borgesa. Po raz wtóry jego pisma krytyczno-literackie, a nie jego wspaniałą twórczość poetycką. Jezu, jaki on elokwentny i inteligentny. Kiedyś (o ile pamiętam) gdy to czytałem, to byłem zachwycony jego erudycją i uwagami. Teraz mnie zmęczył. Chciałem krzyknąć: Jorge, idź się napij szklankę calvadosu i popuść sobie i mnie. Toż to nieprzyzwoite tak w głowach nam mącić. Zwłaszcza, gdy się jest na plaży, a obok ciałka że hej do oglądania i w zasadzie z praktycznego punktu widzenia – w negliżu. Nie trzeba nawet wodzy fantazji popuszczać. Zwyczajnie: na plaży, na patelni podane.

Więc Jorge zamknąłem byłem (zdaje się coś pokrzykiwał, wygrażał z oburzeniem) w plecaku i by awantur nie robił tom go był owinął ręcznikiem.  Niech ma – to Vancouver, a nie Buenos Aires. I Pacyfik, a nie Atlantyk.

A 3-ci Maj?  No po to jest – byśmy mieli wolne i byśmy byli wolni na robienie tego, co nam się spodoba.

Myślę, że Stasiu Poniatowski, by sie zgodził i też by na tą plażę ze mną poszedł. Podobno (tylko podobno) miał w młodości skłonności, LOL. Ale kochani, nie wpadajcie w panikę – każdy kiedyś miał lub mieć będzie skłonności do kogoś lub czegoś. I chwała za to wszystkim bogom wszystkich epok!

Vaisakhi Parade in Surrey, BC

Vaisakhi Parade in Surrey, BC

Traditional for many years now, the Vaisakhi celebrations and parade organized by Khalsa Order in Surrey, draws an amazing crowd of people. That Order of Sikh religion was born by the end of XVII century in India. But for many years now, there is no other place on this planet, were the celebrations are gathering so many participants as in Surrey, in British Columbia.

In past twenty years or so, I have gone to the parade few times admiring the colorful display of their culture. Since my life in Canada is nearing the end – I decided again to see it, and never before have I seen so many participants! Early estimates are of 4500 000 – that is almost half a million people, all organized and served by almost 5000 volunteers! Just amazing.

It started in the temple Gudwara Sahib Dasmesh Darbar by 128 Street and 76 Avenue. There were prayers, huge portraits everywhere of their famous Gurus (religious leaders akin to the Popes in Christianhood), martyrs and mementos of their struggle in India.

Multitude of kiosks served free food to all, who attended the parade. There were stages with traditional music, dancing and singing. And of course beautiful and colorful dresses of woman and men. They all looked very attractive in them. One of th big stage offered lessons of how to wrap their traditional turbans out of very long orange ribbon.

Of course it is not only cultural and religious aspect. One can not forgot that it is also very much a political struggle. Their aim was always to create a separate state on the Indian subcontinent as their religion does not represent the Hinduism teachings nor that of later invading forces of Muslim faith (the Mouguls – stretching from todays Afghanistan, Bangladesh, Pakistan and from th other side the Iranian form of Islam, the Safavid Iran and it’s current version). That created certain tensions and terrorist acts that were perpetrated by some leaders of the Khalsa movement in Canada – exactly in Surrey, but also some in Kamloops and Cowichan Valley – Duncan – on the Vancouver Island). The largest terrorism act ever perpetrated in Canada , was that of exploding large Boeing passenger plane off the coast of Ireland in June 1984 and all 329 people died. The Canadian Sikhs organization Babbar Khalsa was directly involved , as a response to Indira Gandhi (famous Prime Minister of India) atrocities against Sikhs in India. Indira Gandhi herself was later murdered by Siks in India. That terrible terrorist bombing of that Air India flight from Canada to England remains the largest in the history of Canada and one that was totally and probably willfully mismanaged by RCMP investigation, court proceedings and everything and everyone else. A side effect of it was also an assassination plot against Premier of British Columbia Ujjal Dosanjh, which he survived but received almost deadly blows to his skull. It is worth nothing that Dosanjh himself is a Sikh by faith but condemns the violence in the struggle of Sikhs to gain independence in India.

It is believed that now most of Khalsa Order and movement is conducted by peaceful, democratic means. The most known Canadian politician, who is Siks is definitely the former leader of federal NDP, Jagmeet Singh. He is very outspoken in the fight to end poverty in Canada and establishing different tax regime and minimum hourly wage of $20.00. He is very much outspoken about his opposition to terrorist activity and achieving political goals by way of brutal force.

Vaishaki celebration in Surrey, BC (18 of April, 2026)

Rower, ocean, słońce i wrona

Rower, ocean, słońce i wrona

Długa wycieczka rowerowa do miejsc miłych i drogich. Nie pierwsza odkąd tu wróciłem, pewnie nie ostatnia. Tyle wspomnień z czasów bardzo odległych, z osobami bardzo drogimi, hen, gdzieś sprzed blisko dwudziestu laty. Od Waterfront rowerem wzdłuż wybrzeża w kierunku Stanley Parku. Ale zanim pojechałem tą trasą wzdłuż wody, tą pod mostem wiszącym – musiałem podjechać do Rose Garden. Tu mama z Irenką Kropińską podjeżdżały z Domu Kopernika, wzdłuż Kingsway trolejbusem #19. On pod sam Rose Garden właśnie pętlę robił. Robi dalej, tylko już nie ma tego Domu Kopernika, nie ma Irenki, i nie ma Mamy. A Ogród Różany pozostał…

Z tego Ogrodu wróciłem na trasę ścieżką betonową wzdłuż początków Fiordu Burrard. Zatrzymałem się przy moim ukochanym Siwash Rock, rzuciłem okiem na wiszący nad nami mostem Lions Gate. Zaprojektowanym porzez tego samego architekta, który podobny bardzo zbudował między Dartmouth a Halifax – tamtym lubiłem chodzić na piechotę, jeśli miałem czasu więcej.

Tak, jak wczoraj w Central Park w Burnaby – ludzi co niemoc. Ale moc jednak znaleźli, grupami i pojedynczo. Dojechałem do Trzeciej Plaży, ulubionej mojej Mamy. Zdarłem z siebie wierzchnie ubranie, ległem na piasku i żałowałem, że kąpielówek na zmianę nie wziąłem. Ale do wody wlazłem. Zimna, brrr. Sporo ludzi na plaży się wylegiwało, nikt wszak do wody się nie skorzył. A ja łaziłem, brodziłem. Szkoda, że tch kąpielówek nie brałem, to bym jednak popływał chwilę. Dzieciaki zbierały muszle, mewy się wydzierały i kłóciły o jakieś rozgwiazdy, czapla opodal ze stoickim spokojem stała na swoich długich nogach niezbyt z tego harmidru zadowolona. Na drugim końcu plaży jacyś Meksykanie grali coś na bębenkach i coś na przenośnym rożnie smażyli.

Potem podjechałem do swojej kawiarni Melriches na słodki łakoć i na kawę. I coś tam skrobałem w brudnopisie.

Mamy nie ma, Irenki też, nie ma Johna. A ja jestem. Niby po co? Po prostu tak? Zwyczajnie? Bez sceny operowej, bez omdlewających hrabianek i książątek wybladłych, w perukach upudrowanych?

A tu jednak tak samo: mewy wrzeszczą strasznie i tłuką się o jakąś małżę, ta czapla stoicka niczym posąg Apollona. Jest jej kompletnie obojętnie czy to ja, czy Apollo, czy jakaś Baba Jaga choćby.

Podleciała wrona mądra, zakrakała ze zrozumieniem w te słowa: nie zwracaj na te idiotki uwagi. One są zwyczajnie patetyczne w tej swojej głupocie. Jedyny szczyt, jak w życiu osiągnęły to szczyt Ignorancji. Patrz na tych, co wiedzą – i dlatego najczęściej milczą: wrony właśnie, wieloryby i delfiny. Ponoć mrówki i szczury też. Te są jednak tak małe, że ich rozmowy są trudne do usłyszenia.

Czy jest tak samo w twoich wędrówkach? Nie, nie jest. Są te same skały, drzewa i plaże. One żyją dużo dłużej i ciekawiej; drzewa sięgają na przykład chmur i stamtąd widza dużo dalej; wieloryby i delfiny znają głębie oceanów olbrzymich i brzegi wszystkich kontynentów.

Człowiek? Człowiek jest też ciekawy. Ale nie jest stale ten sam, ważne jednak jest by pamiętał kim był wczoraj. I kim był dekady temu. Jest słabszy fizycznie z upływem czasu, ale silniejszy mentalnie z tym upływem lat. Jeśli tylko pamięta. Więc pamiętaj – zakrzyczała wrona i odleciała.

Wszyscy kiedyś odlatują, odlecimy i my. Tą naukę wrona zapomniała mi powiedzieć. Ale za te inne byłem jej wszak wdzięczny. I to by było na tyle dzisiaj. A dzień był ładny. To też warto docenić.