Miłośnicy Literatury

Ciekawa rzecz z literaturą i ludźmi, którzy ją tworzą lub tą zapisaną opisują. Kim są? Jak ich nazwać, jaki przydomek nadać? Pisarze? Twórcy? 

A może miłośnicy słów, historii? Może amatorzy? No właśnie amator, kto to jest? Jak podaje słownik  języka polskiego amator, to ktoś, co robi coś dla przyjemności, co lubi[i].  Czy tylko dyletant, czy jednak amator? Bo amator to miłośnik wszak.  Ogólnikowe stwierdzenie, że coś się lubi bardzo zakłada przecież a priori tezę pewnego umiłowania, zaangażowania pozytywnie emocjonalnego.

Skąd te dywagacje? Ano, winnym jest uroczy, młody (dla mnie coraz więcej osób jest ‘młodych’)  i bardzo zdolny doktor filologii i wykładowca literaturoznawstwa  w Instytucie Literatury Polskiej na Uniwersytecie Warszawskim, badacz w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN-u, Piotr  Sadzik. Poznałem go ‘elektronicznie’ sporo już lat temu i zachwycony byłem jego pracą o  maranach literatury pogranicza kulturowego[ii]. Zainteresował się wówczas moim cyklem ‘lamentów po Stracie’ i dało to nam asumpt do kontynuowania rozmów o ‘bólu duszy’, który wypełnia całe twoje jestestwo.

 Mnie nie interesowała wówczas literatura per se, ani wartość poetycka lub krytyczna moich lamentów – one po prostu były wtedy mną całym. Były moimi rozmowami z tym, który tworzył moje życie przez dekady i nagle  … przestał być. Rozmowy te z Piotrem wydaje mi się, że mi pomagały.  Bez tłumaczenia, bez radzenia – a jednak wracały mnie mimochodem poniekąd do rozmów intelektualnych, nie tylko w skorupie emocjonalnej. A to było dużo. Potem, dość szybko przyznaję znaleźliśmy inną, bliska nam pasję literacką – Gombra[iii]. Więc i Jeleński się pojawił mimochodem i Giedroyć, z którymi miałem bliskie kontakty w Paryżu.

Przez kilka lat ostatnich te kontakty nie były już tak częste, ale obserwowałem i obserwuję jego fantastyczną pracę i energię niespożytą na wszystkich polach i ugorach literatury polskiej (nie tylko polskiej, to mnie jednak głównie interesowało) i masę innych poczynań krytycznych, filologicznych, aktywisty życia wydawniczego, kapituł nagród literackich. Gdzie on na to wszystko (a przecież ma jednocześnie pełną pracę wykładowcy uniwersyteckiego, swoich studentów, ich przewody naukowe magisterskie i doktorskie) czas znajduje – pojęcia nie mam. Pewnie więc nie dziwi, że ciągle wygląda jak chudziutki 20-latek-studenciak, a nie wykładowca, LOL.  Więc moja pywatna rada do czytających te słowa: warto mieć pasję szaloną, wtedy nie będziecie mieć czasu na starzenie się!

Wróćmy do tematu tego eseju. O co mi chodzi, czy tylko o portret lubianego krytyka i badacza literatury?  Absolutnie nie.  Ludzie lepiej i bliżej go znający zrobią to bez wątpienia lepszymi barwami i odcieniami.

Otóż bardzo niedawno na jakimś elektronicznym forum żalił się trochę (lub martwił), że jego prace krytyczne o nowych książkach, powieściach, tomikach poetyckich mogą w nim zabić zwykłą pasję i głód  czytelniczy, gdy bierze się do ręki nową książkę, nowy wydanie literatury beletrystycznej czy poetyckiej.

Powiedziałem mu dość obcesowo, że to absolutnie niemożliwe. Krytyk nie może, nie ma prawa tej miłości w sobie zabić. I jednocześnie zasugerowałem tezę, że ten krytyk jest też sam pisarzem. Pisarzem non fiction.

Tak – krytk literacki, który nie pisze powieści, opowiadań czy wierszy  może być w tej pracy nazwany pisarzem. Naturalnie mówię o pisaniu dużo szerszym niż kilka szpalt w gazecie, miesięczniku drukowanym, czy on-line.

Udowodnić to chcę używając przykładu i pasji krytycznej wielkiego poety argentyńskiego, Jorge Luisa Borgesa. Ale właśnie Borgesa non fiction, nie Borgesa-poety.

                W 2000 roku podczas jednego z moich częstych wyjazdów do Seattle w USA, poszedłem do czytelni wydawnictwa The Elliott Bay Company i kupiłem wspaniałą książkę przygotowaną przez Eliota Weibergera z bardzo obszernym wyborem tekstów non fiction Borgesa[iv].

I teraz, po wielu, wielu latach ponownie ją czytałem. Tak, nie mam wątpliwości: Borges-eseista i krytyk był miłośnikiem literatury. Takich krytyk o innych pisarzach się nie pisze o ile tych książek się nie kocha. O ile się nie kocha literatury. Koniec. Kropka. Non ulterius progredieris[v].

Wrzuciłem Borgesa do torby i uciekłem do centrum Vancouveru, do mojej ulubionej kawiarenki Melrriches na Westendzie. Zawsze, gdziekowiek nie mieszkam takie dziupelki sobie wynajduję, gdzie przy kawie czytam, robię notatki. Potem na swoim blogu je publikuję. Nie, nie z nudów. Z pasji do tych wierszy, nowel, opowiadań. Niezbyt wiele z powieści, bom w zasadzie nowe przestał już czytać. I tak nie nadążę zaległości nadrobić. Teraz czytam głównie pisarzy piszących o pisarzach, o ich twórczości i światach, jakie stwarzają, opisują. O człowieku.

Więc ten Borges –  jak Gombrowicz z kolejnej generacji – pisał w swoim ukochanym Buenos Aires. Przypomina czasem w tych swoich zapiskach o ulicach i dzielnicach, które i ja poznałem, którymi dawno temu chodziłem.  Nie szukałem po prawdzie specjalnie śladów ani Gombrowicza, ani Borgesa – ale byli tam, ich duchy wałęsały się tymi samymi uliczkami, potykałem się omalże o ich ślady.

Wyobrażam sobie Borgesa chadzającego wieczornymi ulicami starego Buenos, ulicami pełnymi domów schadzek, kobiet i chłopców w podcieniach bram. Jakże musiał być wtedy sfrustrowany, zagubiony emocjonalnie. On, człowiek wielkich wizji literackich wobec niemożliwości pełnego zrozumienia pasji ciała. Borges był klinicznym impotentem. Czy warto o tym pisać? Warto, należy wręcz, bo erotyka i seksualizm są nadspodziewanie olbrzymią białą plamą jego własnej twórczości. Ta tabula rasa[vi] Borgesa w zadziwiający sposób wpłynęła nie tylko na jego prywatne życie, ale wręcz na homofobiczne lęki i oceny innych pisarzy – nie oceny negatywne ich twórczości ale negowanie wpływu ich homoseksualizmu na ich twórczość. Ten wspaniały krytyk pisząc np. o Whitmanie … imputował, że ojciec poezji amerykańskiej pisząc o swojej pasji i konsumpcji tej pasji z czarnym  kochankiem tworzył wyłącznie figurę poetycką, a nie, że wpinał w osnowę swego słynnego poematu swoją autentyczną biografię. Takie rozumienie i taka interpretacja Whitmana może być jedynie możliwa właśnie przez zaślepienie homofobią Borgesa[vii].  Smutne, że ta fobia go tak okaleczyła – ale z pełnym przekonaniem poświadczam, że nie wpłynęła ona na ocenę twórczości ani Whitmana, ani Oscara Wilde’a (choć o tym zbyt wysokich opinii nie miał, ale nie sądzę by było to związane z biseksualizmem Wilde’a). Zastanawiam się, czy gdyby Borges żył w czasach współczesnych nie zmusiłyby go one do zarzucenia tej irracjonalnej fobii? Podejrzewam, że tak. Ciekawe co by był napisał o jednym z najlepszych pisarzy przełomu XX i XXI wieku, irlandzkim Colmie Tóibínie … nota bene autorze świetnego opracowania biograficznego wybitnych twórców sztuki (w tym pisarzy) ostatnich dwustu lat[viii]?  O, byłbym zapomniał – ci twórcy o których w tej książce pisał byli homo lub biseksualni.

Czas wrócić do tematu zasadniczego – Borgesa-krytyka kochającego książki.

Nie będę jednak tu pisał o Borgesie-poecie, a o Borgesie pisarzu non fiction, eseiście. Ktoś może się oburzyć: nie był więc pisarzem tylko eseistą. Takie stwierdzenie to bzdura, panie kochanku. Pisarzem się jest przez talent pisarski, a nie przez tabliczki informacyjne na rzędach półek w bibliotekach. Eseje literackie to poezja krytyki literackiej, w takiej samej mierze, jak autobiografie pisarzy, jak biografie pisarzy i poetów pisane przez innych pisarzy. Zagmatwane to nieco? Doprawdy nie jest. Zwłaszcza, gdy mówimy o pisarzach z górnej półki (naturalnie mam na myśli nie półkę popularności rynkowej, a wartości tekstu).

Wyobraźmy sobie, że gdzieś kiedyś żył sobie rzemieślnik, który szył ciżemki. Nie szył pantofli, butów ani kapci. Ciżemki. Czy był ‘ciżemkowcem’? Naturalnie, że nie – był szewcem. W ten sam sposób ci, którzy piszą książki o literaturze i jej autorach są też pisarzami. Nie muszą nawet być poetami  ani nowelistami sami. Nie zawsze ta zasada i nie wszędzie pasuje, gdyż same tylko suche akademickie przewody literatuznawczo-filologiczne badaczy do tej rangi pisarstwa zaliczyć nie mogą.

Wszak czytając Borgesa krytyki i eseje krytyczne o twórczości innych pisarzy czujemy jego niski ukłon i pocałunek skladany na dłoniach tych innych pisarzy. Rozpoznaje, wyczuwa każde wzniesienie, każdy skrawek zapisanej kartki. Dzieli włos na czworo?  Nie. W wybranej frazie, w składni odnajduje tony i półtony znaczeń, cienie, światło i wpływy przeszłości, echa mistrzów odległych epok.

Ciekawe i jakże prawdziwe są jego uwagi na temat powstawania czasowników z rzeczowników. W sposób szczególny jego elewacja i waga znaczenia rzeczowników rodem z teologii, ergo boskich. Tego sacrum, które trudno użyć w prozie, gdzie wydać się może zbyt pompatyczne, nie adekwatne. Ale nie w poezji, która sama w sobie jest sacrum spowiedzi emocjonalno-intelektualnej[ix].

Dalej zaś gdy przestrzega przed absurdem przemocy zadawanej treści przez przerost formy lub wręcz wyrastających z ograniczeń przyjętego porządku gramatycznego (w szerokim rozumieniu pojęcia ‘gramatyka’) , to chce mi się krzyknąć: nie przypominaj mi o tym, o tych marach i upiorach ‘techniki pisania’ wiersza, to budzi we mnie gniew wobec rzemieślników, którzy o akcie twórczym pojęcia nie mają, nie rozumieją go!

Jorge Luis Borges jest dzieckiem rewolucji XIX i ewolucji XX wieku. Wielkiej cezury filozoficznej, której pierwsze drożdże poczęly fermentować już w czasach Oświecenia. To wszystko, co przez wieki wrzało, gotowało się pod ciężka pokrywą moralności kołtuńskiej, niewolniczej, pańszczyźnianej.

Chyląc głowy przed Petrarką i Wergiliuszem nie wolno sobie pozwolić na zginanie kolan. Musimy jasno powiedzieć, bez okrzyków rewolucyjnych i sztucznego epatowania się gniewem nowej epoki: dziękujemy za piękne dary, bedziemy pamiętać i korzystać, ale możecie sobie odpocząć nieco, bo oto nadszedł czas człowieka wolnego. Poeta w XXI wieku musi być twórcą wolnym. Czasy przypisania ‘chłopa do roli’ minęły bezpowrotnie.  

Można wszak wrócić do brylantów pierwszej wielkości literatury polskiej, do ‘Bieniowskiego’ mistrza Juliusza. Wszak pada tam westchnienie-pragnienie ‘Chodzi mi o to, aby język giętki //Powiedział wszystko, co pomyśli głowa…’. Dla nas wszak, już w ćwierci XXI wieku, najważniejsze jest wezwanie z końcowych wersów tej zwrotki poematu Księcia poetów polskich: ‘Strofa być winna taktem, nie wędzidłem’. Drogi Księciu Poetów, Juliuszu –  byłeś był wyprzedził epokę o dwieście lat! Nawet jednak twój wspaniały poemat w warstwie językowej jest prawie tak ornamentalny, że trudno dziś strawny. Tak, jak ostrygi świeże i żywe mogą być niestrawne, jeśli jedzone w nadmiarze, co mnie się przed wielu laty zdarzyło na uczcie Maorysów nowozelandzkich. I tak bywa.

Borges ustawia się w szeregu gwardii Pzybosiów i Peiperów polskiej szkoły wierszowania pierwszej połowy XX wieku. Naturalnie, podobnie, jak nieco tylko wcześniejsi futuryści, jest w nich wielka fascynacja dżunglą miejską i nowoczesnością, transformacją z sielankowości wiejskiej w tryby maszyn wielkich aglomeracji miejskich. Sposób użycia metafory jest może wyolbrzymiony – wszak w dużym stopniu poezja jest metaforą rzeczywistości.

Wiek XXI przyniósł, wydaje mi się, zmęczenie tym stylem. Aglomeryzacja cywilizacji człowieka skłania nas właśnie do odwrotu, do ucieczki we własną, jednostkową i osobną indywidualność. Do ‘pojedyńczyzacji’ , jako formy obrony indywidualności jednostki. Zwłaszcza indywidualności i osobności doświadczenia poetycko-twórczego. Tym, co ja od lat nazywam cichą rozmową intymną dwóch tylko osób: poety i czytelnika.

                Wszystko to wszak wyrasta z miłości do literatury. Bez literatury i bez jej miłośników, adoratorów i wariatuńków cały postęp cywilizacji technologicznej jest przedsięwzięciem bezsensownym. Przemyślenia Borgesa umocniły mnie w tym przekonaniu jeszcze bardziej i można to łatwo przenieść na każdy inny rodzaj sztuki.

W różnych epokach różni twórcy, i krytycy tych twórców tłumaczący, przeprowadzali czytelnika/słuchacza/oglądającego przez te mosty przemian. Borges robił to w literaturze, Bach, Mozart i Mahler w muzyce, da Vinci, Michał Anioł i Picasso w sztukach wizualnych.

Sztuka generalnie jest emocjonalną próbą zrozumienia świata i drugiego człowieka. Rozumiejąc lepiej przestajemy się świata i człowieka bać. A gdy nie mamy już tego lęku przed obcym i zewnętrznym, możemy ten świat i człowieka pokochać. 

A krytyk literatury, sztuki, ogólniej mówiąc?  Krytyk opisując sztukę (symfonię, książkę, obraz) ułatwia ją nam odebrać, zrozumieć. Robi to z miłości wobec sztuki i piękna. A kochanek nigdy nie znudzi się miły Piotrze widokiem oblubieńca lub oblubienicy. Takie cuda nie zdarzają się w żadnej religii.


[i] „Słownik języka polskiego z frazeologizmami i przysłowiami”,  E. Dereń, T. Nowak, E. Polański; Arti Centrum, Warszawa; 2008

[ii] SADZIK: Regiony pojedynczych herezji | Esej | Wizje | Aktualnik

[iii] Witold Gombrowicz

[iv] “Jorge Luis Borges, Selected Non-fiction”; Penguin Books Ltd.; r 2000, Seattle, USA; s. 559

[v] łac. dalej nie pójdziesz

[vi] filozoficzny koncept Arystotelesa, iż człowiek rodzi się  bez jakiejkolwiek wiedzy, z ’pustym’ mózgiem

[vii] Walt Whitman w poemacie „The body electric” (z tomiku ”Selected Poems”; Dover Publication Ltd. New York, 1991)

[viii] Colm Tóibín, „Love in dark times”; pub. McClelland & Stewart Ltd; Toronto, 2001; s. 261

[ix] W tymże zbiorze esejów krytycznych, s.22

Vaisakhi Parade in Surrey, BC

Vaisakhi Parade in Surrey, BC

Traditional for many years now, the Vaisakhi celebrations and parade organized by Khalsa Order in Surrey, draws an amazing crowd of people. That Order of Sikh religion was born by the end of XVII century in India. But for many years now, there is no other place on this planet, were the celebrations are gathering so many participants as in Surrey, in British Columbia.

In past twenty years or so, I have gone to the parade few times admiring the colorful display of their culture. Since my life in Canada is nearing the end – I decided again to see it, and never before have I seen so many participants! Early estimates are of 4500 000 – that is almost half a million people, all organized and served by almost 5000 volunteers! Just amazing.

It started in the temple Gudwara Sahib Dasmesh Darbar by 128 Street and 76 Avenue. There were prayers, huge portraits everywhere of their famous Gurus (religious leaders akin to the Popes in Christianhood), martyrs and mementos of their struggle in India.

Multitude of kiosks served free food to all, who attended the parade. There were stages with traditional music, dancing and singing. And of course beautiful and colorful dresses of woman and men. They all looked very attractive in them. One of th big stage offered lessons of how to wrap their traditional turbans out of very long orange ribbon.

Of course it is not only cultural and religious aspect. One can not forgot that it is also very much a political struggle. Their aim was always to create a separate state on the Indian subcontinent as their religion does not represent the Hinduism teachings nor that of later invading forces of Muslim faith (the Mouguls – stretching from todays Afghanistan, Bangladesh, Pakistan and from th other side the Iranian form of Islam, the Safavid Iran and it’s current version). That created certain tensions and terrorist acts that were perpetrated by some leaders of the Khalsa movement in Canada – exactly in Surrey, but also some in Kamloops and Cowichan Valley – Duncan – on the Vancouver Island). The largest terrorism act ever perpetrated in Canada , was that of exploding large Boeing passenger plane off the coast of Ireland in June 1984 and all 329 people died. The Canadian Sikhs organization Babbar Khalsa was directly involved , as a response to Indira Gandhi (famous Prime Minister of India) atrocities against Sikhs in India. Indira Gandhi herself was later murdered by Siks in India. That terrible terrorist bombing of that Air India flight from Canada to England remains the largest in the history of Canada and one that was totally and probably willfully mismanaged by RCMP investigation, court proceedings and everything and everyone else. A side effect of it was also an assassination plot against Premier of British Columbia Ujjal Dosanjh, which he survived but received almost deadly blows to his skull. It is worth nothing that Dosanjh himself is a Sikh by faith but condemns the violence in the struggle of Sikhs to gain independence in India.

It is believed that now most of Khalsa Order and movement is conducted by peaceful, democratic means. The most known Canadian politician, who is Siks is definitely the former leader of federal NDP, Jagmeet Singh. He is very outspoken in the fight to end poverty in Canada and establishing different tax regime and minimum hourly wage of $20.00. He is very much outspoken about his opposition to terrorist activity and achieving political goals by way of brutal force.

Vaishaki celebration in Surrey, BC (18 of April, 2026)

Moje Wyznanie

Moje Wyznanie

CREDO

I to czas mój, moja chwla tu powoli dobiega kresu. Tu – na tym kontynencie, który przyjął mnie otwartymi na ościerz drzwiami. Drzwiami, przez które weszło życie i miłość, która ofiarowała niepojęte, upragnione szczęście spotkania człowieka, który dopełnił brakującą całość największych pragnień.

                Teraz muszę wracać tam, gdzie te pragnienia się narodziły. Muszę pójść ulicami, zaułkami wielkiego miasta nad starą rzeką. Nie, nie żądałem za dużo, nie sięgałem szczytów niedostępnych człowiekowi. Jeśli człowiek, stworzył bogów na Olimpie, to człowiek miał prawo do boskich marzeń.

A wtedy, w tamtym kraju, gdzie byłem chłopcem było szaro, było biednie, było po prostu brudno. Ale w tamtym biednym kraju grał w parkach Chopin, tam w bibliotekach czekały książki Platona i o Platonie, o tych olimpijskich bogach, ich tragicznych miłościach. Tam starzy aktorzy podszeptywali też ze scen, że może być inaczej, nie tak szaro-brudno. Stare ciotki mądre choć biedne, potwierdzały te mądrości.

Bez tego wszystkiego, bez tamtego tam dzieciństwa i młodości nie miałbym tak wielkich marzeń i pragnień. I być może bym nie pojął, nie poznał tego szczęścia, które tu później mnie spotkało.

Cóż zaś jest stałego w tych wielkich tragediach greckich? Upadek, utrata.  Wszyscy herosi, bohaterzy ludzcy i boscy tego doznają. Doznają największych zwycięstw, najwyższych wzlotów, najgorętszych miłości, by je potem stracić. Dlatego, że strata wielka i wielka klęska nie pozwalają tym marzeniom umrzeć, stracić wartość i znaczenie dla kolejnych pokoleń.

Dlatego muszę wrócić, by najmłodszym to potwierdzić, opowiedzieć o tym. Bo nie ma już starych, pięknych ciotek, nie ma profesorów, aktorów i pisarzy tej miary, którzy to we mnie zaszczepili. Ten święty ogień, któremu nie wolno zgasnąć. Pragnień i marzeń, którym nie wolno pozwolić usnąć, które dadzą ci szansę doznać szczęścia największego i straty najboleśniejszej.

Bez tego nie ma boskości, a człowiek jest stworzony do boskości.

Stań odważnie przed lustrem i pokłoń się odbiciu w zwierciadle. Dojrzyj, co ono pokazuje – oto on, bóg złamany, zasmucony, może rozczarowany przez moment. Ale bóg! On, potężny, godny łez i pocałunków. Ty.

Na szczytach Olimpu z moim Hefajstionem

Na szczytach Olimpu z moim Hefajstionem

Moje nieustające fscynacje z historią Aleksandra Macedońskiego w wersji przekazanej nam przez Klausa Manna. Eh, Klaus, Klaus, coś ty mi narobił, narozrabial w tej głowie? Przecież znałem tą historię tak dobrze  od dziesięcioleci chyba już. A ty mi tu takie tam inne odcienie, półcienie, zamglenie we mgle sentymentu podsuwasz pod oczy, a z oczu naturalnie wciska mi się to w duszę.  /… /

(pisane w Craft Cafe na bulwarze nad rzeką Fraser w New Westminster)

szkic Hefajstiona w muzeum w Madrycie (ze zbiorów Wikepdii)

Klaus, jak wiedzieć mogłeś, że Aleksander przez dni kilka okrywał całunem pocałunków miłości całe ciało Hefajstiona? Że nie pozwolił dworzanom i żołnierzom oderwać cię od tego ciała, które było strumieniem jego życia właśnie, tego samego niepokonanego nigdy Aleksandra? Aleksandra, który zwyciężył armie całego świata. Aż śmierć tego umiłowanego generała, przyjaciela, kochanka jego nie pokonała. Życiodajnym strumieniem płynącym z macierzyńskiej Pel[i]i? Które było kwiatami Babilonu? Które było złotem Gangesu i Brahmaputry? Które było kolumnami Persepolis[ii]?

Jak wiedzieć mogłeś, że wszystkie stolice świata, tobołki pełne pereł, diamentów, złota i szmaragdów nie mogły kupić biletu powrotnego dla Hefajstiona?

to nie to, czy ten co odszedł dał ci życie

to to, że on był życiem

pytanie jest czy oddałbyś swoje

bo kochałeś

i łzy milczące napłynęły,

bo znikąd rady ni pomocy

dostać nie mogłeś

i byłeś bezbronny i słaby,

jako najniższy z niewolników,

a łzy same popłynęły z oczu

/B. Pacak-Gamalski/

                I otworzyła się brama w ścianie mojego Czasu: bogowie, lub herosi za ich pozwoleniem, przenieśli mnie w te dni okrutne, dni żegnania mego Hefajstiona. Dni, kiedy kładłem się obok niego, podłączonego do sieci różnorodnych elektronicznych czujników wyświetlających na ekranach wykresy symboli przypominających starą grekę z dni Arystotelesa i jego ucznia, Aleksandra; przez usta wpuszczono długiego węża[iii] , który wśliznął się do jego płuc i w równomiernych odstępach wdychał w nie powietrze. Dwa dni i dwie noce byłam do tego łóżka przytroczony siłą niepojetą.  Opowiadałem mu wszystkie dni naszego życia, wszystkie dekady naszych domów i mieszkań, podróży kontynentalnych i lokalnych; wąwozy, góry, wybrzeża oceanów, nasze plaże i nasze balkony.

Próbowano, namawiano, tłumaczono, że muszę odpocząć, pojechać do domu przespać parę godzin. Na końcu do małego pokoiku  przy tej wielkiej sali ICU[iv] wniesiono  jakąś kozetkę i namówiono mnie bym dał sobie czas na krótki sen, obiecując zawiadomić mnie natychmiast o jakiejkolwiek zmianie sytuacji. Uległem namowie i położyłem się. Natychmiast zasnąłem. Gdy się obudziłem zerwałem się z przerażeniem, że spałem.  Pobiegłem błyskawicznie do pokoju mego Hefajstiona z wyrzutem wobec medyków, że pozwolili mi  tak długo spać. Uśmiechnęli się lekko i smutno, jeden z nich odpowiedział: spałeś niecałe piętnaście minut.

Potem zebrało sie konsylium. Poprosili bym siadł przy ich stole: kardiolog, neurolog, pulmonolog i doktor od psychologii. Pani psycholożka była dla mnie, choć nie sądziłem, że jestem chory. Reagowałem dość – zdaniem moim – normalnie  na sytuację w jakiej się znalazłem.

Mówiono ciepło i monotonnie, cicho ale stanowczo: twoje płaty mózgowe na moment nie drgnęły, zostało tylko ciało – bezbronne, że powinienem dać zgodę, by ciebie od tych próbek, od tych węży odłączyć, by twoje ciało mogło też usnąć, bo jest zbyt zmęczone. Pani psycholożka wyjaśniła, że twój duch był świadom życia ostatni raz w moich ramionach, gdy czekałem na karetkę wtulając cię w moje pocałunki, moje wdmuchiwanie w ciebie powietrze. I że wtedy, bez paroksyzmów niemocy odleciałeś w przestrzeń poza naszą.

Nie, nie zerwałem się tak, jak Aleksander i nie wymordowałem tych bezsilnych medyków od ciała i duszy. Rozumiałem, że nie mogę twojego pięknego ciała męczyć ponad miarę, że muszę się nad samolubność i egoizm własny wznieść. Dałem tą zgodę z jednym zastrzeżeniem: po odłączeniu od tych sączek, macek i próbek ja muszę tam wejść i sam z nim tylko pozostać. Co zrobiono i zasłoniono szczelnie kotary, by wzrok kogokolwiek nie ośmielił się mnie i ciebie, Hefajstionie widzieć.

Leżałeś piękny, spokojny, bez drżenia, bez wstrząsów, bez drgań. Łagodny – czekałeś. Położyłem się obok, wtuliłem w ciebie. Całowałem od stóp poczynając, w górę aż do ust, nosa, oczu. Byłeś znowu sobą – kolumną i filarem mojego spokoju. Nawet nie wzbraniałeś od pieszczot ostatnich. Jak dekady wcześniej, gdy oddałeś się kompletnie nad jakimś strumieniem u podnóża wielkich gór – grzbietu Ameryk. Nasza droga od naszej Macedonii do naszego Babilonu. Nasze piękne życie. Nie mogę swoim zwyczajem być zbyt dumny Hefajstionie, muszę za nie podziękować wszystkim bogom wszystkich czasów: archaicznego, antycznego i nowożytnego. Nawet jeśli tych bogów nie było.

Może bogami są wszystkie dusze, które po odłączenu się od ciał, zamieszkują na najwyższych szczytach Atlasu, Himalajów, Kaukazu, Kordylierów, Olimpu i Karkonoszy?


[i] Stolica Mcedonii w czasach Aleksandra Wielkiego

[ii] Stolica starożytnej Persji

[iii] Wąż był symbolem helleńskiego boga sztuki lekarskiej, Asklepiosa

[iv] Intensive Care Unit (oddział intensywnej terapii)

Our talks in Babylon

It is the most beautiful time of the year in Vancouver, particularly in the West End and around the Lost Lagoon, the charming gateway to Stanley Park. On a sunny day is all a song, a poem. The time of flowering umbrellas of rosy cherry trees, of majestic magnolias, and the tiny flowers of children sprouting from the soil in multitude of colours. The singing birds returned to their nests, their homes on the branches of massive trees. Their colossal migration almost done, they are back at home. A reflection comes to mind: just as my migration finishes. Back home, all the way from the shores of mighty Atlantic, across the vast continent.

With a book in hand I read familiar story of another traveler: Alexander, the young king of Macedonia. I have read many accounts of the ancient story written by historian and writers. The story of conquests and of battles and a story of searching for love.

Yes, there were numerous battles small and great; there were many corpses of his soldiers and generals – but all of it does not matter. In the annals of history of man there are always battlefields and dead bodies strewn on the banks of some great rivers, on the shores of some seas.

But the quest for love is different than the quest for land, or hegemony. The quest for love is worthy of all and every battle and the only thing when murder and death are excusable. For what is greater than She after all? She gives meaning to live and She excuses death.

Alexander and Hephaestion

hunting a stag

                As I read the story again[i] – the battles and the fallen soldiers and generals do not matter to me. It is the travel through lands unknown bringing chances of love and romances that matters to me. How had it changed him? Each culture enriched him, each lovemaking, with a woman or man made him different, too. He was no longer Alexander of Macedonia, no longer even Macedonian nor Greek. He was the Great Alexander. Man, who could have had anyone and anything. Did he? Did he quenched his thirst, filled his hunger?

At the very end: was it one, big irony that his conquer had defeated him? Whom should I ask? Gilgamesh[ii] or the great poet Rumi[iii] of XCCC century Persia?

Indeed funny, that it brings me to these names. Not to Shakespeare, or even Dante Alighieri – they are just famous copiers of stories of ancient Love Immortal, or very much deadly indeed – Love Mortal.

The story, a tale perhaps, as told by no one other than Klaus Mann (himself a hunter of love) brings me my own memory. As he (Mann) of Alexander’s stay in Babylon – the cradle of civilization – he recounts the young king visit and tribute to Ishtar[iv], who was so instrumental for the fate of Gilgamesh.  Moreover, he mentions Alexander visit to the temple of Marduk [p. 89]. The temple was from the times of king Nebuchadnezzar[v] .

I have never been a sculptor. Yet, in the equally ancient time of my childhood, being maybe a boy of twelve, maybe thirteen, I did with my own hands sculpted from the red clay of Masovia a small figurine of Marduk sitting on a large throne, with his beard coiffure intricately in layers – the way the Bavylonians did in the time of Nebuchadnezzar. Ha! A friend of my father (who was, unlike me, a formally trained sculptor) grabbed that sculpture of mine, called it ‘marvelous’ and took it to some local small museum somewhere in or around Olsztyn in Masurian forest. Never seen it since, nor heard of it again, LOL. Perhaps it still is on some dusty shelf there (where exactly?), LOL. Sufficient to say I have never sculpted again. There is certainly enough of Rodins in Louvres of the world.

                The old gods of Syria and Mesopotamia did not touched me and Marduk wasn’t exactly a god of love, more a god of war and revenge. Nonetheless, a god. But let’s go to our Alexander. Our lovely, terrifying, amorous, beautiful and merciless Boy-King in his quest for love. Love – the only thing that is immortal in the lives of silly kings and heroes through our entire history.

Mann states: ‘He wanted to be loved, and nothing was more important to him.’ [p. 89] .

I am not a sculptor, I am just a poet. Let me try to say it clearly in versed form:

In the Gardens of Semiramis love grew

in rows on cascading steps  of all colours;

of aromas conquering their souls and hearts.

Was it forever mine to claim, cherish, to behold?

When my king will lead me to battle

and I will be slain by a sword or an arrow –

I will be happy to say: I have been loved

and I was in love. My destiny was fulfilled.

(by B. Pacak-Gamalski, March 2026)

Alexander galloping through Asia on his beloved Bucephallus comes to Egypt. There he wants his lover to be made a god. Immortal. Hephaestion is denied the transformation (as given previously for Alexander himself) and is forced to be contained with a lesser denomination as a hero. But it is of no use for him, he already was given the ultimate prize, the highest possibly – a love eternal from his Beloved himself – Alexander. When he dies Alexander weeps for days as he lays on the body of his friend and lover, when he dies. Soon after that tragic death, Alexander dies himself. Did he loved as much the young eunuch boy, so beautiful Bagoas? He did likely in the moment they were kissing, but his soul was already given totally to Hephaestion.

Gods are not very forgiving to people for their all-consuming great loves. It threatens the love and adoration they expect from men toward the gods, not other mortals. But gods are blind, too. They think too much of themselves, perhaps they love themselves too much? For everything is mortal: people, heroes and gods. The only thing immortal is Love itself.

I should know a bit about it, for I have met Love once in my short journey. Au Wiedersefen, Herr Mann, goodbye my dear god-like Alexander.   


[i] Klaus Mann “Alexander”, pub. Hesperus Press Ltd; London, 2007

[ii] Gilgamesh | Epic, Summary, & Facts | Britannica

[iii] Rumi – World History Encyclopedia

[iv] Ishtar | Goddess, Worship, & Facts | Britannica

[v] Nebuchadnezzar II | Biography, Accomplishments, & Facts | Britannica

Drogi do Banff

Drogi do Banff

Droga do Banff. Droga z Vancouveru do serca Gór Skalistych; droga z Calgary z sercem pełnym pasji i miłości. Dwie drogi w dwóch bardzo różnych czasach i epokach.

Około czterdziestu lat temu jechaliśmy (ja i Mój Chłopak) pierwszy raz razem na Wigilię do hotelu w Panoramie koło Radium, mijaliśmy Banff po drodze. Długa, ale bardzo wygodna szosa #1 prowadziła prostą nitką do skrzyżowania z szosą 93 do tegoż hotelu. No właśnie – długa. Bardzo długa, gdy prowadzący i pasażer to dwóch młodych, zakochanych w sobie po uszy chłopaków. Trudno się przecież całować, gdy się prowadzi samochód na trasie szybkiego ruchu! Więc postojów było dużo. Oj …

Jakiś czas później, już porą letnią, jedziemy do Banff na dwa lub trzy dni łazikowania po okolicznych górach w uroczym wówczas małym Banff. Ba – jest ciepło na zewnątrz … a gorąco w samochodzie. No tak, też tych samych dwóch młodych, zakochanych po uszy chłopaków. W połowie drogi zjeżdżam w boczną, leśna drogę #64 do Sibbald Flats.  Znajdujemy cichy zakątek otulony młodym lasem świerkowym. Oczywiście, że się całujemy. I oczywiście, że na całowaniu się nie kończy. To tylko uwertura do całego Koncertu Pasji Młodości i Miłości.  Do Banff zajeżdżamy o zmroku, mimo, że normalnie jazda z Calgary, to nie dłużej niż godzina. Co zrobić – młodość i miłość to inne niż zwyczajne czasy. Inne zegary, inne doby.

Prawie cztery dekady później niespodzianie jadę do Banff z drugiej strony, znad Pacyfiku. Mój Chłopiec nie jest ani za kierownicą, ani na siedzeniu pasażera. Któregoś dnia, kiedy byliśmy na drugiej stronie kontynentu, nad Atlantykiem, uleciał mi w chmury. Zanim odleciał przypomniał mi jeszcze, że mnie kocha, ja wiedziałem, że jego kocham. No, ale uleciał. Jego czas się skończył. Też nie zupełnie jednak, bo po czarnych nocach rozpaczy zrozumiałem, że część jego została, zamieszkała we mnie. Tak długo, gdy mój czas odjazdu ostatecznego nie nastąpi. Może się wtedy spotkamy znowu, może nie. We snach, kiedy ze mną po odlocie rozmawiał, nie chciał mi tego jednoznacznie wyjaśnić. Więc nie wiem na pewno. Zobaczymy, lub właśnie może nie zobaczymy.  Póki jestem – to mam go stale w sobie. To mi wystarcza.

Jadę z przyjacielem, który ma się spotkać w Banff ze swoim przyjacielem z lat młodości jeszcze warszawskiej. Kiedyś był w Banff ale nie zna go aż tak dobrze, jak ja. Łazimy więc długimi kilometrami wokół zamarzniętej Bow River, wokół starego, monumentalnego Fairmont Hotel, gdzie kiedyś przed laty spotkałem i rozmawiałem z wielką gwiazdą Hollywood Jamesem Stewartem[i]. Idziemy do Banff School of Arts, gdzie kiedyś chodziłem na koncerty i gdzie bliski znajomy flecista Krzysztof Kaczka miał stypendium, gdzie kiedyś ja miałem dostać też swoje na pisanie – musiałem zrezygnować, bo inne wydarzenia w życiu nie pozwoliły na takie sabbatical.  Następnego dnia jedziemy do fantastycznego, mojego ulubionego w dawnych czasach, raju narciarskiego w Sunshine Village. Od czasu mojego wypadku samochodowego blisko rok temu moja lewa noga nie pracuje jak trzeba. W zasadzie spodziewałem się, że narty, zwłaszcza wysokogórskie, już nie są dla mnie. Aliści … nie ma lasu bez liści. Więc założyłem deski i … wio! Skłamałbym pisząc, że szusowałem, jakbym mógł rok temu. Ale radość jazdy mi zrobiły, mimo, ze chwilami bolesne i trudne. A potem kilka kilometrów do bazy już nie kolejka linową a droga w dół. Pierwszy i jedyny upadek miałem już przy parkingu, gdy się zatrzymałem by już odpiąć narty, źle chyba stanąłem i poleciałem na plecy, LOL. Następnego dnia pojechaliśmy nad Lake Louise i zamarzniętym na amen jeziorze złaziliśmy kilka dobrych kilometrów. Spoglądałem z ciepłym rozrzewnieniem na szczyty Mitry i Abberdeen, na lodowiec Victorii przy Lake Louise, hen po prawej ku Lake Agnes i przełęczy, którą kiedyś przechodziłem do Lake O’Hara i starego schroniska, gdzie przebywał kiedyś Jackson, jeden z malarzy słynnej Grupy Siedmiu; na moją ukochaną Mount Temple z bogami mieszkającymi na jej szczycie. Tym razem chyba naprawdę ostatni raz. Wiem, tyle już razy mówiłem, że gdzieś jestem ostatni raz … i nagle do tych miejsc wracałem. Ale tam już chyba faktycznie więcej nie pojadę. Ale jestem szczęśliwy, że pojechałem teraz. I w kompani serdecznej, dobrej.

A wracając zatrzymaliśmy się w Revelstoke na obiad w tym samym hoteliku, gdzie zawsze zatrzymywałem się z Moim Chłopcem, gdy jeździliśmy bardzo często z Vancouveru (mieszkaliśmy tu najdłużej) do Calgary odwiedzić jego rodzeństwo.

I to była historia moich podróży do Banff w Górach Skalistych.

poniżej link do historii malarzy z Grupy 7-miu

https://www.youtube.com/watch?v=7uSvO1PTbPY;


[i] James Stewart – Wikipedia – w Fairmont Hotel w Banff odbywają się od wielu lat Festiwale Filmów Telewizyjnych i na jednym z nich w latach 90tych Stewart zasiadał w jury festiwalowym.

Mann, Pandemonium and Tadzio

Mann, Pandemonium and Tadzio

Reading again the masterwork of Thomas Mann titled “Death in Venice”[i] took me to the edges of my agony of Love and Desire impossible. Of dreams and fears realized intellectually, but holding you emotionally as a powerless prisoner nonetheless.

Where is the line, the edge beyond which we are too weak to venture – and yet, we are crossing the borders all the time, becoming the papier-mâché dolls, whose strings are pulled by the demons and angels alike? Love and desire are narcotics, and we are the addicts. It is an ageless addiction, timeless struggle.

Mann’s writing is his Shakespeare’s “Romeo and Juliet”, his Dante’s ‘Divine Comedy’. But don’t be fooled by it as the only cornerstones of the emotional battles for they are also rooted in “Tristan and Isolde” of Wagnerian genes (through the musically insane “The Ring of Nibelung”). What is interesting is the fact that Wagner, due to his own romantic upheavals and problems, had to escape to … Venice to finish composing ‘Tristan and Isolde’. If Wagnerian music is added to the old Germanic mix (certainly known to Mann), than we can’t escape the influences of Valhalla! You imagination easily conjures the terrifying images of heavy hooves of heavy horses crossing the Alps, steam and foam escaping their nostrils, as they are marching to plunder and murder Greco-Italian vestiges of elegance and order.  They are not galloping to discuss the politics and laws on Capitol nor the philosophical counterpoints on Agora in Athens. They are galloping to wash Rome and Athens with Roman and Grecian blood! The horses of Apocalypse at the end of times[ii].

                Let us go back to temporary time. Here and now, to Moodswing Café in New Westminster[iii]. Pandemonium in my café, where I go on almost daily routine to write and to have my coffee. Always the same coffee – almost boring – but also a small sign of some order in my chaotic life, some ordinary habit. I came for that coffee and to finish reading Mann’s short story from Venice.

And I encountered pandemonium in that regularly quiet café: hardly a standing spot anywhere. Throngs of bodies, all sitting places taken. Gathering of folks from Rainbow Coalition.

By my table just a solitary fellow. I push few standing gatherers aside and sat by that table next to him. I placed my coffee there, ordered a snifter of wonderful Hennessy, took out my notebook, a pen and put it all on that little table. There was certainly very little place left for this fellow and his drink. He looked perplexed and asked me (without a hint of malice or any anger) very simple question: are you going to write in all that noise and crowd? I gave him a perplexed look and answered without any malice neither: Why wouldn’t I? I am w writer and writing is what I do, I’m not a mingler or joiner of crowds. I write here, by exactly this table. He seemed almost amused by my answer and continued slightly ironically: I didn’t realize it was your table (with the accent on the word ‘your’), should I move somewhere else? I completely disregarded the ironic tone of his question and turned my eyes to his face answering in matter-of-fact tone:  Why? That is very kind and very understanding of you. Thank you very much. For a second or two he was speechless and shocked by my candor, than stood up, looked down at me and asked tersely: are you satisfied now? To which I promptly and honestly replied: But of course! And once again – thanks for your understanding. And I returned to scribbling my notes, as he walked away with a shrug of his arms. You can’t blame me for being honest.

Mann conjures all the mastery of Spanish painters in a Goya’sque[iv] style of the turn of XVII and XIX century: the elongated faces, the eyes full of mysticism or terror as in his famous painting ‘Saturn devouring his son’. He sees and feels Albrecht Dürer[v] depictions of Hell few hundred years prior to Goya.The writer is an opposite – one would assume – of terror or chaos. He is from elegant and very bourgeois Munich – just stone throw away to majestic and also stately Austrian Alps. Yet … yes, there is always an ‘alas’!

Suddenly the elegant world of Herr Aschenbah[vi] collapses. From the stately Bavarian city, the elegant slopes of Austrian Alps, from the elegant hotel in Venice, he takes us to the rocks of Tartarus[vii]. Ang[viii], an ungodly proto-Germanic god dons the mask of hoofed Pan[ix] leading a dancing caravan to the edge of desire, of want unfettered by ethics constructed over millennia to constrain lust and primordial instincts. Greed to posses the ‘other’ – his or her body. Almost like today in my café: noisy, talkative, music pulsating, vibrating, desires shielded from being recognized, yet existing, breathing, sweating.

Mann-writer dons the coat of suitor-painter. Hoofed Pan leads Bests and human folk to dance macabre, bodies twisted by primordial instincts of need and warm mist.

Gustav von Aschenbach watches with fascination, yet with terror, as the body count in diseased Venice climbs. Bu so does the throngs of strange animalistic crowd descending from the slopes of the mountains.

I am myself getting tired of Venice, of the sound of hoofs, strange creatures and I leave my café and go to my apartment shielded from all the pandemonium. Leave Tadzio, leave Venice and Valhalla, leave Thomas Mann and his desires. Adieu to all, I am off to bed.

                Next day. I left and slept. But gods, the hoofs, the desires beautifully-innocent and the animalistic – they stayed up, waiting for me to finish their story.

Went again to Moodswing Café. All the creatures and characters from the book waited for me. Why should I write your stories? Because the reader?! What more does the reader need to know? An orgy in Elysian Fields[x]? Eurydice turning her back to Orpheus? The River of Forgetting?

No! I have much darker future to foretell you. On my own will, not forced by powers untold.

                I wish upon you a march, a cavalcade if you will through the boring meadows of mundane, fields of ordinary days and nights without dreams. Maybe even worse – memories of youth vanishing bit by tiny bit until the Etruscan vases from red clay will dry up. You will no longer remember Alexander and his lover, whom he made himself a living god; you will not recognize young Tadzio sitting on Lido in Venice.  But you will survive. You will not die there. You will live a long life somewhere in boring Bavaria forever regretting your cowardice and asking why did you not taste the sweetness of Tadzio’s lips? Never.

Trust me – that torment is hundredfold more terrifying than sudden death in Venice. Thus spoke Zarathustra[xi]. And who would dare to challenge god? 

   


[i] T. Mann, “Death in Venice”, trans. by J. Neugroschel; pub. by VIKING in 1998

[ii] from Biblical ‘Book of Revelation’.

[iii] Moodswing Coffee + Bar

[iv] Francisco Goya | Biography, Art, Paintings, Etchings, & Facts | Britannica

[v] Albrecht Durer | Biography, Prints, Paintings, Woodcuts, Adam and Eve, & Facts | Britannica

[vi] Mann’s – no doubt – self portrait in ‘Death in Venice’

[vii] Tartarus: The Greek Prison at the Bottom of Universe | History Cooperative

[viii] ANGST Definition & Meaning – Merriam-Webster

[ix] Pan • Facts and Information on the God Pan

[x] ELYSIUM Definition & Meaning – Merriam-Webster

[xi] Thus Spake Zarathustra – Wikisource, the free online library

Biblioteki – sapere aude

Immanuel Kant w swoim uczonym eseju o wiedzy, jako motto użył słów Horacego: sapere aude[i]. I jakże słusznie. Chciałby się krzyczeć na całe gardło: nie lękaj się wiedzy, bo ona cię wyzwoli!

Te zadanie i cel nauczyciela z Królewca, zadanie sposobu myślenia i poznawania świata, krzyczały i w mojej głowie, gdym wędrował po piętrach monumentalnej i pięknej Biblioteki Publicznej w Vancouverze[ii].

Biblioteki całego świata to najprawdziwsze kościoły, bazyliki, katedry ludzkości. Jedyne głoszące prawdziwe ‘słowo boże’ – wiedzę o nas i o świecie zbieraną i kolekcjonowaną od tysięcy lat.  Czy jesteś osobą wierzącą, ateistą lub gnostykiem (mój ‘krzyż’, który dźwigam) – idź do nich, do tych świątyń wiedzy, a zgłębisz w tej wierze swoje przekonanie, rozumienie tej wiary. Poznasz też, przynajmniej pobieżnie, podstawy tych, którzy wątpia lub wręcz przeczą twojej dogmie. Poznasz, choćby pobieżnie znowu, innych bogów lub demiurgów, w których miliony lub setki tysięcy wierzą. A przede wszystkim poznasz lepiej siebie, nauczysz się myślenia krytycznego (czyli argumentacji pro i contra niezbędnej dla każdego swobodnego myślenia) a nie ‘myślenia chcianego’[iii]. I nagle twój krąg domniemanych wrogów i przeciwników ulegnie skurczeniu do minimum nieistotnego, bo pojmiesz, że inny punkt widzenia nie jest ‘grzechem pierworodnym’ i nie jest zaprzeczeniem totalnym twojego własnego.

Ostateczne tak naprawdę jest tylko to, że któregoś dnia się rodzimy i któregoś umieramy. Reszta jest po prostu dopuszczalna i możliwa, ale nie jest gwarantowana lub przypisana ‘odgórnie’.  I wiedza jest przekazywana następnym generacjom, czyli jest kumulująca się. Aby ten proces nie był przerwany, byś mógł korzystać z tego testamentu mądrości niezbędny jest zapis tej wiedzy. Inaczej w każdym pokoleniu musielibyśmy czekać, na jakiegoś Archimedesa, który zechce się kąpać w wannie i obserwować różnice poziomu wody przed i po wejściu do tej wanny.

Literatura jest poniekąd pierwszym nauczycielem, pierwszym zbiorem tej elementarnej wiedzy o nas i o otaczającym nas świecie. Niczym więcej. To skarbnica wiedzy elementarnej, intuicyjno-emocjonalnej. Od Gilgamesza poczynając, przez historię Beatrycze, Romea i Julii i innych prototypów pragnień (lub lęków) emocjonalno-romantycznych. Nawet ta fantastyczna. Bo wyobraźnia i marzenia nie są ograniczone namacalną rzeczywistością. Są w pewnym sensie rzeczywistością augmentowaną.

Więc błagam chodźcie do bibliotek, korzystajcie z nich (OK, niech to będą nawet audiobuki – ostatecznie teatr, będący dzieckiem literatury – to wszak taki audiobuk rozpisany na wiele głosów). Ze staroświeckim upiorem podszepnę tylko: nic czytania w ciszy materialnej książki w ręku nie zastąpi, a już po pierwszym rozdziale bohaterowie opowieści mówią do ciebie swoimi własnymi głosami i niekoniecznie (?) są to przykłady choroby psychiatrycznej, LOL .

Mnie zachciało się przypomnieć cudną opowiastkę Tomasza Manna „Śmierć w Wenecji”. Te wakacje z młodym Tadziem, gdzieś na południu Europy. Miłość platoniczna, czysta jak anielsko zarysowany polski chłopczyk. Kiedyś (nie pamiętam gdzie publikowałem ni roku) napisałem esej o Tomaszu Mannie, o tym opowiadaniu’ i o jego synie, bardzo zdolnym i znanym też pisarzu Klausie Mannie. Jako, że nie mogłem znaleźć (w Polsce została?, którejś z przeprowadzek nie przeżyła?) pod ręką tego zbioru Manna-ojca – wybrałem się do tej wspaniałej, monumentalnej Biblioteki w Vancouverze. Książki jego syna, Tomasza, były a jakże, na parterze sumiennie miedzy literkami K i M. Ale dorobek Tomasza aż na szóstym piętrze! A tego dnia noga mi dość złośliwie dokuczała i w bibliotekach nie lubię używać wind. Wolę schody, bo wtedy mijając kolejne piętra, zaglądam z radością na półki ustawione tam z szeregami tysięcy książek. I się uspakajam – tak, ta mądrość pokoleń nie uległa zniszczeniu, znalazły dom dla siebie, schronienie. Więc cóż tam noga obalała! Są sprawy ważniejsze – książnice.

I dlatego cieszę się, że biblioteki są na ogół w gmachach solidnych, statecznych, imponujących. Tam wszak mieści się największe bogactwo całego społeczeństwa – książki.

A następnego dnia pojechałem mimo deszczu na spacer po mojej też bardzo lubianej Bibliotece w Surrey Central. Trochę, jak wielki statek, z łagodnymi falującymi poręczami, schodami. Statek, skojarzenie dziwne? Nie! To nasza Arka Noego – gdy inne, materialne bardziej wartości ulegną zniszczeniu, niech ta Arka z potopu uratuje naszą globalną mądrość i wiedzę: książki. Sapere aude.

I tyle ich noszę w serdecznej pamięci, małych i wielkich, a znaczących kiedyś w mym szukaniu prawdy o człowieku i świecie: ta warszawska na Koszykowej 26[iv], stara Biblioteka Polska w Paryżu[v], Biblioteka w POSKu londyńskim[vi], urocza mała Książnica w Pruszkowie z zakochanym w niej i w literaturze dyrektorem z fajką Grzegorzem Zegadło[vii].  


[i] lit. zaufaj wiedzy; odważ się wiedzieć

[ii] Central Library | Vancouver Public Library

[iii] ów strasznie irytujący argument głupców: ‘a ja sobie tak myślę i koniec, kto mi zabroni? Mam prawo!’

[iv] Aktualności – Biblioteka Publiczna m.st. Warszawy – Biblioteka Główna Woj. Mazowieckiego

[v] Instytut Biblioteka Polska w Paryżu

[vi] Biblioteka Polska POSK – Polski Ośrodek Społeczno-Kulturalny

[vii] Portal informacyjny Książnica Pruszkowska – Książnica Pruszkowska

Nowy Rok – czy dorośleliśmy do wyzwań historii?

Nowy Rok – czy dorośleliśmy do wyzwań historii?

No więc mieli swoje trzy kopiejki i trzy fenigi panowie Nawrocki i Tusk, LOL. To ja dodam swoje trzy grosze, nie gorsze i w dodatku polskie, nie austriackie.

Posłuchałem z uwagą waszych mów noworocznych. Jedna trochę tomtadracka, zanurzona w historycznych odniesieniach, prezydencka można by powiedzieć. Druga, rządowa, to już szarża husarska, powiedzmy pod Kilchormem.  Szwed pobity, Inflanty uratowane. Sułtan turecki i Szach perski z papieżem słali gratulacje.

Tylko, że … ano, tak. Nie raz pierwszy i nie ostatni wielkie zwycięstwa nie zamieniają się w długi, zwycięski marsz ku przyszłości. Najlepszym dowodem polskiej determinacji był fakt, że nim zwycięski hetman wrócił do stolicy, blisko połowa jego armii … rozlazła się do swoich dworków, mająteczków i miasteczek.

Tak, historia ma piękne przykłady polskiego bohaterstwa na polach bitew, panie prezydencie-historyku. Niestety, poza Brygadą legionową Józefa Piłsudskiego – nikłe przykłady równie wytrwałej i skutecznej pracy politycznej i gospodarczej po zakończeniu wojny lub bitwy. Pomyśl pan o tym. Warto się na to wysilić.

Panie premierze-polityku. Rządzi pan niby dobrze i skutecznie ekonomicznie – co nader wyraźnie pan uwypuklił w mowie noworocznej – by ‘Polsce i Polakom żyło się lepiej’[i]. Wielkim jest bezmiernie pańskie zbliżenie do Unii Europejskiej i zaciśnięcie współzależności z tą europejską rodziną państw i narodów.  Dużo jeszcze plusów panu można (i zasłużenie) przypisać.

Ale ja mam takie jedno, maleńkie pytanie do obu panów, prezydenta i premiera. Szczere, może nie dyplomatyczne w pełni, trochę tak jakby zależne od spraw medyczno-trawiennych.

Panie prezydencie i panie premierze: czyści się do diaska szaleju obiedli?!

Wojna za miedzą się dzieje, od lat cholera.  Polacy ‘w poważaniu głębokim’ mają wasze sprzeczki, wasze weta i spory, kto ważniejszy. Na nic ta rosnąca siła ekonomiczna, gdy za rok-dwa może się okazać, że zza wyłomu szykują się pułki, regimenty tatarsko-mongolskiej hordy carstwa rosyjskiego.

Panie Nawrocki – dość tej dziecinady liberum veto i płaszcza rejtanowskiego w obronie konstytucji. Weź pań się w łeb walnij, ale skutecznie – buzdyganem hetmańskim, a nie paluszkiem. Mimo, że wyraźnie pan chce się odciąć od wszelkiej wspólności kulturowej z czerwoną ideologią – przypomnę panu wielkiego (tak, wielkiego) poetę polskiego, komunistę: Władysława Broniewskiego. Napisał kiedyś taki wierszyk, dość znany, słynny nawet. Broniewski bardzo Sanacji nie lubił. Sanacja nie lubiła Broniewskiego i dała mu nawet ‘mieszkanko’ w Berezie Kartuskiej[ii]. Gdy w 39 Niemcy napadli na Polskę 1 września, a zaraz potem hordy sowieckie najechały Polskę od wschodu, to tenże komunista-Broniewski napisał znamienny wiersz „Bagnet na broń”. Radzę przeczytać. O tym, że owszem, ‘są w ojczyźnie rachunki krzywd’, ale i o tym, że ‘obca dłoń ich też nie przekreśli’.  I dalej w tym samym stylu. Stanął na wysokości zadania.

Spory polityczne, ideologiczne wobec śmiertelnego zagrożenia nie mają znaczenia. Polska i Litwa to autentyczne stare ‘przedmurze’ Europy Zachodniej. Naszej Europy kulturowo-cywilizacyjnej. Wszystkie armie każdego Suworowa i Putina będą musiały maszerować do Europy przez Nizinę Polską. Innej drogi nie ma. Nie przez Bałtyk i przez Królewiec – przez Niemen i Bug. Tamte drogi to tylko ścieżki pobrzeżne. Buciory rosyjskie potrzebują szerokiej drogi a nie ścieżyn.

Polska rośnie gospodarczo, przemysł, dochody mieszkańców. Nigdy chyba w nowoczesnej historii tak dobrze Polsce i Polakom nie było. A może być jeszcze lepiej. Może.  Nie musi. Nie czas teraz na głupie spory o schedę polityczna. Teraz wy – panowie Tusk i pan Nawrocki i cała elita polityczna Polski musicie stanąć na wysokości zadania. Nie chodzi o PO, o Konfederację z koroną czy bez (ale bez rosyjskiego śmiecia od gaśnicy!), nie chodzi o starego kapcana PiS. Teraz wy musicie stanąć na wysokości zadania. Być przykładem mądrych patriotów, a nie tylko sprytnych polityków. Czy Polska musi wydawać aż tyle pieniędzy na potężną armię? Ponoć w zamyśle jedną z najpotężniejszych w Europie (poza arsenałem nuklearnym). Pytanie otwarte. Czy aż tak potężną, że złamie na lata budżet państwa? Nie wiem. Jestem pewny, że lepsi ode mnie specjaliści łatwiej na to znajdą odpowiedź i radę.

Ale wiem bez najmniejszej wątpliwości, że musimy wszelkimi i wszystkimi metodami wspierać Ukrainę. Gospodarczo, ekonomicznie i bezwzględnie militarnie. Również z butami na ziemi. Bo lepiej zgodzić się wysłać batalion do ewentualnych sił rozjemczych (tzw, eufemistycznie nazwaną “coalition of the willing”) niż walczyć armiami i dywizjami na pograniczu polsko-ukraińskim.

Ale finansowo nic nie kosztującym jest imperatyw zrozumienia, gdzie i w jakim czasie historycznym panowie prezydencie i premierze jesteście. A jesteście w stanie przedwojnia. Proste. Jest trochę bez znaczenia, który obóz ideologiczny za dwa lata wygra wybory parlamentarne. Oby się nie zdarzyło, że będzie to kompletnie bez znaczenia, gdyż w czasie działań wojennych trudno wybory organizować ….

Jako dwóch najważniejszych polityków Polski nie macie prawa popełniać błędu Rydza-Śmigłego i Becka. Musicie twardo stanąć w jednym szeregu, nie na przeciw siebie, a ze soba obok.

Nikt nie wybiera czasów historycznych, ale przyszło wam w takich żyć. Należy to brać pod uwagę.

A tak zupełnie już na uboczu, na końcu, poza bieżącymi wyzwaniami – czy tak łatwo zapomnieć długie setki lat, gdy Ukraińcy (wówczas nazywani Rusinami – nazwa i określenie ‘Ukraina, Ukraińcy” to wymysł bardzo współczesny) mieszkali pod panowaniem Korony Polskiej i byli razem z nami poddanymi jednego władcy i obywatelami jednego państwa.

Dobrego roku życzę.


[i] trochę mi to (bez złośliwości jakiejkolwiek z mojej strony, naturalnie, LOL) przypomina obietnice niejakiego pana Gierka z epoki kamienia łupanego PRL …)

[ii] ciężkie więzienie polityczne w II Rzeczypospolitej