Dwie pandemie – biologiczna i moralna

by Bogumil Pacak-Gamalski

Gdzieś, na jednej z półek, wciśnięty między grube grzbiety poważnych książek, zapomniany, zakurzony i od lat parudziesięciu nie czytany, mały brulionik w cienkiej, niebieskiej okładce , jak szkolny zeszyt, bez tytułu ani wydawcy, nawet bez nazwiska autora. Czternaście stroniczek wewnątrz. Na niektórych, robione niebieskim długopisem, odręczne poprawki druku. Poznaję pismo (charakterystyczne dla wszystkich, którzy w szkołach przechodzili jeszcze lekcje kaligrafii – tak pisał m. in. do końca życia mój ojciec) i przypominam sobie autora tego brulioniku i historię z tym związaną.  Generał Tadeusz Alf-Tarczyński, Prezes Instytutu Józefa Piłsudskiego w Londynie. Takie króciutkie zeszyty były robione  wyłącznie w celach propagandowo-edukacyjnych i wysyłane (lub przewożone) do Kraju, głównie naturalnie do młodzieży szkolnej i uniwersyteckiej.  Łatwe do ukrycia, nawet w kieszeni spodni. Nie były to wydawnictwa naukowe ani historyczne. Jakby powiedział, w latach 1905-1915, towarzysz Wiktor – bibuła.  Towarzysz Wiktor, to był naturalnie młody Józef Piłsudski, redaktor „Robotnika” i przywódca Organizacji Bojowej PPS (Polska Partia Socjalistyczna). Więc ten brulionik taką właśnie bibułą był. Z sentymentem go raz jeszcze przejrzałem. Jasny, prosty język. Przypominający najważniejsze fakty z życia Marszałka. Naturalnie, głównie te o wymiarze patriotycznym, zwycięskim, ważnym, państwowo ale i legendo—twórczym.  Dla historyka lub badacza dziejów – bez znaczenia i wartości większej. Dla młodego człowieka niezbyt z historią zaznajomionego – dobra pigułka elementarnej wiedzy.  Dziś już nie, bo od lat tematem się nie zajmuję, ale wiele lat temu uważałem się za osobę dość głęboko znającą biografię i dzieje życia Józefa Piłsudskiego.  Pisałem na jego temat szereg poważnych artykułów publikowanych tu i ówdzie (mam nawet gdzieś list od legendarnego Redaktora Giedroycia, gratulujący jednego z tych moich tekstów nadesłanego z Instytutu JP do redakcji „Kultury” – ale tłumaczący niemożliwości zamieszczenia w „Kulturze” ze względu na brak miejsca spowodowany gorącą sytuacją w Kraju i masę tematów aktualnych a nie historycznych – to były początki Stanu Wojennego i kompletnie się z Giedroyciem zgadzałem a tekst wysłałem nie ja tylko sam Instytut londyński). Po powrocie do Polski miały to być zaczyny do pracy naukowej lub książki. Do kraju nie wróciłem, pracy naukowej żadnej nigdy nie napisałem ani książki o Piłsudskim. Z czasem zresztą nabrałem wobec niego dużo bardziej krytycznej postawy. Nie negatywnej – na to swym życiem i dziełem nie zasłużył absolutnie. Ale krytycznej, dostrzegającej i istotne błędy i braki. Za główny uważałem nieumiejętność stworzenia kadry przyszłych polityków, mądrych włodarzy kraju. Teraz, po latach, znowu widzę go sympatyczniej, wydaje mi się, że go rozumiem. A z tego właśnie niebieskiego zeszycika-bibuły wyłuskałem fragment przemówienia Piłsudskiego w tymże Lublinie w 1920 roku.  I gdyby mocą jakąś magiczna udało mi się wskrzesić monumentalną postać  Naczelnika i zrobić wielki wiec (powiedzmy na Błoniach krakowskich lub Polu Mokotowskim w Warszawie, bo tamże do tłumów przemawiał) tylko o powtórzenie tego krótkiego lubelskiego adresu bym go poprosił.  Pójścia do Sejmu bardzo bym mu odradzał, bo wiadomo, co by zrobił i jakich słów użył – jeżeli jesteście zszokowani czasem niektórymi słowami posła Jarosława Kaczyńskiego, to zakładam, że by bladły wobec słów, jakie dzisiejszym posłom i samemu Kaczyńskiemu by Naczelnik ofiarował… . Pojęcia poprawności politycznej nie znał ani by go rozumiał. Ale ten adres lubelski, te krótkie przemówienie, jest tak współczesne i tak celne, że mógłby je każdy mądry polityk w 2020 wypowiedzieć. I nawet nie tchnie myszką starego słownictwa.  Jest portretem Polaków idealnym.

A więc 11 stycznia 1920 w Lublinie, na spotkaniu z przedstawicielami ziemi  Lubelskiej, mówi Marszałek Józef Piłsudski, więc proszę o ciszę:

Tam, gdzie chodzi o życie, tam, gdzie chodzi o krew, jest to ofiara najłatwiejsza, chociaż w laury owita. To jest ofiara, na którą Polak na pewno się zdobędzie. (Ale) Idzie o ofiarę cięższą, idzie o ofiarę dla siły całego narodu, idzie o ofiarę z tego, co ludziom być może jest najdroższe, o ofiarę ze swoich przekonań i poglądów.  Idzie o to, by kraj nasz zrozumiał, że swoboda to nie jest kaprys, że swoboda to nie jest – ‘mnie wszystko wolno a drugiemu nic’ – że, swoboda, jeżeli ma dać siłę, musi jednoczyć, musi łączyć, musi rękę sąsiadom i przeciwnikom podawać, musi umieć godzić sprzeczności, a nie tylko przy swoim się upierać. W takiej jedynie umiejętności podawania do wspólnej pracy dłoni, wypływa moc wielka w chwilach trudnych i w chwilach kryzysów państwowych”.

To było wyzwanie do Polaków  w pierwszych tygodniach 1920 roku. Gdy ofensywa bolszewicka łamała kolejne linie frontów Północnego i Południowego Rzeczypospolitej. Gdy opcje polityczne i ideologie były bez znaczenia, gdy –parafrazując komunistycznego poetę ledwie dziewiętnaście lat później- wróg stanął u progu i kolbami w drzwi załomotał, gdy rachunki krzywd przestały mieć znaczenie.

Nie znałem Polski lat 20tych ni 30tych. Nie mogę w pełni zrozumieć tej skali narodowych waśni, które pchnęły do politycznych więzień, politycznych zabójstw, do bicia, szczucia siebie wzajemnie. Nie znałem tego nawet w mojej młodości w PRL. Bo nienawiści wśród Polaków wobec siebie nie było.  Władza, mimo wszystko, była poza nami, to był twór jakby z księżyca i nie mieliśmy na jego kształt wpływu. Żyliśmy, jakby obok i osobno od tego tworu.  

Potem nasza ‘wiosna narodowa’ pod hasłami „Solidarności”, po dziesięciu latach odbudowywanie z kompletnych gruzów ekonomicznych tego niewyobrażalnie zacofanego, rozsypującego się tworu innego, zamierającego świata gospodarki komunistycznej, jaką była Polska w roku 1990. Byłem wówczas w tej nowej Polsce, odwiedziłem ją w trakcie pierwszych wolnych wyborów. I byłem tym światem przerażony, to był jeden wielki bazar Różyckiego, a właściwie gorzej: w Warszawie,  ówczesny Stadion Dziesięciolecia był takim wielkim straganem, gdzie można było wszystko sprzedać i wszystko kupić.  Od jednej świeczki po całe pudła szmat przywożonych całymi kontenerami z Chin, Wietnamu, z magazynów pozostałych ciuchów przy parafiach, które były adresatami tej paczkowej pomocy polonijnej.  Polska była takim bazarem.  Bałem się, czy potrafi z tego – i jak? – wyjść.  Już wówczas zaczynały być widoczne pęknięcia ideowe, ideologiczne o kształt tej nowej Polski.  Po latach, gdy zacząłem odwiedzać kraj częściej, zauważyłem metamorfozę olbrzymią. Byłem znowu w kraju europejskim. Tak, biedniejszym. Ale europejskim, zachodnim.  I wydawało się, że normalniała też emocjonalnie, kulturowo.  Oczywiście, jak w każdym normalnym kraju, były elementy skrajne, jakieś ideologiczne cudaki, inności, wynaturzenia.  Po 2015 te wynaturzenia zyskały szansę wpływania na główne nurty polityki.  Powoli wracały wszystkie upiory polskiej historii.

Konstytucja i jej obchodzenia, sądy i ich krytyka, parlamentaryzm i jego upadek moralny, spory polityczne, nawet demonstracje uliczne – to nie jest wizja Apokalipsy i rozpadu państwa. To są rzeczy zdarzające się w demokracji.  Raz trochę na prawo bardziej, raz trochę na lewo, a na ogół oscylujące w środku – normalny obraz zdrowego kraju i społeczeństwa.  Nie idealnego, nie jakiejś Nirvany ale zdrowego.

Mój ostatni, dłuższy pobyt był w 2018. Nie dziwiły ulice miast, identyczne, jak w Amsterdamie, Londynie czy Frankfurcie.  Przyzwyczaiłem się już, że Polska XXI wieku, jest krajem europejskim. W każdym razie z wyglądu. Ale zauważyłem pierwszy raz tak widoczne i odczuwalne znowu wrażenie wielkiego bazaru. Rynku ciuchów i szmat. Nie na stadionie, nie na jakimś placu miejskim.  W mentalności, w postawie, zachowaniu się Polaków.  Było odczuwalne, że te ‘upiory przeszłości’ wylazły z  nor i zaczęły opanowywać te ulice, the rynki, parki.  Ktoś zaczął je z najważniejszych miejsc w państwie nazywać  ‘tradycją narodową’. A przecież to nie była tradycja a upiory polskie, wynaturzenia, kalectwo narodowe. Brzydota narodowa a nie urok narodowy.  

I przyszedł ten, 2020 rok. Wybory prezydenckie i pandemia.  Ta symbolika tych dwóch wydarzeń, wepchniętych sprawą biologicznego przypadku w jeden, ten sam, okres czasowy jest przytłaczająca.  Biologicznie i immunologicznie pierwsza połowa tego roku minęła pod znakiem obrony przed strasznym, milczącym wirusem. Wirusem, który zagraża nie tylko zdrowiu i życiu ludzi ale też i całej ekonomii.

Cały świat, nie tylko Polska, z tym wirusem walczy. I wyjdziemy z niego wszyscy nieco osłabieni, jak po każdej wielkiej wojnie, ale zwycięscy.  Tylko, że w Polsce, podobnie, jak w USA, jest to też okres pandemii wirusa nienawiści. Nienawiści Polaków do Polaków, Amerykanów do Amerykanów.

Dlaczego, stający do walki o kolejny mandat prezydencki, panowie Duda i Trump nie noszą masek (Trump w ogóle, Duda bardzo rzadko)?  Dlatego, że ich kampania wyborcza zasadza się właśnie na rozprzestrzenianiu wirusa nienawiści.  Tylko ten wirus, jego jak najwyższa zarażalność , daje im największe szanse zwycięstwa. Stąd tylu wrogów się pojawiło w ich przekazie wyborczym, tyle grup zagrażających ‘dobrym’ Polakom i ‘dobrym’ Amerykanom. Tym reprezentujących ‘dobrą’ tradycję.

Ale dla normalnego, zdrowego człowieka, dla uczciwego obywatela ta tzw. ‘dobra tradycja’ jest niczym innym, jak narodowym ściekiem nieczystości, wylęgarnią złowrogich bakterii i wirusów.

Wybór między Andrzejem Dudą a Rafałem Trzaskowskim nie jest więc dla mnie wyborem politycznym, lub ekonomicznym. To wybór sanitarny, epidemiologiczny.  Wybór Andrzeja Dudy to otwarcie na oścież bram dla wirusa nienawiści. To burzenie tam przed powodzią degrengolady etycznej i moralnej Polaków.  Wybór Rafała Trzaskowskiego teraz, gdy na placu boju już tylko ich dwóch pozostało, to nie obietnica ‘cudownego ozdrowienia’. To jednak szansa na rozpoczęcie terapii, na systematyczną walkę z tym wirusem, na budowanie podwalin pod kolejne narodowe porozumienie. Na szanse rozmów innych Polaków z innymi Polakami. Bez mordobicia. I bez używania kłonicy, jako argumentu w dyskusji.

Jedno, z doświadczeń historii każdego kraju współczesnego i epok przeszłych, mogę bez cienia wątpliwości powiedzieć : społeczeństwa i narody tolerancyjne, szanujące się, generalnie zjednoczone bardziej niż podzielone, łatwiej i szybciej usuwają ruiny i gruzy materialne i budują nowoczesną, służącą ludziom i krajowi gospodarkę.   Tak, jak stało się w Polsce, którą między 1990 a 2010 przeobrażono z wielkiego, brudnego bazaru w kolorowe ulice. Społeczeństwa i narody opanowane nienawiścią wobec siebie szybciej jeszcze zamieniają te kolorowe ulice w ekonomiczną i finansową ruinę podłego bazaru.

Kończę te smutne refleksje powtórzeniem, jakże dziś adekwatnych słów Józefa Piłsudskiego:    Idzie o to, by kraj nasz zrozumiał, że swoboda to nie jest kaprys, że swoboda to nie jest – ‘mnie wszystko wolno a drugiemu nic’ – że, swoboda, jeżeli ma dać siłę, musi jednoczyć, musi łączyć, musi rękę sąsiadom i przeciwnikom podawać, musi umieć godzić sprzeczności, a nie tylko przy swoim się upierać.

Bitwy warszawskie

W ostatnim stuleciu o Warszawę toczyły się dwie wielkie bitwy, których rezultaty oznaczały obronę i wzmocnienie wolności Polski, lub utratę tej wolności.

Pierwsza Bitwa Warszawska miała miejsce między 13-25 sierpnia 1920. Popularne stało się określania jej, jako ‘cudu nad Wisłą’, co jest kompletna bzdurą.  Te określenie ‘cudu’ zaczęło się pojawiać w kilka lat pod tej bitwie w środowiskach katolicko-kościelnych, by odwrócić uwagę od osoby Wodza Naczelnego, Józefa Piłsudskiego. Oczywiście zwycięstwo w tej bitwie było wynikiem tylko i wyłącznie wypracowanej długimi dyskusjami i sporami strategii i celu bitwy i jej bezwzględnemu wykonaniu przez wiele wielkich jednostek bojowych rozrzuconych na przestrzeni setek kilometrów.  Celowi bitwy służyły aż trzy potężne i rozległe w terenie i oddaleniu od siebie fronty Armii Polskiej, szereg zdolnych ale bardzo zróżnicowanych wyszkoleniem (taktyką, strategią) i tradycją wojskową dowódców. Wymagało to nie tylko olbrzymiej dyscypliny tych wszystkich dowódców ale i pełnego oddania sprawie ich podwładnych. Być może była to najtrudniejsza walka, bo tyczyła nie tylko terytorium i suwerenności ale bezpośrednio była walką światów, cywilizacji. Walką o ducha. Starcie cywilizacji turańskiej i łacińskiej, jakby to określił historyk i filozof ( w rzeczy samej był on historiozofem) polski z tamtej epoki, Feliks Koneczny.

Ta bitwa zakończyła się wielkim polskim zwycięstwem. Warszawa nie padła, a Rosjanie musieli się cofnąć na rubieże starej Rzeczypospolitej. Nie jest winą żołnierzy i ich dowódców, że Traktat Ryski tą wojnę kończący, przyniósł Polsce tak mierne korzyści terytorialne. Rosjanie porażeni rozmiarem klęski byli gotowi, zdaje się, nawet uznać granice I Rzeczypospolitej – w każdym razie na terenach ziem witebskich, mścisławskich i połockich, a na pewno całą Mińszczyznę.  Endecja bardzo tego się bała i Grabski (reprezentujący w Rydze Polskę) przyczynił się do znacznych ustępstw na rzecz pokonanej Rosji bolszewickiej. Abstrahując od tych dywagacji historycznych – ta bitwa była przykładem zwycięskim dla Polski w historii bitew warszawskich (było ich naturalnie więcej w tejże historii, ale nie tak brzemiennych w skutkach).

Druga bitwa warszawska, którą chcę wspomnieć, określana jest w zasadzie, jako bitwa obronna Warszawy we Wrześniu 1939 roku przed nadciągającymi armiami niemieckimi. Trwała faktycznie nieprzerwanie od 1 września aż do 28 września, dnia kapitulacji stolicy Polski.

Szanse obronienia stolicy splecione były nierozerwalnie z szansami całej wojny polsko-niemieckiej w 1939 roku. A jaki był wynik tej wojny – wiemy.  Warszawa (która nigdy nie była twierdzą wojskową) i jej wojskowi i cywilni obrońcy, wykazali się wyjątkową odpornością, walecznością.  Ale miażdżąca przewaga militarna sił niemieckich, wzrastające straty wśród ludności cywilnej (głównie skutkiem osobistego rozkazu Hitlera o bombardowaniu Warszawy nalotami dywanowymi) i brak nadziei na jakąkolwiek odsiecz lub pomoc z zewnątrz, zmusiły wojskowe i cywilne władze do podpisania kapitulacji. Tak ta bitwa obronna w 39 jak i epilog całej II wojny światowej, który w Warszawie miał straszny epizod Powstania Warszawskiego, zniszczyły miasto prawie kompletnie.  Zimą 1945 roku miasto wyglądało, jak jeden wielki zbiór gruzu i wypalonych szkieletów budynków.  A Polska nie odzyskała pełnej suwerenności przez kolejne 45 lat.

Przypomniałem te dwie bitwy ze względów symbolicznych, a nie wspominek czysto historycznych.  Powiedziałbym więcej – ze względów cywilizacyjnych, kulturowych.  A Warszawa, stolica kraju, symbolizuje tego kraju losy. Czy zasiada tam I sekretarz partii komunistycznej z nadania satrapy moskiewskiego, czy gubernator Fischer z nadania faszystowskiego Berlina czy też wybrany przez Polaków prezydent.  Oczywiście, Warszawa jest siedzibą dwóch prezydentów: stolicy i państwa. 

Jesienią 2018 roku Warszawa wybrała prezydentem stolicy Rafała Trzaskowskiego. Kilka lat wcześniej, w 2015, prezydentem Polski wybrano Andrzeja Dudę.  Obaj politycy (nie użyję słowa ‘przywódcy’, bo co najmniej do jednego z nich absolutnie ono nie pasuje …, gdyż mimo że wyborach w 2015 wygrał koronę, to zadowolił się czapką nadwornego lokaja) reprezentują też sobą właśnie te wielkie różnice kulturowe, wręcz (tak, nie zawaham się powiedzieć) cywilizacyjne w kategoriach filozoficznych. Podobne tym (choć nie tak krwawym i nie decydowanym przez dywizje wojskowe), jakie charakteryzowały te dwie bitwy warszawskie. Wojna nie tylko o terytorium – wojna o Ducha tego terytorium i ludności na nim zamieszkującej.

I teraz tych dwóch polityków z siedzibami swych prezydentur (państwowej i miejskiej) w tym mieście, staje do bitwy o Polskę. A obaj mają swe siedziby i Urzędy dosłownie na rzut kamieniem z balkonu.  Z wieży Ratusza widać wyraźnie i blisko dach Pałacu Namiestnikowskiego, a z górnych okien Pałacu, prezydent Duda może lornetką bez problemu widzieć prezydenta Trzaskowskiego. Walka zaczęła się natarciem i kontruderzeniem 28 czerwca. Bitwę walną wydano na 12 lipca.

Wielu żołnierzom tej bitwy wydaje się, że chodzi tylko o menażki, o kuchnie polową, o to który dowódca obieca cieplejsze lub wygodniejsze mundury, onuce, o prycze w koszarach. No i o żołd – czy będzie dostawał go 12 razy w roku, czy może 13, a kto wie – może nawet czternaście razy. I w tego typu ‘bitwach’ wyborczych to pytania naturalne i oczekiwania naturalne i zdrowe. W końcu, jaki obywatel krzyknie: domagam się zwiększenia podatków, obniżki pensji i tylko 10 emerytur w roku?! 

Ale to naturalne i zdrowe w normalnych czasach i normalnych warunkach. Nie w 2020 roku w Polsce. Bo ta ‘bitwa warszawska’  zadecyduje czy, podobnie jak ta w 1920, przechylimy się bardziej ku cywilizacji ‘turańsko-bizantyńskiej’  czy ‘ łacińsko-zachodniej’.  Czy będziemy mogli chodzić w laczkach i sandałach, jak będziemy mieć na to ochotę, czy będziemy musieli stukać obcasami na zawołanie. Czy będziemy ze sobą rozmawiać ze śmiechem przy kawiarnianych stolikach na Nowym Świecie czy krzyczeć na siebie na Bazarze Różyckiego. I nie czekać na łaskawe da-albo-nie-da ’13-tkę’  a może i ‘14’ emeryturę – ale po prostu dostaniemy godziwe, zgodne z potrzebami dwanaście normalnych emerytur.  Bo te ‘łaski pańskie’ i ‘ochłapy z pańskiego stołu’ autentycznie na pstrym koniu jeżdżą.  Dziś spadną jeszcze może z tego stołu pańskiego ale  jutro ani okruszka może. Bo z próżnego i Salomon  nie naleje … . Nie chodzi też o elyty i elity. Nie o “Polskę Pańską’ i ‘Polskę Fornalską’. Chodzi o Polskę Wolnych Obywateli opartą na absolutnej wolności każdego indywidualnie lub Polskę Lepszego i Gorszego Sortu, podzieloną.

No i ta zwykła, taka codzienna, nie niedzielna świadomość, że się mieszka w porządnym, lubianym przez sąsiadów kraju. Kraju, gdzie wszyscy nie mają co prawda takich samych pensji i emerytur  (no wiecie, takie same to próbowano już po 1917 w Rosji, po 1945 w Chinach, w latach 70. w Kambodży, ostatnio niejaki Chavez w Wenezueli – na nic dobrego to nikomu nie wyszło) ale mają takie same prawa. Wyżsi i niżsi, grubsi i cieńsi, męscy i żeńscy, o różowej i o czarnej cerze, dziewczyny chodzące z chłopakiem objęci i te chodzące z dziewczyną objęte; jedni idący rano do kościoła na modlitwę, inni do bożnicy, a jeszcze inni na ławkę do parku lub małą czarną do kafejki.  Normalnie. Jak w normalnym kraju i mieście.  Niemożliwe marzenie? Możliwe. W większości krajów tej właśnie europejskiej cywilizacji.  Europejskiej nie geograficznie licząc od Uralu może, ale licząc kulturowo. Gdzie ta kultura będzie mieć granicę? Zależy od losów bitwy 12 lipca 2020. Albo na Bugu, albo na Odrze.

Oczywiście, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Ludzkie, normalne. Takie mamy horyzonty myślowe, jakie mamy horyzonty widzenia, postrzegania.  Jedni siadają, prawie bez zastanowienia się, gdzie mają ochotę, bo wolność jest dla nich czymś naturalnym, prawie automatycznym – inni stoją zakłopotani aż im ktoś wskaże, gdzie usiąść mogą.

A w tym temacie już widzimy zmiany w Polsce i poza jej granicami. Andrzej Duda reprezentuje raczej dość wyraźnie tą inną ‘cywilizację turańsko-bizantyjską’, ten inny sposób myślenia, który postrzega granice cywilizacyjną i kulturową na Odrze. To nie może ulegać wątpliwości dla nikogo. Również dla tych głosujących za niego. I czas by się do tego sami sobie przyznali. By przynajmniej wiedzieli dlaczego taki wybór robią. Niech nie oszukują znajomych i rodziny, a tym bardziej siebie samych.

Spójrzmy na te ‘granice’:  Polacy między Bugiem a Odrą w I turze dali Andrzejowi Dudzie najwięcej głosów.  Za mało na pokonanie przeciwnika, ale tą potyczkę wygrał. Dostał 43.5 procent tych głosów. Prezydent Warszawy dostał 30.46 procent, na trzecim miejscu był Szymon Hołownia z blisko 14 procentami.  Lub trochę inaczej: na 16 województw, Trzaskowski wygrał tylko w trzech, a w 13 pan Duda. 

Natomiast, co zrobili Polacy spoza Bugu i Odry? Może być ciekawe, bo właśnie ten ‘inny punkt widzenia’ dający inną perspektywę i inny horyzont.  Na aż 84 państwa, gdzie Polacy głosowali, Andrzej Duda poniósł klęskę w … 76 państwach.  Zremisowali w dwóch. A Trzaskowski uzyskał najwięcej głosów w 75 państwach.  Procentowo przekłada się to na: Rafał Trzaskowski dostał 48.13 procent oddanych głosów, a Andrzej Duda tylko 20.86%. Jeszcze inaczej – Trzaskowski w ani jednym kraju nie spadł poniżej drugiej pozycji (czyli nawet w tych kilku gdzie wygrał Duda, Trzaskowski miał silną drugą pozycje).  Zaś Andrzej Duda spadł poniżej drugiej lokaty aż w 36 krajach, czasami aż do 5 (piątego) miejsca: za Hołownią, Biedroniem i Bosakiem. Szymon Hołownia był na drugim miejscu (za Trzaskowskim) w 32 państwach, a Robert Biedroń w 4 państwach.

I teraz kilka ciekawych spostrzeżeń z tych głosowań zagranicznych. Otóż najwięcej głosów dla Trzaskowskiego a najmniej dla Dudy padło w krajach, gdzie jest najwięcej Polaków, którzy wyjechali ostatnio z Polski, już z tej nowej, suwerennej Polski. Czyli tych, którzy maję najlepszą znajomość tej Polski, najbliższy z nią stały kontakt. I odwiedzając ją lub o niej rozmawiając z rodzina i przyjaciółmi z Kraju-zauważają różnice jakie w ostatnich pięciu latach w Polsce zaszły. Różnicę, która nie wypada dla Polski korzystnie. Bardzo wielu z nich traktuje ten pobyt zagraniczny, jako czasowy a Polskę widzą, jako docelowy punkt powrotu i zamieszkania.  Różnica miedzy nimi a tymi, którzy teraz mieszkają w Polsce polega tylko na widocznym horyzoncie postrzegania, na owym punkcie widzenia. Jak widać z podanych wyżej statystyk wyborczych , ta różnica jest bardzo duża.

Natomiast w kilku krajach licznej bardzo, ale tzw. starej Polonii – padło więcej głosów dla Andrzeja Dudy. Są to środowiska bardziej konserwatywne, przyzwyczajonej przez długie lata do stanowczej obrony tzw. dobrego imienia Polski. Gdzie każdy (czasem nawet zasłużony) krytycyzm Polski postrzegany był, jako próba oczerniania ukochanej ojczyzny. Choćby te popularne w Ameryce Północnej żarty o ‘Polaczkach’. I silne przyzwyczajenie do polskich kościółków i parafii, które historycznie były centrami spotkań nie tylko religijnych ale i politycznych, polskich szkółek dla dzieci prowadzonych na ogół przy tych kościółkach. A Kościół jest, jak wszyscy wiemy, instytucjonalnie bardzo związany i silnie finansowany przez partie Andrzeja Dudy i obecny rząd PiS.  Tak się głównie dzieje w USA i w Kanadzie. Tutaj też jest stosunkowo najwięcej (nawet więcej niż w Polsce, procentowo patrząc) zwolenników Konfederacji i pana Bosaka, który w Kanadzie np. uzyskał więcej głosów nawet od Szymona Hołowni.  Ale Szymon Hołownia, często widziany, jako działacz katolicki, reprezentuje katolicyzm współczesny, bardziej postępowy. A Kościół polski obecnie reprezentuje katolicyzm zbliżony do idei pana Bosaka – skrajnie na prawo, czasem wręcz w kolorze brunatnym (tak określam wczesny, przed hitleryzmem, faszyzm niemiecki Rhoma i jego SA).

Inne, dość zaskakujące ( mimo to zgodne z generalnym opisem podanym wyżej o Kanadzie i USA) to skrajnie różne wyniki w różnych Komisjach Wyborczych/Konsulatach. W Kanadzie wybory miały miejsce w: Montrealu, Ottawie, Toronto, Vancouverze.  Wyjątkowo krótkie okienka czasowe na wysłanie pakietu wyborczego do Konsulatu połączone  z olbrzymimi obszarami, jakie te cztery miejsca obsługiwały – de facto uniemożliwiły tysiącom osób oddania głosu.  Setki, jeśli nie tysiące, osób dostało pakiety w piątek (wybory były w sobotę poza Polską), lub dostały już po terminie wyborów.  Nie ma powodów ani dowodów, że było to efektem celowego opóźniania i dywersji samych Konsulatów RP. Jest natomiast jasne, że było to efektem świadomego przeforsowania takich a nie innych przepisów w sprawie tych wyborów korespondencyjnych (tylko takie mogły się , ze względu na pandemie odbyć w innych krajach), które wyraźnie ograniczały konstytucyjne prawa wyborcze obywateli polskich zamieszkałych poza Polską.

Ale wracając do szczegółowych wyników w Kanadzie:  Rafał Trzaskowski zajął zdecydowanie pierwsze miejsce w wyborach w Vancouverze, w Ottawie, w Montrealu. Andrzej Duda zajął pierwsze miejsce tylko w Toronto.  Ale w tym jedynym Toronto – jego przewaga głosów była miażdżąca i zmieniła tym samym efekt wyborczy na całą Kanadę. Dlaczego?  Trudno w kilku zdaniach dać głęboką analizę. Podam tylko kilka faktów i spostrzeżeń człowieka, który zna środowisko polskie w Kanadzie dość dobrze na przestrzeni blisko 40 lat. Toronto polonijne było i jest  pewnym odbiciem Chicago polonijnego w Stanach (zresztą bliskie sobie geograficznie też).  Bardzo duża ilość Polaków tam, lub w okolicach, się osiedliła, od czasów bardzo dawnych.  To wielkie miasto oferujące emigrantom dużo więcej możliwości niż ośrodki mniejsze.  Nie tak odległe i dobrze przeze mnie pamiętane były czasy gdy idąc od Bloor St. do Roncesvalles Avenue i w dół – wyglądało, jak spacer na chicagowskim Jackowie: polskie napisy, polski język, polskie kościoły. I zdecydowanie nie było to ‘miasteczko akademickie’, pod jakimkolwiek względem … . Patriotyzm był tam zawsze dość silny. Tylko właśnie ten typu ‘hurra’ lub wręcz tzw. kibolski. Patriotyzm refleksyjny, krytyczny – wiązał się już w tej polskiej dzielnicy z poważnym ryzykiem.  No i nie ma w całej Kanadzie, od Atlantyku po Pacyfik, ani jednej polskiej parafii, która by była takim potentatem finansowym, jak parafia św. Kazimierza (na ,polskim Ronceswilu’ właśnie). Skromna kasa pożyczkowa  w formie  credit union w ciągu lat urosła do rozmiarów niezłego banku.  Nie zawsze metodami legalnymi. Pamiętam, jak odwiedziłem niezłych rozmiarów … bank św. Kazimierza w Warszawie, obok Operetki Warszawskiej (teatr ‘Roma’). Dziś już w tej formie nie istnieje. Ta i inne inwestycje torontońskiej parafii stały się centrum poważnego dochodzenia kryminalnego Biura Nadzoru Bankowego prowincji Ontario.  Efektem było zamknięcie (unikając  skrzętnie zbyt dużego nagłośnienia sprawy) tych gałęzi bankowych skromnej kasy pożyczkowo-zapomogowej. Czemu o tym piszę w tym kontekście? Bo wydaje mi się, że gdy się ma rząd dusz (religia) i rząd sakiewki (credit union/bank spółdzielczy z głębokimi kieszeniami), to ma się bardzo silny wpływ na społeczność, w której się funkcjonuje.  Może się mylę, nie jestem z wykształcenia antropologiem ani nawet socjologiem, a zwykłym gryzipiórkiem-publicystą.  Takie (oczywiście na dużo mniejszą skalę) kasy pożyczkowo-oszczędnościowe istniały (istnieją?) prawie przy wszystkich polonijnych parafiach w Kanadzie.  Podobnie, jak szkółki dla dzieci polonusów. Takie będą Rzeczypospolite, jakie będzie ich młodzieży chowanie, panie Kanclerzu Wielki Koronny, Ordynacie Zamoyski? Może się mylę … .

 O tym, czy były systemowe, zaplanowane sposoby supresji  prawa wyborczego Polaków przebywających poza granicami Polski pisze inny mój kolega-bloger, były Koordynator KOD_USA-West, https://dobek.org/2020/duda-a-niewazne-glosy/

Przez fakt, że w wyborach, mimo wszystko, liczy się tylko głos indywidualny, łatwo się zorientować, że wygrana w trzech lub czterech okręgach, gdzie jest niska ilość głosujących, może być łatwo zniwelowana tylko jedną wygraną w jednym okręgu, gdzie uprawnionych do głosowania  jest wielokroć więcej.  Stąd jest ważne by głosujący w tych małych liczebnie ośrodkach, jeśli chcą by ich głos się liczył i miał wpływ, mobilizowali się silniej i liczniej. Ważne tu są silne związki koleżeńskie, socjalne. Stały kontakt lokalny. Zwłaszcza w czasach pandemii, która wszystko to utrudnia.

Cóż, na zakończenie wracam do mojej symboliki stołecznej. Bitew warszawskich. Lub bitew dwóch prezydentów – Miasta i Państwa zamieszkałych w Warszawie. To są autentycznie dwie kardynalnie sobie obce i przeciwne wizje Polski: jedna Trzaskowskiego, druga Dudy (lub dokładniej tego, który Dudą steruje, Jarosława Kaczyńskiego). Teraz już nie ma innych żołnierzy w turnieju (chciałem użyć bardziej adekwatnego porównania (w turnieju są rycerze) ale znowu ręka się zawahała …), tylko ta para. Nie ma już znaczenia umiarkowany czy skrajny prawicowiec, lewicowiec, liberał, czy socjaldemokrata, zielony czy czerwony. To detale tu mniej istotne na finiszu. Istotna jest wizja Polski i jej miejsca w cywilizacjach, kulturach: w którym związku kulturowo-cywilizacyjnym chce być?  Takie sobie postawcie pytanie i szczerze na nie odpowiedzcie.  Wybór (jakikolwiek by nie był) będzie wówczas łatwy i prosty, bo różnice są bardzo wyraźne.