Angst

Bogumił Pacak-Gamalski

Jest coś przerażająco pustego w naszej cywilizacji. W gruzach własnych kłamstw i pożarów runęły stare Kościoły, etyki, zasady. Nie, nie były szczere ani prawdziwe. Nie opierały się ani na dobrze ani na szacunku wobec innego, drugiego. Ale ofiarowywały pewną nadzieję, pewien schemat postępowania i oczekiwań, które czyniły życie znośniejszym.  Małe cele możliwe do osiągnięcia, nawet ucieczkę w elizjum  metafizyki służenia Czemuś, wartości przerastających szarą i nieruchomą egzystencję.

Dwa światy

Krótki spacer nad kanałem morskim oddzielającym Dartmouth od  półwyspu na którym rozłożył się sąsiedni Halifaks. Dzień ponury, dżdżysta materia   wisi w powietrzu i opończa wilgoci zamazuje kształty, kolory, rozmywa krawędzie. Zakątek na spacer wybrałem dość podły. Resztki rozwalających się starych zakładów małego przemysłu, jakieś nieczynne już, lub w poły tylko, magazyny. Ale te pół ruiny to fantastyczna, kolorowa i wiecznie zmieniająca się galeria murali/graffiti/fresków. Bez zwracanie uwagi na szczegół, bez prób rozszyfrowania języka twórcy – samymi tylko kolorami, wielkością, omal mahometańską tradycją graficzną – te ściany upiększają dość biedną rzeczywistość tego krótkiego zakątka, małej części kilkukilometrowej trasy spacerowo-rowerowej, miedzy dwoma przystaniami promów miejskich.

Ale w dzień, jak ten właśnie, sama atmosfera zmusza cię do ‘czytania’ tych graffiti. I wtedy słyszysz ich krzyk. Lub złość, protest. Rozczarowanie. Pokazanie kułaka zgiętego w łokciu, środkowego palca. To nie są piękne freski upiększające otoczenie (choć piękne są). To sztuka protestu. Gazeta ścienna. Manifest Komunardów? Nie, to też spaliło na panewce. Wszystko prawie. Każda obietnica. Każda rewolucja, która pożarła swoje dzieci i wymordowała swoich przywódców, którzy przedtem mordowali swoich wielbicieli. Lenin-Trocki, Robespierre-Danton. Wieczna dychotomia. Idee, które w imieniu człowieka i ludzkości tychże wyrżnęły na dudka. Lub po prostu wyrżnęły. Demokracje liberalne, które skończyły się nową formą pańszczyzny, wolności osobistej okiełznanej kolczastymi drutami ekonomicznego wyzysku tzw. wolnego rynku. Próbowano już wszystko chyba – i wszystko zawiodło. Zawiodły Kościoły stare i Kościoły nowe. Pozostał angst. I Banksy. Jego naśladowcy. Biedni, zdolni, naćpani może narkotykami, rozczarowani społeczeństwem, systemem. Człowiekiem. Ale nie milczący. Puszka farby w aerosolu nie jest taka droga.

Miasta, biznesy próbowały początkowo z tym walczyć. Sypały się groźne słowa świętego oburzenia: wandalizm, graficzne zaśmiecanie środowiska, brzydkość, wulgarność. Często z poparciem tej najgorszej, najbardziej przeciętnej i zaślinionej drobnej burżuazji (tak, tejże współczesnej dulszczyzny i wnuków bohaterów słynnego wiersza Tuwima o ‘strasznych mieszkańcach ze strasznych mieszkań’). Przeciętniaków, którzy ongiś żyli (i kształtowali swoje płytkie poglądy) sensacyjnymi tytułami popołudniówek, a teraz trwają, z wypiekami na twarzy, na swoich fejsbukowych forach, swoich tłiterach i instagramach. Pewien wpływ na tą twórczość graffiti miał niewątpliwie prąd w sztuce znany, jako konceptualizm i jego pochodne i późniejsze popularne i bardziej przystępne intelektualnie formy popartu. Ot, słynna Zupa Campbell czy wreszcie fenomenalna Puszka Coca Coli Warhola. Zwłaszcza Coca cola stała się wspaniałym otworzeniem na pastisz, na ironię, na ‘okazania nagiej prawdy, ‘prawdziwej twarzy’ społeczeństwa konsumpcyjnego. Bez względu na zamierzenia neurotycznego i zadufanego w sobie Warhola. Okazało się, że słynny druk Coca Coli można ukazać, jako nowy symbol Ameryki. Jej nowe godło narodowe. Nie żadne Deklaracje, dumny Orzeł, wolność. Bzdura – idealny symbol biznesu, robienia forsy bez skrupułów, sprzedawania (pardon moi) gówna nie wartego i nie kosztującego więcej niż pięć centów za dolara, w dodatku gówna szkodliwego (epidemia otyłości i cukrzycy jest pochodną tej fascynacji masy cukru i sprytnie dobranych, jak w kunsztownej mieszaninie używki narkotycznej, związków symulujących smakowitość): puszka Coca Coli. Nic więcej. Nowy sztandar patriotyzmu za który młodzi żołnierze maja oddawać życie. To wszystko miało bez wątpienia wpływ na ironię, szyderstwo, a w końcu wielki smutek subkultury, często określanej (i samookreślającej się tak), jako underground/podziemie. Choćby szwedzka mistrzyni Czon, która poszła dużo dalej niż Banksy i zerwała z dość ściśle przestrzeganą przez Banksy’ego zasadą wysokiej estetyki jego dzieł. Współczesne, podziemne graffiti to krzyk, złość – ale też coraz widoczniejszy ból, rozczarowanie, zagubienie. Angst. Dzieci Kierkegaarda, Sartre’a, Heideggera czy nawet Nietzschego? Rozpacz egzystencjalna?

Stracone pokolenie? Ale stracone dla kogo, dla czego? Tego, co podłe, co do desperacji i alienacji młodych doprowadza? Może to oni biją w dzwony jakiejś nowej, lepszej katedry, której jeszcze nie zbudowano?

Zastanawiało mnie to w ten dżdżysty ranek. Kiedy deszcz nie padał, a powietrze było deszczem samo w sobie. Kiedy piękno natury rozpływało się, gubiło kształty i kolory w tym deszczowym powietrzu, a brzydota cywilizacji, tuż obok, na wyciagnięcie ręki – gniła, rozpadała się, opadała tynkiem, brunatniała rdzą spływająca po ścianach, jak strużki stężałej krwi. I w tym wszystkim gorące, wyraźne murale, graffiti.  Jak te w Kaplicy Sykstyńskiej. Która ostatecznie jest też czymś wiele większym niż tylko dziełem sztuki geniusza. Jest ówczesną alegorią ludzkości i komentarzem dziejów. Każdy czas ma swoich komentatorów.

(wszystkie zdjęcia wykorzystane w tekście są własnością autora)

Leave a comment