Bogumił Pacak-Gamalski

Oczywiście dorastamy różnie. I nie zawsze w równym stopniu rozwoju (o ile dorastanie rozwojem nazwać można) fizycznego, psychologicznego, emocjonalnego i intelektualnego.
W pewnym momencie poetką moich spacerów została bardzo silnie Ewa Lipska. Ponad dekadę ode mnie starsza. Co z latami późniejszymi ulega dużej niwelacji. Ale w okresie stawania się dorosłym – dekada to ocean. Końcówka lat 70. i lata 80. XX wieku. Do czego to porównać? Walił się (my sami go wywalaliśmy) jedyny świat, jaki znaliśmy. I którego nienawidziliśmy, mieliśmy go już po dziurki w nosie. Byłem w tym od samego początku. Ale nie było mnie w Polsce już przy końcu. Późną wiosną 1981 byłem już w Londynie, potem w obozie uchodźców w Latinie we Włoszech. Od lutego 1982 w Kanadzie. Cały ten okres czasu, aż do upadku Komuny i do 1990 to była już moja aktywność polityczna, społeczna, kulturowa tutaj – po tej stronie Wielkiej Wody. Lipska w pewnym momencie stała się moją ‘rówieśniczką’. Kilkanaście lat różnicy wieku przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Miałem już serdecznych i bliskich przyjaciół, którzy mogliby być jej dziadkami. W 1986 spotkaliśmy się w Toronto i podarowała mi z miłym wpisem maleńki zeszycik jej poezji, który był przedrukiem wydania w Polsce.
Więc jej wiersze towarzyszyły moim spacerom w okresie największych zmian i w Polsce i w moim życiu. Kiedy jeszcze nie sądziłem, że do Polski nie wrócę. Kiedy jeszcze myślałem, że jestem tu ‘na chwilkę’. Jej poetyka mówiła do mnie też moim głosem, używała mojego języka. Każda epoka ma swój specyficzny język. Niby te same litery, te same zasady gramatyki i ortografii, ten sam słownik wyrazów. A inny, specyficzny swoim duchem.
W 1978 wydała kolejny (5-ty) zbiór wierszy. W wierszu „W popielicach mgły” tak oto ujęła moją wielką podróż (wiersz wtedy jest ważny, gdy możesz go nazwać wierszem twoim, o tobie i dla ciebie pisanym, nawet – lub właśnie dlatego – gdy ciebie jest tysiące):
Znowu narody w walizkach
na punktach granicznych.
Proszę otworzyć torebkę. Serce i wątrobę.
Kamera prześwietli wszystko.
Jest czuła jak kompas.
Metaliczny dźwięk głosu
należy uciszyć.
Zrezygnować z żelaznych zasad
na te chwilę.
Każdy jest podejrzany.
Podnoszę do góry ręce.
Pasażer nr 17
przestaje się do mnie uśmiechać.[i]
Proszę zwrócić uwagę na jej oszczędność słowną i dyscyplinę w używaniu języka poezji. Tu na wylewne pejzaże nie ma miejsca. Ni czasu. Narzędziem nie jest pędzel malarski, a ostro zatemperowany ołówek. To rysunek-szkic rzeczywistości, a nie piękna akwarela klucza łabędzi szybującego pod obłokami nad polska łąką.
Sama zresztą to kilka lat później określiła dobitnie w tym wspomnianym tomiku z dedykacją dla mnie.
Obywatel małego kraju
urodzony nierozważnie na skraju Europy
powołany zostaje do rozmyślań o wolności.
Jako rezerwista nigdy się nad tym nie zastanawiał.
/ ……. /
A w końcowym tetrastychu i tercecie pisze:
W końcu ukazuje mu się zorza polarna.
Zostaje powieszony
przez samego siebie
na placu defilad.
Co wybrał? – zapytuje siebie.
Mniejsza niedorzeczność
czy jeszcze większy problem.[ii]
Od niej więc zacząć tą część musiałem.
Teraz wrócę do świata uroczego, dawnego. Mojej jeszcze prawie epoki, choć zmarł kilka lat przed moim przyjściem na świat. Ale poezja jego była bardzo ciągle obecna. Lubiłem jego wiersze. Konstanty Ildefons Gałczyński. Krakowskie uliczki ale i moje Mazury, laski, jeziora. Należał do tych poetów, którzy pisali ‘jak z rękawa’. Nie pisać nie potrafili. I bardzo chciał być i lubiany i popularny. Był. Był w zasadzie warszawiakiem , choć mnie się zawsze z Krakowem bardziej kojarzył. Był też trochę wilniukiem, co mnie go do mnie zbliżało naturalnie. Był też Mazurem piszącym nad jeziorem Rudzkim przeurocze wiersze. Często w wierszach uciekał do satyry, do piosenki kabaretowej. Czy był wybitnym poetą? Chyba nie. Ale był szczerze lubiany. I był nam w szarzyźnie PRLu potrzebny. Rzemiosło literackie znał dobrze i form się trzymał dość ściśle. Co wówczas mi też imponowało – teraz już nie, bo formułek się każdy literacik może nauczyć, bez względu na to czy ma coś do napisania. Ale lubiłem brać przejażdżkę jego „Zaczarowaną dorożką’. Choć ścieżki z jego wierszami prowadziły nie do Botanicznego czy Łazienek warszawskich, a raczej w kierunku drugiego końca Alei Ujazdowskich: między Fukierem a Hopferem (u Hopfera się kończyło, bo był dłużej o godzinę otwarty).
Piszczy w sitowiu wiatr.
Marzną ręce.
Czy to ta, czy to ta twoja twarz?
Powiedz prędzej!
Niobe![iii]
Był chyba jednym z tych poetów, bez którego literatura polska by się obyła. Ale skoro był – to bez niego tej literatury tamtej doby wyobrazić sobie nie można.
A mistrzynią słowa była jednak Szymborska. Określenie ‘słowo’ ma tu pierwszorzędne znaczenie. Słowo jest czemuś przypisane, coś określa. Ma swoje miejsce w słownikach, encyklopediach, w gramatykach i ortografiach. Ma? Tamże li tylko? Szymborska niekoniecznie z tym się zgadzała. Był w tym trochę i egzystencjalizm i niepewność pewności. Ucieczka od ścisłej, arystotelesowskiej kategoryzacji ‘obiektywnej’. Moje spacery z nią przypadały na czas odkrywania Stendhala „Pamiętnika egotysty”. Wyrosłem już z Kraszewskiego (dla mojego dzieciństwa środkowo-późnego mało kto miał chyba takie znaczenie jak Kraszewski, LOL ). Nie dorosłem jeszcze w pełni do wielkiego świata literatury, gdy jej wiersze mnie zaczęły zaczepiać w kolejnych numerach „Poezji’, w egzemplarzach „Twórczości” i tygodnikach „Literatura” i „Życie Literackie”. Ciekawe, że nie nawiązałem z nią wtedy relacji emocjonalnej, ale korciła. Zaczepiała właśnie, szturchała w bok. Głębię jej metaforyczności w używaniu słów zrozumiałem później. Historię jej związków z socrealizmem kompletnie mnie nie interesują i nie mają dla mnie najmniejszego wpływu na ocenę jej wielkiej wagi dla polskiej poezji. Ale wracam do pisania o wierszach i moich spacerów z nimi wtedy – nie teraz. Więc nie mogę ulec pokusie o pisaniu mądrych akolad i pochwał dla Szymborskiej mnie dzisiejszego. Musze pamiętać, jak ją wtedy widziałem i czułem. Niepokoiła mnie. Bo niby wielka a taka prosta. Jak ona to robiła? Bo czytało się łatwo, jak Broniewskiego – choć tak inaczej napisanego i o tak innych sprawach. Gdzie te wielkie pytania o Człowieka, o Pathos, o Byt i Sens? A ona sobie o … słowach? znaczeniach?, możliwościach znaczeń? Że tak, to prawda – wszystko płynie (‘nic dwa razy się nie zdarza’ …) ale co z tego? Jakby nie płynęło to też by było w jej widzeniu świata. I jakiego świata: tego, co był? tego, co jest? czy tego, co będzie? Więc niepokoiła. Jakim sposobem refleksji nad światem i człowiekiem jest poezja? Ano …
Niektórzy –
czyli nie wszyscy.
Nawet nie większość wszystkich ale mniejszość.
Nie licząc szkół, gdzie się musi,
i samych poetów,
będzie tych osób chyba dwie na tysiąc.
/ …… /
Poezję –
tylko co to takiego poezja.
Niejedna chwiejna odpowiedź
na to pytanie już padła.
A ja nie wiem i nie wiem i trzymam się tego
jak zbawiennej poręczy. [iv]
No i masz ci los. Ona nie wie. To kto ma wiedzieć, psiakość?!
Tylko, że w tej ucieczce od pathosu nie ma wcale rezygnacji z mówienia spraw ważnych i bardzo nawet bolesnych. Zamiast elegijnego szlochu można przecież o śmierci powiedzieć z pespektywy kota. Zamiast pytania –wykrzyknika : dlaczego?!, można po prostu mieć wymówkę-pouczenie:
Umrzeć – tego nie robi się kotu.
Bo co ma począć kot
w pustym mieszkaniu.
Wdrapywać się na ściany.
Ocierać między meblami.
Nic niby tu nie zmienione,
a jednak pozamieniane.
Niby nie przesunięte,
a jednak porozsuwane.
I wieczorami lampa już nie świeci.[v]
Prawda, że można?
O, było tych spacerów wiele, z wieloma poetami. Trudno mi zapomnieć o bardzo dla mnie ważnym Staszku Grochowiaku. Jednym z lepszych i ważniejszych poetów swego pokolenia. Pamiętam długą z nim rozmowę w restauracji PTTK, tuż przed pomnikiem Kopernika. Poszliśmy tam po którejś Jesieni Poezji w kamienicy Domu Literatury w Alejach Ujazdowskich. Tak, piliśmy wódkę w tej restauracji, choć nie miałem jeszcze osiemnastu lat. Ale były to może 2-3 pięćdziesiątki. To był ostatni rok jego życia. Ale mówiliśmy o poezji. Dużo. Ożywił się chyba i rozmawiając z młodym chłopakiem, który nie był częścią jego stałego otoczenia i grona, może zapomniał o zdrowotnych problemach związanych z wieloletnim alkoholizmem? A ja o tych problemach nie wiedziałem. I zostało mi z tego, jak kurz z zakurzonego PRLu tyle:
Tak stać
Z kropelkami rosy na torsie
Z pyłem srebrzystym Wszechświata na skroniach
W brzasku Egzekucji
/ …….. /
Zdrowo jest
Być rozstrzelanym przez gwiazdę
Z plutonu Oriona[vi]
Grochowiak był w pewien sposób kwintesencją poezji świata PRL. Mojego wszechświata wtedy. Podłego, śmierdzącego potem w tramwajach potem i wczorajszą wódą. Jakby nie mógł się już doczekać tego ‘brzasku Egzekucji’. Żal mi go dziś. I dziś jego tomiku wierszy czytać jednym ciągiem bym nie mógł. Może po jednym-dwu wierszach na tydzień?
Ale, muszę jeszcze jedną (jakże od Grochowiaka odmienna poezja) poetkę przywołać do tablicy wspomnień. Ciepłą, czułą, ludzką. Taka krzątającą się. Wokół świata i wokół czytelnika. Julia Hartwig. Cóż więcej o poezji Hartwig powiedzieć można? Do pewnego stopnia jest zaprzeczeniem poetyki Szymborskiej. Nie boi się (lub lubi wręcz) używania rozwiniętej frazy ani nie lęka używania związków frazeologicznych powszechnych w mowie potocznej, których poeci wykwintni unikają, hmm, jak – diabeł wody świeconej? LOL. Jako, że poetka Julia Hartwig będzie kończyć ten mój spacer z wierszami i poetami lat młodości – przytoczę jej wiersz o poetach w całości, nie fragmentarycznie.
Wbrew sobie
Wszyscy poeci świata piszą jeden wiersz
opisują tę samą skałę na której rozpryskuje się morze
te samą utratę której żadnemu z nich nie oszczędzono
w tej samej chwili zaznają ekstazy istnienia
tej samej nocy układają się w łożu ciemności
Znają zwątpienie tak wszechogarniające
że świat przestaje dla nich istnieć
a kiedy próbują go odbudować
pękają od jego nadmiaru
W tej wielkiej symfonii którą wykonują
tylko pierwsi skrzypkowie zaszczycani są uściskiem ręki dyrygenta
i choć wszyscy poddani są prawom tej samej harmonii
każdy z nich chciałby być kochany z osobna[vii]
Skoro poetka powiedziała już, cóż więcej ja mogę? Mimo, że powiedziała inaczej niż Szymborska. Ba, kiedy każdy chyba poeta/tka napisał wiersz o … poecie. Choć nie każdy malarz maluje portrety malarzy. Ciekawe czy coś w tym jest? Zakończę jednym z ulubionych fragmentów jej poezji, który zawsze wywołuje miły (jeśli nie nieco ironiczny) uśmiech na mojej twarzy:
Nakarm swój wiersz po długim poście
bo spragniony jest obrazów kolorów i ruchu
i zdrętwiały mu kości
No cóż – każdy spacer ścieżkami, drożynkami nad rzeczką, w parku starym, gdzieś się zaczyna i gdzieś ma kres. Tak i ten tego kresu sięgnął. Żegnajcie wiersze miłe lat młodości. Non omnis, o nie. W pamięci zostałyście.
[i] fragment wiersza ‘W popielicach mgły’, s. 9 (E. Lipska, „Piaty zbiór wierszy”, wyd. Czytelnik, Warszawa, 1978)
[ii] z wiersza ‘Obywatel małego kraju’, s. 5 (E. Lipska, „Przechowalnia ciemności”, przedruk w Toronto przez tygodnik „Głos Polski” wydania krajowego przez podziemną Niezależną Oficynę Poetów i Malarzy w wydawnictwie „Przedświt” w 1985 r.)
[iii] z poematu ‘Niobe’, s. 30 (K. I. Gałczyński, „Wiersze z Prania”, wyd. Iskry, Warszawa, 2003)
[iv] pierwsza i ostatnia zwrotka wiersza ‘Niektórzy lubią poezję’, s. 9 (W. Szymborska, „Koniec i początek”, wyd. a5, Poznań, 1993)
[v] ibid ( pierwsza zwrotka wiersza ,Kot w pustym mieszkaniu’, s. 20
[vi] z wiersza ‘Rekonwalescencja w tarasie po nocy’, (St. Grochowiak, „Wiersze wybrane”, wyd. Czytelnik, Warszawa, 1978
[vii] wiersz ‘Wbrew sobie’, s. 8 (J. Hartwig, „Nie ma odpowiedzi”, wyd. Sic!, Warszawa, 2001