Zapomniani lub mniej znani poeci polscy z Kolumbii Brytyjskiej w Kanadzie

Onegdaj publikowałem tu cykl o poetach mojej młodości więc sięgało to do poetów i poezji lat sprzed 1939, którzy jeszcze w latach 60., 70., a nawet 80. mieli znaczenie, żyli w świadomości młodego czytelnika. Znalazło się tam też kilku poetów polskich z mojego pierwszego emigracyjnego doświadczenia[i] i dwoje z Kanady – Wacław Iwaniuk i Barbara Czaplicka. Wspomniałem też o dwóch wybitnych poetach emigracyjnych: Bogdanie Czaykowskim i Andrzeju Buszy, z którymi miałem przyjemności mieć bliską znajomość i współpracowałem z nimi w Vancouverze. Ale wymieniłem ich tylko z nazwiska, nic o ich twórczości nie pisząc, bo kiedy z nimi pracowałem nie byłem już ‘człowiekiem młodości’ i w temacie się to nie mieściło.

Dziś odnalazłem kilka brulionów poetyckich mniej znanych, a bardzo ciekawych poetów z Kolumbii Brytyjskiej. W większości dziś zapomnianych, ze szkodą dla literatury polskiej. Ich twórczość przypadała na lata przed połączeniem polskiej poezji i literatury z polska twórczością emigracyjną.

1.

Zacznę ten tekst od Anny Galon. Była jedną z najstarszych poetek i tłumaczką literatury, z którą współpracowałem. Córka znanego oficera piłsudczyka pułkownika Zbigniewa Brochwicz-Lewińskiego. Jej życiorys był dość skomplikowany i trudny. Dzieciństwo i bardzo wczesna młodość w Polsce przerwane wojną, ucieczka przez Rumunię z rodziną, znalazła się potem we Francji, gdzie zaczęła szkołę średnią. Kapitulacja Francji i wyjazd z ojcem z wojskiem polskim do Szkocji, gdzie studiowała po wojnie. Za namową męża (muzyka-pianisty) wrócili do nowej Polski. Po wielu latach i różnymi drogami znalazła się w Ottawie w 1984, a w 1998 przeniosła się do Victorii. Mimo różnicy całego pokolenia byłem więc sam ‘emigracyjnym seniorem’ wobec niej. Prowadziliśmy liczne rozmowy na tematy literackie i imponowała erudycją w tym temacie. Na moją prośbę przetłumaczyła bardzo dobrze szereg wierszy znanej poetki kanadyjskiej P. K. Page, których część opublikowałem w roczniku „Strumień”. Była bardzo aktywna (mimo poważnych schorzeń, które ograniczały jej mobilność) w kanadyjskim świecie muzyczno-literackim w Victorii. Zmarła w Victorii w 2013.

Z łam „Strumienia” przytoczę dwa jej dość charakterystyczne wiersze:

KSZTAŁT

Chciałabym cała rozsypać się

                w słowa

a potem od nowa się poskładać

sama siebie dobierać

                z namysłem, celowo

ułożyć w kształt przemawiający

                pełny

                                sensu i treści

a cały prześwietlony i

                przekazujący

                                światło[ii]

Z BUTAMI – WARA!

Buty skarpetki zdejmuję

szoruje nogi i ręce

dłonie namaszczam odpowiednim kremem

                by nadać im miękkość dotyku

                                wrażliwość czucia

Cała spłukuję się pod czystą wodą

wewnątrz ogień rozniecam

I tak dopiero

pokorna i drżąca

otwieram

zasuwy twojej duszy[iii]

W 2004 wydała własnym nakładem tłumaczenia swoich wierszy na język angielski w skromnym tomiku “Stashing for a rainy day”. Niestety, nie był asygnowany jakimkolwiek krajowym lub międzynarodowym oznaczeniem katalogowym.

2.

Ciekawym młodym poetą, którego też publikowałem w ‘Strumieniu[iv] jest Bolko Rawicz. Poeta do którego raczej nie można dodać przymiotnika ‘polski’ ze względu na język, w którym tworzył.  Kanadyjczyk polskiego pochodzenia, wyjechał z Polski z rodziną w wieku 10 lat, którego wierszy nigdy bym pewnie nie poznał, gdyby nie jego dziadek, który zwrócił mi na poezje ukochanego wnuka uwagę. Tworzy w języku angielskim. Wnuk jak i dziadek byli matematykami, specjalistami tej całej magii matematyczno-komputerowej. A tu poezja. I dobra. Pisze do dziś i publikuje, uczestnicząc w Vancouver ‘s Poetry Slam od tamtych lat do obecnych. Z moich badań wynika, że wydał dwa tomiki poezji : ‘A voice regained”[v] i „Something to believe in” [vi]. To spotkanie z inną, bardzo współczesną i zdecydowanie pobawioną wszelkich parnasistowskich ciągotek poezją.  Czasami jest to wręcz poetycka publicystyka społeczno-polityczna, komentarz socjalny, społecznościowy napisany wierszem. I taki wiersz na ważne tematy socjalne przeczytać pewnie wygodniej i łatwiej innemu zaangażowanemu młodemu Kanadyjczykowi niż długie wywody nudnych dziennikarzy. Tu – w poezji – w jednym słowie można zamknąć cały skomplikowany wywód.

Choroba dotknęła go stałą szkodą ciała, co z wiekiem, dojrzewaniem zaprowadziło go do wierszy innych, refleksyjnych, introwersyjnych.  W wieku młodym tego typu schorzenia mogą kłaść się wielkim cieniem na człowieka.  Przytoczę więc przykład właśnie tych dwóch, odmiennych poetyk.  W tym drugim, refleksyjnym i głębokim, następuje też pewna metamorfoza wyzwolenia przez akceptację miłości – Feniks wzlatujący w przestworza. Ten wiersz mnie zawsze wzruszał, budząc nadzieję, że uczucie wielkie niezmiennie wyzwala.

Wiersz pierwszy ze stron „Strumienia” w 2011.

Whale song

You were just sitting

on the sandy beach,

when suddenly appeared

a whale who made speech

‘we had to break the silence,

to talk about the violence

to the land and to the sea,

and to blow our cover

we had to all agree.

and we waited long to see

if humanity would be

wiser before we

told of our technology

for some different energy,

but we did begin to see

more of you the light to see

and you would understand

our philosophy,

but we are running out of time

and we’ve got to end the rime,

because we can’t resist

fearing soon we won’t exist

if we let this destruction persist,

but we are coming to you in peace

and want you to decrease

the use of gasoline

and ask you to police

the oilmen in the three-piece

suits not to exceed

in all their greed,

and with the whalers plead

to not make us so bleed.” (Rocznik “Strumień” , Nr.7, 2011, s. 17)

From a-dark brightly

A time faraway of past

love had left me

bitter and afraid

my spirit darkening,

and descending,

into a realm betwixt

wakefulness and sleep,

like a sunken flower

once touched

by a glimpse of sun,

long since un-searching

of light.

Many of years hence,

like a bird forsaking

the shelter of its tree

to seek the world without,

alas only

to stumble and fall,

its wings having forgotten

the memory of flight,

my spirit stirred

with the yearning

to be free,

but unaccustomed to the bright,

returned again imprisoned

as it once more was struck

by the blinding light of love.

But this very soul,

the luminance she bestowed

proved eminently more kind,

attuning her strength

of energy to heal,

awakening my spirit

to inspire it to rise,

on its way to soar.

Nonce friendship has led me

onto a better path. (z tomiku “a voice regained”, s.18)

Zawsze fascynowała mnie jego swoboda używania języka, tak charakterystyczna dla poezji mówionych improwizacji. I bez wątpienia miała na to wpływ tradycja  owych Poetry slams w Vancouverze.

3.

Jedną jeszcze, dziś zapomnianą a wartą przypomnienia, poetkę musze przypomnieć – Halinę Gur-Jazłowiecką z Victorii w Kolumbii Brytyjskiej. Przykład – w jej wypadku par excellence – poetki emigracyjnej. I biograficznie i w używanej poetyce, stylu. Dziś zdaje się kompletnie zapomniana. Urodzona w Warszawie w 1923, w latach okupacji studiowała na tajnych kompletach w Wyższej Szkole Dziennikarskiej.  Żołnierka Służby Kobiet AK w Powstaniu Warszawskim. Później więzień  obozów jenieckich w Fallingbostel, Bergen, Oberlagen i Niderladen, gdzie poznała męża. Po wojnie znalazła się w Anglii, skąd wyemigrowała do Kanady i zamieszkała w Victorii. Publikowała w prasie emigracyjnej kanadyjskiej, amerykańskiej i francuskiej. Nie mam jednak żadnych śladów kiedy, gdzie i co dokładnie. Były to lata, gdy wydawnictwa powstawały i upadały później na długo przed cyfryzacją zbiorów, a wszelkie archiwa były też bardzo nietrwałe. Nie mam też informacji kiedy i gdzie zmarła. W rodzaju poetyki i losach ‘niepamięci archiwalnej’ przypomina bardzo Barbarę Czaplicką, o której pisałem we wspomnianym już tu eseju „Poeci mojej młodości”. Jako iż życie i losy nasze indywidualne są właśnie nietrwałe, a sam jestem w takim punkcie ‘nietrwałości’ i wielkiej burzy zmian – nie mogę być pewny czy wszystkie moje dokumenty prywatnego archiwum te moje burze przetrwają i dotrą ze mną tam, gdzie na końcu tej drogi się znajdę. Spieszę więc  spisać te nazwiska, które bez najmniejszej wątpliwości powinny przetrwać. Naszego polskiego wędrownictwa po 1939 – aż do czasów emigracji doby „Solidarności’. Im bliżej tego roku 1980 – tym więcej wiedzy, trwałego zapisu archiwalnego mamy. W dekadach wcześniejszych różnie z tym bywało.

 

Bodaj najbardziej charakterystycznym wierszem Gur-Jazłowieckiej był uroczy, z dużym cieniem goryczy, napisany w Edmonton w Kanadzie:


Na krawędzi

Mój adres?

Kochani Moi – nie adresujcie inaczej

jak tylko: Koniec Świata

Tuż Nad Krawędzią Rozpaczy!

Co robię?

Niby ślimak, wyrwawszy się

z ukrycia

pełznę niknącym śladem

na marginesie życia.

Czy wrócę?

O, Kochani! Wracać mi już

nie pora.

I tak wciąż jestem z Wami

w Wieczystym Wczoraj! [vii] 

Tym więc zapisem składam im swój ukłon i podziękowanie za jakże często gorzką pracę na łanie ukochanej polszczyzny.

Rzeczywistość  epoki emigracyjnej od lat 40. poczynając aż prawie do lat 80. była zupełnie inna od epoki Międzywojnia z jednej strony a epoki post-solidarnościowej z drugiej.  Ci, którzy publikowali i byli trochę znani przed 1945 mieli szanse dużo wieksze na przetrwanie i na kontynuacje twórczości. Celowo piszę ‘przed 1945’ a nie ‘przed 1939’ jak się stosuje najczęściej i jest to poważnym błędem historii literatury polskiej. W tym wypadku cezura 1939 jest mylna, bo aż do 1945 istniały instytucje Państwa Polskiego w Londynie i jego przedstawicielstwa poza Anglią i istniały fundusze i wydawnictwa i środki finansowe Państwa Polskiego, które mogły i były używane na cele wydawnictw literackich, kulturowych. Więc w zakresie literatury i kultury polskiej istniała pewna ciągłość, mecenat i nawet skupiony rynek czytelniczy z państwem, tradycją i możliwościami Państwa sprzed 1 września 1939. Poza – naturalnie – terytorium tego państwa. Ta rzeczywistość i pewien mecenat  quasi-państwowy uległy bardzo szybko zanikowi, ale w okresie przejściowym był niezwykle ważny. Pozostały pewne ośrodki centralne, które dzięki temu kapitałowi oryginalnemu potrafiły kontynuować wydawnictwa i namiastkę życia literackiego. Niezbędne było też  posiadania odpowiedniego licznego zaplecza czytelników lokalnych. Londyn, Edynburg, Paryż i kilka jeszcze mniejszych ale silnych wystarczająco miast w Europie; Nowy Jork w USA, Toronto i Montreal w Kanadzie. Wszystko inne to była … prowincja i pustynia czytelnicza. To nie były czasy social networks, social media, czy nawet czegoś tak archaicznego, jak poczta elektroniczna.

Stąd ci, którzy tą kulturę polską rozwijali, pisali i wydawali poza tymi kulturowymi centrami – istnieli głównie tylko lokalnie. Tak, były nawet lokalne polskie gazetki, były spotkania w jakichś klubach, salkach parafialnych. Można było na maszynie do pisania i powielaczu, ręcznej drukarce wydać nawet mały tomik dla 30, 50, może nawet 100 sób – i to wszystko. Ta pierwsza fala emigracyjna i chyba większość aż do lat 70. zrobiła też jeden kardynalny błąd – nie potrafiła i nie umiała przekazać tego bakcyla polskości i wyższej kultury polskiej pokoleniu swoim tu urodzonych dzieciom i wnukom. Widziałem to wszędzie i każdy mi to mówił.  Co najmniej jedno pokolenie tu urodzonych, wychowanych i wykształconych Kanadyjczyków polskiego pochodzenia utracono na amen. Jednostki nieliczne, które z tej reguły potrafiły się wyłamać były tym właśnie – jednostkami a nie regułą. W takiej atmosferze, bezwzględnie przygnębiającej dla  lokalnego twórcy polskiego, niektórzy zmagali się i dalej pisali, lokalnie publikowali. Aż odeszli. Mam na myśli te faktyczne, biologiczne odejście.  Odeszli przed zrozumieniem wagi ich pracy, przed powstaniem możliwości cyfryzacyjnych. Czyli w świat niebytu. Znikały nawet tu i ówdzie zakładane małe ale jednak archiwa. Ktoś umierał i ktoś następny wyrzucał archiwum na śmieci. Można ironicznie ale i dość rzetelnie powiedzieć, że o szansie przetrwania w pamięci historycznej decydował nie zawsze tylko talent – decydowało też miejsce zamieszkania. Adres.

Inne czasy, mili moi. Tak, były kiedyś takie. I to wcale nie w dobie dinozaurów ani księcia Popiela na wyspie goplańskiej.


[i] https://kanadyjskimonitor.blog/2023/12/28/spacer-z-poezja-i-poetami-mlodosci-cz-3-emigracyjna/

[ii] Rocznik „Strumień”; nr. 2, 2000, s. 4

[iii] ibid

[iv] ibid; nr. 7, 03/2011, s.17

[v] „A voice Regained” , B. Rawicz, ISBN 978 0 557 29966 9, s.26; 2009

[vi] „Something to believe in”, B. Rawicz, s.54; 2017

[vii] Rocznik „Strumień”; nr. 2, 2000, s.13

Leave a comment