by Bo Kppcewicz i Jacek Szymański; foto – Jacek Szymański


Tę smutną chorobę Polonii można zauważyć w większości ośrodków polonijnych na przestrzeni całej Ameryki Północnej. Od tępych, głupich pijackich, wręcz karykaturalnych postaw niektórych działaczy polonijnych, po bardziej wysublimowane uwagi, w najlepszym wypadku teatralną zmową milczenia środowisk uważających się za ‘kulturalne’, ‘wykształcone’ (cokolwiek to ‘wykształcenie’ we współczesnym świecie oznacza). Można to zrzucić na barki ‘psychologii stada” ale to zbyt upraszczające określenie. Mentalność stada (mob mentality) dotyka w pewnym stopniu każdą zbiorowość. Tutaj to się, niestety, wiąże również z autentycznym indywidualnym przekonaniem wyższości, lepszości (typu: “nie zrobi nam nikt nic, bo z nami jest Śmigły Rydz”). Im się więcej krytykuje, wytyka małostkowość lub wręcz ewidentne kłamstwa i fałsze argumentów tych osób – tym większy jest opór i tym silniejsza chęć ‘postawienia na swoim’. Oni bronią imienia Polski! Koniec. Tylko, że to tylko ich Polska. To nie jest Polska wszystkich Polaków! I tego absolutnie zrozumieć nie chcą. W dodatku mają (w większych ośrodkach) bardzo silnych protektorów w postaci polskiego duchowieństwa katolickiego, które na ogół reprezentuje nie uniwersalny Kościół Katolicki, a specyficzny polski Kościół Katolicki. Kościół, który w swojej najgłębszej, pierwotnej ‘duszy’ jest Kościołem przed soborowym. Dla niego jakby nie było Vaticanum II. Nie mogli Soboru odrzucić w latach 60 ubiegłego wieku, bo wówczas Watykan był deską ratunku dla polskiego Kościoła. Ale te wszystkie reformy (mniej te dekoracyjne – msza trydencka czy msza rytu Vaticanum II) dały początek dekady już trwającej i jeszcze nie zakończonej ewolucji moralno-etyczno-doktrynalnej Kościoła. A z tym ta specyficzna polskość zaściankowości i jakiegoś atawistycznego lęku przed wszystkim co ‘zza miedzy’ zgodzić się nie potrafi. Nie potrafi, bo nie rozumie tego. Oni prawie wolą na szańcach św. Trójcy z “Nieboskiej Komedii” Krasickiego zginąć, niż zgodzić się na rozmowę, na pertraktacje, na dojście do kompromisu. A kompromis w tej chwili w Polsce jest niezbędny. I wśród Polaków gdziekolwiek.
Głęboki, bodaj od 1918 roku, rów jaki dzieli społeczeństwo polskie nie da się już przykrywać deskami i dywanikami. Nie możemy już dalej tak współistnieć w dwóch ‘Polskach’. Od teraz chyba już nikt nigdy nie będzie usatysfakcjonowany. Zawsze będzie bardzo duża część ‘Polaków przegranych’ i równie duża ‘Polaków zwycięzców’ – obojętnie która partia wygrywać będzie następujące po sobie wybory. Tak mieszkać w jednym domu nie sposób. Wszystko jest tą nienawiścią i pogardą wzajemną zatrute. Jak w “Dżumie” Camusa, Polskę oblało morowe powietrze.
Czy tak żyć potrafimy? Musimy się jakoś dogadać. Inaczej będzie strasznie. Co stanie się , jeśli zapowiedziane na 7 maja dwie wielkie manifestacje: pro-konstytucyjna Manifestacja antyrządowa (bo teraz nie ma sensu już mówić, że to nie antyrządowe, gdy rząd wyraźnie ruchy pro-demokratyczne (Komitet Obrony Demokracji) określił, jako zdrajców i sprzedawczyków i Polaków ‘drugiego sortu’) i pro-rządowa Manifestacja środowisk faszystowskich ONR, spotkają się na jakimś skrzyżowaniu lub placu w Warszawie? Kto może zagwarantować, że nie poleje się krew? Anty-KODowskie grupy już jasno i wyraźnie powiedziały, że na ‘zdrajców’ powinno się budować szubienice. Ba, posłanka sejmowa z okazji rocznicy wypadku lotniczego w Smoleńsku nawoływała o przywrócenie w Polsce kary śmierci dla b. prezydenta Komorowskiego. Pewne, nieoficjalnie i potocznie, wyrażane opinie sympatyków ruchu demokratycznego życzą swym przeciwnikom PiSowskim nie wiele innego finału.
Więc, jak my, w Polonii, możemy chować głowy w piasek i udawać, że nic tam się nie dzieje, że nie ma o czym mówić, że jest OK? Obojętnie za jaką opcja się wypowiadacie – udawanie, że nic się nie dzieje jest dziecięcym zasłanianiem oczu i krzyczeniu: nic nie widzę, nic nie widzę! Zasłonięcie oczu nie zmienia w niczym rzeczywistości wokół nas.
Musimy się więc dogadać zanim ten rów nas dzielący nie pochłonie nas wszystkich. Dlaczego nie zacząć tej rozmowy tu? Dlaczego? Może być nawet łatwiej właśnie na ‘neutralnym’ terenie. Nigdy nie będzie panowała całkowita jedność i zgoda między nami. Byłoby to wręcz chorobliwe. Chodzi o to byśmy nie byli sobie kompletnie obcy. Dalej jestem przekonany, że mimo wszystko więcej nas łączy niż dzieli. I nie z salonowej grzeczności to mówię, a z przekonania. I przestańmy bujać w obłokach, że ‘inni’ (Rada Europejska lub Trybunał Europejski, a generalnie Unia Europejska) nie będą nas uczyć i za nas decydować, jak mamy żyć. Będą. Polska wychodząc z Europy zostanie czym? Sprawdźcie granice na mapie – kto z naszych sąsiadów bliższych i dalszych w Europie nie jest? Białoruś i Ukraina (Rosji świadomie nie wymieniam, bo to inny świat i cywilizacja kulturowa). Nikt inny. Poza tym Polska nie może wyjść z Europy. My w Europie jesteśmy. Od czasów rzymskich, nie tylko od 966 roku. Nasi praojcowie prowadzili handel i utrzymywali kontakty z ludami Północnej i Zachodnie Europy i z Imperium Rzymskim. Obojętnie czy modlili się do Swarożyca czy do Chrystusa. Bo byli na tych samych obszarach między Łabą a Prypecią. Od geografii nie da się uciec. Jesteśmy w Europie. I jesteśmy sporym państwem i narodem. Ale zdecydowanie za małym byśmy mogli sami o wszystkim decydować nawet u siebie. Mając swój własny dom też nie możesz robić kompletnie, co chcesz. Ograniczają cię przepisy: rady osiedlowej, rady budynku (kondominia), miejskie, regionalne i państwowe.
Czy jest tak trudno wyobrazić sobie społeczeństwo współczesne, a więc społeczeństwo i naród, które nie jest monolitem? Nie było nim nigdy. I nigdy nie będzie. Na to nie pomogą ani nowe ustawy ani nawet nowa konstytucja. Nie pomoże IV, V i XX Rzeczypospolita. Ten Rubikon Polska przeszła już wiele setek lat temu. A po przekroczeniu Rubikonu nie ma już powrotu. Prawie dwieście lat trwało pokonanie wierzeń i zwyczajów religijno-społecznych naszych praojców w pierwszych wiekach drugiego tysiąclecia. Nie, nie było żadnego cudu na Skałce ani nad Gopłem, który wszystkich Słowian państwa pierwszych Piastów uczynił katolikami. Oni też mieli własne przyzwyczajenia i tradycje. I wcale nie zamierzali ich tak łatwo porzucić. Tak, jak wy z uporem walczycie o wasze.

Wielkopolanie i Małopolanie przez bisko dwieście lat zrywali się do broni by do dawnych wierzeń w ich, własnych bogów powrócić i by powrócić do systemu władzy plemiennej, szczepowej. 200 lat w tamtych czasach to kilka dobrych pokoleń. To prawie dokładni tyle, ile minęło od upadku I Rzeczypospolitej do powstania tej obecnej, III Rzeczypospolitej. I też tym ówczesnym naszym rodakom z plemion Polan i Wiślan nie udało się cofnąć wskazówek zegara dziejów. Bo ten Rubikon przekroczył Mieszko I w 966—i już nie było powrotu. Tak i my, współcześni Polacy, nie mamy powrotu do marzeń endeckich z samych początków XX wieku. Państwo Polskie, jako państwo jednonarodowe, jednowyznaniowe, jako monolit właśnie nie istniało chyba nigdy. Bezwzględnie nie od końca XIV wieku, czyli już od więcej niż połowy tysiąclecia. Ten idealizowany ‘monolit państwowo-etniczny’ powstał, tylko jako filozoficzno-polityczna idea Narodowej Demokracji, która nigdy się nie ziściła. Może dzięki temu, że nigdy w Polsce nie doszedł do władzy element faszystowski, tak tragicznie popularny w wielu innych narodach 30-lecia Międzywojennego (Włochy, Hiszpania, Portugalia, Niemcy, nawet Węgry i Norwegia w mniejszym zasięgu i natężeniu). I nie ma najmniejszej szansy, by ta ideologia zapanowała dzisiaj. Nawet, gdyby zdecydowała się na rozwiązanie siłowe i na przelew krwi. W sercu Europy w XXI wieku na faszyzm nie ma miejsca. Po prostu. Eine volk, eine reich und eine fürer jest kaput. Na dobre.
Więc po prawdzie nie mamy szansy—musimy się dogadać. Bo dwie ‘Polski’ w jednej się na dłuższy czas nie zmieszczą. I ta formalna, z pewnymi konkretnymi granicami może wówczas pęknąć pod ciśnieniem . A to się może zdarzyć . Państwa upadają. I nam, Polakom, nikt nie musi tego tłumaczyć. My wiemy, że tak bywa. I wiedzą Jugosłowianie (lub ci, co byli obywatelami Jugosławii). Wiedzą ci, co byli obywatelami Czechosłowacji. Tam wszak przynajmniej mogli oprzeć się na pewnych, nie tak aż odległych, tradycjach własnej państwowości. A my ku czemu sie zwrócimy, gdyby ten okrutny moment nastał? Ku Rozbiciu Dzielnicowemu sprzed ośmiuset lat? Lepiej spróbujmy pogadać. Na trzeźwo i logicznie. Bez oparów ideologicznych i religijnych. Ostatecznie chodzi o Polskę.
Narodowe święta, rocznice … Lubimy je obchodzić, może nawet z jakimś szczególnym pietyzmem. Nie aby w sposób wyjątkowo lub zasadniczo różny od innych narodowości, państw. Ale jakby inaczej trochę. Coś w tym jest, coś więcej niż tylko narodowa duma, przywiązanie wyjątkowe do tradycji. Ostatecznie wielkie rocznice i narodowe święta obchodzone są w każdym chyba państwie, które nie powstało wczoraj. Jedni robią to radośnie (to na ogół zdrowe i świadome swej tożsamości społeczeństwa), inni bardziej solennie, poważnie. My chyba głównie w tej drugiej grupie. Jakbyśmy te rocznice zaklinali, czarowali, jakbyśmy chcieli by nas utwierdziły w pewności, że my tej Tradycji, tego Wydarzenia jesteśmy jedynymi godnymi spadkobiercami. Naturalnie, niektórzy lubią te święta z innego, praktycznego znaczenia—dzień wolny od pracy! I to też dobrze. Dlaczego nie? W końcu nie wszyscy musimy w tym narodowym tańcu tańczyć co roku, niczym na „Weselu” Wyspiańskiego.
Od czasu pewnego te święta, te rocznice coraz wyraźniej wykradamy sobie nawzajem; jedni robią obchody Święta Niepodległości (ulubiona rocznica do budzenia sporów narodowych!) w geście wdzięczności władz i społeczeństwa za niepodległość i wolność państwa, w geście pamięci i hołdu pokoleniowi i ludziom, która wówczas tą wolność przenieśli, odzyskali. W geście wyrażenia zwykłego zadowolenia, że ją mamy, że jest. Może nie doskonała, może szara czasami, biedna gdzieniegdzie—wszak własna i istniejąca.
Inni przeciwnie—w geście protestu, w geście, że jeszcze jej nie ma, że ciągle historia stara się ją nam okroić. A przede wszystkim, że ta co jest nie jest taka, jak być powinna. Że jest oszustwem, kłamstwem. Że ci co, twierdzą, że jest i ją reprezentują są sprzedawczykami, złodziejami historii. To słynne: ‘nie za taką Polskę ginęli nasi ojcowie!’ Naturalnie, jako, że ci ‘ojcowie’ już zginęli, trudno ich się spytać o jaką rzeczywiście ginęli … A odpowiedzi mogłyby być czasami zaskakujące dla wielu po obu stronach ‘narodowej barykady’
Przykładem wyjątkowo popularnym w obecnych czasach w Polsce 2016, to używanie tego samego symbolu i wzajemne oskarżanie się o bycie spadkobiercą tego symbolu. Chodzi o synonim zdrady narodowej, jakim była Konfederacja Targowicka.
Konfederację Targowicką (dla przypomnienia faktów) zawiązały środowiska konserwatywnych biskupów katolickich i część polskiej arystokracji w celu powstrzymania, zagrażających ich interesom politycznym i ekonomicznym reformom Konstytucji 3-go Maja i środowisk związanych z dworem króla Stanisława Augusta i nurtem oświeceniowym w Rzeczypospolitej. Był to więc rokosz i akt zdrady państwowej zawiązany dla ratowania i podtrzymania tzw. tradycji narodowej. Tradycji opartej na państwie wąskiej, uprzywilejowanej grupy dbającej głównie o swoje interesy. O pomoc i opiekę zwrócono się do śmiertelnego wroga Polski, carycy Katarzyny Wielkiej. Resztę znamy. Zabory i upadek państwa.
Otóż skutkiem wyborów w 2015 w Polsce do władzy doszły środowiska, których hasłem politycznym od lat była obrona i odwoływanie się właśnie do tzw. ‘tradycji narodowych’. Zarówno w kręgu religijnym, jak kręgu państwowym. I odwoływanie się do szerokich, często niewykształconych mas, że nowoczesność i nowe reformy państwa zagrażają ich wolności, że staną się niewolnikami we własnym kraju, poniżani za wiarę i patriotyzm. Tak samo argumentowali targowiczanie zwracając się do szlachty zagrodowej i do włościan. Oryginalne to było wezwanie wobec ludzi, którzy niewolnikami de facto byli: chłop pańszczyźniany miałby być wolnym w Polsce latyfundiów magnackich i kościelnych?! Wolna miała być ekonomicznie zrujnowana szlachta zagrodowa siedząca po uszy w długach u wielkich książąt i hrabiów?! Nagle połechtano ich starym zawołaniem „panie bracie szlachcicu’, ‘szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie’ i podobnymi bzdurami, które tak się miały do rzeczywistości, jak pięść do nosa.
Tak, jakby poseł lub senator partii PiS (gwoli sprawiedliwości trzeba dodać: i jakiejkolwiek innej partii, która w rządach Polską zasiadała w ostatnich 10-15 latach), na wysokich pensjach państwowych, partyjnych lub wręcz unijnych, miał cokolwiek wspólnego z biednymi szeregami rencistów polskich w prowincjonalnych miasteczkach lub biednej wsi lub tysiącami biedaków pracujących na tzw. umowach ‘śmieciowych’. A miał tyle ile jaśnie panowie Rzewuscy, Potoccy i Braniccy z ’bratem szlachcicem’ Kowalskim. Czyli nic.
Dziś w sejmie słychać obrzucanie się wzajem, niczym błotem, opozycji i foteli rządowych, obelgą ‘targowiczanina’. I znowu w sporze tym niebagatelną rolę mają infuły i ornaty dostojników kościelnych. Tym razem w zdecydowanej większości po stronie stronnictw konserwatywno-narodowych. Bo wówczas przynajmniej takiej ‘jedności’ w episkopacie i klerze polskim nie było. Jedni opowiedzieli się bardzo aktywnie po stronie zdrajców , inni pozostali przy królu i prawie konstytucyjnym (Konstytucji 3-cio Majowej). Większość przywódców targowiczan (w tym biskupi: wileński Ignacy Massalski i inflancki Józef Kossakowski) zostali potem osądzeni i publicznie powieszeni przed kościołem św. Anny w Warszawie wyrokiem Sądu Kryminalnego Księstwa Mazowieckiego.
Ze wszystkich naszych rocznic świąt narodowych i państwowych, dwa mają znaczenie pierwszorzędne: rocznice ustanowienia Konstytucji 3-go Maja i rocznica odzyskania niepodległości 11 listopada. Oba zasadzają się na najistotniejszych cechach państwa: ’11 listopada’ to naturalnie symbol samego istnienia suwerennego państwa. Kwintesencja rzeczownika „Polska”—nie ma państwa, nie ma Polski.
Drugie to odniesienie się do specyficznej tradycji państwowości, do specyficznego nurtu w historii państwa polskiego. To jest bardzo istotne. Z ośmiuset prawie lat państwowości polskiej wybrano ten u jej schyłku. Ba, ten który był bezpośrednią przyczyna jej upadku w XVIII wieku. Dlaczego nie np. Unię Lubelską, czemu nie Bitwę pod Grunwaldem lub Pokój Toruński lub jakże popularną wiktorię wiedeńską Jana Sobieskiego? Czemu akt, który trwał ledwie rok, był przyczyną rokoszy, konfederacji zbrojnych, a w konsekwencji upadku państwa?
Dlatego, że wszystkie pokolenia po upadku Rzeczypospolitej, aż do odzyskania niepodległości ponownie w 1918 rozumiały, że był to Akt najistotniejszy w blisko 1000-letniej historii Polski. To był nie tylko jakiś polityczny krok demokratyzacji państwa, takich czy innych rozwiązań konkretnych dla władzy, mieszkańców, edukacji, wojska czy podatków. Trzeba głębiej, trzeba zrozumieć, co de facto się wówczas stało, czemuż to nazwano ją ‘pierwszą demokratyczną konstytucją’ w Europie. Wszak już angielska Magna Carta pozbawiała króla władzy bezwzględnej, wszak u nas, już od czasów Ludwika Węgierskiego można mówić o wyjątkowej demokratyzacji władzy. Myśmy naszego króla wolą sejmów koronnych wybierali, gdy inni po prostu nic w tym wyborze nie mieli do powiedzenia!
Ale kto to ci Myśmy? Od 10 do 12 % procent mieszkańców Królestwa Polskiego lub Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Obojga Narodów? To ‘narodem’ była tylko taka maleńka mniejszość? Kim byli pozostali? Marsjanami? Przybyszami z innych krajów? A przecież przed nastaniem władzy królewsko-chrześcijańskiej wszyscy (poza niewolnikami kupionymi lub zdobytymi na innych ludach) byli ludźmi wolnymi. To chrześcijański feudalizm powoli z wolności wszelkich okroił wielką masę włościańską. Chłop polski niewolnikiem co prawda formalnie nie był. Ale już gdzieś od XVI wieku człowiekiem ‘wolnym’ był tylko teoretycznie. Pańszczyzna świecka i kościelna uczyniła z niego masę bezpodmiotową. Jego jedyną wartością była ekonomiczna wartość jego pracy dla dziedzica i plebana.
I dopiero Konstytucja Sejmu Wielkiego położyła na nowo, lub po prawdzie po raz pierwszy w historycznym, a więc nie legandarno-mitycznym wymiarze fundamenty pod ‘naród’ nowoczesny. Naród obywateli, wsystkich mieszkańców tego państwa. Daleki jeszcze od tego, jak to rozumiemy dziś – ale rewolucyjny wówczas. Bez tej Konstytucji, gdyby Polska upadła (a ku upadkowi tak czy inaczej się toczyła) jakakolwiek Insurekcja Kościuszkowska skończyłaby się klęską totalną o wiele szybciej. Bez tej Konstytucji nie byłoby mowy o Uniwersale Połanieckim—a bez Uniwersału, dla włościaństwa, może nawet mieszczaństwa, nie miałoby znaczenia czy władca kraju zasiada na tronie w Warszawie, Wiedniu, Moskwie czy Berlinie. To dla mnie jako Polaka, jest największym dziełem Konstytucji: zręby budowania autentycznego narodu polskiego. Opartego na demokracji. Raczkującej, kruchej, wręcz niesmiałej. Ale demokracji. I tą rocznicę przyjęliśmy honorować, jako najważniejszą. Idąc dalej (bo wszak tak Rzeczypospolita doby Stanisława Augusta jak i Rzeczypospolita utworzona po 1918, były państwami autentycznie wieloetnicznymi) można łatwo i konsekwentnie wyciągnąć wniosek, że stworzyła bazę dla współczesnego państwa i społeczeństwa obywatelskiego. Zróżnicowanego. Ale opartego na prawie, przywilejach i obowiązkach jednakowych dla wszystkich bez wyjątku. Czyli dochodzimy do syntezy demokracji europejskiej Anno Domini 2016. Co więcej—Konstytucja dzisiejsza Polski nie pozwala jakiejkolwiek władzy (nawet sądowej) obywatelstwa nikomu w Polsce odebrać. Obywatel jedynie sam może się jego zrzec. Tym samy samym Obywatel stał się de facto indywidualnym suwerenem w państwie. Wartością najwyższą.
Jak ważne są konstytucje, zwane też Ustawami Zasadniczymi, tj. takimi nad którymi żadna inna ustawa mocy mieć nie może, świadczyć może fakt, że w wyjątkowej tylko sytuacji można w nich cokolwiek zmienić i za wyjątkowym procesem legislacyjnym, który jest praktycznie niemożliwy do osiągniecia bez zgody nie tylko zwykłej większości parlamentarnej ale i bez popracia pozostałych ugrupowań politycznych w parlamencie. Jednocześnie wszystkie kraje demokratyczne pozostawiają w gestii sądów kontrole i decyzje czy jakiekolwiek nowe prawo/ustawa/uchwała rządu i parlamentu czy innego organu władzy politycznej jest z Konstytucją zgodna. W niektórych państwach funkcje te spełniają bezpośrednio tzw. Sądy Najwyższe, w innych powołano specjalne Sądy Konstytucyjne, zwane często Trybunałami. Ich wyroki nie podlegają jakiejkolwiek interpretacji, ocenie legalnej . Nie ma takiej możliwości w Polsce, ani w innych krajach, gdzie takie Trybunały istnieją (gdzie ich nie ma ta sama zasada odnosi się do wyroków Sądu Najwyższego). Można się spierać politycznie o te wyroki, można je krytykować, można głosić wręcz, że są niesprawiedliwe—nie można ich nie wykonywać. Na tym polega dzisiejszy konflikt i kryzys konstytucyjny w Polsce. Że jest niewyobrażalny i po prostu niemożliwy i nielegalny w każdej mierze. Tak, jak nie można być katolikiem, który twierdzi, że nie ma Boga, tak nie ma możliwości absolutnie aby Prezydent Polski, czy rząd polski, czy Sejm czy Senat miał prawo decydować, które wyroki Trybunału są ważne a które nie. Po to właśnie ten Trybunał powstał, by władze polityczne nad nim jakiejkolwiek kontroli nie miały. Można się teoretycznie sprzeczać czy to możliwe, czy rządy wszelkie w taki czy inny sposób pośredniej kontroli nad nim nie mają. Ale nie ma nikt we władzach wykonawczo-politycznych prawa decydowania, czy wyroki Trybunału są ważne. Argument, że Trybunał zebrał się w marcu tego roku niezgodnie z nową Ustawą o Trybunale (Sejm ma prawo Ustawy normujące pewne cechy organizacyjne Trybunału podejmować ale te ustawy w sposób szczególny muszą być skontrolowane czy są zgodne z duchem i literą Konstytucji, a tą kontrolę dokonuje właśnie wyłacznie Trybunał) są zupełnie nic nie znaczące, drugorzędne i bez mocy prawa. Nie mógł się zebrać w składzie wymaganym przez nową Ustawę, bo tą ustawę badał czy jest zgodna z prawem konstytucyjnym. Gdyby wykrył, że jest nielegalna i nieobowiązująca (co uczynił) okazałoby sie, że skład sędziowski Trybunału był nielegalny, bo ustawa jest nielegalna! Trybunał odpowiada tylko przed Konstytucją. Przed nikim więcej. Nie przed Prezydentem, ani Rządem ani Sejmem. Trybunał Konstytucyjny (czy Sad Najwyższy w innych krajach) jest ostatecznym i skutecznym gwarantem prawa w kraju i ostateczną zaporą przed autokractwem lub dyktaturą. Nie uznawanie wyroku Trybunału można by określić za de facto równoznaczne z puczem i zamachem stanu. Oczywiście nikt nie chce tych sformułowań użyć, podejmowane są nadzwyczajne kroki polityczne i wewnątrz i zewnątrz kraju, by ten kryzys rozwiązać póki autentycznych i bardzo groźnych konsekwencji nie przyniesie. Ale wszystkie te rozmowy, ustalenia, kompromisy muszą oprzeć się na opublikowaniu i wykonaniu wyroku. Innej drogi nie ma. Tu nie chodzi o upokorzenie prezydenta czy premiera. Tu chodzi o uniemożliwienia upokorzenia prawa w Polsce! A więc też wszystkich Instytucji tego prawa, łącznie z instytucjami Prezydentury i Gabinetu Rządowego. To jest ponad głowami i ambicjami pani Szydło, pana Dudy i pana Rzeplińskiego. Chodzi o Urzędy, które sprawują, nie o nich personalnie. Proszę sobie wyobrazić ambasadora Polski lub Konsula Generalnego, który nagle decyduje, że nie zgadza się z taką czy inną decyzją prezydenta lub ministra spraw zagranicznych ( w dodatku mówi, że jego eksperci prawa udawadniają, że ambasador ma rację) i będą prowadzili w kraju, gdzie przebywają własną, niezależną politykę zagraniczną Polski?! Absurd? Naturalnie. Tylko absurd istniejący w Posce od kilku miesięcy! Innym, adekwatnym porówaniem może być sytuacja, w której partie opozycyjne decydują, że przedpisy i dekrety rządowe mogą obowiązywać tylko województwa, powiaty, miasta i gminy, gdzie samorządy lokalne są z partii rządzącej, natomiast pozostałe samorządy lokalne będą wypełniać polecenia, zarządzenia i dekrety partii opozycyjnych. Ostatecznie też pochodzą z wolnych wyborów, więc dlaczego mieliby stosować się do praw wydawanych przez partię, która w ich województwie czy gminie wybory przegrała! Niby logiczne i demokratyczne, prawda? Tyle, że Polska stała by się wówczas luźną konfederacją terenową a nie suwerennym państwem. Takie groźne elementy państwa w państwie już się jednak pojawiają: wszystkie instancje reprezentujące środowiska prawnicze i najwyższe instancje sądowe w Polsce (z Sądem Najwyższym i Trybunałem Administracyjnym na czele) oświadczyły, że w procesach dla których mogą mieć znaczenie wyroki Trybunału Konstytucyjnego, sądy polskie muszą się do wyroków Trybunału Konstytucyjnego stosować, bez względu na to czy były one czy też nie były opublikowane przez rząd. Wynika to z logicznej reguły prawa, że niewykonanie obowiązkowej czynności administracyjnej (opublikowanie wyroku sądu) nie wstrzymuje ważności prawa i wyroku!
Dużym brakiem (zapewne wynikającym z faktu, że nikomu przedtem do głowy przyjść to nie mogło, że do takiej sytuacji dojść może) jest zawiła procedura rozpoczęcia niezależnego badania sprawy przez Trybunał Stanu. Trybunał powołany do badania przestępstw wobec Państwa przez najwyższe organa władzy tegoż państwa. Być może ani Prezydent ani Rząd nie upieraliby się wówczas tak uparcie, że opinie jakichś prawników czy radców prawnych z Kancelarii Prezydenta lub Premiera RP są ważniejsze niż wyroki sądu polskiego…

I to, te wezwanie, ten kryzys konstytucyjny w Polsce w maju 2016 roku powinno być głównym tematem refleksji i poważnego zastanowienia się, gdy będziemy rocznicę Konstytucji 3-go Maja obchodzić. Wszystkie inne refleksje są w tej poważnej chwili bez znaczenia lub zwykłym zasłanianiem oczu. To szczególne wyzwanie dla Organizacji polonijnych i emigracyjnych. Tych, które w dobie Wielkiej Emigracji po-powstaniowej, jak i z wyjątkowym poświęceniem w okresie po 1945, były depozytariuszami symboli i imponderabiliów polskich. Nie można w Polsce ani w ośrodkach polonijnych poza granicami kraju, z godnością obchodzić tej Rocznicy bez apelu całego społeczeństwa: Panie Prezydencie Rzeczypospolitej Polskiej, Pani Premier Rzeczypospolitej Polskiej, w imię szacunku wobec pokoleń przeszłych, które życie za Konstytucję z roku 1791 oddawały, prosimy o wykonanie swoich obowiązków i wykonanie prawomocnych wyroków Trybunału Konstytucyjnego Rzeczypospolitej Polskiej. Sądy polskie nie przeczą w jakikolwiek sposób realizowania przez Was waszego programu wyborczego, waszej wizji politycznej, gospodarczej. Nikt nie podważa wyników wolnych i demokratycznych wyborów, które wygraliście zgodnie z prawem. Ale wybory powszechne w Rzeczypospolitej nie zmieniają jej porządku konstytucyjno-prawnego. Przeciwnie – te wybory są właśnie ogłaszane na mocy tej Konstytucji. I tylko w ramach tego porządku prawnego możecie wykonywać swoją władzę. Czego dla dobra Państwa Polskiego Wam życzymy. Po opublikowaniu wyroków i wykonaniu tychże, razem z Wami, wspólnie wszyscy będziemy mogli zakrzyknąć: ‘vivat Król vivat Naród, vivat Konstytucja!’ Jak krzyczano na ulicach Warszawy, gdy Król z Marszałkiem Koronnym Stanisławem Małachowskim i Marszałkiem Wielkiego Księstwa Litewskiego Kazimierzem Sapiehą szli po uchwaleniu Konstytucji na nabożeństwo dziękczynne do Katedry św. Jana. I jedno jeszcze—to właśnie ta 3-cio Majowa Konstytucja wprowadziła w Polsce trójpodział władzy: wykonawczej, ustawodawczej i sądowej. Ten trójpodział obowiązuje i w III Rzeczypospolitej w 2016.
Jak już pisałem, drugim takim świętem narodowym jest Dzień Niepodległości. Coś, co łączyć winno wszystkich. No, wszak bez tej niepodległości i tych obchodów by nie było! Do czasów „Solidarności’ nikt nie odważył się wyjść na pochód lub marsz 11 listopada w Kraju. A w tej wolnej wszyscy mogą. Nie zawsze wszyscy powinni—ale mogą. I wychodzą. I ci, którzy na tą wolną, demokratyczna, tolerancyjną, plują. Nic tu więcej napisać nowego nie mogę. I nie jest to ‘nowość’ z tego lub poprzedniego roku. Więc przytoczę swój tekst opublikowany oryginalnie blisko trzy lata temu.
Bagnety rosyjskie, pruskie i austriackie przyszły później. Najpierw były zdradzieckie noże tych zdrajców i warchołów, które tym obcym bagnetom otworzyły bramy Polski.
Tak i dziś w wolnej Polsce, wolnej dzięki nie potomkom tych warchołów a następcom tych, którzy dla jej zdrowia moralnego i politycznego poświęcili życie, mieliśmy godne obchody w stolicy Rzeczypospolitej, miastach dużych i małych, na wsiach.
Mieliśmy marsz ‘Razem dla Niepodległej’, gdzie Prezydent symbolizujący cały naród złożył hołd wszystkim siłom politycznym, które tą Polskę wskrzesiły. Ludowcom i wsi polskiej pod pomnikiem Witosa, Narodowcom pod pomnikiem Dmowskiego, Kościołowi polskiemu pod pomnikiem Prymasa Tysiąclecia, żołnierzom AK i całemu Ruchowi Oporu w okresie II Wojny przy monumencie Grota-Roweckiego, politykom i mężom stanu pod pomnikiem Paderewskiego i wreszcie pod pomnikiem tego, który siłą swej woli i nadludzkim omal wysiłkiem dla tej przywróconej Rzeczypospolitej poświęcił bezgranicznie całe życie – Józefowi Piłsudskiemu.
To był marsz i świętowanie Polaków – z refleksją nad przeszłością, z nadzieją ku przyszłości i zasłużoną dumą z własnego kraju. Nie krystalicznie czystego, nie płynącego miodem i winem, nie zawsze i nie dla wszystkich sprawiedliwego – ale własnego.
A obok, w tej Polsce danej im wysiłkiem godnych i szlachetnych obywateli (w tym nie tylko etnicznie polskiej narodowości), pomioty tego samego warcholstwa, które się do upadku tej wolności w XVIII wieku przyczyniły, poprowadziły własny ‘marsz niepodległości”. W kominiarkach, z petardami, z nienawiścią w sercu i oczach. Łobuzeria spod faszystowskiego szyldu ‘Młodzieży Wszechpolskiej’ wspomaganej ideologicznie przez ultraprawicowe ugrupowania polityczne Giertychów i im podobnych. Wykorzystywana przez politycznych maniaków, którzy szansę kariery i rozgłosu szukają w rozróbach osłabiających i ośmieszających Polskę. Przez polityczne bagno i moralne ostępy nietolerancji.
Macie prawo być w tej Polsce, prawo do bezpiecznego życia, prawo do mówienia po polsku, do polskich szkół, opieki zdrowotnej i socjalnej. Jesteście – niestety – też Polakami, więc z dobrodziejstw mieszkania we własnym wolnym kraju możecie korzystać. Choć go nie budujecie a rujnujecie. Ale nie śpiewajcie głosem wypełnionym nienawiścią “Jeszcze Polska” lub “Rotę”, bo urągacie tej Polsce to robiąc; nie okrywajcie się sztandarami narodowej dumy, bo hańbę tym sztandarom przynosicie.
Żeby być godnym Ateńczykiem nie wystarczy rzucać obelgi na innych na agorze i zakładać białą tunikę – trzeba te Ateny budować i chronić, trzeba chronić i szanować innych Ateńczyków. Bo bez godnych Ateńczyków Ateny przestają być latarnią Grecji.
by B. Pacak-Gamalski
16 kwietnia 2016 w Surrey, Stowarzyszenie Artystów i Przyjaciół Sztuk “Pod skrzydłami Pegaza” organizuje spotkanie Polaków z autorami tomu poetyckiego “Wiatry”.
Tomik wydany został nakładem wydawnictwa Rocznika Twórczości Polskiej “Strumień” (przy wspaniałomyślnym sponsorstwie Konsulatu Generalnego RP w Vancouverze) w kwietniu 2015 . W ub. roku miała miejsce ciekawa prezentacja w salce klubu “Pod skrzydłami Pegaza” z udziałem poetów Karoliny Piotrowskiej i Bogumiła Pacak-Gamalskiego (jednocześnie Edytora tomiku). W początkach roku 2016 kolejne spotkanie było w Seattle, organizowane przez tameczny Salon Poezji z udziałem Andrzeja Buszy, Leszka Chudzińskiego, Bogumiła Pacak-Gamalskiego i Karolinmy Piotrowskiej. Spotkanie w Seattle było nadzwyczaj udane i przeciągnęło się do późnych godzin, wspólnego czytania wierszy, dyskusji, autografów.
Organizatorzy spodziewają się, że spotkanie w Surrey będzie autentycznym spotkaniem z poezją, żywym i dynamicznym. Bo poezja to nie jakieś zakurzone książeczki na tylnej półce regału, to nie świętobliwe i zacne ale czasem tak od życia odległe wierszyki i poematy ze szkolnych akademii i uroczystości rocznicowych. Poezja to życie dzisiaj, to refleksje, smutki i radości, które wypełniaja każdy dzień naszego przebywania na tym świecie. Przyjdź i posłuchaj, czy polskie słowo, z dala od matecznika polskiego, autentycznie żyje wśród nas, tutaj.
zdjęcia poniżej ze spotkań w klubie ‘Pegaza” w Surrey i Saloniku Poezji w Seattle.
by Karl-Antoine Usakowski
Since coming into power, the incumbent Polish government and the country’s President have been on a path of disabling the constitutional system and quieting, if not silencing altogether, opposition within the state. For most of Poles residing for many years in another Western democratic state, these draconian moves against the rule of law and the alarming centralization of state authority has come as a shock. At first, many continued to believe that a Poland which has sacrificed generation after generation in the name of freedom and liberty would never attack its own democratic institutions. As time progressed, many of us had to reconcile ourselves with the fact that the sun of freedom does not shine so brightly over Warsaw, as it once did. It is a time of action for Polish citizens of all political creeds for, despite differences in opinion, it is everybody’s constitution and rule of law which is under threat. In that spirit, one would expect Polonia organizations in the West to openly contest this attack on democracy or, at least, maintain their neutrality. Sadly, this has not been the case for one very important organization: The Canadia Polish Congress (CPC).
On March 4th, its Quebec Chapter issued an open letter of support for then-senatorial hopeful Anna Maria Anders following a meeting among and a vote by its directors. The chapter then proceeded to share links to her campaign pages on Facebook, while the campaigning, in the contested riding, was still in effect. This struck a chord with me because they, the executives, had just betrayed their mission of unity and representation within the community. A political stance had been taken and the loyalty of the executives was clearly broadcasted to Canadian people. The problem is that, as an umbrella group, they represent me and thousands of Polish Canadians who do not necessarily support the incumbent Polish government. A letter of complaint to the chapter led to them defending themselves, instead of striking down such an inappropriate post. Following that, a letter to Mrs. Berezowska, the National Board president, went unanswered. Once Mrs. Anders’ campaign was won, on March 6th, the Quebec Chapter went on to congratulate the candidate they endorsed on her victory. These series of events is disappointing and unfortunate for the community and all Polish democrats in Canada. The question now arises as to whether the Polish Canadian Congress truly represents the community? It seems to have forsaken its neutrality or it is no longer concerned by it. It makes one wonder if this is still the right organization to represent our community.