Inni czy swoi? Na pograniczach kultur i tradycji

B. Pacak-Gamalski

Sztuka. Artysta. Najwyższa kwintesencja człowieczeństwa. Bzdurą kompletną jest stawianie tegoż w opozycji do wiedzy. Wiedza jest częścią sztuki, jest bramą, która umożliwia artyście twórczość. Poniekąd służy sztuce. I odwrotnie – sztuka budzi głód wiedzy, zadaje pytania, na które wiedza stara się odpowiedzieć i otworzyć tym drogi do nowej twórczości.  Wiec Art i Logos, wiedza obiektywna, zewnętrzna i sztuka, jako wiedza wewnętrzna, emocjonalna, subiektywna. Wzajem się uzupełniające i wspierające.  Myślałem o tym jadąc kilka dni temu samochodem i słuchając w radio uroczej kompozycji ‘Da geht ein Bach’. Nie znałem wcześniej tego utworu.  I kto skomponował? Ano, kawaler Fryderyk Nietzsche. Tenże sam, filozoficzny król (lub ojciec) współczesności, modernizmu. No OK, może bardziej adekwatnie by było nazwać go Ojcem Chrzestnym.  Tak, tym ze słynnego amerykańskiego filmu Coppoli.

Chodzi mi o taką właśnie kombinację, te złączenie artysty i filozofa. Jeśli genialny Wittgenstein zadał śmierć filozofii (tak, jak Nietzsche uśmiercił Boga), to Nietzsche był ostatnim królem-filozofem, filozofem-alchemikiem duszy. Tym, który Boga szuka, a po odnalezieniu zabija go. A więc twórcą jednak, nie naukowcem, badaczem. Bo któż zabić Boga potrafi, jeśli sam nie jest też twórcą, sprawcą stwarzania?

Ot, takie myśli nachodziły, gdym słuchał tej doprawdy uroczej, lekkiej a jednocześnie bardzo kunsztownej muzycznie kompozycji. Polecam serdecznie pianistom, zwłaszcza młodym (choć młodość dla artysty jest pojęciem bardzo elastycznym) grać to. Nie, nie dla ćwiczeń. Najlepiej na koncertach, jako miłą popisówkę na bis. Gwarantuję, że bardzo publiczności (nawet tej nadętej, bo jakże by mogli achów i ochów nie pokazać wobec samego wielkiego Fryderyka Nietzsche?!) się spodoba.

Do tematu wracam jednak. Ustaliliśmy, że Arte to kwintesencja człowieczeństwa. Artysta więc zostaje poniekąd demiurgiem. Trzeba go nie tylko poznać ale i wyczuć, lub wczuć się w jego przesłanie, utwór, natchnienie. Tak, jak muzyka właśnie – musi w nas grać. Inaczej szkoda czasu chodzić na koncerty. A artyści są tacy różni, tacy inni. Jest w nich cały wszechświat. Nie jakieś schematy, jakieś uproszczenia, sprowadzanie do wspólnego mianownika lub mierzenie jedną miarką.  Nie chodzi tylko o to, co jest. Chodzi w mierze równie ważnej o to, co być może, a także co być mogło. Co się skrywa czasem za półsłowem, krótkim spojrzeniem, gestem z pozoru od niechcenia. Nawet jeśli boisz się wyjść na ulice, to przynajmniej otwórz okno i popatrz na świat zewnątrz, spoza własnych czterech zdań. Tak, jak Zofia Nałkowska, gdy w dobie okupacji pisząc „Dzienniki” otwierała okno dodawała reflektując zaraz : ‘i znowu zaszła zmiana w polu mojego widzenia’.

Gdy pisałem  w poprzednim felietoniku-bajeczce o Baczyńskim i Kocie-Jeleńskim, o Baczyńskim i Jerzym Andrzejewskim i o „Zośce’ i „Burym” (naturalnie, że celowo – choć nie bez podstaw – wybrałem  tak symbolicznie brzemienne postacie), to wszak o tym pisałem. O tych możliwościach, o tych półcieniach i innych kolorach tej samej rzeczywistości.  O drzewie, które żyje a nie o drewnie. O bogactwie inności.

Ciekawym papierkiem wszelkiej inności w tym kontekście twórczym, jest literacka twórczość  (ta zwłaszcza, bo najbardziej prosto rozpoznawalna, czytelna – w przeciwieństwie np. do muzyki lub sztuk plastycznych, które wymagają większej znajomości z arkanami sobie specyficznymi, z ikonografią gatunku) bieżeńców wszechczasów:  Żydów.

Teraz natknąłem się na tą tematykę dzięki wydanej właśnie monografii (?), zbioru eseistyki, badań, biografii związanej z mało u nas znanym terminem ‘maran’.  A to odsyła bezpośrednio do wielkiej diaspory żydowskiej na Półwyspie Iberyjskim w wiekach średnich, pierwszego poważnego pogromu i ucieczki Żydów. Ale, co z tym – choć nie tylko z pogromem i nieszczęściem – się wiąże, to z właśnie z ludźmi-twórcami, którzy wtopili się w nowa kulturę, nowy język, czasem nową wiarę (w Polsce popularne było pojęcie ‘przechrzty’, na ogół o pejoratywnym zabarwieniu). Ale coś z tej starej, ojczystej żydowszczyzny w nich zostało.  I jak to na ich twórczość wpływało?  Jak wpływało na kształt literatury i kultury szeroko rozumianej tych nowych obszarów etnicznych, kulturowych? Podróż w obie strony jednocześnie.

Z samą tematyką (w formie beletrystycznej, z elementami kryminału) maranów zetknąłem się przed wielu laty czytając świetną powieść Richarda Zimlera „The last kabbalist of Lisbon”.  Teraz z niecierpliwością czekam, gdy wpadnie w moje ręce to wydanie „Maranów” – dzieło wielu badaczy i znawców tematyki skupionych wokół Uniwersytetu Muri im Franza Kafki (sam uniwersytet jest znowu ciekawostką niemałą i rzeczą tyleż symboliczno-legendarną, co mityczną, ale to temat osobny). Wydawcą jest krakowska ‘Austeria’.

Tak, jak do wspomnianego już tu poprzedniego tekstu-arabeski o Baczyńskim i jego przyjaciołach wracających z Gimnazjum Batorego, tak i do tej książki skłonił mnie kontakt z Piotrem Sadzikiem, literaturoznawcą z Instytutu Lit. Polskiej UW, bo z pracą nad „Maranami” związany był de facto organicznie. Do pewnego stopnia jest to też mały fragment mojej własnej pracy nad przygotowywaną książką o plemiennym (wręcz szczepowym) ‘genie’ społeczności LBTQ+. Genetyka kulturowa versus genetyka etniczna.

Siadając więc nad notatnikiem, z kawą i ciastkiem obok, w ulubionej kawiarence-antykwariacie w Halifaksie pisałem kolejny fragmen/t/cik do tejże książki.:

… przypomina mi się kultowy balladysta studenterii lat 70. i 80. ub. wieku, Marek Grechuta. Trubadur zbliżony do wyobrażeń mistrala, poety-śpiewaka-aktora wieków średnich, antycznych i pewnie archaicznych. Powtarza w balladzie młodzieńcze zwrotki polskiego wieszcza Adama Mickiewicza. Adam Mickiewicz – cóż bardziej polsko-patriotycznego być może? A cóż młodzieńczy (czy w jakimkolwiek wieku biologicznym) Mickiewicz może mieć wspólnego ze szczepową społecznością LGBTQ ? Nic. Ale młody Adam ma te same emocje, pytania , pasje, jak każdy Adam, gej czy straight. Więc Grechuta śpiewa te pytanie „I znowu sobie zadaje pytanie, czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie?”.  Naturalnie ani autor, ani trubadur, ani też czytelnik i słuchacz nie ma najmniejszej wątpliwości z wyborem odpowiedzi.  Jest jasny i prosty. Nie być pewnym może być tylko ktoś, kto nie kochał. Czy obiektem był przyjaciel, który jeszcze kochankiem nie był, czy świadomy romantycznego kontekstu obiekt adoracji.  Konsumpcja tej adoracji lub jej brak nie mają tu jakiegokolwiek znaczenia. Zadawanie sobie tego pytania jest już odpowiedzią na nie. Ale to pytanie uległo dziwnej rekonstrukcji w całej prawie współczesności, gdy homofobia stała się modna. Gdy rycerz-bohater nie miał prawa być gejem. Nawet jeżeli był. A w rzeczy samej jest wszak kompletnie bez znaczenia czy faktycznie był.  Dla takiej konstrukcji samo przypuszczenie, sam argument takiej możliwości (że rycerz-bohater, owszem mógł być) odrzucane są z zacietrzewieniem i emocją wartymi lepszej sprawy. Na jakąś ‘platoniczną miłość przyjacielską’ jeszcze ze zgrzytem zgodzić się mogą. O kochaniu mowy być nie może. Skąd ta idiotyczna argumentacja i te dantejskie argumentowanie contra – nadziwić się nie mogę. Tebańscy wojownicy by pewnie nie mogli pojąć też, a młody Aleksander Macedoński spytałby się Arystotelesa, zanosząc się śmiechem,  o co tu w ogóle chodzi?

Arabeska w tutu

obraz Ine Veen przedstawiający Annę Pawłową w jej legendarnej roli z Jeziora Łabędziego (ze zbiorów Wikimedia Commons)

Nie wiem już nawet który jest rok dokładnie. Lata są 30. ubiegłego wieku. Warszawka. Paryż Północy. Kocik Jeleński, młodziutki, szczupły z charakterystycznym noskiem, idzie pod rękę z Krzysztofem Kamilem, też młodziutkim, romantycznym. Śmieją się jak typowi gimnazjaliści w tym wieku. Za nimi mała grupka przyjaciół wśród których są i „Zośka” (Tadeusz Zawadzki) i „Rudy” (Jan Bytnar). Potem zasiadają razem w szkolnych ławkach Gimnazjum Batorego. 

W klasie siedzą też inni koledzy szkolni.  Bractwo na ogół inteligenckie. Na przerwie ktoś rozpoczyna popularne wówczas wśród młodzieży nacjonalistycznej przepychanki i głupie antyżydowskie dowcipy i obelgi wobec chłopców wyznania mojżeszowego.

Twarz Krzysia Baczyńskiego oblewa się szkarłatem gniewu. Krzyczy żeby się zamknęli. Od słowa do słowa dochodzi do przepychanek.  Gimnazjum, chłopcy, temperamenty. Ale Krzysiu nie jest przykładem chłopca-osiłka i Kocik, pomny swego rycerskiego pochodzenia, pierwszy wymierza ostry cios pięścią w podbródek jakiegoś patrioty-antysemity.  Reszta wiadomo – popchnięcia, bijatyka szkolna, komuś pękła warga, komuś poleciało czerwonką z nosa … .   Woźny podbiegł z dzwonkiem w ręku, zrobił głośny raban, przyszedł nauczyciel i chłopców rozdzielono.

Po szkole wracają do domu zwartą paczką. Na wszelki wypadek, gdyby rozjuszeni dbaniem o etniczną czystość koledzy-patrioci, chcieli im spuścić odwetowe lanie.  

Kamil wkłada swoje ramię pod ramię Kocika, a „Zośka” śmiejąc się obejmuje ramieniem „Rudego”. Rozchodzą się na wysokości Alei Ujazdowskich. „Rudy” odchodząc woła do Kamila ze śmiechem: ‘uważaj żeby cię Konstanty nie uwiódł, bo bronił cię, jak lew!’. Krzyś rumieni się i sam siebie zaskakując odpowiada: ‘wiesz, że nie lubię, jak go nazywasz Konstanty, mów do niego Kot’. “Zośka” z zalotnym, filuternym uśmiechem wtrąca jeszcze na odchodnym: ‘no, Kot to taki mały lew, niby się łasi ale ma pazurki, uważaj’. Wszyscy wybuchają śmiechem i się rozstają. Jeleński i Baczyński idą jeszcze, przed pożegnaniem, na spacer  alejkami Parku Ujazdowskiego.

Siadają na ławce blisko pomnika ‘Gladiatora’ Welonskiego.  Kocik mówi niby do siebie, niby do nikogo ale bacznie obserwuje reakcję przyjaciela: ‘lubię patrzeć na tą rzeźbę, Welonski świetnie ujął w niej proporcje i piękno ciała męskiego’.  Młody Baczyński nie odpowiada, zapada milczenie. Ale po chwili jego głowa spocznie na ramieniu Kota. Nic nie powiedzą do siebie. Będzie im miło i dobrze ale będą się bać ten moment zepsuć jakimkolwiek słowem lub ruchem zbytecznym lub zbyt natarczywym.

Kilka lat później Baczyński będzie o tym momencie myślał, gdy tym samym gestem oprze swą głowę na ramieniu przystojnego, o kilka lat dojrzalszego od niego, Jurka Andrzejewskiego. Czy jeszcze kilka lat później wspomni ten moment Konstanty Jeleński składając swoją głowę w objęcia szczupłego i chłopięcego, jak jego szkolny przyjaciel, Stanislao Lepri?

Kto to wie. I czy tak było? Kto to wie? Sam pewnie o tym właśnie nie myślałem, gdy którejś nocy letniej, tuż przed świtem,  w 1978, poszedłem z przyjacielem złożyć kwiaty pod tablicą u wylotu ulicy Miodowej. Miejscu, gdzie Krzysztof Kamil zginął.  Byłem chłopakiem ledwie. Kochałem jego wiersze, więc kochałem jego. Wydawało mi się, że dostrzegałem go spoza tej tablicy cementowej, spoza tej zbroi kutej w spiżu polskiego patriotyzmu.  Ale czy to wszystko mogłem zrozumieć? Czy tylko przeczuwałem?

Czytałem tygodniowe zapiski “Dziennika” Andrzejewskiego w „Literaturze” Putramenta. Ale przecież mimo, że wolno mu było dziecinny prawie spór o ‘wielkość” z Miłoszem prowadzić – nie wolno mu było odbrązawiać tego nacjonalistycznego puklerza Baczyńskiego z Powstania Warszawskiego.

A pisał o tych sprawach mądrze bardzo młody badacz literatury onegdaj, wczoraj ledwie, w sierpniu 2019, Piotr Sadzik na łamach polskiego Newsweeka. Odłożyłem ten jego artykuł, by kiedyś wrócić. Ten jego tekst mi o tym przypomniał. Więc wodze fantazji spuściłem lekko, i dałem się samemu na ten spacer warszawski wybrać. W czasie i przestrzeni.

W latach 80. byłem w gościnie u Kota Jeleńskiego, mieliśmy długie rozmowy. Ale nie o Baczyńskim. To były lata 80. przecież. Tyle się działo w naszym, polskim świecie.  Tyle tematów bieżących. Trwała też właśnie wielka wystawa retrospektywna Leonor Fini, jego żony.  Były rzeczy ważniejsze. Jak zawsze w życiu. Wkrótce po moim wyjeździe z Paryża, Konstanty Jeleński zmarł. Już z nim nie porozmawiam. I czy jest mi to potrzebne i czy on więcej wiedział? Chyba tak.

Te hufce narodowe, te sztandary, te puklerze ciągle kładą się cieniem długim na pamięć i znajomość osobowości twórców kultury polskiej. Nie osobowości twórczej (te łatwiej badać w oderwaniu od rzeczywistości) ale twórcy właśnie.

Przecież i mnie, bezwiednie i bez trudu prawie, te puklerze, te napierstniki nacjonalizmu nałożono. Tez zatruto nimi moją młodość. Tak, jakby słowo patria musiało się łączyć ze słowem oszustwo lub milczenie.

Więc na moją, prywatna potrzebę, taką sobie arabeskę stworzę, skomponuję. Z rzeczy i spraw, których fragmenty znamy i rzeczy i spraw, które przeczuwamy jedynie. Będą w strojach baletowych tańczyć w tejże arabesce-choreografii i młodzi Baczyńscy i Jeleńscy, i „Zośki” z „’Rudym”, będzie wirować z wiankiem na głowie Narcyza Żmichowska, a nawet Marysia Konopnicka, będzie Andrzejewski z Gombrowiczem i jeszcze Białoszewski podpity. Za nimi cały zespól taneczny prowadzony przez Stasia Szymańskiego i Wacka Niżyńskiego.  Wszyscy będą młodzi, chłopcy ledwie. Muzykę napisze oczywiście dwudziestoletni Chopin. Czy przejdą korowodem roztańczonym, roześmianym z Opery Narodowej do Parku Ujazdowskiego?  Naturalnie! W końcu to moja arabeska. Kobiety będą w spodniach tańczyć i kapeluszach z wielkim rondem, a młodzi mężczyźni w tutu romantycznych, z tiulu białego.

Niech tych innych chłopców, tych narodowych, aryjskich, czystych, krew zaleje, gdy na ten kolorowy korowód patrzeć będą. Oni się już przez wieki  napili wystarczająco dużo cykuty zapomnienia, oszukania, zakrywania, fałszowania. I nas nią poili. Czas na tutu. Czas na spacer z Batorego do Parku Ujazdowskiego. Tym razem już nawet nie pod pomnik Gladiatora, a prosto pod kształtną figurę ‘Perseusza’ Gruyera. Niech się niewinne przyjaźnie i romanse platoniczne rumienią bez kolczugi kłamstwa.

Pod Twoją obronę uciekamy się …

Jak wpleść w kanwę opinii i refleksji kulturowych tematykę sacrum, świętości, relikwiarzy?  W którym miejscu refleksja nad społeczeństwem, narodem, staje się przedmiotem policyjnej aktywności, prawa karnego? I wreszcie – pytanie zasadnicze – czy w takiej refleksji, w wymianie na ten temat opinii jest miejsce na głos administracji państwowej?

Cała masa tematów i pytań tu się wzajem ociera, zderza, łączy i zwalcza na przemian. Kto dyskusję taką może prowadzić, zaczynać?

Oczywiście, twórcy kultury, czyli ci, którzy ją współtworzą, animują i – z biegiem czasu – zmieniają, ewoluują; pisarze, dramaturdzy, malarze, rzeźbiarze, kompozytorzy, reżyserzy, filozofowie. Wszyscy ci, którzy talentem bądź intelektem są drożdżami kultury danego społeczeństwa, w danym kontekście historycznym. A potem, zaraz za nimi ci, którzy ich prace, działalność interpretują: krytycy, socjologowie, publicyści, kulturoznawcy. Od nich dyskusja przelewa się do widza, czytelnika, słuchacza – obywatela danego społeczeństwa.

Dyskusja może być burzliwa, nigdy nie kończy się szybko i jednoznacznie. Czasem trwa dziesięciolecia i dopiero po ‘zdjęciu sztuki ze sceny’ jej efekty i wpływ na społeczeństwo ujrzeć można. Zawsze potrzebna perspektywa. Wiadomo, że w malarstwie – wszak też i w ogólnym kształcie kultury społecznej, narodowej.

To prawa, od których naturalnego biegu ucieczki nie ma. A gdy ktoś ten bieg rzeczy naruszy – społeczeństwa płacą za to cenę wysoką: rewolucje, zamachy stanu, dyktatury, tyranie. Ale początków takich zmian siłowych, rozwiązań politycznych, nie można szukać w akcie jednorazowym władzy administracyjno-politycznej. Są one właśnie wynikiem tych wieloletnich przemian, tych zmagań w samej treści kultury społecznej, regionalnej, narodowej.

Historyk prawa kościelnego i prawa cywilnego, profesor Leon Halban, w 1946 roku przygotował wykład, który dał początki jego pracy naukowej pod tym samym tytułem: ‘Mistyczne podstawy narodowego socjalizmu’ (KUL w Lublinie, 1946). Jakkolwiek wychodzący z się tradycji katolickiej myśli krytycznej (traktat ten większość wypaczeń znajduje w pracach i teologii luterańskiej i kalwinistycznej) – wiele jego spostrzeżeń jest trafnych do dziś.

Szukałem od czasu pewnego pewnych odpowiedzi, pewnych wskazań, ścieżek, które pomogły by i mnie zrozumieć Polaków anno Domini 2019. Zachowania władz politycznych. I skąd te szatańskie przymierze Kościoła z Władzą się brać może. Gdzie tkwią tego korzenie najgłębsze i najsilniejsze. Doszukując się podstaw do zaistnienia narodowego socjalizmu, który jest ideowym zaczynem nazizmu, musiałem zamknąć się w ciszy, odrzucić hałas dochodzący z Kraju i od przyjaciół z zagranicy. Nie ulegać prostym reakcjom i łatwym okrzykom oburzenia, wściekłości wręcz. Lub bezsilności. Zaprowadziło mnie to wręcz do czytania na nowo ojca tomizmu, św. Tomasza z Akwinu. Czym są cnoty a czym grzechy. Naturalnie, że filozof problemów epistemologicznych (poznania, wiedzy) z XIII w. nie da jasnej odpowiedzi na problemy początków XXI wieku. Tym bardziej, że jego teksty trzeba, jak cebulę, stale obierać z treści scholastycznych. Aż do łez autentycznych, zgodnie z cebulowym porównaniem. Ale cnot obywatelskich w Polsce 2019 zbyt wiele nie znalazłem.

Więc Halban jest tu dużo użyteczniejszy. I nad wyraz spostrzegliwy, co bezwzględnie zawdzięczamy jego przygotowaniu prawniczemu, a nie filozoficznemu stricte sensu. Badając początki myśli, które przerodziły się na przełomach wieków XIX i XX w narodowy socjalizm, a w konsekwencji w nazizm i faszyzm … znajduje zawsze mistycyzm. Mistycyzm nieodmiennie złączony z pojęciem lepszości, wyższości. Bycia narodem/grupą wybranym.  Oczywiście Halban szukał bezpośrednich odpowiedzi na szczytowe osiągnięcie faszyzmu – hitleryzm niemiecki. Ale jego badania i syntezy równie dobrze pasują do każdego narodowego socjalizmu. Czyż głęboko zakorzeniona duma i wiara w swoja nadzwyczajność Włochów w granicach basenu śródziemnomorskiego i Północnej Afryki nie jest czymś omal mistycznym? Tak, jak głęboko zakorzeniona od czasów Georga Hegla, w myśli i uczuciach niemieckich.

Hegel miał niewątpliwie stwórcze działanie na powstanie myśli mesjanistycznej. Nie bez kozery warto tu przypomnieć, że słuchał jego wykładów w Paryżu Adam Mickiewicz, a jego filozofia spotkała się też z zainteresowaniem pozostałych Wielkich Romantyków polskich.

I tu wracam do mego zainteresowania przyczyn dlaczego Polacy anno Domini 2019 są tacy … jacy są. Stara rozprawka naukowa Halbana  (którą byłem był czytał już wiele, wiele lat temu ale interesowały mnie wówczas – podobnie, jak samego Halbana – tylko źródła nazizmu niemieckiego ergo hitleryzmu) bardzo mi w tym pomogła. Wystarczy w niektórych jego nader jasnych syntezach zamienić przymiotniki ‘pruski’ i ‘niemiecki’ na ‘polski’ lub po prostu ‘narodowy’. Podobieństwa wówczas są uderzające. I (używając języka heglowskiego) bardzo trafnie opisujące polskiego ducha narodowego.

Bez znaczenia jest fakt, że olbrzymia większość Polaków pojęcia nie ma jakiegokolwiek o filozofii Hegla. Głębokiego pojęcia nie ma i nie miała też większość Niemców. Większość Polaków nie czyta  a bezwzględnie w przeszłości nie czytała Biblii- co nie zaprzecza, że wszyscy prawie w tradycji biblijnej/katolickiej wzrastali od dziesiątków pokoleń. Tak samo z wielkimi nurtami filozoficznymi, a takimi były pisma Hegla – prócz znawców i artystów nikt ich prawie nie studiował ale ich zasięg sączył się w podstawy tradycji całych społeczeństw.   Więc i ten silnie zakorzeniony mesjanizm splatał się w mariaż z pangermanizmem, z aryjskością, czystością rasową. A skutkował w swym zenicie obozami koncentracyjnymi. Bez tej mesjanistycznej mistyki gleby, ziarno faszystowskie by nie wykiełkowało tak bujnie. Może by Hitler do władzy i tak w Niemczech doszedł (i w Austrii – nie zapominajmy, że Anszlus nie był faktycznie najazdem a po prostu wjazdem …), może by te Niemcy i do wojny popchnął. Ostatecznie wielki kryzys gospodarczy i hańba Traktatu Wersalskiego były rzeczywistością ekonomiczno-polityczną a nie rozmyślaniami filozoficznymi. Jest bardziej niż wątpliwe, by Niemcy jednak tak masowo i omal religijnie do hitleryzmu przylgnęli bez tej trucizny narodu/ludu wybranego, specjalnego, przeznaczonego do rzeczy wielkich. Joseph Haydn skomponował co prawda Deutschland Uber Alles dla Kajzera, nie dla Hitlera – ale uber alles zostało… .

A teraz nad Wisłę, nad Narew, nad Bug, Niemen i Prypeć. Do Polski 1918-1939.  Łatwiej wtedy będzie zrozumieć tą nową, nikomu nie znaną przed 1945 rokiem, Polskę między Odrą i Bugiem. Aż do dnia dzisiejszego.

Bardzo nieliczni z nas pamiętają tamtą Polskę. Prawie nikt, kto w niej wyższe wykształcenie zdobył. Więc nasza pamięć jest już właśnie tylko historyczna i jest pamięcią tradycji. Jak z tym Heglem: nieliczni wiedzą dlaczego tak myślą, czują i skąd te uczucia się wzięły – ale ogół je dzieli. A wzięły się od zarania polskiego mesjanizmu romantycznego. Że mamy misję do spełnienia. Początkowo cierpiętniczo-chrystusową omal, tą mesjańską w sensie dosłownym chrześcijańskim, tj. śmierć fizyczną (polityczna śmierć Polski pod zaborami) by odkupić i dać szanse na lepszą przyszłość innym narodom. To jeszcze piękne. Bałwochwalcze, zarozumiałe – ale z jakimś dobrym celem ostatecznym. Dopasowaliśmy do tego legendę napoleońską, legendy powstań narodowych.   Więc ten mesjanizm jest wplątany strasznie w mistycyzm heglowski. Nadaje pewnej aureoli cierpieniu i przegranej. Dodaje blasku wybrańcom tego losu lub obdarzonych tym losem (naród wybrany).

Poszło to w zasadzie w dwóch przeciwnych, współczesnych kierunkach: skrajnej lewicy liberalnej i skrajnej prawicy. Nolens volens Marks i Engels byli wielkimi zwolennikami Hegla. A u nas August Cieszkowski, promotor idei mesjanizmu Słowiańszczyzny i nadejścia Epoki Ducha Świętego. Drugim końcem mistycznego mesjanizmu jest cały ruch narodowy Dmowskiego, Zdziechowskiego i Wasiutyńskiego.

Polska dla Polaków lub Słowian, którzy ulegli polonizacji (stąd tak łatwo w Rydze oddano Sowietom olbrzymie połacie Kresów I Rzeczypospolitej, mimo wygranej wojny – narodowcy nie chcieli w granicach Polski ziem, których polonizacja kulturowa była niemożliwa a element nie polski etnicznie stanowił większość) i maksymalne ograniczanie praw mniejszości narodowych, wielka niechęć i wrogość wobec polskich Żydów. Początki idei państwa narodowego. Narodowego, nie etnicznego nawet. Co było kompletnym odrzuceniem całej wielowiekowej tradycji politycznej I Rzeczypospolitej.

Zakładało to też niechęć do rządów parlamentarnych i silną władzę wykonawczą. Oraz wyraźnie wyznaniowy charakter państwa. Naturalnie katolicki. Tym się polski faszyzm różnił od niemieckiego. Hitlerowcy z nikim, jakimkolwiek kościołem ani wyznaniem władzą bezwzględną dzielić się nie zamierzali. W Polsce władza miała stać na straży i w formie obrońcy wiary katolickiej. W programie Obozu Ruchu Narodowego  określono to wyraźnie:

Wiara Narodu Polskiego, religia rzymskokatolicka musi zajmować stanowisko religii panującej, ściśle związanej z państwem i jego życiem, oraz stanowić podstawę wychowania młodych pokoleń. Przy zapewnionej ustawami państwowymi wolności sumienia – zorganizowany naród nie może tolerować, ażeby jego wiara była przedmiotem ataków lub doznała obrazy z czyjejkolwiek strony…

Czy coś z tygodni ostatnich to przypomina? Jakiegoś ministra rządu centralnego, który staje w obronie wyjątkowo ważnego symbolu narodowo-religijnej ikony? Jednocześnie sugerując tym, że połączenie symbolu religii ‘państwowej’ z symbolem mniejszości społecznej jest obrazą, profanacją ‘uczuć religijnych’. Państwo zamienia się w Święte Oficjum, a minister rządu – prefektem kongregacji.

Jakże inaczej rozumieć tuszowanie, wyciszanie lub wręcz zaprzeczanie skandalu przestępstw seksualnych w polskim Kościele? Wszak nie jest to jakiś niespotykany nigdzie indziej fenomen! Ostatnie dziesięciolecia odkryły masową kulturę kryminalnego zachowania olbrzymiej części kleru katolickiego na świecie i prawie kompletne przyzwolenia na to całej władzy kościelnej. Od biskupów lokalnych, diecezjalnych poczynając, a kończąc w samym Watykanie, u szczytu absolutystycznej władzy klerykalnej – na Tronie papieskim. Nie są to jakieś przypadki indywidualnych wyjątków a raczej czegoś, co określa się w języku prawnym mianem przestępstw o charakterze instytucjonalnym. Polska zaskarbiła sobie tu miejsce wyjątkowe w świecie współczesnym: nie rozmiarem przestępstw seksualnych – tych de facto nikt w Polsce nie zna – ale współodpowiedzialnością administracji cywilnej, państwowej w ukrywaniu problemu.

Na taki stan rzeczy olbrzymi wpływ miała cała posolidarnościowa elita polityczna i olbrzymia część inteligenckiej opozycji politycznej z lat PRL. Osobowości takie, jak Kuroń czy Michnik są tu bardzo nielicznymi wyjątkami. Prawie wszyscy pozostali, którzy mieli coś do powiedzenia i którzy zapracowali na szerokie zaufanie społeczne, byli prawie organicznie związani z katolicką myślą polityczno-filozoficzną i z samą strukturą instytucjonalną Kościoła w Polsce. Wystarczy wspomnieć dwóch czołowych polityków i ich olbrzymi kształt na kształtowanie podstaw państwowości polskiej po upadku komunizmu: Lecha Wałęsę i Tadeusza Mazowieckiego. Dwie jakże odmienne osobowości reprezentujące skrajnie odległe części polskiego społeczeństwa PRL-owskiego: inteligencji katolickiej (Mazowiecki) i warstwy chłopo-robotniczej (Wałęsa).  Złączone jedną klamrą – instytucji Kościoła polskiego. Kto mógł przewidzieć wówczas, że ten Kościół tak szybko pozbędzie się swej najlepszej, odważnej i głębokiej myśli myśli teologiczno-socjalnej, która pozwoliła mu wyjść zwycięsko z otchłani 40-lecia wojującego ateizmu państwowego, na rzecz powrotu do zwykłej, feudalnej wręcz postawy gromadzenia bogactw i prostackiej formy ewangelizacji mieczem a nie krzyżem?

W tej atmosferze rosła z roku na rok władza i siła wpływu ruchu narodowo-socjalistycznego na państwo polskie. Wszystkich tych ‘młodzieży wszechpolskich’, ‘rodeł’ i innych grup polskiego faszyzmu. Używających tego samego odrażającego straszaka ‘żydowskiego’, ‘żydokomuny’, ‘terroryzmu islamskiego’ , ‘wojującego feminizmu’, praw kobiet ogólnie, nienawiści do wszelkich mniejszości. Znowu Polak samotnie na barykadzie przeciw całemu złemu światu na zewnątrz.

Zadziwiające, jak krótką mamy pamięć historyczną. Zwłaszcza, gdy historie się stale zmienia, modeluje i przepisuje na nowo. A partia PiS na czele tego pochodu narodowościowego maszerowała z dumnymi sztandarami ‘Polski dla Polaków’. Przeciw Sorosom, Europie, która ma dawać pieniądze i siedzieć cicho w Brukseli. Ostatnio przeciw (ustami jednego z czołowych polityków PiS) ‘największemu zagrożeniu dla Polski – gejom i ogólnie LGBTQ. Brakuje jeszcze karykatur w TVP przedstawiających Biedronia, jak wypija chrześcijańską krew z żył polskich chrześcijańskich dzieci.

Czy to obraz zbyt odrażający rzeczywistości krajowej anno Domini 2019? Wydaje mi się, że nie. Że jest raczej powściągliwy a nie przerysowany. Większość środowisk inteligenckich (nie tylko) i ruchów obywatelskich skupiona była przez ostatnie cztery lata na bezpardonowej walce o obronę praworządności i Konstytucji w Polsce. Mało kto miał czas na refleksje dokąd ta droga prowadzi i czy społeczeństwo, w trakcie tego marszu, nie zostało już przeobrażone. W Polsce trwa wojna światopoglądowa. Nie potrafię tego inaczej określić. W każdej wojnie pierwszymi ofiarami są zawsze prawda i logika. I zwykłe człowieczeństwo.

Jeżeli nadchodzące wybory do Parlamentu Europejskiego i w bliskiej przyszłości do Parlamentu polskiego dadzą zwycięstwo władzy PiS – będzie to dowód, że społeczeństwo już uległo poważnej i demoralizującej zmianie, że stanęło po stronie quasi faszystowskiej.  Nie zapominajmy na sekundę, że nie będzie to coś nadzwyczajnego i czysto ‘pisowskiego’: pierwsze wybory prezydenckie w wolnej Polsce po 1918 roku ilością jedynie minimalną nie oddało tej władzy kandydatowi konserwatywno-narodowościowych grup.  Tylko nimb i uwielbienie Piłsudskiego przed tą tragedią Polskę uratowało. Nie wiązało się z tym jednak absolutnie żadne przywiązanie czy szacunek wobec idei politycznych i filozoficznych Piłsudskiego. Był to zwykły i tępy kult jednostki. Wodza. Więc jednak tęsknota za Panem, Wójtem, Plebanem. Za paskiem z obróżką. Czy takim społeczeństwem jesteśmy?