Kamienie i Ty. Anioły i Ty.

Bogumił Pacak-Gamalski

Kamienie są twarde, są zimne. Kamienie to mur odgradzający, zabraniający wstępu. Mur między życiem i śmiercią. Nad murem unosi się w powietrzu przedwieczny, czarnoskrzydły Uriel. Dobry. Mądry. Spolegliwy. Anioł Śmierci, która jest życiem.

Tak, jak ty jesteś moim życiem. Ty jeden będziesz towarzyszem Uriela, gdy stanę przed murem kamiennym, a on, jednym skrzydłem uniesie mnie ponad te kamienie.

Uriel

Zjawiasz się znowu, dawno zapomniany,

nie pamiętam imienia. Twarz, jak we mgle.

Tylko kolor skrzydeł, stalowy blask piór,

dotyk zimny a czuły jednocześnie.

Blisko, mimo że tak często, tak długo

nieobecny. Mój Anioł Śmierci. Piękny.

Najczulszy kochanek ze wszystkich, których

miałem. Z uściskiem bezsłownym, tak słodkim,

powstrzymującym dech w piersiach, pędzące

w galopie pospiesznym serce i myśli

skołatane, gdzieś, ku krawędzi stromej

nad Doliną Ciszy i Spokoju w

dole rozpostartą. Witaj Urielu,

smak ust przenajsłodszych zwiastował cię.

Drżałem, a tyś mnie uspokoił.

Szarpałem się skłócony z bogiem i ludźmi,

a tyś mnie wyciszył, spory załagodził.

Nie opuszczaj już, proszę. Pieszczoty

nie odmawiaj członkom znużonym.

Nieskazitelnym alabastrem skóry

twoich rąk dotknij mojej, zniszczonej

piętnem czasu, pokrytej bliznami

miłości zwycięskich i miłości przegranych.

Ostatnią krople pasji niedopełnionej spij.

I zamknij nieba nade mną, pokryj mgła gęstą

szczyty odległe, horyzonty mórz i nurty rzek.

Daj usnąć wtulonemu w bezpieczną muskulaturę

twojej klatki piersiowej, w objęciach silnych ramion.[1]

                I obyś nie zapomniał, obyś nie odmówił Aniołowi Śmierci pomocnego ramienia w przeniesieniu mnie poza ten mur. Tam, do naszego nowego Domu. Tam, gdzie już mnie nigdy nie opuścisz. Gdzie na moment w żadną wycieczkę, żadną podróż bez Ciebie ja już nie wyruszę.

Bo nie ma śmierci pełnej, całkowitej, póki jest pamięć. Śmierć kompletna nastąpić może jedynie, gdy nie będzie nikogo z żywych. Gdy nie będzie życia. Gdzie wszystko będzie na dzień przed primodialnym bagnem[2], oczekującym na iskrę bytności. Więc przed tą iskrą, jest tylko dymiące trującymi oparami bagno, jest chmura niekształtna pyłu kosmicznego pędzącego w otchłań Czarnej Dziury. A możliwe są tylko dwa wykluczające się rezultaty: Nic, które jest śmiercią kompletną lub Supernowa budząca tę iskrę. Gdy już zaistnieje – nie ma odrębnych bytów życia i śmierci. Jest podwójne zaistnienie złączone obrączką pamięci, gdy wszystkim się zdaje, że on gra jeszcze, choćby echo grało tylko[3]. Więc nie ma śmierci, póki jest pamięć życia. Póki jesteśmy w czyjejś pamięci.

Kamienie tęż są żywe. Przyłóż do ucha, wsłuchaj się w bicie ich jąder, ich pędzących elektronów, protonów. Tam skryta jest też pamięć genezy, zaistnienia, iskry. Uriel nie stoi z mieczem płomiennym, jak okrutny Michał na skraju bagna primodialnego.

Wszystko to zresztą, Babycake, może być moja imaginacją. Może nie m nawet Uriela, który ostatecznie Staremu też pomagał w gnębieniu człowieka przy wypędzeniu z Raju. I razem potem odlecieli ku jakiejś nebuli wypełnionej pyłem  śmieci kosmicznych. Może moje spotkania były ze szlachetnym i pięknym Saatanelem, jedynym aniołem Życia i Śmierci. Jedynym przyjacielem Człowieka. Wiernym. Tym, który niecność Starego poznał i odwrócił się od niego. A ty we mnie jesteś. Nie wydaje mi się to, nie jestem w malignie. Nawet nasze pasje są żywe w mojej pamięci. Poznaje smak gorącego pocałunku, jaki składałem na twych ustach, gdy trzymałem cię w objęciach w dzikich ostojach Sibald Flats[4], u podnóża Kanaskis. Pamięć jest przechowalnią życia. Nie jest życia cmentarzem.


[1] „Wiatry – Wybór wierszy”, Vancouver, Cambridge Press, 2015. ISBN 978-0-9940986-03; s56

[2] ang. primodial soup; pol. zupa pierwotna – archaiczny okres geologiczny, który dał początek materii organicznej – życiu

[3] parafraza z Księgi IV „Pana Tadeusza” A. Mickiewicza (gra Wojskiego na rogu)

[4] gęsto zalesione, dzikie tereny między szosą #1 (Trans Canada) i Elbow River w Albercie

Rozmowa z Tobą

Bogumil Pacak-Gamalski

Synopsis in English: this is my Talk with my husband, who took off to the stars last November. As it touches to the core of my emotions, my soul, it is in Polish. The language of my most inner, most basic, child-like essence. Language of my childhood. An age, when we do not know proper expression of emotions. When we show them as they appear to us, not to the outside world.

I remember (with a warm smile) that sometime, while having long talks with John, he would interrupt me suddenly and said laughingly: you do realize that you just started speaking in Polish, don’t you? In short the ‘Talk’ is a copy of my actual talk with him a week or so ago, while I went to visit Dollar Lake Park. Place we went together on our lat longer travel, while he was already very sick and weak. I re-traced all the spots we stopped there, where we were sitting, what we were doing. What were we saying. Thus a strange letter-conversation started. First as my plea of help in finding myself in the empty world without him. Later, as I continued that talk at home, it lead me to deeper memories, to explaining, who he was; how we become to be. That lead to difficult times, sad times, and happy times. I will probably continue that talk some more, at another time. Maybe than, I will find the answer to my original question: what should I do? How should I live without his physical presence? It also explains his personal uneasy relations with our new home in Nova Scotia. Home that never become a home, despite the fact that it is the ancestral home of his family. The answer in many ways, as I see it now, is buried in the memory of his mother, Leona, and her untimely death here many years ago. An event that very much left a permanent scare in his heart.

BB

Maj 27. Dzień okrutny[1]. Więc pojechałem tam. Na naszą ostatnią wycieczkę daleko poza  miasto. Gdzieś w Dolinę[2]. Starą, wąską szosą Old Guysborough Road przy południowym końcu pasa startowego lotniska, wijącą się dalej wśród lasów, małych osad, farm. Do zagubionego w tych lasach uroczego Dollar Lake.

Tym razem nie zgubiłem zakrętu jak wówczas, kiedy musieliśmy nadrabiać blisko 30 kilometrów. Słonecznie, prawie upalnie, jak wtedy. Woda jeszcze mimo to zimna. Cóż – teraz jest maj, a wtedy był koniec lata, wszystko było rozgrzane. Pewnie bym popływał mimo to, gdyby nie ta przeklęta ułomność, którą mają  mi za dwa tygodnie zlepić-zszyć. Tak, tak. Ta sama. Wtedy był dopiero początek tego. Jeszcze przecież pływałem, drapałem się po skałach.  Teraz nici z tego. Nie martw się, nie szkodzi – zreperują w końcu. A i tak brodziłem po brzegu, wlazłem aż poza kolana.

Siadłem na każdym kamieniu, zatrzymałem się przy każdym miejscu, gdzie siedzieliśmy razem. Pojęcia nie masz, jak brak mi Ciebie. Dniami, nocami, rankiem … . Ale na nic bym tej naszej ponad trzydziestoletniej drogi nie zamienił. Mieliśmy, Najmilszy, przygodę, która nielicznym wygranym się zdarza. Łut szczęścia? Ręka boska? Nie wiem. Byłem szczęśliwy. Czasem nawet i bosko się czułem. Wiec może. Pojęcia nie mam, co knują na tym Parnasie i na Synaju ci bogowie. Ty nawet nie chciałeś się nad tym zastanawiać. Moje wieloletnie walki z tym, męczarnie intelektualne i emocjonalne – dla Ciebie były krótką konstatacją: jeśli jest lub są, no to są. Jeśli ich nie ma – to nie ma i koniec.  O czym tu myśleć?

Byliśmy tak różni. I to było fantastyczne. Co dla mnie było godzinnymi dyskusjami, sięganiem po długie traktaty filozoficzne i jeszcze dłuższe korytarze literackich analogii – dla Ciebie było krótkim potwierdzeniem rzeczywistości: jak jest zimno, to trzeba się ciepło ubrać. Ci, którzy uważają, że rzeczywistość jest tylko filozoficznym konstruktem mogą ubierać się zimą w krótkie spodenki i podkoszulek.

Uczyliśmy się od siebie. Wielu rzeczy. Ja Kanady i country music z Patsy Cline i jej przebojem „Crazy” , kanadyjskich Joni Mitchell i Gordona Lightfoot; Ty ode mnie Europy i moich miłości estrady: Edith Piaf, Aznavoura, Demarczyk.

Było nam dobrze. Nawet wtedy, gdy bywało źle. Może właśnie to, że było nam dobrze, było najważniejsze wtedy, gdy było źle. Bo gdy jeż źle kiedy jesteś sam, wtedy jest najgorzej.

Uśmiechasz się, że widzisz, że znowu ‘filozofuję’, bo to przecież takie proste, że nie trzeba wyjaśniać.  Ale ja teraz potrzebuję sobie sprawy proste wyjaśniać . Teraz, gdy nic nie jest proste … .

Pomogła mi, Babycake, ta wycieczka dziś. Pomogła mi nasza rozmowa. Łatwiej będzie te następne kilka trudnych dni przetrwać. Dni brzemiennych w daty, rocznice … . Musze to robić częściej, rozmawiać z Tobą. Co byś chciał abym robił? Zawsze to ja wiedziałem. A teraz już nie. Musisz mi, Kochanie, trochę pomóc. Coś mi w tym moim kompasie, w tej mojej niezawodnej orientacji w kierunkach się zepsuło, przestało działać. Zgubiłem swój azymut.

Kiedyś, gdy okazało się, że wyjazd do Nowej Szkocji był błędem i rozważaliśmy opcje jeszcze jednej przeprowadzki, zasugerowałem miejsca, gdzie moglibyśmy pojechać. Pytałem, które byś wybrał, gdzie byś czuł się najlepiej. I dałeś tą rozbrajającą w swej prostocie odpowiedź: tam, gdzie będziesz ty, będzie zawsze mój dom. Myślałem o trzech miejscach, gdzie moglibyśmy zacząć od nowa: Polsce lub Półwyspie Iberyjskim (może na Balearach) lub w Ekwadorze o umiarkowanym klimacie. Zacząłem rozczytywać się w opisach geografii, warunków społecznych, opiece zdrowotnej tych miejsc. I przyszła ta cholerna pandemia. Okazało się, że świat i ludzie nagle przestali być mobilni. Odwieczna wędrówka ludów zamarła w bezruchu. Gdyby nie pandemiczny bezruch, czy bym zrealizował te plany? Nie wiem, ale myślałem o tym intensywnie, poważnie. Chyba tak, bo dobijała mnie świadomość, że Domu tu, w Nowej Szkocji nie znalazłeś. Co było moją dość zaskakującą obserwacją. Pierwszy raz kompletnie źle Cię odczytałem. Sądziłem, że Nowa Szkocja będzie Twoim Domem niejako automatycznie, w sposób naturalny. Dużo szybciej niż stanie się moim.  Nigdy się nie stała. Dziś widzę bardzo jasno, Babycake, że jedynym Twoim domem tu, było … nasze mieszkanie. Innego nie znalazłeś.  To ja tu się w dużej części zadomowiłem. Lubiłem objeżdżać wszystkie dzielnice, hrabstwa tej prowincji. Odkrywać jej historię, historie jej mieszkańców. Zwłaszcza trudną, a jakże pasjonującą historię Akadyjczyków i Murzynów (najstarszą w całej Kanadzie i ciągle bardzo żywą, aktualną, liczną)[3].

Innym bardzo dziwnym – wówczas – zaskoczeniem był brak Twojego zainteresowania siedliskiem Twoich przodków. Może słowo ‘zainteresowanie’ nie jest tu najwłaściwsze.  Może była to pewna niechęć dotykania przeszłości, lęk przed pamięcią? Byłeś w zasadzie jedynym z Twojego rodzeństwa, którego z Nową Szkocją nie łączyły wspomnienia dzieciństwa. Nawet nie urodziłeś się tu, jak oni. Nigdy nie przyjeżdżałeś tu na wakacje. Z praktycznego i naturalnego punktu widzenia byłeś kalgaryjczykiem. Calgary i jego okolice w Albercie, to był Twój dom, dzieciństwo, dojrzewanie, szkoły, pierwsza praca. Tam poznaliśmy się my i zakochaliśmy z całą dziką pasją wielkiej miłości. A Vancouver i BC były od pierwszego dnia już tylko naszym domem. Nasz dom. Przez długie bardzo lata. Całe dojrzałe, aktywne życie spędziliśmy tam. Tam już ze świadomego wyboru zawieraliśmy przyjaźnie, które przetrwały dziesięciolecia.

Ale nasz wyjazd z Calgary wiązał się też z decyzją Twoich rodziców powrotu do Nowej Szkocji. Do ich młodości, rodzinnej ziemi. Byłeś ‘ostatnim ptakiem’, który z rodzinnego gniazda pod Calgary wyfrunął. W dużym, starym domu na farmie u podnóża gór Kananaskis zrobiło się pusto. Nie było już dla nich sensu ten duży dom utrzymywać. Nawet tradycyjne niedzielne wielkie rodzinne obiady tam – po naszym wyjeździe – już  nie były te same. Zdążyli jeszcze przyjechać przez Góry Skaliste, by się upewnić, że jesteś bezpieczny, że wszystko jest dobrze. I wyjechali nad Atlantyk. Rodziców kochałeś bardzo ale z Mamą łączyła Cię nić wyjątkowa, specjalna. Rozumiałem i czułem to doskonale, bo taka sama łączyła mnie z moją. I stała się tragedia, która pozostała długim cieniem reszty Twojego życia. Tego bólu nie mogłem Ci osłodzić ani zatamować. Na pewno pomogło, że bardzo kochałem Twoja Mamę też. Leona była dla mnie wyjątkowo bliską i specjalną osobą.  Śmiesznie przyznać ale miałem chwilami dziwne uczucie, że zrobiłem jej szkodę niezamierzoną wykradając Ciebie spod jej skrzydeł. Dużo z niej – widziałem w Tobie. Nie często o tym bólu mówiliśmy. Ale wiedzieliśmy, że jest. Bezustanny. Wkrótce po ich wyjeździe Leona ciężko zachorowała.  Na bezlitosną i bezwzględną chorobę. Śmiertelną. Wiedziałem, że musisz tam pojechać. To nie ulegało najmniejszej kwestii. Nowa praca jeszcze nie na stałe, nowe życie – musiałeś wszystko odłożyć i jechać do mamy. Zrobiłem wszystko, co mogłem byś przez chwile nawet nie myślał, że może ten wyjazd nie jest w tym momencie naszego życia najważniejszy. Bo był najważniejszy. Nie mógł nie być. I poleciałeś pierwszy raz w swoim życiu do Nowej Szkocji. Do Pictou, tego rodowego gniazda waszego klanu. Byliście jedną z tych rodzin, która przybyła tu pierwszym żaglowcem ze Starego Kontynentu, ze Szkocji[4]. Następne  kilka miesięcy żyłeś w zasadzie w małym szpitalu w pobliskim New Glasgow. Do domu w Pictou wracałeś na noc, czasem zgodziłeś się pojechać na obiad. Czasem zostawałeś w szpitalu na noc. Sytuacja nie polepszała się a pogarszała. W pewnym momencie mama straciła mowę, nie reagowała na kontakt z nikim. Bałem się o Ciebie. Nie, nie przyszło mi przez moment do głowy namawiać Cię do powrotu. Musiałeś tam być. Ale bałem się o Ciebie. W tym samym  czasie do Vancouveru przyjechała z Polski moja mama. Na stałe. Była jeszcze trochę zagubiona, z mniej niż podstawowym angielskim. Ale musiałem do Ciebie pojechać. Bałem się, że nie znajdziesz tyle siły w sobie. Wytłumaczyłem swojej, że muszę tam pojechać. I tak znalazłem się po raz w pierwszy w Nowej Szkocji. Przyjechałeś po mnie samochodem z Pictou. Pierwszego wieczora ‘wypędziłem’ Cię ze szpitala zmuszając żebyś pojechał do domu na obiad. Ja zostałem z Leoną. Miałem jej sporo do opowiedzenia. Patrzyła w sufit, nie reagowała. Siadłem tuż przy jej głowie i długo jej wiele rzeczy mówiłem. Powoli, wyraźnie. Zakończyłem przyrzeczeniem żeby się nigdy nie martwiła o Ciebie, że nigdy nie będziesz sam. Do mojego ostatniego tchu. Pierwszy raz spojrzała na mnie z uwagą, jakby zmuszała się do poznania mnie. Poznała. Starała się coś powiedzieć, lekko ścisnęła mi rękę. Nie mogłem zrozumieć słów, bo były bardzo niewyraźne, urywane, chropowate. Następnego dnia miała wielu gości, rodzinę i przyjaciół. Z trudem ale mogła już się z nimi porozumieć.  Nigdy nie będę wiedział czy było to skutkiem mojej rozmowy i przyrzeczenia, jakie jej dałem, czy też po prostu nastąpiła poprawa i okres regeneracji. Po kilku dniach przywieźliście ją z tatą do domu, dostaliście specjalne łózko, gdzie mogła spać. Była u siebie. W gronie kochanych, u siebie. I stałe wizyty siostry, brata, kuzynek i kuzynów.  Wróciłem do Vancouveru.

Byłem o Ciebie spokojniejszy. Nawet wówczas, gdy – mimo niespodziewanej poprawy – straszna choroba upomniała się bezwzględnie o cenę tej chwilowej poprawy.  Kiedy Leona odeszła.

Tamten czas nałożył ten długi cień na Twoje życie. Myślę, że właśnie dlatego wizyty nasze w Pictou, z ostatnich lat już tutaj, nie były dla Ciebie przyjemne. Że te miasteczko nie kojarzyło Ci się z niczym innym tak silnie, jak z tamtym strasznym czasem. Nie znajdowałeś tam uliczek dzieciństwa, znajdowałeś uliczki smutku i bólu, jaki wtedy tam odczułeś.  Czasu straty.

Nie chciałem i tego wszystkiego w tej rozmowie poruszać. Miało być o naszych podróżach. Naszym szczęściu bycia razem.  Ale to była tak ważna część Twojego – a przez to i mojego – życia, że jakże pominąć ją milczeniem?  Wszak za to, że byłeś taki właśnie a nie inny też Cię kocham. I kiedy myślę o Twoim smutku, to mniej ważny wydaje mi się mój. Rodzi się znowu potrzeba troski o Ciebie. Objęcia ramieniem, przytulenia, ukojenia Twojego smutku. Moje sine qua non.


[1] tego dnia odszedł John.

[2] Dolina (Musquodoboit Valley) – tak określa się w środkowej Nowej Szkocji obszerne tereny lesisto-farmerskie na północ od Halifaksu, między Eastern Coast (Wschodnie Wybrzeże) a szosą Nr 2

[3] historię Murzynów w Kanadzie, zwłaszcza w Nowej Szkocji, opisałem na swoim Blogu w lutym 2020 (https://kanadyjskimonitor.blog/2020/02/04/historia-murzynow-kanadzie/)

[4] na statku ‘Hector’ w 1773 przybyły tutaj 23 rodziny i 25 niezamężnych mężczyzn ze szkockich Highlands – tylko jedna osoba mówiła po angielsku, reszta posługiwała się jedynie gaelickim. Tak powstało miasteczko Pictou.

Terrence Bay

Bogumił Pacak-Gamalski

Tylu ich na tych skałach Północnego Atlantyku,

w tej zimnej wodzie, zginęło tego dnia .

Płynęli paro-żaglowcem zacząć nowe życie

w Nowym Jorku. Przygodę życia.  

W poszukiwaniu lepszego. W oczekiwaniu.

Marzeniu.

Młodzi, starzy, dzieci. Samotni i pary kochanków.

Nie dopłynęli. Nie zaczęli.

Pozostali tu, na małym cmentarzyku

w małej biednej osadzie rybackiej w Nowej Szkocji.

Terrence Bay. Blisko skalistej trasy wędrowniczej

miedzy Zachodnim i Wschodnim Pennant.

Widzę stąd, po drugiej stronie zatoki, tamte skały.

Zabierałem cię na długie wędrówki po tych wysokich gołoborzach

nad szalejącym w dole oceanem.

Lubiłeś te wędrówki.

Teraz stąd, po tej stronie zatoki, widzę wyraźnie

wysokie białe klify jej końca. Gdzie kosodrzewina

żyła śpiewem ptaków, które znalazły tam bezpieczny raj

kryjący małe łączki borówek, jagód i poziomek.

Zbierałem je i wsypywałem z dłoni w twoje usta.

Z dołu, dochodził huk rozbijających się o skały fal.

Pod koniec trasy, skąd było właśnie widać Terrence Bay

(wówczas nie wiedziałem. że tak się ta zatoka nazywa,

a osady stamtąd nie było widać – po prostu niekończąca się

potęga wody, skał i dziesiątki mniejszych i większych wysepek).

Nigdzie śladu człowieka.  Tylko ty i ja.

Dziś pierwsza moja samotna wycieczka.

Pierwsza od czasu, gdy cię nie ma.

Wycieczka, na którą nie mogłem cię wziąć.

Mimo, że ciągle, nieustannie jesteś ze mną.

 Ale nie mogę podać ci dłoni, gdy wdrapujemy się

 na skały, nie mogę się o ciebie oprzeć,

gdy siadam na kamieniu i patrzę w morze.

Nie mogę zebrać dla ciebie jagód i poziomek.

Patrzę długo siedząc nad morzem w Terrence Bay

na tamte skały, pod drugiej stronie zatoki.

Może jeszcze gdzieś tam zostałeś, przysiadłeś

na kamieniu? Gdybym zobaczył, to jak bym

dopłynął przez tą szeroką, zimną zatokę, jak bym

mógł wdrapać się na te ostre, pionowe klify,

jak uniknął porwania przez rozbijające się o nie

nieustannie wielkie grzywacze atlantyckie?

Ale nie widzę, nie mogę cię dopatrzyć.

Za daleko, by dostrzec maleńka sylwetkę człowieka.

Wstaje i idę na małe wzgórze porośnięte rachitycznym

 ale gęstym laskiem. Na szczycie drewniany kościółek,

gdzie pochowano we wspólnym grobie ponad pięćset

ofiar tej katastrofy morskiej w 1873.

W lasku zagubione stare mogiły, resztki grobów

drewnianych, niektóre zachowane w całości

murowane, kamienne. Tak, miedzy drzewami, krzakami,

bez alejek. Ale pamiętane, ktoś ciągle przynosi tu kwiaty.

Na małym cmentarzyku, ponad dwieście kilometrów stąd,

ponad wodami Pictou Harbour są twoje prochy u stóp rodziców.

Byłem tam niedawno. Postawiłem metalowy kwiat. Lilię.

Zatoka w Pictou jest spokojna, bezpieczna. Nie ma wysokich

skał ani potężnych grzywaczy rozbijających się o nie.

Mieliśmy tam spędzić zbliżającą się starość.

Naszą ostatnią wielką przygodę. Nowe życie.

Marzenie.

Jak tych pięćset sześćdziesiąt dwa z S.S. ‘Atlantic’.

Fog, walk, talk and poetry

Bogumil Pacak

Day of fog. Day of walk and talks with You. Perched above the Atlantic in Lawrencetown in Nova Scotia. Unedited, raw poetry in Polish, simultaneously translated in he same raw form to English. Exactly as many our talks, using words of both languages in the same sentence. Our crazy parlance. Day was nineteen of March, in 2023.

Dzień w opończy mgieł. Rozmowy z Tobą. Zawieszony na krawędzi zalesionego wzgórza, z Atlantykiem w dole i dali. Surowa poezja spisywana równocześnie po polsku i angielsku. Jak nasze wspólne rozmowy wymieszane zwrotami, słowami obu języków. Dzień był dziewiętnasty w marcu, 2023.

Cruel are days of emptiness:

shoe shuffling

washing dishes

cooking dinner

cleaning, laundry…

No, it isn’t true

that it will get better.

You were lying,

when you wrote a note:

you will get used to it,

you have so many passions,

will have time to write more,

have time to travel,

time for your books.

Time?

Time is my worst foe,

most cruel and unforgiving.

In its methodical chronology

of days and nights,

weeks and months.

Yes, I do have a bad day

– and please, don’t tell me

banal wisdoms of life.

They do not stop

the comings of bad days.

Days of empty pages

form wall calendar.

Thinking, understanding in silence,

you approached me and softly

placed your hand

on my shoulder:

go to the shore,

to the beach.

There is beautiful fog.

You won’t be able to see

neither the beginning nor the end

of things and thoughts, of edges.

I was getting ready,

when you reproached me:

but don’t go

to big rocks,

to tall stony giants.

Go to hills

covered by forest,

shrubs and grass.

The rocks are treacherous.

Wilderness of dark forces

and strangulators.

They will whisper

bad words to you,

will lure you with

 tight noose under

the guise of peace.

But forest, meadow and grass

will protect you.

You say that you

want me to come back.

I will drive there.

Will come back to our home.

I am at peace, now.

When no one could,

when I was in a duel

with the world and people,

with giants and dwarfs

(the dwarfs are most dangerous)

– only you could

quell the thoughts,

silence the uproar.

I was in the embrace of thick fog

on the trail of meadows

and pine trees

perched high, above

the sharp edge of land.

Listened to song of sea.

I listened to the sound

of your monotonous goodness.

And came back. At peace.

Okrutne są dni pustki:

szuranie kapciami

mycie naczyń

gotowanie obiadu

sprzątanie, pranie …

Nie, nie prawda,

że będzie lepiej.

Kłamałeś, gdy napisałeś

w zostawionej mi nocie:

przyzwyczaisz się,

masz tyle zainteresowań.

Będziesz więcej pisać,

będziesz miał czas

na podróże,

na książki.

Czas?

Czas jest moim wrogiem

najgroźniejszym, okrutnym

i bezwzględnym w swojej

monotonnej chronologii

dni i nocy,

tygodni i miesięcy.

Tak, mam zły dzień.

Nie powtarzaj mi banalnych

mądrości życia.

Banały i truizmy

nie powstrzymują

tych złych dni

pustych kartek

ściennego kalendarza.

Podchodzisz i kładziesz

mi dłoń na ramieniu.

Myślisz , rozumiesz.

Mówisz szeptem:

jedź nad morze.

Piękna opończa mgły.

Nie widać końca ni początku

rzeczy, spraw, brzegu.

Gdy już wychodziłem,

zatrzymałeś mnie:

tylko nie jedź

na wysokie skały.

Jedź na wzgórze

porośnięte lasem,

kosodrzewiną i trawami.

Skały są zimne, zwodne.

To uroczyska złych

wodnic i dusicielek.

Będą ci szeptać słowa złe,

będą kusić kłamstwem

obietnicy spokoju,

który jest pętlą dusiciela.

A las, łąka i trawy

obiecują, że wrócisz

z ich ścieżek.

Tam więc pojadę,

gdzie mówisz. I wrócę

do naszego domu.

Uspokoiłeś mnie,

wyciszyłeś, gdy nikt nie potrafił.

Gdy ścierałem się

ze światem i ludźmi.

Z olbrzymami i karłami

(karły są najgroźniejsze).

Tylko ty potrafiłeś

te walki przerwać,

myśli uspokoić.

Byłem tam, w gęstej mgle,

na szlaku łąk i gajów świerkowych

zawieszonych wysoko

nad morskim urwiskiem.

Słuchałem szumu fal w dole.

Słuchałem twego monotonnie

dobrego głosu. Spokojniejszy.

I wróciłem. Do naszego domu.

Paloma Negra

Piosenka ulicy, przedmieść. Folklor muzyczny w miastach i miasteczkach. Ten nurt miał olbrzymi wpływ na kształtowanie się popularnej muzyki estradowej, kariery muzycznej znanych wykonawców ‘od zawsze’ chyba. Najbardziej znanymi rodzajami muzyki popularnej, która z mrocznych barów i podejrzanych chodników przedmieść weszła na eleganckie estrady, do wytwórni płyt, do telewizji i radia były:

1) na kontynencie północno-amerykańskim: amerykańska muzyka murzyńska: jazzowa i negro spiritual. To wywołało prawdziwą rewolucję w sztuce i przemyśle muzycznym USA, a w krótkim czasie podbiło cały świat. Drugim takim elementem była muzyka country (tutaj wpływ najsilniejszy nie miały ośrodki miejskie, a przeciwnie – życie farmersko-kowbojskie i powstałe w jego tle ballady), której stolicą do dziś pozostało Nashville (tak jak ojczyzną jazzu jest New Orlean). Ostatnim wielkim (i po muzyce murzyńskiej – najbardziej kontrowersyjnym) wpływem na charakter muzyki popularnej w USA był styl rap – piosenka przedmieść kryminalnych, gangsterskich, często wulgarnych i mizoginistycznych. Z czasem te prądy muzyczne ulegały stylizacji artystycznej, oszlifowaniu. Nigdy nie zapominając o swych korzeniach i zachowując specyficzną symbolikę, charakter muzyczny i tekstowy.

2) w Europie muzyka folkloru wiejskiego raczej nie odniosła silnego wpływu na twórczość muzyki pop. Miała silny na muzykę klasyczną ale dość nikły na popularną. Odwrotnie było z folklorem miejskich przedmieść. Przykładem ‘domowym’ jest ‘ferajna warszawska’ – muzyka grajków, muzykantów podwórkowych, głównie lat 20-lecia. Przetrwała nie tylko okres wojny ale w formie już bardziej stylizowanej dalej odnosiła silny wpływ na piosenkarzy i kompozytorów profesjonalnych przez całe dziesięciolecia po 1945. Dwa zwłaszcza nurty były tu najsilniejsze: ballada przedmieść praskich i kapele (popularna Orkiestra z Chmielnej) Śródmieścia zawierające w sobie fragmenty żydowskiego folkloru zza Żelaznej Bramy. Silny wpływ na muzykę estradowo-popularną miała też tradycja batiarów lwowskich. Zwłaszcza dzięki popularnym stacjom radiowym  miedzy 1918 a 1939. Jakkolwiek podtrzymywana przez szereg lat po 45 przez środowiska emigracyjne – skutkiem odłączenia Lwowa od Polski, z biegiem lat pozostała tylko w formie pamiątkowo-wspomnieniowej. Ciekawie o tym bardzo pisała jedna z pracownic tych rozgłośni radiowych Włada Majewska, w wydanych w Polsce wspomnieniach w 2006 „”Z Lwowskiej Fali do Wolnej Europy”.  Chyba można, bez popełnienia wielkiego błędu, przyznać, że jedyna częścią Europy, gdzie muzyka folkloru miejskiego ale i wiejskiego miała silny wpływ na rozwój muzyki pop były kraje południowe: Grecja, Włochy i Hiszpania. Przykładami jest zdecydowania muzyka andaluzyjska i flamenco; we Włoszech folklor neapolitański. Folklor miejski (tych przedmieść właśnie) to głownie Paryż, akordeon paryskiego łobuziaka znad Sekwany lub przedmieść Montrmartu nieodmiennie związany z tragiczną miłością, pasją, zdradą. I naturalnie wielką Edith Piaf, która na tych przedmieściach i w tych tanich barach zaczynała swoją oszałamiającą karierę.

3) Zupełnie inna kategorie stanowią państwa Ameryki Południowej, Karaibów i jedyne państwo Ameryki Północnej, które w ten krąg kulturowy się wpisało, Meksyk. Folklor miejski, podmiejski – to oczywiście samba i nieco już stylizowana bossa nova w Brazylii. Ale najbardziej specyficzną odmianą, popularną od Jamajki, przez Kubę aż po Meksyk, jest folklor murzyńsko-hiszpańsko-indiański. Dziwna mieszanina negro spiritual, flamenco i ech Andaluzji. Z tych moim najbardziej ulubionym (poza stylem kubańskim) jest meksykańska odmiana canción ranchera – piosenki ranczerskiej. To rodzaj protest song biedoty przedmieść, która mówi o swoim życiu, pasjach i bólu odrzucając sztuczny, stylizowany na europejskiej i hollywoodzkiej wersji snobistycznej warstwy bogatych śródmieść i palatynowych ranch wielkich posiadaczy ziemskich. Jedną z mniej może znanych, a największych przedstawicielek tej muzyki była zmarła w 2012 Chavela Vargas. Postać nietuzinkowa, niezwykle oryginalna i silna w przekazie artystycznym. Vargas, z jej charakterystycznym, chropowatym głosem, męskim ubraniu (a sięgamy do czasów od końca lat 30. do początków XXI wieku) odrzucała heteronormatywność, ubierała się nie tylko po męsku – śpiewała wchodząc w rolę ‘mężczyzny-macho’. Jej kochanką we wczesnym okresie była kultowa malarka Frida Kahlo (zmarła w 1954) i wydaje się, że była to największa miłość jej życia. Później miała też romans z popularną aktorką Hollywood, Avą Gardner.

Frida Kahlo i Chavela Vargas

Ostatnim wielkim koncertem Chaveli był występ w Carnegie Hall w Nowym Jorku, w wieku 83 lat, w 2003. Był to jej debiut na tej scenie. Zakończony olbrzymim sukcesem.

Jedną z jej najbardziej znanych i przejmujących do samego środka duszy piosenką była „Paloma Negra”.  Kilka dni temu słuchałem w nocy jej interpretacji tej piosenki w wersji, sprzed wielu, wielu lat i w wersji właśnie z Carnegie Hall. Dziwne – ale ta druga wersja, kobiety ponad 80-letniej, kobiety, która przeszła nie tylko długie ale i trudne fizycznie życie (cygara, papierosy, alkohol, narkotyki) – wydała mi się piękniejsza. Głębsza. Muzycznie naturalnie gorsza, jej narzędzia głosowe były już w dużo gorszym stanie. Ale ‘narzędzia’ duszy jakby spotężniały, nabrały pełniejszego wymiaru. Tejże samej nocy napisałem wiersz o tej piosence i o Chaveli. Może wam to przybliży jej sens, treść.

osiemdziesięcioletnia Chavela Vargas

śpiewa Paloma Negra.

Wszystko pamięta, każde wzruszenie,

każde dotknięcie, dreszcz.

Słyszy przyspieszone bicie serca

Czarnego Gołębia sprzed lat.

Nie widzi sceny ni rzędów

krzeseł i siedzących w nich

słuchaczy nowojorskiej

socjety. Słyszy tylko gitarę

i słyszy szept: bądź moja.

Tej zabawy, tej nocy,

w tym tańcu i przez

ten pocałunek los negra.

Usta i dłonie Chaveli drżą,

tak jak drży jej głos.

Nie tylko wiekiem,

nie tylko wzruszniem.

Drżą smakiem głodnych,

gwałtownych ust Paloma Negra.

(3 październik, 2021, B.P.G)

Piosenka, ballada folkloru przedmieść. Paloma negra znaczy czarny gołąb. Czarny, bo artyści canción ranchera, ich kochanki i kochankowie mieli ciemne skóry. W Paryżu był szary wróbel czyli po francusku: piaf. Nie nazywano ich ani nie nazywali siebie pięknymi pawiami, kolorowymi papugami czy dostojnymi orłami. Gołąb, wróbel – szary ptak ulicy. Jej część nieodłączna. Od pozostałych mieszkańców tej ulicy różnili się tym, że mieli skrzydła, byli wolni i mogli wznieść się ku obłokom.

Arabeska nr 2 – Karol Szymanowski

7 marca opublikowałem na gorąco (?) wystukiwany na klawiaturze Facebook’a wiersz  ‘Parlez moi d’Amour, mon cher Paris’.  Wspomnienie nie odbytego (jeszcze) spaceru paryskiego do Ogrodów Luksemburskich i długiej rozmowie o miłości. I platonicznej i zmysłowej. Ostatecznie trochę już tych krzyżyków mam na plecach, więc sporo na ten temat powiedzieć mógłbym. Tylko osobie wyjątkowo bliskiej.  W obecnym stadium swojego życia dwie tylko takie osoby są. Wyjątkowo – i w wyjątkowo inny sposób – mi bliskie. A teraz wygrzebałem gdzieś stary erotyk Micińskiego „Noc majowa”:

Efemerydy,

lećcie w tan –

o kwiaty jezior, nereidy!

na multankach w dąbrowie gra Pan.

Czemu Micińskiego zapomniany jakiś wierszyk (jak i Miciński zapomniany dziś)? Ano, słuchałem dziś pana Karola Szymanowskiego I Koncert Skrzypcowy w wykonaniu Konstantego Kulki. Bajka. Zapomniałem, jakie cudowne poematy miłosne komponował Szymanowski. Właśnie takie poematy o miłości. Tenże koncert dedykował Pawłowi Kochańskiemu, genialnemu skrzypkowi tamtej epoki, który mu wiele tajników wirtuozerii skrzypcowej wyłuszczył. Potem zresztą Kochański grał ten koncert Karola Szymanowskiego w Nowym Jorku, w 1923 bodajże, z orkiestrą pod batutą samego Leopolda Stokowskiego. Szymanowski był dość kochliwym człowiekiem i młodzieńcowi żadnemu nie przepuścił. Więc gdy sam był jeszcze bardzo młody, w Zarudziu pod Zamościem, gdzie gościł we dworze Jaroszyńskiego, skomponował to cudeńko muzyczne. Wymaga delikatnego dotyku smyczka, który pieści jeno struny skrzypek. Tak, jak zrobił to Kulka na tym nagraniu, którego słuchałem. Pod bardzo dobrą dyrekcją Jerzego Maksymiuka i Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia. Ileż w tym pasji, ile tęsknoty. I ślady rozległego stepu dalekiego Podola, dzieciństwa i wczesnej młodości pana Karola i jego pełnej przygód późniejszej podróży po Północnej Afryce. Przygód i doznań, które dzielił z towarzyszem tej podróży Stefanem Spiessem, niewątpliwie jego ówczesnym kochankiem i mecenasem finansowym.

Karol Szymanowski w portrecie Witkacego (1930)

Ach, a czemu Miciński? Ponoć (nie ma pewności) pod wpływem tegoż wiersza Szymanowski ten brylancik muzyczny stworzył. Czemuż by i nie? Wieczory długie w starym dworze, może księżyc przez okno zaglądał, a w bibliotece dworskiej wykształconego przyjaciela pewnie bez problemu tomik Micińskiego ciągle jeszcze młody Szymanowski mógł znaleźć i czytać. Może i słyszał świerszcze za oknem otwartym i myślał, że to Pan na fujarce-multance gra … . Czy myślał o tym swoim wczesnym koncercie siedząc pod fontanna w Taorminie i podziwiając ciała młodych Sycylijczyków figlujących nieprzystojnie w tejże fontannie? Jak wspomina w swojej biografii Artur Rubinstein, ta wizja pięknych młodzieńców wprawiała Szymanowskiego w zachwyt.

Warto to pamiętać słuchając tegoż koncertu skrzypcowego.  Kontekst i odrobina wiedzy nie szkodzą, a przeciwnie – pomagają dzieło lepiej odebrać, rozumieć. Bo sztuka prawdziwa nie jest wysiłkiem jedynie intelektu i techniki. Tenże na nic bez wielkiej emocji i bez wielkiej miłości. I tej osobistej do człowieka i tej filozoficznej do Człowieka. Pasja jest wszystkim, co czyni sztukę autentyczną.  A nie znać lub ukrywać pod kluczem archiwalnym homoseksualizmu twórcy (zwłaszcza twórcy z lat dawno przeszłych)  jest po prostu gwałtem i zbrodnią na tej twórczości. Ona nie powstała z niczego, nie powstała w próżni. Te dzieła tworzyli ludzie żyjący. Kochający, tęskniący, cierpiący i zwycięscy.  A to wszystko miało wpływ na ich twórczość.  Ot, i arabeska druga. Arabeska – płochy, nietrwały rysunek, krótki utwór literacki lub muzyczny. I nazwa arabskiej prostytutki. Hmm… .  Jakby Tuwim zakończył filozoficznie: człowiek się jednak na niej rodzi i na niej umiera.

Inni czy swoi? Na pograniczach kultur i tradycji

B. Pacak-Gamalski

Sztuka. Artysta. Najwyższa kwintesencja człowieczeństwa. Bzdurą kompletną jest stawianie tegoż w opozycji do wiedzy. Wiedza jest częścią sztuki, jest bramą, która umożliwia artyście twórczość. Poniekąd służy sztuce. I odwrotnie – sztuka budzi głód wiedzy, zadaje pytania, na które wiedza stara się odpowiedzieć i otworzyć tym drogi do nowej twórczości.  Wiec Art i Logos, wiedza obiektywna, zewnętrzna i sztuka, jako wiedza wewnętrzna, emocjonalna, subiektywna. Wzajem się uzupełniające i wspierające.  Myślałem o tym jadąc kilka dni temu samochodem i słuchając w radio uroczej kompozycji ‘Da geht ein Bach’. Nie znałem wcześniej tego utworu.  I kto skomponował? Ano, kawaler Fryderyk Nietzsche. Tenże sam, filozoficzny król (lub ojciec) współczesności, modernizmu. No OK, może bardziej adekwatnie by było nazwać go Ojcem Chrzestnym.  Tak, tym ze słynnego amerykańskiego filmu Coppoli.

Chodzi mi o taką właśnie kombinację, te złączenie artysty i filozofa. Jeśli genialny Wittgenstein zadał śmierć filozofii (tak, jak Nietzsche uśmiercił Boga), to Nietzsche był ostatnim królem-filozofem, filozofem-alchemikiem duszy. Tym, który Boga szuka, a po odnalezieniu zabija go. A więc twórcą jednak, nie naukowcem, badaczem. Bo któż zabić Boga potrafi, jeśli sam nie jest też twórcą, sprawcą stwarzania?

Ot, takie myśli nachodziły, gdym słuchał tej doprawdy uroczej, lekkiej a jednocześnie bardzo kunsztownej muzycznie kompozycji. Polecam serdecznie pianistom, zwłaszcza młodym (choć młodość dla artysty jest pojęciem bardzo elastycznym) grać to. Nie, nie dla ćwiczeń. Najlepiej na koncertach, jako miłą popisówkę na bis. Gwarantuję, że bardzo publiczności (nawet tej nadętej, bo jakże by mogli achów i ochów nie pokazać wobec samego wielkiego Fryderyka Nietzsche?!) się spodoba.

Do tematu wracam jednak. Ustaliliśmy, że Arte to kwintesencja człowieczeństwa. Artysta więc zostaje poniekąd demiurgiem. Trzeba go nie tylko poznać ale i wyczuć, lub wczuć się w jego przesłanie, utwór, natchnienie. Tak, jak muzyka właśnie – musi w nas grać. Inaczej szkoda czasu chodzić na koncerty. A artyści są tacy różni, tacy inni. Jest w nich cały wszechświat. Nie jakieś schematy, jakieś uproszczenia, sprowadzanie do wspólnego mianownika lub mierzenie jedną miarką.  Nie chodzi tylko o to, co jest. Chodzi w mierze równie ważnej o to, co być może, a także co być mogło. Co się skrywa czasem za półsłowem, krótkim spojrzeniem, gestem z pozoru od niechcenia. Nawet jeśli boisz się wyjść na ulice, to przynajmniej otwórz okno i popatrz na świat zewnątrz, spoza własnych czterech zdań. Tak, jak Zofia Nałkowska, gdy w dobie okupacji pisząc „Dzienniki” otwierała okno dodawała reflektując zaraz : ‘i znowu zaszła zmiana w polu mojego widzenia’.

Gdy pisałem  w poprzednim felietoniku-bajeczce o Baczyńskim i Kocie-Jeleńskim, o Baczyńskim i Jerzym Andrzejewskim i o „Zośce’ i „Burym” (naturalnie, że celowo – choć nie bez podstaw – wybrałem  tak symbolicznie brzemienne postacie), to wszak o tym pisałem. O tych możliwościach, o tych półcieniach i innych kolorach tej samej rzeczywistości.  O drzewie, które żyje a nie o drewnie. O bogactwie inności.

Ciekawym papierkiem wszelkiej inności w tym kontekście twórczym, jest literacka twórczość  (ta zwłaszcza, bo najbardziej prosto rozpoznawalna, czytelna – w przeciwieństwie np. do muzyki lub sztuk plastycznych, które wymagają większej znajomości z arkanami sobie specyficznymi, z ikonografią gatunku) bieżeńców wszechczasów:  Żydów.

Teraz natknąłem się na tą tematykę dzięki wydanej właśnie monografii (?), zbioru eseistyki, badań, biografii związanej z mało u nas znanym terminem ‘maran’.  A to odsyła bezpośrednio do wielkiej diaspory żydowskiej na Półwyspie Iberyjskim w wiekach średnich, pierwszego poważnego pogromu i ucieczki Żydów. Ale, co z tym – choć nie tylko z pogromem i nieszczęściem – się wiąże, to z właśnie z ludźmi-twórcami, którzy wtopili się w nowa kulturę, nowy język, czasem nową wiarę (w Polsce popularne było pojęcie ‘przechrzty’, na ogół o pejoratywnym zabarwieniu). Ale coś z tej starej, ojczystej żydowszczyzny w nich zostało.  I jak to na ich twórczość wpływało?  Jak wpływało na kształt literatury i kultury szeroko rozumianej tych nowych obszarów etnicznych, kulturowych? Podróż w obie strony jednocześnie.

Z samą tematyką (w formie beletrystycznej, z elementami kryminału) maranów zetknąłem się przed wielu laty czytając świetną powieść Richarda Zimlera „The last kabbalist of Lisbon”.  Teraz z niecierpliwością czekam, gdy wpadnie w moje ręce to wydanie „Maranów” – dzieło wielu badaczy i znawców tematyki skupionych wokół Uniwersytetu Muri im Franza Kafki (sam uniwersytet jest znowu ciekawostką niemałą i rzeczą tyleż symboliczno-legendarną, co mityczną, ale to temat osobny). Wydawcą jest krakowska ‘Austeria’.

Tak, jak do wspomnianego już tu poprzedniego tekstu-arabeski o Baczyńskim i jego przyjaciołach wracających z Gimnazjum Batorego, tak i do tej książki skłonił mnie kontakt z Piotrem Sadzikiem, literaturoznawcą z Instytutu Lit. Polskiej UW, bo z pracą nad „Maranami” związany był de facto organicznie. Do pewnego stopnia jest to też mały fragment mojej własnej pracy nad przygotowywaną książką o plemiennym (wręcz szczepowym) ‘genie’ społeczności LBTQ+. Genetyka kulturowa versus genetyka etniczna.

Siadając więc nad notatnikiem, z kawą i ciastkiem obok, w ulubionej kawiarence-antykwariacie w Halifaksie pisałem kolejny fragmen/t/cik do tejże książki.:

… przypomina mi się kultowy balladysta studenterii lat 70. i 80. ub. wieku, Marek Grechuta. Trubadur zbliżony do wyobrażeń mistrala, poety-śpiewaka-aktora wieków średnich, antycznych i pewnie archaicznych. Powtarza w balladzie młodzieńcze zwrotki polskiego wieszcza Adama Mickiewicza. Adam Mickiewicz – cóż bardziej polsko-patriotycznego być może? A cóż młodzieńczy (czy w jakimkolwiek wieku biologicznym) Mickiewicz może mieć wspólnego ze szczepową społecznością LGBTQ ? Nic. Ale młody Adam ma te same emocje, pytania , pasje, jak każdy Adam, gej czy straight. Więc Grechuta śpiewa te pytanie „I znowu sobie zadaje pytanie, czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie?”.  Naturalnie ani autor, ani trubadur, ani też czytelnik i słuchacz nie ma najmniejszej wątpliwości z wyborem odpowiedzi.  Jest jasny i prosty. Nie być pewnym może być tylko ktoś, kto nie kochał. Czy obiektem był przyjaciel, który jeszcze kochankiem nie był, czy świadomy romantycznego kontekstu obiekt adoracji.  Konsumpcja tej adoracji lub jej brak nie mają tu jakiegokolwiek znaczenia. Zadawanie sobie tego pytania jest już odpowiedzią na nie. Ale to pytanie uległo dziwnej rekonstrukcji w całej prawie współczesności, gdy homofobia stała się modna. Gdy rycerz-bohater nie miał prawa być gejem. Nawet jeżeli był. A w rzeczy samej jest wszak kompletnie bez znaczenia czy faktycznie był.  Dla takiej konstrukcji samo przypuszczenie, sam argument takiej możliwości (że rycerz-bohater, owszem mógł być) odrzucane są z zacietrzewieniem i emocją wartymi lepszej sprawy. Na jakąś ‘platoniczną miłość przyjacielską’ jeszcze ze zgrzytem zgodzić się mogą. O kochaniu mowy być nie może. Skąd ta idiotyczna argumentacja i te dantejskie argumentowanie contra – nadziwić się nie mogę. Tebańscy wojownicy by pewnie nie mogli pojąć też, a młody Aleksander Macedoński spytałby się Arystotelesa, zanosząc się śmiechem,  o co tu w ogóle chodzi?

Arabeska w tutu

obraz Ine Veen przedstawiający Annę Pawłową w jej legendarnej roli z Jeziora Łabędziego (ze zbiorów Wikimedia Commons)

Nie wiem już nawet który jest rok dokładnie. Lata są 30. ubiegłego wieku. Warszawka. Paryż Północy. Kocik Jeleński, młodziutki, szczupły z charakterystycznym noskiem, idzie pod rękę z Krzysztofem Kamilem, też młodziutkim, romantycznym. Śmieją się jak typowi gimnazjaliści w tym wieku. Za nimi mała grupka przyjaciół wśród których są i „Zośka” (Tadeusz Zawadzki) i „Rudy” (Jan Bytnar). Potem zasiadają razem w szkolnych ławkach Gimnazjum Batorego. 

W klasie siedzą też inni koledzy szkolni.  Bractwo na ogół inteligenckie. Na przerwie ktoś rozpoczyna popularne wówczas wśród młodzieży nacjonalistycznej przepychanki i głupie antyżydowskie dowcipy i obelgi wobec chłopców wyznania mojżeszowego.

Twarz Krzysia Baczyńskiego oblewa się szkarłatem gniewu. Krzyczy żeby się zamknęli. Od słowa do słowa dochodzi do przepychanek.  Gimnazjum, chłopcy, temperamenty. Ale Krzysiu nie jest przykładem chłopca-osiłka i Kocik, pomny swego rycerskiego pochodzenia, pierwszy wymierza ostry cios pięścią w podbródek jakiegoś patrioty-antysemity.  Reszta wiadomo – popchnięcia, bijatyka szkolna, komuś pękła warga, komuś poleciało czerwonką z nosa … .   Woźny podbiegł z dzwonkiem w ręku, zrobił głośny raban, przyszedł nauczyciel i chłopców rozdzielono.

Po szkole wracają do domu zwartą paczką. Na wszelki wypadek, gdyby rozjuszeni dbaniem o etniczną czystość koledzy-patrioci, chcieli im spuścić odwetowe lanie.  

Kamil wkłada swoje ramię pod ramię Kocika, a „Zośka” śmiejąc się obejmuje ramieniem „Rudego”. Rozchodzą się na wysokości Alei Ujazdowskich. „Rudy” odchodząc woła do Kamila ze śmiechem: ‘uważaj żeby cię Konstanty nie uwiódł, bo bronił cię, jak lew!’. Krzyś rumieni się i sam siebie zaskakując odpowiada: ‘wiesz, że nie lubię, jak go nazywasz Konstanty, mów do niego Kot’. “Zośka” z zalotnym, filuternym uśmiechem wtrąca jeszcze na odchodnym: ‘no, Kot to taki mały lew, niby się łasi ale ma pazurki, uważaj’. Wszyscy wybuchają śmiechem i się rozstają. Jeleński i Baczyński idą jeszcze, przed pożegnaniem, na spacer  alejkami Parku Ujazdowskiego.

Siadają na ławce blisko pomnika ‘Gladiatora’ Welonskiego.  Kocik mówi niby do siebie, niby do nikogo ale bacznie obserwuje reakcję przyjaciela: ‘lubię patrzeć na tą rzeźbę, Welonski świetnie ujął w niej proporcje i piękno ciała męskiego’.  Młody Baczyński nie odpowiada, zapada milczenie. Ale po chwili jego głowa spocznie na ramieniu Kota. Nic nie powiedzą do siebie. Będzie im miło i dobrze ale będą się bać ten moment zepsuć jakimkolwiek słowem lub ruchem zbytecznym lub zbyt natarczywym.

Kilka lat później Baczyński będzie o tym momencie myślał, gdy tym samym gestem oprze swą głowę na ramieniu przystojnego, o kilka lat dojrzalszego od niego, Jurka Andrzejewskiego. Czy jeszcze kilka lat później wspomni ten moment Konstanty Jeleński składając swoją głowę w objęcia szczupłego i chłopięcego, jak jego szkolny przyjaciel, Stanislao Lepri?

Kto to wie. I czy tak było? Kto to wie? Sam pewnie o tym właśnie nie myślałem, gdy którejś nocy letniej, tuż przed świtem,  w 1978, poszedłem z przyjacielem złożyć kwiaty pod tablicą u wylotu ulicy Miodowej. Miejscu, gdzie Krzysztof Kamil zginął.  Byłem chłopakiem ledwie. Kochałem jego wiersze, więc kochałem jego. Wydawało mi się, że dostrzegałem go spoza tej tablicy cementowej, spoza tej zbroi kutej w spiżu polskiego patriotyzmu.  Ale czy to wszystko mogłem zrozumieć? Czy tylko przeczuwałem?

Czytałem tygodniowe zapiski “Dziennika” Andrzejewskiego w „Literaturze” Putramenta. Ale przecież mimo, że wolno mu było dziecinny prawie spór o ‘wielkość” z Miłoszem prowadzić – nie wolno mu było odbrązawiać tego nacjonalistycznego puklerza Baczyńskiego z Powstania Warszawskiego.

A pisał o tych sprawach mądrze bardzo młody badacz literatury onegdaj, wczoraj ledwie, w sierpniu 2019, Piotr Sadzik na łamach polskiego Newsweeka. Odłożyłem ten jego artykuł, by kiedyś wrócić. Ten jego tekst mi o tym przypomniał. Więc wodze fantazji spuściłem lekko, i dałem się samemu na ten spacer warszawski wybrać. W czasie i przestrzeni.

W latach 80. byłem w gościnie u Kota Jeleńskiego, mieliśmy długie rozmowy. Ale nie o Baczyńskim. To były lata 80. przecież. Tyle się działo w naszym, polskim świecie.  Tyle tematów bieżących. Trwała też właśnie wielka wystawa retrospektywna Leonor Fini, jego żony.  Były rzeczy ważniejsze. Jak zawsze w życiu. Wkrótce po moim wyjeździe z Paryża, Konstanty Jeleński zmarł. Już z nim nie porozmawiam. I czy jest mi to potrzebne i czy on więcej wiedział? Chyba tak.

Te hufce narodowe, te sztandary, te puklerze ciągle kładą się cieniem długim na pamięć i znajomość osobowości twórców kultury polskiej. Nie osobowości twórczej (te łatwiej badać w oderwaniu od rzeczywistości) ale twórcy właśnie.

Przecież i mnie, bezwiednie i bez trudu prawie, te puklerze, te napierstniki nacjonalizmu nałożono. Tez zatruto nimi moją młodość. Tak, jakby słowo patria musiało się łączyć ze słowem oszustwo lub milczenie.

Więc na moją, prywatna potrzebę, taką sobie arabeskę stworzę, skomponuję. Z rzeczy i spraw, których fragmenty znamy i rzeczy i spraw, które przeczuwamy jedynie. Będą w strojach baletowych tańczyć w tejże arabesce-choreografii i młodzi Baczyńscy i Jeleńscy, i „Zośki” z „’Rudym”, będzie wirować z wiankiem na głowie Narcyza Żmichowska, a nawet Marysia Konopnicka, będzie Andrzejewski z Gombrowiczem i jeszcze Białoszewski podpity. Za nimi cały zespól taneczny prowadzony przez Stasia Szymańskiego i Wacka Niżyńskiego.  Wszyscy będą młodzi, chłopcy ledwie. Muzykę napisze oczywiście dwudziestoletni Chopin. Czy przejdą korowodem roztańczonym, roześmianym z Opery Narodowej do Parku Ujazdowskiego?  Naturalnie! W końcu to moja arabeska. Kobiety będą w spodniach tańczyć i kapeluszach z wielkim rondem, a młodzi mężczyźni w tutu romantycznych, z tiulu białego.

Niech tych innych chłopców, tych narodowych, aryjskich, czystych, krew zaleje, gdy na ten kolorowy korowód patrzeć będą. Oni się już przez wieki  napili wystarczająco dużo cykuty zapomnienia, oszukania, zakrywania, fałszowania. I nas nią poili. Czas na tutu. Czas na spacer z Batorego do Parku Ujazdowskiego. Tym razem już nawet nie pod pomnik Gladiatora, a prosto pod kształtną figurę ‘Perseusza’ Gruyera. Niech się niewinne przyjaźnie i romanse platoniczne rumienią bez kolczugi kłamstwa.

Pod Twoją obronę uciekamy się …

Jak wpleść w kanwę opinii i refleksji kulturowych tematykę sacrum, świętości, relikwiarzy?  W którym miejscu refleksja nad społeczeństwem, narodem, staje się przedmiotem policyjnej aktywności, prawa karnego? I wreszcie – pytanie zasadnicze – czy w takiej refleksji, w wymianie na ten temat opinii jest miejsce na głos administracji państwowej?

Cała masa tematów i pytań tu się wzajem ociera, zderza, łączy i zwalcza na przemian. Kto dyskusję taką może prowadzić, zaczynać?

Oczywiście, twórcy kultury, czyli ci, którzy ją współtworzą, animują i – z biegiem czasu – zmieniają, ewoluują; pisarze, dramaturdzy, malarze, rzeźbiarze, kompozytorzy, reżyserzy, filozofowie. Wszyscy ci, którzy talentem bądź intelektem są drożdżami kultury danego społeczeństwa, w danym kontekście historycznym. A potem, zaraz za nimi ci, którzy ich prace, działalność interpretują: krytycy, socjologowie, publicyści, kulturoznawcy. Od nich dyskusja przelewa się do widza, czytelnika, słuchacza – obywatela danego społeczeństwa.

Dyskusja może być burzliwa, nigdy nie kończy się szybko i jednoznacznie. Czasem trwa dziesięciolecia i dopiero po ‘zdjęciu sztuki ze sceny’ jej efekty i wpływ na społeczeństwo ujrzeć można. Zawsze potrzebna perspektywa. Wiadomo, że w malarstwie – wszak też i w ogólnym kształcie kultury społecznej, narodowej.

To prawa, od których naturalnego biegu ucieczki nie ma. A gdy ktoś ten bieg rzeczy naruszy – społeczeństwa płacą za to cenę wysoką: rewolucje, zamachy stanu, dyktatury, tyranie. Ale początków takich zmian siłowych, rozwiązań politycznych, nie można szukać w akcie jednorazowym władzy administracyjno-politycznej. Są one właśnie wynikiem tych wieloletnich przemian, tych zmagań w samej treści kultury społecznej, regionalnej, narodowej.

Historyk prawa kościelnego i prawa cywilnego, profesor Leon Halban, w 1946 roku przygotował wykład, który dał początki jego pracy naukowej pod tym samym tytułem: ‘Mistyczne podstawy narodowego socjalizmu’ (KUL w Lublinie, 1946). Jakkolwiek wychodzący z się tradycji katolickiej myśli krytycznej (traktat ten większość wypaczeń znajduje w pracach i teologii luterańskiej i kalwinistycznej) – wiele jego spostrzeżeń jest trafnych do dziś.

Szukałem od czasu pewnego pewnych odpowiedzi, pewnych wskazań, ścieżek, które pomogły by i mnie zrozumieć Polaków anno Domini 2019. Zachowania władz politycznych. I skąd te szatańskie przymierze Kościoła z Władzą się brać może. Gdzie tkwią tego korzenie najgłębsze i najsilniejsze. Doszukując się podstaw do zaistnienia narodowego socjalizmu, który jest ideowym zaczynem nazizmu, musiałem zamknąć się w ciszy, odrzucić hałas dochodzący z Kraju i od przyjaciół z zagranicy. Nie ulegać prostym reakcjom i łatwym okrzykom oburzenia, wściekłości wręcz. Lub bezsilności. Zaprowadziło mnie to wręcz do czytania na nowo ojca tomizmu, św. Tomasza z Akwinu. Czym są cnoty a czym grzechy. Naturalnie, że filozof problemów epistemologicznych (poznania, wiedzy) z XIII w. nie da jasnej odpowiedzi na problemy początków XXI wieku. Tym bardziej, że jego teksty trzeba, jak cebulę, stale obierać z treści scholastycznych. Aż do łez autentycznych, zgodnie z cebulowym porównaniem. Ale cnot obywatelskich w Polsce 2019 zbyt wiele nie znalazłem.

Więc Halban jest tu dużo użyteczniejszy. I nad wyraz spostrzegliwy, co bezwzględnie zawdzięczamy jego przygotowaniu prawniczemu, a nie filozoficznemu stricte sensu. Badając początki myśli, które przerodziły się na przełomach wieków XIX i XX w narodowy socjalizm, a w konsekwencji w nazizm i faszyzm … znajduje zawsze mistycyzm. Mistycyzm nieodmiennie złączony z pojęciem lepszości, wyższości. Bycia narodem/grupą wybranym.  Oczywiście Halban szukał bezpośrednich odpowiedzi na szczytowe osiągnięcie faszyzmu – hitleryzm niemiecki. Ale jego badania i syntezy równie dobrze pasują do każdego narodowego socjalizmu. Czyż głęboko zakorzeniona duma i wiara w swoja nadzwyczajność Włochów w granicach basenu śródziemnomorskiego i Północnej Afryki nie jest czymś omal mistycznym? Tak, jak głęboko zakorzeniona od czasów Georga Hegla, w myśli i uczuciach niemieckich.

Hegel miał niewątpliwie stwórcze działanie na powstanie myśli mesjanistycznej. Nie bez kozery warto tu przypomnieć, że słuchał jego wykładów w Paryżu Adam Mickiewicz, a jego filozofia spotkała się też z zainteresowaniem pozostałych Wielkich Romantyków polskich.

I tu wracam do mego zainteresowania przyczyn dlaczego Polacy anno Domini 2019 są tacy … jacy są. Stara rozprawka naukowa Halbana  (którą byłem był czytał już wiele, wiele lat temu ale interesowały mnie wówczas – podobnie, jak samego Halbana – tylko źródła nazizmu niemieckiego ergo hitleryzmu) bardzo mi w tym pomogła. Wystarczy w niektórych jego nader jasnych syntezach zamienić przymiotniki ‘pruski’ i ‘niemiecki’ na ‘polski’ lub po prostu ‘narodowy’. Podobieństwa wówczas są uderzające. I (używając języka heglowskiego) bardzo trafnie opisujące polskiego ducha narodowego.

Bez znaczenia jest fakt, że olbrzymia większość Polaków pojęcia nie ma jakiegokolwiek o filozofii Hegla. Głębokiego pojęcia nie ma i nie miała też większość Niemców. Większość Polaków nie czyta  a bezwzględnie w przeszłości nie czytała Biblii- co nie zaprzecza, że wszyscy prawie w tradycji biblijnej/katolickiej wzrastali od dziesiątków pokoleń. Tak samo z wielkimi nurtami filozoficznymi, a takimi były pisma Hegla – prócz znawców i artystów nikt ich prawie nie studiował ale ich zasięg sączył się w podstawy tradycji całych społeczeństw.   Więc i ten silnie zakorzeniony mesjanizm splatał się w mariaż z pangermanizmem, z aryjskością, czystością rasową. A skutkował w swym zenicie obozami koncentracyjnymi. Bez tej mesjanistycznej mistyki gleby, ziarno faszystowskie by nie wykiełkowało tak bujnie. Może by Hitler do władzy i tak w Niemczech doszedł (i w Austrii – nie zapominajmy, że Anszlus nie był faktycznie najazdem a po prostu wjazdem …), może by te Niemcy i do wojny popchnął. Ostatecznie wielki kryzys gospodarczy i hańba Traktatu Wersalskiego były rzeczywistością ekonomiczno-polityczną a nie rozmyślaniami filozoficznymi. Jest bardziej niż wątpliwe, by Niemcy jednak tak masowo i omal religijnie do hitleryzmu przylgnęli bez tej trucizny narodu/ludu wybranego, specjalnego, przeznaczonego do rzeczy wielkich. Joseph Haydn skomponował co prawda Deutschland Uber Alles dla Kajzera, nie dla Hitlera – ale uber alles zostało… .

A teraz nad Wisłę, nad Narew, nad Bug, Niemen i Prypeć. Do Polski 1918-1939.  Łatwiej wtedy będzie zrozumieć tą nową, nikomu nie znaną przed 1945 rokiem, Polskę między Odrą i Bugiem. Aż do dnia dzisiejszego.

Bardzo nieliczni z nas pamiętają tamtą Polskę. Prawie nikt, kto w niej wyższe wykształcenie zdobył. Więc nasza pamięć jest już właśnie tylko historyczna i jest pamięcią tradycji. Jak z tym Heglem: nieliczni wiedzą dlaczego tak myślą, czują i skąd te uczucia się wzięły – ale ogół je dzieli. A wzięły się od zarania polskiego mesjanizmu romantycznego. Że mamy misję do spełnienia. Początkowo cierpiętniczo-chrystusową omal, tą mesjańską w sensie dosłownym chrześcijańskim, tj. śmierć fizyczną (polityczna śmierć Polski pod zaborami) by odkupić i dać szanse na lepszą przyszłość innym narodom. To jeszcze piękne. Bałwochwalcze, zarozumiałe – ale z jakimś dobrym celem ostatecznym. Dopasowaliśmy do tego legendę napoleońską, legendy powstań narodowych.   Więc ten mesjanizm jest wplątany strasznie w mistycyzm heglowski. Nadaje pewnej aureoli cierpieniu i przegranej. Dodaje blasku wybrańcom tego losu lub obdarzonych tym losem (naród wybrany).

Poszło to w zasadzie w dwóch przeciwnych, współczesnych kierunkach: skrajnej lewicy liberalnej i skrajnej prawicy. Nolens volens Marks i Engels byli wielkimi zwolennikami Hegla. A u nas August Cieszkowski, promotor idei mesjanizmu Słowiańszczyzny i nadejścia Epoki Ducha Świętego. Drugim końcem mistycznego mesjanizmu jest cały ruch narodowy Dmowskiego, Zdziechowskiego i Wasiutyńskiego.

Polska dla Polaków lub Słowian, którzy ulegli polonizacji (stąd tak łatwo w Rydze oddano Sowietom olbrzymie połacie Kresów I Rzeczypospolitej, mimo wygranej wojny – narodowcy nie chcieli w granicach Polski ziem, których polonizacja kulturowa była niemożliwa a element nie polski etnicznie stanowił większość) i maksymalne ograniczanie praw mniejszości narodowych, wielka niechęć i wrogość wobec polskich Żydów. Początki idei państwa narodowego. Narodowego, nie etnicznego nawet. Co było kompletnym odrzuceniem całej wielowiekowej tradycji politycznej I Rzeczypospolitej.

Zakładało to też niechęć do rządów parlamentarnych i silną władzę wykonawczą. Oraz wyraźnie wyznaniowy charakter państwa. Naturalnie katolicki. Tym się polski faszyzm różnił od niemieckiego. Hitlerowcy z nikim, jakimkolwiek kościołem ani wyznaniem władzą bezwzględną dzielić się nie zamierzali. W Polsce władza miała stać na straży i w formie obrońcy wiary katolickiej. W programie Obozu Ruchu Narodowego  określono to wyraźnie:

Wiara Narodu Polskiego, religia rzymskokatolicka musi zajmować stanowisko religii panującej, ściśle związanej z państwem i jego życiem, oraz stanowić podstawę wychowania młodych pokoleń. Przy zapewnionej ustawami państwowymi wolności sumienia – zorganizowany naród nie może tolerować, ażeby jego wiara była przedmiotem ataków lub doznała obrazy z czyjejkolwiek strony…

Czy coś z tygodni ostatnich to przypomina? Jakiegoś ministra rządu centralnego, który staje w obronie wyjątkowo ważnego symbolu narodowo-religijnej ikony? Jednocześnie sugerując tym, że połączenie symbolu religii ‘państwowej’ z symbolem mniejszości społecznej jest obrazą, profanacją ‘uczuć religijnych’. Państwo zamienia się w Święte Oficjum, a minister rządu – prefektem kongregacji.

Jakże inaczej rozumieć tuszowanie, wyciszanie lub wręcz zaprzeczanie skandalu przestępstw seksualnych w polskim Kościele? Wszak nie jest to jakiś niespotykany nigdzie indziej fenomen! Ostatnie dziesięciolecia odkryły masową kulturę kryminalnego zachowania olbrzymiej części kleru katolickiego na świecie i prawie kompletne przyzwolenia na to całej władzy kościelnej. Od biskupów lokalnych, diecezjalnych poczynając, a kończąc w samym Watykanie, u szczytu absolutystycznej władzy klerykalnej – na Tronie papieskim. Nie są to jakieś przypadki indywidualnych wyjątków a raczej czegoś, co określa się w języku prawnym mianem przestępstw o charakterze instytucjonalnym. Polska zaskarbiła sobie tu miejsce wyjątkowe w świecie współczesnym: nie rozmiarem przestępstw seksualnych – tych de facto nikt w Polsce nie zna – ale współodpowiedzialnością administracji cywilnej, państwowej w ukrywaniu problemu.

Na taki stan rzeczy olbrzymi wpływ miała cała posolidarnościowa elita polityczna i olbrzymia część inteligenckiej opozycji politycznej z lat PRL. Osobowości takie, jak Kuroń czy Michnik są tu bardzo nielicznymi wyjątkami. Prawie wszyscy pozostali, którzy mieli coś do powiedzenia i którzy zapracowali na szerokie zaufanie społeczne, byli prawie organicznie związani z katolicką myślą polityczno-filozoficzną i z samą strukturą instytucjonalną Kościoła w Polsce. Wystarczy wspomnieć dwóch czołowych polityków i ich olbrzymi kształt na kształtowanie podstaw państwowości polskiej po upadku komunizmu: Lecha Wałęsę i Tadeusza Mazowieckiego. Dwie jakże odmienne osobowości reprezentujące skrajnie odległe części polskiego społeczeństwa PRL-owskiego: inteligencji katolickiej (Mazowiecki) i warstwy chłopo-robotniczej (Wałęsa).  Złączone jedną klamrą – instytucji Kościoła polskiego. Kto mógł przewidzieć wówczas, że ten Kościół tak szybko pozbędzie się swej najlepszej, odważnej i głębokiej myśli myśli teologiczno-socjalnej, która pozwoliła mu wyjść zwycięsko z otchłani 40-lecia wojującego ateizmu państwowego, na rzecz powrotu do zwykłej, feudalnej wręcz postawy gromadzenia bogactw i prostackiej formy ewangelizacji mieczem a nie krzyżem?

W tej atmosferze rosła z roku na rok władza i siła wpływu ruchu narodowo-socjalistycznego na państwo polskie. Wszystkich tych ‘młodzieży wszechpolskich’, ‘rodeł’ i innych grup polskiego faszyzmu. Używających tego samego odrażającego straszaka ‘żydowskiego’, ‘żydokomuny’, ‘terroryzmu islamskiego’ , ‘wojującego feminizmu’, praw kobiet ogólnie, nienawiści do wszelkich mniejszości. Znowu Polak samotnie na barykadzie przeciw całemu złemu światu na zewnątrz.

Zadziwiające, jak krótką mamy pamięć historyczną. Zwłaszcza, gdy historie się stale zmienia, modeluje i przepisuje na nowo. A partia PiS na czele tego pochodu narodowościowego maszerowała z dumnymi sztandarami ‘Polski dla Polaków’. Przeciw Sorosom, Europie, która ma dawać pieniądze i siedzieć cicho w Brukseli. Ostatnio przeciw (ustami jednego z czołowych polityków PiS) ‘największemu zagrożeniu dla Polski – gejom i ogólnie LGBTQ. Brakuje jeszcze karykatur w TVP przedstawiających Biedronia, jak wypija chrześcijańską krew z żył polskich chrześcijańskich dzieci.

Czy to obraz zbyt odrażający rzeczywistości krajowej anno Domini 2019? Wydaje mi się, że nie. Że jest raczej powściągliwy a nie przerysowany. Większość środowisk inteligenckich (nie tylko) i ruchów obywatelskich skupiona była przez ostatnie cztery lata na bezpardonowej walce o obronę praworządności i Konstytucji w Polsce. Mało kto miał czas na refleksje dokąd ta droga prowadzi i czy społeczeństwo, w trakcie tego marszu, nie zostało już przeobrażone. W Polsce trwa wojna światopoglądowa. Nie potrafię tego inaczej określić. W każdej wojnie pierwszymi ofiarami są zawsze prawda i logika. I zwykłe człowieczeństwo.

Jeżeli nadchodzące wybory do Parlamentu Europejskiego i w bliskiej przyszłości do Parlamentu polskiego dadzą zwycięstwo władzy PiS – będzie to dowód, że społeczeństwo już uległo poważnej i demoralizującej zmianie, że stanęło po stronie quasi faszystowskiej.  Nie zapominajmy na sekundę, że nie będzie to coś nadzwyczajnego i czysto ‘pisowskiego’: pierwsze wybory prezydenckie w wolnej Polsce po 1918 roku ilością jedynie minimalną nie oddało tej władzy kandydatowi konserwatywno-narodowościowych grup.  Tylko nimb i uwielbienie Piłsudskiego przed tą tragedią Polskę uratowało. Nie wiązało się z tym jednak absolutnie żadne przywiązanie czy szacunek wobec idei politycznych i filozoficznych Piłsudskiego. Był to zwykły i tępy kult jednostki. Wodza. Więc jednak tęsknota za Panem, Wójtem, Plebanem. Za paskiem z obróżką. Czy takim społeczeństwem jesteśmy?