Chopin, Olejniczak i epoki

2-olejniczak2
fot. B. Pacak-Gamalski

Gdzieś chyba w 1975 lub 76 jechałem w Warszawie tramwajem przez  Aleje Niepodległości z Centrum, ku ulicy Dąbrowskiego na Mokotowie. Dziś bym pewnie nie trafił do tego budynku, bo w tych okolicach, między Dąbrowskiego a Madalińskiego, większość z nich była bardzo podobna. Dość solidne bloki powojenne, wybudowane jeszcze na długo przed technologią ‘wielkiej płyty’ z lat 60. i 70. ubiegłego wieku. Te nowe z tejże płyty rozsypywały się jeszcze w trakcie budowy – te starsze wyglądają ładnie i porządnie nawet dziś. Aliści, nie o technologiach budynków mieszkalnych pisać miałem.

Otóż szedłem do kuzynki mojego serdecznego przyjaciela, Stefcia, na mała prywatkę. Niby nic nadzwyczajnego. Stale się gdzieś jakieś małe bibki robiło. Komuna nie komuna, a młodość ma swoje prawa! Wcześniej udało mi się zdobyć (w Polsce wtedy się nie kupowało, tylko załatwiało lub zdobywało) butelczynę węgierskiego Egri Bikaver (odmiana taniego merlotu) w delikatesach Instytutu Węgierskiego na Marszałkowskiej, koło Składnicy Harcerskiej. Więc czułem się jak nowojorczyk z butelczyną tego wina w torbie. Elegancko, nie z pusta łapą. A elegancko miało być, bo na spotkaniu miał się pojawić … młody, chudziutki Janusz Olejniczak. Był dobrym kolegą kuzynki przyjaciela (nie pamiętam już też i jej imienia nawet – choć pamiętam, że była ładną dziewczyną). A Olejniczak ciągle jeszcze chodził w nimbie laurów Konkursu Szopenowskiego z 1970, gdzie był najmłodszym w historii tego Konkursu finalistą! W Polsce wówczas, w moim środowisku w każdym razie, finalista Konkursu Szopenowskiego to brzmiało, jak finalista Oscara w Ameryce. Wyżej w sławie zajść nie można było. Wyobrażałem sobie, że jest szansa zawarcia fajnej znajomości i że na pewno się polubimy. Miałem przecież tylu muzyków w rodzinie, a historię Konkursu znałem nie gorzej niż warszawscy krytycy muzyczni!  Halina Czerny-Stefańska i Barbara Hesse-Bukowska to były prawie, jak ciotki lub sąsiadki. Po każdym koncercie Łazienkowskim (gdzie nie było czymś nadzwyczajnym je słuchać) babcia ciągnęła mnie do nich na chwilę pogaduszki.

Ale nici z tej znajomości wyszły! Pamiętam, że Olejniczak był wyjątkowo cichy, nieśmiały jakby i dość zamknięty w sobie. O jego udziale w prywatce i wygłupach godnych naszego wieku – mowy być nie mogło. Mimo, że różnicy wieku aż tak wielkiej miedzy nami nie było. Zbyt długo zdaje się nie zabawił (co nam nie przeszkadzało, bo trochę krępował wszystkich z rozpoczęciem prywatki, ha ha ha) i  ‘po angielsku’ szybko zniknął.

jekiert
1970, Warszawa – Konkurs Chopinowski, Janusz Olejniczak (fot. Wikipedia Commons)

Mniej więcej w tym samym czasie miałem natomiast możność być na jego koncercie na Jasnej w Warszawie. I tym razem pamiętam, że nie byłem rozczarowany. Grał jak … Olejniczak. Świetnie.

I jaki świat mały. Kto przypuszczał, że spotkam go po czterdziestu latach w Vancouverze! Ale i tym razem rozmowa nie była długa i niemożliwa na prywatne wspomnienia w cztery oczy. Więc znajomość znowu się nie zawiązała! Ha ha ha! Widać tak pisane, panie Januszu. Na kolejną możliwość za czterdzieści lat chyba czekać nie ma sensu. Aliści ( i te Waldorffowskie słowo – widać o muzyce bez Waldorffa nie sposób) koncert i tym razem nie zawiódł. Ba, może i wartościowszy niż tamten w Warszawie, bo pierwszy raz miałem możliwość posłuchania ciekawego eksperymentu gry na dwóch bardzo różniących się od siebie nie tylko wiekiem, wyglądem ale przede wszystkim tonem, instrumentach: epokowym, pięknym fortepianem firmy Broadwood, które produkowano w Londynie w latach Chopina i na których w czasie jego późnej tury koncertowej w Anglii grał i na współczesnym królu sal koncertowych, hebanowo-czarnym Steinwayu.

Wielokroć słyszałem pianistów grających na odrestaurowanych pianinach i fortepianach epokowych. Nigdy nie miałem okazji na jednym koncercie usłyszeć oba, używane przez tego samego pianistę.  Wtedy dopiero można faktycznie zorientować w bardzo chwilami wyraźnych różnicach dźwięku. Zwłaszcza w najwyższych i najniższych tonach skali. Oczywiście, przyzwyczajeni jesteśmy do tych większych i głośniejszych Steinwayów i Bechsteinów. Opanowały od dawna bardzo sale koncertowe.

A mnie zdało się, że mazurki i nokturn Chopina brzmiały lepiej i bardziej zbliżone były do stylu Olejniczaka na Broadwoodzie niż na Steinwayu. A zważywszy, że Chopin komponował głównie na jeszcze delikatniejszym Playelu, nie zdziwiłbym się, gdyby podobne wrażenie  odniósł, gdyby tego dnia w Vancouverze mógł Olejniczaka słyszeć. Ciekawostką jest fakt, że sam Olejniczak zetknął się z pianem epokowym – i to nie byle jakim, bo własnie Playelem! – w 1991 roku współpracując z Andrzejem Żuławskim nad jego produkcją filmu La note bleue (o rozstaniu George Sand and Chopina) i jako aktor (grał właśnie Chopina) i jako pianista jego utworów na tymże starym, epokowym Playelu.

iza
fot. A.I. Sobiescy

Atmosfera była bardzo kameralna, w czym niewątpliwie pomagała ‘ciepłość’ wnętrza katedralnego: drewniane, piękne sklepienie, łagodne witraże, spotkania ze znajomymi. Sam pianista nie należy do klasy wirtuozów-gwiazd. Raczej skromny nie tylko charakterem ale i sposobem zachowania. W jego koncertach dominuje zdecydowanie muzyka a nie postać pianisty. A bywa czasem nieco odwrotnie i publiczność często wpada w zachwyt nad pianistą-gwiazdorem… .

Szkoda, że w piątkowym wieczorze (w sobotę nie byłem, więc nie mogę mieć opinii) zabrakło może mikrofonu pod ręką dla pianisty, bo kilkakroć starał się coś wyjaśnić, powiedzieć (głównie po francusku, co bardziej jeszcze utrudniało) i w zasadzie nie docierało to do dalszych rzędów w ogóle. I ad hoc robione zmiany repertuarowe może były możliwe do ustalenia nieco wcześniej… Jest to ponoć trochę zwyczaj samego Olejniczaka, który gra to, co w danym momencie, w danej atmosferze i przy danym dźwięku instrumentu decyduje o finalnym wyborze. Bywało tak ponoć z samym Chopinem. W niczym to jednak nie padło cieniem na grę pianisty i szlachetność dźwięków, które spod jego palców wychodziły. Dodatkową perełką był podwójny bis, gdzie wydawało mi się, że słyszałem ze sceny, że będą to de facto prawykonania najnowszych utworów Jacka Kaspszyka, z którym Andrzej Olejniczak bardzo blisko współpracuje i łączy ich przyjaźń.  Szczególnie zauroczony byłem cudownym wykonaniem (więc i kompozycją naturalnie) tanga. I zaskoczony, że Kaspszyk tak genialnie wyczuł ducha tego tańca argentyńskiego. Potem w krótkiej rozmowie, wydaje mi się (nie jestem już pewny, bo grupowo trudno rozmowę prowadzić), że powiedział mi iż zmienił zdanie i grał kompozycję Piazzolli.  Co by odpowiadało moim wrażeniom – Piazzolla ze swoją szkołą tango nueva skomponował i aranżował cudowne tanga.

Poniżej mini foto-reportaż z koncertu piątkowego i (za sprawą niezawodnego kronikarza fotograficznego Andrzeja Sobieskiego i Jana Sowińskiego) sobotniego.

Organizatorom: Vancouver Chopin Society i Early Music Vancouver serdeczne dzięki za to spotkanie muzyczne.

4 thoughts on “Chopin, Olejniczak i epoki

    1. naturalnie! Dzięki za zauważenie. Literówki to moje jakieś przekleństwo, LOL. To epoki całe gdym miał z Tobą jakikolwiek kontakt – chyba sto lat emu w Calgary? Mam nadzieję, że życie masz ciekawe i twórcze. W Kanadzie, w Polsce może czy w innym punkcie globu?

      Like

      1. W Victorii, Sooke, mieście Meksyk i w Polsce. W stolicy Meksyku mieszka od dwudziestu kilku lat mój syn, ale nie jest jedynym powodem, dla którego latam do Meksyku. Jestem zafascynowany tym krajem, i szerzej – Ameryką Łacińską.

        Zainteresowałem się tangiem/wpadłem w tango (oglądam i słucham, nie tańczę) podczas pierwszego pobytu w Buenos Aires, 23 lata temu; wcześniej było mi obojętne. Nawet zrobiłem z pomocą kolegi czterdziestominutowy filmik o ulicznych tangueros BA; wykroiłem go z dziewięciogodzinnego materiału zarejestrowanego w BA w 2001/2002 i 2004. Przesyłam, może Cię zaciekawi. Oczywiście wiem, że Astor Piazzolla to “wyższa szkoła jazdy”, jego utwory grane są w salach koncertowych, ale wszystkie formy tanga argentyńskiego, poczynając od najwcześniejszych, są porywające, no i bez nich nie byłoby Piazzolli. Wracając do mojego filmiku – niektórzy, ci najlepsi, uliczni tangueros podobali mi się bardziej niż sławy tańczące na scenach teatrów; ulice i place BA są najlepszą sceną.

        https://youtu.be/TPRqaoTn3XI

        Like

Leave a reply to bepege Cancel reply