Bogumil Pacak-Gamalski
Tak blisko jej jesteśmy, tak wspominamy, tak jest obecna w naszej kulturze, literaturze, muzyce, malarstwie. A teraz, od najazdu rosyjskiego miesiąc temu – jest naszym chlebem powszednim, dniem powszednim. Jest wszędzie: w telewizji, w prasie, w Internecie. Na podwórku, na ulicy, przed domem, w tramwaju. Ukraina. Ukraina jest w Polsce. I nie piszę tego z jakiegoś podejrzanego rewizjonizmu historycznego. Ale zupełnie bez tego rewizjonizmu i bez niezdrowych (i nieistniejących po prawdzie) sentymentów ‘powrotu’ – jest absolutnie adekwatne użycie przysłówka: znowu.
Z historią państw, społeczeństw jest trochę inaczej niż z granicami. Od zawsze. Te ostatnie zmieniają się, korygują, bywają narzucane, bywają negocjowane; wojny wygrane i przegrane, układy, koalicje, dynastie. Żadna nie jest tak do końca i dla wszystkich sprawiedliwa. Czasami zmiany są drobne, omal kosmetyczne, czasem bywają monumentalne. Najbardziej moralnie ohydne jest, gdy jakiś zdobywca po jakimś czasie oddaje w prezencie te ziemie, które sam siłą agresora zdobył, komuś zupełnie innemu. Historia Krymu jest tu najbardziej znacząca. Rosyjski? Ukraiński? Naturalnie, że nie. Krym to ofiara przemocy rosyjskiej dawno, dawno temu. Zaczętej przez Piotra I, a dokończonej przez Stalina. Agresji i kulturowego ludobójstwa (genocide) Tatarów krymskich, jedynych historycznie i moralnie właścicieli tej wyspy.
Ale na ogół takich jasnych przypadków jest mało. Reszta to skomplikowane historie, wędrówki ludów, szczepów, międzynarodowe układy zawierane zawsze ponad głowami najsłabszych, choćby nawet z pobudek najbardziej szlachetnych. Tym są granice całej Europy Środkowo-Wschodniej po 1945. Gdzieś tam, w samym centrum (mniej lub bardziej ścisłym) zawierającym nukleon etniczności, pochodzenia plemienno-szczepowego. Cała reszta to naginanie prawa, zachcianek mocarstwowych, zwykłej, nagiej siły kułaka wobec bezsilnych praw społeczeństw. Tak zrobili Stalin, Roosevelt i Churchill. Używając jednego z wariantów tzw. linii Curzona, brytyjskiego ministra spraw zagranicznych z okresu I wojny światowej. Linia ta zresztą nie była autorstwa samego Curzona, który o złożoności procesów i faktów historycznych tej części Europy nic nie wiedział, a jego doradcy, Ludwika (Bernsteina) Niemirowskiego. Polaka pochodzenia żydowskiego, który w 1906 wyemigrował na stałe do Wielkiej Brytanii. Ostatecznie, już jako obywatel brytyjski, przybrał nazwisko Lewis Namier. Był jednym z głównych doradców rządu Lloyda Georga w negocjacjach nowych granic, zwłaszcza związanych z terenami upadłych Austro-Węgier, które przekazały pełne plenipotencji na ustalenie nowych granic Państwom Sprzymierzonym. W tych negocjacjach (jak i bezpośrednich z rządem sowieckim, gdy sadzono, że Sowieci wojnę 1920 roku wygrają) Namier był zdecydowanie widziany jako bardzo nieprzychylny Polsce, uciekając się wręcz do fałszowania dokumentów na niekorzyść Polski. Generalnie można powiedzieć, że nakłaniał (dość skutecznie) rząd brytyjski do widzenia mapy nowej Polski w granicach dawnego Królestwa Kongresowego, tj. państwa kadłubowego. Fakt, że Galicja Wschodnia i Zachodnia (poza Wołyniem) nigdy, w całej historii, do Rosji nie należała, a przed rozbiorami była od setek lat w granicach Korony Polskiej – sprawiał mu wiele kłopotów. Był osobowością niesłychanie inteligentną i ciekawą, pełną politycznych ambicji (w cieniu gabinetów głownie) i niespełnionych pragnień bycia uznanym jako, rewolucyjny wręcz historyk i teoretyk nauk społecznych. W historii Polski zapisał się (z nieznanych mi bliżej powodów) zdecydowanie negatywnie. Nie był żydem judaizmu (w latach dojrzalszych wstąpił do Kościoła Anglikańskiego), pochodził z rodziny w pełni spolonizowanych i zlaicyzowanych Żydów. Mimo to był gorącym orędownikiem i aktywistą ruchu syjonistycznego i utożsamiał się tym wyraźniej, jako Żyd, niż jako Anglik lub Polak. Współpracował, jako doradca, z lordem Balfourem przy wyznaczaniu granic różnych społeczności (w tym żydowskiej) w brytyjskim Mandacie Palestyny. Widać, że lubił (lub lubili to brytyjscy arystokraci) kreślić palcem na mapie. Znowu, jak wcześniej w przypadku polskiej granicy na Zbruczu, decydującymi w powstaniu Izraela były fakty dokonane i akcje zbrojne Żydów, a nie same deklaracje, plany i mandaty różnych zewnętrznych ‘aliantów, i ‘sprzymierzonych’.
A granice wschodnie Rzeczypospolitej na samym końcu były wynikiem walk armii polskich z oddziałami Zachodnio-ukraińskiej Republiki Ludowej i rezultatów wojny polsko-bolszewickiej i Traktatu Ryskiego między Polską a Sowietami. Ukraińcom nie udało się stworzyć zjednoczonego frontu polityczno-militarnego, Wschodnia Ukraina była już dość silnie w rękach rosyjskich (potem Sowieckich), mimo poparcia Piłsudskiego dla Petlury nie udały się plany utrzymania w rękach ukraińskich Kijowa. Losy Zachodniej Ukrainy stanęły wobec alternatywy albo wpadnięcia w łapy strasznej niewoli sowieckiej lub powrotu w granice odrodzonej Rzeczypospolitej. Komisja Państw Sprzymierzonych, której zadaniem było wytyczyć granice i przynależność państwową terenów byłego Cesarstwa Austro-Węgier nolens volens uznała stan faktyczny, który był efektem przegranej przez Rosjan wojny polsko-bolszewickiej, z zastrzeżeniem, że w przyszłości Polska przeprowadzi na tych terenach plebiscyty. Termin plebiscytów wypadał na okres lat, kiedy Europę zalała pożoga kolejnej wielkiej wojny. I granice znowu poszły do kosza historii zmieniając po raz kolejny kształt Europy Środkowo-Wschodniej. Tym razem nikt nie pytał o zdanie Polaków, Ukraińców, Węgrów czy Rumunów, a losami i prawami licznej ludności innych (Wołosi, Ormianie, Hucułowie) mniejszości narodowych w rozległych terenach Karkonoszy Wschodnich nikt w ogóle się nie interesował. Z perspektywy czasu i mając przewagę znajomości historii ostatnich stu lat, nie mam wątpliwości, że te krótkie 20 lat, gdy Ukraina Zachodnia i Lwowszczyzna z Wołyniem wróciły w granice Rzeczypospolitej były i dla Ukraińców i dla Białorusinów wyjściem o wiele korzystniejszym niż bucior rosyjski. Nawet gdyby się udało Ukraińcom uzyskać suwerenność i zgodę Polski na stworzenia państwa na południowy wschód od Lwowa, ta suwerenność nie miała szansy obrony przed nawałą bolszewicką Budionnego i Tuchaczewskiego kilka miesięcy potem. Tragiczne losy ludności etnicznie polskiej z tych terenów (zwłaszcza na Wołyniu i korytarzu przemysko-lwowskim, gdzie stanowili większość lub poważny procent miejscowej ludności) był zbrodnią niewytłumaczalną i godną potępienia bezwarunkowego. To nie byli najeźdźcy – to byli ludzie mieszkający tam od pokoleń, setki lat, którzy razem z innymi grupami etnicznymi budowali te ziemie, rozwijali przemysł, handel, bogactwo tych terenów. To był ich dom, ich ojczyzna. Ale to temat już zupełnie inny. Który będzie jeszcze wymagał solidnego i spokojnego zbadania przez oba narody (polski i ukraiński) w przyszłości. Pozbawionego wypieków emocjonalnego zacietrzewienia a opartego na dokumentach i faktach. Tak postępują narody i państwa dojrzałe. Wspólnie. Historii i tak nikt nie cofnie ani jej nie zmieni. Więc warto by była przynajmniej solidnie i obiektywnie opracowana. Pamięć ofiar tej historii zasłużyła na to.
Jako ciekawostkę warto odnotować, że siostra Niemirowskiego była matką znanej polityczki PiS Anny Kurskiej i babką … zastępcy Redaktora Naczelnego „Wyborczej” Jarosława Kurskiego oraz jego brata, Jacka Kurskiego … tak, samego Prezesa TVP, znanego jako organ prasowy PiS. Historia jest czymś niesamowicie ciekawym, gdy się w niej nieco pogrzebie i ciekawe, co by o tym pomyślał sir Lewis Namier … . Sądzę, że byłby zadowolony, że jego siostrzenica i pra-siostrzeńcy trzymali i trzymają rękę na polskim pulsie. Historie świata i państw tworzą nie tylko wielcy wodzowie, przywódcy. Tworzą ją też równie skutecznie szare eminencje pracujące z uporem i bez rozgłosu w cieniu gabinetów.
Obecna tragedia Ukrainy
Rok 2022. Trzydzieści lat po oficjalnym rozwiązaniu i upadku ZSRR, upiory Piotra I, Katarzyny Wielkiej i Józefa Stalina znalazły swe medium w osobie Włodzimierza Putina i najechały Ukrainę. Czy Rosjanom uda się plan powrotu do starej granicy polsko-sowieckiej na linii rzeki Zbrucz? Putin wielokrotnie podkreślał, że Rosja ma ‘historyczne prawo powrotu do macieżystych granic’ Imperium Rosyjskiego, a Zbrucz był najdalej na zachód wysuniętą granicą tego Imperium od czasów końca XVIII wieku. Bo to był, zdaniem moim, zasadniczy cel Putina. Czy też zaspokoi się odłączeniem rosyjsko-językowych terenów Donbasu, Luhańska i reszty wybrzeża mórz Azowskiego i Czarnego? Na razie postawa ludności i władz Ukrainy, personifikowana osobą ich niesamowitego (w pozytywnym znaczeniu) Prezydenta Włodzimierza Żeleńskiego wali te plany Putina. Przy olbrzymiej pomocy całego świata zachodniego. Ale o wielkim zwycięstwie militarnym Ukrainy nad Rosją mowy być jednak nie może. Nie przy obecnym stopniu wspierania Ukrainy. Cała ‘doktryna’ Bidena i NATO musiałaby ulec kompletnej zmianie i przebudowie. Wojen z potężnym przeciwnikiem nie wygrywa się tylko środkami obronnymi (w dodatku ograniczonymi). Natomiast Ukraina jest zdolna sama wymusić na Rosji w miarę korzystne (w stosunku do alternatywy możliwości stracenie olbrzymiej części terytorium) rozwiązania oparte na twardych negocjacjach. Koszt tej wojny naturalnie jest straszny dla Ukrainy: w stratach ludności, zrujnowanych miast, przemysłu, infrastruktury, rolnictwa. Koszt straty sprzętu i ludzi wojsk putinowskich i czysto ekonomiczny całej Rosji jest też olbrzymi. Ale tysiące zabitych Rosjan i bieda ludności rosyjskiej nigdy nie były wielkim zmartwieniem carów i komisarzy rosyjskich. Ze złoconych korytarzy Kremla nikt nie zauważa kolejek po chleb w małych miasteczkach imperium. W państwach demokratycznych nauczyliśmy się sposobu myślenia, że państwo ma służyć obywatelom przede wszystkim. W Rosji ciągle pokutuje myślenie średniowieczne: mieszkańcy podległych imperatorowi terytoriów są po prostu materiałem do budowy imperium. Nie są podmiotem a przedmiotem polityki.

By Silar – Own work, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=25710997
Czy jest szansa, żeby Putin sam wycofał się z Ukrainy kompletnie, osiągając jedynie pyrrusowe zwycięstwo deklaracji, że Ukraina nigdy nie wstąpi do NATO? Jest. Ale bardzo mała i wymaga dużo większego, solidnego zaangażowania militarnego świata zachodniego. Nie samej organizacji NATO. Nie, państw indywidualnych, w porozumieniu miedzy nimi, poza strukturami NATO. To jest możliwe. Czy realne? Nie wiem. Nie wymaga żołnierzy tych państw na terenie Ukrainy. Wymaga sprzętu. Natychmiast. Bez idiotycznych ograniczeń. Nie wiem jaka jest różnica między maszyną wojskową ze skrzydłami (samoloty) a maszyną wojskową na gąsienicach lub kołach. I nikt mi tej różnicy strategicznej wytłumaczyć do tej pory nie potrafił. I czy musi być to tylko złom z czasów sowieckich? Rosjanie używają to, co mają najlepsze. Bez tego nie widzę jakiejkolwiek możliwości by Rosja wycofała się bez poważnych zmian granic Ukrainy na południowym wschodzie. A nie powinniśmy i nie musimy do tego dopuścić. Odnoszę wrażenie, że regiony tzw. ‘większości rosyjskich’ Donbasu są poniekąd przesądzone na niekorzyść Ukrainy. Krym – raczej do Ukrainy nie wróci. I, zdaniem moim, ani Ukraina ani Rosja do niego żadnych praw nie mają. To zbrodnia na ludności tatarskiej. Ale to też temat inny. Natomiast winno się uniknąć w jakikolwiek możliwy sposób utraty przez Ukrainę dostępu do morza i portów morskich. Dla odbudowy Ukrainy po tej strasznej wojnie te tereny są niezbędne. I pod każdym względem, (historycznym, etnicznym) są to tereny ukraińskie a nie rosyjskie. Argument, że np. Mariupol był założony przez jakiegoś cara rosyjskiego jest absurdalny. Czyli Kłajpeda i Malbork należy się Niemcom, Moskwa i Kijów – Szwedom, a wszystkie stare miasta Kanady i USA winny wrócić do Anglii? Nie ma sensu tego ‘argumentu’ rozwijać. Jest bezsensowny.
Przedłużanie tej wojny jest zbrodnią na ludności ukraińskiej. Zwłaszcza teraz, gdy pod nowym dowództwem ‘rzeźnika Syrii’, gen. Aleksandra Dwornikowa, te znęcanie się nad ludnością cywilną przybrało nowe rozmiary. I wyraźnej dyrektywie intensyfikacji ofensywy rosyjskiej bez względu na koszty. Tą ofensywę zatrzymać można tylko tak, jak tego typu ofensywy zatrzymuje się zawsze – brutalną siłą militarnej kontrofensywy. Zmasowanym ogniem artylerii, lotnictwa zatrzymującym rosyjskie kolumny pancerne. I zasięgiem umożliwiającym rażenie rosyjskich wyrzutni rakietowych spoza terenu Ukrainy. Nie ma jakichkolwiek intensywnych pertraktacji rozejmowo-pokojowych, a więc brak opcji politycznej kompletnie. Tylko silna obrona i gdzie możliwe kontrofensywa do tych pertraktacji może ich zmusić. Romantyczne mówienie o heroicznej partyzantce, o walkach ulicznych, gdzie z każdego okna i za każdym rogiem ulicy czekają młodzi chłopcy z granatami i koktajlami Mołotowa to absurd. I absurd nieludzki. Obejrzyjcie ulice, domy i rogi ulic Charkowa, a zwłaszcza Mariupola. Z których okien? Z tych kikutów ścian obróconych w perzynę ogniem artylerii i rakiet, z czołgów oddalonych bezpiecznie od zasięgu granatu i butelki z benzyną? To rzeź a nie obrona. Bo żeby taką walkę prowadzić trzeba mieć świadomość, realną nadzieję na odwet, na nadchodzące posiłki regularnych wojsk. Takie walki można prowadzić z przeciwnikiem respektującym prawa wojny – nie z bandytą, mordercą.