Bogumił Pacak-Gamalski
Tylu ich na tych skałach Północnego Atlantyku,
w tej zimnej wodzie, zginęło tego dnia .
Płynęli paro-żaglowcem zacząć nowe życie
w Nowym Jorku. Przygodę życia.
W poszukiwaniu lepszego. W oczekiwaniu.
Marzeniu.
Młodzi, starzy, dzieci. Samotni i pary kochanków.
Nie dopłynęli. Nie zaczęli.
Pozostali tu, na małym cmentarzyku
w małej biednej osadzie rybackiej w Nowej Szkocji.
Terrence Bay. Blisko skalistej trasy wędrowniczej
miedzy Zachodnim i Wschodnim Pennant.
Widzę stąd, po drugiej stronie zatoki, tamte skały.
Zabierałem cię na długie wędrówki po tych wysokich gołoborzach
nad szalejącym w dole oceanem.
Lubiłeś te wędrówki.
Teraz stąd, po tej stronie zatoki, widzę wyraźnie
wysokie białe klify jej końca. Gdzie kosodrzewina
żyła śpiewem ptaków, które znalazły tam bezpieczny raj
kryjący małe łączki borówek, jagód i poziomek.
Zbierałem je i wsypywałem z dłoni w twoje usta.
Z dołu, dochodził huk rozbijających się o skały fal.
Pod koniec trasy, skąd było właśnie widać Terrence Bay
(wówczas nie wiedziałem. że tak się ta zatoka nazywa,
a osady stamtąd nie było widać – po prostu niekończąca się
potęga wody, skał i dziesiątki mniejszych i większych wysepek).
Nigdzie śladu człowieka. Tylko ty i ja.
Dziś pierwsza moja samotna wycieczka.
Pierwsza od czasu, gdy cię nie ma.
Wycieczka, na którą nie mogłem cię wziąć.
Mimo, że ciągle, nieustannie jesteś ze mną.
Ale nie mogę podać ci dłoni, gdy wdrapujemy się
na skały, nie mogę się o ciebie oprzeć,
gdy siadam na kamieniu i patrzę w morze.
Nie mogę zebrać dla ciebie jagód i poziomek.
Patrzę długo siedząc nad morzem w Terrence Bay
na tamte skały, pod drugiej stronie zatoki.
Może jeszcze gdzieś tam zostałeś, przysiadłeś
na kamieniu? Gdybym zobaczył, to jak bym
dopłynął przez tą szeroką, zimną zatokę, jak bym
mógł wdrapać się na te ostre, pionowe klify,
jak uniknął porwania przez rozbijające się o nie
nieustannie wielkie grzywacze atlantyckie?
Ale nie widzę, nie mogę cię dopatrzyć.
Za daleko, by dostrzec maleńka sylwetkę człowieka.
Wstaje i idę na małe wzgórze porośnięte rachitycznym
ale gęstym laskiem. Na szczycie drewniany kościółek,
gdzie pochowano we wspólnym grobie ponad pięćset
ofiar tej katastrofy morskiej w 1873.
W lasku zagubione stare mogiły, resztki grobów
drewnianych, niektóre zachowane w całości
murowane, kamienne. Tak, miedzy drzewami, krzakami,
bez alejek. Ale pamiętane, ktoś ciągle przynosi tu kwiaty.
Na małym cmentarzyku, ponad dwieście kilometrów stąd,
ponad wodami Pictou Harbour są twoje prochy u stóp rodziców.
Byłem tam niedawno. Postawiłem metalowy kwiat. Lilię.
Zatoka w Pictou jest spokojna, bezpieczna. Nie ma wysokich
skał ani potężnych grzywaczy rozbijających się o nie.
Mieliśmy tam spędzić zbliżającą się starość.
Naszą ostatnią wielką przygodę. Nowe życie.
Marzenie.
Jak tych pięćset sześćdziesiąt dwa z S.S. ‘Atlantic’.


















