Szlachetność rozmazana we mgle

Niebo i ziemia. Szlachetność arystokratyczna i szlachetność przedmieść. Wszystko niczym nić Ariadny połączone, nanizane na długi sznur radości młodzieńczej i tęsknoty starości. Mgły i kropelki mgielnego niby-deszczu okrywającego zatokę, porty, mosty. Mosty znikąd do nigdzie.  Jak straszny krzyk żalu, jak jęknięcie nadziei. Niespodziewane oczarowania życiem. I zmęczenie nim, rezygnacja.

Przeszłość, jak kotwica nie pozwalająca ci wyruszyć żaglówką ku przygodom otwartego oceanu. I kotwica przeżarta rdzą, z wyłamanymi ramionami, znaleziona na jakiejś dzikiej plaży – niepotrzebna, bezużyteczna. Jak kotwice Leonarda Cohena, którego polsko-litewskie pochodzenie do niczego – prócz solidnego osadzenia w tradycji żydowskiej – nie przywiązywało, wpływu na życie i twórczość nie miało. 

Dziad z Wilna, matka z Wołkowyska. Matka , która jeszcze śpiewała w Montrealu  zapamiętane z dzieciństwa piosenki w jidysz i po rosyjsku. Ale po rosyjsku, nie po polsku. A przecież Wołkowysk od prastarych czasów w granicach Rzeczpospolitej…  .  Owszem, Cohen przeżył pewien moment wzruszenia i szeptu przeszłości podczas wizyty w Polsce w 1980. Zasłaniając się ‘apolitycznością’ odmówił jednak spotkania na scenie z Wałęsą [i]. Cohen, który lubował się w szokowaniu słuchacza i czytelnika nagą erotyką graniczącą czasami z pornografią.  ‘Apolityczność’ wielkiego barda ballady kanadyjskiej zależała jednak widać od miejsca pobytu, wywiadu, koncertu. Szlachetność przedmieść?  Nie zwróciłbym na to żadnej uwagi, gdyby nie fakt, że w krótkim czasie po turze europejskiej, z daleka od łapki sowieckiej, na koncercie w Bostonie zadedykował swój utwór „The Partisan” Solidarności w Polsce. I wilk syty i mysz cała? Moja ulubiona riposta na to znane powiedzenie brzmi: wilk i owszem – syty, ale po myszy ślad zaginął.  Wielkość miesza się z małością.  Humanum est … .

To tylko akapit, cień człowieka i jego kruchości. Bo mój Cohen jest wspaniały i uwielbiany. Mój Cohen tańczący mnie i moja duszę do utraty tchu. Do końca. Jest też człowiekiem – kruchym wbrew noszonym zbrojom. Hallelu-u-u-uja! Panie mój, Panie Zielonooki – każdemu po trochu, i kurwie i Bogu. I Cohen przyklaszcze i Villon radośnie zapłacze. Żadnej piosenki-wiersza nie pisał tak długo. Stale nowe wersje, nowe ujęcie. I uniesienie religijne w żydowskim mistycyzmie i chuć natrętna starzejącego się mężczyzny. Prawie zawsze do kobiet wiele lat młodszych, często dekad. Czy ta chuć była obrzydliwa? Dlaczego?  Dla kogo?  Czy ze wstrętem się oddawały rozkoszom sławy, pieniędzy czy też w głębokim oddechu, wygiętym niczym kark napiętego łuku biblijnego myśliwego, wyrzucały przez zęby: halleluja?!

Dlaczego Janis Joplin, tragiczna muza schyłku lat hippisowskich, weszła nad ranem do tej samej windy hotelu cyganerii artystycznej Nowego Jorku, w której był już Cohen? Chelsea Hotel. Więc tam się spotkali, w tej windzie. Nie znali się. Z windy poszli prosto do pokoju 424 i wiedzieli, że resztę nocy spędzą nie dyskutując o muzyce ani poezji. Rok był 1968. Cohen miał 33 lata. A w przeciwieństwie do Balzakowskiego Paryża – hippisowska mantra nie pozwalała ufać nikomu (zwłaszcza mężczyźnie) powyżej lat 30. Joplin miała 25 lat. Więc Cohen powinien być dla niej dinozaurem. Dwa lata później Janis zmarła w Hollywood skutkiem silnego przedawkowania narkotycznego. A Leonard wykorzystał noc do skomponowania utworu ‘Chelsea Hotel No 2”[ii].   

Dwie dekady wstecz. Czas epoki innej. Może zaściankowo-purytańskiej? Literatura zaś wielka. Czas na kurwy i na chłopaków lat Witold Gombrowicza. I zapisuje je skrzętnie, wszystkie prawie zapamiętane przygody w ‘Kronosie’[iii], najdziwniejszym chyba dzienniku-pamiętniku światowej literatury. Bawiło mnie i męczyło jednocześnie strasznie czytanie tych zapisków. Podrywanie chłopców argentyńskich w dzielnicach portowych, przedmieściach szemranych. Obok pisanych eleganckich i bardzo par excellence literackich„Dziennikach”. Jakby gwizdał na to wszystko i śmiał się: no tak – Focault i Nobel i Paryż i Berlin intelektualne. Ale dupcie argentyńskich żulików to dopiero cymes! Ale nie gwizdał na ten blichtr światka literackiego i sławy jednak. Przeciwnie – bardzo o niego zabiegał, walczył. Gombrowicz był seksualistą doskonałym. Nie określałbym bym go nawet biseksualistą, ani homo, ani hetero. Po prostu lubił tą ‘robotę. Z kimkolwiek. Żywemu nie przepuścił. Miał szczęście chyba urodzić się w swojej epoce.  Mężczyzna czterdziesto i pięćdziesięcioletni zdecydowanie wówczas należał jeszcze do kategorii ‘balzakowskiej’: król i lew salonu i ulicy. I łoża (lub barłogu). Jeżeli ktoś się mógł gorszyć, to nie różnicą wieku, a faktem, że partnerem był chłopiec a nie dziewczynka. O tempora, o mores … . LOL.

Więc zaglądam w swój notatnik (nie kronosowy bynajmniej, ale nagi w szczerości). 26 lipca, 2023. Powrót z trasy olbrzymich głazów i gęstej kosodrzewiny w okolicach West Pennant. Trasa kończy się na uroczej, ostatniej plaży, która jest jednocześnie plażą nudystów. A plaże nudystów uwielbiam. Kocham pływać nago, wydaje mi się to jedynym sposobem współżycia z żywiołem wody. Czy kto widział kraby lub delfiny w strojach kąpielowych?!  Rybki w majtkach lub stanikach?!

No i naturalnie scena w jakimś nocnym klubie w Londynie – Judy Garland śpiewa: C’mon, get happy, shout halleluja! Tyle, że Londyn prawie dwadzieścia lat później, jakiś klub na Soho, nie pamiętam nazwy. Imienia chłopca też nie, ale pamiętam, że się z nim całowałem.

               

Za(piski) z notatnika

26.07.2023. Skały w Sambro Creek i West Pennant.

Wynurzeni, jak Atena z białej piany morskich fal ukazują się nago na skale, tuż na przeciw mnie. Trzech zgrabnych książąt, dorodnych i z rodów szlachetnych. Z nonszalancją, która przez ich pochodzenie i czar młodości nie jest przykra ani natrętna. Każdy członek ich ciał równie powabny, jak śmiejące się oczy pod łukami nieskazitelnie czarnych brwi, chłodzonych powiewem wachlarzy rzęs. Naturalnie w zbroi, akcentowanej dwoma łuskami brązowo-czerwonych sutek.


26.08.2023. Shannon Park w Dartmouth.

We mgle

Mgła, siatka drobnego deszczu otula

wilgotniejący dzień, ubranie, skórę.

Parasol zbyteczny, to prawie nie deszcz.

To mgła tańcząca scenę zbiorową

łabędzi z baletu Czajkowskiego.

*

Wirują piruety sceny świata.

Może to nie deszcz a topniejący wdech

zamierającego lata, westchnięcie

nadchodzącej chyłkiem lasami i

łąką jesieni – nieśmiało, cicho.

**

W przedpokoju spakowane walizki:

kurtki i kapelusze na dni słotne,

komplety bielizny i skarpetek też,

letnie koszule na dni słoneczne,

buty i sandały na spacery.

***

Brzęczy telefon, wysłana wiadomość:

ze względu na gęstą mgłę wszystkie loty

 odwołane i lotniska zamknięte.

Pana podróż też zlikwidowana.


[i] „I’m your man. The Life of Leonard Cohen”; by Sylvie Simmons; wyd. McClelland&Stewart, 2012; s.345

[ii] magazyn ‘Rolling Stone’, 14 listopad, 2016; “How Leonard Cohen Met Janis Joplin: Inside Legendary Chelsea Hotel Encounter”, Jordan Runtagh

[iii] „Kronos”, Wyd. Literackie, Kraków, 2013, ISBN 9788308050781

Poszukiwania samotnej miłości

Samotna Miłość

Jeżdżę i szukam Cię po dzikich plażach. Nasłuchuję okrzyków fal, poszumu wiatru.

Początkowo jeździłem na plaże i do miejsc, gdzie jeździliśmy razem. Rozmawiałem z Tobą, spacerowaliśmy trzymając się za ręce. W domu piłem ranną kawę z Tobą. Jeszcze byłeś, choć co raz bardziej milczący, co raz mniej wyraźny. Aż stałeś się cieniem, który jest blisko ale niemożliwy do dotknięcia, przytulenia.

Zacząłem więc jeździć w miejsca dzikie, nieznane. Z dala od ludzi.

Na dzikiej plaży, oddalonej od świata, mozolnie zbierałem kolorowe kamienie. Pisałem nimi list do Ciebie, mój krzyk. Ułożyłem z nich słowo ‘Miłość’. Czy spłynąłeś poświatą księżyca przed świtem by go znaleźć, odczytać, przycisnąć do piersi?

Wróciłem znowu tu, na to miejsce

po dwu dniach. Kamienie znalazłem,

poznałem kształty i kolor – przypływ

zebrał je w gromadę. Został tylko

wykrzyknik, głos zawieszony wysoko

nad piaskiem, nad wodą, niebytem.

                Czy jesteś jeszcze ze mną,

                czy jesteś tylko krzykiem

                bólu, pustki, rozpaczy?

Podszeptują: trzeba żyć. Trudno. Koleje jego tak właśnie ustawione.; tak było na początku i tak będzie na końcu.

A nikt nie pyta: ale czy można żyć? Więc bez pytania nie może być odpowiedzi. A życie to droga ku czemuś, do celu, ku jakiejś przyszłości. Ja jej nie mam. Nie chcę mieć. Jest mi zbyteczna. Ani na plażach wypełnionych śmiechem i krzykiem plażowiczów, ani na dzikich ostojach bezludnych. Została tylko ona – Miłość. Samotna, bez dotyku, bez drżenia, bez pocałunku.


Link to all “talks with John – Rozmowy z Johnem

John and me; Patsy Cline and Lacme; Love

At the very beginning, we understood the immense power of our feelings. We felt it even if we couldn’t comprehend the substance of it.

Yes, we were dating, as many young couples always did. But the dates were like an ocean, like a massive waterfall from the peak of a high mountain. The power of it was immeasurable. I think that, at times, we were overwhelmed with it. Oh, we knew that we liked each other, that we were very attracted to each other. Dear god! we were so young, especially John, hardly a man yet or just on the cusp of beginning to be one.

Life and dating for young gay men in the 80ties and 90ties was the same as for any other young people and yet, so fundamentally different from the majority. Apart from very few and very cosmopolitan cities, they couldn’t just stroll through parks and streets in a warm embrace, stilling happy kisses from each other.  Even there it was acceptable only in very few parts of the cities and still with a degree of personal risk. By the time we met, it was already much easier. That was that time of history (happily) that John belonged to. Mine started earlier, in darker times and places. The age difference wasn’t as big, but the difference in experience – huge.

Young gay man life in Warsaw in the late 70ties and early 80ties was like a minefield for a blind person. Very dangerous physically, perhaps even more emotionally.

By the time we met, I had already a long string of one-night stands that seemed and felt like it was a norm, a standard expected. My young, boyish innocence was gone or hidden somewhere deep and secretive.

Not that I was his first sexual partner. But comparing our experiences he was the Virgin of Orleans, and I was the courtesan of Babylon. LOL. But we were both innocent in the taste of huge, big love. A feeling we longed for: the torments, the powerful currents. And when they came for both of us – they swept and carried us to lands unknown. Lands of Dreams, Desires stronger than any notion of relationship, of dating.

Thus the dating was short. It was pointless. We had to become one: completely, permanently, fully.

Music was part of that beginning. John had strong, established musical tastes and I did, too. They were very different. We shared them, learned from each other. My love of opera and classical music, his of powerful traditional country music of North America, music full of longing, hardship, and dreams often unfulfilled. Thus our two songs and two melodies began. One that we often came back to through our long union in Calgary, Vancouver, and Halifax. The ‘Flower Duet’ of mezzo and soprano from the French Romantic opera “Lacme” and North America’s amazing country singer Patsy Cline and her famous hit ‘Crazy’ composed by Willie Nelson.

The ‘Flower Duet’ and ‘Crazy’ become our songs.

I was born on the fifth of Match, and Patsy died on the fifth of March very few short years later.  Although I truly was a child, a little boy on the day Patsy died in a plane accident – John often devilishly suggested that I was behind her death. That this particular song was his idea and dream of true love – and once I came into his life, that song stopped being a dream and become reality. Thus the song had to die too if a dream becomes reality. Therefore I must have orchestrated the demise of Patsy Cline! Machiavellian, indeed. LOL. 

But love is a strange thing. It blends reality and dreams. Blends life and death. That blend become my new land now, my homeland. Found it today on some isolated and desolate long stretch of sand and rocks stretching for miles, somewhere in the equally desolate and removed community of East Chezzetcook.

Talked to Patsy Cline, to Lacme and her student, to the ocean, to John. There was no one else in an eyesight. Just them and me. And love. No one was angry, no one was sad. Everything was a dream and the dream was reality.

Ukraina, Rosja. Jakie granice?

22 lipca 2022 roku pisałem szerzej o Ukrainie w perspektywie historycznej: skąd się wzięła, jakie ma granice i skąd one się wzięły; jej skomplikowanym charakterze etnicznym, o różnicach miedzy Rusami, Rusinami i Ukraińcami. O tym jak powstawały narody i państwa narodowościowe w Europie, jak rodziła się tożsamość narodowa. O tle historycznym Rzeczypospolitej i Wielkiego Księstwa Litewskiego na ziemiach Rusińskich (ukraińskich). O tym, że wyznaczone siłą i bezprawiem przez Rosję Sowiecką w latach 40. i 50. granice obecnej Ukrainy niewiele mają wspólnego z autentycznym samostanowieniem ludów i grup etnicznych i że polityka Ukrainy sowieckiej  w okresie 45-55 i Ukrainy suwerennej od lat 90. była często oparta na przymusowej ukrainizacji innych narodów.  Generalnie można było wysnuć wniosek, że polityka Ukrainy po uzyskaniu niepodległości była nie tylko nacjonalistyczna ale wręcz szowinistyczna wobec innych mniejszości, szczególnie gdy mówimy o jej granicach zachodnich (Zakarpacie, Rumunia, tzw. Transylwania i Węgry).

Ukraina – refleksje trudne – Pogwarki (kanadyjskimonitor.blog)

Nie były to rozważania zbyt sympatyczne, ale historia ma to do siebie, że … była. Że miała miejsce. I że trudno ją zmienić. Opinii tych nie zamierzam korygować. Oparte były na faktach, jakie miały miejsce.

Wracam do tematu ze względu na szokujące dla wielu rozważania Stiana Jennsena,Szefa Personelu Sekretarza Generalnego NATO.  Otóż w ostatnich dniach, podczas szczytu NATO, Jennsen niefortunnie powiedział publicznie to, co było w kuluarach tajemnicą Poliszynela: że ostateczny kształt granic przy ewentualnym rozejmie, pertraktacjach, zawieszeniu działań wojennych, nie jest przesądzony. Nie oznacza to powiedzenia, że granice powinny ulec zmianie lub będą zmienione. Ale sugeruje (po raz pierwszy publicznie), że zmiany pewne mogą nastąpić.

Jedyną chyba możliwością uniknięcia nie tylko zmian po inwazji lądowej Rosji ale i cofnięcia zajęcia Krymu przez Rosję lata wcześniej,  jest militarna klęska Rosji i wynikłe z tej klęski pertraktacje pokojowe. Ja zakończenia wojny rosyjsko-ukraińskiej nie widzę w formie takiej Konferencji Pokojowej, ani w stylu jałtańskim ani w stylu Compiegne.

Aby do takiej Konferencji doszło, jedna ze stron musi być w sytuacji uznania klęski wojennej. Tego też nie widzę. Europa, Stany Zjednoczone nie pozwolą na klęskę wojenną Ukrainy. Zbyt wiele zainwestowały w tą wojnę i zbyt wysoka jest stawka.  Z wieloma oświadczeniami Prezydenta Zełenskiego mam kłopoty się zgodzić. Ale nie z tym, które jest bodaj najważniejsze (dla nas, Zachodniego Świata i NATO): jeżeli nie wesprzecie naszych żołnierzy niezbędnym uzbrojeniem by mieli szanse w zmaganiach z rosyjskim żołnierzem, to jutro wasi żołnierze będą zmuszeni te zmagania podjąć u waszych własnych granic.

Klęska Ukrainy nie musiałaby skończyć się formalnym zajęciem tego kraju przez Rosję. Ale najprawdopodobniej skończyłaby się białorusyzacją Ukrainy. Jakiś ukraiński Łukaszenko bez problemu by się znalazł. Są tacy w każdym kraju.

Niestety, jeszcze mniej realną wersją jest klęska wojenna Rosji. To wielkie państwo, o olbrzymim potencjale ludnościowym, ekonomicznym, złożach minerałów niezbędnych do napędzania machiny zbrojeniowej. Państwo w którym słowo ‘demokracja’ ma takie same znaczenie, jak prawda – żadne.

Machina wojenna i armia rosyjska nie jest tak kompromitująco bezradna, jaką wydała się nam w pierwszych tygodniach wojny rosyjsko-ukraińskiej. To była spektakularna dezorganizacja i brak myślenia strategicznego i taktycznego jednostek rosyjskich. Przypuszczam, że bardziej z powodów politycznych wpływów niż braku myślących wyższych oficerów.  Jak za czasów bolszewickich (do których Putin tak tęskni) decyzje podejmowali pewnie ‘politrucy’ a nie faktyczni dowódcy wojskowi.

Z drugiej strony Rosja była (i do pewnego stopnia nasz świat) kompletnie zaszokowana bohaterstwem, wytrwałością i dzielnością jednostek ukraińskich, jedności kraju. A na czele tego kraju stał człowiek, który, jak mało kto potrafił stanąć niezłomnie i zdecydowanie w obronie suwerenności swej ojczyzny – Wołodymyr Zełenski. Jakie znaczenie ma w czasach wojny przywódca kraju – nie trzeba przypominać. Kolosalne.

Ten czas zimy i wiosny 2022/23 przyniósł dowody i efekty niesłychanie dobrze zorganizowanej obrony i kontrataku wojsk ukraińskich. I trzeba zwrócić uwagę na fakt, że w początkowej fazie tej wojny Ukraińcy otrzymywali dużo mniej liczne i dużo starsze i słabsze dozbrojenie w sprzęcie wojskowym. Zważywszy, że ich agresor to była ta sama Rosja, z tą samą przewagą w sprzęcie, liczebności armii, zasobach ludnościowych i ekonomicznych – kampania zimowo-wiosenna wykazała świetne przygotowanie i dowództwo strategiczno-taktyczne Ukraińców.  

Okres późnej wiosny i lata 2023 doprowadził do wzmocnienia politycznego sojuszu NATO, Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych wobec agresji rosyjskiej. A te sukcesy wojny obronnej Ukraińców i równie spektakularna kampania propagandowa Zełenskiego przyczyniły się do realności możliwej kontrofensywy ukraińskiej.  By tą kontrofensywę wzmocnić, by różnice w uzbrojeniu obu państw kombatanckich nie tylko wyrównać ale wręcz przechylić na rzecz strony ukraińskiej – Zachód rozpoczął poważne dostawy poważnego i nowoczesnego sprzętu dla wojsk ukraińskich.  Przez całą jesień ubiegłego roku Zełensky mówił o szykującej się zdecydowanej kontrofensywie i odbiciu zajętych terenów. Głównie na obszarach Zaporoża, południowo-wschodniej Ukrainy. Po kilkumiesięcznych opóźnieniach i przygotowywaniach kontrofensywę ukraińską rozpoczęto w czerwcu tego roku. Te opóźnienie umożliwiło dostarczenie Ukrainie większej ilości nowoczesnej broni i pocisków.

Niestety, dało to czas Rosji na przygotowanie bardzo silnie ufortyfikowanej linii obrony na prawie całej długości frontu. Fortyfikacje rosyjskie są logistycznie i strategicznie bardzo silne, dobrze zaplanowane. A jednostki wojsk rosyjskich które obecnie tam rozlokowano są o wiele lepiej przygotowane i w wyższej gotowości bojowej niż te, które uczestniczyły w pierwszym okresie wojny.

Generalnie można powiedzieć, że kontrofensywa ukraińska ugrzęzła w wojnie pozycyjnej przypominającej Front Zachodni w czasach I wojny światowej. Front przesuwa się w tempie przypominającym wyścig żółwi a nie kampanii zmechanizowanych sotni kozackich XXI wieku. I przy wysokich stratach ludzkich.

Dla NATO dodatkowym zagrożeniem jest niebezpieczeństwo, które niespodziewanie pojawiło się dosłownie przy brzegach Dunaju i Morza Czarnego. Mówię o Rumunii i Bułgarii, członkach NATO. Po odmowie przedłużenia umowy wysyłki zboża ukraińskiego z ukraińskich portów czarnomorskich i blokadzie tej trasy przez flotę rosyjską, Ukraina skierowała transport zboża przez dunajskie porty rzeczne w Rumunii. W ostatnich tygodniach Rosjanie zaczęli atakować ten transport. Niektóre pociski eksplodowały tuż przy granicy rumuńskiej. Co stanie się gdy zaczną wybuchać (czy celowo, czy przez zwykły minimalny błąd obliczeniowy nie ma znaczenia) już po drugiej, rumuńskiej stronie granicy? Gdy zginie choćby jeden Rumun? Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego – to motto NATO nie może być stosowane wybiórczo. Albo wszyscy – albo nikt. Równie niepokojące były awantury rosyjskiej floty czarnomorskiej u wybrzeży Bułgarii.   Być może jest to zwykły szantaż Putina, próba wybadania spójności NATO i natowskiego stanu nerwowości. Nikt nie chce wojny w Europie, w której cała Europa będzie zaangażowana bezpośrednio.  Ale nikt nie chce też stwarzać wrażenia i precedensu typu: że tak, że wszyscy i jeden ale nie zawsze i nie wszędzie.

Zełensky po wielkiej turze wszystkich prawie stolic NATO i przyjmowaniu, w roli bohatera międzynarodowego w parlamentach tych krajów, przywykł do roli wodza-bohatera, gwiazdora stacji telewizyjnych.  Stał się kimś w rodzaju ukraińskiego Johna Wayna w Hollywood. Dziękował, pouczał, domagał się, sztorcował. I na ogół dostawał, czego się domagał. Kto nie kocha Dawida, gdy ten staje w szranki z potworem-Goliatem? 

I tu nastąpił jednak mały zgrzyt podczas ostatniej Konferencji NATO w której dyskutowano o przyszłości układu NATO-Ukraina. Bardzo grzecznie i dyplomatycznie dano mu wyraźnie do zrozumienia, że NATO to nie posłowie, którzy dużo mówią, bo mało mogą. NATO nauk na tym szczeblu nie lubi. Będąc mądrym politykiem Zełensky lekcje błyskawicznie zrozumiał i zmienił diametralnie ton wypowiedzi. Nie umknęło to jednak uwagi świata. I zgrzyt zauważono.

Dlaczego skupiam się na negatywach w tym opisie?  Właśnie dlatego, by zrozumieć kontekst wypowiedzi Stiana Jennsena na konferencji NATO. Wypowiedzi której w zasadzie nikt, łącznie z Sekretarzem Generalnym NATO, nie zdementował. Bo w polityce – odwrotnie niż w bitwach – nie zawsze ktoś jest przegranym, a ktoś inny zwycięzcą. Na ogół każdy coś dostaje i każdy coś oddaje. A rozejm to też nie Traktat Pokojowy. Rozejm to zgoda na to by przestać się po gębie okładać, bo zębów zaczyna brakować.

Dla Rosji i dla Putina ta wojna też staje się co raz bardziej droga i nieopłacalna. Nie tylko ekonomicznie ale i politycznie. Droższa, niż wartość jakiś dwóch małych prowincji na Zadnieprzu. Przypuszczalnie z pominięciem Krymu. Ale Krym, to już osobny temat.

Zupełnie osobnymi, mimo to związanymi silnie z tymi uwagami jest wyjątkowo brutalna, kryminalna rosyjska kampanii ‘ziemi spalonej’, terroru wobec ludności cywilnej. Nieustanne bombardowanie i ostrzał rakietowo-artyleryjski, naloty uzbrojonych dronów (nota bene to pierwsza duża wojna, w której drony militarne zyskały znaczenie poważnego sprzętu uzbrojenia armijnego i charakter broni prawie strategicznej), naloty lotnicze ma za zadanie nie tylko niszczyć potencjał przemysłowo-gospodarczy Ukrainy. Niszczenie wszelkiego rodzaju potencjalnego przemysłu zbrojeniowego jest naturalnym i uznanym aktem taktycznym w każdych wojnach. Tutaj mamy do czynienia z niszczeniem wszystkiego, co stanowi o mocy całej gospodarki, ekonomii ukraińskiej. Ze zwykłym terrorem wobec ludności cywilnej. Obiekty medyczne, sakralne, kulturowe są dla Rosjan celem identycznym, jak np. zakłady reperowania sprzętu wojskowego. A celem zasadniczym właśnie terror wobec ludności. Doprowadzenie do zmęczenia tą wojną ludności cywilnej. Widzę w tym szatański plan Putina dążący do osłabienia ducha niezłomności w ludności cywilnej. Do przygotowania jej właśnie do ewentualnych ustępstw, gdy do rozmów  rozejmowych dojdzie. Rozejmowych, nie pokojowych. Podejrzewam, że Rosja teraz sama dążyć będzie do rozejmu szybciej niż Ukraina.  Zanim Ukrainie uda się być może jednak ten front na Zaporożu przełamać i istotne tereny okupowane przez Rosjan przechwycić.

Podejrzewam, że konferencji rozejmowej Rosja teraz pragnie bardziej niż Ukraina. Nie bez znaczenia jest fakt spektakularnych i niespodziewanych ataków ukraińskich na tereny Rosji i jej miast.  Aż po Moskwę. Wbrew ostrzeżeniom państw zachodnich, by tego nie robili i wręcz zakazie używania sprzętu i amunicji dostarczanej Ukraińcom przez Zachód. Ukraińcy złamali te tabu i przeciwstawili się tym zakazom. Moim zdaniem bardzo słusznie. Innym spektakularnym niepowodzeniem Putina był bunt Armii Wagnera i wycofanie jej z frontu ukraińskiego.

Wszystko to – bez względu na publiczne wypowiedzi Putina – sugeruje, że Rosja skłonna będzie do pertraktacji rozejmowych bardziej niż Ukraina. Zachód też raczej jest do tego skłonny. Czy skłonni są Ukraińcy?  Czy Zełenskiemu uda się niezłomną postawę Ukraińców utrzymać i odmówić udziału w takich rozmowach? A jeśli dojdzie – czy uda mu się przekonać NATO do silnego wsparcia jego żądań? Nie wyobrażam sobie, by Putin zgodził się wycofać poza granice  rejonów Luchańska i Doniecka.

I w takiej perspektywie należy widzieć niefortunnie upublicznione wypowiedzi Jennsena.

Leighton Dillman Park. Dartmouth’s treasure.

A story in pictures composed during my walks with a camera. Unique city park with unparalleled views and rich history. Part of it offers also a story of history, as the trail meander into a very old cemetery of first families of settlers – people, who founded the city.

Kanon

FUGA

Jak cię nazwać falo wodna?
Jak słowami namalować
byś ożyła, nie zamarła
milczeniem ziarenek piasku?

Czy z kipieli wyjdzie
szereg młodych bogów
w srebrnych łuskach boskiej
zbroi, czy też jeden –
        nagi, lśniący słońcem
        malującym złote
        floresy na jego
       mokrej, gładkiej skórze?

Nie bóg. Kruchy człowiek.
Na krętej i białej
jak alabaster muszli
zagra fugę boską

	spisaną gwiazdami
	nocnego nieba
	zawieszonego nad
	srebrnym płaszczem morza.


B. Pacak-Gamalski, 08.08.23

The hub of Nova Scotia: Halifax as seen from Dartmouth

The only way you can really appreciate the view of the entire downtown of Halifax – is to drive across the bridge. You can go on My Rocks to North Dartmouth. The view is very nice but you can see it only at an angle. If you want to snap a few pictures en face – the only and truly wonderful is to take the Trans Canada Trail from the Cove. The walk is splendid. There are benches to take a rest and … enjoy! Go ahead, take a few snaps. I stopped there this morning, on the way back from the hospital.

View of the Cove on Dartmouth side – where the Trail starts.

Walks, views, nature, and magic through the lenses

The shores of the Atlantic in Nova Scotia offer unparalleled vistas. Both: natural, not needing any augmentation or adjustments, and some that just beg to be transform into another realm of possibilities. What we see and what we imagine. Which is true?

In my walks, I never forget to take my camera. Not that we really need one these days – after all, we all have smartphones.

Many of these ‘travels’ are just under my nose, on My Rocks next to home. But even there – I always find something that is or seems to be different. Light? The hour of the day or night? The season? The variants are plentiful.

Plaże i rozmowy z Tobą

Plaże i lato. Pierwsze bez Ciebie. Tak, wiem. Nie byłeś ani plażowiczem ani amatorem opalania się i pływania. Jeżeli już to w basenie, a nie w miejscach z żywymi stworzeniami. Mimo to jeździłeś ze mną. Bo wiedziałeś, że to dla mnie ważne. Kocham morze i pływanie w nim. A ty kochałeś mnie. Braliśmy więc jakieś parasole i ochraniacze dla Ciebie, nigdy  (prawie nigdy, LOL) nie namawiałem Cię do kąpieli. Ale czasem i to robiłeś kiedy woda była spokojna, przejrzysta i mogłeś widzieć, czy coś w niej nie pływa, nie czyha na Ciebie. I pod groźbą zabójstwa kategorycznie zabraniałeś robić mi zdjęć w tych momentach.   Ale czasem zapominałeś się i spacerowaliśmy razem po pas w wodzie chodząc długo wzdłuż brzegu, zwłaszcza gdy nie było obok świadków tego przestępstwa. Kochałem te Twoje dziwactwa. Wobec moich występków były zaiste urocze. Ale kochałem jeszcze bardziej, gdy rzeczy robiliśmy razem: spacery, podróże, i tak – czasem nawet kąpiele w morzu razem. Bo gdy robiliśmy rzeczy razem było nam najlepiej, były najpiękniejsze, najciekawsze.

22 lipca byłem na plaży w Taylor’s Head Provincial Park. Skreśliłem siedząc na piasku kilka słów:

                Tak, poznaję twój słony zapach, poznaje głęboki błękit wody, mieniące się niczym otwarta szkatuła dno twojej zatoki.  Puszyste pierzynki chmur zawieszone nad skałami twych brzegów. Poznaję. Kiwam głową na przywitanie. Ze wszystkich moich miejsc tutejszej ziemi byłeś chyba mi najbliższe, najserdeczniejsze. Zawsze dawałeś spokój i ukojenie.

Tu zatrzymaliśmy się na odpoczynek wiosną w 22 roku. W czasie naszej ostatniej już długiej podróży z Halifaksu do uroczego Antigonish i potem szosą przez środek półwyspu, do Sheet Harbour. Nie wiem czy bardziej cieszyły mnie nowe widoki i miejsca, czy sam fakt długiej podróży z Tobą. Bo podróżowanie z Tobą było jedną z największych przyjemności mojego życia.

Więc tu, w Taylor’s Head Park, zatrzymaliśmy się na odpoczynek. Nie było już nikogo na plaży. Tylko my, ja i Ty. I ona – woda wieczna, woda śpiewająca pieśń głębin. Dzięki Ci za to.

23 lipca pojechałem na Martynique Beach. Spisałem i tam myśli o Tobie.

                Piękna , długa plaża. Chodzę po niej i raduje się wodą nadzwyczajnie w tym roku ciepłą. Fale przynoszą błogi chłód nagrzanej od słońca skórze. Kradnę radość życia.

Kradnę, bo wszystko we mnie krzyczy, że nie mam prawa. Że skoro nie ma Ciebie tu ze mną, nie powinienem. Bo chodziliśmy tu razem. Że kładąc się na ręczniku tak starałem się ułożyć, by dotykać Twojego ramienia. Taka śmieszna, dziecięco-szczenięca potrzeba dotyku ciała osoby bliskiej. która czyni świat bezpiecznym, znajomym, dobrym. A teraz nie mogę się do Ciebie przytulić, wiec świat nie może być dla mnie bezpieczny, znajomy.

Myślę często też (co  mnie zaskakuje, że ku temu myśli biegną w czasach smutno-złych) o życiu ogólnie. Długie już dla mnie było, więc coś tam można wydedukować, zrozumieć. Szedłem onegdaj tymi wysokimi skałami koło Penant, tam gdzie trasa zaczyna się łagodnie od Crescent Beach, a potem idzie stromo w górę na głazy-olbrzymy i wąskie, zarośnięte ścieżki w kosodrzewinie. Gdzieś, na jakimś zakręcie-wykrocie potknąłem się. Agnieszka, która była ze mną, obsztorcowała mnie zaniepokojona: uważaj, patrz pod nogi, bo się potkniesz!  No to się potknę, może nawet się wywrócę, i co z tego moja droga? To prawda, że patrząc stale pod nogi, w dół, idzie się bezpieczniej. Ale nie zauważysz nieba i pędzących po nim marzeniach. Więc warto iść z zadartą do góry głową, biec za marzeniami. Nawet kosztem stłuczonego kolana i siniaka na czole.

Kilka dni temu robiłem notatki z wyjazdu na Conrad Beach 2 sierpnia.

                Przyjechałem sam. Wyjątkowo dziś trudno było w domu. Wszystko i wszędzie mi przeszkadzało, upokarzało złośliwością mebli, podłóg, przedmiotów. Nie mogłem sam z sobą rozmawiać, nie mogłem, rozmawiać z Tobą.

Zostałem tu z tysiącem papierów, dokumentów, które mnie świadomie oskarżały o to, że jestem, że przetrwałem. O to, że … żyję. Najdokuczliwsze w tym było uczucie masochistycznej satysfakcji: tak! Powinieneś źle się czuć. Powinieneś żałować, że nie poruszyłeś wszystkiego, co możliwe i nawet tego, co było niemożliwe, by nie dopuścić tej śmierci!

Mój dom stał się dziś więzieniem całej mojej beznadziejnej egzystencji. Celą skazanego na życie bez Ciebie. Życie, którego nie uratowałem.

Uciekłem więc na moją ulubioną plaże. Było już późne popołudnie, bez tłumów. Cała jej zachodnia część była pusta, bez ręczników, bez namiotów i parasoli. Rytmiczny huk fal rozbijających się na piaszczystym brzegu wyciszył wszystkie niepokoje. Mogłem z Toba spokojnie rozmawiać.

Czy pamiętasz te śmieszne uczucie, gdy idziesz boso brzegiem morza i nadpływające fale wypłukują spod twych stóp piasek? Jakbyś spacerował po jakiejś pustyni z ruchomymi piaskami, które mogą cię pochłonąć. Tak dziś się czułem. Ziemia usuwała mi się spod nóg. Miałem nawet cichą nadzieję, że mnie pochłonie. Oczywiście – nie pochłonęła. Ale miałem nadzieję. A nadzieja to takie miłe uczucie. Takie, jakie się ma stojąc na peronie oczekując na kogoś. Spodziewając się, że ten ktoś za chwile wysiądzie i rzuci ci się na szyję. Chciałbym pojechać na taką stację, chodzić po takim peronie wypatrując w dali czy pociąg już nie nadjeżdża…

                Są dni, że bycie samemu w naszym domu jest jak puchar ambrozji w gorące popołudnie. Słyszę i widzę Cię wszędzie. Wszystko mi Ciebie przypomina. Każda szklanka ma odciski Twoich palców. Poduszki ciągle pachną Twoja skórą. W pudełeczku dziesiątki karteluszek z Twoimi zapisami różnych przepisów kulinarnych. Staram się tak rzeczy uprane, wymyte, wyprasowane lub odkurzone układać i ustawiać, jak Ty je ustawiałeś i układałeś. Uśmiechasz się do mnie ciepło, gdy to robię.  W takie dni nie lubię ani telefonów, ani odwiedzin, ani wychodzenia na spacery. Ledwo mogę ścierpieć wtedy te codzienne jeszcze moje wizyty w szpitalu. Chce być wtedy w domu, który jest w te dni ciągle naszym Domem.

I są dni, gdy te same ściany, te same przedmioty zieją pustką, wrogością, obcością. Gdy mnie duszą ciszą nie do zniesienia. Wtedy nasza sypialnia to cela, a mieszkanie – więzieniem.

Od młodości wczesnej miałem dziwne zauroczenie śmiercią. Jakieś romantyczne, poetyckie wizje Starszej Dobrej Pani, która sen przynosi znużonym, lub pięknego Skrzydlatego Anioła otulającego muskularnym skrzydłem znużonego.

Dziś nią gardzę.  Jest nieczuła i obojętna wobec nas. Jej żniwo nie ma nic z troski i dbania. Nie oczekuje jej ale i jest mi też zupełnie obojętnie kiedy stanie przy moim oknie. Może przyjść jutro i nie zrobi na mnie żadnego wrażenia.  Teraz, gdy zabrała mi prawie wszystko – fakt że pozostawiła mnie jest jakimś makabrycznym żartem pijanej ladacznicy, która drwi z napotkanych o zmroku przechodniów.  

W swoim słynnym tomiku „Pan Cogito” Herbert w wierszu ’Matka’ kończy go samotnym wersem:

Wyciągnięte ręce świecą w ciemności jak stare miasto.

To tylko pozostaje. Wyciągnięte ręce. Puste.