bill bisset i Tomasz Michalak – jak tłumaczyć nieskodyfikowane języki?

Ostatni tekst wiązał się bezpośrednio z literaturą. Literaturą przez duże L, bom pisał był o Gombrowiczu i Jeleńskim. Jednocześnie przypominałem mój cykl o literaturze tzw. emigracyjnej lat PRL-u.

W cyklu tym pominąłem jednego poetę i tłumacza poezji, z którym we wczesnych latach 90. nawiązałem kontakt, Tomasza Michalaka.  Opublikowałem w numerze drugim Rocznika Twórczości ‘Strumień’ kilka wierszy Michalaka, a że kontakt nam się w jakiś sposób potem urwał (nie sądzę by były ku temu jakiekolwiek ważne przyczyny, raczej zwykłe i prozaiczne towarzyskie – w tamtym okresie moje życie było ponad miarę wypełnione zajęciami, które pochłaniały więcej czasu niż oferowała go doba). Spotkałem go chyba w Simon Fraser University w Burnaby, gdzie wówczas studiował. Dziś zdaje się dalej tam jest, naturalnie jako wykładowca tym razem.

Opublikowałem wtedy pięć jego wierszy[i]. I wszystkie mi się podobały, podobał mi się sposób w jaki używał języka gramatyki.

Słowo ‘podobały’ nie jest określeniem używanym w krytyce literackiej – a przecież jest to najistotniejsza część łączności z czytelnikiem. Krytyk, badacz musi czytać wiersze, by je oceniać, recenzować.  Czytelnik nie musi i nie potrzebuje. Czytelnik czyta te, które lubi, które mu się podobają.

Gramatyczna kolejność i funkcyjność tej kolejności części mowy. Jeśli poeta trzyma się jej zbyt uparcie i sztywno – wiersz staje się klepanką, ogłoszeniem i traci wyraz poetycki. Nie będę wyliczał poetów, którzy to robią, bo zbyt długi ten tekst by być musiał. Im bardziej kodyfikujemy język, im bardziej sztywny gorset na niego nakładamy – tym bardziej staje się on językiem urzędowego obwieszczenia. W wierszu Michalaka „Rzeczy które wydarzyły się komuś” druga linijka brzmi tak: ze śmiechem kartki przewracają się papieru – naturalnie poprawnie brzmieć to winno: kartki papieru przewracają się ze śmiechu, tyle, że traci wtedy to zupełnie muzyczność frazy, staje się banalnym stwierdzeniem faktu. A przecież nie o to w poezji chodzi. Fakt jako taki jest w swej zasadzie kamieniem u szyi poety. Oczywistość oczywistości to jej śmierć.

Co tu chcę, w znanej mi spuściźnie Michalaka, przypomnieć, to jego praca tłumacza poezji anglojęzycznej. Mówię konkretnie o poezji billa bissetta (oficjalnie to Bill Bissett, forma której poeta w zasadzie nie używa, odrzucając, jak w swej poezji, wiele zastanych norm gramatyczno-ortograficznych). Jeden z najbardziej trwałych i tragicznych elementów kanadyjskiej poezji ostatnich siedemdziesięciu lat. Od dekad prześladowań rządowo-policyjnych, po międzynarodowe i krajowe akolady, nagrody, ordery. Od cel aresztów policyjnych, po salony Sztuki i ordery państwowe[ii].

Tomasz Michalak podjął się trudnego zadania przetłumaczenia tomiku wierszy Bissetta „żeczy ń pojęte”[iii]

Tłumaczenie poezji pisanej w dużej mierze w formie fonetycznej, języka mówionego, a nie pisanego, musi nakładać na tłumacza dodatkowy problem, gdzie sama znajomość języka oryginału i języka tłumaczenia to za mało. Trzeba poniekąd wgryźć się w sposób mówienia i dźwięku słowa.  W skodyfikowanym języku można to porównać do czytania nut. Proszę sobie wyobrazić koncert, gdzie nie ma żadnego muzyka ani instrumentu, miast tego jest lektor. Staje przed widownią i czyta utwór z kartki: tempo presto – crescendo, dwa bemole, 3 szesnastki na trzeciej linii, dwie połówki na czwartej, trzy półnuty w oktawie wyżej …. Ciekawym bym był, ile osób by na takie koncerty chodziło …

Trudno bardzo ocenić poziom tłumaczenia tego typu poezji i nie mam zamiaru tego tu robić. Zupełnie prywatnie musze powiedzieć, że Michalak bardzo przybliżył mi poezje bissetta, a sam bisset autoryzował te tłumaczenie. Co też trudno ocenić, gdyż bissett języka polskiego nie zna. Ale to są już dywagacje mało znaczące. Z punktu widzenia językowego jest to praca dobra i warto by było, gdyby jakieś wydawnictwo w Kraju to opublikowało. Może ktoś kiedyś to zrobił, nie mam pojęcia, bo badań jakichkolwiek nie robiłem w tej mierze.  

Tłumaczenie Michalaka przypomina mi bardzo formę walki futurystycznej z kodyfikacją języka prowadzoną przez Bruno Jasieńskiego i poetycką prozą Brunona Schulza – inność. Inność używania języka, jako formy, która ma służyć twórcy a nie kajdan, które mają go ograniczać. Do takiego ‘braku szacunku’ wobec formalnej kodyfikacji ortograficzno-gramatycznej nawiązywała też współcześnie Olga Tokarczuk podczas spotkania na 70-lecie Wydawnictwa Literackiego w Krakowie. Podkreślała, jak język ma być narzędziem giętkim w ręku pisarza a nie kajdanami sztywnej formy.

Więc wracając do tłumaczenia Michalaka wierszy bissetta przytoczę pierwszy z tego zeszytu poetyckiego. Bardzo zresztą oddający – abstrahując od sposobu zapisania – charakter poezji bissetta.

Czy fszystko jest dla sfiń

ona myśli ż jej gufno

               Jest sesłota swysacanego

rubinami

               on myśli ż jego jest perłostanem

i przeczystością łabęciej kfakfaducji

               co masz  im

mufić

                wiekuf owijają jh sny

               i pryfatne opinie

                              f befełnę

                              praciatofych

                              kultuf

               gufno

               jest gufnem

               ale ja

               fo tego

gufna

               dobiorę ś

               wam

               jeszcze[iv]

Ot, ciekawostka poetycka. Jedynej rzeczy, której sensu pojąć nie potrafię to właśnie tego niby-konstruktywizmem pachnącego układu graficznego strof i wersów. Chyba, że założeniem był jednak chaos. Tutaj tłumacz jest jednak bezbronny, ten układ stroficzny jest dokładnie taki w oryginale. Co w niczym mi w rozumieniu tegoż nie pomaga.  Naturalnie – chaos zrozumiany być nie może i z tym się zgadzam.

I tyleż na dziś.

  


[i] Rocznik Twórczy „Strumień”, nr 2; s. 31; Surrey, Kanada; rok 2000; ISSN 1488 8513

[ii] Bill Bissett – Wikipedia

[iii] Bill bissett; „żeczy ń pojęte”, wyd. Talon Books, Burnaby BC, Kanada, 1998

[iv] ibit

Leave a comment