Sztuka. Artysta. Najwyższa kwintesencja człowieczeństwa. Bzdurą kompletną jest stawianie tegoż w opozycji do wiedzy. Wiedza jest częścią sztuki, jest bramą, która umożliwia artyście twórczość. Poniekąd służy sztuce. I odwrotnie – sztuka budzi głód wiedzy, zadaje pytania, na które wiedza stara się odpowiedzieć i otworzyć tym drogi do nowej twórczości. Wiec Art i Logos, wiedza obiektywna, zewnętrzna i sztuka, jako wiedza wewnętrzna, emocjonalna, subiektywna. Wzajem się uzupełniające i wspierające. Myślałem o tym jadąc kilka dni temu samochodem i słuchając w radio uroczej kompozycji ‘Da geht ein Bach’. Nie znałem wcześniej tego utworu. I kto skomponował? Ano, kawaler Fryderyk Nietzsche. Tenże sam, filozoficzny król (lub ojciec) współczesności, modernizmu. No OK, może bardziej adekwatnie by było nazwać go Ojcem Chrzestnym. Tak, tym ze słynnego amerykańskiego filmu Coppoli.
Chodzi mi o taką właśnie kombinację, te złączenie artysty i filozofa. Jeśli genialny Wittgenstein zadał śmierć filozofii (tak, jak Nietzsche uśmiercił Boga), to Nietzsche był ostatnim królem-filozofem, filozofem-alchemikiem duszy. Tym, który Boga szuka, a po odnalezieniu zabija go. A więc twórcą jednak, nie naukowcem, badaczem. Bo któż zabić Boga potrafi, jeśli sam nie jest też twórcą, sprawcą stwarzania?
Ot, takie myśli nachodziły, gdym słuchał tej doprawdy uroczej, lekkiej a jednocześnie bardzo kunsztownej muzycznie kompozycji. Polecam serdecznie pianistom, zwłaszcza młodym (choć młodość dla artysty jest pojęciem bardzo elastycznym) grać to. Nie, nie dla ćwiczeń. Najlepiej na koncertach, jako miłą popisówkę na bis. Gwarantuję, że bardzo publiczności (nawet tej nadętej, bo jakże by mogli achów i ochów nie pokazać wobec samego wielkiego Fryderyka Nietzsche?!) się spodoba.
Do tematu wracam jednak. Ustaliliśmy, że Arte to kwintesencja człowieczeństwa. Artysta więc zostaje poniekąd demiurgiem. Trzeba go nie tylko poznać ale i wyczuć, lub wczuć się w jego przesłanie, utwór, natchnienie. Tak, jak muzyka właśnie – musi w nas grać. Inaczej szkoda czasu chodzić na koncerty. A artyści są tacy różni, tacy inni. Jest w nich cały wszechświat. Nie jakieś schematy, jakieś uproszczenia, sprowadzanie do wspólnego mianownika lub mierzenie jedną miarką. Nie chodzi tylko o to, co jest. Chodzi w mierze równie ważnej o to, co być może, a także co być mogło. Co się skrywa czasem za półsłowem, krótkim spojrzeniem, gestem z pozoru od niechcenia. Nawet jeśli boisz się wyjść na ulice, to przynajmniej otwórz okno i popatrz na świat zewnątrz, spoza własnych czterech zdań. Tak, jak Zofia Nałkowska, gdy w dobie okupacji pisząc „Dzienniki” otwierała okno dodawała reflektując zaraz : ‘i znowu zaszła zmiana w polu mojego widzenia’.
Gdy pisałem w poprzednim felietoniku-bajeczce o Baczyńskim i Kocie-Jeleńskim, o Baczyńskim i Jerzym Andrzejewskim i o „Zośce’ i „Burym” (naturalnie, że celowo – choć nie bez podstaw – wybrałem tak symbolicznie brzemienne postacie), to wszak o tym pisałem. O tych możliwościach, o tych półcieniach i innych kolorach tej samej rzeczywistości. O drzewie, które żyje a nie o drewnie. O bogactwie inności.
Ciekawym papierkiem wszelkiej inności w tym kontekście twórczym, jest literacka twórczość (ta zwłaszcza, bo najbardziej prosto rozpoznawalna, czytelna – w przeciwieństwie np. do muzyki lub sztuk plastycznych, które wymagają większej znajomości z arkanami sobie specyficznymi, z ikonografią gatunku) bieżeńców wszechczasów: Żydów.
Teraz natknąłem się na tą tematykę dzięki wydanej właśnie monografii (?), zbioru eseistyki, badań, biografii związanej z mało u nas znanym terminem ‘maran’. A to odsyła bezpośrednio do wielkiej diaspory żydowskiej na Półwyspie Iberyjskim w wiekach średnich, pierwszego poważnego pogromu i ucieczki Żydów. Ale, co z tym – choć nie tylko z pogromem i nieszczęściem – się wiąże, to z właśnie z ludźmi-twórcami, którzy wtopili się w nowa kulturę, nowy język, czasem nową wiarę (w Polsce popularne było pojęcie ‘przechrzty’, na ogół o pejoratywnym zabarwieniu). Ale coś z tej starej, ojczystej żydowszczyzny w nich zostało. I jak to na ich twórczość wpływało? Jak wpływało na kształt literatury i kultury szeroko rozumianej tych nowych obszarów etnicznych, kulturowych? Podróż w obie strony jednocześnie.
Z samą tematyką (w formie beletrystycznej, z elementami kryminału) maranów zetknąłem się przed wielu laty czytając świetną powieść Richarda Zimlera „The last kabbalist of Lisbon”. Teraz z niecierpliwością czekam, gdy wpadnie w moje ręce to wydanie „Maranów” – dzieło wielu badaczy i znawców tematyki skupionych wokół Uniwersytetu Muri im Franza Kafki (sam uniwersytet jest znowu ciekawostką niemałą i rzeczą tyleż symboliczno-legendarną, co mityczną, ale to temat osobny). Wydawcą jest krakowska ‘Austeria’.
Tak, jak do wspomnianego już tu poprzedniego tekstu-arabeski o Baczyńskim i jego przyjaciołach wracających z Gimnazjum Batorego, tak i do tej książki skłonił mnie kontakt z Piotrem Sadzikiem, literaturoznawcą z Instytutu Lit. Polskiej UW, bo z pracą nad „Maranami” związany był de facto organicznie. Do pewnego stopnia jest to też mały fragment mojej własnej pracy nad przygotowywaną książką o plemiennym (wręcz szczepowym) ‘genie’ społeczności LBTQ+. Genetyka kulturowa versus genetyka etniczna.
Siadając więc nad notatnikiem, z kawą i ciastkiem obok, w ulubionej kawiarence-antykwariacie w Halifaksie pisałem kolejny fragmen/t/cik do tejże książki.:
… przypomina mi się kultowy balladysta studenterii lat 70. i 80. ub. wieku, Marek Grechuta. Trubadur zbliżony do wyobrażeń mistrala, poety-śpiewaka-aktora wieków średnich, antycznych i pewnie archaicznych. Powtarza w balladzie młodzieńcze zwrotki polskiego wieszcza Adama Mickiewicza. Adam Mickiewicz – cóż bardziej polsko-patriotycznego być może? A cóż młodzieńczy (czy w jakimkolwiek wieku biologicznym) Mickiewicz może mieć wspólnego ze szczepową społecznością LGBTQ ? Nic. Ale młody Adam ma te same emocje, pytania , pasje, jak każdy Adam, gej czy straight. Więc Grechuta śpiewa te pytanie „I znowu sobie zadaje pytanie, czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie?”. Naturalnie ani autor, ani trubadur, ani też czytelnik i słuchacz nie ma najmniejszej wątpliwości z wyborem odpowiedzi. Jest jasny i prosty. Nie być pewnym może być tylko ktoś, kto nie kochał. Czy obiektem był przyjaciel, który jeszcze kochankiem nie był, czy świadomy romantycznego kontekstu obiekt adoracji. Konsumpcja tej adoracji lub jej brak nie mają tu jakiegokolwiek znaczenia. Zadawanie sobie tego pytania jest już odpowiedzią na nie. Ale to pytanie uległo dziwnej rekonstrukcji w całej prawie współczesności, gdy homofobia stała się modna. Gdy rycerz-bohater nie miał prawa być gejem. Nawet jeżeli był. A w rzeczy samej jest wszak kompletnie bez znaczenia czy faktycznie był. Dla takiej konstrukcji samo przypuszczenie, sam argument takiej możliwości (że rycerz-bohater, owszem mógł być) odrzucane są z zacietrzewieniem i emocją wartymi lepszej sprawy. Na jakąś ‘platoniczną miłość przyjacielską’ jeszcze ze zgrzytem zgodzić się mogą. O kochaniu mowy być nie może. Skąd ta idiotyczna argumentacja i te dantejskie argumentowanie contra – nadziwić się nie mogę. Tebańscy wojownicy by pewnie nie mogli pojąć też, a młody Aleksander Macedoński spytałby się Arystotelesa, zanosząc się śmiechem, o co tu w ogóle chodzi?
obraz Ine Veen przedstawiający Annę Pawłową w jej legendarnej roli z Jeziora Łabędziego (ze zbiorów Wikimedia Commons)
Nie wiem już nawet który jest rok dokładnie. Lata są 30. ubiegłego wieku. Warszawka. Paryż Północy. Kocik Jeleński, młodziutki, szczupły z charakterystycznym noskiem, idzie pod rękę z Krzysztofem Kamilem, też młodziutkim, romantycznym. Śmieją się jak typowi gimnazjaliści w tym wieku. Za nimi mała grupka przyjaciół wśród których są i „Zośka” (Tadeusz Zawadzki) i „Rudy” (Jan Bytnar). Potem zasiadają razem w szkolnych ławkach Gimnazjum Batorego.
W klasie siedzą też inni koledzy szkolni. Bractwo na ogół inteligenckie. Na przerwie ktoś rozpoczyna popularne wówczas wśród młodzieży nacjonalistycznej przepychanki i głupie antyżydowskie dowcipy i obelgi wobec chłopców wyznania mojżeszowego.
Twarz Krzysia Baczyńskiego oblewa się szkarłatem gniewu. Krzyczy żeby się zamknęli. Od słowa do słowa dochodzi do przepychanek. Gimnazjum, chłopcy, temperamenty. Ale Krzysiu nie jest przykładem chłopca-osiłka i Kocik, pomny swego rycerskiego pochodzenia, pierwszy wymierza ostry cios pięścią w podbródek jakiegoś patrioty-antysemity. Reszta wiadomo – popchnięcia, bijatyka szkolna, komuś pękła warga, komuś poleciało czerwonką z nosa … . Woźny podbiegł z dzwonkiem w ręku, zrobił głośny raban, przyszedł nauczyciel i chłopców rozdzielono.
Po szkole wracają do domu zwartą paczką. Na wszelki wypadek, gdyby rozjuszeni dbaniem o etniczną czystość koledzy-patrioci, chcieli im spuścić odwetowe lanie.
Kamil wkłada swoje ramię pod ramię Kocika, a „Zośka” śmiejąc się obejmuje ramieniem „Rudego”. Rozchodzą się na wysokości Alei Ujazdowskich. „Rudy” odchodząc woła do Kamila ze śmiechem: ‘uważaj żeby cię Konstanty nie uwiódł, bo bronił cię, jak lew!’. Krzyś rumieni się i sam siebie zaskakując odpowiada: ‘wiesz, że nie lubię, jak go nazywasz Konstanty, mów do niego Kot’. “Zośka” z zalotnym, filuternym uśmiechem wtrąca jeszcze na odchodnym: ‘no, Kot to taki mały lew, niby się łasi ale ma pazurki, uważaj’. Wszyscy wybuchają śmiechem i się rozstają. Jeleński i Baczyński idą jeszcze, przed pożegnaniem, na spacer alejkami Parku Ujazdowskiego.
Siadają na ławce blisko pomnika ‘Gladiatora’ Welonskiego. Kocik mówi niby do siebie, niby do nikogo ale bacznie obserwuje reakcję przyjaciela: ‘lubię patrzeć na tą rzeźbę, Welonski świetnie ujął w niej proporcje i piękno ciała męskiego’. Młody Baczyński nie odpowiada, zapada milczenie. Ale po chwili jego głowa spocznie na ramieniu Kota. Nic nie powiedzą do siebie. Będzie im miło i dobrze ale będą się bać ten moment zepsuć jakimkolwiek słowem lub ruchem zbytecznym lub zbyt natarczywym.
Kilka lat później Baczyński będzie o tym momencie myślał, gdy tym samym gestem oprze swą głowę na ramieniu przystojnego, o kilka lat dojrzalszego od niego, Jurka Andrzejewskiego. Czy jeszcze kilka lat później wspomni ten moment Konstanty Jeleński składając swoją głowę w objęcia szczupłego i chłopięcego, jak jego szkolny przyjaciel, Stanislao Lepri?
Kto to wie. I czy tak było? Kto to wie? Sam pewnie o tym właśnie nie myślałem, gdy którejś nocy letniej, tuż przed świtem, w 1978, poszedłem z przyjacielem złożyć kwiaty pod tablicą u wylotu ulicy Miodowej. Miejscu, gdzie Krzysztof Kamil zginął. Byłem chłopakiem ledwie. Kochałem jego wiersze, więc kochałem jego. Wydawało mi się, że dostrzegałem go spoza tej tablicy cementowej, spoza tej zbroi kutej w spiżu polskiego patriotyzmu. Ale czy to wszystko mogłem zrozumieć? Czy tylko przeczuwałem?
Czytałem tygodniowe zapiski “Dziennika” Andrzejewskiego w „Literaturze” Putramenta. Ale przecież mimo, że wolno mu było dziecinny prawie spór o ‘wielkość” z Miłoszem prowadzić – nie wolno mu było odbrązawiać tego nacjonalistycznego puklerza Baczyńskiego z Powstania Warszawskiego.
A pisał o tych sprawach mądrze bardzo młody badacz literatury onegdaj, wczoraj ledwie, w sierpniu 2019, Piotr Sadzik na łamach polskiego Newsweeka. Odłożyłem ten jego artykuł, by kiedyś wrócić. Ten jego tekst mi o tym przypomniał. Więc wodze fantazji spuściłem lekko, i dałem się samemu na ten spacer warszawski wybrać. W czasie i przestrzeni.
W latach 80. byłem w gościnie u Kota Jeleńskiego, mieliśmy długie rozmowy. Ale nie o Baczyńskim. To były lata 80. przecież. Tyle się działo w naszym, polskim świecie. Tyle tematów bieżących. Trwała też właśnie wielka wystawa retrospektywna Leonor Fini, jego żony. Były rzeczy ważniejsze. Jak zawsze w życiu. Wkrótce po moim wyjeździe z Paryża, Konstanty Jeleński zmarł. Już z nim nie porozmawiam. I czy jest mi to potrzebne i czy on więcej wiedział? Chyba tak.
Te hufce narodowe, te sztandary, te puklerze ciągle kładą się cieniem długim na pamięć i znajomość osobowości twórców kultury polskiej. Nie osobowości twórczej (te łatwiej badać w oderwaniu od rzeczywistości) ale twórcy właśnie.
Przecież i mnie, bezwiednie i bez trudu prawie, te puklerze, te napierstniki nacjonalizmu nałożono. Tez zatruto nimi moją młodość. Tak, jakby słowo patria musiało się łączyć ze słowem oszustwo lub milczenie.
Więc na moją, prywatna potrzebę, taką sobie arabeskę stworzę, skomponuję. Z rzeczy i spraw, których fragmenty znamy i rzeczy i spraw, które przeczuwamy jedynie. Będą w strojach baletowych tańczyć w tejże arabesce-choreografii i młodzi Baczyńscy i Jeleńscy, i „Zośki” z „’Rudym”, będzie wirować z wiankiem na głowie Narcyza Żmichowska, a nawet Marysia Konopnicka, będzie Andrzejewski z Gombrowiczem i jeszcze Białoszewski podpity. Za nimi cały zespól taneczny prowadzony przez Stasia Szymańskiego i Wacka Niżyńskiego. Wszyscy będą młodzi, chłopcy ledwie. Muzykę napisze oczywiście dwudziestoletni Chopin. Czy przejdą korowodem roztańczonym, roześmianym z Opery Narodowej do Parku Ujazdowskiego? Naturalnie! W końcu to moja arabeska. Kobiety będą w spodniach tańczyć i kapeluszach z wielkim rondem, a młodzi mężczyźni w tutu romantycznych, z tiulu białego.
Niech tych innych chłopców, tych narodowych, aryjskich, czystych, krew zaleje, gdy na ten kolorowy korowód patrzeć będą. Oni się już przez wieki napili wystarczająco dużo cykuty zapomnienia, oszukania, zakrywania, fałszowania. I nas nią poili. Czas na tutu. Czas na spacer z Batorego do Parku Ujazdowskiego. Tym razem już nawet nie pod pomnik Gladiatora, a prosto pod kształtną figurę ‘Perseusza’ Gruyera. Niech się niewinne przyjaźnie i romanse platoniczne rumienią bez kolczugi kłamstwa.
W 64 oku cesarz Neron, neurotyczny i zakochany w sobie psychopata, miał już dość oglądania wszędzie wspomnień i zabytków świadczących o wielkości jego poprzedników, ich czynach i dokonaniach. Rzym zbyt mało wagi przykładał wszak wobec jego wielkich osiągnięć i talentów! Przy tym on, Neron, wielki i czuły artysta i wizjoner, znieść nie mógł szkaradnej brzydoty rzymskiej zabudowy, ciasnej, brudnej, mało przestronnej. Ale jakże budować nowe wielkie Łaźnie, jak nadać miastu szlachetnego porządku hellenistycznej architektury ( a wszak w nikim, poza nim, takiej czystości helleńskiej, godnej jedynie Apollina boskiego, nie było!), gdy brak miejsca, brak placów wolnych? Jakże zresztą nowe budowle piękne stawiać obok brzydkich już istniejących?
A cóż bardziej oczyszczającego, bardziej szlachetnego, gorejącego niczym miłość Apolla do Hiacynta, niż ogień?! Wysyłał więc w ciągu kilku dni swoich cesarskich pachołków w różne dzielnice by strategicznie wzniecali nowe pożary. Rzym płonął. Neron był w apoteozie pogromcy ale i przyszłego budowniczego. Odnowiciela. I o tym odnowieniu, o tym powrocie do chwały i piękna, do tradycji czystej a prastarej śpiewał na tarasie swego pałacu akompaniując sobie samemu na lirze apollińskiej. A u jego podnóża płonął stary, brudny Rzym. Płonęły też (naturalnie tylko niefortunnym zbiegiem okoliczności …) setki domów i pałaców rzymskich patrycjuszy, rzymskiej arystokracji, która nim, boskim Cezarem, gardziła skrycie, podśmiewała się z niego.
Już on nie raz słyszał i donoszono mu o tym skrzętnie, jak to szeptali między sobą o tym, jak zamordował własnego pół-brata, Brytanika, pierworodnego syna starego cesarza. Ponoć tym samym sposobem, szeptali między sobą, pozbył się swojej własnej matki, Agrypiny. Niewdzięczni zarozumialcy, zawistni i leniwi. Elita rzymska. A przecież on wszystko dla Rzymu poświęcił, swój talent, urodę i młodość. Nawet ten pożar to przecież też dla Rzymu i Rzymian, by go na nowo dla nich, niewdzięcznych, odbudować lepszym i świetniejszym niż kiedykolwiek przedtem. Jakże gorzko ich za to nienawidził! Ten cały obrzydliwy sort. Gdyby byli wierni, gdyby jego wielkość i boskość uznali, może by nie musiał i brata i matki otruć. Ale jakże mógł i jej, inteligentnej i sprytnej nazbyt dla własnego dobra, matce rodzonej, zawierzyć? Jak mógł bratu, który przysięgał, że go kocha, zawierzyć? Nie mógł przecież. Był cezarem przede wszystkim. Na słabości i sentymenty nie wolno mu było uwagi zwracać. Na nim samym spoczywał ciężar władzy i troski o Rzym. Rzymowi poświęcił swe życie. Nawet ten Rzym płonący był wszak zapowiedzią odnowy. A oni, miast mu wdzięcznymi być, ciągle tylko narzekają, ciągle spiski knują. Podły sort.
Tak myślał pewnie Neron, psychopatyczny narcyzysta, spoglądając przez pięć dni 1957 lat temu na pożar starego Rzymu. I pewnie sam się aż wzruszał nad sobą, że tak mało jego poświecenia jest szczerze przez poddanych doceniana. Być może nawet, w chorobliwej jaźni, zrodziła się szczera wiara, że śmierć brata była ich, tej rzymskiej elity, winą. Bo przecież, gdyby mógł być pewien, że nigdy tronu cesarskiego bratu, zamiast jemu, nie powierzą – to wszak być może brat jego mógłby spokojnie żyć! Oczywiście, to takie jasne! On nie jest winny bratobójstwa – to oni! Ta elita!
Tak mi to wszystko dziś w obrazach wyobraźni się jawiło, gdym patrzył na wypadki w Waszyngtonie, nowym Rzymie współczesnego świata. Na okazały budynek Kongresu USA i na pałac cesarski – Biały Dom. Nie wiedziałem czy Kongres to symbol Senatu Rzymskiego (architektura neoklasycystyczna, więc o skojarzenie łatwo), obok zaś siedziba prezydenta czy cesarza? Ważniejsza Ameryka czy Cesarz? I myślałem, jak bardzo musi pogardzać ten współczesny cesarz amerykański tymi tłumami swoich wyznawców. Tymi, którzy gotowi byli tych patrycjuszowskich senatorów z Kongresu powywieszać na szpalerach drzew wzdłuż Alei Pensylwańskiej. Powywieszać dla niego – bo im obiecał ten wielki, w białych (naturalnie tylko w białych!) togach Rzym amerykański przywrócić. Bo mają już szczerze dosyć i tych elit waszyngtońskich, i tych Spartakusów-wyzwoleńców, którym się wydaje, że są równi im. Im! Białym, prawdziwym Amerykanom! Obiecali mu, ich cesarzowi, że mu ten stary, brzydki, ciasny Waszyngton rzucą w prezencie pod nogi, jak płonącą pochodnię. Nie bardzo im wierzył, co prawda. Gardził nimi i nie znosił ich nędznej rzeczywistości małych, kiepsko urządzonych domków i głupich małych biznesów, która w jakikolwiek sposób nie pasowała do jego apartamentów ze złotymi bidetami i kryształowymi łazienkami (nawet ten głupi pałac cesarski zwany Białym, uważał za podły kurnik) – ale ufał im jednak bardziej niż tym przeklętym patrycjuszom z Kongresu, tym wywyższającym się intelektualistom, tym przemądrzałym starym elitom. Zresztą ten motłoch był jego ostatnią nadzieją. Nie miał nic do stracenia. Powiedział im nawet, że ich kocha. Co z tego? Nie jednej kurwie już tak mówił. Mogł więc i im. Po prawdzie nie może nawet już ufać swoim pretorianom. Nie jest pewny czy staną zwartym szeregiem po jego stronie czy też przyjdą zwartym, małym oddziałem zabrać go do jakiejś celi w starej twierdzy. Podły, niewdzięczny naród niegodny jego wspaniałości.
Więc tak sobie wyobrażałem Nerona i Trumpa. I co myśleli lub, co myśleć mogliby. I zaraz trzeci obraz się na dwa poprzednie nałożył.
Jakiś stary, mały człowiek w Warszawie. Na Żoliborzu, w willi odebranej kiedyś jakiemuś patrycjuszowi, im przekazanej przez wujka, wysokiej rangi pretorianina, jego rodzicom. Dziś rodziców już nie ma. Nie ma też ukochanego ale może i jednocześnie nienawidzonego brata. On – zbawca narodu. On, który mógł tak wiele sam, a życie zmusiło go, że zawsze musiał być w cieniu innych. Niegodnych jego wizji. Ale z tytułami: przewodniczących, premierów, prezydentów. Nawet ten głupi elektryk z idiotycznymi wąsami nim pogardzał. Nim! Ze starej inteligencji! A już te przeklęte elity, ci przemądrzalcy, ci kosmopolici przeklęci zachłystujący się swoimi podróżami po tym zgniłym Zachodzie! Tfu, kociamać! Gdyby jego wizji starej, rzymiańskiej Polski zawierzyli, gdyby docenili jego talenty, to może by i nie musiał tego brata do tego lotu nieszczęsnego tym starym rosyjskim gruchotem namawiać. Tak, to oni są winni! I teraz za to wszystko musza zapłacić. On im ta ‘ichniejszą’ Polskę spali, jak Neron Rzym. Zbuduje nową. Nie musi być ani tak pstrokato kolorowa ani jakakolwiek tęczowa. Szarość to kolor najlepszy. Nie rzuca się w oczy i nie razi nikogo. Jak popiół po pożarze. Więc im teraz pokaże. Teraz ma w końcu szansę. I ten motłoch, jak ten w Alei Pensylwanii, mu w tym pomoże. Zresztą – co tam ci z Waszyngtonu! Nasze pochody 11 listopada w Alejach Jerozolimskich, przez Most Poniatowskiego – to dopiero pokaz siły i tężyzny. I te racice. I ten ogień niszczący i oczyszczający jednocześnie. Ten mały, stary człowiek, ten zniszczony życiem psychopata, któremu żadne uczucie prócz nienawiści, już w duszy nie zostało, niedoceniony bratobójca zerka na Warszawę z szerokiej perspektywy olbrzymiego Placu Piłsudskiego. Przed nim pomnik ofiar tej przeklęto-zbawiennej katastrofy, pomnik wyszydzany przez tych podłych Polaków, tych samych, którzy tłumnie po tej katastrofie płakali i w szczerej byli żałobie. Blisko, tuż obok, uwielbiany i czczony Pomnik jakiegoś nieznanego żołnierza z wojny , której nikt już z żyjących nie pamięta; naprzeciw pomnik starego Naczelnika do dziś uwielbianego. A to przecież on, ten Marszałek do Belwederu i do Sejmu z wojskiem wkroczył, bez wyborów! A on do Sejmu z wyborów. Co za głupi naród – i tego marszałka i tego nieznanego żołnierza kochają i wielbią – a nim pogardzają. I myśli ten chory, stary człowiek: ale wam się odpłacę, zrobię wam jeszcze taką hucpę, że mnie zapamiętacie.
I zastanawiam się czy to możliwe. I jaka ta ‘hucpa’ może być. Czy możliwe?
Czy wiecie kiedy ostatni raz uzbrojona banda wpadła do budynku Kongresu USA, największego mocarstwa na świecie, stolicy najstarszej nowożytnej demokracji? To wam przypomnę. Utkwiło mi w pamięci dobrze, bo wielokroć zachodzę na stary cmentarz w Halifaksie, gdzie dowódca tych żołnierzy jest pochowany. Był nim brytyjski generał Wojny 1812 roku, Robert Ross. Wojny 1812 w Ameryce, nie w Europie. Między Koroną Brytyjską a nowo powstałymi Stanami Zjednoczonymi Ameryki Północnej. Ross pokonał w potyczkach wojska amerykańskie i zajął Waszyngton w 1814. W odwecie za zniszczenia w Yorku (obecnie Toronto) – spalił Kapitol (siedziba Kongresu) i Biały Dom. To był ostatni raz, gdy uzbrojona grupa ludzi zajęła siłą Kapitol. Ostatni do wczoraj. Do 6 stycznia 2021.
Wtedy, w 1814 ważyły się losy między byciem kolonią Imperium zza oceanu czy też suwerenną republiką. Republika zwyciężyła. Dziś ważyły się losy amerykańskiej, najstarszej i największej w nowożytnym świecie demokracji.
Rzeczy niemożliwe stają się faktami dokonanymi nie przez paranaturalne lub boskie wyroki i cuda. Stają się faktami dokonanymi wówczas, gdy zbyt wiele osób wierzy, że są niemożliwe.
A główna przyczyną był, wynikły z psychozy, charakter lidera, przywódcy, cezara. Charakter, który poza sobą nie widzi niczego innego. Jest przekonany o swojej wizji Ameryki, swego cesarstwa i głęboko zakorzenionej niechęci do tzw. ancien regime (starego porządku) i elit ten porządek reprezentujących. Tak, jak charakter Karła z Żoliborza. Trump znienawidził Amerykanów, za to gdy zaczęli nim gardzić, poniżać go, wyśmiewać. Zrobili z niego obiekt kpiny. Oparł się na tych, którzy byli mu całe życie kompletnie obojętni: na niewykształconej, politycznie przegranej masie ludzi, którzy niezbyt wiele w życiu osiągnęli i szczerze nienawidzili tych, którzy swoją pracą osiągnęli więcej niż oni. Zwłaszcza, gdy byli nimi ludzie, których przez szkła ksenofobii i czystego rasizmu uznawali za gorszych od siebie. Dla nich hasło ‘wolność’ ma duże znaczenie też – ale tylko w rozumieniu ‘wolności’ rasy białej i amerykańskiej.
Czy są pewne podobieństwa? Nie musi być identycznie, wystarczy, że odnajdziemy wątek, nić, które łączą sytuację Polski i Ameryki ostatnich pięciu lat. Tylko nie mówcie już głośno i z przekonaniem, że to niemożliwe.
Wyruszamy rano z Halifaksu. Można było jechać bocznymi szosami, wzdłuż fantastycznego Wschodniego Wybrzeża, pełnego zawijasów, mijanych jezior i co raz to nowych widoków atlantyckich zatok, zatoczek i zalewów. Ale to strata, mimo wszystko, ponad dwu godzin dodatkowej jazdy, a dni już co raz krótsze – październik. Jedziemy więc trasą główna od Halifaksu do Truro i stamtąd na północ, przez New Glasgow, do Antigonish. Szosa wygodna, szeroka, w zasadzie bez przerwy czteropasmowa, oddzielająca przeciwne kierunki ruchu szerokim pasem zieleni. Znam dobrze, bo tego lata jeździłem nią wielokroć do naszych działek w historycznym Pictou trochę teren tam oczyszczając i budując w naszym lasku mała szopę na narzędzia i ewentualny, spartański nocleg.
Nowa Szkocja, szosa z New Glasgow do Antigonish, X.2020
Dużo lasów po obu stronach, a od rozjazdu w Truro już de facto bez przerwy przez lasy i co raz wyższe wzniesienia, pagórki. Wszędzie widać kolory złotej i czerwonej jesieni, wszystko przepasane jakby wstęgą, miedzą ciemno-zielonych świerków i jasno-żółtych brzóz. Tak, tak, niczym u Mickiewicza w Inwokacji. Bo też te moje wędrówki zawsze chciał-nie-chciał wywołują w pamięci jakieś inne, literackie widoki: a to pani Orzeszkowej „Nad Niemnem”, a to Broniewskiego szeregi topól nadwiślańskich, Iwaszkiewicza włoskie pejzaże lub ukraińskie powroty. Od tych serdecznych kajdan przeszłości uciec nie mogę. Wszak one nie ciążą. Przeciwnie, są miłe.
Od tysiącleci wyspa była miejscem pobytu stałego lub jedynie w sezonach polowań i rybołówstwa, przez ludy szczepów L’nu, dziś określane, jako Mi’Kmaq. Mają tam do dziś dość obszerne tereny.
U schyłku XV wieku pojawił się John Cabot (Giovanni Caboto). Jego szlakiem wybrzeża Cape Breton odwiedzane były często dla bogatych połowów przez rybaków portugalskich, Bretończyków i Basków. Jednak prawdziwe, choć bardzo nieliczne, osadnictwo przypadło dopiero u końca pierwszej połowy XVII wieku i przypadło osadnikom szkockim. W wyniku Traktatu Utrechckiego w 1713 wyspa została oddana królowi Francji i została częścią Nowej Francji. Od tamtych lat, do końca wojny Trzydziestoletniej, przegranej w Europie przez Francję, nosiła nazwę Isle Royale i była celem osadnictwa francuskiego. W 1763 wróciła w posiadanie korony brytyjskiej.
Bardzo gęsto zalesiona, z licznymi rzekami, jeziorami, stawami, ostrymi skałami i górzysta w północnej części, oddalona od głównych szlaków handlowych nie była terenem łatwym ani wygodnym do osadnictwa. Długo bardzo, bo aż do początków XX wieku posiadała tylko nieliczne osady wzdłuż wybrzeży atlantyckiego i od strony Zatoki św. Wawrzyńca. Najczęściej odseparowane od siebie, bez komunikacji lądowej a jedynie morskiej. Dzięki tej izolacji przetrwała w swej pięknej surowości do naszych czasów.
Dzisiejszy podział etniczny jest wynikiem historii kolonizatorów i ówczesnych wojen rodów panujących w Anglii i Francji oraz lokalnych warunków osadniczych. Wybrzeże wschodnie, najlepiej zagospodarowane i najbardziej silne ekonomicznie to głównie ludność pochodzenia szkocko-irlandzkiego, obok wiodącego i ogólnie używanego angielskiego spotyka sie tu tez dość często język gaelicki, pozostałości staroirlandzkiego z północno-zachodniej Szkocji i Hebrydów. Gaelicki widoczny jest przede wszystkim w lokalnych nazwach i zwrotach językowych. W Cape Breton istnieje też jedyna w Kanadzie Akademia z gaelickim, jako językiem wykładowym, Acadamaidh GÀIDHLIG An Atlantaig w St. Ann.
Bardzo mało używanym, ale ciągle widocznym jest pozostałość akadyjskiego francuskiego. W centrum wyspy, szczególnie wokół jeziora Bras d’Or bardzo silnie widoczny i używany na co dzień jest starożytny język szczepów L’nu, popularnie nazywanych od kilku stuleciu Mi’Kmaq. Wybrzeże zachodnie, od strony zatoki św. Wawrzyńca, zachowało najsilniej wpływy i tradycje ludności akadyjskiej, francuskojęzycznej. Ta akadyjska odmiana francuskiego jest ciągle używana na co dzień, zwłaszcza w miasteczku Cheticamp i jego sąsiedztwie. Zresztą, wynikające z bardzo długiego odosobnienia Cape Breton i jej osad, nazewnictwo i zwroty francuskie są tu często więcej spotkane niż w większości reszty Nowej Szkocji.
Środek wyspy zajmuje olbrzymie słonowodne jezioro Bras D’Or (faktycznie jest to rodzaj małego wewnętrznego morza/zatoki połączonego z Atlantykiem cieśninami Little i Great Bras d’Or) – chroniona przez UNESCO biosfera cudów fauny, flory i geologii – rezultaty zmian z czasów początków holocenu.
zachód słońca nad Bras d’Or, X.2020
Wzdłóz jeziora prowadzi sceniczna i bardzo malownicza trasa Bras d’Or Lake. Po wjechaniu do Port Hawksbery z Nowej Szkocji, kontynuować kawałek Trasą Kwiatu Lilii (Fleur-de-Lis – tak, ta burbońska) dojechać do najstarszego miasteczka St. Pete’s i stamtąd wjechać we właściwą trasę Bras d’Or. Czy wybierzecie skręt w prawo czy lewo – bez znaczenia. Wrócicie po wielu godzinach w to samo miejsce. W pewnym momencie, w okolicach Baddock i Wagmatcook trasa przechodzi w Cabot Trail i w okolicach South Haven ponownie staje się trasą Bras d’Or (lub odwrotnie, od South Haven do Wagmatcook). W Baddock łatwo zainteresować się postaciami i osiągnięciami Marconiego i Bella, którzy stąd właśnie prowadzili swoje największe osiągnięcia w połączeniach radiotelegraficznych i telefonicznych.
Inna ciekawa historycznie jest właśnie Trasa Fleur-de-Lis zaczynająca się w Port Hawkesbury, wzdłuż wschodniego wybrzeża. To historia pierwszego, starego osadnictwa francuskiego, łącznie z objazdem Ile Madame i jej najbardziej aktywnym życiem ludności francuskojęzycznej, zachowanymi bogatymi pamiątkami etnograficznymi, i dalej, do perły zabytków wczesnego osadnictwa – fantastycznie odrestaurowanego Fortu Louisbourg. Francuskiej twierdzy na północno-wschodnim wybrzeżu Ameryki Północnej.
widok na Louisbourg o zmierzchu
Z Louisbourga polecam Trasę Marconiego do Sydney, największego miasta Cape Breton i połączenia morskiego wyspy ze światem. Region w okolicach Sydney i North Sydney był w okresie międzywojennym i gdzieś do początków lat 60. ub. wieku najbardziej rozwiniętym przemysłowo regionem Cape Breton.
Jest jeszcze jedna, niezbyt długa i obiecująca świetne widoki Trasa Celidh Trail. Prowadzi bez przerwy zachodnim wybrzeżem od Port Hakwsbury do Margaret Fork, gdzie łączy się z Cabot Trail. Tej jeszcze nie poznałem i obiecuje sobie wyruszyć w nią latem następnego roku.
Wszystkie te trasy nawiązują do historii wyspy, jej osadnictwa. Ich ukoronowaniem jest Cabot Trail przez całą północną, górzystą część wyspy. Centrum tej trasy to olbrzymi rezerwat kanadyjskiego Parku Narodowego Cape Breton Highland. Perła turystyczna, ekologiczna, widokowa. Jedna z najpiękniejszych i najciekawszych tras, jakie przejechałem.
Zanim jednak minęliśmy półwysep Nowej Szkocji, zatrzymaliśmy się na krótko w Antigonish na spacer po terenach Uniwersytetu św. Franciszka Ksawerego. Stare i urocze miasteczko położone u ujścia Zachodniej Rzeki (West River) do wyjątkowo malowniczej zatoki, upstrzonej wielością wysepek, wśród wzgórz i lasów. Jak większość osad tego regionu historia miasta, to historia osadnictwa szkockiego tutaj, która zaczęła się na dobre po pierwszej zakotwiczeniu statku „Hector” i oryginalnej grupie osadników szkockich przybyłych do naturalnego portu w Pictou, odległym od Anigonish ok. 70 km. Jednym z pasażerów tego pierwszego, historycznego wojażu i osadników szkockich w Pictou był nota bene przodek mojego męża, z klanu Graham.
Wjazd do miasta od głównej trasy z Halifaksu do Cape Breton to natychmiastowe spotkanie z nadspodziewanie rozległym i imponującym campusem uniwersyteckim Uniwersytetu św. Franciszka Ksawerego i górującymi nad nim wieżami katedry mitycznego apostoła Szkotów, św. Niniana.
Tak budynki uniwersyteckie, szerokie aleje miedzy nimi, jak i katedra św.Niniana imponują i zaskakują, gdy ma się na uwadze, że to uniwersyteckie miasto w 2016r liczyło ledwie 4 tysiące dusz. Uniwersytet założono w 1866 i szybko stał się miejscem przyciągającym wielu młodych studentów. To oni, z wielu wielkich miast kanadyjskich i z zagranicy, nadają specyficzny koloryt i charakter miasteczka.
Z Antigonish już tylko bliski skok do przejazdu na Cape Breton, do Portu Hakewsbury. Wyspę z półwyspem nowoszkockim w wąskim przesmyku łączy wysoka grobla uwieńczona w najgłębszym miejscu mostem. Tedy wjeżdżamy do Port Hakewsbury. Krótki postój, studiowanie mapy i decyzja, od której strony i którą trasą zacząć naszą przygodę nowo-bretońską. By nie tracić czasu wybieramy szosę nr 105 w kierunku osad Miqmaków: Weqomaq i Wagmatook.
Zdjęcia powyżej to wjazd na groblę/causeway łącząca Nowa Szkocję z wyspą i uroczy domeczek informacji turystycznej na granicy miasteczka Port Hawkesbury.
Ostatni odcinek szosy jedziemy wzdłuż kanału św. Patryka na jeziorze Bras D’Or. Mijany osady/wioski Mi’Kmaqów są bardzo schludne, dobrze utrzymane. Zatrzymujący się przy stacjach benzynowych miejscowi i turyści nie autochtonicznego pochodzenia wykupują szybko po 3 paczki papierosów – na ich terenach nie płaci się tego olbrzymiego podatku za papierosy, jako obowiązuje resztę Kanadyjczyków. Limit trzech paczek gwarantuje, że to dla użytku własnego a nie nielegalnego handlu. Krótko po minięciu Wagmatook wjeżdżamy do Parku Narodowego i początku Trasy Cabota – naszego zasadniczego celu podróży. Pogoda jest urocza. Lekkie zachmurzenia z częstymi przebłyskami słońca ułatwia zachwyt nad pejzażami widoków cudownych jesiennych kolorów złota, żółci, czerwieni i brązów. Olbrzymia galeria natury.
Zaraz za Wagmatook skręcamy w lewo kierując się środkiem wyspy szosą wijąca się przez lasy i nieliczne małe osady ku Margaree Forks, gdzie łączymy się z Trasą Celidh. Stąd już dwa kroki do zachodniego wybrzeża, wzdłuż zatoki św. Wawrzyńca.
Celem na dziś jest Cheticamp. Największa osada-miasteczko zachodniej części Cabot Trail.Cheticamp dzisiejsze to zdecydowanie centrum kulturalne, etniczne i polityczne starego francuskiego osadnictwa, tego jeszcze z czasów królewskiej, przedrewolucyjnej Francji. Nad miasteczkiem (skupionym głownie wzdłuż szosy Cabot Trail) góruje wieża kamiennego kościoła St. Pierre. Do niedawna jeszcze głównym zajęciem mieszkańców było rybołówstwo. Ostatnie dwudziestolecie wyparte – choć ciągle obecne – przez turystykę i związane z nią dochody. Są tu liczne małe motele, domy turystyczne, bed&breakfast, kilka kawiarni i pubów, galeryjki miejscowych rzemieślników i artystów ludowych. Ceny nie są niskie i warto być przygotowanym, że za 150 dolarów za noc – lokum nie będzie przypominać komfortem typowego motelu na lądzie stałym. Brak tu zresztą znanych firm hotelarskich i wszystko jest na ogół w rękach lokalnych właścicieli, których celem zasadniczym jest (z uśmiechem i gościnnością) sprać turystom kieszenie ile tylko można. Za to widoki – darmowe. I przepiękne. Cheticamp daje przedsmak głównej, górnej części Cabot Trail. Z jednej strony urwiste brzegi na ostrych zakretach nad przepięknym turkusem zatoki św Wawrzyńca, z drugiej wierzchołki szczytów północnej Cape Breton i zalesione gęsto dolinki, wąwozy.
W zasadzie, poczynając od Cheticamp, cała ta północna część wyspy i wszystkie nieliczne tam osady prawie aż do początków XX wieku dostępne były tylko drogą morska, statkiem lub łodzią. Jeżeli już lądem to jedynie przez lasy i wąwozy, wzdłuż rzek, bezdrożnymi leśnymi ostępami i tylko latem.Zima na ogół wszelki kontakt ustawał i przez wiele miesięcy osady żyły własnymi zasobami i sposobami licząc dni do wiosny. Jeden z [pierwszych francuskich misjonarzy w tym terenie, ojciec Lejamtel spisal w 1813 swoje refleksje w ten sposób: ” ryzykowałem w dawnych latach wielokroć moje życie żeglując tymi niebezpiecznymi wodami – teraz zdecydowałem nigdy już na statek nie wsiadać jesienią, chyba. że moje życie by od tego zależało”.
Początki liczącej prawie trzysta kilometrów Cabot Trail skonstruowano u zarania lat 30. ub. wieku. W tamtych latach była to trasa iście karkołomna i niebezpieczna. Dzisiejsza, asfaltowa droga jest szczytem luksusu w porównaniu do ówczesnej. Mimo to, należy bardzo uważać na ostrych zakrętach, blisko przepaści nad dolinami i oceanem. We mgle ma to inne uroki i inne niespodzianki. Kierowca bezwglednie winien hamować swoje zachwyty widokami i starać się czujnie pilnować gdzie i jak jedzie.
A nasza trasa tak się właśnie zaczęła. W jesienny dzień deszczowy i pochmurny, mglisty.
Wrażenia i widoki niesamowite. Wałęsające się wolno i nisko mgły przynoszą miraże nieoczekiwane i chwilami zabawne. Np. gdy nie jesteś pewien, czy podjeżdżasz pod brzeg oceanu czy na skraj przepaści. Lub, gdy mgły osiadły ciężko poniżej trasy, patrzysz w górę i widzisz kolorowe, gęsto zarośnięte zbocza gór, które wydają się zawieszone w powietrzu wynurzając się z gęstej, mgielnej zupy.
Objazd trasy Cabota kończymy po drugiej, atlantyckiej stronie wyspy, w okolicach miasta i portu Sydney, skąd ruszamy na zwiedzanie legendarnego Fortu Louisbourg. Ale to już zupełnie inna, pasjonująca historia na następny raz.
Słucham drugi dzień/noc już niekończących się analiz, dyskusji, przypuszczeń i łoskotu wpadającego do urny wyborczej każdego przeliczonego głosu w wyborach amerykańskich. Mimo czterech lat doświadczania prezydentury Donalda Trumpa. Człowieka, który nawet nie próbował udawać być kimś kim nie jest. Człowieka pozbawionego wszelkich skrupułów, wszelkich zasad etycznych. Wyrachowanego, sprytnego sprytem dobrego złodzieja, traktującego wszystko i wszystkich, jako przedmiot handlu, transakcji handlowej. Próżnego narcyzysty patrzącego na świat przez pryzmat własnej, niezaspokojonej ambicji i własnych możliwych korzyści. Nie szukającego przyjaciół a oddanych służących; nie chcącego przewodzić wierzącej w niego grupie oddanych obywateli, a rządzić grupą bezwolnych poddanych. Jego ignorancja zasadniczej, fundamentalnej wiedzy o człowieku, o filozofii człowieka i społeczeństw, o historii cywilizacji i społeczeństw czyni go niezdolnym do zrozumienia najprostszych wartości niezbędnych do spełniania wszelkiej funkcji publicznej. Jest antytezą służby publicznej. Gdyby był królem – byłby królem okrutnym. Mimo to jego nieokiełznana próżność pewnie pełna jest marzeń i porównań z monarchami średniowiecza. Nie rozumiejąc, że w olbrzymiej większości wywodzili się oni z prastarych rodów wojów i rycerzy, którzy rozumieli, że ich zadaniem zasadniczym jest bronić ceną własnego życia i poświęcenia swoich poddanych. Mogli być okrutni w sposobie sprawowania władzy – ale mieli głębokie rozumienie swojej roli księcia-króla. Roli symbolu całej grupy i roli poświęcenia swego życia i prywatnego szczęścia w ochronie tychże poddanych. Nie zawsze i wszędzie tak się działo – ale to był mit władcy. Mit poświęcenia, mit Rzeczy Większej od władcy, której tej władca służył. Trumpowi śni się korona ale mistyka tej korony jest mu obca. Jest cwany ale przeraźliwie głupi. Chce hołdu ale nie potrafi zdobyć się na poświęcenie godne takiego hołdu. Nęci go nieopanowane okrucieństwo wielkich imperatorów – nie rozumie celu tego okrucieństwa. Nęci go korona wysadzana drogocennymi kamieniami ale nie rozumie ciężaru tej korony.
Mimo to, mimo tej wiedzy, tego doświadczenia czterech lat jego ‘panowania’ – pod koniec drugiego dnia zakończenia głosowania i obliczania głosów nie znamy jeszcze zwycięzcy. Gdy to pisze prowadzi Joe Biden. Ale Trump tuż, tuż za nim. Już się ogłosił (wbrew przyjętej konwencji i prawu) zwycięzcą, już protestuje przed sądami wyniki w kilku stanach. Nie wiem, być może, że w tym momencie już są wyniki. Nie to mnie jednak w tej chwili zajmuje. Ostatecznie będzie albo Biden albo Trump. I nie ja zadecyduję kto, ani ten tekst na to wpływu mieć nie będzie.
Mnie pasjonuje (inne słowo pcha się na papier ale go nie użyję) jak to się stało, że świnię traktuje się na równi lub wyżej niż człowieka porządnego. Że łajdak znajduje miliony łotrów i łotrzyc, którzy go popierają. Że ma całkiem realne szanse na wygranie wolnych wyborów demokratycznych.
I widzę to też w kontekście wielkich protestów kobiet i dziewczyn w Polsce. Tłumów w wielkich i małych miastach w każdym regionie Polski. Wbrew pandemii, wbrew groźbom i ostrzeżeniom władz rządowych i partyjnych PiS, wbrew grobowej mowy karlejącego z dnia na dzień Małego Dyktatorka. Naturalnie, że pełen podziwu i wsparcia jestem dla tych protestów. Całe życie stałem po stronie tych, którym godności i praw odmawiano. Obojętnie na ich płeć, kolor skóry, wyznanie.
Alegoria Wertego (z WikimediaCommons)
Mimo terroru rewolucyjnego i ofiar, jakie ten terror wprowadził – hasło Rewolucji Francuskiej jest moim motto przewodnim: Liberté, égalité, fraternité. Wolność, Równość, Braterstwo. Braterstwa prawem i legislacją narzucić nie można, stąd pewnie najtrudniejsze do osiągnięcia. Ale wolność i równość musi być w demokracjach XXI wieku prawem zapisanym i stosowanym. By większość swej woli okrutnej nigdy mniejszości żadnej narzucić nie mogła. Bo nic słodszego w życiu człowieka ponad nią nie ma. Zawsze będą hamulce pochodzeniowe, majątkowe, które ją będą ograniczać. Żyjemy w świecie naturalnym, fizycznym, który nie jest dzieckiem filozofii, wierzeń i marzeń. Ale wolność legalna daje jedyną szansę na pełny rozwój człowieka w społeczeństwie. Przynajmniej szansę. A to już bardzo dużo.
By móc wolność otrzymać, nawet gdy bez przymusu ustanowiona jest prawem, by móc z niej korzystać, trzeba najpierw wolność pożądać, pragnąć jej. Bez tego pragnienia, bez tego głodu, jej owoce nigdy dojrzeć słodyczą pełną nie będą mogły. Będą jedynie cierpkie i kwaśne. I nie ma nigdy pełnej wolności jednostki lub grupy bez pełnej wolności wszystkich wokół. Wtedy to jedynie przywilej. A przywileje tak łatwo się dostaje, jak się je traci. Należą nie do obdarowanego a do tego, który je nadaje.
Więc patrzę na ten kontekst polsko amerykański. Cztery lata po wyborze Trumpa w USA. Gdy król autentycznie i wielokroć zrzucał szaty i stawał przed narodem nagi. W pełnej hańbie swojej brzydoty moralnej. Cztery lata później najbardziej dla mnie przykrym jest widok milionów Amerykanów ciągle na niego głosujących. Pewnie za mało by wygrał kolejne wybory. Ale jak strasznie za dużo.
Patrzę na setki tysięcy polskich kobiet i ich przyjaciół mężczyzn i wzbiera we mnie jednak pewien smutek i gorzkość. Czy wszystkie z was, sprawiedliwie oburzone zamachem na waszą wolność, głosowały ledwie kilka miesięcy temu przeciw Andrzejowi Dudzie? Czy też tylko wówczas wyszłyście z gorącym protestem, gdy wasze prawa i wolność zostały naruszone? Czy wychodziłyście tak tłumnie i tak bezpardonowo gdy burzono Trybunał Konstytucyjny? Gdy burzono Sąd Najwyższy? Jeśli tak – to w jaki sposób Andrzej Duda został ponownie wybrany prezydentem? Przecież było wiadomo, że kolejny zamach na waszą wolność ta partia i ten prezydent przeprowadzą.
Patrzę na zdjęcia pod konsulatami polskimi w Toronto, w Vancouverze i przypominam sobie protesty moje z grupką 3-5 osób w Vancouverze w latach 2016-2018. Bo król w Polsce już wówczas był nagi. I każdy jego brzydotę moralną widzieć mógł. W Toronto, gdzie wielokrotnie więcej jest Polaków na te regularne protesty przychodziło kilka-kilkanaście osób. Zawsze tych samych, niezłomnych. I nie było pandemii.
Stąd i przestroga pewna na usta mi się ciśnie. Najwyższą wartość ma protest przeciw zabieraniu wolności innym, drugim. Nie tylko przed utratą własnej.
To nie jest krytyka słusznych walk kobiecych o prawo do decyzji o sobie i swoim ciele. Chwalę was za to i wspieram pełnym sercem. I akcją, gdzie mogę. To tylko gorzka refleksja. Ale warto nad nią się zastanowić.
Jest zadziwiające, jak zmienili się ludzie w krajach, które dotąd dumne były z przywiązania do wolności, do pewnego szlachectwa moralnego. Wystarczyło kilka lat knucia, kilka lat dzielenia przez podłych ludzi i podłe rządy, kilka lat jałmużn sprytnie kierowanych tam, gdzie spodziewano się najmniejszego oporu, by hasła: „za wolność Wasza i Naszą” w Polsce i moralne przewodzenie tzw. Wolnego Świata przez USA, pękły, jak bańka mydlana. Teraz bańki ciągle są – ale to bańki ścieków, brudów.
Ano, cóż – zebrało mi się na gorzkie żale. I nie, nie pójdę z nimi do kościoła. Na pewno nie do polskiego kościoła. Pójdę poczytać wywieszone na bramie kościoła w Wittenberdze Tezy Marcina Lutra. I pomyślę czym się różni Kościół w Polsce od Kościoła europejskiego w XVI wieku. I kto będzie mnichem augustianinem w Polsce w pięć wieków później, czyli dziś.
W 1976 roku na scenach Teatru Na Woli wystawiono sztukę Antonio Vallejo w tłumaczeniu mojej ciotki, Kazimiery Fekecz. Sztuka jest o moralnych zmaganiach Goyi w tworzeniu jego słynnego dzieła ‘Gdy rozum śpi budzą się upiory’. Oj, budzą się. Wcześniej niż Francisco Goya, dwa tysiące lat wcześniej, Seneka napisał, że rozum jest panem każdego losu: sam w sobie działa w dwóch kierunkach, będąc przyczyną naszego szczęścia lub naszej mizerii.
F. Goya, ‘Gdy rozum śpi…’
Może to więc nie jakaś moc niebotyczna, magiczna Ziobrów, Kaczyńskich, Dudów i Trumpów jest przyczyną naszej mizerii? Może zbyt łatwo daliśmy rozumowi i zdrowemu rozsądkowi przysnąć po przecukrzonych łakociach świętej tradycji, mitów narodowo-etnicznych i kilku dukatach rzucanych niby tak, od niechcenia, w tłumy wirujące, jak chochoły na jakimś gospodarstwie pod Krakowem? Może. Nie wiem.
Wiemy, że partyjną religią Zjednoczonej Prawicy (sterowanej głównie przez PiS i Kaczyńskiego) jest ortodoksyjny, staroświecki, przedsoborowy i antysemicki katolicyzm. Katolicyzm, gdzie sacrum nie jest Bogiem a hierarchą kościelnym, kapłanem, zaś celem doczesnym gromadzenie dóbr materialnych, istnienie ponad prawem i bezpośredni wpływ na politykę państwa.
Ten tradycyjny kościół jest też instytucją opartą na gnębieniu i poniżaniu wszystkich innych społeczności. Nienawiść wobec Żydów jest niebezpieczna. Przekonali się o tym nie tylko politycy skrajnej prawicy ale i sam Kościół na świecie, w tym (nie bez oporów i nie kompletnie) Kościół lokalny w Polsce. W każdym razie antysemityzm szerzony publicznie i otwarcie jest temperowany lub wręcz nawet potępiany przez hierarchię katolicką w Polsce i przez głównych przywódców PiS. Wiedzą, że silnych zwolenników na arenie międzynarodowej nie znajdą. Świat nowoczesny, postępowy, demokratyczny nie pozwoli na to. Nawet istniejące i coraz głośniejsze skrajne ruchy faszystowskie w Europie i Amerykach Północnej i Południowej na niczym tak swoich zębów nie łamią i nie kruszą, jak własnie na rosnącej determinacji społeczeństw i ludzi w ogóle by antysemityzm potępić, odesłać w otchłań piekieł i złej historii. Ale Zjednoczona Prawica i jej poważny elektorat w Polsce bez wrogów zewnętrznych i wewnętrznych obyć się nie mogą. Wszystkie ideologie zła, a więc i ideologia PiSu i jego aliantów – nienawiść i wrogów potrzebują. To jest jeden z ich warunków przetrwania. Sine qua non biologiczne. Gdyby panowały nie tak przecież odległe czasy XVIII, XIX a nawet początków XX wieku – jest bardziej niż prawdopodobne, że obecny rząd wpędziłby Polskę w co najmniej jedną, a może więcej, awanturę wojenną. Jakieś Zaolzie, lub Grodzieńszczyzna, Lwowszczyzna, Wileńszczyzna by się znalazły. Pod warunkiem, że kraje napadnięte byłyby nieco mniejsze i słabsze i nie istniały by dzisiejsze międzynarodowe sojusze wojskowe i polityczne. Podejrzewam, że nie mieliby moralnych problemów w zawarciu sojuszu z Putinem na podział Ukrainy i Białorusi. Taki drugi pakcik Ribbentropa i Mołotowa, nazwijmy go ‘kaczyńsko-putinowski’. Wstrzymam jednak wodze fantazji. Wróćmy do rzeczywistości. Twardej, namacalnej, widocznej gołym okiem.
Od samego początku rządów PiS widoczny był żelazny sojusz klerykalno-prawicowy. Atak na niezależne instytucje państwowe i społeczne (sądy najwyższe i sądownictwo całe, prokuratura, fundacje na rzecz rozbudowy demokracji i obrony mniejszości społecznych) stał się regułą i konsekwentnym celem polityki tego sojuszu. Z grup społecznych najbardziej narażone na szykany zostały kobiety (poprzez wielokrotną próbę całkowitego zakazu aborcji), mniejszości etniczne, zwłaszcza te o innym kolorze skóry i osoby LGBTQ2. Z różnych, często trudnych do zrozumienia powodów, od początków kampani wyborczej Andrzeja Dudy w ostatnich wyborach prezydenckich głównym celem ‘wojny domowej’ PiS i KK stały się mniejszości seksualne w Polsce. Idiotyczne i kompletnie bezsensowne hasło walki z nieistniejącą ‘ideologią LBTQ’ zostało oficjalnie zaadoptowane, jako linia polityki prezydenta Polski, dla której dostał pełne poparcie od rządu i całej Zjednoczonej Prawicy. I fanfary z wież kościelnych.
Fizyczne ataki i znęcanie się nad osobami LGBTQ2 stały się codziennością. Już nie tylko rękoma bydlaków-osiłków z grup pro-faszystowskich i ultrakatolickich. Zapalono zielone światło dla całej homofobicznej części społeczeństwa. Prawie każdego dnia dowiadywaliśmy się z mediów społecznościowych i tradycyjnych o przypadkach obelg i wyzwisk w tramwajach, pociagach, autobusach, na ulicy, rzucanych często przez starsze kobiety, zwykłych przechodniów wobec osób, które zachowaniem lub wyglądem sugerowały, że są gejami, lesbijkami lub osobami transpłciowymi. Często ofiarami takich napaści były też osoby inne, które ośmielały sie wystąpić w obronie znieważanych. Co raz częściej też informacje o tym przekazywała prasa zagraniczna zdumionym czytelnikom w krajach normalnych. Powstała atmosfera nagonki. Kulminacją tego były pacyfikacje protestów tych środowisk w Warszawie i otwarte łapanki na uczestników tych demokratycznych protestów. Ale rosła też determinacja tych środowisk. Rosło przekonanie, że nie pozwolą zepchnąć się do podziemia, do ukrywania się. Do lat niewoli komunistycznej i do lat noszenia różowego trójkąta w obozach koncentracyjnych III Rzeszy. Rosło i rośnie też co raz szersze poczucie, że dalej na to Polki i Polacy nie pozwolą. Ani świat. Że nie chcemy wstydzić się przed światem z informacji o tych idiotycznych deklaracjach ‘obszarów wolnych od LGBTQ’, które tyle wstydu Polsce na całym świecie przyniosły. Wzrastał i wzrasta gniew i chęć na polskie Stonewall. I rośnie oburzenie świata demokratycznego.
Po 1989 roku Polska była na ustach tego świata. Polscy Prezydenci witani byli z fanfarami w Paryżach, Berlinach i Waszyngtonach. Byliśmy przykładem dla innych, ciągle marzących o wolności. Polacy mieszkający w tych innych krajach czuli się dumni. Na spotkaniach towarzyskich, na spotkaniach formalnych i oficjalnych. Trudny i prawie dla nikogo niezrozumiały język polski stał się nagle źródłem zapożyczeń językowych w angielskim, francuskim, niemieckim, hiszpańskim. W pewnym momencie wielu z nas przyjmowało, jako normalne gdy obywatele tych państw w rozmowę wtrącali słowa “solidarnoszcz, wałesa”. Dziś nam znowu wstyd. Tym razem głębszy i boleśniejszy. A co gorsze – zasłużony.
Nie znam we współczesnej historii Polski takiego dokumentu dyplomatycznego, jak ten List, ten protest i apel Ambasad i Organizacji Międzynarodowych do polskiego rządu. Od krajów o tradycjach chrześcijańskich, muzułmańskich, buddyjskich. Od wszystkich naszych sąsiadów, sojuszników. Z wyjątkiem Białorusi i Węgier. Ale trudno by było się spodziewać by Mussolini lub Franco protestovali u Hitlera, że gnębi Żydów … .
List otwartyambasadorów
Albanii, Argentyny, Australii, Austrii, Belgii, Chorwacji, Cypru, Czarnogóry, Czech, Danii, Dominikany, Finlandii, Francji, Grecji, Hiszpanii, Holandii, Indii, Irlandii, Islandii, Izraela, Japonii, Kanady, Litwy, Luksemburga, Łotwy, Macedonii Północnej, Malty, Meksyku, Niemiec, Norwegii, Nowej Zelandii, Portugalii, Republiki Południowej Afryki, San Marino, Serbii, Słowenii, Stanów Zjednoczonych Ameryki, Szwajcarii, Szwecji, Ukrainy, Wenezueli, Wielkiej Brytanii, Włoch, a także Przedstawiciela Generalnego Rządu Flandrii i Delegata Generalnego Rządów Walonii-Brukseli oraz reprezentantów Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej i Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych ds. Uchodźców w Polsce, Dyrektora Biura Instytucji Demokratycznych i Praw Człowieka OBWE, Dyrektor Biura Międzynarodowej Organizacji ds. Migracji oraz Sekretarza Generalnego Wspólnoty Demokracji. Sporządzanie niniejszego listu koordynowała Ambasada Królestwa Belgii w Polsce.
Pomimo odwołania tegorocznej Warszawskiej Parady Równości, która ze względu na uwarunkowania epidemiologiczne nie mogła odbyć się w przewidzianym terminie, chcemy wyrazić nasze poparcie dla starań o uświadamianie opinii publicznej w kwestii problemów, jakie dotykają społeczność gejów, lesbijek, osób biseksualnych, transpłciowych i interpłciowych (LGBTI) oraz innych mniejszości w Polsce stojących przed podobnymi wyzwaniami. Chcemy także wyrazić uznanie dla podobnych starań podejmowanych w innych miastach Polski – w Białymstoku, Bydgoszczy, Częstochowie, Gdańsku, Gnieźnie, Katowicach, Kielcach, Koninie, Koszalinie, Krakowie, Lublinie, Łodzi, Olsztynie, Opolu, Poznaniu, Rzeszowie, Szczecinie, Toruniu, Wrocławiu i Zielonej Górze.
Uznajemy przyrodzoną i niezbywalną godność każdej jednostki, zgodnie z treścią Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka. Szacunek dla tych fundamentalnych praw, zawartych w zobowiązaniach OBWE oraz obowiązkach i standardach Rady Europy i Unii Europejskiej, jako wspólnot praw i wartości, zobowiązuje rządy do ochrony wszystkich swoich obywateli przed przemocą i dyskryminacją oraz do zapewnienia im równych szans. Aby to umożliwić, a w szczególności aby bronić społeczności wymagających ochrony przed słownymi i fizycznymi atakami oraz mową nienawiści, musimy wspólnie pracować na rzecz niedyskryminacji, tolerancji i wzajemnej akceptacji. Dotyczy to szczególnie sfer takich jak edukacja, zdrowie, kwestie społeczne, obywatelstwo, administracja publiczna oraz uzyskiwanie oficjalnych dokumentów. Wyrażamy uznanie dla ciężkiej pracy społeczności LGBTI i innych społeczności w Polsce i na całym świecie, jak również dla pracy wszystkich ludzi, których celem jest zapewnienie przestrzegania praw osób LGBTI oraz innych osób stojących przed podobnymi wyzwaniami, a także zapobieganie dyskryminacji, w szczególności tej motywowanej orientacją seksualną czy tożsamością płciową. Prawa człowieka są uniwersalne i wszyscy, w tym osoby LGBTI, mają prawo w pełni z nich korzystać. Jest to kwestia, którą wszyscy powinni wspierać.
J.E. Shpresa Kureta, Ambasador Republiki Albanii; J.E. Ana María Ramírez, Ambasador Republiki Argentyny; J.E. Lloyd David Hargreave Brodrick, Ambasador Australii; J.E. Werner Almhofer, Ambasador Austrii: J.E. Luc Jacobs, Ambasador Królestwa Belgii: J.E. Tomislav Vidošević, Ambasador Republiki Chorwacji: J.E. Petros Kestoras, Ambasador Republiki Cypryjskiej; J.E. Budimir Šegrt, Ambasador Czarnogóry; J.E. Ivan Jestřáb, Ambasador Republiki Czeskiej; J.E. Ole Toft, Ambasador Danii; J.E. Aníbal de Castro, Ambasador Republiki Dominikany; J.E. Juha Ottman, Ambasador Finlandii; J.E. Frédéric Billet, Ambasador Francji; J.E. Michael-Efstratios C. Daratzikis, Ambasador Republiki Grecji; J.E. Francisco Javier Sanabria Valderrama, Ambasador Hiszpanii; J.E. Daphne Bergsma, Ambasador Królestwa Niderlandów; J.E. Tsewang Namgyal, Ambasador Indii; J.E. Emer O’Connell, Ambasador Irlandii; J.E. María Erla Marelsdóttir, Ambasador Islandii; J.E. Alexander Ben-Zvi, Ambasador Izraela; J.E. Tsukasa Kawada, Ambasador Japonii; J.E. Leslie Scanlon, Ambasador Kanady; J.E. Eduardas Borisovas, Ambasador Republiki Litewskiej; J.E. Paul Schmit, Ambasador Wielkiego Księstwa Luksemburga; J.E. Edgars Bondars, Ambasador Łotwy; J.E. Vasil Panovski, Ambasador Macedonii Północnej; J.E. John Paul Grech, Ambasador Malty; J.E. Alejandro Negrín, Ambasador Meksyku; J.E. Arndt Freytag von Loringhoven, Ambasador Niemiec; J.E. Anders Eide, Ambasador Królestwa Norwegii; J.E. Mary Thurston, Ambasador Nowej Zelandii; J.E. Luís Manuel Ribeiro Cabaço, Ambasador Portugalii; Daniel Stemmer, Chargė D’ Affaires a.i., Ambasada Republiki Południowej Afryki; J.E. Dario Galassi, Ambasador San Marino; J.E. Nikola Zurovac, Ambasador Republiki Serbii; J.E. Božena Forštnarič Boroje, Ambasador Słowenii; J.E. Georgette Mosbacher, Ambasador Stanów Zjednoczonych Ameryki; J.E. Jürg Burri, Ambasador Szwajcarii; J.E. Stefan Gullgren, Ambasador Szwecji; J.E. Andrii Deshchytsia, Ambasador Ukrainy; J.E. Luis Gómez Urdaneta, Ambasador Boliwariańskiej Republiki Wenezueli; J.E. Anna Clunes, Ambasador Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej; J.E. Aldo Amati, Ambasador Włoch; Dries Willems, Przedstawiciel Generalny Rządu Flandrii; Anne Defourny, Koordynatorka Delegatu Generalnego Rządów Walonii-Brukseli; Katarzyna Gardapkhadze, Pierwsza Zastępczyni Dyrektora ODIHR – Biura Instytucji Demokratycznych i Praw Człowieka OBWE; Marek Prawda, Dyrektor Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce; Christine Goyer, Przedstawiciel Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych ds. Uchodźców w Polsce; Thomas E. Garrett, Sekretarz Generalny Wspólnoty Demokracji; Hanna Dobrzyńska, Dyrektor Biura Międzynarodowej Organizacji ds. Migracji (IOM)
Gdzieś, na jednej z półek, wciśnięty między grube grzbiety poważnych książek, zapomniany, zakurzony i od lat parudziesięciu nie czytany, mały brulionik w cienkiej, niebieskiej okładce , jak szkolny zeszyt, bez tytułu ani wydawcy, nawet bez nazwiska autora. Czternaście stroniczek wewnątrz. Na niektórych, robione niebieskim długopisem, odręczne poprawki druku. Poznaję pismo (charakterystyczne dla wszystkich, którzy w szkołach przechodzili jeszcze lekcje kaligrafii – tak pisał m. in. do końca życia mój ojciec) i przypominam sobie autora tego brulioniku i historię z tym związaną. Generał Tadeusz Alf-Tarczyński, Prezes Instytutu Józefa Piłsudskiego w Londynie. Takie króciutkie zeszyty były robione wyłącznie w celach propagandowo-edukacyjnych i wysyłane (lub przewożone) do Kraju, głównie naturalnie do młodzieży szkolnej i uniwersyteckiej. Łatwe do ukrycia, nawet w kieszeni spodni. Nie były to wydawnictwa naukowe ani historyczne. Jakby powiedział, w latach 1905-1915, towarzysz Wiktor – bibuła. Towarzysz Wiktor, to był naturalnie młody Józef Piłsudski, redaktor „Robotnika” i przywódca Organizacji Bojowej PPS (Polska Partia Socjalistyczna). Więc ten brulionik taką właśnie bibułą był. Z sentymentem go raz jeszcze przejrzałem. Jasny, prosty język. Przypominający najważniejsze fakty z życia Marszałka. Naturalnie, głównie te o wymiarze patriotycznym, zwycięskim, ważnym, państwowo ale i legendo—twórczym. Dla historyka lub badacza dziejów – bez znaczenia i wartości większej. Dla młodego człowieka niezbyt z historią zaznajomionego – dobra pigułka elementarnej wiedzy. Dziś już nie, bo od lat tematem się nie zajmuję, ale wiele lat temu uważałem się za osobę dość głęboko znającą biografię i dzieje życia Józefa Piłsudskiego. Pisałem na jego temat szereg poważnych artykułów publikowanych tu i ówdzie (mam nawet gdzieś list od legendarnego Redaktora Giedroycia, gratulujący jednego z tych moich tekstów nadesłanego z Instytutu JP do redakcji „Kultury” – ale tłumaczący niemożliwości zamieszczenia w „Kulturze” ze względu na brak miejsca spowodowany gorącą sytuacją w Kraju i masę tematów aktualnych a nie historycznych – to były początki Stanu Wojennego i kompletnie się z Giedroyciem zgadzałem a tekst wysłałem nie ja tylko sam Instytut londyński). Po powrocie do Polski miały to być zaczyny do pracy naukowej lub książki. Do kraju nie wróciłem, pracy naukowej żadnej nigdy nie napisałem ani książki o Piłsudskim. Z czasem zresztą nabrałem wobec niego dużo bardziej krytycznej postawy. Nie negatywnej – na to swym życiem i dziełem nie zasłużył absolutnie. Ale krytycznej, dostrzegającej i istotne błędy i braki. Za główny uważałem nieumiejętność stworzenia kadry przyszłych polityków, mądrych włodarzy kraju. Teraz, po latach, znowu widzę go sympatyczniej, wydaje mi się, że go rozumiem. A z tego właśnie niebieskiego zeszycika-bibuły wyłuskałem fragment przemówienia Piłsudskiego w tymże Lublinie w 1920 roku. I gdyby mocą jakąś magiczna udało mi się wskrzesić monumentalną postać Naczelnika i zrobić wielki wiec (powiedzmy na Błoniach krakowskich lub Polu Mokotowskim w Warszawie, bo tamże do tłumów przemawiał) tylko o powtórzenie tego krótkiego lubelskiego adresu bym go poprosił. Pójścia do Sejmu bardzo bym mu odradzał, bo wiadomo, co by zrobił i jakich słów użył – jeżeli jesteście zszokowani czasem niektórymi słowami posła Jarosława Kaczyńskiego, to zakładam, że by bladły wobec słów, jakie dzisiejszym posłom i samemu Kaczyńskiemu by Naczelnik ofiarował… . Pojęcia poprawności politycznej nie znał ani by go rozumiał. Ale ten adres lubelski, te krótkie przemówienie, jest tak współczesne i tak celne, że mógłby je każdy mądry polityk w 2020 wypowiedzieć. I nawet nie tchnie myszką starego słownictwa. Jest portretem Polaków idealnym.
A więc 11 stycznia 1920 w Lublinie, na spotkaniu z przedstawicielami ziemi Lubelskiej, mówi Marszałek Józef Piłsudski, więc proszę o ciszę:
„Tam, gdzie chodzi o życie, tam, gdzie chodzi o krew, jest to ofiara najłatwiejsza, chociaż w laury owita. To jest ofiara, na którą Polak na pewno się zdobędzie. (Ale) Idzie o ofiarę cięższą, idzie o ofiarę dla siły całego narodu, idzie o ofiarę z tego, co ludziom być może jest najdroższe, o ofiarę ze swoich przekonań i poglądów. Idzie o to, by kraj nasz zrozumiał, że swoboda to nie jest kaprys, że swoboda to nie jest – ‘mnie wszystko wolno a drugiemu nic’ – że, swoboda, jeżeli ma dać siłę, musi jednoczyć, musi łączyć, musi rękę sąsiadom i przeciwnikom podawać, musi umieć godzić sprzeczności, a nie tylko przy swoim się upierać. W takiej jedynie umiejętności podawania do wspólnej pracy dłoni, wypływa moc wielka w chwilach trudnych i w chwilach kryzysów państwowych”.
To było wyzwanie do Polaków w pierwszych tygodniach 1920 roku. Gdy ofensywa bolszewicka łamała kolejne linie frontów Północnego i Południowego Rzeczypospolitej. Gdy opcje polityczne i ideologie były bez znaczenia, gdy –parafrazując komunistycznego poetę ledwie dziewiętnaście lat później- wróg stanął u progu i kolbami w drzwi załomotał, gdy rachunki krzywd przestały mieć znaczenie.
Nie znałem Polski lat 20tych ni 30tych. Nie mogę w pełni zrozumieć tej skali narodowych waśni, które pchnęły do politycznych więzień, politycznych zabójstw, do bicia, szczucia siebie wzajemnie. Nie znałem tego nawet w mojej młodości w PRL. Bo nienawiści wśród Polaków wobec siebie nie było. Władza, mimo wszystko, była poza nami, to był twór jakby z księżyca i nie mieliśmy na jego kształt wpływu. Żyliśmy, jakby obok i osobno od tego tworu.
Potem nasza ‘wiosna narodowa’ pod hasłami „Solidarności”, po dziesięciu latach odbudowywanie z kompletnych gruzów ekonomicznych tego niewyobrażalnie zacofanego, rozsypującego się tworu innego, zamierającego świata gospodarki komunistycznej, jaką była Polska w roku 1990. Byłem wówczas w tej nowej Polsce, odwiedziłem ją w trakcie pierwszych wolnych wyborów. I byłem tym światem przerażony, to był jeden wielki bazar Różyckiego, a właściwie gorzej: w Warszawie, ówczesny Stadion Dziesięciolecia był takim wielkim straganem, gdzie można było wszystko sprzedać i wszystko kupić. Od jednej świeczki po całe pudła szmat przywożonych całymi kontenerami z Chin, Wietnamu, z magazynów pozostałych ciuchów przy parafiach, które były adresatami tej paczkowej pomocy polonijnej. Polska była takim bazarem. Bałem się, czy potrafi z tego – i jak? – wyjść. Już wówczas zaczynały być widoczne pęknięcia ideowe, ideologiczne o kształt tej nowej Polski. Po latach, gdy zacząłem odwiedzać kraj częściej, zauważyłem metamorfozę olbrzymią. Byłem znowu w kraju europejskim. Tak, biedniejszym. Ale europejskim, zachodnim. I wydawało się, że normalniała też emocjonalnie, kulturowo. Oczywiście, jak w każdym normalnym kraju, były elementy skrajne, jakieś ideologiczne cudaki, inności, wynaturzenia. Po 2015 te wynaturzenia zyskały szansę wpływania na główne nurty polityki. Powoli wracały wszystkie upiory polskiej historii.
Konstytucja i jej obchodzenia, sądy i ich krytyka, parlamentaryzm i jego upadek moralny, spory polityczne, nawet demonstracje uliczne – to nie jest wizja Apokalipsy i rozpadu państwa. To są rzeczy zdarzające się w demokracji. Raz trochę na prawo bardziej, raz trochę na lewo, a na ogół oscylujące w środku – normalny obraz zdrowego kraju i społeczeństwa. Nie idealnego, nie jakiejś Nirvany ale zdrowego.
Mój ostatni, dłuższy pobyt był w 2018. Nie dziwiły ulice miast, identyczne, jak w Amsterdamie, Londynie czy Frankfurcie. Przyzwyczaiłem się już, że Polska XXI wieku, jest krajem europejskim. W każdym razie z wyglądu. Ale zauważyłem pierwszy raz tak widoczne i odczuwalne znowu wrażenie wielkiego bazaru. Rynku ciuchów i szmat. Nie na stadionie, nie na jakimś placu miejskim. W mentalności, w postawie, zachowaniu się Polaków. Było odczuwalne, że te ‘upiory przeszłości’ wylazły z nor i zaczęły opanowywać te ulice, the rynki, parki. Ktoś zaczął je z najważniejszych miejsc w państwie nazywać ‘tradycją narodową’. A przecież to nie była tradycja a upiory polskie, wynaturzenia, kalectwo narodowe. Brzydota narodowa a nie urok narodowy.
I przyszedł ten, 2020 rok. Wybory prezydenckie i pandemia. Ta symbolika tych dwóch wydarzeń, wepchniętych sprawą biologicznego przypadku w jeden, ten sam, okres czasowy jest przytłaczająca. Biologicznie i immunologicznie pierwsza połowa tego roku minęła pod znakiem obrony przed strasznym, milczącym wirusem. Wirusem, który zagraża nie tylko zdrowiu i życiu ludzi ale też i całej ekonomii.
Cały świat, nie tylko Polska, z tym wirusem walczy. I wyjdziemy z niego wszyscy nieco osłabieni, jak po każdej wielkiej wojnie, ale zwycięscy. Tylko, że w Polsce, podobnie, jak w USA, jest to też okres pandemii wirusa nienawiści. Nienawiści Polaków do Polaków, Amerykanów do Amerykanów.
Dlaczego, stający do walki o kolejny mandat prezydencki, panowie Duda i Trump nie noszą masek (Trump w ogóle, Duda bardzo rzadko)? Dlatego, że ich kampania wyborcza zasadza się właśnie na rozprzestrzenianiu wirusa nienawiści. Tylko ten wirus, jego jak najwyższa zarażalność , daje im największe szanse zwycięstwa. Stąd tylu wrogów się pojawiło w ich przekazie wyborczym, tyle grup zagrażających ‘dobrym’ Polakom i ‘dobrym’ Amerykanom. Tym reprezentujących ‘dobrą’ tradycję.
Ale dla normalnego, zdrowego człowieka, dla uczciwego obywatela ta tzw. ‘dobra tradycja’ jest niczym innym, jak narodowym ściekiem nieczystości, wylęgarnią złowrogich bakterii i wirusów.
Wybór między Andrzejem Dudą a Rafałem Trzaskowskim nie jest więc dla mnie wyborem politycznym, lub ekonomicznym. To wybór sanitarny, epidemiologiczny. Wybór Andrzeja Dudy to otwarcie na oścież bram dla wirusa nienawiści. To burzenie tam przed powodzią degrengolady etycznej i moralnej Polaków. Wybór Rafała Trzaskowskiego teraz, gdy na placu boju już tylko ich dwóch pozostało, to nie obietnica ‘cudownego ozdrowienia’. To jednak szansa na rozpoczęcie terapii, na systematyczną walkę z tym wirusem, na budowanie podwalin pod kolejne narodowe porozumienie. Na szanse rozmów innych Polaków z innymi Polakami. Bez mordobicia. I bez używania kłonicy, jako argumentu w dyskusji.
Jedno, z doświadczeń historii każdego kraju współczesnego i epok przeszłych, mogę bez cienia wątpliwości powiedzieć : społeczeństwa i narody tolerancyjne, szanujące się, generalnie zjednoczone bardziej niż podzielone, łatwiej i szybciej usuwają ruiny i gruzy materialne i budują nowoczesną, służącą ludziom i krajowi gospodarkę. Tak, jak stało się w Polsce, którą między 1990 a 2010 przeobrażono z wielkiego, brudnego bazaru w kolorowe ulice. Społeczeństwa i narody opanowane nienawiścią wobec siebie szybciej jeszcze zamieniają te kolorowe ulice w ekonomiczną i finansową ruinę podłego bazaru.
Kończę te smutne refleksje powtórzeniem, jakże dziś adekwatnych słów Józefa Piłsudskiego: Idzie o to, by kraj nasz zrozumiał, że swoboda to nie jest kaprys, że swoboda to nie jest – ‘mnie wszystko wolno a drugiemu nic’ – że, swoboda, jeżeli ma dać siłę, musi jednoczyć, musi łączyć, musi rękę sąsiadom i przeciwnikom podawać, musi umieć godzić sprzeczności, a nie tylko przy swoim się upierać.
W ostatnim stuleciu o Warszawę toczyły się dwie wielkie bitwy, których rezultaty oznaczały obronę i wzmocnienie wolności Polski, lub utratę tej wolności.
Pierwsza Bitwa Warszawska miała miejsce między 13-25 sierpnia 1920. Popularne stało się określania jej, jako ‘cudu nad Wisłą’, co jest kompletna bzdurą. Te określenie ‘cudu’ zaczęło się pojawiać w kilka lat pod tej bitwie w środowiskach katolicko-kościelnych, by odwrócić uwagę od osoby Wodza Naczelnego, Józefa Piłsudskiego. Oczywiście zwycięstwo w tej bitwie było wynikiem tylko i wyłącznie wypracowanej długimi dyskusjami i sporami strategii i celu bitwy i jej bezwzględnemu wykonaniu przez wiele wielkich jednostek bojowych rozrzuconych na przestrzeni setek kilometrów. Celowi bitwy służyły aż trzy potężne i rozległe w terenie i oddaleniu od siebie fronty Armii Polskiej, szereg zdolnych ale bardzo zróżnicowanych wyszkoleniem (taktyką, strategią) i tradycją wojskową dowódców. Wymagało to nie tylko olbrzymiej dyscypliny tych wszystkich dowódców ale i pełnego oddania sprawie ich podwładnych. Być może była to najtrudniejsza walka, bo tyczyła nie tylko terytorium i suwerenności ale bezpośrednio była walką światów, cywilizacji. Walką o ducha. Starcie cywilizacji turańskiej i łacińskiej, jakby to określił historyk i filozof ( w rzeczy samej był on historiozofem) polski z tamtej epoki, Feliks Koneczny.
Ta bitwa zakończyła się wielkim polskim zwycięstwem. Warszawa nie padła, a Rosjanie musieli się cofnąć na rubieże starej Rzeczypospolitej. Nie jest winą żołnierzy i ich dowódców, że Traktat Ryski tą wojnę kończący, przyniósł Polsce tak mierne korzyści terytorialne. Rosjanie porażeni rozmiarem klęski byli gotowi, zdaje się, nawet uznać granice I Rzeczypospolitej – w każdym razie na terenach ziem witebskich, mścisławskich i połockich, a na pewno całą Mińszczyznę. Endecja bardzo tego się bała i Grabski (reprezentujący w Rydze Polskę) przyczynił się do znacznych ustępstw na rzecz pokonanej Rosji bolszewickiej. Abstrahując od tych dywagacji historycznych – ta bitwa była przykładem zwycięskim dla Polski w historii bitew warszawskich (było ich naturalnie więcej w tejże historii, ale nie tak brzemiennych w skutkach).
Druga bitwa warszawska, którą chcę wspomnieć, określana jest w zasadzie, jako bitwa obronna Warszawy we Wrześniu 1939 roku przed nadciągającymi armiami niemieckimi. Trwała faktycznie nieprzerwanie od 1 września aż do 28 września, dnia kapitulacji stolicy Polski.
Szanse obronienia stolicy splecione były nierozerwalnie z szansami całej wojny polsko-niemieckiej w 1939 roku. A jaki był wynik tej wojny – wiemy. Warszawa (która nigdy nie była twierdzą wojskową) i jej wojskowi i cywilni obrońcy, wykazali się wyjątkową odpornością, walecznością. Ale miażdżąca przewaga militarna sił niemieckich, wzrastające straty wśród ludności cywilnej (głównie skutkiem osobistego rozkazu Hitlera o bombardowaniu Warszawy nalotami dywanowymi) i brak nadziei na jakąkolwiek odsiecz lub pomoc z zewnątrz, zmusiły wojskowe i cywilne władze do podpisania kapitulacji. Tak ta bitwa obronna w 39 jak i epilog całej II wojny światowej, który w Warszawie miał straszny epizod Powstania Warszawskiego, zniszczyły miasto prawie kompletnie. Zimą 1945 roku miasto wyglądało, jak jeden wielki zbiór gruzu i wypalonych szkieletów budynków. A Polska nie odzyskała pełnej suwerenności przez kolejne 45 lat.
Przypomniałem te dwie bitwy ze względów symbolicznych, a nie wspominek czysto historycznych. Powiedziałbym więcej – ze względów cywilizacyjnych, kulturowych. A Warszawa, stolica kraju, symbolizuje tego kraju losy. Czy zasiada tam I sekretarz partii komunistycznej z nadania satrapy moskiewskiego, czy gubernator Fischer z nadania faszystowskiego Berlina czy też wybrany przez Polaków prezydent. Oczywiście, Warszawa jest siedzibą dwóch prezydentów: stolicy i państwa.
Jesienią 2018 roku Warszawa wybrała prezydentem stolicy Rafała Trzaskowskiego. Kilka lat wcześniej, w 2015, prezydentem Polski wybrano Andrzeja Dudę. Obaj politycy (nie użyję słowa ‘przywódcy’, bo co najmniej do jednego z nich absolutnie ono nie pasuje …, gdyż mimo że wyborach w 2015 wygrał koronę, to zadowolił się czapką nadwornego lokaja) reprezentują też sobą właśnie te wielkie różnice kulturowe, wręcz (tak, nie zawaham się powiedzieć) cywilizacyjne w kategoriach filozoficznych. Podobne tym (choć nie tak krwawym i nie decydowanym przez dywizje wojskowe), jakie charakteryzowały te dwie bitwy warszawskie. Wojna nie tylko o terytorium – wojna o Ducha tego terytorium i ludności na nim zamieszkującej.
I teraz tych dwóch polityków z siedzibami swych prezydentur (państwowej i miejskiej) w tym mieście, staje do bitwy o Polskę. A obaj mają swe siedziby i Urzędy dosłownie na rzut kamieniem z balkonu. Z wieży Ratusza widać wyraźnie i blisko dach Pałacu Namiestnikowskiego, a z górnych okien Pałacu, prezydent Duda może lornetką bez problemu widzieć prezydenta Trzaskowskiego. Walka zaczęła się natarciem i kontruderzeniem 28 czerwca. Bitwę walną wydano na 12 lipca.
Wielu żołnierzom tej bitwy wydaje się, że chodzi tylko o menażki, o kuchnie polową, o to który dowódca obieca cieplejsze lub wygodniejsze mundury, onuce, o prycze w koszarach. No i o żołd – czy będzie dostawał go 12 razy w roku, czy może 13, a kto wie – może nawet czternaście razy. I w tego typu ‘bitwach’ wyborczych to pytania naturalne i oczekiwania naturalne i zdrowe. W końcu, jaki obywatel krzyknie: domagam się zwiększenia podatków, obniżki pensji i tylko 10 emerytur w roku?!
Ale to naturalne i zdrowe w normalnych czasach i normalnych warunkach. Nie w 2020 roku w Polsce. Bo ta ‘bitwa warszawska’ zadecyduje czy, podobnie jak ta w 1920, przechylimy się bardziej ku cywilizacji ‘turańsko-bizantyńskiej’ czy ‘ łacińsko-zachodniej’. Czy będziemy mogli chodzić w laczkach i sandałach, jak będziemy mieć na to ochotę, czy będziemy musieli stukać obcasami na zawołanie. Czy będziemy ze sobą rozmawiać ze śmiechem przy kawiarnianych stolikach na Nowym Świecie czy krzyczeć na siebie na Bazarze Różyckiego. I nie czekać na łaskawe da-albo-nie-da ’13-tkę’ a może i ‘14’ emeryturę – ale po prostu dostaniemy godziwe, zgodne z potrzebami dwanaście normalnych emerytur. Bo te ‘łaski pańskie’ i ‘ochłapy z pańskiego stołu’ autentycznie na pstrym koniu jeżdżą. Dziś spadną jeszcze może z tego stołu pańskiego ale jutro ani okruszka może. Bo z próżnego i Salomon nie naleje … . Nie chodzi też o elyty i elity. Nie o “Polskę Pańską’ i ‘Polskę Fornalską’. Chodzi o Polskę Wolnych Obywateli opartą na absolutnej wolności każdego indywidualnie lub Polskę Lepszego i Gorszego Sortu, podzieloną.
No i ta zwykła, taka codzienna, nie niedzielna świadomość, że się mieszka w porządnym, lubianym przez sąsiadów kraju. Kraju, gdzie wszyscy nie mają co prawda takich samych pensji i emerytur (no wiecie, takie same to próbowano już po 1917 w Rosji, po 1945 w Chinach, w latach 70. w Kambodży, ostatnio niejaki Chavez w Wenezueli – na nic dobrego to nikomu nie wyszło) ale mają takie same prawa. Wyżsi i niżsi, grubsi i cieńsi, męscy i żeńscy, o różowej i o czarnej cerze, dziewczyny chodzące z chłopakiem objęci i te chodzące z dziewczyną objęte; jedni idący rano do kościoła na modlitwę, inni do bożnicy, a jeszcze inni na ławkę do parku lub małą czarną do kafejki. Normalnie. Jak w normalnym kraju i mieście. Niemożliwe marzenie? Możliwe. W większości krajów tej właśnie europejskiej cywilizacji. Europejskiej nie geograficznie licząc od Uralu może, ale licząc kulturowo. Gdzie ta kultura będzie mieć granicę? Zależy od losów bitwy 12 lipca 2020. Albo na Bugu, albo na Odrze.
Oczywiście, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Ludzkie, normalne. Takie mamy horyzonty myślowe, jakie mamy horyzonty widzenia, postrzegania. Jedni siadają, prawie bez zastanowienia się, gdzie mają ochotę, bo wolność jest dla nich czymś naturalnym, prawie automatycznym – inni stoją zakłopotani aż im ktoś wskaże, gdzie usiąść mogą.
A w tym temacie już widzimy zmiany w Polsce i poza jej granicami. Andrzej Duda reprezentuje raczej dość wyraźnie tą inną ‘cywilizację turańsko-bizantyjską’, ten inny sposób myślenia, który postrzega granice cywilizacyjną i kulturową na Odrze. To nie może ulegać wątpliwości dla nikogo. Również dla tych głosujących za niego. I czas by się do tego sami sobie przyznali. By przynajmniej wiedzieli dlaczego taki wybór robią. Niech nie oszukują znajomych i rodziny, a tym bardziej siebie samych.
Spójrzmy na te ‘granice’: Polacy między Bugiem a Odrą w I turze dali Andrzejowi Dudzie najwięcej głosów. Za mało na pokonanie przeciwnika, ale tą potyczkę wygrał. Dostał 43.5 procent tych głosów. Prezydent Warszawy dostał 30.46 procent, na trzecim miejscu był Szymon Hołownia z blisko 14 procentami. Lub trochę inaczej: na 16 województw, Trzaskowski wygrał tylko w trzech, a w 13 pan Duda.
Natomiast, co zrobili Polacy spoza Bugu i Odry? Może być ciekawe, bo właśnie ten ‘inny punkt widzenia’ dający inną perspektywę i inny horyzont. Na aż 84 państwa, gdzie Polacy głosowali, Andrzej Duda poniósł klęskę w … 76 państwach. Zremisowali w dwóch. A Trzaskowski uzyskał najwięcej głosów w 75 państwach. Procentowo przekłada się to na: Rafał Trzaskowski dostał 48.13 procent oddanych głosów, a Andrzej Duda tylko 20.86%. Jeszcze inaczej – Trzaskowski w ani jednym kraju nie spadł poniżej drugiej pozycji (czyli nawet w tych kilku gdzie wygrał Duda, Trzaskowski miał silną drugą pozycje). Zaś Andrzej Duda spadł poniżej drugiej lokaty aż w 36 krajach, czasami aż do 5 (piątego) miejsca: za Hołownią, Biedroniem i Bosakiem. Szymon Hołownia był na drugim miejscu (za Trzaskowskim) w 32 państwach, a Robert Biedroń w 4 państwach.
I teraz kilka ciekawych spostrzeżeń z tych głosowań zagranicznych. Otóż najwięcej głosów dla Trzaskowskiego a najmniej dla Dudy padło w krajach, gdzie jest najwięcej Polaków, którzy wyjechali ostatnio z Polski, już z tej nowej, suwerennej Polski. Czyli tych, którzy maję najlepszą znajomość tej Polski, najbliższy z nią stały kontakt. I odwiedzając ją lub o niej rozmawiając z rodzina i przyjaciółmi z Kraju-zauważają różnice jakie w ostatnich pięciu latach w Polsce zaszły. Różnicę, która nie wypada dla Polski korzystnie. Bardzo wielu z nich traktuje ten pobyt zagraniczny, jako czasowy a Polskę widzą, jako docelowy punkt powrotu i zamieszkania. Różnica miedzy nimi a tymi, którzy teraz mieszkają w Polsce polega tylko na widocznym horyzoncie postrzegania, na owym punkcie widzenia. Jak widać z podanych wyżej statystyk wyborczych , ta różnica jest bardzo duża.
Natomiast w kilku krajach licznej bardzo, ale tzw. starej Polonii – padło więcej głosów dla Andrzeja Dudy. Są to środowiska bardziej konserwatywne, przyzwyczajonej przez długie lata do stanowczej obrony tzw. dobrego imienia Polski. Gdzie każdy (czasem nawet zasłużony) krytycyzm Polski postrzegany był, jako próba oczerniania ukochanej ojczyzny. Choćby te popularne w Ameryce Północnej żarty o ‘Polaczkach’. I silne przyzwyczajenie do polskich kościółków i parafii, które historycznie były centrami spotkań nie tylko religijnych ale i politycznych, polskich szkółek dla dzieci prowadzonych na ogół przy tych kościółkach. A Kościół jest, jak wszyscy wiemy, instytucjonalnie bardzo związany i silnie finansowany przez partie Andrzeja Dudy i obecny rząd PiS. Tak się głównie dzieje w USA i w Kanadzie. Tutaj też jest stosunkowo najwięcej (nawet więcej niż w Polsce, procentowo patrząc) zwolenników Konfederacji i pana Bosaka, który w Kanadzie np. uzyskał więcej głosów nawet od Szymona Hołowni. Ale Szymon Hołownia, często widziany, jako działacz katolicki, reprezentuje katolicyzm współczesny, bardziej postępowy. A Kościół polski obecnie reprezentuje katolicyzm zbliżony do idei pana Bosaka – skrajnie na prawo, czasem wręcz w kolorze brunatnym (tak określam wczesny, przed hitleryzmem, faszyzm niemiecki Rhoma i jego SA).
Inne, dość zaskakujące ( mimo to zgodne z generalnym opisem podanym wyżej o Kanadzie i USA) to skrajnie różne wyniki w różnych Komisjach Wyborczych/Konsulatach. W Kanadzie wybory miały miejsce w: Montrealu, Ottawie, Toronto, Vancouverze. Wyjątkowo krótkie okienka czasowe na wysłanie pakietu wyborczego do Konsulatu połączone z olbrzymimi obszarami, jakie te cztery miejsca obsługiwały – de facto uniemożliwiły tysiącom osób oddania głosu. Setki, jeśli nie tysiące, osób dostało pakiety w piątek (wybory były w sobotę poza Polską), lub dostały już po terminie wyborów. Nie ma powodów ani dowodów, że było to efektem celowego opóźniania i dywersji samych Konsulatów RP. Jest natomiast jasne, że było to efektem świadomego przeforsowania takich a nie innych przepisów w sprawie tych wyborów korespondencyjnych (tylko takie mogły się , ze względu na pandemie odbyć w innych krajach), które wyraźnie ograniczały konstytucyjne prawa wyborcze obywateli polskich zamieszkałych poza Polską.
Ale wracając do szczegółowych wyników w Kanadzie: Rafał Trzaskowski zajął zdecydowanie pierwsze miejsce w wyborach w Vancouverze, w Ottawie, w Montrealu. Andrzej Duda zajął pierwsze miejsce tylko w Toronto. Ale w tym jedynym Toronto – jego przewaga głosów była miażdżąca i zmieniła tym samym efekt wyborczy na całą Kanadę. Dlaczego? Trudno w kilku zdaniach dać głęboką analizę. Podam tylko kilka faktów i spostrzeżeń człowieka, który zna środowisko polskie w Kanadzie dość dobrze na przestrzeni blisko 40 lat. Toronto polonijne było i jest pewnym odbiciem Chicago polonijnego w Stanach (zresztą bliskie sobie geograficznie też). Bardzo duża ilość Polaków tam, lub w okolicach, się osiedliła, od czasów bardzo dawnych. To wielkie miasto oferujące emigrantom dużo więcej możliwości niż ośrodki mniejsze. Nie tak odległe i dobrze przeze mnie pamiętane były czasy gdy idąc od Bloor St. do Roncesvalles Avenue i w dół – wyglądało, jak spacer na chicagowskim Jackowie: polskie napisy, polski język, polskie kościoły. I zdecydowanie nie było to ‘miasteczko akademickie’, pod jakimkolwiek względem … . Patriotyzm był tam zawsze dość silny. Tylko właśnie ten typu ‘hurra’ lub wręcz tzw. kibolski. Patriotyzm refleksyjny, krytyczny – wiązał się już w tej polskiej dzielnicy z poważnym ryzykiem. No i nie ma w całej Kanadzie, od Atlantyku po Pacyfik, ani jednej polskiej parafii, która by była takim potentatem finansowym, jak parafia św. Kazimierza (na ,polskim Ronceswilu’ właśnie). Skromna kasa pożyczkowa w formie credit union w ciągu lat urosła do rozmiarów niezłego banku. Nie zawsze metodami legalnymi. Pamiętam, jak odwiedziłem niezłych rozmiarów … bank św. Kazimierza w Warszawie, obok Operetki Warszawskiej (teatr ‘Roma’). Dziś już w tej formie nie istnieje. Ta i inne inwestycje torontońskiej parafii stały się centrum poważnego dochodzenia kryminalnego Biura Nadzoru Bankowego prowincji Ontario. Efektem było zamknięcie (unikając skrzętnie zbyt dużego nagłośnienia sprawy) tych gałęzi bankowych skromnej kasy pożyczkowo-zapomogowej. Czemu o tym piszę w tym kontekście? Bo wydaje mi się, że gdy się ma rząd dusz (religia) i rząd sakiewki (credit union/bank spółdzielczy z głębokimi kieszeniami), to ma się bardzo silny wpływ na społeczność, w której się funkcjonuje. Może się mylę, nie jestem z wykształcenia antropologiem ani nawet socjologiem, a zwykłym gryzipiórkiem-publicystą. Takie (oczywiście na dużo mniejszą skalę) kasy pożyczkowo-oszczędnościowe istniały (istnieją?) prawie przy wszystkich polonijnych parafiach w Kanadzie. Podobnie, jak szkółki dla dzieci polonusów. Takie będą Rzeczypospolite, jakie będzie ich młodzieży chowanie, panie Kanclerzu Wielki Koronny, Ordynacie Zamoyski? Może się mylę … .
O tym, czy były systemowe, zaplanowane sposoby supresji prawa wyborczego Polaków przebywających poza granicami Polski pisze inny mój kolega-bloger, były Koordynator KOD_USA-West, https://dobek.org/2020/duda-a-niewazne-glosy/
Przez fakt, że w wyborach, mimo wszystko, liczy się tylko głos indywidualny, łatwo się zorientować, że wygrana w trzech lub czterech okręgach, gdzie jest niska ilość głosujących, może być łatwo zniwelowana tylko jedną wygraną w jednym okręgu, gdzie uprawnionych do głosowania jest wielokroć więcej. Stąd jest ważne by głosujący w tych małych liczebnie ośrodkach, jeśli chcą by ich głos się liczył i miał wpływ, mobilizowali się silniej i liczniej. Ważne tu są silne związki koleżeńskie, socjalne. Stały kontakt lokalny. Zwłaszcza w czasach pandemii, która wszystko to utrudnia.
Cóż, na zakończenie wracam do mojej symboliki stołecznej. Bitew warszawskich. Lub bitew dwóch prezydentów – Miasta i Państwa zamieszkałych w Warszawie. To są autentycznie dwie kardynalnie sobie obce i przeciwne wizje Polski: jedna Trzaskowskiego, druga Dudy (lub dokładniej tego, który Dudą steruje, Jarosława Kaczyńskiego). Teraz już nie ma innych żołnierzy w turnieju (chciałem użyć bardziej adekwatnego porównania (w turnieju są rycerze) ale znowu ręka się zawahała …), tylko ta para. Nie ma już znaczenia umiarkowany czy skrajny prawicowiec, lewicowiec, liberał, czy socjaldemokrata, zielony czy czerwony. To detale tu mniej istotne na finiszu. Istotna jest wizja Polski i jej miejsca w cywilizacjach, kulturach: w którym związku kulturowo-cywilizacyjnym chce być? Takie sobie postawcie pytanie i szczerze na nie odpowiedzcie. Wybór (jakikolwiek by nie był) będzie wówczas łatwy i prosty, bo różnice są bardzo wyraźne.
Zacznę od początku. Jak mawiali gospodarze rzymskich wieczerzy, ‘od jajka do jabłka’, czyli ab ovo.
Pięć lat temu Polska przeszła polityczną rewolucję. I nie sposobem rewolucyjnym, a więc siłowym przejęciem władzy, a sposobem demokratycznym. Zakłamanym, podszytym oszustwem, pełnym populistycznych, więc bardzo niebezpiecznych obietnic – mimo to legalnym, demokratycznym. Powszechnymi wyborami tak do Parlamentu, jak i do Prezydentury. PiS, a konkretnie tzw. obóz Zjednoczonej Prawicy przejął władzę w kraju. W pierwszym okresie rządów PiS (bo PiS był i jest, bez cienia wątpliwości, i motorem i głównodowodzącym tą koalicją) wspierała go też nowa, populistyczna partia protestu, tzw. Ruch Kukiz skupiony wokół osoby polskiego celebryty estradowego.
Jeżeli były to wybory demokratyczne, bez przelewu krwi i użycia siły, to dlaczego określam je jako rewolucyjne? Dlatego, że ważniejszym niż siła i przemoc w utrwaleniu rewolucji jest cel (na ogół niezbyt jasno, mgliście i ogólnikowo tylko przedstawiany społeczeństwu) obalenia tzw. ancien regime, czyli zastanego, utrwalonego porządku prawnego, konstytucyjnego. A tego chciała partia Jarosława Kaczyńskiego. Można chyba bez zbytniej alegoryczności powiedzieć, że obalenie i zniszczenie III Rzeczypospolitej Polskiej było marzeniem życia tego polskiego Machiavellego.
Polska, która była marzeniem patriotycznych elit od 1945 roku, miała być Polską demokratyczną, opartą na zachodnioeuropejskiej tradycji liberalizmu. Owszem, z silnymi cechami dla Polski specyficznymi (przywiązanie do wiary chrześcijańskiej i jej etosu – w silnym nacisku na chrześcijaństwo rzymsko-katolickie), mimo to zmierzającej ku szeroko pojętej tolerancji wyznaniowej, społecznej. I przede wszystkim w oparciu o silny, zdecydowanie wyrosły z tradycji politycznych cywilizacji zachodniej, element prawa konstytucyjnego, o praworządność i rozdzielność równych sobie władz: rządowo-wykonawczej; parlamentarnej z władzą ustawodawczą: silną, niezależną od władzy wykonawczej i legislacyjnej Prezydenturą, która w największej mierze zasadza się na zapewnieniu nadrzędności konstytucji nad wszelkimi innymi aktami legislacyjnymi i zwierzchnictwem nad wojskiem (aby móc ewentualnie np. zapobiec wojskowemu puczowi rządowemu). Koroną tego systemu jest ostania, osobna i niezależna od rządu i parlamentu władza. To władza wyjątkowa, bo jest też niezależna od wyborów powszechnych. Jedyna pochodząca z mianowania wedle bardzo ściśle ustalonych reguł konstytucyjnych, która nie musi (nie powinna wręcz z zasady) brać udziału w politycznych wyścigach i umizgach wobec wyborców. Aktu nominacji dokonuje Prezydent, ale wyłącznie z krótkiej listy przedłożonej Prezydentowi z mało znanej, ale osobno wymienionej w Konstytucji niezależnej władzy – Zgromadzenia Ogólnego Sędziów Sądu Najwyższego. Ten tylko organ, i żaden inny, wybiera tych kandydatów. Ta dość skomplikowana ale silnie osadzona w Konstytucji procedura ma jeden cel i świadczy o wysokiej trosce państwa w tym jednym celu właśnie – o zabezpieczenie wszelkimi możliwymi środkami niezależności tej wyjątkowej Władzy, uniemożliwienia podporządkowania jej wobec partii politycznych. By użyć alegorii Kościoła, można powiedzieć o tej władzy, że jest swego rodzaju archikatedrą Państwa. Co to za wyjątkowa Władza? Sądy Powszechne, z ich zwieńczeniem w charakterze Sądu Najwyższego na samym szczycie i wspierających go w dziedzinach specyficznych trybunałów: Konstytucyjnego, Stanu i Administracyjnego. Nie mogą te sądy praw stanowić. Ale są jedyne, które te prawa mogą interpretować i decydować czy dany czyn je złamał i podlega karze. A co najistotniejsze, w sytuacjach pytań konstytucyjnych – mogą orzekać ostatecznie, bez możliwości odwołania, czy te przegłosowane i już nawet podpisane przez prezydenta ustawy i akty, rozporządzenia są w zgodzie z Konstytucją. Jeśli nie – tracą moc prawną. Na tym zasadza się cały fundament państwa demokratycznego w tzw. świecie cywilizowanym. W różnych krajach są różne inne, wynikłe z lokalnych tradycji i potrzeb warianty, szczegóły tej machiny funkcjonowania władzy – ale wszystkie one zmierzają do tego samego celu: zagwarantowania wszelkimi możliwymi środkami by którakolwiek z tych władz politycznych, rządowych czy sądowych, wyłonionych z wyborów czy z mianowania, nie mogła nigdy przejąć władzy nieograniczonej. W skrócie – by nie dopuścić do powstania dyktatury lub autokracji. A wszystko to jest zagwarantowane w Konstytucji. Akcie, który stanowi o państwie, określa jego charakter. Stanowi też o społeczeństwie, określa prymat (lub zależność i ograniczenia) obywatela. Konstytucja to nie jest papierek do dowolnych zmian i interpretacji. To dokładnie to samo dla Państwa i obywateli, co Dekalog dla Kościoła. Można prowadzić spory teologiczne o setki spraw w rozumieniu religijnych przykazów, zachowań, konieczności i niemożliwości. Ale odrzucić choćby jedną zapisaną w Dekalogu jest niemożliwe. Wówczas Kościół traci swój sens istnienia, bo decyduje, że w ‘wyborach’ (więc np. w głosowaniu na Synodzie) może obalić Boga lub, że dany biskup czy nawet papież Bogu jest równy lub wręcz od niego wyższy. Takie zachowania Kościół musi ogłosić herezją, potępić i wyłączyć jego wyznawców z Kościoła. To samo jest z Konstytucją. Zwykłe akty rządowe ani nawet parlamentarne, nawet z błogosławieństwem prezydenta, jej zmienić nie mogą. Ani zwykła większość sejmowa. Nie mogą usuwać niezależnych sędziów z sądów. Nie mają prawa lekceważyć wyroków i orzeczeń sądowych. Mogą się odwoływać do wyższej instancji, aż do tego Sądu Najwyższego i wymienionych Trybunałów. A kiedy te wydadzą swój wyrok, droga się kończy. To wcale nie jest takie skomplikowane i wcale nie utrudnia sprawnego funkcjonowania państwa. Przeciwnie. Jest zbawienne. Ostatecznie wybory są na ogół co cztery lata. Proszę sobie wyobrazić ten bajzel i chaos, gdyby każdy nowy rząd i sejm wywracały wszystko do góry nogami! Katastrofa ekonomiczna i socjalna. A współpraca międzynarodowa fatalna. Przed wizją takiej katastrofy teraz stajemy w Polsce. Dlatego, że członkowie PiS i liderzy koalicjantów PiS wpadli w pułapkę wizji Jarosława Kaczyńskiego. Najniebezpieczniejszego człowieka w Polsce. Człowieka nienawidzącego III Rzeczypospolitej Polskiej. Naszego państwa.
To nikt inny, tylko Jarosław Kaczyński dążył wszelkimi metodami i podchodami do przeprowadzenia wyborów 10 maja. Wiedział bowiem, że to daje największą szansę wygrania ich przez Andrzeja Dudę, który jest mu bezwzględnie i całkowicie posłuszny. Wyborów, które bezpośrednio zagrażały nie tylko zdrowiu ale życiu tysięcy Polaków. Bo posłuszny Prezydent jest mu niezbędny dla zniszczenia resztek niezależności sądów polskich. Gdy te Sądy opanuje swoimi ludźmi (właśnie pokroju Andrzeja Dudy, tj. posłusznych prezesowi partii) będzie mógł dokończyć dzieła zniszczenia i pogrzebania znienawidzonej przez niego III Rzeczypospolitej. W świetle prawa, bo nawet je ostentacyjnie łamiąc – zależne od niego sądy potwierdzą je jako zgodne z Konstytucją. Wtedy bez autentycznej rewolucji obywateli, bez wyjścia na ulicę i autentycznych, a nie zbudowanych z tektury, flag i plakatów barykad – nikt tego nie powstrzyma. I wie, że taka rewolucja jest bardzo mało realna w Polsce i milionów nie pociągnie. Może mieć miliony sympatyków ale nie może mieć milionów na barykadach. A małe rewolucje można łatwo i stosunkowo małymi stratami zdusić. Ktoś może logicznie spytać – no ale skoro ma tak wielką (J.Kaczyński) władzę i już kilkakroć zmusił i rząd i Prezydenta do złamania Konstytucji w mniejszych sprawach, to po co mu ten parawan ‘legalności’? Może zlekceważyć protesty Sądów i ich wyroki, kadencja sędziów polskich nie jest dożywotnia i nie aż tak długa, więc powoli i tak obstawi te sądy swoimi ludźmi (tak , jak całkowicie nielegalnie zrobił z Trybunałem Konstytucyjnym i trybunał ten w dalszym ciągu już blisko pięć lat funkcjonuje w tej nielegalnej formie). Może. Ale czas nie płynie na korzyść Kaczyńskiego niestety. Ani jego biologiczny (jest coraz starszy i zdaje się nie najlepszego zdrowia) ani polityczny. Za kolejne cztery lata istnieje bardzo silna możliwość całkowitej utraty władzy w postaci przegranych wyborów parlamentarnych. Nie dlatego nawet, że Polacy nagle zatęsknią en masse za demokracją, za prawem, za wolnością i równością. Polacy będą zmuszeni to zrobić, bo staną oko w oko z wielkim kryzysem finansowym, a więc i ekonomicznym. Pieniądze Skarbu kurczą się z miesiąca na miesiąc. Skala nieodpowiedzialnych, choć popularnych, świadczeń socjalnych w połączeniu z bardzo nieudolną polityką ekonomiczno-inwestycyjną rujnują ten Skarb. Olbrzymie pieniądze otrzymywane z Unii zmniejszają się z każdym rokiem (jak zmniejszać się miały po okresie wstępnej masowej pomocy), nowe mogą wyschnąć całkowicie, gdy Unia w końcu stanie wobec twardych decyzji czy Polska stosuje się do praw europejskich, które gwarantowała podpisując Traktat wspólnoty europejskiej. Jest jasne, że w sprawach sądów najwidoczniej tego nie robi. Po ostatecznym zapadnięciu wyroków Trybunału Sprawiedliwości w kilku zbliżających się do wokandy kwestii polskich – Komisja Europejska i Parlament Europejski zmuszony będzie podjąć ważne decyzje. Jak na razie jest dość oczywiste, że te wyroki Trybunału nie będą dla PiS korzystne. Wtedy mogą się zamknąć kurki z rurociągu finansowego z Brukseli do Warszawy. Nie tylko zamknięcie tych kurków – mogą nastąpić bardzo wysokie kary finansowe. Wtedy urządzanie popularnych w elektoracie nagonek na różne mniejszości (ostatnio centralnym punktem kampanii nienawiści i szczucia poddani są obywatele LGBTQ) może nie wystarczyć na utrzymanie władzy. Ale jeżeli podporządkowany Kaczyńskiemu Sąd Najwyższy RP, przy wsparciu Trybunału Konstytucyjnego RP już podporządkowanego całkowicie PiSowi, wyrokiem uzna np. sfałszowane wybory za prawdziwe i legalne to bardzo utrudni ingerencje Unii a Polakom w kraju uniemożliwi zupełnie podważanie ważności takich wyborów. A poza sprawami wyborów jest jeszcze cała masa funkcjonowania państwa i społeczeństwa. Przy służalczości sądów wszystko prawie można zrobić. Ludzie niebezpieczni mogą być pozbawiani praw politycznych, nawet lądować w więzieniach. Kobiety stracić jakiekolwiek prawo do decydowania o swoim ciele (aborcje), zmiażdżyć sfingowanymi oskarżeniami i nowymi prawami niezależne ośrodki mediów a zwiększyć zasięg już potężnej machiny propagandowej rządu, zrujnować finansowo niezależne NGO (fundacje, organizacje praw człowieka i obywatela, nawet fundacje zdrowia i opieki – trwająca już od kilku lat straszliwa nagonka na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy). To wszystko, i sprytnie i bezwzględnie przeprowadzane może zmienić też i samo społeczeństwo. Obroża niewoli zakładana bardzo powoli i ostrożnie nie doskwiera silnie aż do momentu, gdy zamyka się jej ostatnie ogniwo. Wtedy, pewnego dnia, zgodnie z Konstytucją czy nie to prawie bez znaczenia będzie, bo usłużni sędziowie stwierdzą, że zgodnie – tryumfalny Jarosław Kaczyński będzie w stanie tą Konstytucję tak zmienić, że będzie mógł urbi et orbi powiedzieć: tym podpisem naszego Prezydenta Andrzeja Dudy zamykamy ostatnią kartę III Rzeczypospolitej. Od jutra będzie IV. Nasza.
I dlatego wystosował ten słynny już, długi i ważny List do członków PiS. List przedwyborczy nakazujący maksymalną mobilizacje wyborczą. Wszelkimi możliwymi środkami i drogami. Ten List nie pozostawia cienia wątpliwości, że te wybory traktuje jako ‘być albo nie być’ wizji i celu PiS. I całkowicie mu tym razem wierzę. Kontrkandydatów Dudy traktuje w tym Liście wyraźnie i bez wątpliwości, nie jako politycznych rywali, ale jako wrogów. Ten List należy traktować z pełną powagą. Bo pisze go nie Prezes partii a wódz partii. Nie pan Duda, który nawet w swojej partii nie może być traktowany poważnie ale de facto władca Polski – Jarosław Kaczyński. Człowiek, który szczerze nienawidzi III Rzeczypospolitej Polskiej. A zwłaszcza jej ,gorszego sortu’. Gdy ktoś szczerze nienawidzi – to jest bardzo niebezpieczny.
Czy Polacy docenią skalę niebezpieczeństwa jakie nad krajem zawisło? Nie wiem. Jest olbrzymia szansa, że te dwa ostatnie miesiące, naznaczone piętnem pandemii, które uwypukliło kruchość (nie tylko w Polsce, wszędzie) pozornego pokoju i małego dobrobytu społeczeństw – dało wielu szanse na zdrową refleksję. Co może się stać, jeśli tak wszystko z dnia na dzień potrafi się zmienić, odwrócić? Jakie gwarancje i obietnice ofiarowywane nam przez istniejąca władzę są silne i prawdziwe? Co się stanie gdy nie będą mogli ich dochować nawet gdyby chcieli? W jakim państwie wtedy łatwiej i bezpieczniej będzie przeżyć, przetrwać? W państwie podzielonym i skłóconym czy na nowo zjednoczonym jakimś wspólnym dobrem, wspólna wartością? W państwie, gdzie wszyscy muszą żyć wedle jednego tylko wzorca i jednej z góry narzuconej tradycji czy w państwie, w którym wszyscy CHCĄ żyć mimo różnic ideowych, światopoglądowych, wyznaniowych, rasowych, orientacji seksualnych? Bo wszyscy tacy sami nigdy i nigdzie być i tak nie możemy. To nierealne i nie naturalne. Żyjąc od lat w państwie (Kanada), które uważam za jedno z najlepszych pod względem tolerancji i szacunku wobec olbrzymiej wielości różnych mniejszości – proszę mi wierzyć, że w takim żyć dużo łatwiej. I bezpieczniej. Nie jest doskonałe. Ciągle zmaga się ze swoja przeszłością pełną błędów. Ale systematycznie z tą złą się właśnie zmaga, walczy, polepsza teraźniejszość. A zjechałem i poznałem szmat świata.
Poniżej chcę państwu przedstawić list innego kandydata na Prezydenturę Polski. Rafała Trzaskowskiego. Ten List, jest dokładną odwrotnością Listu Kaczyńskiego. Oferuje nadzieję zamiast strachu. Wyciąga rękę zamiast ją odcinać. Ten List publikuję, bo nic chyba tak dobitnie nie ukazuje różnicy między Jarosławem Kaczyńskim a Rafałem Trzaskowskim. Jeden jest antytezą drugiego. Ktoś się może spytać czemu piszę tu o Trzaskowskim i Kaczyńskim, a nie Trzaskowskim a Dudą? Ale ktokolwiek by takie pytanie zadał to naprawdę bardzo proszę posłuchać o co Pan czy Pani się pyta. Pan Andrzej Duda w tych wyborach nie ma najmniejszego znaczenia, jako osoba. On nie kandyduje ani nawet nie pretenduje, że chciałby być prezydentem. Pan Andrzej Duda jest po prostu reprezentantem pana Prezesa PiS. Aby to jaśniej przedstawić wrócę na moment do kraju mojego obecnie zamieszkania, Kanady. Otóż (wiele osób o tym zapomina) Kanada jest monarchią konstytucyjna a nie republiką, jak Polska. Głową państwa więc nie jest prezydent a monarcha. Ale ze względów historycznych nasz monarcha nie mieszka w Kanadzie tylko w Wielkiej Brytanii. Czyli praktycznie obowiązki Głowy Państwa (i Zwierzchnika Sił Zbrojnych) pełni Generał Gubernator (najczęściej po polsku określany błędnie jako Generalny Gubernator) . Ale ten Gubernator nigdy nie jest i nie będzie Monarchą Kanady. Jest tylko tego Monarchy przedstawicielem. Tak, jak pan Duda jest tylko reprezentantem Prezesa.
A oto List Rafała Trzaskowskiego.
Rafał Trzaskowski
List do sympatyków i członków PiS
Szanowni Państwo,
kilka dni temu otrzymaliście Państwo list od Prezesa PiS Pana Jarosława Kaczyńskiego. Mimo że adresowany był do członków i sympatyków Waszej partii, jego treść przedostała się do mediów. W związku z tym wszyscy mogliśmy w nim przeczytać, że „zwycięstwo kandydata KO oznaczałoby ciężki kryzys polityczny, społeczny i moralny”.
Od wielu lat polskie życie polityczne trawi choroba nienawiści. Oduczyliśmy się ze sobą rozmawiać. Przestaliśmy szukać porozumienia. Zakładamy z góry, że w każdej sprawie musimy stać po dwóch stronach barykady. Czy naprawdę tak jest? Nie możemy pozwolić na to, żeby kolejny raz wygrały podziały. Ludzie mogą się różnić, ale szacunek do drugiego człowieka, braterstwo oraz wspólnota muszą wygrać. Kiedy kamery są wyłączone, politycy potrafią ze sobą normalnie współpracować. Znam wielu, którzy – mimo że reprezentują różne opcje polityczne – normalnie ze sobą rozmawiają. Dziś w Polsce potrzebujemy tej rozmowy.
Domyślam się, że większość z Państwa może być zaskoczonych moim listem. Dużo czasu musi upłynąć, żebyśmy znów zaczęli prowadzić normalny spór o wartości i sprawy merytoryczne. Bez nienawiści i agresji. Kiedyś trzeba jednak zrobić pierwszy krok. Ktoś pierwszy musi wyciągnąć rękę.
Nie możemy żyć ciągle w stanie napięcia, konfliktu i kryzysu. Musimy spróbować znowu być wspólnotą, mimo że często się ze sobą różnimy. Ci z polityków Prawa i Sprawiedliwości, którzy mnie znają, wiedzą, że taki właśnie jestem. Zawsze szukam kompromisu. I dalej będę go szukał, starając się odbudowywać wspólnotę i szanując wszystkich, bez względu na ich poglądy. Nie mam problemu z tym, że postrzegacie mnie jako przeciwnika politycznego. Nie patrzcie proszę jednak na mnie jak na wroga, bo nie jestem Waszym wrogiem. Nie ma we mnie także nienawiści. Często czuję zdumienie, czasem smutek, ale nigdy nienawiść. Uważam, że Polsce potrzebny jest silny Prezydent, który na każdego będzie patrzył tak samo – niezależnie od tego jaką partię reprezentuje lub jakiej partii jest sympatykiem.
Najbliższe tygodnie to będzie rozmowa o Polsce dla naszych dzieci. Chciałbym, żebyśmy w tej rozmowie potrafili się słuchać, a nie na siebie krzyczeć. Prowadźmy dialog między sobą, bez pośrednictwa państwowych mediów i polityków. Może się okazać, że nie różni nas aż tyle. Wszyscy mamy prawo do patriotyzmu, do miłości do naszego kraju. Polska bez podziałów jest silniejsza. Takiej Polski chcę.
Chcę Państwu powiedzieć, że naprawdę szanuję Państwa poglądy i jeśli zostanę prezydentem, będę też Waszym prezydentem. Będę prezydentem budującym wspólnotę narodową. Będę bronił praw każdego obywatela – bez względu na różnice poglądów.
Bądźmy wspólnie dumni z naszego kraju. Mimo różnic.