Więc porozmawiajmy o muzyce

4-23514599_292422237931977_425757405_o
Bogumił Pacak-Gamalski i pianista Łukasz Mikołajczyk

Więc porozmawiajmy. O muzyce można rozmawiać na wiele sposobów.  Można w gronie znajomych, po skończonym koncercie iść na kawę i dokończyć wieczór opisując własne i słuchając wrażeń innych. Może to być spotkanie profesjonalnych muzyków, którzy – o ile nie olśnieni wieczorem autentycznie zupełnie wyjątkowym – będą się spierać czy daną frazę  w drugiej części adagio z jakiejś sonaty artysta przekazał zgodnie z obowiązującym kanonem czy też jakąś oryginalność wykazał; czy dies irae było wystarczająco dostojne i wypełnione w pełni tajemnicą kresu wszystkiego, czy zwykłym klepaniem na klawiaturze; pewnie też (skoro muzycy) najzwyczajniejszym popisywaniem się zapamiętanych błędów, opuszczeń:  tu zgubił ósemkę, tam na bemole uwagi nie zwracał, zaczął forte co najmniej dziesięć sekund za szybko, na co te zbyt długie interwały, itd. itp.

Czasem (pewnie na ogół jednak) rozjeżdżamy się do domów i dopiero tam, w ciszy, pozwalamy sobie na przędzenie własnych myśli, emocji, przeżyć. I to chyba forma najlepsza. O ile dyrygent, pianista, skrzypek jakiejś niesamowitej gafy lub zaplanowanego ‘protestu’ nie zrobi – zdajemy sobie sprawę, że byliśmy świadkami czegoś niezwykłego, autentycznie sakralnego (czy jest w to włączony jakiś pierwiastek religijny czy nie jest tu drugorzędne, więc ‘sakralność’ tu rozumiem jako duchowość, przeżycie dotykające nas  w samo sedno naszego ego), wychodzącego poza ramy zwyczajnej codzienności, zajęć wypełniających monotonnie nasze życie.  Czasami wręcz nie sposób oprzeć się zdziwieniu dlaczego utwór lub choćby jego fragmenty tylko tak nas dotknęły, wstrząsnęły może nawet. Co przypomniały z zapomnianych już dawno emocji, marzeń, pasji? Jakie widoki wyobraźnia roztoczyła przed nami, jakie emocje? Skąd ten smutek jakiś głęboki lub radość szczera, jak u dziecka?

I może to najlepsze ‘rozmowy o muzyce’ … . Ostatecznie, żaden artysta nie komponuje, nie pisze, nie maluje dla tłumu. Robi to, w najintymniejszym momencie twórczym, gdy o świecie rzeczywiście zapomina – dla indywidualnego słuchacza, oglądającego. Dla drugiego człowieka.  A czy odtwórca: aktor, solista-muzyk, reżyser jest też artysta w rozumieniu twórczym? To pytanie bardzo skomplikowane i nie ma na nie jednoznacznej odpowiedzi.  A mimo to większość z nas nie ma najmniejszego problemu z odpowiedzią na to pytanie w zetknięciu z dziełem sztuki (poza pracami plastycznymi, które pośrednika nie potrzebują ze swej natury) odtwarzanym na scenie, ekranie, z głośnika radiowego, z płyty (z CD, byłoby dziś adekwatniej powiedzieć). A już zwłaszcza w żywym, nie mechanicznym odbiorze sztuki: ze sceny. Potrafimy bez problemu powiedzieć: ładnie zagrał. Lub wykrzyknąć głośno lub w myślach tylko: to było wspaniałe! Jakże on grał niesamowicie, ciarki czasem po plecach przechodziły! I to jest ta zasadnicza różnica miedzy dobrym muzykiem-odtwórcą, który zawsze prawie ładnie zagra a artystą interpretatorem, który nas porwie. I to jest też sztuka, też twórczość, choć faktycznie wtórna. Wtórna ponieważ jest to jednak tak bliska , jak jest to technicznie i emocjonalnie możliwe, do oryginału zapisanego przez kompozytora/poetę. Nie mogą to być wariacje na temat, tylko interpretacja utworu oryginalnego. Ale osiągać mogą poziom sztuki najwyższy.  By to osiągnąć najpierw trzeba samemu (prócz technicznej umiejętności) partyturę (orkiestra) lub nuty indywidualne wielokroć czytać, studiować. Trzeba się wcielić w ‘duszę’ tej muzyki, jak aktor wciela się w postać graną. Jakże smutek lub namiętność wykazać na strunie, klawiszu, przez ustnik jeśli nie potrafimy go odczuć sami? Prawda, że są kompozytorzy nad wyraz nieufni,  którzy każdą najmniejsza zmianę nastroju zapiszą na pięciolinii, każde najmniejsze przyspieszenie, zgłośnienie, wyciszenie. I są tacy, którzy oczekują by grający sam to wyczuł, zrozumiał niczym jakieś objawienie. Do tych trudniejszych należał Chopin.  Sam będą wirtuozem, pianista-artystą – wymagał tego od tych, którzy jego muzykę grać mieli. Stąd tyle szkól i tradycji, stylów grania Chopina.

1-25591693_1659366637457403_6158182175201280251_nO tych, między innymi, perypetiach ‘szopenowskich’ gawędziłem z Łukaszem Mikołajczykiem. I o innych kłopotach, szczęściach i nieszczęściach młodego pianisty. Zawodu? Powołania? Twórczości?

Tu wracam do tematu rozmów już na moim, prywatnym podwórku. Zawsze pasjonowały mnie spotkania i rozmowy  (nawet jeśli robiłem to pod pozorem formalnego wywiadu – były to jednak rozmowy intymne a nie typowe kiedy, gdzie i dlaczego) z twórcami, artystami. Gdybym mógł i miał taką możliwość otwierania każdych drzwi – po każdym koncercie (chyba, że nudny i nader zwykły, co też bywa) byłbym biegł za kulisy na długą pogawędkę właśnie. I staram się z tej rozmowy, na różne czasem tematy prowadzonej, wyciągnąć ten rąbek tajemnicy: dlaczego grasz? Czy masz coś do powiedzenia i skąd ta chęć powiedzenia tego? Uchylenia tego rąbka, jak sam to określam, sacrum artysty.  Nie zawsze mi to się udaje. Może być, że po prostu bardzo dobry skrzypek, pianista, flecista – ale nie artysta w głębokim tego słowa znaczeniu. Czasem nie udaje nam się przebić z konwencjonalnej rozmowy-wywiadu i pozostaje ściana między rozmówcami, która tego elementu nigdy nie zdradzi. A czasem gdzieś, coś błyśnie na moment, co spowoduje, że od razu głos swój wyciszam i zaostrzam słuch. 3-19511484_1484582511602484_5195225389711353774_n

Tak wydało mi się nie tylko słuchając gry Mikołajczyka ale właśnie rozmawiając z nim. Coś jest w tym młodym pianiście bardzo bezpośredniego, świeżego, szczerego. I jest jakiś ledwie widoczny, może nawet skrywany lub nieuświadomiony w pełni głód. A jak jest głód twórczy to jest i apetyt. Beż tego ‘głodu i apetytu’ twórczego mowy być nie może o autentycznej sztuce muzycznej. Możesz zawsze nutę właściwą uderzyć palcami, zawsze tempo odpowiednie znaleźć, z pianissimo wejść w forte gdzie trzeba – słowem zbudować dźwiękami pałac piękny na lodzie … a będzie zimny i pusty.  Lub, zdarzyć się może i dobrym pianistom, błąd gdzieś zrobisz, nutę zgubisz, stopę zbyt śpiesznie z pedału zwolnisz – ale pałac wypełnisz gwarem, śmiechem lub płaczem cichym  w alkowie za sala balową… .

Mikołajczyk przyjechał do Vancouver bardzo niedawno. Młody chłopak, żądny świata i wrażeń, nade wszystko wrażeń muzycznych, artystycznych. Już z sukcesami w Polsce, niemal ‘z biegu’ zapisał się w muzycznej historii Vancouveru zdobywając 1 Diamentową Nagrodę w historycznej, pierwszej edycji Międzynarodowego Festiwalu Muzycznego  w Vancouver – pierwszej międzynarodowej kompetycji muzyki klasycznej w tym mieście. Cieszy się ze spotkań muzycznych z Polakami. Sprawiają mu radość dodatkową, poza samą radością grania.2-23319285_10101234077187425_3564683807383369591_n

Vancouver ma szczęście do polskich muzyków, szczególnie do pianistów.  Od samego Ignacego Paderewskiego poczynając, który przyjechał tu na koncerty swoją salonką kolejową ponad sto lat temu. Działające od długiego czasu Stowarzyszenie Muzyki Fryderyka Chopina (Fryderyk Chopin Music Society) ‘rozpieszcza’ Polaków (oczywiście nie tylko Polaków) tu zamieszkałych koncertami wielkich gwiazd klawiatury: Zimermana, Blechacza, Olejniczaka  (będzie tu znowu gościł na koncercie już 2 lutego). Stowarzyszenie ‘Pod skrzydłami Pegaza” zapoczątkowało muzyczne spotkania wschodzącej gwiazdy kanadyjskich pianistów, Jana Lisieckiego zapraszając go na jego pierwszy koncert gdy miał ledwie 15 lat. Bywała u nas często Katarzyna Musiał, jest na miejscu pianistka Krystyna Tucka, był Witold Wardziukiewicz. Kilkakrotnie koncertował inny, młody i znany w świecie muzyk-flecista, Krzysztof Kaczka. Vancouver i my, Polacy, mamy zaiste szczęście. Ale czy maja zawsze te szczęście, jeżeli chodzi o publiczność polską, sami muzycy? Nie jestem pewny. A warto o to zadbać. Dobrze mieć blisko pianistę tej klasy, co Mikołajczyk. Zwłaszcza jeśli jest jeszcze pełen zapału wobec kontaktu z polską publicznością.  Życie jest życiem. Pianista potrzebuje koncertować i potrzebuje tak, jak ryba powietrza, kontaktu ze słuchaczem. Nie znajdzie go tutaj – to prędzej czy później znajdzie gdzie indziej. Obyśmy nie musieli powtarzać do znudzenia starego wierszyka “cudze chwalicie, swego nie znacie – sami nie wiecie, co w domu macie”.

Na organizowanym przez Canada International Music Society 10 lutego, 2018 w Barnett Hall przy UBC School of Music reczitalu pianisty będziemy mieć możność posłuchać w jego wykonaniu kompozycji Chopina i Sergieja Rachmaninowa (Preludium B dur nr 2 i D dur  nr 4 z op. 23) oraz słynną, choć niezbyt często graną, suitę fortepianową Maurice’a Ravela “Gaspard de la nuit” skomponowaną, jako testament muzyczny autora “Bolera” do słów poematu prekursora symbolizmu francuskiego, Aloysiusa Bertranda.

Łukasz Mikołajczyk to pianista warty uwagi. Ze swoją energią i entuzjazmem jawi się prawie jak muzyczny ‘Superman’ na naszym firmamencie. Nie, nie żartuję i nie przesadzam:  udało mi się onegdaj zrobić mu  z ukrycia zdjęcie, które najwyraźniej ten ukrywany przez niego sekret wyłania – sami zobaczcie czy się mylę!

6-960300_704524619608281_262003952404457131_n

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Luty w Vancouverze – fortepianowy!

Czyż lepiej można sobie wyobrazić celebrowanie 100-lecia odzyskania polskiej Niepodległości niż celebrowaniem polskiej kultury?!

Dla melomanów gratka nadzwyczajna, dla pozostałych gwarantowany wieczór przyjemnie spełniony. I w trzech jakże odległych od siebie miejscach koncertowych, więc dojazd dla każdego wygodny się znajdzie.

Od sławy uznanej w całym świecie od dziesięcioleci już, słynnego szopenisty Janusza Olejniczaka – p dwie muzyczne perełki talentu pianistycznego , bardzo młodych Jana Lisieckiego i Łukasza Mikołajczyka.

olejniczakJanusz Olejniczak wystąpi, na zaproszenie Vancouver Chopin Society, 2 i 3 lutego (piątek i sobota) w centrum Vancouveru w Christ Church Cathedral z programem Romantyków: Chopin, Schubert i Schuman. Dodatkową atrakcją koncertu będzie możliwość wysłuchania brzmienia tych gigantów muzyki romantycznej na dwóch, bardzo różniących się fortepianach:  firmy Broadwood, które używał sam Fryderyk Chopin,  oraz współczesnego ‘króla’ fortepianów koncertowych firmy Steinway.

Olejniczaka pamiętam jeszcze z antycznych (LOL) czasów, gdy stał się z dnia na dzień nazwiskiem wszystkim znanym w Warszawie, zostając najmłodszym w historii laureatem Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego Chopina w 1970.  Od tamtego czasu jego talent poprowadził go do światowej kariery. Zwłaszcza, jako bardzo cenionego interpretatora muzyki okresu Romantyzmu. Informacje tu

lukszŁukasz Mikołajczyk – to stosunkowo nowa ‘zdobycz’ polskiego muzycznego Vancouveru. Pisałem o tym bardzo utalentowanym i przesympatycznym pianiście tu już dwukrotnie. Po ukończeniu katowickiej Akademii Muzycznej im. Szymanowskiego, kontynuuje swoje studia muzyczne w Vancouver Academy of Music. Vancouver zdobył w zasadzie niemal ‘z marszu” – był laureatem Diamentowej I Nagrody Pierwszego Międzynarodowego Konkursu Muzycznego w Vancouver w 2017.

W Polsce, niewątpliwie godnym głębokiego uznania było dojście do ćwierćfinałów ostatniego Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego Chopina. Wcześniej zajął 3 miejsce  w 2015 na Ogólnopolskim Konkursie Chopinowskim w Warszawie.

Miałem okazję słuchać jego gry już kilkakrotnie i zawsze z wielką przyjemnością. Bardzo więc polecam jego koncert organizowany przez Canada International Arts & Music Society w Roy Barnett Hall przy UBC School of Music, 10 lutego o godz. 19.00. W programie: Chopin, Rachmaninoff i Ravel. Tutaj szczegóły.

Mikołajczyk wrócił właśnie z kilkutygodniowej podróży do Polski, gdzie w tak krótkim czasie miał możność koncertować dla krajowej widowni na Śląsku.

lisiecki2018Jan Lisiecki – młoda sława muzycznej Kanady. Błyskotliwą karierą robić zaczął de facto od czasów prawie dziecięcych. Najpierw w Kanadzie, potem podbijał kolejno resztę świata. Co czyni do dziś z właściwym sobie urokiem. Ten urodzony w Calgary  w 1995 pianista, mimo bardzo młodego wieku, przez wielu już nazywany ‘arystokratą fortepianu’ dał się poznać publiczności polskiej w Vancouverze już wielokrotnie. Przypominam pierwszy mój wywiad z nim i jego mamą w Hotel Vancouver, kiedy 15-letni wówczas chłopak już okrzyczany, jako ‘child prodigy’ był najnaturalniejszym, najsympatyczniejszym chłopakiem, jakiego można sobie wyobrazić. Bezpośredni, wesoły, serdeczny. W ostatnich dniach koncertował w Niemczech. Ale doprawdy trudno śledzić miejsca jego występów. Kiedyś próbowałem przez jeden sezon muzyczny. Nie miał wówczas nawet dwudziestu lat a dosłownie z tygodnia na tydzień skakał między krajami i kontynentami, jak biegacz w biegu z przeszkodami: jedna za druga, LOL.

Lisiecki ceniony jest zwłaszcza za jego interpretacja Chopina i Mozarta. Jest od lat jedną z gwiazd prestiżowej wytwórni Deutsche Grammophon.

Wystąpi w w Langley k/Vancouveru w Rose Gellert Hall, 17 lutego o godz. 19.30.

Musical ‘first’ – “Van Duo” premiere

5-IMG_3593
Łukasz Mikołajczyk with Canadian-Polish composer R. Wrzaskala and the author B. Pacak-Gamalski

 

I did write here in Polish already about new Polish musical talent emerging on Vancouver scene, Łukasz Mikolajczyk (pronounced: Lookash Mikolaytchick) in a post from October 25.  So just very briefly an express summary of his bio: Mikajczyk came to Vancouver recently to further his musical studies and concert piano performance  in broad sense of the subject. Almost immediately he become a persona musica in Vancouver entering the very first edition of new Canadian international music festival: 2017 International Music Competition in Vancouver.  Where he came out as … no less than the grand award winner (‘Diamond 1st Prize’) in the piano section of the Competition.  It is worth noting that very recently this young pianist was able to compete in the quarter- finals of the renowned and prestigious International Chopin Competition in Warsaw, Poland, being often called the  Holy Grail of any talented pianist in the world and definitely Chopin’s music interpreters.

Of course – as any young and energetic musical performer he is eager to play almost anytime and anywhere. Hopefully with wise voice trying to temper him a bit and not to fall for the typical traps awaiting many young talents before him. Alas, youth has it’s own privileges and right to make mistakes, ha ha ha.

Very recently I received an invitation from him to attend premiere concert of just formed, new musical duo of him and Serb-born clarinetist,  Marko Ivkovic. It was rather smartly organized in a small, familiar venue of one of the training rooms of Vancouver Music Academy – smartly, for it allowed them to ‘test the waters’ on familiar, not too official grounds.

It is not very often that we do see in classical music a piano and woodwind instrument and even less common a clarinet. Which is too bad, as clarinet makes amazing and interesting sound, a bit rasp one could say. So I was very glad of this ‘instrumental marriage’. They have chosen solo pieces intertwined with duet plays.

23483053_292422307931970_1905774662_o
(from left) Marko Ivkovic and Lukasz Mikolajczyk

 

First was  the Great Polonaise A-flat, op.53, Chopin’s masterpiece and one of his most played composition.  It gives a pianist the ability to woe the audience and show his bravado, showmanship, so to speak. And it is the very composition Lukasz played during the finale of the 2017 Vancouver Music Competition! Obviously he decided to have the audience right on his side from the very beginning, ha ha ha. And the powerful grand Steinway filled every cranny of this old room of the Academy. The charge was done almost in cavalry style and the audience was won! There is, of course, few schools of how to play Chopin. Mostly it oscillates between a more robust and energetic , the other keen on the lyrical aspect of his music. Sometimes it even changes drastically within a lifetime of one player. The perfect example of it was no one else but the ultimate Chopin interpreter, Arthur Rubinstein.  From the dramatic earlier style to later much more demure, lirical.  I think that both are very valid and often it depends on external, in a way independent of soloist own style of play, circumstances. Sometime the atmosphere of the audience, atmosphere ‘of the street’, if I can use the term. I suppose, age of the pianist has something to do with it, too. It saddens me that we no longer have in Vancouver the original concert piano of great Ignatius Paderewski from his concerts in Vancouver at the turn of previous century. For a while it was in Faculty of Music on UBC (at the Cecil House), than confined to same dusty warehouse it was rescued from oblivion and slow death by the Polish Vancouverites and given temporary home at the Polish Consulate. At the end the only viable solution was gifting it to California, to town devoted to the memory of this great pianist where it is today in a local museum and is being still used for concerts. Would love to hear Mikolajczyk playing on this instrument. The funny thing is that the very Steinway Mikolajczyk was playing on was gift to the Academy by professor Lee – the very same musician and pedagogue, who was very instrumental in saving the Paderewski’s piano from slow death at UBC…

The second piece was 1st movement of Johannes Brahms Clarinet Sonata No 2, op. 120. Both soloists complemented each other very well. I was a bit afraid the sound of clarinet could be drown by the powerful piano. Not so. Not even in the second part of the movement, when they play the familiar, recurring subject together in forte. I was later telling Lukasz how that particular fragment almost simultaneously forced me to thing of much later music of Gershwin – there is a certain cacophony of sounds (both in clarinet and piano) in Gershwin compositions (“American in Paris” as a prime example) that evokes the echos of Brahms sonata. In nature nothing passes without leaving a mark. And so in culture, especially in culture …

The Prelude for solo Clarinet by Krzysztof Penderecki, another giant of contemporary music, gave an opportunity to show his mastery to Marko. The young Serbian soloist came out of it with flying colours (or sounds, more appropriately). This prelude is not particularly easy piece. As most of Penderecki’s compositions. And yet, the player kept our attention intakt and under control. And was able to produce notes and sounds we were surprise to hear.

The next composition was own work of Marko Ivkovic, played very nicely on an electric organs by young master of the keyboard, Lukasz Mikolajczyk. What a sweet composition, the one from the onomatopoeic variety, where musical notes mirror nature’s sounds. Ivkovic called it “Vancouver Rain Drops”.  And, again the brain always doing it’s own, independent from mind, research – I was listening to it and at the same time comparing it to “Claire de lune” (famous movement form Suite bergamasque) by Debussy.

23483171_292423337931867_973305600_o
author and Marko Ivkovic

Later I inquired about some similarities of these two compositions (more in spirit than formally) and to his (not mine, ha ha ha) surprise, Marko recalled that he was working on Debussy just about the same time he composed his “Vancouver rain drops’.  After we left the concert – the rain drops truly gave us a typical Vancouver shower, true to norm…

The last formal piece was ‘Fantasie for clarinet solo’ by Jorg Widman.

And this was the end. But we (the audience) would have none of it. We wanted more of this talented and energetic duo. And they obliged. With a wonderful rendition of none other than George Gershwin. They couldn’t have chosen more appropriate piece for the biss. After difficult and intellectual/philosophical Penderecki – Gershwin is like a glass of cool, refreshing Chardonnay! Now I wan to listen to them again and perhaps a small, limited edition of CD? Sometime it is nice to listen to good music not only in concert halls, but solo, by one’s own fireplace. With a glass of cool chardonnay in hand, of course…

 

 

 

 

 

Październik był muzyczny w Vancouverze

by: Bogumił Pacak-Gamalski

Zaczęło się Galowym Koncertem  pierwszego w Vancouverze Międzynarodowego Konkursu Muzycznego (2017 International Music Competition). Konkurs ma trzy kategorie: fortepianu, skrzypiec i wokalną. W klasie fortepianu pierwsze miejsce (Diamond 1st Prize) zdobył młody pianista z Polski, Łukasz Mikołajczyk. W klasie skrzypiec zwycięzcą był Takumi Taguchi reprezentujący USA i Japonię; w klasie wokalnej mezzo-soprano Yeeun Lee z Południowej Korei. Dla ciekawostki warto zaznaczyć, że laureatka 1 miejsca  w kategorii ‘cash prize’, Tiffany Yeung z Kanady grała Poloneza Wieniawskiego z Koncertu Skrzypcowego D-dur.

img_0487
Koncert Galowy 2017 VIMC. Przy fortepianie Ł. Mikołajczyk

Pianista na koncercie Galowym wykonał Poloneza A-dur, op 53 Fryderyka Chopina. Dojrzałość muzyczna pianista i jego skala poziomu technicznego gry spotkała się z zasłużonym uznaniem Jury i publiczności. Co dziwić nikogo nie powinno, choćby z tego ‘drobiazgu’, że Łukasz jest ćwierćfinalistą ostatniego Konkursu Szopenowskiego w Warszawie. Drobiazg, prawda?  Nie bez kozery określanego, jako najtrudniejszy konkurs muzyki Chopina na świecie … . Nasze gratulacje dla pana Łukasza.

Nazwisko to będzie jeszcze w tym tekście kilkakrotnie powtarzane. A podejrzewam, że nie raz w przyszłości, gdyż Łukasz nie stroni od Polonii w Lower Mainland, czego dał już, w tak krótkim okresie pobytu, kilkakrotnie dowód.

14 października 2017,  Vancouver Chopin Society zaprezentowało  w sali koncertowej Vancouver Playhouse fantastyczny zespół muzyczny Marii Pomianowskiej z Warszawy.

Maria Pomianowska, profesor w Krakowskiej Akademii Muzycznej i solistka starych polskich instrumentów muzycznych przygotowała nie lada ucztę i niespodziankę muzyczną dla słuchaczy. Postanowiła przybliżyć nam genezę i źródła natchnienia  muzycznego Chopina. I zrobić to nie tyle stylizowaną współczesną wersją muzyki ludowej (mazurków, kujawiaków, oberków, chodzonych) do jakiej jesteśmy przyzwyczajeni, ile muzyką taką, jaka najprawdopodobniej grana była za jego dzieciństwa i wczesnej młodości w Polsce. I na instrumentach, jakie wówczas były używane. A nie wszystkie nawet do czasów naszych przetrwały. Swoją godną mnisiej cierpliwości pracą i badaniami dokumentów historyczno-etnograficznych odtworzyła te instrumenty i znalazła mistrzów lutników, którzy na nowo przywrócili je do życia.  Jednym z tych instrumentów była przecudownie brzmiąca ‘suka biłgorajska’, na której grały Maria Pomianowska i Aleksandra Kauf. Paweł Betley grał na duduku i flecie drewnianym, Hubert Giziewski na akordeonie, Patrycja Napierała na bębnach (perkusja) a świetny muzyk jazzowy (soul), Gwidon Cybulski zachwycał nas śpiewem, harmonijką, balafonem i digeridoo.  Ach – i naturalnie djembe (nie będę tłumaczyć – ale brzmiał bardzo fajnie, ha ha ha). Na fortepianie akompaniował … Łukasz Mikołajski. No właśnie, mówiłem, że jeszcze z nim się tu spotkamy.

To było oryginalne i ciekawe, aliści (jakby mistrz recenzji muzycznych Waldorf, ongiś powiedział) nie zaskakujące. Przenieśliśmy się w świat muzyki, która fascynowała młodego Fryderyka w Polsce.

IMG_3504
(Kapeli M. Pomianowskiej (pierwsza z prawej) nastrój muzyki tamtych lat wspomagali odtworzyć tancerze lokalnego zespołu “Polonez” z Vancouver)

Niespodzianka czekała nas po przerwie. Chopin na pięciu kontynentach. Profesor Pomianowska (tu już odezwała się silnie badacz muzyki, naukowiec) założyła, że jeżeli tak silny wpływ na Chopina miała muzyka ludowa w Polsce to niewątpliwie nie można odrzucić, że w tej muzyce przetrwały też elementy muzyki azjatyckiej z czasów najazdów tatarskich, mongolskich. Badacz łatwo odnaleźć może echa tej muzyki w muzyce ludowej. A co by się stało, gdyby Chopin żył w latach współczesnych? Gdyby, mieszkając w Paryżu – ostatecznie ciągle ważnym centrum kultury światowej (nie tylko francuskiej czy nawet europejskiej) – słuchał na przykład muzyki afrykańskiej, południowo-amerykańskiej, z innych regionów Azji? Czyż nie byłby nią zafascynowany, czy jest poza prawdopodobieństwem, że mógłby pod wpływem muzyki folklorystycznej gdzieś z Afryki skomponować utwór, który by zachował jej ducha, rytm, melodię?

I w taki własnie świat muzycznych peregrynacji nas Maria Pomianowska poprowadziła. Tym razem przy, bardzo wzbogacającym muzyczne doświadczenie, udziale Canada West Chamber Orchestra pod dyrekcją Kena Hsieha. Była to podróż niesamowita. Kiedy słuchałem zapowiedzi tej części programu – przyznaję, że opanowały mnie wątpliwości. Ileż to już razy słuchałem nadmiernych udziwnień muzycznych, które poza arte pro arte nic nie wnosiły i niczemu po prawdzie nie służyły. Maria Pomianowska przygotowując aranżacje muzyki Chopina do charakterystycznych rytmów wybranych regionów świata przekonała mnie do swego pomysłu w stu procentach. Fantastyczne widowisko muzyczne, z udziałem tancerzy, solistów oryginalnych instrumentów z danego kraju a nawet wokalisty throat singer. Jaką przyjemnością było odnajdywać echa znajomych kompozycji Chopina w rytmach afrykańskich, iberyjskich i południowo-amerykańskich, perskich, z głębokiej Syberii! Publiczność była tym wyraźnie zachwycona.

 

I pomyśleć, że gdy wchodziłem do Playhouse, z pewną zazdrością patrzyłem na długą kolejkę obok na “Turandota” w Queen Elizabeth Theatre … Chopina wszak tak często się słucha a “Turandota” nie oglądałem od parudziesięciu lat! Tylko gdybym uległ sentymentowi – to pewnie nigdy w życiu bym takiej wersji muzyki Chopina i takiego ‘muzycznego wykładu’ o jego twórczości nigdy nie zobaczył. Ze szkodą dla siebie. Marii Pomianowskiej, jej muzykom i gościom muzycznym z Vancouver jestem ogromnie wdzięczny za ten wieczór. A Vancouver Chopin Society oklaski za odnalezienie tej perełki muzycznej i udostępnienie jej słuchaczom nad Pacyfikiem.

Ledwie cztery dni później miałem znowu przyjemność słuchać Mikołajczyka i odbyć serdeczną rozmowę z kompozytorem Ryszardem Wrzaskałą. Tym razem dzięki przemiłemu wieczorowi muzycznemu w restauracji ‘Rodos’, za sprawa organizatora, Jana Sowińskiego. Fortepian, muzyka klasyczna i lżejsza (utwory wokalne Ryszarda Wrzaskały), znajomi od dawna nie widziani. Rzecz cała pomyślana właśnie, jako hołd i podziękowanie dla naszych muzyków znanych i mniej znanych. Z bogatą , kilkudziesięcioletnią karierą muzyczną (mistrz Ryszard), z krótką a jakże cenną (Łukasz) i początkującą mile (Monika Sowińska, sopran), z udziałem gościa, wokalistki Deany Zhdanowej.

5-IMG_3593
Łukasz Mikołajczyk, Ryszard Wrzaskała, Bogumil Pacak-Gamalski

Powiadają, że muzyka łagodzi obyczaje. Dodam też, że podnosi na duchu.

 

 

Wystawa retrospektywna Waldemara Smolarka

Bogumił Pacak-Gamalski

 

Obraz1.png

SIDNEY AND GERTRUDE ZACK GALLERY – Vancouver, 950 West 41 Ave (w budynku Jewish Cultural Centre)

7 września ‘Sidney and Gertrud Zack Gallery’ otwiera wystawę retrospektywną zmarłego w Vancouverze w 2010 znanego polskiego malarza awangardowego, Waldemara Smolarka. Wystawa trwać będzie do 14 października.

Smolarek był jednym z czołowych warszawskich malarzy-awangardzistów, o których zrobiło się głośno w świecie zachodnim, gdy zaczęli wystawiać swoje prace ‘pod chmurką’, na murach warszawskiego Barbakanu.  Będąc poza obiegiem oficjalnych galerii sztuk uniknęli dzięki temu kurateli i ‘opieki’ PRL-owskich cenzorów sztuki.

Po roku 2000 i założeniu w Warszawie Fundacji ArtBarbakan nastąpił renesans ich twórczości, który zaowocował wielokrotnym wystawianiem prac grupy Niezależni69, której Smolarek był członkiem, w Warszawie i innych miastach Polski.

W 2012 vancouverski Rocznik Twórczości “Strumień’ prezentował na swoich łamach szereg jego obrazów i zarysował tamże jego sylwetkę jako artysty.

Bardzo serdecznie polecam uwadze Państwa tego nad wyraz interesującego malarza i jego niezwykle bogata paletę żywych, ostrych kolorów. które wręcz ‘wybuchają’ z jego płócien.

Dla amatorów sztuki malarskiej będzie to też wyjątkowa okazja nabycia jednego z jego obrazów.

Poniżej kilka przykładów malarstwa Waldemara Smolarka.

Zaczarowany Chruśniak w Vancouverze

cover

29 kwietnia 2017 w Vancouverze, lokalna Grupa Sympatyków KOD zorganizowała Wieczór  “W zaczarowanym chruśniaku” poświęcony twórczości i sylwetce Bolesława Leśmiana.

W uroczej salce klubowej osiedla Co-Op na Marpol zebraliśmy się w blasku świec, zapachu herbaty i kawy, pysznych polskich ciast i placków (już to wystarczyłoby za poezję – placki śliwkowe i truskawkowe zaraz w jakieś łąki i ogrody polskich miasteczek sprzed lat nas wspomnieniem wróciły …), nawet samowar się znalazł.

Wsadzili mnie w jakiś wygodny fotel przy stoliku z lampką wieczorną i trochę rysowałem z pamięci portret poezji Czarodzieja Polskiego Słowa i portret jego wierszy. Nie był to rysunek akademicki, rzeczowy – raczej kreskówka własnych wrażeń i spotkań z jego poezją. Od czasów “Chimery” Młodej Polski, po lata dojrzałe. Skupiłem się na – zdaniem moim – jego największym, można zrzec epokowym osiągnięciu, jakim był wydany w 1920 tomik “Łąka”. Jako, że były to ledwie refleksje a nie jakikolwiek wykład, więc szczęśliwie zamieniło się to rychło w swobodną dyskusję, pytania i wspólne szukane odpowiedzi.

Naturalnie było czytanie wierszy. Ode mnie tych, które na moją młodość wielki wpływ wywarły. Nie tylko literacki. Niektóre i dziś, po tylu latach i po tylu własnych doświadczeniach, wbrew siwiejącym i rzednącym włosom – porywają swym czarem erotyki, uniesieniem, parnością ranków i wieczorów w lesie, nad rzeką, na łące jakiejś … W jakimś malinowym chruśniaku .

W malinowym chruśniaku, przed ciekawych wzrokiem
Zapodziani po głowy, przez długie godziny
Zrywaliśmy przybyłe tej nocy maliny.
Palce miałaś na oślep skrwawione ich sokiem.

… /// …

I stały się maliny narzędziem pieszczoty
Tej pierwszej, tej zdziwionej, która w całym niebie
Nie zna innych upojeń, oprócz samej siebie,
(…)

Jego twórczość jest silnie związana z prądami modernizmu a jednocześnie uciekająca od niego filozoficznie. Leśmian był poniekąd poetą egzystencjalnym i wyznawcą filozofii Bergsona, a nie – jak wielu mu współczesnych lub nieco tylko młodszych poetów Dwudziestolecia – Schopenhauera i Nietzschego.  Był też wytrwałym obrońcą tradycyjnego wiersza sylabotonicznego. Jego ‘inność’, uważana często wówczas za epigonizm młodopolski, nie przynosiła mu uznania w licznych kręgach krytyków literackich kawiarń krakowskich i warszawskich. Mimo to, nikt inny, jak twórca nowej poetyki polskiej, Julian Przyboś doceniając jego wielkość napisał: “Gdy rozglądam się po poezji światowej niewiele znajduję przykładów podobnie bohaterskiej zaciekłości w walce słowem poetyckim o ‘możliwość innej jawy’ “.  Po wojnie i wiele lat po swojej śmierci (zmarł w 1937) nastąpił renesans jego twórczości. Wyjątkowa melodyjność wielu jego wierszy doczekały się świetnych interpretacji piosenkarskich w wykonaniu wielkich polskiej estrady, zwłaszcza tej z kręgu ‘poezji śpiewanej’: Ewa Demarczyk z niezapomnianym “Garbusem”, Czesław Niemen, Marek Grechuta, Magda Umer, Krystyna Janda, Magdalena Kumorek.

Bodaj najpełniejszą próbę opisu twórczości Leśmiana zaoferował Jacek Trznadel:

Leśmian, jeden z najwybitniejszych przedstawicieli egzystencjalizmu literackiego w literaturze europejskiej, stawia obok formuły nicości i absurdu, obok tyleż postulowanych, co niemożliwych wiar transcendentnych, formułę humanizmu wyrażającego się w solidarności i miłości człowieka do człowieka i wszelkiego bytu. / … /  Z przepaści wydobywa i nad przepaścią podtrzymuje człowieka człowiek. (“Bolesław Leśmian. Poezje”, PIW, 1975, str 395)

A my, zebrani w tej klubowej salce słuchaliśmy własnie tych znanych piosenek, bawiliśmy się leśmianizmami (tak określa się jego oryginalne, choć niesłychanie poprawne słowotwórczo, neologizmy poety), jak choćby ‘cichogrobkiem’ z wiersza o tym samym tytule, daliśmy się porwać czarowi poezji. Było trochę jak w ciepłym, letnim, znanym z dzieciństwa chruśniaku…

Rok 2017 miał być w kulturze polskiej ogłoszony przez Senat, Rokiem Leśmiana. Obecna większość senacka zaniechała tego z jej tylko znanych, a przez nas przypuszczanych, powodów. Nie szkodzi. Społeczeństwo wolne bez parlamentów i senatów celebruje swoich wielkich. Tak my celebrowaliśmy Leśmiana.

Wielkie podziękowania dla gospodarzy Wieczoru, uroczych pań Agnieszki Bylickiej i Tamary Szymańskiej-Golik.

 

 

Pamiętanie o żołnierzach wyklętych. A może nie zapominać i nie mieszać z tym pamięci o żołnierzach szanowanych, podziwianych czyli o dziwnej ‘polityce historycznej’ rządu RP w 2016.

by Bogumił Pacak-Gamalski

Zacznijmy od sprawy sprzed prawie pół roku. O obchodach rocznicy Powstania warszawskiego i konflikcie weteranów Armii Krajowej z ministrem Obrony Narodowej, Antonim Macierewiczem.  Pan minister zagroził, że w czasie Apelu Poległych musi być odczytany Apel Smoleński. Przypomnijmy, że Apel Poległych w Wojsku Polskim to uroczysty i formalny, określony szczegółowo regulaminem wojskowym,  sposób uhonorowania pamięci Polaków poległych w obronie ojczyzny. Apel Smoleński zaś dotyczy osób, które zginęły skutkiem wypadku lotniczego. Nie w działaniach wojennych, nie na polu bitwy. W rozmowach ze Światowym Związkiem Żołnierzy AK i oficjalną grupą byłych Powstańców warszawskich minister Macierewicz odrzucił żądanie weteranów o nie włączanie Apelu Smoleńskiego, jako zdecydowanie nie mającego z obchodami nic wspólnego.  Stwierdził wyraźnie, że Kompania Honorowa Wojska Polskiego dostała rozkaz odczytania Apelu Smoleńskiego i tego rozkazu nie zmieni. Rozgoryczeni byli żołnierze Powstania zasugerowali więc, że pierwszy raz  w historii obchodów rocznicy Powstania nie życzą sobie udziału Kompani Honorowej WP i że rolę tej Kompani wypełni w takim razie poczet Harcerzy Polskich. W związku z szykującym się skandalem i oburzeniem warszawiaków i patriotów w reszcie kraju – Macierewicz zgodził się na dalsze rozmowy, gdzie  miał zaoferować delegatom b. żołnierzy AK i leciwej grupie Powstańców kompromis. Jak się okazało kompromis w rozumieniu pana ministra Obrony Narodowej polegał na postawieniu na swoim i odczytaniu Apelu Smoleńskiego. Spotkało się to z wielkim rozgoryczeniem sędziwych Powstańców i większości warszawiaków. Tak nie potraktowano żołnierzy Armii Krajowej od czasów pierwszych dekad PRL.

Kolejnym policzkiem wobec pamięci bohaterów walk o niepodległość w czasie II wojny światowej była powolna i coraz bardziej uwypuklana gloryfikacja tzw. ‘żołnierzy wyklętych’. Określenie to zwykło się używać wobec osób i ugrupowań, które zorganizowały zbrojne grupy na terenie głównie ziem południowo-wschodnich nowego państwa ludowego. Były to grupy bardzo różnorodne, nie stałe i wywodzące się z rożnych środowisk. Celem zasadniczym była próba kontynuacji walki zbrojnej z komunistycznym Korpusem Bezpieczeństwa Publicznego  (popularnie określanymi złowrogim zwrotem ‘ubowcy) oraz jednostkami armii sowieckiej, których w Polsce po 45 była cała masa. Wielokroć w organizacji tego nowego, zdecydowanie nie popieranego przez dowództwo krajowe ani londyńskie Armii Krajowej ruchu, były ugrupowania radykalnej prawicy  i polskich ruchów faszystowskich. Tych, których ‘bohaterstwo’ i aktywność partyzancka w latach wojny nie była zbyt widoczna. Byli ludzie, którzy po prostu nie potrafili się w nowej rzeczywistości politycznej odnaleźć w jakikolwiek sposób. Którzy, jak wielu wówczas, uznawało tą sytuacje za przejściową. Czekali na, ich zdaniem nieunikniony, prędki konflikt zbrojny Zachodu z Rosja sowiecką. Byli tacy, którzy nie chcieli dostać się w łapy tzw. ‘sprawiedliwości ludowej’ PPR. Ich akcje bywały bardzo różne i często bardzo kontrowersyjne. Czy służyły interesom i dalekowzrocznym planom niepodległościowym Polski? Trudno dać jednoznaczną odpowiedź. Ale raczej nie. Często były powodem akcji odwetowym tak tegoż niesławnego Korpusu Polski komunistycznej, jak i żołnierzy sowieckich. Najbardziej na tym ucierpiała miejscowa ludność. W końcu ginęli Polacy: i po jednej i po drugiej stronie. Znaczenia militarnego nie miało to żadnego. Napadano też na wioski i gospodarstwa w celu zdobycia niezbędnego zaopatrzenia żywnościowego. Dokonywano samosądów. A samosądy były w latach okupacji karane przez wojskowe sądy AK i nie były częścią eposu Polski Podziemnej. Miały też miejsce ohydne i antypolskie akcje mordów etnicznych na obywatelach Rzeczpospolitej Polskiej innego niż katolickie wyznania (głównie prawosławnych i unitów) i innego niż polskie pochodzenia etnicznego (polscy z dziada pradziada Białorusini, Litwini, generalnie ludność wywodząca się korzeniami z plemion ruskich (nie rosyjskich, to osobne określenia i osobne historycznie zagadnienia). Były nawet próby dochodzeń przez polski rząd na Obczyźnie i organy polityczno-wojskowe Rządu Londyńskiego. Nie mogły być doprowadzone do końca z braku możliwości przeprowadzenia wizji lokalnych i przesłuchiwań świadków. Procesy wytaczane przez Polskę komunistyczną nie były zainteresowane dochodzeniem prawdy ani sprawiedliwością a zwykłą zemstą. Cały ten temat był naładowany dynamitem emocji historycznej i patriotycznej. Nigdy nie przeprowadzono do dziś pełnych badań historycznych ani dokładnych procesów sądowych. Komuniści nie przechowywali rzetelnych dokumentacji na ten temat. Zresztą temat ten był im bardzo niewygodny. Trudno ‘żołnierzy wyklętych’ jednoznacznie potępić. Niemożliwe jest ich jednoznacznie umieścić w panteonie bohaterów polskich. Być może kiedyś zrobi się jakieś całościowe a nie wyrywkowe na ten temat badania.

Ale używanie tego owianego zła i dobrą legendą fragmentu polskiej historii do kształtowania własnych celów politycznych jest ze wszech miar szkodliwe i warte potępienia. Nie wolno pod jakimkolwiek pozorem łączyć epopeję wojenną legalnych i niezłomnych żołnierzy Polskich Sil Zbrojnych na Zachodzie i żołnierzy Polski Podziemnej podległych legalnym władzom wojskowym i Delegaturze Rządu RP z samodzielnymi grupami zbrojnymi, które się zawiązały po 1945. Na pewno byli wśród nich młodzi i naiwni, którzy głęboko wierzyli, że służą sprawie wolności Polski; byli tacy których parła osobista i zbiorowa żądza (jakże zrozumiała dla tych, którzy przeszli okupację sowiecką po 1939 i zdradzie AK przez Rosję w akcji “Burza” na Wileńszcyźnie i w innych wschodnich województwach RP) zemsty na komunistach; byli i tacy – niestety – którymi kierowała ideologia polskiego faszyzmu i marzenie o Polsce czystej etnicznie i wyznaniowo. Niektórzy z nich znaleźli później schronienie w potężnej organizacji PAX pod rządami Piaseckiego, przedwojennego falangisty. Organizacji, która działała za zgodą władz tejże komunistycznej Polski, o czym dziś się chętnie zapomina. Poważnego znaczenia politycznego te grupy zbrojne nie miały i sukcesu w tej mierze jakiegokolwiek nie odniosły. Wpływu na losy Polski – też nie. Uznania międzynarodowego – zupełnie nie.  Zostawić temat należy historykom, zwłaszcza tym, których wiek i generacja nie jest emocjonalnie aż tak z tamtymi dniami związana. Pod jakimkolwiek pozorem nie jest to temat do badania, rozwiązania, uwypuklania lub ukrywania przez polityków. Najmniej przez nich.

wywiady z weteranami Powstania Warszawskiego w sprawie skandalu Apelu Smoleńskiego

 

 

Oświadczenie KOD-Vancouver, oddziału KOD_Canada

26 lutego miały miejsce tzw. obchody dziwnego, nieznanego wcześniej ani w Polsce, ani zagranicą, ‘Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych’.  W  Vancouverze zorganizowano je w polskiej parafii p.w. św. Kazimierza i w hali SPK na ul. Kingsway.  My, niżej podpisani Obywatele Polski i członkowie Polonii kanadyjskiej wyrażamy swój sprzeciw wobec tego typu manipulacji historycznej.

O ile zrozumieć można religijną uroczystość pamiętania o zmarłych bez względu na ich zasługi lub grzechy, o tyle obchody tego ‘Dnia’ w salach SPK wydają się bardzo dziwne, zważywszy na historyczny charakter tej wyjątkowo zasłużonej organizacji oddanej służbie nigdy nie wyklętych żołnierzy PSZ i legalnej Polski Podziemnej.

W ramach ksenofobicznej i faszyzującej tzw. “polityki historycznej” uprawianej przez obecny rząd w Polsce, dokłada się dużych kosztów oraz wysiłków w celu upamiętnienia i uhonorowania działalności grup paramilitarnych na ziemiach polskich po 1945, wrzucając wszystkich do jednego, pojemnego worka ‘walki z komunizmem’.  A nie wolno zapomnieć, że zbrojna działalność partyzancka była rozkazem Naczelnego Dowództwa i Rządu Polskiego w Londynie zakazana z chwilą zakończenia II wojny światowej, a jednostki Armii Krajowej rozkazem wojskowym rozwiązane.  Zasadniczym powodem było ocenienie takich walk, jako beznadziejnych i uniknięcie walk bratobójczych oraz akcji odwetowych wojsk komunistycznej Polski i ich sowieckich zwierzchników.  Czyli ochrona narodu i państwa przed dalszymi stratami.

Jak wiemy – wbrew tym rozkazom i wytycznym, nie wszyscy broń złożyli. Wśród tych straceńców i może nawet romantycznych, samobójczych bohaterów, znalazły się jednak jednostki i grupy, które dopuszczały się akcji zbrodniczych w świetle prawa zarówno polskiego jak i międzynarodowego. Miały miejsce akcje czysto rabunkowe, zdarzały się morderstwa wojenne na jeńcach sowieckich, zdarzały się straszliwe zbrodnie czystek etnicznych na obywatelach polskich innego pochodzenia etnicznego lub innego wyznania religijnego. Był to okres tragiczny w naszej historii. Nie można go jednoznacznie opisać lub ocenić. I do tej pory nikt solidnie takich badań i analiz nie przeprowadził. Ale nagły pęd do utożsamiania, stawiania znaku równości, między wysiłkiem zbrojnym bohaterskich żołnierzy Armii Krajowej i innych jednostek podległych legalnym władzom Polski Podziemnej, Delegaturze Rządu RP i Naczelnemu Wodzowi Polskich Sil Zbrojnych, a tragicznymi decyzjami indywidualnymi dowódców i grup po 1945 roku jest niemoralny i nieprawdziwy historycznie. Może to być też po prostu szkodliwe, jeśliby de facto prowadziło do apoteozy zbrodni i gwałtów, jakich niektórzy się dopuszczali.

Jednocześnie te dziwne uroczystości stoją w jawnej sprzeczności z niespotykanymi upokorzeniami, jakich doznawać musieli i doznają autentyczni bohaterowie tamtych dni: żołnierze i nieliczni pozostali przy życiu oficerowie i żołnierze AK. Pamiętajmy o obrzydliwym potraktowaniu sędziwego, przebywającego w szpitalu generała Ścibor-Rylskiego, o fatalnym lekceważeniu i wręcz szantażowaniu reprezentantów Światowego Związku Żołnierzy AK przed ostatnimi obchodami rocznicy Powstania Warszawskiego w ubiegłym roku.

 Jest dla nas szokujące, że świadomi (bo czy możliwe, że nieświadomi?!) tych faktów działacze i władze obecnego Stowarzyszenia Kombatantów Polskich w Vancouverze, zgodzili się w tych dziwnych obchodach Dni Pamięci wziąć udział. To urąga genezie powstania tej wspaniałej Organizacji międzynarodowej, pamięci jej twórców, członków i działaczy: żołnierzy Polskich Sił Zbrojnych pod dowództwem legalnego Rządu RP i Naczelnego Wodza oraz żołnierzy AK, którzy składali wojskowa przysięgę i w swej nierównej walce respektowali polskie i międzynarodowe konwencje i umowy wojenne. Bo byli żołnierzami Rzeczypospolitej.  II Rzeczypospolita to nie były Dzikie Pola na Zadnieprzu w XVII – to było demokratyczne państwo prawa. A Jej żołnierze od września 1939 do 1945, tak poza granicami ojczyzny, jak i ci z szeregów AK i Batalionów Chłopskich byli żołnierzami na służbie nie tylko wolności ale i prawa polskiego i międzynarodowego.

członkowie KOD-Vancouver: J. Buczek, A. Bylicki, D. Dolecki, E. Michalska, M. Michalski, J. Muc, J. Kowalski, W. Kuczyński, W. Lalonde,  T. Orłowski, B. Pacak-Gamalski, J. Surma, T. Szymańska-Golik,R. Wand

 

98 Rocznica Odzyskania Niepodlegości

11-listopad

 

Oddział KOD_Canada w Vancouverze serdecznie zaprasza do kontaktu z nami osoby zainteresowane kwestiami budowy i wzmacniania współczesnego społeczeństwa obywatelskiego w Polsce. KOD w Polsce i poza granicami Kraju skupia osoby dla których ważne są kwestia praworządności państwa, rozdziału władzy wykonawczej, ustawodawczej i sądowej (tzw. konstytucyjny trójpodział władzy) , wolność środków masowego przekazu (media), rozwoju wolnych i niezależnych ośrodków kultury i sztuki. Ani zarejestrowane, działające w zgodzie z przepisami polskimi, Stowarzyszenie Komitetu Obrony Demokracji w Polsce ani rozsiane po całym świecie grupy sympatyków KOD nie reprezentują żadnej opcji politycznej,światopoglądowej lub wyznaniowej.Traktujemy te sprawy, jako kwestie wolnego, indywidualnego wyboru każdego człowieka. Co leży w ramach naszych zainteresowań to umożliwianie budowy nowoczesnej, na miarę XXI wieku demokracji opartej na szeroko rozumianej wolności osobistej obywateli oraz dbanie o poszanowanie zasadniczych norm prawnych Państwa określonych w Konstytucji i ratyfikowanych przez Polskę umowach międzynarodowych. Jeśli masz do nas jakieś pytanie, chciałbyś się coś więcej w tym temacie dowiedzieć lub przystąpić do naszej Grupy – skontaktuj się z nami.

Jeżeli interesuje cie jedynie dyskusja czysto polityczna, jak protest i sprzeciw wobec jakiejś partii politycznej lub wsparcie dla jakiejś partii politycznej to raczej nasz adres jest niewłaściwym dla Ciebie. Skontaktuj się bezpośrednio z daną partią. KOD nie zwalcza żadnych partii politycznych, które opierają się na porządku prawnym Rzeczypospolitej ani nie reprezentuje żadnej konkretnej opcji politycznej. Zwalczamy jedynie te decyzje polityczne, które naszym zdaniem godzą w idee wolności i niezależności obywatelskiej.

W latach 1914 -1918 Polska odzyskała swoją niepodległość i suwerenność. Powstała w formie nowej, jako państwo oparte na republikańskim charakterze demokratycznym. Bez względu na rożne błędy i wypaczenia jakie tamta, II Rzeczypospolita, miała – był to olbrzymi wysiłek i sukces kilku pokoleń patriotów polskich reprezentujących wiele bardzo rożnych światopoglądów politycznych i filozoficznych. Podobny sukces osiągnęliśmy ponownie w latach 1981-91. Oznacza to nie tylko nasze, obywateli Polski, przywiązanie do suwerenność ale i przywiązanie do wolności osobistej, indywidualnej. Tego testamentu dziadów, ojców i matek naszych nie wolno lekceważyć. Wolny obywatel, to nie tylko obywatel, który raz na 3, 4 lub 5 lat idzie do urn wyborczych. To obywatel, który bacznie obserwuje władze polityczne czy postępują w zgodzie z otrzymanym mandatem zaufania i czy przestrzegają konstytucyjne prawo.

Jak w każdym normalnym kraju, tak i w Polsce, przytłaczająca większość ludzi nie należy do żadnych partii politycznych.  Wybieramy ich nie przez hasła i światopoglądowe slogany wypisane na partyjnych chorągiewkach, a przez konkretny program gospodarczo-społeczny, jaki oferują społeczeństwu na najbliższą kadencję parlamentarną. I tak powinniśmy ich rozliczać przy końcu kadencji. Nie z haseł a z tego, co konkretnie zrobili.

Obywatel dojrzały, wolny i świadomy to obywatel nie podatny na partyjną – obojętnie z której strony – propagandę.

Zapraszamy na nasza stronę na Facebook – Komitet Obrony Demokracji-Vancouver lub bezpośrednio przez email: kod.kanada@gmail.com.