Z bohaterskim błyskiem patriotycznego uniesienia, Prezydent Polski podpisał Ustawę o Prawdzie, czyli nowelizację Ustawy IPN. Aby się upewnić czy jest zgodna z Konstytucją RP wysłał ją do Departamentu 7-mego Komitetu Centralnego PiS (czyli Trybunału Konstytucyjnego 4 Rzeczypospolitej) o zbadanie. Mimo to podpisał podpisał nie czekając na wynik tej opinii. Najwyraźniej już ją znał zanim prośba o takową opinię wpłynęła do Trybunału 😉 . Nie będzie Niemiec, Żyd, Amerykanin i Ukrainiec pluł nam w twarz. A tymbardziej Polak!
Podobno Trump zastanawia się czy podobnej nie ustanowić Dekretem Prezydenckim na temat kłamstw i obrażania Ameryki – Latarni wolności i demokracji – w sprawie wojny wietnamskiej, wojny w Iraku, czy więzienia w Guantanamo Bay.
Kanada jakoś tylko szwankuje w tym nowym prawielnym marszu narodów sprawiedliwych (znaczy się: nastojaszczych): a to Ukraińców przepraszała za obozy internowania w czasie I wojny światowej, a to Japończyków za identyczne obozy w II wojnie światowej, a ostatnio od blisko 10 lat przeprasza Indian (nawet już ich tak nie nazywa, bo podobno nie są Indianami, gdyż nie przypłynęli tu żaglowcami z kapitanem Cookiem z Indochin…) za zagładzanie na śmierć, za wysyłanie kilku pokoleń dzieci do szkół zbiorczych, gdzie były bite, gdy odważyły się miedzy sobą w pogańskim, swoim języku rozmawiać, za kradzież przyznanych wcześniej traktatami ziem. Ale jak długo można przepraszać?! O tyle przyjemniej jest być dumnym przecież. Może by jaką ustawkę panie Justin Trudeau wprowadzić, co? Zamknąc im wszystkim gęby i bedzie wszystko dobrze i pięknie. Ostatecznie braliśmy całkiem pokaźny udział w wojnie przeciw Hitlerowi – nawet pod Monte Cassino, obok dzielnych aliantów polskich! Sam ten fakt powinien nas z wszelkich podejrzeń oczyścić i w końcu zamknąć ten temat z przeszłości na zawsze. Co to w końcu kogo obchodzi, co się kiedyś stało? Było i spłyło, ot i wszystko.
Parafrazując naszego poetę, krzyknijmy wszem:
Trzeba z żywymi naprzód iść,
po życie sięgać nowe…
A nie w przegniłych żalów kiść
z uporem stroić głowę.
Daremne jęki, próżny żal,
za utracone chaty, zabrane futro!
Nie cofniecie Nowego Życia fal.
Świat idzie w świetlane Jutro!
(tu powinno być słychać furkot dumnych, wysokich sztandarów ze starożytnym symbolem Oczyszczającego Ognia, a jakiś dorodny, przystojny niebieskooki młodzieniec winien zaintonować pieśń “Jutro należy do nas”)
To tyle. Tak kończy się epilog Aktu I nowej opery narodowej pt. “Nowy Inteligentny Rząd w Warszawie”. Akt II po przerwie.
Widownia nie chce wychodzić z foteli, z zapartym tchem czekając na ciąg dalszy tej narodowej epopei. Mickiewicz siedzi w pierwszym rzędzie z rozwartą gębą, Słowacki w loży łka, jak dziecko a Gombrowicz dmucha bezsilnie w żagiel transatlantyku, Broniewski zaś (chowając ćwiartkę wódki Baczewskiego do kieszeni) podpiera z całej mocy drzwi, w które ktos wali kułakami … .
Piłsudski wdrapał się na na szczyt kopuły i dosiadł aż cztery Kasztanki galopując w niebiosa starej Rzeczypospolitej; na placu Saskim, poniżej, maszerują dzielne oddziały Brygady Świętokrzyskiej, którym salutują w zwartym szyku bohaterowie Wojsk Obrony Terytorialnej. Nad placem i gmachem Opery unosi się w przestworzach uśmiechnięta, rozpromieniona twarz Romana Dmowskiego. Wizja przesuwa się nad Ogrodem Saskim w kierunku Żelaznej Bramy …Pogrzeb Romana Dmowskiego w Warszawie. Narodowcy żegnają swego przywódcę. Rok 1939.
Raz jeszcze do tematu nowelizacji Ustawy o IPN wrócę. W poprzednim bardziej mnie interesował głębszy, moralny jej oddźwięk. Brak wizji historycznej i zacietrzewienie tanim nacjonalizmem. Brak wizji historycznej w całej tzw. polityce historycznej rządu polskiego. Polityce, której jedynym celem jest konkretny elektorat i konkretna ideologiczna wizja narodowości polsko-katolickiej – a ponieważ ta mieszanka dwóch od siebie odległych pojęć (polityki i religii) jest zawsze groźna – będzie musiała być w rezultacie szkodliwa dla obu systemów. Jeżeli uzależnia się, łączy decyzje polityczne państwa z religijnym ferworem i ortodoksją to uniemożliwia to prowadzenie elastycznej, pragmatycznej polityki państwowej. Polityki, której celem jest wzmocnienia państwa wewnatrz i na zewnatrz. Prowadzenie pragmatycznych rokowań, rozmów, umów bilateralnych i międzynarodowych. Osiągania pewnego consensusu wewnątrz kraju. Polityka szukająca oparcia w religii sama staje się częścią pewnego dogmatu, pewnej sztywności i niewrażliwości na zewnętrzne warunki. Stąd problemy niezmienne polskiej dyplomacji. Początkowo można było zrzucać część winy na kompletne beztalencie dyplomatyczne ministra Waszczykowskiego. Dziś na czele stoi człowiek o dużo lepszym doświadczeniu i z bardzo ładną kartą personalnej działalności wolnościowej. Cóż z tego, gdy stawia się go pod ścianą, gdy narzuca mu się sytuacje niemożliwe do wytłumaczenia lub nie ma wpływu na ich zmianę. Pozostaje makiawelizm. Ale zasadą makiawelizmu jest giętkość a nie sztywność. Pragmatyzm właśnie.
Nawet w warunkach skrajnych, wyborach dosłownych być albo nie być czyli podczas wojny, na polach bitewnych, gdy ważą się losy państwa, dowódca-strateg dokonuje wyborów praktycznych, poświęca całe jednostki, rzuca je na z góry przegrane pozycje, by uratować inne, bardziej zdolne i lepiej przygotowane by walkę kontynuować. A polityk czasu wojny gotowy jest na pertraktacje i wyrażenie zgody na coś, co by przez głowę mu w czasie pokoju nie przeszło – właśnie po to, by zachować możliwość kolejnej mobilizacji środków, danie sobie szansy na przetrwanie do lepszej możliwości. W równie złej sytuacji takie połączenie narodowościowej państwowości z religią stawia samą religię. Zmusza ją poniekąd takim sprytnym posunięciem do wsparcia polityki i polityków. Czyli uniemożliwia się jej zachowanie wyższego gruntu religijnej czystości własnych zasad teologicznych. Nie bez kozery Ojcowie Kościoła przestrzegali przed łamaniem zasady ‘Bogu co boskie, Cesarzowi co cesarskie’. Widać już wyraźnie coraz szersze pęknięcia w postawach hierarchii Kościoła polskiego. Tych, którzy dostrzegają nie tyle błędność polityki PiS, ile sidła w jakie ta polityka zastawiła na Kościół i jego niezależność.
To wszystko legło gdzieś u podstaw tej złej dla Polski nowelizacji ustawy IPNowskiej. Czy jest możliwe, że w czadzie tromtadrackiego hurra patriotyzmu nie zauważono jej żałosnego tonu? Że nikt nie traktuje poważnie krzyku: ja jestem niewinny i kto ośmiela się to kwestionować będzie srogo ukarany! ? A po chwili pojawiają się coraz głośniejsze szepty: ej, co on tak głośno protestuje? Przecież nikt go jeszcze nie oskarżył nawet. A może by tak trzeba było, na wszelki wypadek, pójść do prokuratora czy aby śledztwa lepiej nie zaczął …?
Tyle, że w poważnej polityce dorosłych szczwanych lisów na poważne tematy (a hitleryzm, faszyzm i Holocaust to poważne tematy w polityce nie tylko historycznej ale i teraźniejszej. Tu nie ma miejsca na prostackie żarty o brudnym Żydzie-chałaciarzu i pijanym Polaczku, tak jak nikt nie studiuje faszyzmu niemieckiego oglądając film Chaplina) ta ustawę potraktowano poważnie. I z bardzo złymi dla Polski reakcjami. Jeżeli ktoś w Warszawie na Wiejskiej lub na Żoliborzu pomyślał, że prawicowy w końcu i też populista, Netanyahu który nie specjalnie się przejmował polskimi problemami z demokracją PiSu, da się jakoś udobruchać – ten kompletnie Izraela i Netanyahu nie rozumie. Są granice i tematy, których Netanyahu nie potraktuje, jako gry politycznej. Gdzie pragmatyzm już nie zadziała. Zwłaszcza, że przeciwnik nie stanowi dla niego jakiegokolwiek, najmniejszego nawet zagrożenia. Nawet pani senator Anna Anders to zrozumiała i tuż przed głosowaniem w Senacie spytała oficjalnie, zdumiona dyplomatycznym analfabetyzmem swych politycznych liderów: czy nikt nie rozumiał symbolicznej wymowy głosowania nad Ustawą w przededniu Dnia Pamięci Holocaustu? Senator Anders nie miała zarzutów do treści Ustawy ale przynajmniej wykazała się jakimś minimum zmysłu politycznego i dostrzegła, że nawet tych prostych skojarzeń jej przyjaciele partyjni nie pojmują. Pytanie to wypowiedziała publicznie do marszałka Senatu. Przerażona tym, co usłyszała bezpośrednio od polityków amerykańskich. Ameryka jest na Polskę wściekła. I ta Trumpowska Ameryka, której prezydent przeniósł, wbrew tradycji amerykańskiej dyplomacji, stolicę USA do Jerozolimy, którego zięć jest silnie zaangażowanym w sprawy izraelskie Żydem Amerykańskim. I Ameryka Demokratów. Departament Stanu USA wydał bardzo szybko wyjątkowo ostre oświadczenie, że spór o zawarte w nowelizacji ustawy o IPN przepisy dotyczące karania za przypisywanie Polakom udziału w Holocauście może „mieć wpływ na strategiczne interesy Polski, a także jej relacje ze Stanami Zjednoczonymi”. Jak dosadnie określił to popularny polski dziennik: w języku dyplomatycznym to dosłownie walnięcie pięścią w stół. Ameryka – najważniejszy sojusznik Rzeczypospolitej, kraj, którego wojska stacjonują na naszym terytorium, by odstraszać Rosję przed ewentualnym atakiem – w sporze o ocenę historii stanęła po stronie Izraela. I trudno się dziwić – znaczenie Izraela dla USA a znaczenie Polski dla USA nawet w przybliżeniu jest od siebie bardzo odległe.
odrestaurowane resztki cmentarza żydowskiego pod Warszawa /fot. własna
Jedyne dobre, co do tej pory z tego zamieszania wyszło – to olbrzymi, niespotykany w skali przedtem dyskurs Polaków w Polsce i na Obczyźnie na ten temat. Ilość dokumentów, wspomnień, opinii, faktów i mitów jaka wypełniła wszystkie polskie media społecznościowe, media dziennikarskie jest niewyobrażalna. Bez względu na spory dyskutantów – większość zdaje się rozumieć wagę i powagę tematu. Wiele osób ze zdumieniem powtarza ten sam komentarz: pojęcia nie miałam/em, że takie dokumenty są, że to i tamto miało miejsce… Bo to faktycznie (poza pierwszą nieśmiałą próbą przy Jedwabnem) ciągle był albo temat tabu … albo temat mitów. Czyli kompletnie odwrotnego od zamierzenia tej Ustawy efektu. Zdaje się jednak, ze ten efekt pozytywny jest przypłacony przez Polske cena zbyt wysoką.
Chętnym polecam ciekawe materiały na temat losów Żydów polskich w latach 1939-47 z archiwum Polskiej Akademii Nauk – Centrum Badań Nad zagładą Żydów.
Vancouver 2016 – Kanada honoruje udział lotników polskich w Bitwie o Wielka Brytanię
Polscy Tatarzy, kontynuujac wieloetniczna tradycje Rzeczypospolitej wzieli tez udział w Kampani Wrześniowej
W przeddzień Międzynarodowego Dnia Pamięci Holocaust, a więc dnia specjalnej uwagi, ciszy i wręcz ostrożności we wszelkich tematach z tym związanych, polski Sejm przegłosował nowelizację Ustawy o IPN (słynny Instytut Pamięci Narodowej, poniekąd kontynuator Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich za czasów nieboszczki PRL plus zbrodni bolszewickich, aparatu PRL ale też historii polskiego nurtu antykomunistycznego ruchu oporu i opozycji demokratycznej).
Zgodnie z tą nowelizacją każdy kto publicznie i wbrew faktom przypisuje polskiemu narodowi lub państwu polskiemu odpowiedzialność lub współodpowiedzialność za zbrodnie popełnione przez III Rzeszę Niemiecką lub inne zbrodnie przeciwko ludzkości, pokojowi i zbrodnie wojenne – będzie podlegał karze grzywny lub pozbawienia wolności do lat trzech. Taka sama kara grozi za „rażące pomniejszanie odpowiedzialności rzeczywistych sprawców tych zbrodni”.
Niemal natychmiast wywołało to konsternację w wielu krajach i bardzo negatywne, wręcz lodowate, przyjęcie w Izraelu. Ambasador Izraela w Polsce, pani Azari odniosła się do tej ustawy podczas uroczystości w Auschwitz II-Birkenau. Jak podkreśliła, regulacja ta budzi w Izraelu „dużo, dużo emocji” i „odrzuca ją rząd Izraela”. ”Mamy nadzieję, że możemy znaleźć wspólną drogę, żeby zrobić jakąś zmianę w tej nowelizacji. Dlatego, że Izrael też rozumie kto budował Auschwitz i inne obozy i wszyscy wiedzą, że to nie byli Polacy”.
Natychmiast zareagował rząd izraelski, rzecznik ministerstwa Spraw Zagranicznych, Emmanuel Najszon, zapowiedział, że skontaktuje się ono w tej sprawie z polskim rządem, ‘wysyłając bardzo jasny przekaz’. I dodał: Nikt nie może zmieniać prawdy historycznej i nie ma tu miejsca na edukowanie rodzin osób, które przeżyły Holokaust. Miała miejsce nagła rozmowa telefoniczna premierów Polski i Izraela, na żądanie tego ostatniego. Do Kancelarii prezydenta Dudy przyjechała na rozmowę Ambasador Izraela.
Moim zdaniem to Ustawa beznadziejnie napisana, w bardzo złym momencie i szkodliwa. Nikt rozsądny, żadne szanujące się państwo na świecie nie przypisywało ani nie przypisuje Polsce odpowiedzialności za hitlerowskie zbrodnie wojenne – przeciwnie, Polska jest uznana uniwersalnie za bohaterski przykład przeciwstawienia się hitleryzmowi i jednego z najważniejszych i najtrwalszych aliantów w 2 w.ś. ‘Polskie obozy koncentracyjne’ to znany chwyt ultra prawicowych lub ultra lewicowych tytułów mediów prywatnych będących w rękach specyficznych anty-polskich grup. Obrzydliwych i piętnowanych. Byłem jednym z pierwszych, którzy zarzucił to ponad 30 lat temu czołowej gazecie kanadyjskiej, gdy użyto tego określenia. Na długą odpowiedź i usprawiedliwianie się podano, że chodziło jedynie o geograficzne umiejscowienie Auschwitz (o ten obóz w artykule chodziło) i że każdy wie przecież, że obozy były zbudowane i zarządzane przez Niemców. Zaproponowałem zrobić krótka ankietę (sam zaoferowałem się nieodpłatnie ją rozprowadzić po szkołach) z jednym zdaniem orzekającym (wyciętym z ich artykułu), że Auschwitz był polskim obozem koncentracyjnym. I zaraz pytaniem: kto był za Auschwitz odpowiedzialny: 1) Polacy; 2) Francuzi; 3) Niemcy. Gazeta (Calgary Herald) na ankietę się nie zgodziła ale wydrukowała sprostowanie i obiecała więcej takich zwrotów nie używać. Takie pomyłki lub świadome ‘lanie wody’ łatwo obnażyć i zmusić do przeprosin. Ale nowa Ustawa IPN idzie dużo dalej. Dyrekcja IPN podkreśla, ze przecież prokuratorzy nie będą np. prowadzić śledztwa wobec badań naukowych o ewentualnych ‘zbrodniach Polaków w 2 w.ś.’ … i szybko dodaje o ile będą oparte na faktach. ‘Badania oparte na faktach’ hmmm- to nowa metodyka badań panowie historycy z IPN. Badania się robi, by fakty ustalić. Jeśli już są nie trzeba ich badać tylko opisać. Cała ta Ustawa, w tej formie w jakiej jest napisana, jest ośmieszająca Polaków i naszą przeszłość. Śmierdzi na kilometr lękiem przed czymś …
Ja, jako Polak, jestem dumny z naszego zachowania jako państwa o nazwie Rzeczypospolita Polska i jego obywateli w całym okresie 1939-1945. I wszędzie, gdzie byłem na świecie, jeśli ten temat był poruszany – spotykałem potwierdzenie tej dumy. Nie potrzebna mi jakakolwiek, strasząca ludzi o innym zdaniu, ustawa polska. To nie ustawa historyczna a ustawa histeryczna. Głupia i szkodliwa. Przeciwnie – jeśli były (a wiemy, że były) podejrzenia o zbrodniczą działalność jakichś obywateli polskich, lub jakichś zorganizowanych grup polskich – oczekuję, że organa sprawiedliwości Polski, badacze, reporterzy, osoby lub rodziny osób poszkodowanych będą dochodzić prawdy o tych zbrodniach, winnych tych zbrodni upubliczniać a nawet pośmiertnie (o ile praktycznie to możliwe) karać. I jakieś zadośćuczynienie ofiarowywać. To minimum uczciwości obywatelskiej i historycznej. To moją dumę narodową zwiększy i umocni. Chcę być dumny z mojego dziadka, który ze swoim szwadronem pogalopował we wrześniu na linię frontu, za mojego wuja, nadinspektora w Lidze, którego Sowieci wywlekli do Starobielska i tam z innymi rozstrzelali, za mojego ojca i jego brata, którzy brali udział w AK w wyzwalaniu Wilna a potem wpadli w łapy sowieckie, za pradziadka, któremu prawie odcięto nogę serią z karabinu maszynowego w Krwawej Niedzieli w Bydgoszczy, gdy szedł do Fary na mszę i resztę wojny przeżył kuśtykając, a mimo to chodząc nocami na tory za dworcem w Bydgoszczy i nosząc kawałki chleba dla więźniów, których Niemcy w pulmanach wieźli z Generalnej Guberni i z frontu wschodniego w głąb Rzeszy na roboty. Nie chce i nie mogę być dumny ze szmalcowników, z folksdojczów, z tych, którzy ograbiali Żydów lub na nich za nagrodą donosili. A i tacy byli. Nie jestem i nigdy nie będę dumny za niektórych Polaków w Jedwabnem i innych miejscach, gdzie podobne zbrodnie miały miejsce. I jako dumny Polak mam prawo o tym mówić i pisać. Bez jakiegoś prokuratorzyny decydującego czy moje opinie są oparte na ‘faktach’. Panie premierze Polski i panie i panowie z PiS: proszę mojej godności Polaka nie bronić tak zawzięcie. Ona sama się obroni. Chce by mnie szanowano za to kim jestem. Nie ze strachu przed karą.
Rok 2018. Rok wyjątkowy, bo to rok stuletniej rocznicy odzyskania niepodległości Rzeczypospolitej. Więc bez wątpienia obszerniej na tych łamach do tego tematu wrócę.
Zanim jednak spojrzymy w przeszłość – spojrzenie przez okulary Internetu, gazet, telewizji i innych mediów na dzień dzisiejszy w Rzeczypospolitej. Rzeczypospolita Polska Anno Domini 2018.
Jak się zaczęła, jak wygląda? Zaczęło się pierwszą poważną zmianą na stanowiskach rządowych. Poprzedził to dziwny kontredans w okresie przedświątecznym, gdy zmieniono premiera. To znaczy przesunięto panią Beatę Szydło o jeden krok dalej i pana
Beata Szydło (fot. Wikipedia Commons)
Mateusza Morawieckiego o jeden krok bliżej. Wicepremier został premierem, premier – v-ce premierem. W normalnej polityce świata realnego (demokratycznego oczywiście) rzecz raczej niespotykana. Ambicja i godność jakiegokolwiek polityka, który osiągnął szczyt lub prawie szczyt (chyba jednak szczyt, bo w Polsce większość realnej władzy jest jednak w rękach rządu a nie prezydenta) władzy nie dopuszcza możliwości dobrowolnego usunięcia się na pozycje niższą w Gabinecie. Może stracić pozycję tracąc zaufanie i swojego Gabinetu i większości sejmowej. Wtedy usuwa się właśnie w cień zupełnie, zostaje posłem lub nawet zrzeka się mandatu poselskiego i odchodzi na tzw. ‘honorową emeryturę’. Aby z szefa zgodził się zostać podwładnym – jest raczej niespotykane. Zwłaszcza w tym samym praktycznie rządzie. Ale posunięcia takie nie dziwią i są dość nagminne w dyktaturach. Król/książę/dyktator, w którego rękach spoczywa pełna władza, mianuje i wymienia swoje gabinety, jak chce. Personalia i ambicje polityczne są bez znaczenia, bo władza rządowa nie jest z nadania wygranej w wyborach, a łaską Panującego.
Mateusz Morawiecki (fot. Wikipedia Commons)
Co prawda pani Szydło w wyborach ostatnich właśnie prowadziła kampanię wyborczą, jako kandydat na premiera Polski, prawda? I te wybory wygrała ona, nie pan Morawiecki, prawda? Więc Polacy głosowali de facto na nią, prawda? Eh, to już takie szczegóły banalne i mało istotne: wybory, przybory…., kogo te detale obchodzą ostatecznie na kogo głosowali!? W Polsce widać wyraźnie mało kogo. A już zwłaszcza Wiecznie Żywego wodza.
2018 mimo to przyniósł poważne zmiany wprowadzone już przez samego nowego premiera (naturalnie za zgodą i przyzwoleniem – lub z nakazu bezpośredniego – Wiecznie Żywego). Odeszły (zostali zwolnieni) filary rządu poprzedniego. Z punktu widzenia praw fizycznych i budowlanych były to po prawdzie strasznie złe filary, które autentycznie groziły zawaleniem się całej budowli. Prawa fizyki a prawa polityki to jednak nie to samo. Postanowiono niektóre (większość z tych mniej ważnych – poza jednym, który jest bardzo ważnym: Ministrem Sprawiedliwości i Prokuratorem Generalnym) filary pozostawić. Filary pozostały niestabilne co prawda, ale są świeże lub odmalowane, więc jeszcze nie przegnite do cna.
Antoni Macierewicz (fot. Wikipedia Commons)
Największym zaskoczeniem (i błogosławieństwem dla kraju!) było wyrzucenie Antoniego Macierewicza z Ministerstwa Obrony Narodowej. To trochę złośliwo-zbójecki nóż pod żebra. Macierewicz tyle się napracował, wyrzucił prawie wszystkich wyższych dowódców wojskowych, włamał się nocą do biur NATO w Warszawie, groził Prezydentowi. A co najważniejsze stworzył i zaczął budować własną armię partyjną: Wojska Obrony Terytorialnej (mając na myśli oczywiści terytorium władzy a nie państwa – więc wszystkie z tego tematu żarty były kompletnie niewłaściwe: do walk ulicznych z obywatelami te wojska mogły być używane skutecznie a o jakichkolwiek walkach z Rosją lub Marsjanami Macierewicz nawet nie myślał poważnie w tym temacie). Jego oczko w głowie. I być może właśnie ten projekt, te ‘wojska’ Macierewicza zadecydowały o jego upadku. Nieudolność w zakupie jakiegokolwiek sprzętu i coraz gorszy stan bojowy Armii Polskiej ( w tym mierność strategiczna nowych dowódców Sił Zbrojnych RP) raczej nie był tym powodem. Wątpię by dużo w tej materii potrafił zmienić Policmajster Błaszczak. Ale ta prywatna armia – to, co innego. Kto wie, rok-dwa i Macierewicz sam by mógł zadekretować, że Wiecznie Żywy nie jest wiecznie?
Morawiecki, jako premier – na tyle na ile jakikolwiek premier (poza Wiecznie Żywym, gdyby nabrał odwagi oficjalnie ster państwa wziąć w swoje ręce) w Polsce PiSu może cos zrobić samodzielnie – wydaje się być i mądrzejszy i inteligentniejszy i bardziej świadom świata i norm politycznych w Europie i poza Polską. Pani Szydło – nie oszukujmy się – mogłaby nie tylko w gminie rządzić a nawet i w powiecie i pewnie dobrze. No ale nie żartujmy, nie w państwie… Wiec (tu pewnie niektórych zaskoczę) tą zmianę uważam za pozytywną. Podobnie – pomijając niską opinie jaką mam o ministrze Błaszczaku – jak usuniecie Macierewicza. To był i jest szalenie niebezpieczny człowiek. Krypto-faszysta od dziesiątków lat (nawet z czasów zasłużonej działalności anty-komunistycznej) miał jedną wizję Polski: katokatolickiego kraju o silnym zabarwieniu szowinistycznym. Taka współczesna wersja wczesno dwudziestowiecznego faszyzmu hiszpańsko-włoskiego lub węgiersko-portugalskiego. W odpowiednim momencie i czując się odpowiednio silny zdaniem moim nie cofnąłby się przed niczym. W przeciwieństwie do Wiecznie Żywego – nie jest tchórzem. Jest człowiekiem odważnym.
Witold Waszczykowski (fot. Wikimedia Commons)
Bez satysfakcji (bo było to wesołe, trzeba przyznać) zgadzam się tez, że z punktu widzenia rządowego plusem było pozbycie się nieudacznika Waszczykowskiego. Nie pamiętam tak nieudolnego ministra SZ nawet z czasów PRL-u. Zaprawdę (tu się musze zgodzić z anty-elitarystami) zdobycie wykształcenia nie daje jakichkolwiek gwarancji na inteligencję, rzutkość, umiejętność rozwiązywania problemów i dostrzegania ich przede wszystkim. Bardzo to (wykształcenie) pomaga tym, którzy te naturalne zdolności posiadają. Ale tylko tym. U Waszczykowskiego to była prawdziwa tabula rasa…
Mam głęboką nadzieję, że zmiana w ministerstwie odpowiedzialnym za lasy pozwoli Polsce i PiSowi wycofać się z tej strasznej gospodarki leśnej stosowanej wobec Puszczy Białowieskiej. To jest autentyczny dramat na skalę europejską. Zupełnie niezrozumiały w XXI wieku, gdzie wszyscy wiemy, jak kolosalne znaczenie ma ratowanie ostatnich fragmentów oryginalnego, prastarego lasu niziny europejskiej. Zbrodnia niewybaczalna. I grożąca Polsce w każdym momencie kolosalnymi karami pieniężnymi, które już są zasądzone wyrokiem niepodważalnym i niemożliwym do kasacji oraz poza możliwościami ominięcia go przez Polskę (Trybunał Sprawiedliwości i jego wyroki nie podlegają rządom państw unijnych) – do egzekucji kar potrzebna jest jedynie oficjalna nota Komisji Europejskiej do Trybunał o wprowadzenie wyroku. Samej Komisji, nie zgromadzenia posłów europejskich, tutaj już żadne głosowanie nie wchodzi w grę. Ale wysokie kary finansowe nie są największym nieszczęściem. Dziury budżetowe można załatać, podnieść podatki, zmniejszyć ulgi podatkowe. Kto w ciągu czterech czy dziesięciu nawet lat wyhoduje drzewostan i jego biologiczną otokę, która powstawała przez setki lat?
Jan Szyszko (fot. Wikimedia Commons)
Wiele osób znających i obserwujących byłego (na szczęście) ministra Jana Szyszko uważa, że pan minister autentycznie opiera się w swoich decyzjach na niezachwianej wierze w biblijne stanowisko, że Pan Bóg dał człowiekowi przyrodę w kompletne władanie i używanie dla własnych potrzeb. Gdybym nawet biblijne opowieści traktował tak dosłownie i z taką wiarą, jak pan Szyszko, to mimo wszystko w XXI wieku bym chyba trochę dystansu i niedosłowności używał. Ostatecznie cudzołóstwo też jest biblijnym nakazem karane kamieniowaniem, jak i wiele innych rzeczy dużo mniej moralnie odrażających. Przecież byliby katolicy siłą rzeczy dziś najmniejszą chyba grupką religijną na świecie, gdybyśmy tak dosłownie Biblię traktowali, panie Janie. Nam samym by kamieni na nas samych nie starczyło … Wiem, że ten akapit traktowany będzie, jako satyra. Ale, mimo satyrycznego może tonu tu i tam, proszę mi wierzyć, że nie w kategorii żartu to napisałem i nie dla śmiechu. To, co dzieje się z Puszczą Białowieską uważam za zbrodnię najwyższego kalibru.
Po pierwszych dwóch pełnych latach opozycji demokratycznej w Polsce rzeczy też ulegną zdaje się dużym przeobrażeniom. I w tej formalnej, politycznej, sejmowej opozycji i w tej obywatelskiej, z ulic miast i miasteczek. Od czasów zrywu solidarnościowego chyba nie widzieliśmy takiego zaangażowania Polaków w politykę. Pro i contra. Być może nawet zbyt ostro miedzy sobą, co jest niebezpieczne, bo rządy zmienić dużo łatwiej (nawet krwawo – czego Polsce nie życzę) niż naród.
Początkowa masowa skala demonstracji setko i dziesięciotysięcznych zamieniła się w liczne, prawie ‘etatowe’ protesty mniejsze lub wręcz małe. Ale grupka kilku ludzi stale na ulicy oznacza poważną grupę, która ich wspiera gdzieś. Więc kalkulacje rządowe, że protest osłabł są bardzo błędne. Nie sądzę zresztą by autentyczna czołówka intelektualno-polityczna PiS w takie marzenia wierzyła. Podaje to się do rządowej prasy, TV i innych środków propagandy partyjnej dla uspokojenia swojego elektoratu i szerzenia defetyzmu wśród niezaangażowanych w konflikt. Typowa propagandowa papka nie mająca znaczenia pomiędzy prawdziwymi graczami. Zdecydowany (z własnych błędów i ze sprytnie prowadzonej akcji sterowanej przypuszczalnie przez organa podległe ministrom Błaszczykowi i Ziobrze) spadek popularności lub wręcz załamanie się Komitetu Obrony Demokracji (KOD) mógł częściowo przyczynić się do zmniejszenia (poważnego) liczebności protestujących na ulicach. Ale to okazać się może zwycięstwem PiSu prawdziwie pyrrusowym. Do tej pory skutkuje powstawaniem licznych, bardziej zdyscyplinowanych i lepiej zorganizowanych ośrodków protestu społecznego, politycznego, obywatelskiego. Grupy mniejsze, lokalne są lepiej zorganizowane, nastawione często na specyficzne tematy i w tych tematach dobrze zorientowane. Następuje wyraźne zróżnicowanie obszarów protestu. Młodzi organizują się samodzielnie. Już nie stoją i nie patrzą z zaciekawieniem na tłumy 40, 50 i 60-latków na ulicach ze sztandarami. Kobiety nie patrzą z ciekawością na protestujących mężów i innych panów. Tworzą wielkie i silne koalicje kobiece – z bardzo silnym zapleczem wśród współczesnej emigracji polskiej. Przeliczono się myśląc, że miliony Polek i Polaków, którzy w ostatniej dekadzie wyjechali do Europy Zachodniej będą typową emigracją zarobkową, która prócz ciułania pieniędzy niczym innym nie będzie zainteresowana. Wyjechało wszak wśród nich tysiące ludzi przygotowanych profesjonalnie i nie mających dużych łopotów ze znalezieniem pracy poza tradycyjnym sektorem usługowo-wykonawczym (gastronomia, hotelarstwo, prace budowlano-remontowe, opieka domowa) – i ci poza karierą (autentyczną) mają inne nieco zapotrzebowania i aspiracje. I łatwiej wchłaniają etos bycia „Europejczykiem”. A to wiąże się z wyraźnym niezadowoleniem ze zwrotu jaki władze polskie przeprowadzają w kraju. Dla tej emigracji (oraz dla dość mimo wszystko licznej, choć ciągle mało widocznej emigracji polskiej roczników dekad 1950-60-70) prosty chwyt propagandowy stosowany dość skutecznie wobec Polonii, który polegał na podstawieniu słów: naród, narodowość, duma narodowa w miejsce słów: szowinizm, ksenofobia – nie działa tak łatwo ani prosto. Im bardziej nachalnie i prostacko przedstawiony – z tym większym oporem i protestem się spotyka. To są też ludzie, którzy ze względu na swój poziom wykształcenia i profesjonalizm mogą i maja największy wpływ na środowiska opiniotwórcze w ich krajach zamieszkania. Dla rządów PiSu nie wróży to na dłuższą metę nic dobrego.
Osobną kwestią związaną z emigracją polską jest wielki problem demograficzny. Żadne 500+ nie jest w stanie wyrównać ubytku mieszkańców Polski. Tu już matematyka i statystyka nie może operować propagandą i chciejstwem. Jeżeli ten proces się nie tylko nie zatrzyma, ale wręcz odwróci – Polsce grozi wielki kryzys demograficzny. Od roku 2011 stale maleje liczba ludności Polski. Ponad dwa lata istniejące finansowe ulgi dla rodzin wielodzietnych (500+ i inne) tego trendu nie zmieniły. Rok 2016 , mimo minimalnego wzrostu urodzeń, tez tej nie dobrej passy nie zmienił. Liczba ludności Polski ponownie zmalała w stosunku do roku 2015. O wyborze zamieszkania decydują nie tylko (najwyraźniej) same ulgi finansowe. Nie mówimy tu o typowych, okresowych wyjazdach ‘na saksy’. Mówimy o emigracji wieloletniej, która im dłuższa, tym mniej skłonna wracać na stałe do starego kraju. Bardzo dużo z nas, emigracji solidarnościowej, wyjechała tez ‘na chwilę’. Blisko 40 lat temu. To zjawisko bardzo niebezpieczne i nie może być zrekompensowane pozwoleniami na prace dla cudzoziemców w Polsce (tzw. tania siła robocza: Czeczeńcy, Ukraińcy, Białorusini itd.). Te pozwolenia, o ile nie są legalną i formalną drogą do ubiegania się skutecznego o prawo zamieszkania i obywatelstwo są de facto minusem dla Polski. jej rozwoju gospodarczego i nic nie zmieniają w problemie demograficznym. Przyjdzie moment (oczywiści o tym obecnie rządzący nie myślą, gdyż nastąpi to długo po ich odejściu) kiedy jedynym ratunkiem będzie masowa emigracja do Polski. Wątpię by na to zaproszenie odpowiedzieli Niemcy, Francuzi lub Włosi. Na pewno nie Amerykanie. Wiemy dokładnie skąd tylko może ona nastąpić. Albo z Ukrainy i Białorusi (jeśli jeszcze będą istniały, jako państwa suwerenne i wolne) albo z Azji i Afryki. Masowa emigracja z Białorusi i Ukrainy może być dla Polski niebezpieczna. Przez sam fakt, że graniczą z nami, że ciągle są powiązania bardzo silne historyczne i mimo, że oficjalnie nie poruszane: pretensje emocjonalne do dużych obszarów terytorialnych po obu stronach granicy. Co by było teoretycznie możliwe gdyby od Przemyśla aż po Rzeszów zamieszkało setki tysięcy ludności ukraińskiej? Nawet etnicznie nie mogliby się czuć trochę obco, w końcu to Rus Czerwona …. Gdyby na Podlasiu w okolicach Hajnówki, Siedlec, aż pod Białystok wróciło tysiące wnuków i pra-prawnuków tych, którzy tam kiedyś mieszkali? Może nic. Może byłoby im w Polsce dobrze. Tylko, jak byśmy im tych ‘żołnierzy wyklętych’ wytłumaczyli? Hmmm. Oczywiście zachodzi możliwość, że Ukraina i Białoruś za iks lat będą częścią państwa rosyjskiego. I granice będą dużo szczelniejsze niż teraz. Chyba, że sami będziemy w tej sferze wpływów. Ale wówczas ani jedni ani drudzy nie będą mieli czego u nas szukać, bo będzie bardzo podobnie. ..
Więc chyba Azja i Afryka, jako źródła tej emigracji są nieuniknione. Może lepiej zacząć to robić bardziej planowo i wolniej już teraz. To by była mądra i dalekowzroczna polityka demograficzna. Dawała większą szansę na kulturową ‘polonizację’ nowych obywateli. Bo modlić się o cud to trochę nie fair. Zwłaszcza w polityce. Kościół może to lubi – Pan Bóg wątpię. Ostatecznie, nie biblijne co prawda a ludowe, nasze polskie porzekadło mówi: Pan Bóg pomaga tym, którzy pomagają sobie …
Dobrego roku 2018 życzę miłej Czytelniczce i szanownemu Czytelnikowi.
W poprzednim artykule, pisanym oryginalnie tuż po wyborze Andrzeja Dudy na prezydenta, zakładałem, że ten wybór być może był Polsce potrzebny, by ja przebudzić z pewnego letargu społeczno-politycznej aktywności. Społeczeństwa mało aktywne, bierne w działalności społeczno-politycznej skazane są prędzej czy później na tracenie tej wolności demokratycznej. Na powolne staczanie się z pozycji podmiotu na pozycje przedmiotu działań politycznych. O ile pierwsze dziesięciolecie suwerenności charakteryzowało się polityczną aktywnością i ambicjami politycznymi Polaków, o tyle kolejne miało wyraźnie wymiar dużej bierności na tym polu. Jest możliwe, że – paradoksalnie – sprzyjało takiej bierności przyjecie Polski do Unii Europejskiej, potężne pieniądze, które zalały kasy państwa i samorządów z funduszy europejskich. Stworzyło to niebezpieczne wrażenie, że teraz to już de facto obojętnie, kto władzę przejmie, bo zabezpieczenie systemowe w Polsce unijnej są tak silne, że autentyczne zagrożenie demokracji wolnorynkowej jest niemożliwe. Z gruntu fałszywe, jak uczy nas historia i jak nauczyło nas ostatnie dwa lata rzeczywistości krajowej. Poza elitami intelektualnymi niewielu Polaków rozumiało, że europejska demokracja liberalna, to coś zdecydowanie większego i ważniejszego niż przymiotnik ‘wolnorynkowa’. Że owszem, wolny rynek daje jej praktyczne podstawy materialne funkcjonowania – ale nie daje podstaw ideowych. W starych demokracjach europejskich, które nie miały ponad 40-letniej ‘przerwy demokratycznej’, te zabezpieczenia demokratyczne są dużo silniejsze. Są poniekąd częścią ‘tkaniny społecznej’ obywateli. W krajach postkomunistycznych – nie tak bardzo.
Jest faktem dziś niezaprzeczalnym, że Prezydentura i większość parlamentarna PiS postanowiła – i konsekwentnie to realizuje – ograniczyć szereg prerogatyw wolnego obywatela na rzecz silnego państwa. Czyli aparat państwowy przestaje być organizacją służebną wobec społeczeństwa i przemienia się w organizację kontrolującą społeczeństwo. Regulacje i przepisy państwowe za cel obierają nie opiekę i wspomaganie obywatela w samodzielnym, niezależnym rozwoju – w tym gospodarczo-ekonomicznym – a sterowanie obywatelem i jego działalności w imię z góry narzuconego celu wytyczonego przez Państwo i wedle jednej ideologii. Efekty państwa jedynie słusznej ideologii znamy właśnie z tych smutnych lat 1945-1990. Ale – coraz większa liczba Polaków wychowanych, a nawet urodzonych już po upadku tego systemu – nie bardzo jest tego świadoma. Mimo to, jest rzeczą absolutnie zdumiewającą (i podkreślaną wielokrotnie przez nie tylko filozofów i antropologów kultury, ale i przez autorytety moralne i religijne, jak Jan Paweł II czy wielki filozof chrześcijański Jacques Maritain), jak silne jest wewnętrzne poczucie wolności w człowieku. I kiedy staje się znowu zagrożone ograniczeniami władzy – budzi się chęć o poru i protestu.
Od kompletnie spontanicznego i porywającego setki tysięcy ludzi powstania KOD już na przełomie 2015 i 2016, poprzez istniejące wcześniej instytucje demokratyczne pozarządowe (tzw. NGO – non governmental organization), do dnia dzisiejszego, gdzie mapę polityczno-społeczną Polski zaludniło dziesiątki grup i organizacji powstałych w celu kontrolowania i oponowania władzy w jej zapędach anty-demokratycznych. Można śmiało powiedzieć, parafrazując znane powiedzenie historyczne, że Kaczyński zastał Polskę uśpioną, a zostawi rozbudzoną społecznym aktywizmem, którego spodziewać się nie mógł. Poniżej zestawiłem mały ‘przewodnik’ po tych grupach. Piszę ‘mały’, gdyż jest to jedynie część tej obywatelskiej mapy Polski. Składają się na nią uznane od lat i szanowane organizacje, fundacje ogólnopolskie, nawet o zasięgu międzynarodowym (Human Rights Watch Pl., Fundacja im. St. Batorego) ale i nowe, nie istniejące przedtem stowarzyszenia lub nawet grupy osób nie zarejestrowane formalnie ale bardzo aktywne w uczestnictwie w życiu polityczno-społecznym kraju. Niektóre o zasięgu ogólnokrajowym, inne o regionalnym lub wręcz lokalnym tylko, jeszcze inne działające wśród siedlisk Polaków poza granicami kraju. Zapraszam na spacer poprzez te “vademecum”
KPH (Kampania Przeciw Homofobii)
Tak dla związków jednopłciowych
Prawa Człowieka (Amnesty International)
Koalicja Białej RóżyKultura Niepodległa
grupa rozmów Polaków W VancouverzeObywatele bez granic – grupa w MontrealuHelsińska Fundacja Praw Człowiekaorg. Wolni Obywateleorg. Nie dla rasizmu, nacjonalizmu i dyskryminacji
Kilka late temu prowadziłem regularny blog na portalu, który już zamknąłem. Było tego sporo i przez wiele lat, zanim WordPress i inne formaty powstały. Pierwszym była bodaj sfera blogowa założona przez Yahoo, w czasach gdy Yahoo było w zasadzie głównie tylko w Brytanii. Nazywało to się Yahoo360. Tam stawiałem pierwsze kroki blogera i – ze względu na publikę i innych blogerów – było to chyba wyłącznie po angielsku. Będzie chyba blisko (o ile nie więcej, nie chce mi się teraz sprawdzać) 11-12 lat. Potem założyłem blog na własnej domenie i przez około 10 lat prowadziłem go dość regularnie. Po pierwszych kilkunastu tysiącach czytelników – przestałem liczyć ile było wejść w tym czasie. Nic nie trwa wiecznie. Nudzimy się lub tracimy sympatie do projektów, które sami zakładamy. Przez 10 lat wydawałem drukowany rocznik twórczości polskiej w Kanadzie “Strumień’. Też w 2012 wydałem ostatni – choć ciągle się przymierzam, że do tego wrócę. Ale jeśli to już w innej formie. By nie wypaść z trybu tego ‘elektronicznego gadulstwa’ trochę teraz tu (niezbyt już regularnie) pisuję.
Otóż szukając pewnego starego tekstu, znalazłem w elektronicznych szufladach pamięci ostatni tekst, jaki pisałem (lub jeden z ostatnich) dla poprzedniego blogu. Zdaje się nie opublikowałem wówczas a teraz wydaje mi się ciekawy. Z historycznego punktu widzenia. Bo tekst dotyczył wyboru Andrzeja Dudy na Prezydenta RP. Ale jeszcze przed wyborami parlamentarnymi, tj. przed rządową większością PiS w Polsce. I ciekawe miałem, wydaje mi się, spostrzeżenia wówczas na ten wybór Dudy. O ile się zmieniły? Czy miałem racje i czy dobrze to oceniałem? Jedno jest pewne: trudno być prorokiem we własnym kraju, ha ha ha.
Zamiast tytułu ówczesnego artykułu, posłużę się cytatem z jego epilogu, który najbardziej charakteryzuje moje wówczas do tego podejście: “Prezydent Duda też bez wątpienia nie jest jakimś opętanym Savonarolą. Zapewne prawa człowieka i obywatela nie będę czołówką jego prezydentury ale nie będą też nią stosy na Krakowskim Przedmieściu. Gorzej będzie, jeśli najbliższe wybory parlamentarne PiS też wygra. “
(Wybory prezydenckie, lato 2015)
Zmiany. Bywają dobre, bywają złe. Ale zmiany są niezbędne, choć często boimy się ich, ukrywamy, udajemy, że nie następują, Dziś siedzę w małej kawiarence i słucham jakiegoś nieznanego zespołu jazzowego i słucham stare przeboje . Jak dziesiątki lat temu. Starszy facet w kapeluszu i krótkich spodniach śpiewa po francusku europejską odmianę tej czarnej, amerykańskiej muzyki z Południa. Mogło to by być czterdzieści lat temu, gdzieś w klubie na warszawskiej Starówce, mogłoby to być lat temu w Paryżu, gdzieś koło Halle lub na Montparnasse lub gdzieś koło Sorbony, mogło być w Montrealu dwadzieścia pięć lat temu. Jest dzisiaj, nad Pacyfikiem, w New Westminster. Nawet ci sami muzycy mogli tam być. Ostatecznie ci sami muzycy mogli tam być, bo (plus minus) w tym samym wieku, co ja. Ale jest tu i teraz. Tam być nie mogło, bo zmiany. Zmiany jak w Dziennikach Zofii Nałkowskiej. Jak w jej życiu. Jak w moim. I twoim. Zmiany są niezbędne. Wydaje mi się. A nawet jeśli nie są niezbędne—są nieuniknione. Życie. Ten drobiazg. Więc obserwując je, zauważając, powiadamy : C’est la Vie. Na tym polega, na ustawicznych zmianach.
Nie, niekoniecznie jest to temat filozoficznych refleksji, poetyckiej zabawy literackiej. To całkiem praktyczne spojrzenie na życie. Teraz właśnie słucham samby (zmiana zespołu w klubie). Ale tej samby autentycznej. Wyzbytej z artystycznych świecidełek, samby zakurzonych, spoconych kawiarenek Południowej Ameryki. Gdzie po wielogodzinnej, beznadziejnie nisko płatnej pracy, spotykają się sąsiedzi. Na szklankę rumu, kufel piwa, na seks, na pocałunek. Wiedzą, że ich życia nic nie zmieni. Mimo to, przy tym rumie, w ramionach tej kobiety czy tego mężczyzny – marzą. O czym? O zmianie. Może …
Jazz, ballada, opowieść jest jak życie. Nie ma w tym zbyt wielkiej przesady. Po prostu się zdarza. Każdemu z nas. A potem przemija. Też każdemu z nas. Ale ile wspaniałych (lub strasznych) zmian w międzyczasie!
I w takiej, nietypowej może ale bardzo racjonalnej perspektywie trzeba widzieć ostatnie wybory prezydenckie w Polsce. Potrzeba zmiany. Dość naturalne. Nie wszystkie zmiany są korzystne bezpośrednio, od zaraz. Są nawet takie, które nieco nas cofają. Wydaje mi się, że tak (w krótkiej perspektywie najbliższych czterech lat) stało się w Polsce. Większość stolic europejskich tak to też odczytało. Zwłaszcza tych stolic liczących się poważniej. Prezydenta Dudę widzą (lub obawiają się, że jest) jako rodzaj transformatora, który będzie emanował energią prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Czyli, jako ostry zwrot na prawo. A zważywszy, że prezydent Komorowski związany był też z partią prawicową (PO) – no, to już dalej za tym ‘zwrotem na prawo’ chyba tylko faszyzm. Wątpię aby to nam groziło, na szczęście. Nie żeby faszyzmu polskiego nie było, nawet na ławach sejmowych. Ale nie wyobrażam sobie sytuacji by kiedykolwiek Polacy dali faszystom szansę na jakiekolwiek rządy (choć w rządzie byli, za czasów premierostwa właśnie Jarosława Kaczyńskiego).
Wybory podkreśliły od lat już istniejący wyraźny podział Polski: zachód i północ bardziej centrowe; wschód i południe bardziej arcy-konserwatywne, wyznaniowe. Podobny rozdział istnieje w grupie poziomu wykształcenia (im wyższe tym niższe poparcie dla PiS-u i partii skrajnych) i podział między Polska wielkomiejską contra Polską wiejską i małomiasteczkową.
Ale jakkolwiek by tego nie analizować—fakt jest niezmienny: Polacy wybrali na prezydenta kraju reprezentanta PiS-u, Andrzeja Dudę. I jest to zmiana. Najwyraźniej potrzebna. Sugeruję, że w dłuższej perspektywie dla sił i środowisk postępowych, świeckich to zmiana pozytywna. Być może obudzi to kręgi na lewo od centrum do lepszej organizacji, do aktywności politycznej. Nic tak ludzi nie łączy, jak wspólny przeciwnik. Zwłaszcza nas, Polaków. Prezydent Duda też bez wątpienia nie jest jakimś opętanym Savonarolą. Zapewne prawa człowieka i obywatela nie będę czołówką jego prezydentury ale nie będą też nią stosy na Krakowskim Przedmieściu. Gorzej będzie, jeśli najbliższe wybory parlamentarne PiS też wygra. Ale i wówczas ( choć szkody byłyby o wiele wyższe i kosztowniejsze) Polska ani nie padnie ani się nie zawali. Ostatecznie mieliśmy już dwuwładzę Lecha i Jarosława Kaczyńskich. I nikt na szubienicach nie zawisł. Więc nie taki diabeł straszny—zwłaszcza, że PiS od diabła lubi się odżegnywać i egzorcyzmy przeciw temuż organizować.
Więc może i ta zmiana będzie w konsekwencji nawozem na przebudzenie się z letargu i rozbicia prądów oświeceniowych na polskiej scenie politycznej. Czas już, oj czas najwyższy. Trzeba nam na nowo Kołłątajów, Stasziców i Bohomolców. Nie można stale pałętać się w ogonie postępowej Europy.
Kto z nas nie słyszał o Puszczy Białowieskiej, jednym z największych naturalnych klejnotów narodowych od czasów Jagiellonów? A już w tamtych czasach właśnie królowie Polski i Wielcy Książęta Litewscy podejmowali pierwsze kroki ochrony tego magicznego miejsca sięgającego historią naturalną czasów prehistorycznych. Ostatniego dziś zbioru leśno-bagienno-rzecznego prastarego lasu mieszanego w Europie.
Zygmunt Stary i jego syn, Zygmunt August, wypracowali wówczas bodaj największe zasługi dla Puszczy i jej ochrony przed niekontrolowanym używaniem przez ludność miejscową, kłusowników i dużych posiadaczy ziemskich. Cofnięciem się ochrony Puszczy królewskiej były nadania praw wyrębów i dość rabunkowej gospodarce leśnej (jednymi z głównych odbiorców tych nadań czyli ‘wchodów’ byli książęta Radziwiłłowie, posiadający liczne wielkie majątki ziemskie w okolicach Puszczy królewskiej) przez Jana Sobieskiego.
Dopiero nie kto inny, a Sas, August II Mocny (który lasy białowieskie uwielbiał) usiłował te nadania wcześniejsze likwidować i na nowo podjął się wysiłku ochrony puszczy.
Największe od czasów możliwych do rejestracji, a przypuszczalnie od czasów ostatniego zlodowacenia, czyli ok. 12 tysięcy lat temu, zniszczenia poniosła Puszcza, jej drzewostan, fauna i flora w okresie I wojny Światowej. Stacjonujące tam przez długi czas duże jednostki niemieckie wycinały lasy na skalę niespotykaną i całkowicie rabunkową. Trwał też wówczas niczym nie kontrolowany i masowy ubój zwierząt. Władze nowo powstałej Polski już w roku 1932 powołały uchwałą Sejmu Białowieski Park Narodowy, jeden z pierwszych na świecie.
Puszcza Białowieska to unikalne w Polsce dziedzictwo narodowo-historyczne, organizm ekologiczny o wyjątkowym znaczeniu w skali europejskiej i światowej. Jeden z nielicznych, jeśli nie jedyny, który ciągle może funkcjonować (regenerować się) samodzielnie, bez aktywnej gospodarki leśnej. Cała Puszcza stwarza bufor zaporowy, płuca i krwiobieg dla samego, mniejszego od niej Parku Narodowego. W dzisiejszym świecie wszystko-ogarniającej urbanizacji i pochodu człowieka z jego technologiami i zachłannością przestrzenną ten ‘narodowy klejnot’ wymaga szczególnej opieki i troski. Raz utracona – już nigdy nie powróci. Nawet w kraju o tak olbrzymiej przestrzeni, z tysiącami kilometrów kwadratowych prawie bez jakichkolwiek ludzkich siedlisk i działalności przemysłowej – w Kanadzie – wiemy, jak trudno jest utrzymać obszary o wyjątkowym znaczeniu ekologicznym dla środowiska i człowieka. Jakże trudniej robić to w kraju o stosunkowo małym obszarze, gęsto zamieszkałym i z rozwiniętym rolnictwem, siecią miast i przemysłem. Stad tak ważnym było wpisanie Puszczy Białowieskiej do rejestru specjalnie chronionych obszarów przez Komisję Europejską, jako Natura2000 Puszcza Białowieska, zgodnie z dokumentem Unii Europejskiej Habitats Directive. Państwa członkowskie Unii, które zgłosiły takie obszary na swoim terytorium i które wykazały ich znaczenie ekologiczne dla środowiska zostały tą Dyrektywą zobowiązane do prowadzenia gospodarki tych terenów zgodnych z zabezpieczeniami ekologicznymi wymienionymi w Dyrektywie.
Od ponad roku czasu polskie Ministerstwo Ochrony Środowiska, Zasobów Naturalnych i Leśnictwa kierowane przez Jana Szyszko rozpoczęło agresywna gospodarkę leśną na terenie puszczy, sprzeczną z Dyrektywą Habitatów. Spotkało się to z ostrą krytyką i protestem środowisk ochrony środowiska naturalnego w Polsce, organizacjami ekologicznymi, jak i też z ostrym protestem dużej części całego społeczeństwa polskiego. Skutkiem tych posunięć rządu RP, Komisja Europejska przypomniała ministrowi ochrony środowiska (sic!) o przestrzeganie zasad Dyrektywy Habitatów, która obowiązuje rząd Polski. Jako, że w okresie tym (od czasów ostrego konfliktu między Komisją Europejską i Radą Europejską na temat niekonstytucyjnych zmian Trybunału Konstytucyjnego w Polsce) stosunki między administracją i władzami Unii Europejskiej a rządem Beaty Szydło było bardzo zaostrzone i rysował się coraz ostrzejszy konflikt na tej linii – efektem upomnienia Komisji Europejskiej nie było zaprzestanie lub zmniejszenie wycinki drzew w Puszczy, a przeciwnie, zwiększenie coraz bardziej agresywnej akcji wycinki nie tylko drzew powalonych ale i masowej wycinki drzew zdrowych. Do Puszczy wprowadzono ciężki sprzęt mechaniczny podobny do tego, jaki używa się dziś w operacjach przemysłowych na szeroką skalę. Sprawa oparła się o Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu – najwyższy sąd Unii Europejskiej, którego decyzje , zgodnie z traktatem Unijnym, są ostateczne i obowiązują tak Administrację i władze unijne, jak i wszystkie państwa członkowskie. Rząd Polski wnosi, że Komisja Europejska nie ma prawa narzucać rządowi polskiemu tego typu decyzji i że wycinka w Puszczy prowadzona jest właśnie, jako zabezpieczenie drzewostanu przed rozprzestrzenianiem się specyficznego kornika zagrażającego zdrowym drzewom. Z kolei Komisja Europejska wniosła by do czasu rozpatrzenia sprawy i wydania wyroku Trybunał zarządził całkowite moratorium na wycinkę w Puszczy, motywując to, że jeśli Trybunał po rozpatrzeniu sprawy wyda wyrok zgodny z argumentacją Komisji – poniesione straty w drzewostanie Puszczy w okresie oczekiwania na wyrok będą niepowetowane i niemożliwe do cofnięcia.
Trybunał po wysłuchaniu argumentów obu stron (w czasie przesłuchania i debaty obecny był i brał udział minister Szyszko) i wnikliwej analizie, przychylił się do argumentów Komisji i nakazał natychmiastowe przerwanie wycinki drzew w Puszczy do czasu pełnego rozpatrzenia sprawy zasadniczej. Jednocześnie udzielając Polsce zgody na lokalną wycinkę lub wywóz drzew tam, gdzie zaistnieje bezpośrednie ryzyko niebezpieczeństwa wobec osób mieszkających w okolicy puszczy lub pracujących w niej. Ten wyrok nosi datę 26 lipca 2017 i od tej daty jest obowiązujący.
Czy personalnie zgadzamy się z takim zarządzeniem, czy jesteśmy po stronie ochrony środowiska i ekologów czy też uważamy, że Polska może i powinna prowadzić aktywną gospodarkę wyrębu drzew w Puszczy jest w tym momencie bez znaczenia. Najwyższy organ sądowy w Europie wydał orzeczenie i sprawa jest zamknięta z legalnego punktu widzenia. Korzystając z nigdy prawie nie używanego zapisu w uchwale o Trybunale, gdyż nie zaistniała do tej pory konieczność jego użycia, Trybunał 20 listopada wydał kolejne Orzeczenie (Order of the Court in Case C-441/17 R) , w którym upoważnia Komisję Europejską do nakładanie dziennej kary na Polskę w wysokości 100 00 euro za każdy dzień nie przestrzegania orzeczenia Trybunału do czasu rozpatrzenia właściwej sprawy przez Trybunał. Orzeczenie te nabiera pełnej i natychmiastowej mocy w od jego wydania. Jest więc niezależne od faktu, czy pani minister Klempa wydrukuje je w Dzienniku Urzędowym w Polsce czy nie (jak miało to i ma dalej miejsce z wyrokami Trybunału Konstytucyjnego z 2015 i początku 2016 roku). Rząd Polski jest zobowiązany w ciągu 15 dni od ogłoszenia wyroku (tj od 20 listopada 2017) przesłać Komisji Europejskiej szczegółowe sprawozdanie w jaki sposób orzeczenie Trynunału zostało w Polsce wprowadzone. Jeśli Komisja uzna, że nie zostało lub wprowadzono je z opóźnieniem może zwrócić się do Trybunału o zasądzenie przeciw rządowi premier Szydło dziennych kar w tejże wysokości 100 000 euro do czasu pełnego wykonania wyroku lub do czasu pełnej rozprawy w sprawie zasadniczej – cokolwiek nastąpie wcześniej.
Tym razem wydaje się, że minister Jan Szyszko (lub premier Szydło) zrozumieli, że wyroki Trybunału nie mogą być traktowane niepoważnie. Jeżeli nie – będzie to Polskę bardzo słono kosztować.
Sprawa ochrony Puszczy Białowieskiej przed nieprzemyślanymi i krótkowzrocznymi decyzjami polityków krajowych to jeden z wielu przykładów, jak instytucje europejskie i organy prawa europejskiego mogą skutecznie pomagać społeczeństwom państw członkowskich Unii w hamowaniu niektórych krótkowzrocznych lub wręcz niebezpiecznych decyzji władz politycznych danego państwa.
Tak działa Unia w praktyce codziennej, nie tylko w uroczystościach i symbolicznych deklaracjach. Co tym bardziej podkreśla jej sens istnienia i wagę, jaką ma dla narodów europejskich. Politycy krajowi, lokalni często nie widzą dalej niż następne wybory. I łatwo wtedy ulegają pokusie podejmowania decyzji szkodliwych w dalszej perspektywie. Unia może i powinna być wówczas hamulcem bezpieczeństwa dla takich działań.
poniżej podaję bez komentarza – ale z pełnym zrozumieniem emocji i logiki Autora – pełny list znanego artysty pióra, kamery i sceny, Stanisława Brejdyganta, do Angeli Merkel, Kanclerza Republiki Federalnej Niemiec. Tekst List podajemy ze szpalt “Gazety Wyborczej”.
List obywatela Rzeczpospolitej Polskiej do pani kanclerz Republiki Federalnej Niemiec
Chciałem Pani złożyć wyrazy najgłębszego szacunku i podziwu.
Szanowna Pani Kanclerz,
Mam długie życie za sobą i noszę w sobie żywą pamięć tego długiego życia. Urodziłem się i wychowałem w Warszawie. Całe moje dzieciństwo przypadło na tragiczne i okrutne (w tym mieście szczególnie) czasy okupacji niemieckiej. Umyślnie piszę, zgodnie z historyczną prawdą, niemieckiej, bo przecież to Niemcy okupowali mój kraj, a nie jacyś, jedynie, naziści. Mam zatem prawo Niemców bardzo źle wspominać. Oczami dziecka widziałem uliczną egzekucję. Mama próbowała zasłaniać mi oczy. Widziałem też płonące w środku miasta getto. I wiedziałem, że płoną tam ludzie. No a potem widziałem zagładę mego miasta, Powstanie Warszawskie. W tym Powstaniu bohatersko walczyła moja starsza, piętnastoletnia siostra. Jedna z nielicznych ocalała. Ale z rąk Niemców w tamtym czasie, zginęło dwóch braci matki, jeden torturowany w gestapo, drugi na barykadzie Powstania. Także w Powstaniu zginął brat ojca, wyższy oficer Armii Krajowej. Powtórzę, mam prawo Niemców źle wspominać. I wspominam źle, tamtych Niemców.
Ludzie ludziom zgotowali ten los
Myślę, że nic i nikt nie jest w stanie zdjąć z narodu niemieckiego odpowiedzialności za niewiarygodne zbrodnie, których dokonali Niemcy w czasie II wojny światowej. A jednak w mojej świadomości trwa najmądrzejsza, najgłębsza ocena Czasów Zagłady wyrażona w krótkim zdaniu sformułowanym przez polską pisarkę Zofię Nałkowską nazajutrz po wojnie w 1945 roku: „Ludzie ludziom zgotowali ten los”. Bo też w minionym XX wieku doświadczyliśmy największej w dziejach kompromitacji człowieczeństwa.
Moje, dość bogate jak widać, doświadczenie życiowe wskazuje na tak oczywistą prawdę jak ta, że rewanż, zemsta niczego nie załatwia, pogłębia jedynie tragizm kondycji ludzkiej. Dlatego dumny jestem, że to jako pierwsi polscy biskupi wyciągnęli rękę w geście pojednania do Niemców. Bo też był to wielki i mądry, prawdziwie chrześcijański gest
Przez kilkadziesiąt lat, jakie minęły od czasów wojny, wyrosły i w Polsce, i w Niemczech kolejne pokolenia. Różne demony, ale także dobre duchy kształtują w różnych okresach losy ludzi i dzieje narodów. Otóż, gdy mój naród przywrócił sens hasłu: „Za naszą i waszą wolność”, gdy Lech Wałęsa mądrze dowodził pokojową armią „Solidarności”, której działania przybliżyły moment zburzenia ładu jałtańskiego i doprowadziły do zburzenia berlińskiego muru, i gdy w tych działaniach nastąpiła przerwa, trudna próba oporu, stan wojenny w Polsce, wtedy ludzie dobrej woli z całego świata przyszli nam z pomocą.
I wówczas, kto wie, czy nie największe wsparcie przyszło do nas z Niemiec. I nie był to pierwszy przykład braterskiej współpracy i pomocy pomiędzy naszymi narodami, bo były też inne w różnych czasach. Najgłośniejszy zaś i najbardziej, powiedzielibyśmy dzisiaj, spektakularny po 1831 roku po upadku powstania listopadowego, kiedy to naszych uchodźców, „żołnierzy tułaczy”, z największym entuzjazmem witano i pomagano im w krajach niemieckich.
Od Ottona III do Jana Pawła II
No i wreszcie u progu XXI wieku nastąpiło w naszych dziejach coś najwspanialszego, co mogło się wydarzyć. Wstąpiliśmy do wymarzonej przez upartych wizjonerów i stworzonej przez błogosławionych Chrześcijańskich Demokratów (Schuman, Adenauer, De Gasperi) Unii Europejskiej.
Nareszcie koniec wojen i konfliktów, nareszcie oczekiwana przez wieki, od Ottona III do Jana Pawła II, Wspólna Europa. I my w niej, my, Polacy, i wy, Niemcy. Jeżeli użyję zwrotu „braterska współpraca”, to wiem, że zabrzmi to patetycznie. Może też przesadnie. Ale przecież wspólnota interesów także może być braterska. I mogła być. I była.
Świadczy o tym przecież dobrze funkcjonujący Trójkąt Weimarski, który niestety z winy mego obecnego rządu dziś nie funkcjonuje. Cóż, wiele pięknych, szlachetnych inicjatyw nie funkcjonuje dziś z winy obecnego mojego rządu, który to rząd, istotnie mający mandat większości w wyborach (a co to znaczy ów „mandat większości”, to najlepiej wiecie wy, Niemcy, którzy doświadczyliście upadku demokratycznej republiki w waszym kraj, u progu lat 30. za sprawą wolnych wyborów i „mandatu większości”) uważa, że może być władcą dusz naszych i sumień.
Otóż oświadczam, że nie może. Nasze sumienia i nasza świadomość nie chcą dopuścić, aby nasz naród, nieraz już przegrywający z innymi silniejszymi narodami, a także z nieubłaganymi prawami historii, kierowany przez nieodpowiedzialnych szaleńców po raz kolejny stoczył się w przepaść. A wiem, dziś jest blisko krawędzi.
Tandetna propagandowa zagrywka
Mój rząd wystąpił ostatnio z żądaniami od Niemiec reparacji wojennych. Nie wiem, czy mój rząd ma rację, nie wiem, skłonny jestem przypuszczać, że w swoim czasie, zaraz po wojnie, niemało nam się należało. Wiem, na przykład, jak egzekwowali „rachunek za wojnę” zwycięscy Brytyjczycy. Tylko że my wcale nie byliśmy, jak Pani dobrze wie, zwycięzcami w tamtej wojnie, mimo że niby należeliśmy do obozu zwycięzców.
Byliśmy wasalnym państwem wielkiego zwycięscy (na polach bitew, ale przede wszystkim w Teheranie i w Jałcie), czyli Związku Radzieckiego. Moja młodość i wiek dojrzały upłynęły, podobnie jak Pani młodość, w satelickim państwie, w tak zwanym bloku sowieckim. Zatem nie my – to ktoś za nas Polaków decydował. I zdecydował.
I stało się to, co się stało. Zatem nawet mało inteligentny człowiek, ktoś z niewielkim wykształceniem, nie może nie wiedzieć, że to, co czyni mój rząd obecnie, to jest humbug, tandetna, propagandowa zagrywka obliczona na poklask najbardziej nieświadomych rodaków. Cynizm w stanie czystym. Wszak już nieraz w trudnych dla tego reżimu momentach, podejmowano ten temat.
Był to dyżurny temat PRL-u, niezawodna zagrywka towarzysza Gomułki. Wstyd mi. Trudno opisać, jak bardzo mi wstyd. Wiem, że czyni Pani niemałe wysiłki, by pertraktować z obecnym rządem mego kraju. I wiem, że czyni Pani to bona fide, w dobrej wierze.
I wiem, że moi przywódcy nie rozmawiają, niestety, w dobrej wierze. Mam pełne prawo przypuszczać, że odwołując się, w sposób absolutnie cyniczny, do antyniemieckich fobii ludzi prostych, budząc niechęć, ba, nienawiść, prowadzą mój kraj i mój naród ku zagładzie. Bo wypchnięcie nas z Unii Europejskiej (co jest, niestety, obawiam się, złowrogą intencją prezesa rządzącej partii) oznaczałoby koniec niezawisłości Polski. Przyzna Pani, jak tragiczna jest świadomość przynależności do narodu, którego przywódcy zmierzają wprost, świadomie czy nieświadomie, ku zagładzie tego narodu.
Uratujcie Europę
A teraz powrócę do pierwszego zdania mego listu, do wyrazów szacunku i podziwu dla Pani. Otóż uważam, że jest Pani niezwykłym politykiem. Ratuje Pani bowiem godność polityki, nie odbierając jej walorów moralności. Dla małych, karłowatych politykierów polityka to jedynie gra. Zatem grają oni sobie. Za nas. I niby dla nas. I to jest przerażające, bowiem czynią to ludzie skończenie niemoralni. Dla Pani, wiem to, bo jest to czytelne, moralność jest ważna. To rzadkie, Boże, jak bardzo rzadkie!
W ostatnich kilkudziesięciu latach miała Pani niewielu poprzedników. Najważniejszy z nich, największy, to bohater mego życia Nelson Mandela. Prawdziwa wielkość człowieczeństwa. 24 lata w ciężkim więzieniu i wyjście z tego więzienia bez kropli nienawiści. Komisja Prawdy i Pojednania i krzesło dla strażnika więziennego, pośród prezydentów i monarchów, na uroczystości inauguracji jego prezydentury. Zatem On. A teraz Pani. Na pewno przy swym niewątpliwie dobrym sercu i światłym umyśle popełniła Pani błąd, otwierając, jakby to powiedzieć, zbyt szeroko wrota dla uchodźców. Ale, Boże, jakbym ja chciał mieć takiego przywódcę kraju jak Pani, kogoś, kto popełnia takie błędy! W imię miłosierdzia. I ludzkiej solidarności.
A nie, jak mój rząd, który wiedząc, jak obcy jeszcze nie tak dawno ratowali niezliczone rzesze mych rodaków, dziś bezwzględnie zamyka granice przed obcymi. Ba, nieformalny przywódca narodu judzi hasłami, które przypominają najgorsze czasy historii Pani narodu i uprawianą wówczas propagandę, przekonując o „zagrożeniu, chorobami, zarazą”. Powtórzę, nie jestem w stanie opisać wstydu, jaki mnie ogarnia. Za mój rząd. I za mych rodaków. Tych, którzy być może uwierzyli w te haniebne brednie.
Na koniec to, o czym jestem przekonany: jest Pani prawdziwym mężem stanu. Niech mi darują feministki, ale nie mogę znaleźć innego sformułowania, jeśli chcą takie znaleźć, niech spróbują. Otóż w tym miejscu chcę wyjaśnić to, co niby oczywiste. Polityk, nawet, powiedzmy, dobry polityk, to ktoś, kto jedynie „gra w tę grę”. Walczy o głosy wyborców. Schlebia im i oczywiście ich oszukuje. Mąż stanu, przede wszystkim, mówi prawdę. Czasem niemile widzianą. I wierzy w to, co mówi.
Przypomnę sławne słowa innego męża stanu Winstona Churchilla: „Ofiaruję wam pot, łzy i krew”. Wiem, że nie jest Pani łatwo, demokracja jest bezwzględna, trzeba zdobywać głosy. Ale ja wiem, że to Pani i tylko Pani jest jedynym w mojej ojczystej Europie mężem stanu. Cóż, liczę na młodego człowieka z Francji, na prezydenta Macrona. Oby nas nie zawiódł. Obyście obydwoje uratowali moją większą ojczyznę (bo ta mniejsza, najbliższa memu sercu, to Polska) Europę.
Pozwoli Pani, że zakończę angielskim zwrotem, bo po polsku tak listów się nie kończy, a ja właśnie tak chciałbym go skończyć: God bless you!
Stanisław Brejdygant – ur. w 1936 r., aktor, reżyser, scenarzysta, pisarz i dramaturg
St. Brejdygant (fot. C. Piwowarskiego ze zbiorów Wikimedia Commons)
/Absolwent polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim, wydziału aktorskiego Warszawskiej Szkoły Teatralnej i reżyserii w łódzkiej filmówce. Jako aktor występował na deskach teatrów warszawskich: Narodowego, Powszechnego, Nowego i Dramatycznego a także Teatru Bałtyckiego w Koszalinie, Teatru Polskiego w Poznaniu i Teatru Nowego w Łodzi. Jako reżyser pracował w Teatrze Współczesnym we Wrocławiu i Teatrze Nowym Warszawie. Ma w swoim dorobku role szekspirowskie i w adaptacjach Dostojewskiego, a także w wielu innych. Jako reżyser wystawił m.in. Wiecznego małżonka i Idiotę Dostojewskiego oraz pięć oper (m.in. Damę Pikową Piotra Czajkowskiego). Ma w swoim dorobku kilka filmów, słuchowisk radiowych i widowisk plenerowych. Jest członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, był członkiem Zarządu Głównego ZASP-u, ZAiKS-u, PEN Clubu, ITI oraz Rady Pisarzy Trzech Mórz. Ojciec aktora Igora Brejdyganta i muzyka Krzysztofa Zalewskiego./
Few weeks ago a tragic event happened in the very center of Warsaw. A middle aged, ordinary person, not known to really anyone outside of his family and friends set himself ablaze as a protest against the government policies. But, having spent a lot of time thinking about it and analyzing his letter left at the scene I came to the conclusion, that that letter and his action represent much more than just a political act. Just a political albeit tragic, protest. This might explain to some of my English-speaking friends my preoccupation recently with certain events. I was moved by it very powerfully and it had strong effect on my emotional and intellectual psyche. Still do. It speaks volumes on one’s ability or inability to deal with things in life that are so overwhelming that you feel totally defenseless, void of any hope for the future. We always accepted that deep personal emotion (love, friendship, betrayal, addiction, rejection, bullying) can push us to actions like that- but this was different. It arose from the feeling of state, political actions that were profoundly opposing to your own moral compass, your own sense of minimum justice, ethics, sense of goodness versus evil, right versus wrong. Not even economical at all. And so, tragic on an ancient, Greek scale of personal heroism, decision was taken. I call it ‘heroic’ for it did not involve any violence against the state, the government side. That would be an ideological terrorism.
His, chosen by himself, moniker (‘Szary Obywatel’ in Polish) should be translated not literally but in a sense that it represents in Polish: ‘Ordinary citizen’ . It sums up an overwhelming feeling of rejection of morally askewed reality. He was not a political activist by any stretch of imagination. The democratic opposition in Poland or large part of it, does not seem to understand the depth of such despair, either (the Government, of course, is not able to understand the profound power of such statement) – the grievances against the government are just the surface of the tragedy.
The true despair lies in the soul of his nation. The dark part of it, the egotistic, chauvinistic part of that soul. The, let say it loudly, ‘American’ type of ‘patriotism. ‘American first’ ideology was pervasive in Polish history for long time (of course, we called it ‘Poland first’ as we tend to believe that all things ‘Polish’ must be first). It is rooted in in our history of a state and nation edged between two very opposing civilizations: Western and Eastern , therefore a need to be a ‘guardian’ of sort of the dangers facing the Western (Occidental) set of values versus the Eastern (Oriental) set. But Polish values in that conflict were also mired in a very strong believe that it included (or is based on) a messianistic adherence to the Roman Catholicism dominancy. The great Reformation movement never really took a deep root in Poland. From ideas like that is a very short distance to feelings of being unique, special. Exactly the feeling of a mission of a lone Guardian.
Polish Commonwealth in XVII centry – a huge multinational state stretching from Baltic to Black Sea
Yet, there was always (and growing over time) strong opposition to such a strange and confined values. An opposition that believes that the world evolves, that different set of cultures and values do not need to be in a constant battle, deathly struggle. That living in harmony is possible. And that humanism extends to all – not only to your own. Modern Poland is a ‘child’ of many traditions, multiple parents, so to speak. The most recent one was of course that of a Polish People Republic, a Soviet-dominated quasi sovereign state in very unfamiliar international borders. Poland, for the first time really in history, was confined more or less to ethnic borders. Hence was removed from all problems and blessings of co-existing with other cultures. Not on a serious scale anyway. It resembled very little the 1st Republic of Polish-Lithuanian Commonwealth that for hundreds of years, since the Jagiellonian dynasty that begun in XV century, formed the essence of Polish state and it’s values. By the end of XVIII century Poland lost its independence for over a hundred years. To be re-born from the ashes of I World War in 1918. But what lead to the re-establishment of 2nd Polish Republic was of paramount importance. It was the deadly battle for the shape and soul of the nation and it’s state.
On one side was the grand idea of Jozef Pilsudski – the almost mythical hero of Polish independence, who imagined new Poland as a multi-national federacy of former parts of the old 1st Republic, the continuation of the old Jagiellonian idea. On the other side, the father of strictly ethnically Polish state, Roman Dmowski and his movement of Greater Poland (Wielka Polska).
Roman Dmowski, father of the nationalistic Greater Poland concept
Marshall J. Piłsudski, Jagiellonian, multi-national concept
These two ideas could not be further apart. Although, politically speaking, Pilsudski, at least for his lifetime, came out victorious (by large part because he was very skilled military strategist and did command the military forces and was highly respected on international scene) – his victory for restoring Jagiellonian state failed. For two main reasons: Ukrainians and Lithuanians did not want to be part of renewed Polish Commonwealth and the Dmowskis’s Polish nationalists, supported strongly by the Church hierarchy, did everything possible not to allow it to happened. Jagiellonian ideas and state would never allow them to achieve superiority and uncontested power. They would much rather give up thousands of square kilometers of old Polish state territory than allow for a multinational federacy. The fait accompli was achieved after great and total Polish victory in the Polish-Soviet War of 1920 (of which Pilsudski was the main architect) – the Peace Treaty was negotiated from Polish side by Stanislaw Grabski, very skilled politician. But a fervent believer in Dmowski, not Pilsudski ideas. To the astonishment of the defeated party, the Soviets – Polish delegation gave them huge swaths of land on Polish eastern frontiers.
II Republic, 1918-1945
Poland become by a large margins an ethnically Polish state. First time since medieval times, when nationality was really not an important concept at all. There were relatively big pockets of national minorities (today’s most western Ukraine , Belarus and Wilno district of Lithuania), a bit of spread German minority and relatively large Jewish population. But none of them could compete for political dominance or importance against huge majority of ethnic Poles. Hence the true long term victory belonged to the Grater Poland movement. Not total, but a measured one. The rest was done due the infamous Yalta and Potsdam agreements by end of 2nd World War that for all practical reasons confined Poland to strictly ethnic borders, with the exception of old Prussian state in northern Poland (presently Masuria region). That part was ethnically cleansed right at the end of the war by both German and Polish forces and consequently re-populated by ethnic Poles, often escaping the Soviet clutches in the lost Polish territory on the eastern side.
Yet the dreams of progressive, open to the world and not inward looking Poland did not die. Many Poles felt confined and suffocating in ‘one nation, one faith, one ruler’ concept. And wish to re-join the rest of Western Europe – the one we, as a ‘Guardian’, defended for so long in the old times. That posed a new hope. It got a huge boost when Poland was accepted as a full member of European Union. If we can’t have a Jagiellonian, multinational Poland than why not join a Union that is based one very similar pillars – a federacy of equals based on common goals and rules. It looked for a while that Pilsudski’s concept , decades after his death, was reborn in new form. But the nationalistic, paternalistic and bordering on fascist ideology (not Hitlerism – there is a long stretch between European fascism and it’s extreme end, Nazism) of Greater Poland did not give up. Due to many mistakes and lack of steadfastness of former center-right liberal government the last election was won by populist Law and Justice Party. That party, although not ideologically part of some grand coalition of Greater Poland – attached itself to many slogans of the nationalistic movement of Roman Dmowski. And the fruits of permanently loosing Polish Jagiellonian legacy in that infamous Polish-Soviet Peace Treaty of 1921, become very visible. Open, multicultural, progressive Europe scared many Poles. It wasn’t romantic Paris of XIX and early XX century, it wasn’t Italy attached as an obedient child to Vatican. It was a Union of mostly nation-states but very much open to multiculturalism, to immigration, equal rights for minorities of all sorts: ethnic, religious, sexual, gender-based. More or less it was a Union of modern, XXI century democracy. They had time to build it and get used to it in the past 70 years since the end of the 2nd World War. Poland did not. And it scared many of them. Many Poles felt better in their mythical role as a Guardian of Europe, of the West. When you are a guard of the fortress, you cannot allow yourself the delicacies of an ordinary citizen – you are a soldier who must be disciplined. It was just sad that … Europe no longer needed such a devout guard. Europe was doing rather fine without a fortress of tall walls. But we, Poles, knew better than Europe what Europe needed! Africa is for Africans, Asia for Asians and Europe for Europeans. White and Catholic. Never you mind the Lutherans and other Protestants or silly Anglicans. Of course, one day they will come back to the Mother Church. It has been only 500 years – that’s nothing in the face of eternity! LOL.
It might sound silly at the end of previous paragraph. But it is not. It is very crude and simplistic generalization of today’s Polish society – but a true one, nonetheless. It is very tribal at its core, still enslaved by the chains of it’s painful history, still unsure of it’s own inner strength. And – in a country where history plays such an important role in everyday life – very ahistorical.
Not to continue and changing it into a long essay: the “Ordinary Citizen’, who set himself ablaze in Warsaw could not live any longer in a country that rejects these lofty, humanistic ideas of coexistence. He was tired of being forced to be a guardian. And therefore his conflict, the essence of it, was not solely with the current, chauvinistic populist government. Governments come and go. It was with his countrymen. With his nation. I am neither sure nor know if he spent much time thinking of differences between concepts of Pilsudski or Dmowski for Poland. But I am certain that these two conflicting concepts lay at the very base of Polish society problems today. The difference of remaining oneself while fully respecting the ‘otherness’ of different opinions and rights and being just a soldier, a guard, who simply follows orders. And that’s why it was so profound. So heroic on an ancient Greek scale. And so terribly sad, chilling to the core.