W poprzednim artykule, pisanym oryginalnie tuż po wyborze Andrzeja Dudy na prezydenta, zakładałem, że ten wybór być może był Polsce potrzebny, by ja przebudzić z pewnego letargu społeczno-politycznej aktywności. Społeczeństwa mało aktywne, bierne w działalności społeczno-politycznej skazane są prędzej czy później na tracenie tej wolności demokratycznej. Na powolne staczanie się z pozycji podmiotu na pozycje przedmiotu działań politycznych. O ile pierwsze dziesięciolecie suwerenności charakteryzowało się polityczną aktywnością i ambicjami politycznymi Polaków, o tyle kolejne miało wyraźnie wymiar dużej bierności na tym polu. Jest możliwe, że – paradoksalnie – sprzyjało takiej bierności przyjecie Polski do Unii Europejskiej, potężne pieniądze, które zalały kasy państwa i samorządów z funduszy europejskich. Stworzyło to niebezpieczne wrażenie, że teraz to już de facto obojętnie, kto władzę przejmie, bo zabezpieczenie systemowe w Polsce unijnej są tak silne, że autentyczne zagrożenie demokracji wolnorynkowej jest niemożliwe. Z gruntu fałszywe, jak uczy nas historia i jak nauczyło nas ostatnie dwa lata rzeczywistości krajowej. Poza elitami intelektualnymi niewielu Polaków rozumiało, że europejska demokracja liberalna, to coś zdecydowanie większego i ważniejszego niż przymiotnik ‘wolnorynkowa’. Że owszem, wolny rynek daje jej praktyczne podstawy materialne funkcjonowania – ale nie daje podstaw ideowych. W starych demokracjach europejskich, które nie miały ponad 40-letniej ‘przerwy demokratycznej’, te zabezpieczenia demokratyczne są dużo silniejsze. Są poniekąd częścią ‘tkaniny społecznej’ obywateli. W krajach postkomunistycznych – nie tak bardzo.
Jest faktem dziś niezaprzeczalnym, że Prezydentura i większość parlamentarna PiS postanowiła – i konsekwentnie to realizuje – ograniczyć szereg prerogatyw wolnego obywatela na rzecz silnego państwa. Czyli aparat państwowy przestaje być organizacją służebną wobec społeczeństwa i przemienia się w organizację kontrolującą społeczeństwo. Regulacje i przepisy państwowe za cel obierają nie opiekę i wspomaganie obywatela w samodzielnym, niezależnym rozwoju – w tym gospodarczo-ekonomicznym – a sterowanie obywatelem i jego działalności w imię z góry narzuconego celu wytyczonego przez Państwo i wedle jednej ideologii. Efekty państwa jedynie słusznej ideologii znamy właśnie z tych smutnych lat 1945-1990. Ale – coraz większa liczba Polaków wychowanych, a nawet urodzonych już po upadku tego systemu – nie bardzo jest tego świadoma. Mimo to, jest rzeczą absolutnie zdumiewającą (i podkreślaną wielokrotnie przez nie tylko filozofów i antropologów kultury, ale i przez autorytety moralne i religijne, jak Jan Paweł II czy wielki filozof chrześcijański Jacques Maritain), jak silne jest wewnętrzne poczucie wolności w człowieku. I kiedy staje się znowu zagrożone ograniczeniami władzy – budzi się chęć o poru i protestu.
Od kompletnie spontanicznego i porywającego setki tysięcy ludzi powstania KOD już na przełomie 2015 i 2016, poprzez istniejące wcześniej instytucje demokratyczne pozarządowe (tzw. NGO – non governmental organization), do dnia dzisiejszego, gdzie mapę polityczno-społeczną Polski zaludniło dziesiątki grup i organizacji powstałych w celu kontrolowania i oponowania władzy w jej zapędach anty-demokratycznych. Można śmiało powiedzieć, parafrazując znane powiedzenie historyczne, że Kaczyński zastał Polskę uśpioną, a zostawi rozbudzoną społecznym aktywizmem, którego spodziewać się nie mógł. Poniżej zestawiłem mały ‘przewodnik’ po tych grupach. Piszę ‘mały’, gdyż jest to jedynie część tej obywatelskiej mapy Polski. Składają się na nią uznane od lat i szanowane organizacje, fundacje ogólnopolskie, nawet o zasięgu międzynarodowym (Human Rights Watch Pl., Fundacja im. St. Batorego) ale i nowe, nie istniejące przedtem stowarzyszenia lub nawet grupy osób nie zarejestrowane formalnie ale bardzo aktywne w uczestnictwie w życiu polityczno-społecznym kraju. Niektóre o zasięgu ogólnokrajowym, inne o regionalnym lub wręcz lokalnym tylko, jeszcze inne działające wśród siedlisk Polaków poza granicami kraju. Zapraszam na spacer poprzez te “vademecum”
KPH (Kampania Przeciw Homofobii)
Tak dla związków jednopłciowych
Prawa Człowieka (Amnesty International)
Koalicja Białej RóżyKultura Niepodległa
grupa rozmów Polaków W VancouverzeObywatele bez granic – grupa w MontrealuHelsińska Fundacja Praw Człowiekaorg. Wolni Obywateleorg. Nie dla rasizmu, nacjonalizmu i dyskryminacji
Kilka late temu prowadziłem regularny blog na portalu, który już zamknąłem. Było tego sporo i przez wiele lat, zanim WordPress i inne formaty powstały. Pierwszym była bodaj sfera blogowa założona przez Yahoo, w czasach gdy Yahoo było w zasadzie głównie tylko w Brytanii. Nazywało to się Yahoo360. Tam stawiałem pierwsze kroki blogera i – ze względu na publikę i innych blogerów – było to chyba wyłącznie po angielsku. Będzie chyba blisko (o ile nie więcej, nie chce mi się teraz sprawdzać) 11-12 lat. Potem założyłem blog na własnej domenie i przez około 10 lat prowadziłem go dość regularnie. Po pierwszych kilkunastu tysiącach czytelników – przestałem liczyć ile było wejść w tym czasie. Nic nie trwa wiecznie. Nudzimy się lub tracimy sympatie do projektów, które sami zakładamy. Przez 10 lat wydawałem drukowany rocznik twórczości polskiej w Kanadzie “Strumień’. Też w 2012 wydałem ostatni – choć ciągle się przymierzam, że do tego wrócę. Ale jeśli to już w innej formie. By nie wypaść z trybu tego ‘elektronicznego gadulstwa’ trochę teraz tu (niezbyt już regularnie) pisuję.
Otóż szukając pewnego starego tekstu, znalazłem w elektronicznych szufladach pamięci ostatni tekst, jaki pisałem (lub jeden z ostatnich) dla poprzedniego blogu. Zdaje się nie opublikowałem wówczas a teraz wydaje mi się ciekawy. Z historycznego punktu widzenia. Bo tekst dotyczył wyboru Andrzeja Dudy na Prezydenta RP. Ale jeszcze przed wyborami parlamentarnymi, tj. przed rządową większością PiS w Polsce. I ciekawe miałem, wydaje mi się, spostrzeżenia wówczas na ten wybór Dudy. O ile się zmieniły? Czy miałem racje i czy dobrze to oceniałem? Jedno jest pewne: trudno być prorokiem we własnym kraju, ha ha ha.
Zamiast tytułu ówczesnego artykułu, posłużę się cytatem z jego epilogu, który najbardziej charakteryzuje moje wówczas do tego podejście: “Prezydent Duda też bez wątpienia nie jest jakimś opętanym Savonarolą. Zapewne prawa człowieka i obywatela nie będę czołówką jego prezydentury ale nie będą też nią stosy na Krakowskim Przedmieściu. Gorzej będzie, jeśli najbliższe wybory parlamentarne PiS też wygra. “
(Wybory prezydenckie, lato 2015)
Zmiany. Bywają dobre, bywają złe. Ale zmiany są niezbędne, choć często boimy się ich, ukrywamy, udajemy, że nie następują, Dziś siedzę w małej kawiarence i słucham jakiegoś nieznanego zespołu jazzowego i słucham stare przeboje . Jak dziesiątki lat temu. Starszy facet w kapeluszu i krótkich spodniach śpiewa po francusku europejską odmianę tej czarnej, amerykańskiej muzyki z Południa. Mogło to by być czterdzieści lat temu, gdzieś w klubie na warszawskiej Starówce, mogłoby to być lat temu w Paryżu, gdzieś koło Halle lub na Montparnasse lub gdzieś koło Sorbony, mogło być w Montrealu dwadzieścia pięć lat temu. Jest dzisiaj, nad Pacyfikiem, w New Westminster. Nawet ci sami muzycy mogli tam być. Ostatecznie ci sami muzycy mogli tam być, bo (plus minus) w tym samym wieku, co ja. Ale jest tu i teraz. Tam być nie mogło, bo zmiany. Zmiany jak w Dziennikach Zofii Nałkowskiej. Jak w jej życiu. Jak w moim. I twoim. Zmiany są niezbędne. Wydaje mi się. A nawet jeśli nie są niezbędne—są nieuniknione. Życie. Ten drobiazg. Więc obserwując je, zauważając, powiadamy : C’est la Vie. Na tym polega, na ustawicznych zmianach.
Nie, niekoniecznie jest to temat filozoficznych refleksji, poetyckiej zabawy literackiej. To całkiem praktyczne spojrzenie na życie. Teraz właśnie słucham samby (zmiana zespołu w klubie). Ale tej samby autentycznej. Wyzbytej z artystycznych świecidełek, samby zakurzonych, spoconych kawiarenek Południowej Ameryki. Gdzie po wielogodzinnej, beznadziejnie nisko płatnej pracy, spotykają się sąsiedzi. Na szklankę rumu, kufel piwa, na seks, na pocałunek. Wiedzą, że ich życia nic nie zmieni. Mimo to, przy tym rumie, w ramionach tej kobiety czy tego mężczyzny – marzą. O czym? O zmianie. Może …
Jazz, ballada, opowieść jest jak życie. Nie ma w tym zbyt wielkiej przesady. Po prostu się zdarza. Każdemu z nas. A potem przemija. Też każdemu z nas. Ale ile wspaniałych (lub strasznych) zmian w międzyczasie!
I w takiej, nietypowej może ale bardzo racjonalnej perspektywie trzeba widzieć ostatnie wybory prezydenckie w Polsce. Potrzeba zmiany. Dość naturalne. Nie wszystkie zmiany są korzystne bezpośrednio, od zaraz. Są nawet takie, które nieco nas cofają. Wydaje mi się, że tak (w krótkiej perspektywie najbliższych czterech lat) stało się w Polsce. Większość stolic europejskich tak to też odczytało. Zwłaszcza tych stolic liczących się poważniej. Prezydenta Dudę widzą (lub obawiają się, że jest) jako rodzaj transformatora, który będzie emanował energią prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Czyli, jako ostry zwrot na prawo. A zważywszy, że prezydent Komorowski związany był też z partią prawicową (PO) – no, to już dalej za tym ‘zwrotem na prawo’ chyba tylko faszyzm. Wątpię aby to nam groziło, na szczęście. Nie żeby faszyzmu polskiego nie było, nawet na ławach sejmowych. Ale nie wyobrażam sobie sytuacji by kiedykolwiek Polacy dali faszystom szansę na jakiekolwiek rządy (choć w rządzie byli, za czasów premierostwa właśnie Jarosława Kaczyńskiego).
Wybory podkreśliły od lat już istniejący wyraźny podział Polski: zachód i północ bardziej centrowe; wschód i południe bardziej arcy-konserwatywne, wyznaniowe. Podobny rozdział istnieje w grupie poziomu wykształcenia (im wyższe tym niższe poparcie dla PiS-u i partii skrajnych) i podział między Polska wielkomiejską contra Polską wiejską i małomiasteczkową.
Ale jakkolwiek by tego nie analizować—fakt jest niezmienny: Polacy wybrali na prezydenta kraju reprezentanta PiS-u, Andrzeja Dudę. I jest to zmiana. Najwyraźniej potrzebna. Sugeruję, że w dłuższej perspektywie dla sił i środowisk postępowych, świeckich to zmiana pozytywna. Być może obudzi to kręgi na lewo od centrum do lepszej organizacji, do aktywności politycznej. Nic tak ludzi nie łączy, jak wspólny przeciwnik. Zwłaszcza nas, Polaków. Prezydent Duda też bez wątpienia nie jest jakimś opętanym Savonarolą. Zapewne prawa człowieka i obywatela nie będę czołówką jego prezydentury ale nie będą też nią stosy na Krakowskim Przedmieściu. Gorzej będzie, jeśli najbliższe wybory parlamentarne PiS też wygra. Ale i wówczas ( choć szkody byłyby o wiele wyższe i kosztowniejsze) Polska ani nie padnie ani się nie zawali. Ostatecznie mieliśmy już dwuwładzę Lecha i Jarosława Kaczyńskich. I nikt na szubienicach nie zawisł. Więc nie taki diabeł straszny—zwłaszcza, że PiS od diabła lubi się odżegnywać i egzorcyzmy przeciw temuż organizować.
Więc może i ta zmiana będzie w konsekwencji nawozem na przebudzenie się z letargu i rozbicia prądów oświeceniowych na polskiej scenie politycznej. Czas już, oj czas najwyższy. Trzeba nam na nowo Kołłątajów, Stasziców i Bohomolców. Nie można stale pałętać się w ogonie postępowej Europy.
Kto z nas nie słyszał o Puszczy Białowieskiej, jednym z największych naturalnych klejnotów narodowych od czasów Jagiellonów? A już w tamtych czasach właśnie królowie Polski i Wielcy Książęta Litewscy podejmowali pierwsze kroki ochrony tego magicznego miejsca sięgającego historią naturalną czasów prehistorycznych. Ostatniego dziś zbioru leśno-bagienno-rzecznego prastarego lasu mieszanego w Europie.
Zygmunt Stary i jego syn, Zygmunt August, wypracowali wówczas bodaj największe zasługi dla Puszczy i jej ochrony przed niekontrolowanym używaniem przez ludność miejscową, kłusowników i dużych posiadaczy ziemskich. Cofnięciem się ochrony Puszczy królewskiej były nadania praw wyrębów i dość rabunkowej gospodarce leśnej (jednymi z głównych odbiorców tych nadań czyli ‘wchodów’ byli książęta Radziwiłłowie, posiadający liczne wielkie majątki ziemskie w okolicach Puszczy królewskiej) przez Jana Sobieskiego.
Dopiero nie kto inny, a Sas, August II Mocny (który lasy białowieskie uwielbiał) usiłował te nadania wcześniejsze likwidować i na nowo podjął się wysiłku ochrony puszczy.
Największe od czasów możliwych do rejestracji, a przypuszczalnie od czasów ostatniego zlodowacenia, czyli ok. 12 tysięcy lat temu, zniszczenia poniosła Puszcza, jej drzewostan, fauna i flora w okresie I wojny Światowej. Stacjonujące tam przez długi czas duże jednostki niemieckie wycinały lasy na skalę niespotykaną i całkowicie rabunkową. Trwał też wówczas niczym nie kontrolowany i masowy ubój zwierząt. Władze nowo powstałej Polski już w roku 1932 powołały uchwałą Sejmu Białowieski Park Narodowy, jeden z pierwszych na świecie.
Puszcza Białowieska to unikalne w Polsce dziedzictwo narodowo-historyczne, organizm ekologiczny o wyjątkowym znaczeniu w skali europejskiej i światowej. Jeden z nielicznych, jeśli nie jedyny, który ciągle może funkcjonować (regenerować się) samodzielnie, bez aktywnej gospodarki leśnej. Cała Puszcza stwarza bufor zaporowy, płuca i krwiobieg dla samego, mniejszego od niej Parku Narodowego. W dzisiejszym świecie wszystko-ogarniającej urbanizacji i pochodu człowieka z jego technologiami i zachłannością przestrzenną ten ‘narodowy klejnot’ wymaga szczególnej opieki i troski. Raz utracona – już nigdy nie powróci. Nawet w kraju o tak olbrzymiej przestrzeni, z tysiącami kilometrów kwadratowych prawie bez jakichkolwiek ludzkich siedlisk i działalności przemysłowej – w Kanadzie – wiemy, jak trudno jest utrzymać obszary o wyjątkowym znaczeniu ekologicznym dla środowiska i człowieka. Jakże trudniej robić to w kraju o stosunkowo małym obszarze, gęsto zamieszkałym i z rozwiniętym rolnictwem, siecią miast i przemysłem. Stad tak ważnym było wpisanie Puszczy Białowieskiej do rejestru specjalnie chronionych obszarów przez Komisję Europejską, jako Natura2000 Puszcza Białowieska, zgodnie z dokumentem Unii Europejskiej Habitats Directive. Państwa członkowskie Unii, które zgłosiły takie obszary na swoim terytorium i które wykazały ich znaczenie ekologiczne dla środowiska zostały tą Dyrektywą zobowiązane do prowadzenia gospodarki tych terenów zgodnych z zabezpieczeniami ekologicznymi wymienionymi w Dyrektywie.
Od ponad roku czasu polskie Ministerstwo Ochrony Środowiska, Zasobów Naturalnych i Leśnictwa kierowane przez Jana Szyszko rozpoczęło agresywna gospodarkę leśną na terenie puszczy, sprzeczną z Dyrektywą Habitatów. Spotkało się to z ostrą krytyką i protestem środowisk ochrony środowiska naturalnego w Polsce, organizacjami ekologicznymi, jak i też z ostrym protestem dużej części całego społeczeństwa polskiego. Skutkiem tych posunięć rządu RP, Komisja Europejska przypomniała ministrowi ochrony środowiska (sic!) o przestrzeganie zasad Dyrektywy Habitatów, która obowiązuje rząd Polski. Jako, że w okresie tym (od czasów ostrego konfliktu między Komisją Europejską i Radą Europejską na temat niekonstytucyjnych zmian Trybunału Konstytucyjnego w Polsce) stosunki między administracją i władzami Unii Europejskiej a rządem Beaty Szydło było bardzo zaostrzone i rysował się coraz ostrzejszy konflikt na tej linii – efektem upomnienia Komisji Europejskiej nie było zaprzestanie lub zmniejszenie wycinki drzew w Puszczy, a przeciwnie, zwiększenie coraz bardziej agresywnej akcji wycinki nie tylko drzew powalonych ale i masowej wycinki drzew zdrowych. Do Puszczy wprowadzono ciężki sprzęt mechaniczny podobny do tego, jaki używa się dziś w operacjach przemysłowych na szeroką skalę. Sprawa oparła się o Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu – najwyższy sąd Unii Europejskiej, którego decyzje , zgodnie z traktatem Unijnym, są ostateczne i obowiązują tak Administrację i władze unijne, jak i wszystkie państwa członkowskie. Rząd Polski wnosi, że Komisja Europejska nie ma prawa narzucać rządowi polskiemu tego typu decyzji i że wycinka w Puszczy prowadzona jest właśnie, jako zabezpieczenie drzewostanu przed rozprzestrzenianiem się specyficznego kornika zagrażającego zdrowym drzewom. Z kolei Komisja Europejska wniosła by do czasu rozpatrzenia sprawy i wydania wyroku Trybunał zarządził całkowite moratorium na wycinkę w Puszczy, motywując to, że jeśli Trybunał po rozpatrzeniu sprawy wyda wyrok zgodny z argumentacją Komisji – poniesione straty w drzewostanie Puszczy w okresie oczekiwania na wyrok będą niepowetowane i niemożliwe do cofnięcia.
Trybunał po wysłuchaniu argumentów obu stron (w czasie przesłuchania i debaty obecny był i brał udział minister Szyszko) i wnikliwej analizie, przychylił się do argumentów Komisji i nakazał natychmiastowe przerwanie wycinki drzew w Puszczy do czasu pełnego rozpatrzenia sprawy zasadniczej. Jednocześnie udzielając Polsce zgody na lokalną wycinkę lub wywóz drzew tam, gdzie zaistnieje bezpośrednie ryzyko niebezpieczeństwa wobec osób mieszkających w okolicy puszczy lub pracujących w niej. Ten wyrok nosi datę 26 lipca 2017 i od tej daty jest obowiązujący.
Czy personalnie zgadzamy się z takim zarządzeniem, czy jesteśmy po stronie ochrony środowiska i ekologów czy też uważamy, że Polska może i powinna prowadzić aktywną gospodarkę wyrębu drzew w Puszczy jest w tym momencie bez znaczenia. Najwyższy organ sądowy w Europie wydał orzeczenie i sprawa jest zamknięta z legalnego punktu widzenia. Korzystając z nigdy prawie nie używanego zapisu w uchwale o Trybunale, gdyż nie zaistniała do tej pory konieczność jego użycia, Trybunał 20 listopada wydał kolejne Orzeczenie (Order of the Court in Case C-441/17 R) , w którym upoważnia Komisję Europejską do nakładanie dziennej kary na Polskę w wysokości 100 00 euro za każdy dzień nie przestrzegania orzeczenia Trybunału do czasu rozpatrzenia właściwej sprawy przez Trybunał. Orzeczenie te nabiera pełnej i natychmiastowej mocy w od jego wydania. Jest więc niezależne od faktu, czy pani minister Klempa wydrukuje je w Dzienniku Urzędowym w Polsce czy nie (jak miało to i ma dalej miejsce z wyrokami Trybunału Konstytucyjnego z 2015 i początku 2016 roku). Rząd Polski jest zobowiązany w ciągu 15 dni od ogłoszenia wyroku (tj od 20 listopada 2017) przesłać Komisji Europejskiej szczegółowe sprawozdanie w jaki sposób orzeczenie Trynunału zostało w Polsce wprowadzone. Jeśli Komisja uzna, że nie zostało lub wprowadzono je z opóźnieniem może zwrócić się do Trybunału o zasądzenie przeciw rządowi premier Szydło dziennych kar w tejże wysokości 100 000 euro do czasu pełnego wykonania wyroku lub do czasu pełnej rozprawy w sprawie zasadniczej – cokolwiek nastąpie wcześniej.
Tym razem wydaje się, że minister Jan Szyszko (lub premier Szydło) zrozumieli, że wyroki Trybunału nie mogą być traktowane niepoważnie. Jeżeli nie – będzie to Polskę bardzo słono kosztować.
Sprawa ochrony Puszczy Białowieskiej przed nieprzemyślanymi i krótkowzrocznymi decyzjami polityków krajowych to jeden z wielu przykładów, jak instytucje europejskie i organy prawa europejskiego mogą skutecznie pomagać społeczeństwom państw członkowskich Unii w hamowaniu niektórych krótkowzrocznych lub wręcz niebezpiecznych decyzji władz politycznych danego państwa.
Tak działa Unia w praktyce codziennej, nie tylko w uroczystościach i symbolicznych deklaracjach. Co tym bardziej podkreśla jej sens istnienia i wagę, jaką ma dla narodów europejskich. Politycy krajowi, lokalni często nie widzą dalej niż następne wybory. I łatwo wtedy ulegają pokusie podejmowania decyzji szkodliwych w dalszej perspektywie. Unia może i powinna być wówczas hamulcem bezpieczeństwa dla takich działań.
poniżej podaję bez komentarza – ale z pełnym zrozumieniem emocji i logiki Autora – pełny list znanego artysty pióra, kamery i sceny, Stanisława Brejdyganta, do Angeli Merkel, Kanclerza Republiki Federalnej Niemiec. Tekst List podajemy ze szpalt “Gazety Wyborczej”.
List obywatela Rzeczpospolitej Polskiej do pani kanclerz Republiki Federalnej Niemiec
Chciałem Pani złożyć wyrazy najgłębszego szacunku i podziwu.
Szanowna Pani Kanclerz,
Mam długie życie za sobą i noszę w sobie żywą pamięć tego długiego życia. Urodziłem się i wychowałem w Warszawie. Całe moje dzieciństwo przypadło na tragiczne i okrutne (w tym mieście szczególnie) czasy okupacji niemieckiej. Umyślnie piszę, zgodnie z historyczną prawdą, niemieckiej, bo przecież to Niemcy okupowali mój kraj, a nie jacyś, jedynie, naziści. Mam zatem prawo Niemców bardzo źle wspominać. Oczami dziecka widziałem uliczną egzekucję. Mama próbowała zasłaniać mi oczy. Widziałem też płonące w środku miasta getto. I wiedziałem, że płoną tam ludzie. No a potem widziałem zagładę mego miasta, Powstanie Warszawskie. W tym Powstaniu bohatersko walczyła moja starsza, piętnastoletnia siostra. Jedna z nielicznych ocalała. Ale z rąk Niemców w tamtym czasie, zginęło dwóch braci matki, jeden torturowany w gestapo, drugi na barykadzie Powstania. Także w Powstaniu zginął brat ojca, wyższy oficer Armii Krajowej. Powtórzę, mam prawo Niemców źle wspominać. I wspominam źle, tamtych Niemców.
Ludzie ludziom zgotowali ten los
Myślę, że nic i nikt nie jest w stanie zdjąć z narodu niemieckiego odpowiedzialności za niewiarygodne zbrodnie, których dokonali Niemcy w czasie II wojny światowej. A jednak w mojej świadomości trwa najmądrzejsza, najgłębsza ocena Czasów Zagłady wyrażona w krótkim zdaniu sformułowanym przez polską pisarkę Zofię Nałkowską nazajutrz po wojnie w 1945 roku: „Ludzie ludziom zgotowali ten los”. Bo też w minionym XX wieku doświadczyliśmy największej w dziejach kompromitacji człowieczeństwa.
Moje, dość bogate jak widać, doświadczenie życiowe wskazuje na tak oczywistą prawdę jak ta, że rewanż, zemsta niczego nie załatwia, pogłębia jedynie tragizm kondycji ludzkiej. Dlatego dumny jestem, że to jako pierwsi polscy biskupi wyciągnęli rękę w geście pojednania do Niemców. Bo też był to wielki i mądry, prawdziwie chrześcijański gest
Przez kilkadziesiąt lat, jakie minęły od czasów wojny, wyrosły i w Polsce, i w Niemczech kolejne pokolenia. Różne demony, ale także dobre duchy kształtują w różnych okresach losy ludzi i dzieje narodów. Otóż, gdy mój naród przywrócił sens hasłu: „Za naszą i waszą wolność”, gdy Lech Wałęsa mądrze dowodził pokojową armią „Solidarności”, której działania przybliżyły moment zburzenia ładu jałtańskiego i doprowadziły do zburzenia berlińskiego muru, i gdy w tych działaniach nastąpiła przerwa, trudna próba oporu, stan wojenny w Polsce, wtedy ludzie dobrej woli z całego świata przyszli nam z pomocą.
I wówczas, kto wie, czy nie największe wsparcie przyszło do nas z Niemiec. I nie był to pierwszy przykład braterskiej współpracy i pomocy pomiędzy naszymi narodami, bo były też inne w różnych czasach. Najgłośniejszy zaś i najbardziej, powiedzielibyśmy dzisiaj, spektakularny po 1831 roku po upadku powstania listopadowego, kiedy to naszych uchodźców, „żołnierzy tułaczy”, z największym entuzjazmem witano i pomagano im w krajach niemieckich.
Od Ottona III do Jana Pawła II
No i wreszcie u progu XXI wieku nastąpiło w naszych dziejach coś najwspanialszego, co mogło się wydarzyć. Wstąpiliśmy do wymarzonej przez upartych wizjonerów i stworzonej przez błogosławionych Chrześcijańskich Demokratów (Schuman, Adenauer, De Gasperi) Unii Europejskiej.
Nareszcie koniec wojen i konfliktów, nareszcie oczekiwana przez wieki, od Ottona III do Jana Pawła II, Wspólna Europa. I my w niej, my, Polacy, i wy, Niemcy. Jeżeli użyję zwrotu „braterska współpraca”, to wiem, że zabrzmi to patetycznie. Może też przesadnie. Ale przecież wspólnota interesów także może być braterska. I mogła być. I była.
Świadczy o tym przecież dobrze funkcjonujący Trójkąt Weimarski, który niestety z winy mego obecnego rządu dziś nie funkcjonuje. Cóż, wiele pięknych, szlachetnych inicjatyw nie funkcjonuje dziś z winy obecnego mojego rządu, który to rząd, istotnie mający mandat większości w wyborach (a co to znaczy ów „mandat większości”, to najlepiej wiecie wy, Niemcy, którzy doświadczyliście upadku demokratycznej republiki w waszym kraj, u progu lat 30. za sprawą wolnych wyborów i „mandatu większości”) uważa, że może być władcą dusz naszych i sumień.
Otóż oświadczam, że nie może. Nasze sumienia i nasza świadomość nie chcą dopuścić, aby nasz naród, nieraz już przegrywający z innymi silniejszymi narodami, a także z nieubłaganymi prawami historii, kierowany przez nieodpowiedzialnych szaleńców po raz kolejny stoczył się w przepaść. A wiem, dziś jest blisko krawędzi.
Tandetna propagandowa zagrywka
Mój rząd wystąpił ostatnio z żądaniami od Niemiec reparacji wojennych. Nie wiem, czy mój rząd ma rację, nie wiem, skłonny jestem przypuszczać, że w swoim czasie, zaraz po wojnie, niemało nam się należało. Wiem, na przykład, jak egzekwowali „rachunek za wojnę” zwycięscy Brytyjczycy. Tylko że my wcale nie byliśmy, jak Pani dobrze wie, zwycięzcami w tamtej wojnie, mimo że niby należeliśmy do obozu zwycięzców.
Byliśmy wasalnym państwem wielkiego zwycięscy (na polach bitew, ale przede wszystkim w Teheranie i w Jałcie), czyli Związku Radzieckiego. Moja młodość i wiek dojrzały upłynęły, podobnie jak Pani młodość, w satelickim państwie, w tak zwanym bloku sowieckim. Zatem nie my – to ktoś za nas Polaków decydował. I zdecydował.
I stało się to, co się stało. Zatem nawet mało inteligentny człowiek, ktoś z niewielkim wykształceniem, nie może nie wiedzieć, że to, co czyni mój rząd obecnie, to jest humbug, tandetna, propagandowa zagrywka obliczona na poklask najbardziej nieświadomych rodaków. Cynizm w stanie czystym. Wszak już nieraz w trudnych dla tego reżimu momentach, podejmowano ten temat.
Był to dyżurny temat PRL-u, niezawodna zagrywka towarzysza Gomułki. Wstyd mi. Trudno opisać, jak bardzo mi wstyd. Wiem, że czyni Pani niemałe wysiłki, by pertraktować z obecnym rządem mego kraju. I wiem, że czyni Pani to bona fide, w dobrej wierze.
I wiem, że moi przywódcy nie rozmawiają, niestety, w dobrej wierze. Mam pełne prawo przypuszczać, że odwołując się, w sposób absolutnie cyniczny, do antyniemieckich fobii ludzi prostych, budząc niechęć, ba, nienawiść, prowadzą mój kraj i mój naród ku zagładzie. Bo wypchnięcie nas z Unii Europejskiej (co jest, niestety, obawiam się, złowrogą intencją prezesa rządzącej partii) oznaczałoby koniec niezawisłości Polski. Przyzna Pani, jak tragiczna jest świadomość przynależności do narodu, którego przywódcy zmierzają wprost, świadomie czy nieświadomie, ku zagładzie tego narodu.
Uratujcie Europę
A teraz powrócę do pierwszego zdania mego listu, do wyrazów szacunku i podziwu dla Pani. Otóż uważam, że jest Pani niezwykłym politykiem. Ratuje Pani bowiem godność polityki, nie odbierając jej walorów moralności. Dla małych, karłowatych politykierów polityka to jedynie gra. Zatem grają oni sobie. Za nas. I niby dla nas. I to jest przerażające, bowiem czynią to ludzie skończenie niemoralni. Dla Pani, wiem to, bo jest to czytelne, moralność jest ważna. To rzadkie, Boże, jak bardzo rzadkie!
W ostatnich kilkudziesięciu latach miała Pani niewielu poprzedników. Najważniejszy z nich, największy, to bohater mego życia Nelson Mandela. Prawdziwa wielkość człowieczeństwa. 24 lata w ciężkim więzieniu i wyjście z tego więzienia bez kropli nienawiści. Komisja Prawdy i Pojednania i krzesło dla strażnika więziennego, pośród prezydentów i monarchów, na uroczystości inauguracji jego prezydentury. Zatem On. A teraz Pani. Na pewno przy swym niewątpliwie dobrym sercu i światłym umyśle popełniła Pani błąd, otwierając, jakby to powiedzieć, zbyt szeroko wrota dla uchodźców. Ale, Boże, jakbym ja chciał mieć takiego przywódcę kraju jak Pani, kogoś, kto popełnia takie błędy! W imię miłosierdzia. I ludzkiej solidarności.
A nie, jak mój rząd, który wiedząc, jak obcy jeszcze nie tak dawno ratowali niezliczone rzesze mych rodaków, dziś bezwzględnie zamyka granice przed obcymi. Ba, nieformalny przywódca narodu judzi hasłami, które przypominają najgorsze czasy historii Pani narodu i uprawianą wówczas propagandę, przekonując o „zagrożeniu, chorobami, zarazą”. Powtórzę, nie jestem w stanie opisać wstydu, jaki mnie ogarnia. Za mój rząd. I za mych rodaków. Tych, którzy być może uwierzyli w te haniebne brednie.
Na koniec to, o czym jestem przekonany: jest Pani prawdziwym mężem stanu. Niech mi darują feministki, ale nie mogę znaleźć innego sformułowania, jeśli chcą takie znaleźć, niech spróbują. Otóż w tym miejscu chcę wyjaśnić to, co niby oczywiste. Polityk, nawet, powiedzmy, dobry polityk, to ktoś, kto jedynie „gra w tę grę”. Walczy o głosy wyborców. Schlebia im i oczywiście ich oszukuje. Mąż stanu, przede wszystkim, mówi prawdę. Czasem niemile widzianą. I wierzy w to, co mówi.
Przypomnę sławne słowa innego męża stanu Winstona Churchilla: „Ofiaruję wam pot, łzy i krew”. Wiem, że nie jest Pani łatwo, demokracja jest bezwzględna, trzeba zdobywać głosy. Ale ja wiem, że to Pani i tylko Pani jest jedynym w mojej ojczystej Europie mężem stanu. Cóż, liczę na młodego człowieka z Francji, na prezydenta Macrona. Oby nas nie zawiódł. Obyście obydwoje uratowali moją większą ojczyznę (bo ta mniejsza, najbliższa memu sercu, to Polska) Europę.
Pozwoli Pani, że zakończę angielskim zwrotem, bo po polsku tak listów się nie kończy, a ja właśnie tak chciałbym go skończyć: God bless you!
Stanisław Brejdygant – ur. w 1936 r., aktor, reżyser, scenarzysta, pisarz i dramaturg
St. Brejdygant (fot. C. Piwowarskiego ze zbiorów Wikimedia Commons)
/Absolwent polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim, wydziału aktorskiego Warszawskiej Szkoły Teatralnej i reżyserii w łódzkiej filmówce. Jako aktor występował na deskach teatrów warszawskich: Narodowego, Powszechnego, Nowego i Dramatycznego a także Teatru Bałtyckiego w Koszalinie, Teatru Polskiego w Poznaniu i Teatru Nowego w Łodzi. Jako reżyser pracował w Teatrze Współczesnym we Wrocławiu i Teatrze Nowym Warszawie. Ma w swoim dorobku role szekspirowskie i w adaptacjach Dostojewskiego, a także w wielu innych. Jako reżyser wystawił m.in. Wiecznego małżonka i Idiotę Dostojewskiego oraz pięć oper (m.in. Damę Pikową Piotra Czajkowskiego). Ma w swoim dorobku kilka filmów, słuchowisk radiowych i widowisk plenerowych. Jest członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, był członkiem Zarządu Głównego ZASP-u, ZAiKS-u, PEN Clubu, ITI oraz Rady Pisarzy Trzech Mórz. Ojciec aktora Igora Brejdyganta i muzyka Krzysztofa Zalewskiego./
Few weeks ago a tragic event happened in the very center of Warsaw. A middle aged, ordinary person, not known to really anyone outside of his family and friends set himself ablaze as a protest against the government policies. But, having spent a lot of time thinking about it and analyzing his letter left at the scene I came to the conclusion, that that letter and his action represent much more than just a political act. Just a political albeit tragic, protest. This might explain to some of my English-speaking friends my preoccupation recently with certain events. I was moved by it very powerfully and it had strong effect on my emotional and intellectual psyche. Still do. It speaks volumes on one’s ability or inability to deal with things in life that are so overwhelming that you feel totally defenseless, void of any hope for the future. We always accepted that deep personal emotion (love, friendship, betrayal, addiction, rejection, bullying) can push us to actions like that- but this was different. It arose from the feeling of state, political actions that were profoundly opposing to your own moral compass, your own sense of minimum justice, ethics, sense of goodness versus evil, right versus wrong. Not even economical at all. And so, tragic on an ancient, Greek scale of personal heroism, decision was taken. I call it ‘heroic’ for it did not involve any violence against the state, the government side. That would be an ideological terrorism.
His, chosen by himself, moniker (‘Szary Obywatel’ in Polish) should be translated not literally but in a sense that it represents in Polish: ‘Ordinary citizen’ . It sums up an overwhelming feeling of rejection of morally askewed reality. He was not a political activist by any stretch of imagination. The democratic opposition in Poland or large part of it, does not seem to understand the depth of such despair, either (the Government, of course, is not able to understand the profound power of such statement) – the grievances against the government are just the surface of the tragedy.
The true despair lies in the soul of his nation. The dark part of it, the egotistic, chauvinistic part of that soul. The, let say it loudly, ‘American’ type of ‘patriotism. ‘American first’ ideology was pervasive in Polish history for long time (of course, we called it ‘Poland first’ as we tend to believe that all things ‘Polish’ must be first). It is rooted in in our history of a state and nation edged between two very opposing civilizations: Western and Eastern , therefore a need to be a ‘guardian’ of sort of the dangers facing the Western (Occidental) set of values versus the Eastern (Oriental) set. But Polish values in that conflict were also mired in a very strong believe that it included (or is based on) a messianistic adherence to the Roman Catholicism dominancy. The great Reformation movement never really took a deep root in Poland. From ideas like that is a very short distance to feelings of being unique, special. Exactly the feeling of a mission of a lone Guardian.
Polish Commonwealth in XVII centry – a huge multinational state stretching from Baltic to Black Sea
Yet, there was always (and growing over time) strong opposition to such a strange and confined values. An opposition that believes that the world evolves, that different set of cultures and values do not need to be in a constant battle, deathly struggle. That living in harmony is possible. And that humanism extends to all – not only to your own. Modern Poland is a ‘child’ of many traditions, multiple parents, so to speak. The most recent one was of course that of a Polish People Republic, a Soviet-dominated quasi sovereign state in very unfamiliar international borders. Poland, for the first time really in history, was confined more or less to ethnic borders. Hence was removed from all problems and blessings of co-existing with other cultures. Not on a serious scale anyway. It resembled very little the 1st Republic of Polish-Lithuanian Commonwealth that for hundreds of years, since the Jagiellonian dynasty that begun in XV century, formed the essence of Polish state and it’s values. By the end of XVIII century Poland lost its independence for over a hundred years. To be re-born from the ashes of I World War in 1918. But what lead to the re-establishment of 2nd Polish Republic was of paramount importance. It was the deadly battle for the shape and soul of the nation and it’s state.
On one side was the grand idea of Jozef Pilsudski – the almost mythical hero of Polish independence, who imagined new Poland as a multi-national federacy of former parts of the old 1st Republic, the continuation of the old Jagiellonian idea. On the other side, the father of strictly ethnically Polish state, Roman Dmowski and his movement of Greater Poland (Wielka Polska).
Roman Dmowski, father of the nationalistic Greater Poland concept
Marshall J. Piłsudski, Jagiellonian, multi-national concept
These two ideas could not be further apart. Although, politically speaking, Pilsudski, at least for his lifetime, came out victorious (by large part because he was very skilled military strategist and did command the military forces and was highly respected on international scene) – his victory for restoring Jagiellonian state failed. For two main reasons: Ukrainians and Lithuanians did not want to be part of renewed Polish Commonwealth and the Dmowskis’s Polish nationalists, supported strongly by the Church hierarchy, did everything possible not to allow it to happened. Jagiellonian ideas and state would never allow them to achieve superiority and uncontested power. They would much rather give up thousands of square kilometers of old Polish state territory than allow for a multinational federacy. The fait accompli was achieved after great and total Polish victory in the Polish-Soviet War of 1920 (of which Pilsudski was the main architect) – the Peace Treaty was negotiated from Polish side by Stanislaw Grabski, very skilled politician. But a fervent believer in Dmowski, not Pilsudski ideas. To the astonishment of the defeated party, the Soviets – Polish delegation gave them huge swaths of land on Polish eastern frontiers.
II Republic, 1918-1945
Poland become by a large margins an ethnically Polish state. First time since medieval times, when nationality was really not an important concept at all. There were relatively big pockets of national minorities (today’s most western Ukraine , Belarus and Wilno district of Lithuania), a bit of spread German minority and relatively large Jewish population. But none of them could compete for political dominance or importance against huge majority of ethnic Poles. Hence the true long term victory belonged to the Grater Poland movement. Not total, but a measured one. The rest was done due the infamous Yalta and Potsdam agreements by end of 2nd World War that for all practical reasons confined Poland to strictly ethnic borders, with the exception of old Prussian state in northern Poland (presently Masuria region). That part was ethnically cleansed right at the end of the war by both German and Polish forces and consequently re-populated by ethnic Poles, often escaping the Soviet clutches in the lost Polish territory on the eastern side.
Yet the dreams of progressive, open to the world and not inward looking Poland did not die. Many Poles felt confined and suffocating in ‘one nation, one faith, one ruler’ concept. And wish to re-join the rest of Western Europe – the one we, as a ‘Guardian’, defended for so long in the old times. That posed a new hope. It got a huge boost when Poland was accepted as a full member of European Union. If we can’t have a Jagiellonian, multinational Poland than why not join a Union that is based one very similar pillars – a federacy of equals based on common goals and rules. It looked for a while that Pilsudski’s concept , decades after his death, was reborn in new form. But the nationalistic, paternalistic and bordering on fascist ideology (not Hitlerism – there is a long stretch between European fascism and it’s extreme end, Nazism) of Greater Poland did not give up. Due to many mistakes and lack of steadfastness of former center-right liberal government the last election was won by populist Law and Justice Party. That party, although not ideologically part of some grand coalition of Greater Poland – attached itself to many slogans of the nationalistic movement of Roman Dmowski. And the fruits of permanently loosing Polish Jagiellonian legacy in that infamous Polish-Soviet Peace Treaty of 1921, become very visible. Open, multicultural, progressive Europe scared many Poles. It wasn’t romantic Paris of XIX and early XX century, it wasn’t Italy attached as an obedient child to Vatican. It was a Union of mostly nation-states but very much open to multiculturalism, to immigration, equal rights for minorities of all sorts: ethnic, religious, sexual, gender-based. More or less it was a Union of modern, XXI century democracy. They had time to build it and get used to it in the past 70 years since the end of the 2nd World War. Poland did not. And it scared many of them. Many Poles felt better in their mythical role as a Guardian of Europe, of the West. When you are a guard of the fortress, you cannot allow yourself the delicacies of an ordinary citizen – you are a soldier who must be disciplined. It was just sad that … Europe no longer needed such a devout guard. Europe was doing rather fine without a fortress of tall walls. But we, Poles, knew better than Europe what Europe needed! Africa is for Africans, Asia for Asians and Europe for Europeans. White and Catholic. Never you mind the Lutherans and other Protestants or silly Anglicans. Of course, one day they will come back to the Mother Church. It has been only 500 years – that’s nothing in the face of eternity! LOL.
It might sound silly at the end of previous paragraph. But it is not. It is very crude and simplistic generalization of today’s Polish society – but a true one, nonetheless. It is very tribal at its core, still enslaved by the chains of it’s painful history, still unsure of it’s own inner strength. And – in a country where history plays such an important role in everyday life – very ahistorical.
Not to continue and changing it into a long essay: the “Ordinary Citizen’, who set himself ablaze in Warsaw could not live any longer in a country that rejects these lofty, humanistic ideas of coexistence. He was tired of being forced to be a guardian. And therefore his conflict, the essence of it, was not solely with the current, chauvinistic populist government. Governments come and go. It was with his countrymen. With his nation. I am neither sure nor know if he spent much time thinking of differences between concepts of Pilsudski or Dmowski for Poland. But I am certain that these two conflicting concepts lay at the very base of Polish society problems today. The difference of remaining oneself while fully respecting the ‘otherness’ of different opinions and rights and being just a soldier, a guard, who simply follows orders. And that’s why it was so profound. So heroic on an ancient Greek scale. And so terribly sad, chilling to the core.
Dzień Zaduszny, Wszystkich Świętych mają w Polsce wymiar głównie indywidualny, rodzinny. Jedziemy na groby najbliższych, wspominamy ich, zapalamy ‘lampkę pamieci’, kładziemy gałązke zielonego jedliwia, kwiat chryzantemy. Często spotykamy się przy grobach z rodzina bliższa i dalszą, która też odwiedzić mogiłę przyjechała.
Często zdarza się, że część domowników, na ogól Tata lub Mama nie idą z nami na cmentarz pobliski a wyjeżdżają do innych miast, wsi daleko położonych by tam w imieniu rodziny ten gest pamięci spełnić. Taką rolę w naszej rodzinie pełnił mój Tata i jego brat – rodzina była rozrzucona po całym kraju, groby też – efekt wojennych tułaczek i repatriacji powojennych: groby w Warszawie, Toruniu, Nidzicy, Brodnicy, Szczecinie, Sławnie koło Słupska, Gdańsku, Bydgoszczy …
Ale są też inne groby lub miejsca śmierci, które odwiedzamy. Specjalne. Nie rodzinne a ważne, bliskie. Bez namawiania, bez organizacji – z potrzeby serca. To groby w nekropoliach narodowych: na Wawelu, na Powązkach, na Rakowcu krakowskim, na Rossie w Wilnie, cmentarzu Orląt Lwowskich i Łyczakowskim we Lwowie. Czujemy potrzebę refleksji w tych miejscach. W latach młodości warszawskiej każdego listopada i sierpnia dla mnie takim miejscem szczególnym była tablica u wylotu ul. Miodowej lub grób na Powązkach nie generała, wielkiego dowódcy, prezydenta, premiera. Miejsce, gdzie zginął i gdzie jest pochowany młody chłopak de facto. Tak, zginął jako żołnierz ale przecież żołnierzem żadnym wielkim nie był. Tak potoczyły się losy. Był poetą.
Krzysztof Kamil Baczyński. I choć od lat już tylu mieszkam na innym kontynencie – tego dnia zawsze go wspominam, jak kogoś bliskiego.
Są też jeszcze inne, specjalne groby – mogiły po lasach, często bez nazwisk. Własnie te osoby, znane z nazwiska czy nie – ale nie wielcy przywódcy są nam szczególnie bliscy. Bo jakimś gestem, tragicznym na ogół, w momencie śmierci zrobili coś, co utożsamiało nas z nimi. Stali się w tej chwili strasznej, jakby naszym alter ego. Do tych postaci, takich “żołnierzy nieznanych’ de facto, ‘żołnierzy tragicznego momentu’ i w ledwie dni klika przez Dniem Zadusznym dołączył dziś Piotr S. Szary Obywatel. Nie żołnierz. Nie polityk. Nie działacz. Autentycznie szary obywatel. I o nim też nie zapomniano. W tej ciszy nad tym smutnym miejscem na Placu Defilad w Warszawie podajmy sobie dziś wszyscy ręce. Ręce gotowe do narodowej zgody. Do rozmawiania, jak sąsiad z sąsiadem. A drobe świetliki płomieni lampek wotywnych niech nam drogę do tych rozmów wyznaczą.
(zdjęcia poniżej z Placu Defilad 1 listopada 2017 i z St. Catherines w Ontario tego samego dnia)
Pl. Defilad, 1.XI.2017; fot. Z. Boczek
Parafia Polska w St. Catherines, 1.XI.2017 fot. A. Bocheńska
Przed hall’em Stow. Polsko-Kanadyjskiego w St. Catherines, 1.XI.2017fot. A. Bocheńska
Pl. Defilad w Warszawie fot. Z. Boczek
St. Catherines, Ontario, przed Parafia Polską fot. A. Bocheńska
Nie zamieszczam jakiegokolwiek komentarza. List pozostawiony przez Polaka, który podjął się tragicznego aktu samospalenia na Placu Defilad w Warszawie, zgodnie z życzeniem autora, publikuję dla wiadomości Czytelników.
“Protestów pod adresem obecnych władz mógłbym sformułować dużo więcej, ale skoncentrowałem się na tych. które są najbardziej istotne, godzące w istnienie i funkcjonowanie całego państwa i społeczeństwa.
Nie kieruję żadnych wezwań pod adresom obecnych władz, gdyż uważam, że nic by to nie dało. Wiele osób mądrzejszych i bardziej znanych ode mnie, podobnie jak wiele instytucji polskich i europejskich wzywało już tę władzę do różnych działań i niezmiennie te apele były ignorowano, a wzywający obrzucani błotom. Najpewniej i ja za to, co zrobiłem też takim błotem zostanę obrzucony. Ale przynajmniej bodę w dobrym towarzystwie.
Natomiast chciałbym, żeby Prezes PiS oraz cała PiS-owska nomenklatura przyjęła do wiadomości, że moja śmierć bezpośrednio ich obciąża i że mają moją krew na swoich rękach.
Wezwanie swoje kieruję do wszystkich Polek i Polaków, tych którzy decydują o tym kto rządzi w Polsce, aby przeciwstawili się temu co robi obecna władza i przeciwko czemu ja protestuję. I nie dajcie się zwieść temu, że co jakiś czas działalność władz uspokaja się i daje pozór normalności (jak choćby ostatnio) – za kilka dni czy tygodni znowu będą kontynuować ofensywę, znowu będą łamać prawo. I nigdy nie cofną się i nie oddadzą tego co już raz zdobyli.
Wprawdzie to już dość wyświechtane powiedzenie, ale bardzo tutaj pasuje: Jeśli nie my to kto? Kto jak nie my, obywatele ma zrobić porządek w naszym kraju?
Jeśli nie teraz to kiedy? Każda chwila zwłoki powoduje, że sytuacja w kraju staje się coraz trudniejsza i coraz trudniej będzie wszystko naprawić.
Przede wszystkim wzywam aby przebudzili się ci, którzy popierają PiS – nawet jeśli podobają się wam postulaty PiS-u to weźcie pod uwagę, że nie każdy sposób ich realizacji jest dopuszczalny. Realizujcie swoje pomysły w ramach demokratycznego państwa prawa, a nie w taki sposób jak obecnie.
Tych, którzy nie popierają PiS-u, bo polityka jest im obojętna albo mają inne preferencje wzywam do działania – nie wystarczy czekać na to co czas przyniesie, nie wystarczy wyrażać niezadowolenia w gronie znajomych, trzeba działać. A form i możliwości jest naprawdę dużo.
Proszę was jednak, pamiętajcie, że wyborcy PiS to nasze matki, bracia, sąsiedzi, przyjaciele i koledzy. Nie chodzi o to, żeby toczyć z nimi wojnę (tego właśnie by chciał PiS) ani „nawrócić ich” (bo to naiwne) ale o to aby swoje poglądy realizowali zgodnie z prawem i zasadami demokracji. Być maże wystarczy zmiana kierownictwa partii.
Ja, zwykły, szary człowiek, taki jak wy, wzywam was wszystkich – nie czekajcie dłużej! Trzeba zmienić tę władzę jak najszybciej zanim doszczętnie zniszczy nasz kraj, zanim całkowicie pozbawi nas wolności. A ja wolność kocham ponad wszystko. Dlatego postanowiłem dokonać samospalenia i mam nadzieję, że moja śmierć wstrząśnie sumieniami wielu osób, że społeczeństwo się obudzi i że nie będziecie czekać aż wszystko zrobią za was politycy – bo nie zrobią!
Obudźcie się! Jeszcze nie jest za późno!
Protestuję przeciwko ograniczaniu przez władze wolności obywatelskich.
Protestuję przeciwko łamaniu przez rządzących zasad demokracji, w szczególności
przeciwko zniszczeniu (w praktyce) Trybunału Konstytucyjnego i niszczeniu systemu niezależnych sądów.
Protestuję przeciwko łamaniu przez władzę prawa, w szczególności Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej. Protestuję przeciwko temu, aby ci, którzy są za to odpowiedzialni (m.in. Prezydent) podejmowali jakiekolwiek działania w kierunku zmian w obecnej konstytucji – najpierw niech przestrzegają tej, która obecnie obowiązuje.
Protestuję przeciwko takiemu sprawowaniu władzy, że osoby na najwyższych stanowiskach w państwie realizują polecenia wydawane przez bliżej nieokreślone centrum decyzyjne związane z Prezesem PiS, nieponoszące za swoje decyzje odpowiedzialności. Protestuję przeciwko takiej pracy w Sejmie, kiedy ustawy tworzone są w pośpiechu, bez dyskusji i odpowiednich konsultacji, często po nocach, a potem muszą być prawie od razu poprawiane.
Protestuję przeciwko marginalizowaniu roli Polski na arenie międzynarodowej i ośmieszaniu naszego kraju.
Protestuję przeciwko niszczeniu przyrody szczególnie przez tych, którzy mają ją chronić (wycinka Puszczy Białowieskiej i innych obszarów cennych przyrodniczo, forowanie lobby łowieckiego, promowanie energetyki opartej na węglu).
Protestuję przeciwko dzieleniu społeczeństwa, umacnianiu i pogłębianiu tych podziałów. W szczególności protestuję przeciwko budowaniu „religii smoleńskiej” i na tym tle dzieleniu ludzi. Protestuję przeciwko seansom nienawiści, jakimi stały się „miesięcznice smoleńskie”: przeciwko językowi nienawiści i ksenofobii wprowadzanemu przez władze do debaty publicznej.
Protestuję przeciwko obsadzaniu wszystkich możliwych do obsadzenia stanowisk swoimi ludźmi, którzy w większości nie mają odpowiednich kwalifikacji.
Protestuję przeciwko pomniejszaniu dokonań, obrzucaniu błotem i niszczeniu autorytetów takich jak np. Lech Wałęsa, czy byli prezesi TK.
Protestuję przeciwko nadmiernej centralizacji państwa i zmianom prawa dotyczącego samorządów i organizacji pozarządowych zgodnie z doraźnymi potrzebami politycznymi rządzącej partii.
Protestuję przeciwko wrogiemu stosunkowi władzy do imigrantów oraz przeciw dyskryminacji różnych grup mniejszościowych: kobiet, osób homoseksualnych (i LGBT), muzułmanów i innych.
Protestuję przeciwko całkowitemu ubezwłasnowolnieniu telewizji publicznej i niemal całego radia i zrobieniu z nich tub propagandowych władzy. Szczególnie boli mnie niszczenie (na szczęście jeszcze nie całkowite) Trójki – radia, którego słucham od czasów młodości.
Protestuję przeciwko wykorzystywaniu służb specjalnych, policji i prokuratury do realizacji swoich własnych (partyjnych bądź prywatnych) celów.
Protestuję przeciwko nieprzemyślanej, nieskonsultowanej i nieprzygotowanej reformie.
Protestuję przeciwko ignorowaniu ogromnych potrzeb służby zdrowia”.
KOD-Polonia i Grupy Demokratyczne Polonii z całego świata
·FRIDAY, 20 OCTOBER 2017
Środowiska, organizacje i liderzy grup pro-demokratycznych Polonii w Ameryce Północnej i Europie, z inicjatywy KOD_Kanada, przytłoczeni wielkim smutkiemwiadomości o tragicznym proteście Polaka, który dokonał samospalenia na Placu Defilad w Warszawie, 19 października 2017 kierują ten Apel do Polek i Polaków, rządzących i rządzonych.
Zgodnie z zostawionym przez tego Polaka listem, był to tragiczny akt protestu wobec poczynań władz PiS łamiących w jego przekonaniu Konstytucję RP, prawa krajowe i międzynarodoweobowiązujące Polskę. Jest on też smutnym apelem do wszystkich Polek i Polaków o podaniesobie dłoni, o zgodę narodową i szacunek wobec przekonań osób o innych poglądach. Ten apel jest więc do nas, nie do władzy.
Jesteśmy tym samotnym aktemdo głębi wstrząśnięci.Apelujemy by nigdy nie musiał się powtórzyć w Polsce. Życie ludzkie jest wartością przerastającąpolityczne różnice, ideologie i spory.
Do każdego człowieka, który może czuć się zdesperowany, osamotniony, przygnieciony ciężarem sporów politycznych i podziałów społecznych –wyciągamy przyjacielską dłoń z prośbą: przyjmij tą dłoń, porozmawiajmy. Nie jesteśsam. Wesprzemy Cię. Twoje życie jest ważne—jest najważniejsze. Dla Twoich bliskich, dla kraju.
Apelujemy jednocześniedo obu stron konfliktu ściśle politycznego: do partii rządzącej z koalicjantami i partii opozycyjnych w polskim Parlamencie; do polskich grup społecznych w Kraju i poza jego granicami:
domagamy sięrozpoczęcia bezzwłocznie autentycznego dialogu społecznego i politycznego nad stanem Kraju. Polska to nie kawałek sukna wyrywany przez wszystkich dla siebie. Polska nie należytylko do jednej,obojętnie jak licznej lub jak zamożnej czy silnej,grupy. Należy do wszystkich Polek i Polaków. Jest faktem niemożliwym do ukrycia, że jesteśmyskłóceni i podzieleni, jak nigdy dotąd w naszej ponad 25-letniej historii III Republiki.I że przekroczyło to już dawno ramy zwykłej i naturalnej różnicy opcji politycznych. Polska nie jest i być nie może zakładnikiem czyichkolwiekambicji, politycznego rewanżu.Nie jest nagrodąw zawodach politycznych określanych powszechnymi wyborami. Nie stać nas, jako państwo i jako społeczeństwo, nazwycięzców i na przegranych. Rozpocznijcie te rozmowy natychmiasti bez wstępnych warunków .
Aby nigdy już w wolnej Polsce jakikolwiek Obywatel czy Obywatelka (dobro najwyższe każdego państwa) nie czuł się tak poniżony, tak odosobniony, tak bez cienia nadziei, by wybrał tak tragiczny akt protestu, jako jedyną możliwośćapelu do naszych sumień.Tego wymaga dobro Kraju od każdego z nas.
Poniżej nazwiska działaczy i osób oraz nazwy Organizacji, które zdążyły przed publikacją ten Apel podpisać
KOD_Polonia_Kanada: Bogumił Pacak-Gamalski, Anna Bocheńska, Marek Tucholski; KOD_Norwegia: Igor Devold; KOD_Niemcy: Monika Saczyńska, Anna Krenz i Ula Ptak, Andreas Visser, Ryszard Boba, Anna Maria Patanè, Elżbieta Jagiełło, Małgorzata, Krzysztof Skuła, Danuta Hossain i Andrzej Klukowski; Zbigniew Świrski z KOD_UK; DOK-Democracy Is OK (międzynarodowa grupa pro-demokratyczna), Natasza Quelvennec; grupa Femini Berlin Polska; grupa “Manifest Wolnej Polski”, Niemcy; Berliński Kongres Kobiet; grupa “Dziewuchy Dziewuchom” z Francji; “Dziewuchy Dziewuchom” z Wlk. Brytanii; Paweł Tomasz Długosz, Dobiesław Pałeczka z KOD_USA i KOD_US West; grupa ‘Nous d’abord” z Francji; “Farsa” z Wlk. Brytanii; Jacek Duda z KOD-Nowy Jork; KOD_USA_Zachód; KOD_UK; Teresa Grabiec-Silverstein (Kalifornia), B.J. Biernatowski (Washington), Sylwester Kor (Maryland) i Robert Kowalski z KOD_USA_Zachód: Katharina Noga z KOD_Niemcy; Grażyna Kwadrans z KOD_Kanada-Toronto; Tamara Szymańska-Golik, Jacek Surma, Agnieszka Bylicki z KOD_Kanada-Vancouver; Kazimierz Klimek z KOD_Canada-Calgary; KOD_Niemcy; L’Association Défense de la Démocratie en Pologne (ADDP), Francja; Bo Kopcewicz z KOD-Ottawa; KOD_UK – Joanna Gos, Magdalena Szabert, Małgorzata Hallewell, Antoni Otffinowski, Mariusz Gąsior; Izabela J. Bary z College of Staten Island, New York, USA; KOD_USA_West; Andrzej Turski (Washington, USA); Maria Kowalewska z KOD_Canada-Montreal: Wawrzyniec Kuczyński z KOD_Canada-Vancouver;
Jakiś czas temu, gdzieś około dwóch lat temu, społeczności dziś określane jako środowiska opozycyjne: stara polska inteligencja (nie cała, ale wystarczająco duża w swej uśpionej masie) i tzw. elity (nikt tak do końca nie potrafił mi tego pojęcia wytłumaczyć, bo wszak elitą władzy jest dziś PiS, co jest logiczne i jasne) bawiły się ślinotokiem i parą odwetu płynąca z uszu i nozdrzy nowej władzy Prezesa Wielkiego Choć Niskiego. Wszędzie przypominano niezapomniany przebój Wiesia Gołasa “W Polskę idziemy drodzy rodacy, w Polskę idziemy …” (co było jednocześnie ironizowaniem narodowo-katolicko-patriotycznego nurtu kaczystów). I to był błąd. Może było to słuszne odzwierciedlenie dużej masy elektoratu pisowskiego – ale nie głównych liderów tego ruchu (PiS w istocie nie jest partią polityczną a ruchem społeczno-ideologicznym, ale bez jasno określonej wizji – partia to tylko ich ramię polityczne). Kaczyński nie jest wystraszonym, nie rozumiejącym nowoczesnego świata starym kawalerem z Żoliborza, zgryźliwym dziadkiem do orzechów. Albo inaczej – może i nie rozumie, jest starym kawalerem (cokolwiek to dziś oznacza) ale to wytrawny i sprytny gracz polityczny. Partię swoją ustawiał zawsze dość hierarchicznie: on u szczytu, poniżej tylko porucznicy. Pewnym wyjątkiem wydaje się być Antoni Macierewicz, ma jakby dużo wyższy stopień. Stad może dlatego u władzy nad armią … Jest zupełnie możliwe, że Macierewicz wie o Kaczyńskim wiele więcej niż pozostali – ostatecznie zawiadywał i rozgryzał polskie służby wywiadowcze już u zarania III Rzeczypospolitej i miał dostęp i do danych i archiwum dla większości (nawet wysoko postawionych polityków) niedostępnych. Być może jest to sytuacja pata politycznego: chwycił Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma… Być może jest to po prostu zwykła, typowa z czasów manipulacji KGB, sieć seksualno-erotyczna: faceta (najczęściej) lub facetkę wikła się w dwuznaczne sytuacje erotyczne, najlepiej homoseksualne i ma się takiego palanta w łapie na całe życie. Może taką sieć zastawili kiedyś na Trumpa towarzysze generalissimusa Putina? Może. Może coś takiego zrobił (lub wykrył) Macierewicz u Kaczyńskiego? Byłby się zdziwił szalenie, gdyby tą kartę odkrył i większość młodych Polaków wzruszyłaby ramionami… Ale dla nich to nieistotne, co myślą młodzi (chyba, że z kręgów narodowościowo-faszystowskich) – tego raczej na pewno ani Kaczyński ani Macierewicz pojąc nie są w stanie. Współczesność obeszła ich obok. Nie rozumieją jej i jest im przez to wroga. Teraz więc tu i ówdzie ujawniają się szemrania, podchwytywane chętnie przez prasę, o jakiejś homoseksualnej przeszłości Prezesa. Nieszczęśliwej ponoć. Tu i ówdzie określa się go, jako geja. Co jest zupełnym absurdem. Jakkolwiek każdy gej jest homoseksualny, to niestety, zdarzają się przypadki osób homoseksualnych, które gejami nijak nie są. Nie jest gejem na pewno pan Jarosław z Żoliborza. Może być typowym przykładem medycznego określenia homofoba – kiedy jest to istotnie fobia psychiatryczna, tj. nieracjonalny lęk przed i nienawiść do osób homoseksualnych. Występuje rzadko i prawie w 100% u ukrywających się homoseksualistów. Opozycja i przeciwnicy PiS usiłowali to rozegrać na stronach wirtualnych i drukowanych różnych tabloidów i na stronach społeczności internetowej (Facebook itp.). I też nie wyszło za bardzo. Znowu ta współczesność stanęła okoniem. Może większość starszych polityków i politykierów straciła w Polsce (nie tylko) kontakt z tą współczesnością? Straszak geja-polityka przestał działać. Ludzie z tego wyrośli. Mało tego – w wielu miejscach opozycyjnych wobec PiS znalazłem komentarze, że to nie fair argument i nic nie ma do rzeczy czy Kaczyński jest czy nie.
Skąd więc u mnie aż tyle miejsca temu poświęciłem?! By wykazać niemoc obecnej formalnej (parlamentarnej) opozycji w Polsce. Z bardzo nielicznymi wyjątkami. Zamarli w polityce sprzed 10-15 lat. A w międzyczasie dorosło i dojrzało kolejne pokolenie. Obce metodom takiej gry. Nie rozumiejące ‘liderów’, którzy nie potrafią do niczego wieść, prowadzić. Nie mają cienia charyzmy. Nie ma ich bezwzględnie jakikolwiek pierwszo-szeregowy polityk PiS – ale ma bezwzględność, zaciętość i nieustępliwość. A to w polityce też się liczy, zwłaszcza jeśli się jest u władzy. Zresztą zdecydowana większość chorążych PiSu to głównie karierowicze oczekujący (na ogół dość skutecznie) na intratne interesy, posady, dorobienia się (a przy okazji dokopania swoim przeciwnikom, odegrania się). Nie jest to kompania doborowa i gotowa ‘iść w ogień’ za przywódcę – ale zdyscyplinowana i nie zadająca pytań.
Z ideologów wymienić chyba tylko można samego Kaczyńskiego (nie jestem w stu procentach pewny, czy ideologia jego jest spójna i jedna), Macierewicza (zdecydowanie po stronie polskiego faszyzmu, już od bardzo, bardzo wielu lat, jeszcze z doby PRL i KOR tu niewiele zmienia), Dudę (ściśle pro Kościelna) i chyba Terleckiego. Inni, nawet jeśli mają jakąś ideologię polityczno-filozoficzną są z PiSem związani jedynie koniunkturalnie. Wierząc, że przy okazji im też coś kapnie. Jest to więc kompania dość osobliwa. Łączy ich niechęć do współczesnej, XXI wiecznej demokracji, do globalizmu ekonomicznego, który bezwarunkowo musi nieść globalizm kulturowy, niechęć do struktur poziomych w społeczeństwie a obstawanie przy hierarchicznych strukturach pionowych (stąd tendencja sprzyjania zasadzie wciągania się po drabinie stąpając na ręce tych poniżej). I zdecydowane rozumienie patriotyzmu, jako trybalizmu, plemienności. Przeciwieństwo obywatelskości. Aby taka ‘kompania’ mogła wygrać władzę w demokratycznych (sic!) wyborach musi oprzeć się na kampanii negatywnej. Idealnym tego przykładem i wzorem była kampania Trumpa w USA. Tani patriotyzm plemienny („America first”) i oskarżenie wszystkich z wewnątrz i zewnątrz o spisek przeciw takiej „Ameryce”. I polityka historyzmu ahistorycznego. Odwołania do ‘świetnej przeszłości’, zwłaszcza tej, której nikt z żyjących pamiętać już nie może. Próbowano, co prawda, użyć (w Polsce) też elementu bohaterskiej przeszłości nie aż tak odległej. Państwo Podziemne i AK. Po bardzo znamiennych porażkach (niestety, żyli jeszcze i ciągle nieliczni niestety żyją i teraz) – nagle Polskie Państwo z Rządem w Londynie i Armia Krajową jakby zniknęło z trybun propagandowych a wyłoniły się z grobów, nieliczne co prawda, szeregi cieni ‘żołnierzy wyklętych’. I kolejne narodowe widowiska i msze żałobne z okresu II wojny światowej i pierwszych lat po jej zakończeniu. Gdzie ni stąd ni zowąd wiodąca siłą zbrojnego ruchu oporu były nie tysiące żołnierzy AK i BCh ani regularni żołnierze Polskich Sil Zbrojnych – a kilkuset watażków, straceńców i zdaje się kilku zbrodniarzy wojennych. Czyli nawet w przypominaniu i gloryfikowaniu historii stosuje się tą konwencję negatywną, nie pozytywną. Konwencję ludzi i społeczeństw przegranych. Mesjanizm polski, encore! s’il vous plaît. Chrystus Królem Polski (mimo, że to bluźnierstwo teologiczne), różańcem otoczymy granice (w rocznicę zwycięstwa nad Turkami pod Lepanto, nie przez przypadek – ha ha ha – wiec o wyraźnym zabarwieniu anty-muzułmańskim. To święto Matki Boskiej Różańcowej było wprowadzone przez papieża właśnie, jako votum zwycięskiej bitwy z Imperium Osmańskim.) – a więc ponownie: zagrożenie, poświęcenie się. Niby wzniosłe cechy – ale negatywne, nie pozytywne. To nie jest memento vitae, to memento mori. Trudeau w Kanadzie zastosował dokładnie odwrotną taktykę w wyborach. Pozytywną na wskroś. Może aż nazbyt. Harper prowadził negatywną, a NDP ostrożną. Trudeau na starcie miał daleką, trzecią pozycję. Wygrał miażdżąco, pozostawiając innych w głębokim tyle. Uwierzyliśmy mu, że jesteśmy lepsi. Nie lepsi od innych. Lepsi od siebie. I mu uwierzyliśmy bez względu na fakt czy było to racjonalne i logiczne. Ale argumenty pozytywne ludziom dodają skrzydeł. Negatywne przypominają o naostrzeniu szabli, naładowaniu pistoletu.
Kaczyści (tak to możemy , jako pewien specyficzny ruch określić, ponieważ nie mając wspólnej i spójnej ideologii łączy ich głównie przywódca: Jarosław Kaczyński) , podobnie, jak Trump w USA, Erdogan w Turcji mają pewną wspólną cechę: nie zadawalają się zwycięstwem i nie uznają wspólnej pracy nad dobrem wszystkich po tym zwycięstwie. Wygrać to za mało. Po zwycięstwie trzeba ukarać pokonanych, trzeba im pokazać ‘ich miejsce’, zniszczyć wszystko prawie, co przed nimi ‘tamci’ dokonali. Nie szukać wspólnego mianownika a przeciwnie: od sumy odciąć, odjąć minusem tą część, która była im przeciwna. Nastały czasy, jak to określił wybitny konstytucjonalista europejski, prof. Andrzej Rzepliński, systemu posibilistycznego w Polsce. Posybilizm to taka potoczna od łacińskiego (possibilis) i angielskiego zwrotu ‘possible’. Czyli – możliwy, możliwe. Konstytucja może pewnych rzeczy w państwie zabraniać: ale w państwie realistycznym, racjonalnym. W państwie posibilistycznym – wszystko jest możliwe. Obecny Trybunał Konstytucyjny jest zorganizowany w sposób poza konstytucyjny. Formalnie nie można było tego tak zrobić. Ale zrobiono – i to bez ogłaszania, że Konstytucja jest nieważna. Następuje pewien dualizm lub wielowymiarowość rzeczywistości. Everything is possible. I znowu porównanie do ‘twitterowej dyplomacji’ prezydenta Trumpa: coś jest ujęte w prawo federalne, do pewnych rzeczy prezydent USA nie może wprowadzać zmian samodzielnie (dekretami). Ale konstytucja nie przewidziała, że kiedyś będzie Twitter! I stąd miast dyplomacji departamentu Stanu, miast konwencji międzynarodowych wynegocjowanych latami w pocie czoła – tweat tweat, tweat i wszystko jest do góry nogami. Atmosfera niepewności, niestałości. Też broń z arsenału polityki negatywnej.
Ale nie tylko Jarosława Kaczyńskiego można porównać do Donalda Trumpa (w narzędziach politycznych, nie w osobowościach! Trump to sybaryta, a Kaczyński raczej asceta,). Podobnego porównania można użyć wobec opozycji tu i tam. Zawiodła. Jest bez wizji przeciwstawnej. I nie ma (oj, jak nie lubię tego określenia – ale jest w polityce czasem niezbędne) przywódcy, lidera. Dawniej można by użyć jeszcze zwrotu ‘wodza’ ale dziś to raczej archaiczne i wręcz ośmieszające określenie. Chodzi o osobę, która pod pewnym ogólnym sztandarem pozytywnych odwołań i wizji potrafi skupić wokół siebie ludzi o odmiennych poglądach, zapatrywaniach, celach. Ale z jedną wspólna chęcią powrotu rzeczywistego czasu historycznego. Czasu dnia dzisiejszego. Chcących wysiąść z pociągu, który jedzie do tyłu. Polski wszystkich obywateli. Bez wyraźnych lub ustawowych praw nadzwyczajnych. I trochę pozytywnie podniecającej. Ciekawszej. Weselszej. Nie nastawionej ustawicznie contra a raczej pro. Zawiodła też trochę (bez niedoceniania olbrzymich zasług dla ratowania demokracji i porządku konstytucyjnego w Polsce) główna siła społecznej, spontanicznej opozycji: Komitet Obrony Demokracji. Być może tej masy nie można było utrzymać w ryzach pewnej dyscypliny i stałego zaangażowania. Nikt (poza politykami, oczywiście) nie chce być ‘zawodowym’ demonstrantem, manifestantem. Każdy chce po prostu normalnie żyć. No i konflikt personalny na szczeblach najwyższych KOD poważnie zranił ten ruch i wyrosłą z niego organizację. Bardzo sprytnie wykorzystany przez całkowicie zawłaszczony przez państwo aparat propagandowy. Wielkim zwycięstwem KOD było jednak pokazania Polakom, że protest jest możliwy. Czasem nawet skuteczny. Że Polska, mimo wszystkich ograniczeń, jest ciągle państwem o ustroju demokratycznym i jest członkiem Unii Europejskiej, która te podstawowe prawa gwarantuje i potrafi ich dociekać. Nie jestem pewny, czy bez KOD byłoby możliwe osiągnąć tak silne i masowe protesty ograniczania praw kobiet (tzw. Czarny Protest), czy nawet obecny, dramatyczny Protest Głodowy młodych medyków-rezydentów doszedłby do skutku, nie wspominając o walce w obronie niezależności polskich sądów – od Trybunału Konstytucyjnego poczynając – co było główna zasługą KOD w Polsce i na świecie. I cała masa innych grup aktywnie dziś zaangażowana w walkę o prawa obywatelskie. To wszystko pośrednio a czasami bezpośrednio jest pokłosiem działalności KOD właśnie. Kolejnej legendy polskiego społecznikostwa.
Łatwo, przyznaje, jest ulec wizji negatywnej. Nie wymaga to specjalnej pracy i wysiłku. Ulec gorzkiej konstatacji, że jesteśmy społeczeństwem niskim, zapyziałym, zacofanym, sobkami i egoistami zapatrzonymi tylko we własny garnek (‘…niech na całym świecie wojna, byle polska wieś spokojna …”), nie wymaga to wysiłku intelektualnego. Ale gdyby to była prawda nie byłoby POW w latach przed i trakcie I wojny światowej, nie byłoby polskiej szkoły spółdzielczości w Międzywojniu, nie byłoby Żegoty, nie byłoby KORu i „Solidarności” w 1980-1989, nie byłoby KOD też. Nie wymieniam ani AK ani ruchów partyzanckich i wojskowych – bo to walka o życie, o przetrwanie. Mówię o ruchach społecznych, których celem było dobro wszystkich a nie siebie i najbliższych. Nie trzeba może stale ‘niezłomnych’, wielkich, tragicznych, nawet ‘wyklętych’. Trzeba po prostu ludzi poczciwych, dobrych.
A takich jest najwięcej. I potrzebują dziś liderów, potrzebują kogoś, jakąś grupę, która poprowadzi ich nie na szaniec a do urny wyborczej. I zaproponuje im: nie głosujcie na Polskę wielką; nie głosujcie na Polskę małą. Spróbujmy raz zagłosować na Polskę normalną. Sympatyczną dla Polaków i dla sąsiadów. Nie przeciw czemuś lub komuś. Dla.
Ale tego nie można osiągnąć używając wszystkich dostępnych środków walki politycznej. Przede wszystkim trzeba w słowniku opozycji demokratycznej wymazać wszelkie odniesienia do ‘dobrego” i ‘gorszego sortu’. Jest jeden sort: obywatele Polski. Odróżniać satyrę od argumentu racjonalnego, politycznego. Pani Pawłowicz nie jest złą posłanką ponieważ jest samotna lub mało atrakcyjna. Jest złą poprzez to , co robi w Sejmie, jako posłanka. Kaczyński nie jest fatalnym liderem dla Polski, bo wygląda śmiesznie na skrzynce na Krakowskim Przedmieściu ponieważ jest niski, ani dlatego, że może jest osobą homoseksualną (na 100% nie jest gejem, co już wyjaśniłem) – jest fatalnym, bo Polskę cofa a nie prowadzi do przodu, bo ją izoluje na arenie międzynarodowej, pozbawia solidnych sojuszników. A przede wszystkim dlatego, że Polaków dzieli. I to jest jego wada największa. Koronnym argumentem winna być kwestia wręcz ‘być albo nie być’ Polski w przyszłości. W każdym razie takiej Polski, jaką chcielibyśmy, by nasze dzieci i wnuki odziedziczyły. Tą kwestią jest członkostwo Polski w Unii Europejskiej. Nie ma znaczenia, że nikt z przywódców PiSu nie powiedział jasno, że dążymy do wyjścia z Unii. Cała działalność polityczna i ustawodawcza przeprowadzana przez PiS jest w dużej części w sprzeczności z duchem Karty Atlantyckiej a często i z literą prawa Unii. To nie może trwać w nieskończoność. Jestem pewny, że nie będzie. Gdy tylko jako-tako wypracują się zasadnicze punkty negocjacji z Wielka Brytanią – Europa zwróci się w kierunku powstrzymania erozji traktatów i konwencji europejskich w państwach członkowskich. Dwa kolce to głównie tylko Węgry i Polska. Z czego Polska dużo ważniejsza i dużo przez to niebezpieczniejsza dla Unii. Status quo Unia zostawić sobie samemu nie może. Wszelkimi metodami będzie chciała Polskę, jako członka utrzymać. Ale nie wszystkimi i nie za każdą cenę. Sojusz francusko-niemiecki na to nie pozwoli. I większość innych krajów też. Nawet za cenę wymuszonych zmian traktatowych. Ostatecznie dla Polaków najważniejsza jest Polska – takie wrażenie odnosi się w Brukseli i większości stolic europejskich. Dla Berlina i Paryża, raczej też dla większości innych stolic: najważniejsza jest Europa. Młode pokolenie Niemców, Francuzów, Hiszpanów, Holendrów, Włochów nie wyobraża sobie świata w zamkniętych granicach krajowych. Oni są już Europejczykami. Z moich rozmów i obserwacji tego samego pokolenia w Polsce odnoszę wrażenie, że ma podobne aspiracje. To im trzeba wyraźnie powiedzieć. Niech mają świadomość wyborów. Tak – Europa to jedność kulturowo-cywilizacyjna. Ale to też jedność polityczna. A jedność polityczna nie jest dana raz na zawsze. To decyzje polityczne i ich konsekwencje. Polska ma duży potencjał gospodarczy, ekonomiczny i polityczny. Ma go w Unii. Samotnie jej potencjał jest tak mały, że znaczenia żadnego mieć nie będzie.