Polski antysemityzm. Epilog. (cz. VII)

Bogumił Pacak-Gamalski

Czy kolebką antysemityzmu jest religia chrześcijańska czy też … religia żydowska? Otóż religia ma tu znaczenie ale nie w sensie jej istoty teologicznej ( wiara w jakiego boga/bogów, obrządków religijnych itd.). Religia w jej zewnętrznych, wizualnych aspektach.  U samego rdzenia, podstaw antysemityzmu leży pojęcie ‘innego’, ‘obcego’. Ale to tylko połowa tego atawistycznego uczucia. Ten ‘inny’ musi mieszkać pośród nas. Lub, jeszcze bardziej ściśle: u nas. Tego lęku nie miał Polak w Chinach, Włoch w Japonii czy Francuz w Imperium Otomańskim. Inny musi w odpowiedniej masie osiedlić się wśród Nas i musi być wyraźnie wizualnie rozpoznawalny. Musi też reprezentować pewną krytyczną masę. Wówczas na miejsce uczucia pewnej ciekawostki, kuriozalności rodzi się potwór zagrożenia. Otóż wydaje się, że specyfika judaizmu (zaskakująca jest realizacja, że w istocie swej geneza chrześcijaństwa to nic innego, jak jedna z kolejnych sekt, odmian tłumaczenia Tory i judaizmu powstałe na tych samych mechanizmach, jak siedemnaście wieków później ruch chasydzki) polegała na uniknięciu asymilacji w czym niezwykle pomocna była właśnie religia i jej kanony nie tylko obrzędowe i socjalne. W odróżnieniu jednak od chrześcijaństwa czy muzułmaństwa – żydzi nie byli aktywni w nawracaniu innych. To z kolei skutkowało uniknięcia uniwersalizmu, który pomaga w asymilacji.

Przypominam sobie powieść Richarda Zimlera „The Last Kabbalist of Lisbon” (The Overlook Press, New York, 1998). Lata największego pogromu Żydów aż do czasów II wojny i idei kompletnej zagłady. Portugalia przełomu wieku XV i XVI. Antysemityzm, gdzie chęć rabunku (diaspora żydowska w Portugali i Hiszpanii była bardzo wpływowa i bogata) i katolicka dewocja monarchów iberyjskich dały bodaj narodziny masowego antysemityzmu europejskiego. Pierwsze też przykłady urzędowego masowego nawracania na ‘prawdziwą’ wiarę (katolicką). Przerzucam kartki tej książki, odczytuje fragmenty, które tak mnie poruszyły ponad dwadzieścia lat temu, gdy czytałem ją pierwszy raz. Ciekawe, że powieść, rzecz z natury swej oparta na fikcji, na sytuacjach i bohaterach wymyślonych – ożywia historię, nadaje jej rumieńców życia. Żydzi sefardyjscy doświadczyli na Półwyspie Iberyjskim prześladowań niewyobrażalnych, które trwały setki lat. I tysiące morderstw, grabieży, gwałtów. Byli ulubioną (i bardzo intratną finansowo) ofiarą katolickich monarchów Hiszpanii i Portugalii.

I zaraz, w perspektywie już szerszej, prawie uniwersalnej, wracam do prac badacza literatury Piotra Sadzika z Uniwersytetu Warszawskiego na tematy maranizmu, inności, ukrywania i poszukiwania tożsamości. Maranami nazywano w Hiszpanii i Portugalii właśnie żydowskich konwertytów na chrześcijaństwo. Małe grupy tych maranów dotarły nawet aż do Polski osiedlając się w Zamościu, Lwowie i Krakowie. I wracam jednocześnie do przypomnienia polskiego pogardliwego określenia żydów, którzy przeszli na katolicyzm: przechrzta. ‘Przechrzta’ kryje w sobie jakby pewne oszustwo, szalbierstwo, nieszczerość. W domyśle można powiedzieć, że nie ufano im bardziej chyba niż Żydom, którzy trwali w judaizmie. Jest tu dość adekwatne (nie tylko do tej konkretnej sytuacji) angielskie powiedzenie: damned if you do and damned if you don’t . Czyż nie jest to specyficzna, polska odmiana maranizmu? Sadzik idzie dalej – właśnie przez podkreślenia wartości uniwersalnej współczesnego maranizmu: każdej inności, każdej odrębności od normy. To już temat inny jednak, wykraczający poza, sensu stricto, antysemityzm polski.

Ostatnim – wszak niezwykle ważnym – tematem jest sprawa rządowego, nakazowego i instytucjonalnego antysemityzmu. Sterowania niechęci, fobii narodowych i religijnych przez władze polityczne.

To nie przez jakieś specyficzne cechy Polaków i Rusinów, Polska Kazimierza Wielkiego i kolejnych monarchów Rzeczypospolitej była krajem do którego uciekali przed prześladowaniami Żydzi z Zachodniej Europy. To właśnie dzięki świadomej polityce tych monarchów ten kraj był postrzegany, jako tolerancyjny.

Niestety, siły polityczne, które władały II Rzeczpospolitą od samego zarania w 1918 po straszny rok 1939 – do tolerancyjnych i światłych nie należały. Nawet sympatycznie i przyjacielsko nastawiony wobec Żydów Marszałek Piłsudski nie potrafił poskromić skrajnie antysemickich nastrojów społeczeństwa i elit politycznych. A największa polityczna siła nowego państwa – Endecja Dmowskiego – marzyła tylko o jednym: o pozbyciu się elementu żydowskiego z Polski na zawsze. Jedni oskarżali ich o agenturalność wobec Niemiec, drudzy o sympatie pro-sowieckie. Jedna z warszawskich gazet publikowanych po hebrajsku tak pisała o latach 1918-19: „w tej godzinie, godzinie odrodzenia i ponownego zjednoczenia Polski, (…) my, Żydzi, siedzimy i opłakujemy nasze ofiary” ( M. Mirowski ‘Kwestia żydowska w II Rzeczypospolitej’; „Rzeczpospolita”,wydanie z 17 06 2017).

W latach wielkiej wojny z Sowietami w 1919-20, żołnierzy i oficerów polskich pochodzenia żydowskiego (w tym byłych legionistów, sic!) rozkazem Dowództwa Armii Polskiej internowano, obawiając się z ich strony dywersji na rzecz Sowietów.

Pisałem już o niesprawiedliwej ocenie pewnych historyków o Armii Krajowej, jako elementu antysemickiego. Tego zdania nie zmienię i uważam je za szkalujące. Ale i tu faktycznie znaleźć można wypadek szokujący: mord Żydów polskich w Lesie Siekierzyńskim pod Skarżysko-Kamiennym. Tymi lasami przebijał się idący na pomoc powstańcom warszawskim duży oddział AK „Barwy Białe’ pod dowództwem por. Kazimierza Olchowika (przyd. Zawisza). Natknęli się w lesie na grupę ok. 40-50 Żydów, uciekinierów z pobliskiego obozu pracy. Olchowik sformował oddział specjalny i wydał im rozkaz rozstrzelania wszystkich bez wyjątku. Rozkaz wykonano. Okolicznych chłopów zmuszono do pochowania ciał na okolicznych bagnach. Po wojnie, w latach stalinowskich, miał miejsce proces wykonawców tego mordu. Oskarżeni nie potrafili podać przyczyny rozkazu. Sugerowano, że Olchowik prawdopodobnie myślał, że taka duża grupa uciekinierów musi spowodować pościg Niemców, a tym samym śmiertelne zagrożenie dla oddziału AK. Nawet gdyby tak myślał, to czy podjąłby taką samą decyzję, gdyby uciekinierami byli więźniowie-Polacy? (dane z: J. Mazurek w Holocaust Studies and materials, wyd. 2013).

Ten wątek  ‘antysemickiej postawy’ AK, jako organizacji zbrojnej reprezentującej na terenach okupowanych polskie władze polityczne i wojskowe jest dla mnie niezrozumiały i szkodliwy. Stoi w sprzeczności z wszystkimi (jeśli chodzi o oficjalne stanowisko Dowództwa Krajowego AK, Rządu Polskiego w Londynie i Naczelnego Wodza) wytycznymi, postawą i rozkazami wyższych dowódców AK. Nic tego tak nie symbolizuje, jak akcja i organizacja znana jako Żegota.

Z wielu poważnych opracowań historyków na temat tej organizacji, wybiorę może najmniej (poza Kanadą) i nie przez zawodowego historyka-akademika pisaną. Cóż, te refleksje – moje – też aspiracji akademickich nie mają, o czym wspominałem. Wydawnictwo miało prosty tytuł: „Żegota. The Council for Aid to Jews in Occupied Poland 1942-45” ( Irene Tomaszewski, Tecia Werbowski, wyd. Price-Patterson Ltd.; Montreal. 1994-1999). Naturalnie, w tamtych latach na temat Żegoty wiedziano już w Polsce bardzo dużo. Nie tylko wśród historyków ale i w powszechnej, społecznej wiedzy. Niestety, nic prawie o tym nie wiedziano na kontynencie północno-amerykańskim. Teraz, w dużej mierze dzięki tej publikacji właśnie ci, co chcą i którzy powinni – wiedzą lub wiedzieć powinni. Ja tą ksiązkę otrzymałem od Autorki w Vancouverze, w roku 2006. Wiele lat później nawiązaliśmy kontakt ponownie. I pozwolę sobie (za jej zgodą) przytoczyć pewne fragmenty jej listu do mnie (korespondencja była głównie po angielsku, więc będą to tylko moje tłumaczenia).

            … w skrócie, Żydzi nie byli dla mnie kimś obcym ani my dla nich. Lubiliśmy, że jemy żytni chleb i marynowane śledzie i wszyscy myśleliśmy, że kanadyjskie jedzenie i rozmowy są nudne i nijakie.

Ale coś się później wydarzyło. Byłam zajęta małżeństwem, dziećmi, przeprowadzkami, rozwodem i znowu przenoszeniem się. Wróciłam na uniwersytet, żeby zrobić magisterkę i byłam słuchaczką na wykładzie profesora, który poinformował nas, że Rosja nie napadła na Polskę (w 1939 – przyp. moje), nigdy nie organizowała zsyłek Polaków (no, może kilku faszystów), a w rzeczywistości wyzwoliła Europę. Aha, a’propos: Polacy kolaborowali z Niemcami.  /… …/

Podobnie, jak Anglo-Protestanci i Żydzi, odwrotnie do Polaków, jestem pragmatyczna. ‘Komitet Dialogu’ jaki założyłam nie miał zmieniać świata, ale podjąć kroki ku wzajemnej edukacji. Ten komitet zorganizował pierwsze spotkanie polskich i żydowskich studentów uniwersyteckich w Montrealu. Bezposrednim skutkiem tego było zaproszenie polskich studentów do wspólnej wycieczki do Muzeum Pamięci Holocaustu w Waszyngtonie. Po powrocie wzięli udział w dyskusji prowadzonej przez urodzoną w Polsce Krysię Starker, dyrektorkę Centrum Holocaustu w Montrealu. Urządziłam serię wykładów Jana Karskiego w Montrealu na McGill; dla szkoły średniej w Żydowskiej Bibliotece; dla studentów uniwersyteckich. Byłam też w Zarządzie ,Polish Jewish Heritage Foundation’.  /… …/

Czy miałam poparcie ‘Polonii’? Myślę, że byłam trochę dziwolągiem. Wielu sądziło, że jestem Żydówką, niektórzy dalej tak myślą. Ale publikowałam pozytywne artykuły w ‘Globe &Mail’, ‘Montreal Gazette’, ‘Toronto Star’, za które byli wdzięczni i które … czyniły mnie jeszcze bardziej podejrzaną.

Po prawdzie, niektórzy z moich żydowskich kolegów też myślało, że jestem Żydówką i pytali się mnie czy jestem jedną z tych skrytych Żydówek, niechętnych do przyznawania się do tego. Kiedy Tecia (Tecia Werbowski – współautorka „Żegoty” – przyp. moje) i ja byłyśmy zapraszane na spotkania w Chicago lub Filadelfii, po odczycie słuchacze grawitowali do nas: Żydzi do mnie, Polacy do Teci. To było interesujące, ale miłe.

Fragmenty tego biograficznego listu Tomaszewskiej – lepiej  niż ja mógłbym – kreślą drogę autorki do napisania tej książki. 

Skąd wzięła się Żegota, kto ją finansował, wspierał, jakie było jej przywództwo? To dość zasadnicze pytania. Dają najkrótszą odpowiedź (choć nie wyczerpującą całego zagadnienia) o stosunku ludności i Państwa Polskiego do polskich Żydów w okresie Zagłady.  Spiritus movement powstania tej organizacji były dwie znane kobiety: pisarka o bardzo konserwatywnych, katolickich przekonaniach, Zofia Kossak i Wanda Krahelska, znana katolicka działaczka socjalistyczna blisko związana z Armia Krajową. I tu odwołam się do obszernego cytatu z tej książki Tomaszewskiej i Werbowskiej. Zorientowały się szybko, że indywidualne, acz heroiczne, akcje ratunkowe wobec Żydów w Getcie Warszawskim mogą pomóc tylko bardzo nielicznym.  Skutkiem tego było założenie organizacji, która mogła być wspierana przez dobrze zorganizowaną Armię Krajową  reprezentującą zbrojne ramię Rządu Polskiego na terenach okupowanych, uznanie i finansowe wsparcie tej organizacji bezpośrednio przez sam Rząd Polski w Londynie. Bardzo znamienne był skład pierwszych i najważniejszych działaczy Żegoty – to przekrój polskiego społeczeństwa i polskich ruchów politycznych wielokrotnie wzajemnie się zwalczających w okresie niepodległości państwowej RP. Adolf Berman (brat znanego działacza komunistycznego Jakuba Bermana, w latach stalinowskich niesławną Szarą Eminencję aparatu terroru, katorg więziennych i przemocy komunistycznej po 1945, aż do czasu Odwilży), działacz żydowskiej organizacji socjal-demokratycznej  Poalej-Syjon Lewica;  Leon Feiner, działacz Bundu, żydowskiej antysyjonistycznej partii socjaldemokratycznej;  Julian Grobelny, z Polskiej Partii Socjalistycznej (PPS);  Tadeusz Rek ze Stronnictwa Ludowego;  Ferdynand Arczyński ze Stronnictwa Demokratycznego (później Stronnictwo Polskiej Demokracji, którego był Sekretarzem Generalnym);  Władysław Bartoszewski i Witold Bieńkowski reprezentujący katolicki Front Odrodzenia Polski. Czemu ten skład i polityczne związki partyjne są tak niezmiernie istotne? Dlatego, że jest to parasol politycznie tak szeroki, że można bez najmniejszej wątpliwości uznać go za reprezentatywny  dla II Rzeczypospolitej Polskiej i dla Polskiego Państwa Podziemnego w latach 1939-45. Poza jedną siła polityczną. W tej grupie założycielskiej nie zbrakło komunistów i prawicowych katolików, konserwatystów i socjalistów, reprezentacji polskiej wsi i przedwojennej elity intelektualnej. Ale nie było oficjalnej reprezentacji … najliczniejszej siły politycznej (jeśli by każdą partię i stronnictwo polityczne rozpatrywać indywidualnie, a nie w koalicjach lub czasowych porozumieniach) II RP – zabrakło polskiej Endecji. Takie kolosalne pomyłki historyczne nie zaliczają się do przypadku. Nie są anomalią, a odwrotnie – są regułą.

Wzbraniam się przed napisaniem kolejnego zdania. Boję się, że to hiperbola niebezpieczna, może bardzo niesprawiedliwa dla wielu szarych zwolenników Narodowej Demokracji. Ale logiczne myślenie zmusza mnie do napisania tegoż. Więc zanotuje to nie w formie zdania twierdzącego, a w formie pytania: czyżby szatańska filozofia faszyzmu hitlerowskiego była formą przysługi Poncjusza Piłata dla polskiej Endecji? Czy jest możliwe, że może nie rodzaj metod ale efekt był odpowiedzią na pragnienia Endecji rozwiązania ‘problemu żydostwa’ w Polsce?

Wszelkie prześladowania jakiejkolwiek identyfikowalnej mniejszości są zawsze prawie szyte grubą nicią politycznych machinacji. Używanie parawanów  flag religijnych, narodowych, to tylko scenariusz budzenia lęku, fobii, strachu. „Jak nie my ich – to oni nas”.  A jeszcze, jak się zasugeruje, że ‘ich’ domy, liczne (naturalnie!) bogactwa rozda się ‘naszym’ , to wystarczy już tylko czekać na odpowiedni dzień, by drągi, siekiery poszły w ruch. I wtedy nie trzeba już nawet junty wojskowej organizować, nie trzeba ryzykować fałszowania wyborów. Wybory mogą się odbyć , jak trzeba. Demokratycznie. Zadowolony, bezkształtny tłum zagłosuje z wdzięcznością i bez przymusu. Trzeba jeszcze (strzeżonego pan Bóg strzeże …) tylko umiejętnie opublikować ‘przypadkowo odkryte’ listy, manifesty, programy ‘ich’ na plany naszego zniewolenia, przejęcia władzy, narzucenia ich religii (sic!), przejęcia wszystkich banków.  Od czasów upadku Starożytności – ten scenariusz powtarzał się wielokrotnie.  To dziwne, gdy się pomyśli, że pierwsze wielkie państwa-imperia przez kilka tysięcy lat nie stosowały tej metody. Przeciwnie! Może dlatego, że było nas (nas, jako ludzi ogólnie, globalnie) tak mało i każda para rąk lub mądra głowa na karku były bogactwem niezastąpionym, niezbędnym?

Współczesny antysemityzm, w tym antysemityzm polski,  są wypadkową dwóch trajektorii: wyssaną z ‘mlekiem matki’ tradycją silnie wspartą przez prostą, nieskomplikowaną i powierzchowną wiarę chrześcijańską – najsilniej występującą w formie rzymskokatolickiej i bizantyjsko-ortodoksyjną. To nie katolicyzm teologów i filozofów katolickich, a płytka i prosta wiara przekazywana przez wiejskich i podmiejskich plebanów  i manipulacjami władzy politycznej. Manipulacjami opartymi głównie na chęci utrzymania tej władzy. Za wszelka cenę. Uniknięcia rewolucji lub buntu. A w XXI wieku nawet zwykłym procesem demokratycznych wyborów.

Fakt, że Polska i ziemie polskie  w wieku XIX i XX posiadały najliczniejszą diasporę żydowską, że na terenach polskich w latach 1939-45 hitlerowskie Niemcy dopuściły się największej zbrodni Holocaustu – na zawsze symbolicznie powiązał słowa „Polska’ i „Polacy’ z tym terminem. Łatwo do tego dodać jeszcze akcje szmalcowników polskich ( z samej zasady i de iure zdrajców państwa i społeczeństwa polskiego), którzy z tych właśnie powodów obiektywnych (ilość Żydów polskich) swoje obrzydliwe plony zbierali najobficiej ( ich ofiarami byli przecież i etniczni Polacy, ci zwłaszcza, którzy z narażeniem życia Żydom pomagali, bo tak – w Polsce za pomoc Żydom groziła prawie zawsze śmierć a nie więzienie czy obóz) – a mamy scenariusz okrutny.

Co jest najobrzydliwsze w tym wszystkim, to fakt, że Żydzi po tej okrutnej Zagładzie, po 1945 traktowani byli w Polsce instrumentalnie, jak przykrywka dla ukrycia własnych niepowodzeń.  A przecież nie mogli już i nie stanowili żadnej siły politycznej ani nawet gospodarczej – stąd stworzono ten nowy, straszny mit ‘światowego żyda’, międzynarodowego spisku syjonistycznego, ‘Rothschildów’ decydujących o wszystkich globalnych finansach.  No i ten lęk dzieci, wnuków i prawnuków, że ktoś może zechce domagać się zwrotu posesji, które ich ojcowie, dziadkowie lub pradziadkowie zajęli po tym 45 … .

Dobiegłem w tych refleksjach końca.  Jaki jest polski antysemityzm? Konkluzja?

Nie wiem. Ale napiszę, co myślę.

Czy polski antysemityzm jest jednym z najgorszych, najgroźniejszych? Nie. Nie w moim widzeniu świata. Opiera się na tych samych, jak wszędzie filarach: lęku przed ‘innym’, chęcią rabunku (przejmowanie mienia żydowskiego), ciemnotą religijną  zbliżoną do zabobonu (‘no, jednak Żydzi zamordowali Chrystusa …’ ). I sprytnym, bandyckim politykiem – Władcą.

‘Władca’ (Rząd) ma tu rolę jednak absolutnie najważniejszą.  Być może we współczesnym, XXI wieku. istotniejszą nawet od religii, wyznań, Kościołów. To władza Legislacyjna, Rządowa i Sądowa decydują o polityce społecznej, mniejszościowej. Przede wszystkim o edukacji od lat najwcześniejszych, po szkoły wyższe. Bo dobra edukacja to dużo więcej niż tabliczka mnożenia i oprogramowania komputerowe. Dobra edukacja to budowanie silnej, pożytecznej konstrukcji o nazwie Człowiek. Człowiek myślący. Myślący krytycznie i samodzielnie.

Nie Polak, nie Żyd, nie Kanadyjczyk, Niemiec czy Francuz – Człowiek.

Link do cz.VI

Antysemityzm polski (cz. VI)

Bogumił Pacak-Gamalski

Obiecałem ten cykl wielu już artykułów na ten temat, zamknąć ostatnim, który ma zawierać moje osobiste refleksje  nt. antysemityzmu polskiego. Refleksje widziane w perspektywie historii ale i w perspektywie szerszej, europejskiej (w tej europejskiej tradycji  poczytuję też nowe kraje, wyrosłe na gruncie europejskiego ekspansjonizmu: Australię, Nowa Zelandię, USA i Kanadę).

Niestety, dobre intencje natrafiają na równie dobre przeszkody. Zasada: im dalej w las, tym więcej drzew sprawdza się i tym razem. Co raz znajduję lub z zakamarków pamięci wydobywam nowy szczegół, nową perspektywę, która wydaje się ważna, ba – czasem wręcz niezbędna w zrozumieniu zagadnienia. I nie mogę ośmielić się bez tych fragmentów zasugerować odpowiedzi na kwestie jakim jest polski antysemityzm. Ze względów więc objętościowych tekstu muszę go podzielić na dwie części osobno opublikowane. Dziś ta pierwsza część .

Jak – w tej perspektywie – jawie się polski antysemityzm? Jest czymś wyjątkowym czy czymś porównywalnym do tych pozostałych krajów?

Trzeba będzie wszak osobno podkreślić i osobno, krótko opisać nie tylko zjawisko antysemityzmu w szerokich rzeszach ludności głównie chrześcijańskiej ale i też specyficzną cechę antysemityzmu rządowego, państwowego. Poniekąd urzędowego, z nakazu.

Czy niespotykany monstrualny i morderczy  antysemityzm III Rzeszy Niemieckiej był prostą pochodną monstrualnego antysemityzmu Niemców, jako narodu, w latach 1938-45? Czy Crystal Nacht było odosobnioną akcją szturmówek NSDAP, przyjętą z oburzeniem i pogardą przez większość Niemców?

Nie mogę dać na to jednoznacznej odpowiedzi. Wydaje mi się, że Niemców znam dobrze. Odwiedzałem ten kraj wielokrotnie. Znam bardzo dobrze i blisko Hamburg, dobrze Berlin, Frankfurt nad Menem uwielbiam, to jedno z moich ukochanych miast Europy. Ale nie znam na to pytanie odpowiedzi. I nie ośmieliłbym się jej formułować.

Jakiś czas temu na Facebooku ukazał się wstrząsający post pana Piotra Osęki, którego obszerne fragmenty tu zacytuję:

Hitler jaki jest, taki jest, ale po wojnie należy mu się w Warszawie pomnik” – rajcowały sąsiadki moich dziadków, obserwując łunę nad płonącym gettem. Na ulicy dzieci bawiły się w „gonienie Żyda”, triumfalnie demaskując uciekinierów. A była to tzw. dobra kamienica na Starej Ochocie, urzędniczo-inteligencka, zamieszkiwana głównie przez żony polskich oficerów, których mężowie siedzieli w oflagu.
Na sąsiadów-antysemitów trzeba było uważać, bowiem od jesieni 1942 w mieszkaniu dziadków ukrywały się dwie żydowskie dziewczynki, Hania i Sabinka, jedyne ocalałe z wielodzietnej rodziny. Siedmioletnia Hania, rówieśniczka mojej mamy, była co prawda blondynką z niebieskimi oczami, ale potrafiła mówić tylko żargonem, mieszaniną polskiego i jidysz. Nastoletnia Sabinka z kolei posługiwała się literacką polszczyzną, jednak miała – tu straszny okupacyjny zwrot – „zły wygląd”. Chociaż w kamienicy ani w pobliskich domach nie było ani jednego Niemca, dziewczynki trzeba było wciąż upominać, żeby nie hałasowały, mówiły szeptem, trzymały się z dala od okien. Sabinka lepiej rozumiała grozę sytuacji, za to Hania okazała się żywym dzieckiem i kiedy odzyskała poczucie bezpieczeństwa, chciała bawić się i dokazywać.
Wreszcie stało się to, co nieuniknione. Dzwonek do drzwi. Dozorca. „Pani Piotrowska, sąsiedzi mówią, że pani tu Żydówki chowa. I że albo ja coś z tym zrobię, albo oni pójdą na gestapo”. Dzięki ostrzeżeniu katastrofy udało się uniknąć. Tej samej nocy Hani i Sabince znaleziono inne schronienie; obie przeżyły wojnę i jako młode dziewczyny wyjechały do Izraela. Moja mama i Sabinka przez wiele lat pisywały do siebie listy.
(post z 21.04.2023)

Post, jak z dalszej treści wynika, był spowodowany nagonką na znaną historyczkę i badaczkę historii Żydów polskich, Barbarę Engelking. Nagonka, jak wiele takich, była zorganizowana przez środowisko PiSowskie, naturalnie.

Opisywana przez pana Osękę historia, którą zna dobrze dzięki swojej mamie, ma dwojaki efekt. Tak, opisuje prześladowanie Żydów, donosicielstwo, ale opisuje też uratowanie żydowskich dziewczynek. Uratowanie przez Polaków (rodzina pana Osęki) i przez dozorcę kamienicy. Może nawet w pewnym stopniu przez sąsiadów-Polaków, bo wszak mimo iż byli tym wystraszeni (‘sąsiedzi mówią, że pani tu Żydówki chowa. I że albo ja coś z tym zrobię, albo oni pójdą na gestapo’ ) to jednak ani oni ani dozorca na gestapo nie donieśli. I dzięki temu – groźnemu ale ostrzeżeniu – udało się je przenieść w inne, mniej gęsto zamieszkane i bezpieczniejsze miejsce.

Jest w tym tekście też inna refleksja. Wyjątkowa, bolesna. Opisująca piękne świadectwo tysięcy ‘polskich’ drzewek w Yad Vashem w Izraelu.  Jakże smutnie i boleśnie zakończona: ‘Siedem tysięcy drzewek w Jerozolimie to wspaniałe świadectwo, ale gdyby drzewa posadzić też antysemitom i donosicielom – strach pomyśleć, dokąd sięgałby ten las’. Tylko, że to już tylko nasza tęsknota za szlachetnością, za człowieczeństwem nie zawsze w złych czasach dorastającym do naszych pragnień … . Raz jeszcze przytoczę pasujące tu wyjątkowo motto pierwszej powieści o Zagładzie autorstwa Zofii Nałkowskiej „ludzie ludziom zgotowali ten los

W innym miejscu tego fejsbukowego postu autor przytacza też nie zawsze szlachetne lub wręcz haniebne postępowanie niektórych oddziałów AK, a zwłaszcza w latach po drugiej sowieckiej okupacji Polski w 1944-47. Tutaj się z takimi uproszczeniami zgodzić nie mogę. Dowództwo Naczelne tak w kraju, jak i rządu polskiego w Londynie kategorycznie potępiało i zabraniało prześladowania polskiej ludności żydowskiej. Czy istniały przypadki (może nawet częste) postępowania poszczególnych oddziałów AK w sposób niegodny munduru polskiego? Nie wątpię. I są na to zapewne dowody. Partyzantka, nawet najlepiej zorganizowana, to jednak nie regularne oddziały wojskowe, gdzie dyscyplinę i karność można wymusić. Przez większość czasu trwania okupacji niemieckiej w Polsce Ruch Oporu nie był w stanie nigdzie prawie zorganizować nawet namiastek ani wymiaru sprawiedliwości, ani kontroli administracyjno-policyjnej. Zupełnie inna sytuacja była na Kresach. I w dwóch innych okresach wyznaczających dwie różne okupacje sowieckie: tę pierwszą, efekt Paktu Ribbentrop-Mołotow i drugą w 1944.  Problemy polsko-żydowskie w czasie tych sowieckich okupacji były bardzo różne od stosunków polsko-żydowskich na terenach okupowanych przez Niemców. W obszernym t.1 archiwum Rządu Polskiego w Paryżu i następnie w Londynie znajduję raporty z kraju (gen. Tokarzewskiego i płk. Roweckiego) do gen. Sosnkowskiego z pierwszych miesięcy obu okupacji: sowieckiej i hitlerowskiej. Spisywane suchym językiem zdyscyplinowanych wysokich oficerów są tam informacje na temat sytuacji Żydów polskich w Generalnej Guberni i na Wileńszczyźnie, Wołyniu i Podolu. Pamiętać należy, że to tylko miesiące po przegranej kampanii wrześniowej 39. Hitlerowskie mordercze polowanie na Żydów dalekie jeszcze było od tego, co miało nadejść wkrótce. Pierwsza jest nota płk. Roweckiego o pieniądzach polskich przekazanych w Paryżu do posła chilijskiego, Żyda polskiego Salomona Mikicińskiego. Mikiciński jechał z Paryża do Warszawy, jako poseł Chile by zlikwidować tam Konsulat Chile w Polsce. Minister SW RP, Stanisław Kot przekazał mu 6.5 miliona złotych do przekazania znanym mu zaufanym wysokim urzędnikom państwowym lub wysokim oficerom polskim. Z tej sumy do Roweckiego miało dotrzeć tylko poniżej 2 mln. Resztę pobrał za swoje koszta lub rozdał komu uznał za stosowne (cele charytatywne, jak to określił) sam Mikiciński.

Drugim dokumentem jest raport nr 17 z 8 lutego 1940 (Płk. Rowecki do Gen. Sosnkowskiego w Paryżu). To już szerszy raport wywiadowczo-sytuacyjny z obszaru obu okupacji (niemieckiej i sowieckiej, przyp. moje). Ciekawe (w kontekście tematu moich artykułów) są tu spostrzeżenia stosunków społecznych na terenach Wileńszczyzny i Polesia.  Rowecki konkluduje, że szczególnie nasiliło się w masach chłopskich i drobnomieszczańskich (polskich i białoruskich) uczucie nienawiści do Żydów, ze względu na sympatie do okupanta sowieckiego oraz liczny udział Żydów miejscowych w administracji i milicji bolszewickiej. Zauważa jednak, że ta kolaboracja żydowsko-sowiecka spotyka się ze sprzeciwem żydowskich działaczy syjonistycznych i tych z Bundu (socjaliści żydowscy). („Armia Krajowa w Dokumentach 1939-1945” t.1 ‘Wrzesień 1939 – Czerwiec 1941’. wyd. Studium Polski Podziemnej, Londyn, 1970, wyd. Gryf, Wlk. Brytania)

Okres drugiej okupacji sowieckiej (w 1944) sytuację i stosunki polsko-żydowskie pogorszył na skalę niespotykaną.

Na Wileńszczyźnie, Ziemi Nowogrodzkiej, na Polesiu zapanował nieopisany terror lokalnej partyzantki sowieckiej, wspieranej przez regularne oddziały wkraczających wojsk sowieckich.  Ludność etnicznie polską mordowano masowo w wielu miejscowościach. W  miastach, miasteczkach i osadach wymordowano tysiące Polaków. To nie dotyczyło obywateli polskich innej etniczności. To było zaplanowane ludobójstwo elementu etnicznie polskiego. W głąb Rosji wywieziono z Wileńszczyzny ponad 80 tysięcy Polaków miedzy 1944-45. Tysiące wywieziono z Białostocczyzny, Grodzieńszczyzny. Tak wywieziono mojego ojca i jego brata w obławie pod Miednikami – blisko dwadzieścia tysięcy żołnierzy V Wileńskiej Brygady AK. Terror, jaki tam zapanował (w stosunkowo krótkim, kilkumiesięcznym czasie) był nie do opisania. Co to ma wspólnego z tematem? Ma, niestety. Pomijając zsyłki w głąb Rosji (naturalnie te były organizowane i przeprowadzane przez regularne oddziały wojska sowieckiego i NKWD) – ta akcja miała bardzo często (sterowany przez Sowietów i ich agentów na Kresach) charakter lokalnej czystki przeprowadzanej rękoma lokalnych partyzantów sterowanych przez  sowietów, składających się z lokalnej ludności nie-polskiej. Najliczniejszym (poza etnicznie polskim) elementem zamieszkującym Wileńszczyznę była ludność żydowska. Element litewski na tych terenach był bardzo znikomy statystycznie, znaczenie mogła mieć jeszcze ludność białoruska. Czasem w niektórych opracowaniach te oddziały partyzanckie napadające na ludność polską określano, jako oddziały żydowskie. Tu trzeba jasno powiedzieć, że to niezgodne z wiedzą historyczną. W tych oddziałach było bardzo dużo partyzantów pochodzenia żydowskiego – ale dowodzenie było ściśle sowieckie i przez Rosjan kontrolowane.  To dało też początek popularnego w latach 1944-55 (ale obecnego  w popularnym żargonie polityczno-mitycznym jeszcze długie dziesięciolecia później) określenia ‘żydokomuna’.

Łatwiej pewniej Polakom było zachować uczucie ‘niewinności’ wobec ogromu terroru i zbrodni popełnianej przez nowe polskie władze polityczne widząc wszędzie polskiego Żyda-komunistę. I znowu – niuanse, niestety … . Tak, w nowych władzach politycznych i Urzędu Bezpieczeństwa (Bezpieka polska) było sporo osób pochodzenia żydowskiego.  Ale doprawdy nie trzeba robić  mozolnych badań historycznych, by ten mit obalić.  Kto, będąc osobą myślącą przypuszczać może, że po latach niemieckiego terroru, po Zagładzie, cały polski aparat terroru stalinowskiego był zdominowany przez Żydów? Czyżby jakaś nowa fala emigracyjna Żydów z Kosmosu?  A przecież po licznych i wąskich uliczkach dzielnic żydowskich w polskich miastach nie chodziły tłumy komunistycznych i antypolskich agitatorów. Nie, chodziły tam tłumy żydów. Wyznawców i członków żydowskiej religii. Pejsy, specyficzne czarne lub futrzane kapelusze u mężczyzn i specjalne peruki na głowach kobiet to nie był symbol Kominternu a starożytnego wyznania religijnego. Czy byli znani i bardzo aktywni działacze polityczni, agitatorzy komunizmu? Oczywiście. Któż nie słyszał o Róży-Luksemburg, o Alfredzie Lampe? Przeciwnikach niepodległości w 1918. Tak, ich celem była komunistyczna Europa, a  na przeszkodzie tego stanęła ta nowa Polska. Ale czy postacie np. Juliana Marchlewskiego lub wręcz samego Feliksa Dzierżyńskiego świadczą o istnieniu ‘polonokomuny’? No, bo gdybyśmy byli logicznie konsekwentni, to jeśli ‘żydokomuna’, to jednak i ‘polonokomuna’ … .

Mówiąc o Wileńszczyźnie i skomplikowanej sytuacji etnicznej tam, nie sposób nie wspomnieć opanowania Wilna w 1919 przez oddziały płk. Beliny-Prażmowskiego (nie mylić z ponownym zajęciem Wilna w 1920 przez gen. Żeligowskiego). Nikt inny, jak tenże skądinąd autentyczny bohater legionowy, Belina-Prażmowski, dopuścił się wówczas w Wilnie pogromu na wileńskich Żydach w wyniku którego zginęło ponad 50 Żydów, wielu było pobitych, zniszczono stoiska i jatki handlowe, zdewastowano cmentarze żydowskie.

Wojny, zwłaszcza wojny na terenach skomplikowanych etnicznie, niosą ze sobą spustoszenia i zbrodnie popełniane na ludności cywilnej. Popełniane nie tylko przez najeźdźców. Często są to stare, nawarstwione żale i porachunki wobec różnych grup etnicznych, religijnych. 

Wszystko się w tej duszącej mazi antysemityzmu miesza. Wszystkie historyczne, odwieczne fobie, polityczne intrygi, mity i legendy prawdziwe i sfałszowane.

Żydzi w Dęblinie witają Marszałka w 1920

Jako ciekawostkę dodać warto, że właśnie Julian Marchlewski wydał bardzo inteligentną dysertację w 1920 w Lublinie „Antysemityzm a robotnicy”. Ta ciekawa praca historyczna opisująca dzieje antysemityzmu w części wstępnej sięga historii tego przekleństwa Europy na przestrzeni ponad 2000 lat. Nie będę tu się rozwodził nad zasadniczym tematem (antysemityzm a robotnicy) ale przytoczę specyficzny akapit ze s. 9. Chodzi tu o opis budzenia się antysemityzmu w Rzymie w latach po wygnaniu Żydów z Palestyny. Budzenia się, lub adekwatniej: sterowania przez cesarzy gniewu Rzymian w kierunku odróżniającej się od pozostałych mieszkańców Rzymu grupy etniczno-religijnej: Żydów. Marchlewski pisze: ‘Ten tłum zaś często burzył się, gdy go obdzierał cezar, gdy drożyzna panowała, gdy żołdactwo nazbyt swawoliło. Wtedy dobrze mieć kozła ofiarnego, na którym tłum swarliwy, używszy sobie, zaniecha innych celów swego niezadowolenia. W ten sposób Nerony, Kalligule, Tyberiusze nabrali wprawy w urządzaniu pogromów. Wszczął się pożar – bito żydów, drożyzna – bito żydów, pomór – bito żydów’.

Brzmi znajomo, prawda? Mało tego – wyprzedza to o sporo lat antysemityzm zbudowany na płaszczyźnie wiary katolickiej, synodów chrześcijańskich i Listów Pasterskich papieży i biskupów Rzymu i Konstantynopola.

W istocie zaczyna się rodzić dziwne uczucie. To jaki w końcu jest ten antysemityzm? Dlaczego? Co leży u jego zarania? Czym polski się różni od francuskiego, włoskiego a nawet rzymskiego z czasów Cesarstwa?

Link do cz. V https://kanadyjskimonitor.blog/2023/04/26/chasydzm-i-odrodzenie-nowej-rzeczypospolitej/

Chasydyzm i odrodzenie nowej Rzeczypospolitej

Bogumił Pacak-Gamalski (cz. V)

Zakończył się okres Paschy żydowskiej i chrześcijańskiej Wielkanocy, która faktycznie jest niczym innym, jak ostatnią celebracją Paschy żydowskiej przez Jezusa z Nazaretu. Więc czas do powrotu do mojego cyklu o antysemityzmie polskim. Chciałbym już na ten temat w przyszłości nie pisać. Ale bym mógł nie pisać w przyszłości – muszę teraz starać się moje myśli na ten temat ułożyć.

Z notatek spisywanych  w marcu tego roku wynika, że nurtowało mnie to bardzo. Właśnie te pytanie: Czy kiedyś napiszę ostateczną, końcową wersję tej historii? Mojej, polskiej. I ich, żydowskiej, a wszak też polskiej.

I przyznaję, że jest to emocjonalnie wyczerpujące. Nie wiem, może profesjonalny historyk (podobnie, jak lekarz) potrafi okryć się pancerzem obojętnego obiektywizmu, szkiełka i oka. Mnie trudno. Więc wolałbym jednak na tym cyklu pozostać, zamknąć moje szperanie w ciemnych zakamarkach duszy polskiej. Z całą stanowczością jednak muszę podkreślić moją niewzruszoną pewność (a przez to jeszcze bardziej przykrą i nieznośną), że antysemityzm polski nie był/nie jest wyspą odosobnioną. To nie wyspa a olbrzymi kontynent religijnych waśni i nienawiści wszystkich religii Abrahamowych. Ale to już zupełnie osobny i inny temat.

Nikogo prawie już nie ma kto pamięta, kto widział, kto słyszał; był aktorem-ofiarą dramatu. Pozostaną dokumenty, archiwa. Martwe. Dokumenty nie mają etyki, nie płaczą, nie krzyczą. Nie mają też nienawiści, pogardy. Nie są nawet chciwe. To martwe formularze, kartki papieru. Z biegiem lat wyblaknie  z ich stron człowiek. Pozostanie tylko suchy fakt jakiegoś czynu, jakiegoś miejsca, może kilka nic nie mówiących nazwisk, które stracą swą łączność z tym człowiekiem, z jakimkolwiek człowiekiem.

Czy zdążę pojąć co i dlaczego się stało nim ten czas – w tym i mój czas kurczący się – nadejdzie? Wątpię. Ale będę się starać pojąc głębiej, zrozumieć, co do zrozumienia jest możliwe.

Przyszedłem na świat około dekadę od ostatniego pogromu i około dekadę przed ostatnią nagonką. Tą, która de facto unicestwiła marne resztki świata polskich  Żydów istniejące na ziemiach, które zamieszkiwali od setek lat. Wielu rzeczy, osób, miejsc, które były mi kulturowo bliskie emocjonalnie nigdy nie zobaczyłem, nie poznałem, nie dotknąłem. Spóźniłem się o epokę. Pamiętam smutek młodego chłopaka, kiedy przechodziłem  zakrętem małej uliczki przez Plac Grzybowski i mieszczący się tam budynek Teatru Żydowskiego. Zawsze chciałem zobaczyć wielką Idę Kamińską na scenie tego teatru. Nie zobaczyłem. Kamińska dobrowolnie wyjechała z Polski po nagonce w 1968. Teraz nie ma nawet w tym miejscu śladu po tym teatrze. Tym razem już z przyczyny decyzji samej warszawskiej Gminy Żydowskiej, która ten historyczny budynek sprzedała. Bardzo niefortunnej i złej decyzji. To było miejsce specjalne, o wartości historycznej. Za dukata czy miedziaka nie wszystko można kupić. I nie wszystko powinno się sprzedawać … .

Pogranicze, to takie dziwne terytorium ‘ni tu ni tam’, ‘naszych i ich’. Kimkolwiek ci ‘nasi’ i ci ‘tamci’ są. Cechą zasadniczą pogranicza jest biegnąca w jego środku niewidzialna linia granicy: przedziału, podziału.

Świat pogranicza, który nigdy nie wróci. Wielusetletnie pogranicze polsko-żydowskie, które wycisnęło się trwałą i niezniszczalną pieczęcią na historii Polaków i Żydów. Historii Polski. Polskiej i żydowskiej. Bez wątpienia ta historia ma swoją kontynuację (nie zawsze całkowicie świadomą) daleko poza Polską.  W Izraelu, w Nowym Jorku, w Montrealu. Wszędzie, gdzie istnieje żydowska diaspora i gdzie istnieje świadoma swej historii diaspora polska.

W dawnej Rzeczypospolitej szlacheckiej tereny były rozległe, olbrzymie. Więc i pogranicze – zwłaszcza kresowe, stepowe – było szerokie, jak owe niekończące się stepy. Na pograniczu wąskim, gęsto zaludnionym, ta biegnąca gdzieś nić graniczna zamazuje się. ‘Nasi’ i ‘tamci’ stają się coraz mniej różni, upodabniają się, asymilują.  Tak bywało w Polsce zachodniej, nawet centralnej, północnej. Na Podolu, w województwie Bracławskim  i dalej, ku Dnieprowi – przestrzeń była szeroka, mało zaludniona a miasteczka nieliczne i w zasadzie pozbawione specyficznej klasy mieszczaństwa.

Czas tam biegł inaczej. Dramatyczny okres ostatnich dwustu lat istnienia I Rzeczypospolitej wiązał się i z osiągnieciem przez nią potęgi na skalę olbrzymią i początku jej wewnętrznego i zewnętrznego rozpadu. Na dalekich kresach południowo-wschodnich był to też czas nie kończących się wojen i wojenek z Kozaczyzną, z Tatarami, z Turcją. Stabilne więzy administracji państwowej, rozwoju gospodarczego i politycznego rozpadały się, jak wywrócony kosz połatanej przędzy. Był to czas bardzo nieprzychylny dla osad i zbiorowisk biedoty żydowskiej, drobnych rzemieślników i drobnych handlarzy. Czas głodu, lęku. Tak zrodził się mesjanistyczny ruch chasydzki. Ludzi, których określić można  ruchem mesjanistycznym, zanurzonym nie w uczonych i przestrzeganych przez rabinów Rzeczypospolitej zapisach Talmudu, a w Kabale izraelskiej i we fragmentach często niezrozumiałej Tory. Przypominali nieco średniowiecznych mnichów chrześcijańskich wędrujących po grodach i leśnych trakach ówczesnej Europy. Trochę też muzułmańskich derwiszów spod skrzydeł Rumiego i jego oblubieńca, Szamsa z Tabrizu. Niewykształceni, pozbawieni opieki spirytualnej i prawnej, przemieszczali się od osady do osady, jako owi średniowieczni trubadurzy, jak grupy tańczących Derwiszy śpiewając znane im nieliczne hymny Tory i własne hymny radości życia i zespolenia z Jahwe. Ich Pana, który tak, jak z niewoli egipskiej i ich do krainy szczęścia wywiedzie. Dostawali od innych żydowskich biedaków w napotkanych osadach pożywienie, napitek. Ich mesjanizm był ratunkiem przed skrajną depresją, przed codziennością, która ich przerastała ogromem wezwań. Ruch ten w sposób omal nadzwyczajny rozrósł się do nieoczekiwanej popularności i masowości.  Niektórych  z nich widziano, jako osoby nawiedzone łaska bożą, świętych. Niektórzy z nich zaczęli siebie tak widzieć. Typowe procesy ruchu mesjanistycznego. Początkowo, gdy ich sława i mir, dotarły do szanowanych i znanych rodów rabinackich Rzeczypospolitej, ci świętobliwi adepci Talmudu, który stale tłumaczyli i uwspółcześniali nowymi komentarzami – oburzyli się na takie występki nieuczonych w piśmie, na jakieś tańce i śpiewy niczym w szynku a nie w domu pobożnego żyda. Ostrzegano przed nimi, grożono, a samych chasydzkich ‘odszczepieńców’  nawoływano do zarzucenia tych bezecności. Ale było już za późno. Ruch obrósł w siłę i popularność. Znani i szanowani rabinowie musieli się z faktem pogodzić, nawiązać kontakty. Z czasem powstała funkcja cadyka, a nieco później ta funkcja cadyka – podobnie jak tytuł rabinowski – stały się dziedziczne. Powstały rody i grody cadyków.

Mauzoleum Lewi Izaaka, słynnego cadyka z Berdyczowa (XVIII-XIX w)
(fot. by By Shybetsky – Own work, Wkipedia Commons)

Odnoszę wrażenie, że ruch chasydzki doprowadził do większego wyobcowania, szerszej alienacji Żydów chasydzkich z więzów obywatelskich, państwowych. Z więzów emocjonalnych z samą instytucją państwa, w jakim mieszkali. To do siebie ma wszelki ‘mesjanizm’ – nie tylko religijny ale i polityczny, narodowościowy, filozoficzny. Gdy nadeszły czasy walk o niepodległość Polski – te żydowskie miasteczka, osady, które wyrosły na gruncie chasydzkim nie wybuchły patriotycznym uniesieniem rezurekcji tej ukochanej Rzeczypospolitej. W dodatku na ziemiach polskich rozszumiał się głośną zawieją inny mesjanizm – polski, etnicznie polski. Nie, nie ten z czasów Wielkiej Emigracji Hotelu Lambert. Mesjanizm pana Dmowskiego i Narodowej Demokracji i jej bękarta – faszystowskiej Falangi. Te faszystowskie bękarty stały się zresztą modne w całej Europie. Nieszczęściem Żydów polskich był fakt, że w Polsce ich, Żydów, … było najwięcej. Nie bez znaczenia był tradycyjny  antysemityzm większości polskich hierarchów i zwłaszcza szerokiej rzeszy zwykłych księży katolickich.

Przy tym wyobcowaniu, wzajemnej nieufności, lęku z żydowskiej i agresywności z etnicznie polskiej strony – te sąsiedztwo w granicach jednego państwa nie było łatwe.

A były szanse na lepsze sąsiedztwo. Intelektualna i finansowo-gospodarcza elita Żydów polskich była z kulturą polską i państwem polskim emocjonalnie i intelektualnie silnie związana. Nie tylko Żydzi, którzy ulegli pełnej, dobrowolnej polonizacji i uważali się za ‘Polaków żydowskiego pochodzenia’. Również Żydzi ortodoksyjni świadomi swej odrębności kulturowo-etnicznej i chcący tą odrębność zachować czuli się z Polską silnie związani. Czuli się jej pełnymi obywatelami.

Były szanse. Bladły jednak wobec przeszkód. Już podczas Konferencji w Paryżu (gdzie Polskę reprezentował Dmowski i jego Stronnictwo Narodowe) tzw. problem mniejszości żydowskiej napotykał na ostre sprzeciwy strony polskiej. Podpisano co prawda tzw. ‘mały traktat’ dotyczący specyficznie ludności żydowskiej – ale Polacy nawet nie ukrywali, że nie mają zamiaru większości z jego zapisów realizować, podobnie, jak nie zrealizowaliśmy nigdy ustaleń Konferencji Państw Reprezentujących byłe mocarstwa, które przestały istnieć – Austro-Węgierskiego i  Cesarstwa Rosyjskiego   w sprawie Ukraińców. Polska przyjęła w zasadzie opcję tzw. faktów dokonanych. Problemy były też obiektywne. Żydzi nie byli w jakimkolwiek sposób jakąś jednolitą społecznością z tzw. tradycyjnego rozumienia mniejszości etnicznej. Co miałoby o należeniu do takiej ‘mniejszości’ decydować? Wiara? Etniczność? Język (hebrajski? aramejski? czy jidysz? byli obywatele pochodzenia żydowskiego, którzy mówili tylko po polsku)? Nie zamieszkiwali jakiegokolwiek specyficznego terytorium administracyjnego. Ba, zamieszkiwali na terenach historycznie należących do innych mniejszości Rzeczypospolitej (Podole, Wołyń, Białoruś, Wileńszczyzna).  Polska zgodziła się na prowadzenie przez Gminy Żydowskie szkół. Istniały zasadniczo (w zależności od wielkości i zamożności Gminy ) szkoły o charakterze religijnym (tzn. wykładano w nich religię mojżeszową i nauczyciele byli wyznania żydowskiego oraz szkoły generalnie świeckie. Najczęściej były to szkoły powszechne i gimnazjalne (do 7 klasy), były też szkoły gimnazjalno-licealne (do 9 klasy). Wykładowym były języki: hebrajski, jidysz i polski. W zależności od oferowanego programu i stopnia przygotowania zawodowego nauczycieli szkoły, ich świadectwa były formalnie uznawane na tej samej zasadzie, jak szkoły państwowe. Ale nie były opłacane i nie otrzymywały dotacji z budżetu miejskiego  (państwowego) i były szkołami prywatnymi. Stąd poziom ich był bardzo ścisłe związany z zamożnością danej Gminy i danego sąsiedztwa żydowskiego.  Warte odnotowania jest, że podobnie jak szereg polskich szkół państwowych, tak i żydowskie kontynuowały tajne komplety i naukę nawet w czasie okupacji hitlerowskiej. Ostatni tajny egzamin maturalny z Liceum Spójnia miał miejsce w getcie warszawskim w lipcu 1942.  Tylko w samej Warszawie wszelkiego typu i charakteru szkól żydowskich było ponad dwieście. Szkolnictwo wyższe było wyłącznie domeną państwową.  I tu spotykamy od razu poważne wyłomy w demokratycznym , ogólnym dostępie do nauki opartym jedynie na wiedzy kandydata. Wszystkie chyba wyższe Uczelnie w Polsce praktykowały większy lub mniejszy rodzaj rasizmu lub antysemityzmu. I nie mówię tu o wyczynach i akcjach studentów skupionych w szowinistycznych Korporacjach studenckich, zwłaszcza w tych  tzw. ‘młodych’, czyli powstałych w latach Dwudziestych. Mówię o formalnym, uczelnianym antysemityzmie. Przypominam sobie mała książeczkę  kupioną przed wieloma laty, wspomnienia dr. Jana Gellera, polskiego Żyda.

Geller młodość spędził w Krakowie w inteligenckiej rodzinie żydowskiej. W 1924 po zdanej maturze złożył aplikację na Uniwersytecie Jagiellońskim na Wydział Medyczny. Aplikacje odrzucony na podstawie ‘numerus clasus’: na 100 otwartych miejsc tylko 10 przeznaczono dla kandydatów żydowskich. Wyniki maturalne, listy polecające nie miały znaczenia. Tak, jak znaczenia nie miało obywatelstwo polskie. Dzięki uporowi i listowi polecającemu od byłego premiera Polski, przyjęto go na UJ w następnym roku.

W 32 ukończył bakałarz medycyny, w 1934 obronił prace doktorską. Po wiadomości, że zdał doktorat pośpieszył na swoją uczelnie odebrać papiery w Collegium Novum UJ. Niestety, nieświadomie wybrał niefortunny dzień. Dzień, w którym studenci i absolwenci żydowskiego pochodzenia mieli zakaz przychodzenia do najstarszego polskiego uniwersytetu. Co mu dość zdecydowanie wyjaśnili szybko studenci-Polacy … . („Through Darkness to Dawn” by dr. John Geller, Veritas Found. Publication Centre, London, 1989).

Cóż więcej dodać?  Może stronę  tytułową popularnej gazety tego zacnego grodu Piastów i Jagiellonów. Z tego samego mniej więcej czasu, co przytoczone wyżej wydarzenia Jana Gellera.

Link do cz.4

… we fragmentach zamknięte …

… we fragmentach zamknięte …

Bogumił Pacak-Gamalski

We fragmentach publikowanych przeze mnie  na przestrzeni lat i na najróżniejsze tematy (nie związane bezpośrednio z tym) znajduję takie wtrącenia właśnie. Niby nic. Jeden dotyczy wspomnień z pierwszej wizyty w Polsce od czasów emigracji, w pamiętnym roku pierwszych wyborów prezydenckich (Wałęsa contra Tymiński).  I przypadkowego spotkania wieczorem w Warszawie znajomego działacza i polityka polskiego.  Nie, nie 1890, nie 1940 i nawet nie 1967. Rok był 1990.

Drugi to fragment związany z rocznicą zamordowania przez nacjonalistę-narodowca polskiego … pierwszego prezydenta odrodzonej Polski, Gabriela Narutowicza. W ciągu kilku dni nagonki na Narutowicza, z potomka starego polskiego rodu szlacheckiego został … żydem i symbolem spisku międzynarodowego syjonizmu. Efekt znamy – strzał z pistoletu przy otwarciu wystawy na Zachęcie. Rok był 1922.

Frag. 1.

Jednego z tych popołudni, gdy zbierało się na wczesny wieczór szedłem wolnym spacerem z Nowego Światu na Krakowskie. Latarnie uliczne ledwo ćmiły, jakby to były lampy gazowe a nie elektryczne. Z daleka ujrzałem pochodnie. Pod św. Anną stały szeregi harcerzy w mundurach i pochodniach w dłoniach. Patriotyczna scena, jak z ram starych obrazów. Na małą mównicę wchodzi … Wojtek Ziembiński. Chciałem podejść i się przywitać. Ale nie podszedłem. Przypomniało mi się, jak się poznaliśmy i jak mnie od niego odpychało.

Ziembińskiego z Polski nie znałem, choć był działaczem anty-komunistycznym od wielu lat. Był starszy ode mnie sporo lat, prawie w wieku mojego ojca. To ‘prawie’ ma znaczenie, bo pozwala mi umieścić nieco wybujałe fragmenty jego własnej autobiografii w realnym kontekście. Czyli co mogło być realne a co, powiedzmy sobie, z lekka koloryzowane w odcieniach mitomanii. Cofnijmy się więc o dwa-trzy lata. W Calgary mieszkała od czasów powojennych Zofia Skarżyńska de domu hrabianka Zamoyska. Wdowa po Kazimierzu Skarżyńskim. Tym, który z ramienia polskiego PCK przeprowadził pierwsze badania zwłok oficerów polskich w lesie katyńskim. I sporządził pierwszy, niezależny raport z tych badań. Oczywiście do 1989 w Polsce oficjalnie Katyń dalej był robotą Niemców. Oryginał tego raportu Kazimierza Skarżyńskiego pani Zofia przechowywała w domu. W Bibliotece Kongresu USA istnieje oficjalna kopia Raportu, którą przekazał Kongresowi Skarżyński jeszcze w latach 50. podczas oficjalnych przesłuchań w Kongresie w czasie amerykańskiego dochodzenia na ten temat. Z panią Zofią znałem się bardzo dobrze (Kazimierz Skarżyński zmarł na długo przed moim zamieszkaniem w Calgary) choćby z racji tego, że była czynna i lubiana w Polonii ale też z faktu, że łączyły mnie bardzo bliskie stosunki z jej córką, Marią. De facto byłem wówczas prawie domownikiem w domku pani Zofii. Pewnego dnia pojawił się tam właśnie Ziembiński z misją uzyskania Raportu Kazimierza Skarżyńskiego i praw do druku tegoż. Był już co najmniej jeden (było wielu wcześniej) publicysta i pisarz, który o to samo zabiegał, Edward Zyman. Edwarda znałem od jego pierwszych dni na emigracji w Kanadzie. Pani Zofia prosi mnie do siebie na spotkanie-kolacyjkę z Ziembińskim. Maria (jej córka) ma nadzieję, że udzielę jakiejś dobrej (?) rady, która pomoże jej mamie podjąć decyzję. Jak w  starym ziemiańskim domu dyskusji być nie może bez dobrej kolacji (Zofia Skarżyńska gotowała świetnie i sporo tego było z jej własnych polowań – palce lizać) a gość mógł pić ile zechce. Ziembiński momentalnie przybiera pozę zażyłego szlachcica-sąsiada jaśnie pani hrabianki i zaczyna brylować skrapiając animusz suto gorzałką. Ja wówczas też zdecydowanie za kołnierz nie wylewałem i nie krygowałem się niby to wzbraniając się przed kolejną dolewką do kieliszka. Gość szybko proponuje bruderszaft. Mimochodem schodzimy na Piłsudskiego, mówię mu o spotkaniu z Wandą Piłsudską, o przyjaźni z generałem Tadeuszem Tarczyńskim, adiutantem Marszałka od czasów jeszcze Oleandrów. Ziembiński podnieca się tematem, peroruje jakim jest wielkim wielbicielem i ostatnim chyba z żyjących piłsudczyków w Polsce. Zapomina się w podnieceniu i irytuje mnie. Jeszcze chwila a okaże się, że jest legionistą, cholera, myślę.  Zaczynam patrzeć na niego uważniej. On bierze to za zachwycenie publiki i oracje jeszcze większe smali. W pewnej momencie używa zwrotu ‘jako stary żołnierz Marszałka…’. No, nie wytrzymuję i uderzam dłonią w stół: ‘co ty pierdzielisz Wojtek?! Przecież ty do 39 chodziłeś jeszcze w krótkich spodenkach, jesteś młodszy od mojego ojca o kilka lat, a ojciec nie miał nawet skończone 18 lat, gdy go Sowieci aresztowali pod Wilnem w akcji ‘Burza, w 1943. W 35, roku śmierci Marszałka, nosił bardzo krótkie spodnie, więc ty nosiłeś jeszcze krótsze’. Robi się cisza. Słychać chyba było jak nam wóda parowała z czupryn. By ratować niezręczność sytuacji dodaję, jako żart: ‘no, skończmy z Marszałkiem. Pani Zofia pamięta go jak przyjechał na rozmowy z jej ojcem, ordynatem Maurycym Zamoyskim, który był przecież przeciwnikiem Piłsudskiego, więc chyba to temat nie najlepszy na zyskanie jej przychylności’. Wszyscy oddychają z ulgą i śmieją się niby serdecznie. Ale Zofia puszcza mi oko z zadowoleniem. Dość miała też tego perorowania. A cel spotkania jednak bardzo ważny. I dochodzę jednak do wniosku, ze mimo niechęci jaką do niego personalnie odczułem – fakt, że jest antykomunistą jest niezaprzeczalny, że jest działaczem opozycji – też, że jest z Kraju i tam ma być „Raport” katyński opublikowany to argumenty, które przemawiają na jego korzyść. I tak w konsekwencji radzę pani Zofii, nie ukrywając personalnej niechęci do tromtadracyjności suplikanta. Tak też się stało. Raport się ukazał najpierw w ‘drugim obiegu’ w Kraju w 1988, potem w Paryżu nakładem Editions Dembinski w 1990. Zabrakło mi w tym wydaniu rzetelnej przedmowy historyka tamtych czasów, zabrakło solidnego przedstawienia sylwetki Kazimierza Skarżyńskiego. Zrobił to lata później w świetnych opracowaniach historycznych Andrzej Przewoźnik. W wydaniu ‘Raportu” przez Ziembińskiego jest jedynie jego własne posłowie, krótki i dość uproszczony (jak większość rzeczy, które Ziembiński robił) opis historii sowieckich zbrodni  na Kresach w 39. Bardziej do artykułu w gazecie niż do dość jednak historycznej publikacji.

Dość długie to wspomnienie ale jednocześnie dość charakterystyczne dla przemian, które następowały w Polsce po 1989 roku.  W 1981 roku, w dniu 13 grudnia, Polska i Polacy rysowani byli grubą, wyraźną kreską. Granica My-Oni była wyraźna. Na niuanse mało kto zwracał uwagę. Ani na dopatrywanie się, gdzie kreska jest węższa. Dopiero rok 1990 wykazał jak strasznie ważne i niedoceniane były te niuanse i obszary zacieniowane. Wszyscy chcieliśmy wolności. I nikt nie potrafił jasno zapytać: jakiej?

Jest więc rok 1990, stoję przy szeregach harcerzy z pochodniami, na mównicy z megafonem stoi Wojciech Ziembiński i zaczyna rzucać hasła. Niebezpieczne. Dziwne. Jakiś spisek znowu żydowski, jakieś anty-polskie zagrożenia i jak z nich Niepodległą, Wspaniałą, Katolicką Ojczyznę wykuć w głazie marmuru. Harcerze z pochodniami falują w szeregach, oczy im się skrzą. Niby jest nawiązanie do harcerzy lwowskich broniących grodu przed hordą bolszewicką w 1918, niby są cienie Szarych Szeregów Powstania w 1944. Może i ojca mojego bym się dopatrzył, bo przecież formalnie był w grupie harcerskiej a nie żołnierskiej, gdy dostał rozkaz dotarcia z kolegami i bratem do oddziałów AK w lesie pod Wilnem w 1943. Ale nie widzę tych cieni. Widzę młodych ludzi, bardzo młodych, którzy tylko tą mało skomplikowaną historię znają, którym nagle w tempie przyspieszonym dano wykłady i broszurki tylko jednej wersji tej historii, bardzo zbliżonej do wersji Dmowskiego, do radykałów domowego faszyzmu lat 20. i 30. XX wieku. Wersji, która całkiem dobrze przetrwała czasy komuny ale kto wówczas na szczegóły zwracał uwagę? Przecież wszyscy byliśmy po tej samej stronie barykady. Wszyscy? Tej samej? I zastanawiam się, czy gdyby nie było roku 1968, masowej i wymuszonej emigracji resztek Żydów polskich do Izraela i innych krajów Zachodu, gdyby akurat z jakiejś modlitwy w bożnicy lub spotkania towarzyskiego grupka takich Żydów szła teraz np. do kawiarni na Starówce – to czy ci harcerze by ich bili? Rękoma czy po prostu tymi pochodniami płonącymi biało-czerwonymi ognikami? I mam ochotę podejść do mównicy i wrzasnąć na Ziembińskiego: stul mordę, bo ci przy…lę idioto! Ale nie robię tego, bo Ziembiński by mnie i tak w tej ciemności nie poznał a harcerze (lub zebrani obok gapie), by mnie wzięli za komunistę i niezłe mi manto spuścili. Podchodzę jednak tuż do pierwszego szeregu tych zuchów i ze smutkiem mówię bardzo głośno: ‘straszne, co wy robicie, chłopcy’. Patrzą, jak na dziwaka. I odchodzę ze spuszczonym łbem kierując się na Plac Teatralny i Ogród Saski. Czas wracać do domu z tego (nie)tryumfalnego spaceru miasta mojej bujnej młodości.

Frag. 2

Gabriel Narutowicz, ku zdumieniu obozu prawicy polskiej, wygrał pierwsze wybory prezydenckie w Rzeczypospolitej Polskiej w grudniu 1922. Fala nienawiści, jaka wylała się na niego z prasy, wystąpień publicznych działaczy narodowców i faszystów polskich była niesamowita. Od absurdalnych po katastroficzne. W przeciągu kilku dni Narutowicz, potomek starego rodu szlacheckiego z Litwy, stał się Żydem i symbolem spisku żydowskiego. Popularny prawicowy publicysta, ksiądz i poseł Kazimierz  Lutosławski pisał na łamach „Gazety Porannej” 11 grudnia: ‘Co się stało? Jak śmieli żydzi narzucić Polsce swojego prezydenta!’ a kończył tekst wezwaniem do bezpardonowej walki z ‘żydowskim zamachem stanu’ i ratowaniem Polski.


Pewnie było takich fragmentów więcej. Nie mam czasu na czytanie co kilka lat wszystkich swoich tekstów. Niektórych z pewnością nie mam w domu i pojęcia nie mam, gdzie każdy publikowałem. Zdarza się, gdy ma się kilka krzyżyków na karku (choć jeszcze nie pochylonym) i nie jest się, no jak to się dziś nazywa … influencerem ?

Ah, wrócę jeszcze na moment do tej mojej ulubionej książki Agaty Tuszyńskiej, która wybrała się na poszukiwania śladów Isaaka Baszewisa Singera (tak, tegoż noblisty). Na s. 39  wspomina, że jeszcze w Leoncinie (miasteczko-osada założona koło Zakroczymia przez Żydów po tym, jak Rosjanie wypędzili ich z Biłgoraja w czasach wojny 1905) któryś z Żydów lokalnych przeczytał w gazecie o pogromie Żydów w Białymstoku. Tuszyńska pisze: Powtarzano sobie doniesienia o okropnościach, jakie spotkały dzieci i starców, których porąbano siekierami na śmierć, mówiono o ciężarnych kobietach, którym otwierano brzuchy. Rok był 1906.

Popiersie wielkiego myśliciela Gaona z Wilna (na placu, gdzie kiedyś była Wielka Synagoga wileńska – zdjęcie autora)

Te daty wytłuszczałem naturalnie w pewnym celu. Bo to szmat czasu. Można je pewnie wydłużyć, znaleźć przykłady wcześniejsze i bliższe dnia dzisiejszego. Ale te, wyżej wytłuszczone przy kolejnych akapitach-fragmentach, są klamrą dość zasadniczą obejmującą ostatnie sto lat naszej historii. Historii polsko-żydowskiej. W 1910 urodził się mój młodszy dziadek; drugi, starszy, w 1906 był już młodym mężczyzną. Więc jestem już trzecim pokoleniem tej klamry czasowej, za mną są już kolejne dwa pokolenia mojej rodziny. Chciałbym by dalej ta historia już się nie toczyła. By był to czas zamknięty. Jedynym sposobem by tak się stało jest kolejne, raz jeszcze trudne ale niezbędne otworzenie kart tej steranej księgi naszej przeszłości. Każdej karty, każdego świństwa, każdego pogromu, każdej szkody wyrządzonej naszym żydowskim braciom i siostrom. Raz na zawsze zamknąć usta propagandzie, a otworzyć okna dla prawdy historycznej. Tylko wtedy dojrzymy te całe pokłady piękna, braterstwa i wspólnoty ojczyźnianej jaką przez ponad siedemset lat z naszymi żydowskimi współobywatelami tworzyliśmy. Czy to jest możliwe? Oczywiście, że tak. Jest nawet dość proste. To wymaga odwagi politycznej rządów polskich ale i ich zrozumienia niezbędności utrwalania i zachowania prawdy.  Przede wszystkim wymaga jednak naszego zrozumienia tej historii. Mówiąc ‘naszego’ nie myślę już o rządach, politykach. Myślę o nas – ludziach, którzy uznają się i uważają za Polki i Polaków. Jeśli z dumą należną wspominamy jakieś wielkie zwycięski bitwy polskie, jakieś osiągnięcia naukowe, artystyczne, to nie możemy zakrywać oczu i uszu wobec obszarów wstydu narodowego. Jeśli w Dzień Zaduszny zwyczajem naszym chodzimy z momentem zadumy na Powązki, na Rossę wileńska, na Cmentarz Orłów we Lwowie, na niezliczone stare cmentarzyki z prostymi krzyżami żołnierzy, których nie znaliśmy, lub osób wyjątkowo zasłużonych Polsce, to równie naturalnym jest pójść na jakiś stary, zapomniany cmentarzyk żydowski. Oni też ten kraj, tą ziemię budowali, rozwijali. Tu się rodzili, tu się żenili i tu umierali. U siebie. W swoim kraju od pokoleń. Nie ma nic złego pójść na taką cichą cmentarną wizytę z dzieckiem i dwa słowa wytłumaczenia dlaczego ten cmentarzyk zapomniany, zaniedbany.  To może być wartościowsze dla takiego dziecka niż późniejsze suche lekcje historii w szkołach. I tam, na tym cmentarzu, bez fanfar i kamer telewizyjnych cicho szepnijmy: przepraszam.

poprzedni tekst cyklu

Smutne zaułki

Bogumił Pacak-Gamalski

Część III

Temat nie prosty. Nie bardzo nawet wiem od której ‘strony’ do niego podejść. Początkowo miało być o złożonej i niełatwej stronie historii polskiego antysemityzmu, a bardziej jeszcze ściśle, o zaminowanym polu Holocaustu Żydów polskich na terenach polskich w czasie 2 wojny.

Jest też temat poboczny niejako ale uwagi wymagający – temat Wikipedii, jej wiarygodności lub nie, gdyż w tym wypadku Wikipedia ma z tym tematem zasadnicze znaczenie, co dalej wyraźnie wytłumaczę. I od tego zacznę (bo łatwiej i prościej), Z pozoru błahy, w istocie bardzo ważny.

Kto i kiedy ostatnio zaglądał do encyklopedii? Nie przez Googla ale do encyklopedii drukowanej przez jakieś znane i cenione (jakiekolwiek) wydawnictwo naukowe? Cisza? Ano tak – z tych drukowanych nic się w zasadzie nie ustało. Próbowały tu i ówdzie niektóre szacowne instytucje. I wszystkie prawie bez wyjątku poległy ‘na polu chwały’ próbując. Jedyną (z tych znanych i szanowanych na świecie) była Encyklopedia Britanica, która walkę podjęła. Nie, nie walną bitwę, bo przy ostatniej próbie edycji w druku też przegrała. Ale bitwa przegrana nie oznaczała klęski totalnej – Britanica potrafiła przekształcić się w wydanie elektroniczne (online), systematycznie aktualizowane. Upadek popularnych wydawnictw encyklopedycznych nie jest świadectwem zaniku rynku czytelniczego (w każdym razie nie wyłącznie) ile prędkością nowych odkryć, badań i stanu wiedzy, którym charakteryzuje się współczesny świat. Ta prędkość przekracza możliwość aktualizacji tradycyjnych, drukowanych wydań.

W takim nowym świecie zaistniała Wikipedia – bardzo zacny projekt łatwo dostępnej i czytelnej wiedzy na wszelkie możliwe tematy. Ale Wikipedia nie opiera się na tradycyjnym systemie opłacanych autorów, recenzentów i edytorów ze świata akademickiego (co nie oznacza, że naukowcy nie mogą i nie edytują Wikipedii indywidualnie, prywatnie). To Projekt wydawnictwa socjalnego, społecznego, gdzie każdy teoretycznie może nowe artykuły-tematy napisać i opublikować, a inni mogą te artykuły rozbudowywać, poszerzać. Naturalnie pewne zasady są twardymi prawami, których łamać nie wolno: temat (osoba, zagadnienie, wydarzenie, itd.) muszą być same w sobie ‘encyklopedyczne’, tzn. muszą już istnieć w świadomości i przestrzeni świata realnego. Osoba musi istnieć w jakiś opisach, zaznaczeniach istotnych medialnych, naukowych, bibliotecznych. Podobnie z wydarzeniami, produkcjami artystycznymi lub naukowymi. Słowem muszą mieć minimalną obecność publiczną. By stworzyć artykuł pt. ‘Jan Kowalski’ autor musi wykazać, że Jan Kowalski jest osobą, która istnieje w publicznym realu przez zauważoną publicznie lub naukowo działalność. By artykuł mógł być zatwierdzony do publicznej publikacji w Wikipedii musi być stworzony przez autora, który już ma uprawnienia edytorskie lub redaktorskie w Wikipedii (czyli osoby, która wykazała się umiejętnością publikacji takich tematów, szeregiem edycji innych artykułów i znajomością zasad). Nie jest to proces ani taki łatwy ani prosty. I generalnie rzecz ujmując Wikipedia jest w miarę dobrym i w miarę rzetelnym źródłem popularnej wiedzy. Nie jest natomiast źródłem wiedzy opartym na rygorystycznych badaniach akademickich. Fakt, że istnieje olbrzymia ilość językowych/narodowych Wikipedii sprawę komplikuje jeszcze bardziej. Oryginalna Wikipedia jest projektem opartym na języku angielskim. Nie oznacza to bynajmniej, że projekty innych języków są po prostu tłumaczeniami z angielskiej Wikipedii. Nie, każda Wikipedia posiada własną  niezależność edytorską. Co jest też plusem ale i minusem tego projektu. Temat encyklopedyczny w Polsce może nie mieć znamiona encyklopedycznego w świecie anglosaskim lub ogólnie międzynarodowym. Stąd te językowe wersje/projekty wikipedialne często różnią się bardzo i są w dużym stopniu ‘napiętnowane’ specyfiką narodową. W polskiej wersji jest nadmiar lub nadana jest waga najsilniejsza np. tematom związanym z wiarą i Kościołem katolickim; generalnie charakter pewnych artykułów socjalno-filozoficzno-światopoglądowych będzie bardziej nacjonalistyczny, z wyraźnym naciskiem na prawicowo-narodowościowe widzenie świata. Łatwiej jest napisać i opublikować temat  ‘Złoto’ lub ‘Planeta’ bądź ‘Dąb’ niż temat z dziedziny historii (zwłaszcza polskiej), biografie znanej i ważnej osobistości, tematy z dziedziny LGBTQ+. Wojny i spory edytorów, redaktorów i tzw. Administratorów (stosunkowo najwyższa i prawie ostateczna władza w Wikipedii) są w tych tematach ustawiczne, czego dowodem są czasem dziesiątki stron historii edycji, zmian, usuwania zmian, przywracania tych zmian, kolejnych zmian lub wręcz blokad redaktorów lub ostatecznie uniemożliwienie wprowadzenia jakichkolwiek zmian. Lub po prostu usuwania danych artykułów-tematów z przestrzeni publicznej. Najostrzejsze walki edytorskie są naturalnie wobec tematów światopoglądowych, z nauk socjalnych – bywa, że edycji i zmian (usuwanych i przywracanych) jest tysiące i historia edycji to książka sama w sobie o objętości wielokrotnie większej niż sam artykuł encyklopedyczny. Świadczyć to może o rygorystycznych zasadach i znaczeniu obiektywizmu, ale też świadczyć może o zjawisku przeciwnym: uleganiu popularnym tendencjom, spojrzeniu subiektywnym (upolitycznienie tematu, światopogląd edytora, itd.). Oczywiście normalny czytelnik ani tych wojen ani zmienianych wersji nie widzi – widzi jedynie zatwierdzoną na stan obecny oficjalną wersję. Co nie zonaczą, że jutro moga tam nastąpic kolejne zmiany. Czyli ‘gwarancja’ podanych informacji jest tylko na ten moment, gdy artykuł czytamy. Każdy ma też dostęp do hgistorii edycji i zmian i obejrzenie form poprzednich – tyle, że komu się chce godziny na to poświęcać? I słusznie – chyba, że własnie to nas interesuje bardziej niż sam artykuł. W olbrzymiej wiekszości wypadków zmiany i kolejne edycje są w istocie drobne merytorycznie, techniczne i zasadniczego tekstu i podanych informacji nie zmieniają.

Generalnie jest to praca bardzo czasochłonna, gratisowa, często niewdzięczna, anonimowa i mój ukłon w stronę osób, które się tym zajmują. Sam mam pewien stopień uprawnień na Wikipedii ale od lat już nie jestem w niej aktywny (bardzo sporadycznie poprawiam jedynie znalezione przypadkiem ewidentne błędy w artykułach) z powodów i czasowych i braku cierpliwości wobec brania udziału w beznadziejnie długich i często bardzo nie merytorycznych wojenkach .  Ostatecznie ileż razy można być pytanym o udowodnienie, że Ziemia nie jest płaska?

Przy tych wszystkich niedoskonałościach Wikipedii nie zmieniłem zdania, że jest to Projekt bardzo pożyteczny. . Wydaje mi się, że ów szalenie niedoskonały, a przez to szalenie demokratyczny sposób powstawania haseł, jest w dużym stopniu obrazem rzeczywistego poziomu wiedzy ogólnospołecznej. Jest tak niedoskonała, jak sama demokracja.  A te ‘barwy’ narodowo-językowych edycji w pewien sposób są jej charakterystycznym kolorem: skoro Polacy (mimo wszystko) nie są społecznością empatyczną wobec np. tematów LGBTQ+, to taki a nie inny (ubogi dość i daleki od doskonałości) stan rzeczy jest może dobrym zwierciadłem i stanu wiedzy i społecznej akceptacji tego tematu w Polsce.

Podobne opinie można wydać o innych projektach językowo-narodowościowych. Ja opierałem się tu głównie na polskiej i anglojęzycznej, bo te Projekty znam najlepiej i przy nich pracowałem lata temu.

A teraz  wyciągnijmy ‘szydło z worka’ genezy tego artykułu. O co mi chodzi? Bynajmniej nie o Wikipedię. Ona po prostu w temat jest uwikłana.

Więc … ad rem – na swoim personalnym profilu na Facebooku mam ok. 600 znajomych. Naturalnie pewna część z nich nie była ani moimi przyjaciółmi ani nawet znajomymi przed Facebookiem – po prostu ludzie, którzy mnie zaciekawili lub których ja zaciekawiłem. Z tych dwóch kategorii dwie osoby tu wymienię i przepraszam ale bez tego nie byłoby tego artykułu. A post, o jakim tu pisać będę był opublikowany publicznie tzn. jest widzialny i czytelny dla wszystkich, nie tylko znajomych. Nosi więc znamiona artykułu publicznego, funkcjonującego w przestrzeni publicznej na tej samej zasadzie, jak jakikolwiek artykuł opublikowany w jakiejkolwiek gazecie, wydawnictwie prasowym – de facto jest esejem historycznym opublikowanym w znanym wydawnictwie naukowym.   Chodzi mi o Ryszarda Tylmana,  poety i grafika z Vancouveru oraz prof. Jana Grabowskiego, historyka Uniwersytetu Ottawy.  Autorem tekstu, który mnie do tego artykułu skłonił jest prof. Jan Grabowski. Obaj panowie są moimi znajomymi na Facebooku.

Ryszarda znam sprzed wielu lat dobrze z Vancouveru, gdzie miałem z nim liczne kontakty tak profesjonalne (redaktorsko-edytorskie), gdy publikowałem jego twórczość poetycką na łamach rocznika, którego byłem naczelnym, jak i towarzyskie. Gdzieś przy końcu chyba pierwszej dekady XXI wieku kontakt nasz się urwał ze zwykłej przyczyny, że wycofał się z wszelkiej aktywności w środowisku polskim (choć miałem z nim jeszcze bardzo sporadyczne spotkania). W tym samym czasie byłem w bliskiej przyjaźni z jego byłą żoną, filologiem polskim, kobietą o niezwykłej wiedzy i inteligencji, z którą wiedliśmy bardzo długie dyskusje na tematy literackie i sztuki ogólnie. Muszę nadmienić, że w czasach gdy te kontakty mieliśmy oni nie byli już małżeństwem. Ale siłą rzeczy czasem mówiła ze mną też o Ryszardzie. Oboje pochodzili z Krakowa i tam ukończyli UJ. Pochodzili z rodzin zacnych i inteligentnych. Nie przypominam sobie bym kiedykolwiek na tematy żydowskie bezpośrednio z Ryszardem jakieś dyskusje prowadził. Z Anną Tylman – tak. Mieliśmy na ten temat zbliżone opinie i boleliśmy nad tragedią Holokaustu, zwłaszcza Holokaustu Żydów polskich, którzy byli tak nieodłączną częścią naszej wspólnej ojczyzny, że ich brak nawet dla nas, urodzonych już po wojnie, był ciągle boleśnie odczuwalny. Nie znosiliśmy tradycyjnego, niskiego i wulgarnego często antysemityzmu polskiego, z którym i na emigracji się spotykaliśmy. Ale też nie przypominam sobie, by Anna kiedykolwiek mówiła coś o jakimkolwiek antysemityzmie ze strony Ryszarda. Ja sam widziałem go jako człowieka światłego, nowoczesnego, socjalnie zaangażowanego i zakładałem, że miał na te tematy podobne poglądy i stanowisko. Tak do tej pory uważam i nie mam podstaw do zmiany mojej oceny.

Profesora Grabowskiego cenię bardzo jako wyjątkowego znawcę historii (zwłaszcza współczesnej) Żydów polskich. To historyk o znacznym dorobku naukowym a jego badania tego tematu bez wątpienia mają też często charakter pasji i zaangażowania emocjonalnego. Co łatwo zrozumieć, gdyż Jan Grabowski jest właśnie jednym z tych polskich Żydów. Tych, których rodzice i dziadkowie przeszli gehennę tamtego okresu. On sam przeszedł, jako młody chłopak, niechlubnie pamiętny rok 1967. Rok nagonki na jakże nieliczne już środowisko polskich Żydów i ich zmuszenie do opuszczenia Polski – ich ojczyzny od pokoleń. Nie mam i nie miałem z profesorem Grabowskim prywatnych kontaktów towarzyskich. Znam go z jego pracy, publikacji, sesji online.

Co się więc stało? Co ma Grabowski do Tylmana a Tylman do Wikipedii? Otóż inny mój znajomy z Facebooka (cóż my byśmy bez tego potwora fejsbukowego robili?!), socjalnie zaangażowany Kanadyjczyk polskiego pochodzenia w ostatnich dniach lutego wysłał mi z Vancouveru wiadomość: ‘Bogumil, it seems that Grabowski and Tylman are in conflict. It’s a shame that Polonia has such situations. … so much intrigue…’.  Nie zrozumiałem początkowo, pomyliłem nazwisko Gradowski z Grabowski, sądząc, że chodzi o syna prof. Anny Gradowskiej, historyka sztuki z którą wspólnie pracowałem i która miała syna w Vancouverze. Ale wyjaśnił, o co chodzi. Przesłał mi link do artykułu prof. Grabowskiego na ten temat. I przeczytałem. Potem przez wiele dni zastanawiałem się czy powinienem w ogóle w jakikolwiek sposób zareagować. Wydało mi się, że temat jest jednak nader ważny. Warty refleksji. I rozmowy. Sam w sobie, bez zaangażowania emocjonalnego wobec ani Tylmana ani Grabowskiego. Temat bardzo ważny i bardziej chyba jeszcze trudny. Temat polskiego antysemityzmu. Być może jednak też gdzieś, w jakimś podtekście, antypolonizmu? Bo jeżeli Tylman (załóżmy) podświadomie, z racji pochodzenia i miejsca urodzenia zakażony jest trucizną polskiego tradycyjnego antysemityzmu, czy może być, że Grabowski z podobnych przyczyn może być nieświadomie zarażony formą antypolonizmu? Jeżeli Byronowski Giaur powiada, że ‘walka o wolność, gdy raz się zaczyna, ze śmiercią ojca spada na syna’ nie jest li możliwym, że zbrodnia ojca też spada na syna?

Były w Polsce 1918-1939 (a naturalnym i legalnym przedłużeniem historii 1918-1945/47, bo ostatecznie granice Polski uległy formalnym zmianom dopiero po wojnie, choć legalne władze polskie nie miały praktycznego wpływu na to w czasach okupacji rosyjskiej i niemieckiej) jakby dwa światy obywateli: ci, którzy się za Polaków uznawali i to było ich pierwsze samookreślenie i ci, którzy będąc obywatelami Polski widzieli siebie – i tak byli widzeni przez innych – wedle pochodzenia i narodowości innej niż polska. Często taką cezurę wyznaczało wyznanie religijne (chrześcijaństwo ortodoksyjne na wschodnich terenach, luteranizm na pólnocno-zachodnich, a najbardziej skomplikowaną była kwestia Żydów, z których dodatkowo nie wszyscy byli żydami, tj. wyznania juadaistycznego), co było testamentem starej, wielowyznaniowej i wielonarodowej Rzeczypospolitej, a w pewnym wymiarze też spadkiem po 123 latach zaborów, a więc trzech odmiennych nacji imperialnych i trzech odmiennych wyznań tzw. religii panujących: Moskwa i ryt bizantyjski, Wiedeń ryt rzymski i Berlin ryt protestancki.

Od czasu, gdy zacząłem pisać ten tekst, wiele dni temu, napotykałem wiecznie jakieś wewnętrzne hamulce i pytania etyczne: co dalej? jak do tego podejdziesz pisząc nie tylko o trudnym temacie, ale (w mojej intencji) wszak opartym na dwóch konkretnych osobach wobec których masz pewne zaufanie, szacunek?  I zmuszało mnie to do stale głębszego szperania po tekstach innych, po pracach historycznych, zagłębiania się w atmosferę bardzo bolesną tematyki. Zmusiło mnie to, do zaglądania do owych długich strasznie stron historii edycji na angielskiej Wikipedii idąc ścieżkami badań Grabowskiego i Shiry Klein z Wydz. Historii Uniwersytetu Chapman w Kalifornii. Nie jestem historykiem ani akademikiem więc nie sprawdzałem rzetelności ich badań (o jakiej nie wątpię), ale bym mógł własne opinie i refleksje z tych badań wyciagnąć. Wielu powiada, że historia (spisana) opiera się na faktach. Naturalnie jest to i prawda i błąd. Fakty opieraja sie na dowodach archiwalnych. Ale ich osąd już nie. Gdyby było inaczej ileż mniej badań historycznych doczekałoby książkowej formy druku. Dotyczy to zwłaszcza historii współczesnej w stosunku do badacza – powiedzmy w zakresie 100-200 lat. Badania współczesnej historii bliższe są metodom fenomenologii niż zasad kartezjańskich. Z czym – jestem przekonany – wiekszość historyków-akademików się nie zgodzi, a co nie zmienia mojej opinii.

Historycy wychodząc z założenia, że Wikipedia ma duże znaczenie i wpływ na popularne pojęcia antysemityzmu lub ukrywania tegoż antysemityzmu chcieli prześledzić tematy z tym związane na Wikipedii. A ścisłej jeszcze – przejrzeć te artykuły, które mogą mieć związek z polskim antysemityzmem i losem Żydów polskich w okresie tuż przed, w trakcie i po II wojnie światowej. Wynika to ze specjalizacji badań prof. Grabowskiego, który tym się głównie od wielu lat zajmuje. Specyfiką tych badań jest (tak wiele z nich ja rozumiem i oceniam) demistyfikacja roli etnicznych Polaków w próbach ratowania Żydów polskich od zagłady i budowanie bazy naukowej wydarzeń i sytuacji wręcz przeciwnych: szmalcownictwo, donosy do władz niemieckich, grabież dobytku żydowskiego, aż po wypadki mordu, gwałtu i pogromów. Drugim (związanym z tym bezpośrednio) są artykuły na Wikipedii (mówimy w tym wypadku głównie o Projekcie anglojęzycznym) opisujące przykłady antypolskich wystąpień żydowskich w tym samym okresie, głównie na ziemiach wschodnich ówczesnej Rzeczypospolitej. W tym wypadku autorzy dezawuują opis takich wydarzeń, wskazują na brak merytorycznych przypisów, lub podważają (domniemaną przez czytelnika Wikipedii zapewne) wiarygodność  żydowskiego przywództwa lub żydowskiego wpływu na te wydarzenia. Słowem odnosi się wrażenie (często wyraźnie tak przez Jana Grabowskiego nazywane po imieniu), że istnieje wręcz zorganizowana akcja edytorów Wikipedii ukierunkowana  w: 1) wyolbrzymiania roli Polaków (etnicznych) w ratowaniu i pomaganiu Żydom nie tylko przez indywidualne akty bohaterstwa ale też przez aktywną działalność Polski Podziemnej i Rządu Polskiego w Londynie i 2) usiłowania tłumaczenia aktów antysemickich ludności i organów państwa polskiego, wrogimi Polakom etnicznym aktom polskiej ludności żydowskiej. W tym drugim wypadku w dużej mierze mówimy o terenach okupowanych przez władze sowieckie. Miało to się wiązać z pro-sowieckimi i pro-komunistycznymi tendencjami żydowskimi. Stąd osobnym tematem jest pojęcie tzw. ‘Żydokomuny’, dość popularne w Polsce nie tylko w czasie wojny ale i do czasów współczesnych. Do tego tematu powrócę na krótko w kolejnym tekście.

Otóż grupa edytorów, którzy współtworzyli i przez lata zmian, poprawek, dopisków nadali taki a nie inny kształt artykułów z tym tematem związanych na angielskiej Wikipedii była niewątpliwie polskiego pochodzenia. Historycy mówią przede wszystkim o edytorach z pseudonimami: Piotrus, Volunteer Marek i Poeticbent. Ponieważ Poeticbent dokonał  sam objawienia własnego nazwiska, wiemy że był to Ryszard Tylman. Ważne jest zaznaczenie, że nie byli jedynymi edytorami tych haseł. Byli jednymi z wielu. Ale też jednymi z najbardziej i najdłużej aktywnych. I byli Polakami, co wynika dość jasno z ich istnienia i aktywności na pl.Wikipedia. Ale Poeticbent vel Ryszard Tylman nie jest jedynym, którego nazwisko Grabowski i Klein mogli łatwo odcyfrować. Piotrus jest wieloletnim (kilkanaście lat) edytorem i administratorem Wikipedii i jego pełne nazwisko jest na jego stronie edytorskiej. To prof. Piotr Konieczny (Uniwersytet Hanyang w Seulu), doktor nauk socjologicznych (specjalizacja w socjologii internetowej). Jeden z najbardziej dekorowanych (w systemie ‘orderów’ Wikipedii) wikipedystów. Ryszard Tylman nie jest aktywnym edytorem Wikipedii od szeregu lat – co nie zmienia faktu, że w edycji przytaczanych przez tandem Grabowski/Klein artykułów brał czynny udział.

Efektem tych szczegółowych badań merytoryczności artykułów wikipedialnych był zarzut o szerzenie antysemickich postaw. Zarzut ten – ze względów dość oczywistych – zaniepokoił Administratorów Wikipedii, którzy normalnie odpowiedzialni są za rozpatrywanie spraw kontrowersyjnych, sporów między wikipedystami. Ale sam mechanizm takich sporów, jak i trudność jego merytorycznego rozpatrywania zdawał się wykraczać poza kompetencje i zakres tego grona. Fakt, że opinie historyków przytoczono (opublikowano) na ważnym forum szanowanego żurnala akademickiego „Taylor & Francis Online” w sekcji ‘The Journal of Holocaust Research’  (9 luty, 2023) umożliwił też nacisk na środowisko wikipedialne, by sprawę rozważono na najwyższej formie  ‘Sadu Ostatecznego’ (nazwa moja) Fundacji Wikipedii. Sprawy w pierwszym podejściu nie rozwiązano. Kolejna jest w toku i jej wynik oczekiwany jest w końcu maja. W międzyczasie jednak szereg artykułów uzupełniono, poprawiono, edytowano. Istnieje też silna opozycja wśród samych użytkowników, tj. edytorów, administratorów a nawet wewnątrz samej Fundacji Wikipedia wobec uleganiu naciskom z zewnątrz i nie  korzystaniu z istniejących mechanizmów naprawy i rozwijaniu jakiegokolwiek tematu. Sam edytor Piotrus ( którym wspominałem wyżej i którego przytoczyli historycy, jako jednego z promujących antysemityzm) odpowiedział publicznie akademikom felietonem w „Gazecie Wyborczej” (12.03.2020) zarzucając im jednocześnie niechęć w bezpośrednim, zgodnym z regułami Wikipedii, uczestniczeniu w tworzeniu, poprawianiu i edytowaniu artykułów wikipedialnych. W istocie – nic nie stoi na przeszkodzie. Pozwolę sobie przytoczyć sam krótki początek tego felietonu, gdyż jest, zdaniem moim, wiele mówiącym:

Nie istnieje żaden spisek polskich nacjonalistów fałszujących historię w Wikipedii, niezależnie od tego, jak atrakcyjnie taka teza może brzmieć.

Chciałbym odnieść się do tekstu „Wrzuć brednię na Wikipedię. Polscy nacjonaliści wciskają kit zagranicznym czytelnikom” prof. Grabowskiego, zarówno jako wieloletni wikipedysta i osoba wzmiankowana w tym tekście, ale też jako profesor socjologii ze specjalizacją w nowych mediach, który Wikipedii poświęcił znaczną część swojej pracy badawczej i edukacyjnej.

Nie jest moją rolą ani nie podejmuję się wydawać jednoznaczną opinię czy Wikipedia (lub ściślej – polscy wikipedyści)  została użyta dla celów antysyjonistycznej lub antysemickiej nagonki. Czy istniał istotnie zorganizowany ‘spisek’ grupy edytorów w celu fałszowania historii. Ale nie wydaje mi się. To środowisko bardzo zróżnicowane. Jest natomiast możliwe (raczej pewne), że istnieje wielu edytorów polskich (nie tylko) o silnym prawicowo-szowinistycznym nastawieniu. I świadomie czy nawet podświadomie edytują specyficzne teksty pod kątem ich widzenia i rozumienia świata. Na Wikipedii określa się to POV (Point of View) i przestrzega przed tym. Ale w takim zróżnicowanym środowisku edytorów są to zasadzki nie do uniknięcia. Natomiast mam przekonanie, że wielu z nich uważało, że są ‘ekspertami’ z racji bycia Polakiem spraw polskiej historii. Pamiętać należy, że przez szereg lat były środowiska, gdzie ‘polskość’ była widziana pejoratywnie, gdy ci, którzy Polskę zawiedli i w początkach 2 w.ś. i w jej finale zdradzili kompletnie – szerzyli wiele nieusprawiedliwionych lub wręcz historycznie błędnych wątków. Gdzie używanie określenia „Polish concentration camp” traktowano za wymienne  z „hitlerowski obóz koncentracyjny’. I tłumaczono to absurdalnym argumentem, że ‘przecież wszyscy i tak wiedzą, że w tamtym okresie Polska była pod okupacja niemiecką… .  Nie będę tego tematu rozwijał. Znamy zbyt dobrze. Był ohydny.

Czy polski antysemityzm istniał i czy istnieje? Tak. Był i jest obrzydliwy. Ale to będzie temat kolejnego tekstu.

Tu zająłem się jedynie jednym ze sporów.  I robiłem też to  zdając sobie sprawę z narastającej narracji , która budzi we mnie opór i zaniepokojenie. Narracji, która polskiemu antysemityzmowi nadaje wymiar powszechnego, omal etnicznego spisku morderczego pędu wobec wzniecenia ogólnoświatowej, a już bezwzględnie ogólnopolskiej histerii antyżydowskiej.  Nie zgadzam się z tym. Nie w moim środowisku rodzinnym i przyjaciół. Spotykałem się i znałem ludzi o bardzo niechętnej Żydom postawie. W Polsce i później w Kanadzie też (ale dalej mówię tylko o polskim środowisku, mimo, że jak wiemy antysemityzm istnieje tez wśród innych grup etnicznych w Kanadzie – głównie tych ultra prawicowych). W większości wypadków moje jednak środowisko (na szczęście sami wybieramy swoje grono znajomych) nie było tym skażone.  Światopogląd religijno-polityczny jest to na ogół dobrym (choć nie jedynym) drogowskazem i ostrzeżeniem.

Są też środowiska, które w swym zapale zwalczania i potępiania tego antysemityzmu tą nowa narrację wręcz kierują w stawianiu omal znaku równania polskiego antysemityzmem z hitleryzmem. Polacy stają się w niej sojusznikami Hitlera i Himmlera. Biorą bezpośredni udział w piekielnym dziele Zagłady. I z tą narracja zgodzić się nie mogę.

Chylę, jako Polak i jako człowiek, głowę ze wstydem i z wielkim bólem serca, przed pamięcią ofiar zbrodni i pogromów, jakie Polacy w Jedwabnem, w Kielcach, w Krakowie i innych miejscach  popełnili. Wierzyć mi się nie chce, że potrafili tak nisko upaść. Że zapomnieli, że są ludźmi. Nie, nie ma i być nie może na to żadnego wytłumaczenia.

Ale są miejsca, są osoby (nikt już prawie z żyjących), były akcje i działania tych, którzy człowieczeństwo nasze uratowali, unieśli z tej pożogi. I pozwala mi to oddychać. I mieć nadzieję, że autentycznie ‘nigdy więcej’. Że wbrew grupom oszołomów nie zapomnimy i nie pozwolimy.

Tym ludziom, Polakom i polskim Żydom, za ten dar dziękuję.     

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że zapominamy słowa, refleksje, wspomnienia tych, którzy Zagładę przeżyli, przetrwali. Tych, którzy wiedzieli. Którzy rozumieli. I spoglądam na książkę Ireny Tomaszewskiej i Teci Werbowskiej (pierwsza dziecko niewoli sowieckiej, druga – nieco starsza – dziecko czasów Zagłady w Polsce) „Żegota – the Council for Aid to Jews in Occupied Poland 1942-45”. Irena jest Polką etniczną, Tecia była Polką żydowską. Napisały książkę-dokument, książkę-świadectwo. Kolejne pokolenia, urodzone już po wojnie z czasem jakby straciły historyczną perspektywę tamtych okrutnych czasów. Warto o tym pamiętać, gdy się na te tematy pisze, a zwłaszcza ocenia.

link do części 2 https://kanadyjskimonitor.blog/2022/10/07/smutek-i-brak-cisza-ktora-trzeba-wypelnic-prawda/: Smutne zaułki

Smutek i Brak. Cisza, którą trzeba wypełnić prawdą.

(cz. 2 cyklu o losach Żydów polskich w 1939-45/, 1945-46)

W poprzednim tekście literacko-biograficznym starałem się zarysować szkic czasu i świadomości – określonej miejscem i czasem – zaistnienia w moim życiu tygla uczuć i emocji związanych z zagadnieniem żydowskim w Polsce. Z historią i konkretnymi miejscami wypełnionymi cieniami Polskich Żydów. I z wielką pustką tych miejsc. Z opończą-mgłą smutku i braku. Znajoma plastyczka (Tamara Szymańska-Golik) w krótkim komentarzu do tego tekstu, wracając pamięcią do dzielnicy żydowskiej w Krakowie (Kazimierz) użyła jednego jeszcze zwrotu, bardzo adekwatnego: bezruch. Te trzy imiesłowy zawierają całą esencję mojego emocjonalnego stanu, gdy staję wobec historii i współczesności polsko-żydowskiej.  

Na tyle na ile jestem zorientowany, etnicznie nie mam jakichkolwiek genów żydowskich. Pochodzenie mam w olbrzymiej większości słowiańskie, a z tego w największej części słowiańsko-polskie. Miałem i znałem jednego wujka, który był zasymilowanym Żydem polskim ale było to tylko dalsze powinowactwo a nie pokrewieństwo. Podkreślam to, by nikt nie podejrzewał moich rozważań jako kolejnej ‘wielkiej zmowy syjonistycznej’, jak często wszelkie, domniemane nawet, sympatie pro-żydowskie są określane przez ciemnogrodzkie środowiska faszystowsko-szowinistyczne. Gdziekolwiek na świecie, nie tylko w Polsce. Tyle, że te w Polsce interesują i bolą mnie najbardziej. I wzbudzają, rosnące z wiekiem, obrzydzenie.

Innym, niesłychanie ważnym zagadnieniem, które muszę tu określić jest sprawa polskiej przynależności kulturowej. Świadomego wyboru kolebki kulturowej.   Tego, co u zarania nas ukształtowało i co w latach późniejszych, dojrzałych, świadomie zaakceptowaliśmy.  Otóż kultura polska (w dzieciństwie nieświadomie, później świadomie zaakceptowana) nie może istnieć w swej formie bez tego dziedzictwa żydowskiego. Nie mogę wymieniać nazwisk wielkich Polek i Polaków pochodzenia żydowskiego, bo nawet wybranie małej grupki najsłynniejszych – zajęłoby zbyt wiele miejsca, a wtrącanie kilku ad hoc jest bezsensem.

Takie widzenia tygla zwanego ‘kulturą polska’ nie jest obce (raczej bardzo bliskie) noblistce, polskiej pisarce Oldze Tokarczuk. Dała temu wyraz bardzo jasny w rozmowie z D. Wodecką na łamach ‘Gazety Wyborczej”  (24.01.2005)  Nie może być obce nikomu, kto rozumie kulturę narodową, jako bezustanny proces, zjawisko niemal organiczne. Proces, w którym współczesność żywi się tradycją, historią – ale w każdym pokoleniu, każdej generacji dokonuje się nowa synteza tego ‘dziś’ i ‘wczoraj’.

Cyfry, daty są tu niesłychanie ważne. Zwłaszcza te z XX wieku. Klamrą polską niesłychanie ważną, najistotniejszą chyba, są dwa okresy: 1) okres Zagłady w latach 1939-45; 2) pogromy w latach 1945-48 po wyzwoleniu. Innym zagadnieniem jest okres Zagłady (wojna i okupacja terenów polskich przez Niemców, pierwsze zamknięte getta żydowskie i rozszalały morderczy terror hitlerowskiego nazizmu z jego kulminacją: final solution (Zagłada).   Odmiennymi w wymowie, celach i ocenie moralnej były pogromy w Polsce po wyzwoleniu jej spod okupacji niemieckiej.

  1.  W cieniu tej niemieckiej machiny śmierci ukazują się przykłady niesłychanego bohaterstwa sąsiadów-Polaków. Bohaterstwa, gdyż kary na ziemiach polskich za udzielanie pomocy, za ułatwianie schronienia Żydów polskich, były bezwzględnie okrutne (śmierć) i stosowano je wobec całych rodzin lub wręcz sąsiedztwa (wsie, osiedla) osoby takiej pomocy udzielającej. Pisząc wiele, wiele lat temu na ten temat, użyłem nawet dziwnego sformułowania, że każdy polski Żyd, który w Polsce okupację przeżył – przeżył ją dzięki jakiejś akcji Polaka nie-Żyda.  Niektórym osobom może się to stwierdzenie wydać zbyt szerokie, przesadne. Mnie się nie wydawało. Okupacja niemiecka w Polsce wyglądała inaczej niż w krajach zachodniej Europy. Była częścią wojny totalnej, nie konwencjonalnej. Z drugiej strony zawsze miałem świadomość, że nie wszystkie te akty heroicznej pomocy Żydom były powodowane ‘miłością bliźniego’ i nie były częścią zachowania altruistycznego, honorowego lub rycerskiego. Że wiele było przykładów pomocy ‘za coś’ i to ‘coś’ miewało często charakter obrzydliwy, kryminalny, czasem wręcz bandycki. Znaczy, że mimo iż ratowały (lub stwarzały szanse ratowania) ne mogły wszystkie być nazwane heroicznymi. I na takie określenie wiele nie zasłużyło.  Pamiętam, wiele lat po wojnie  żarty, których początkowo nie rozumiałem: gdy naszły wspomnienia towarzyskie (zwłaszcza przy ‘zakrapianym stole’) i wspominanie czasów okupacji, gdy kogoś z nieobecnych (naturalnie) wspominano , jeden z biesiadników dodawał: o, temu to źle nie było, bo w piwnicy ukrywał Żyda. Tajemnicą Poliszynela było, że w domyśle oznaczało to, że ten Żyd opłacił to schronienia wysoką ceną kosztowności, majątku. To były rzadkie momenty i tylko w pewnych środowiskach powtarzane.  Ale kolokwialnie oznaczały pewne i rozgrzeszenie i akceptację zwycięstwa zła nad dobrem, pazerności nad szlachetnością,  podłości nad godnością.
  2. Zupełnie i całkowiecie przeczące romantycznej wizji Polaków ratujących (nawet za pieniądze czy inne korzyści materialne) polskich obywateli pochodzenia żydowskiego jest naturalnie Jedwabne i inne mniejsze i mniej znane akty bezpośredniego terroru. Tutaj możemy mówić jedynie o polskim współudziale w zbrodni – jakkolwiek odosobnionym i statystycznie nie mającym wpływu na rozmiar Holocaustu.

Pytanie czy Polacy mogli zrobić więcej i pomóc uratować więcej żyć żydowskich współobywateli jest pytaniem otwartym i bardziej filozoficznym niż praktycznym. Każdy, kto je zadaje musiałby sam być w takiej sytuacji, wobec takiego olbrzymiego i egzystencjalnego zagrożenia nie tylko wobec siebie ale i swoich najbliższych. Nigdy w takiej sytuacji nie byłem, więc nigdy ani zadać takiego pytanie komuś nie potrafiłbym ani dać na nie przekonywującej odpowiedzi. 

Może wśród bardzo już nielicznych, którzy tamte czasy przeżyli, taki dyskurs, dylemat moralny jest możliwy. Wśród pozostałych nas – chyba  nie.

Co leży u źródła pamięci i męczarni ducha Eliezera Wiesela spisania wspomnień tego okrutnego skrzyżowania historii i zła? Naturalnie realizacja, że musi być świadkiem Historii. Ale jest też moment bardzo osobisty, tragiczny na miarę największych tragedii Człowieka historycznego i Człowieka mitycznego. Przytoczę tu jądro osobistej tragedii cytując słowa samego autora tych wspomnień, Elie Wiesela:

Pamiętam tą noc, najokrutniejsza noc mojego zycia: „… Eliezer, mój synu, chodź tu … Chcę ci coś powiedzieć … Tylko tobie … Chodź, nie zostawiaj mnie samego … Eliezer …” /… … /

To było ostatnie pragnienie aby mieć mnie przy sobie w jego agonii, w momencie gdy jego dusza wyrywała się z jego poharatanego ciała – mimo to, nie mogłem spełnić jego prośby. Bałem się.

Bałem się ciosów.

Oto dlaczego pozostałem głuchy na jego głos. „ 

/(tł. własne z wydania uzupełnionego, w 2006, przez Hill and Wang, Nowy Jork, 2006; s. 11/

Wiesel miał wówczas piętnaście  lat. Tylko ktoś, kto mając piętnaście był w takiej dantejskiej sytuacji mógłby spytać: dlaczego nie podszedłeś do ojca, gdy konający, wzywał cię?

Ale w tych refleksjach nie chodzi o to czy Polacy zrobili to, co mogli, co byli w stanie udźwignąć. Chodzi o to, czy zdajemy sobie sprawę w ogólnospołecznej świadomości z aktów kryminalnych wielu Polaków etnicznych, aktów zbrodniczych lub po prostu – nazwijmy to w końcu po imieniu – z czystej nienawiści rasowej, religijnej lub po prostu z niskiej pazerności, chciwości, z chęci rabunku ofiary prześladowania?

Olbrzymie znaczenie  dla szerokiego zrozumienia tej kwestii mają badania historyczne, twórczość literacka, stosunek samego Państwa wobec prawdy historycznej.  Za późno dziś i tak na sądy i kary.  Oprawców i ofiary zrównała śmierć.  Najsilniejsze są społeczeństwa, które nie boją się własnej historii. Które z tej historii i podłej i wielkiej, dzięki temu, że ją znają – potrafią się uczyć.

3. Najohydniejszą plamą epilogu historii polskich Żydów są pierwsze dwa lata po wojnie. Bez esesmanów, bez gestapo. 

Przed 39’, w pochodach akademickiej ‘braci’ narodowców czy w Wilnie, czy w Warszawie, słyszano głośne skandowanie: ‘bij Żyda’. Hasło do rozrób w dzielnicach żydowskich, bicia szyb w sklepach żydowskich, warsztatach rzemieślniczych. W 1945 i 1946 dodano do tego pierwszego słowa ‘bij’ dwie litery, jak gramatyczny przedrostek: ‘z’ i ‘a’. Powstało – zabij.

Rzucano na ogół absurdalne oskarżenia o podłożu religijnym.  Wyciągnięte ze starych mitów i ciągle pokutujące w szerokich, niewykształconych sferach, ultrakatolickie oskarżenia o mordowanie chrześcijańskich dzieci w rytuałach judaistycznych.  To było najpopularniejsze. Ale bez wątpienia w umysłach zbrodniarzy, którzy byli prowodyrami tych napaści w Kielcach, Krakowie, Rzeszowie i wielu innych miejscach był silny element grabieży mienia – zwłaszcza domów i placów żydowskich. 

Kiedy już wydawało się, że będziemy musieli sami stanąć przed lustrem naszego sumienia historycznego, kiedy zaczęły się rodzić zdrowe fundamenty do narodowej edukacji opartej na faktach, nie mitach – zwarły się na nowo szeregi tejże samej koalicji szowinistyczno-ultra-katolickiej. I, ku zdumieniu wielu liberalnie myślących Polaków – wygrali wybory w szerokiej koalicji ruchów prawicowych. Dziś te elementy nie tylko stoją na przeszkodzie prowadzenia dokładnych badań historycznych, chcą cofnąć już raz ustalone fakty, chcą wrócić do mitów  narodowościowo-religijnych. Chcą wręcz zakneblować usta badaczom tematu. Tym, którzy mają po temu wiedzę i dostęp do narzędzi badań historycznych.

A przecież historia Polski nie należy do polityków, nie należy do proboszczów i ich kazań. Należy do nas. Do społeczeństwa.

W latach tuż po  2 wojnie światowej – w przeciwieństwie do ‘wybuchu’ w literaturze tuż po 1 wojnie – dziwnym odruchem prawie nic ważnego na tematy zbrodni wojennych i Zagłady się nie ukazało. Ludzie nie chcieli o tym mówić, pisać i czytać. Pierwszym na te tematy wydawnictwem literackim na świecie były „Medaliony” Zofii Nałkowskiej z ich słynnym podtytułem: Ludzie ludziom zgotowali ten los. Nałkowska wydała je w Warszawie już w 1946. Zadziwiające jest, że pełne tłumaczenie angielskie ukazało się dopiero w 1999, w prestiżowym Northwestern University Press. Świat też milczał.

Kolejnym wydaniem literackiego świadectwa Zagłady było wydane dopiero w 1954 w Argentynie, w oryginale jidysz „I świat pozostał milczący” (Un di velt not geshvign) Elie Wiesela. Niestety nikt prawie, również w środowisku żydowskim, nie był jego biograficznymi, wstrząsającymi wspomnieniami zainteresowany.  245 stron, które trudno ale powinno się przeczytać.  Dopiero po wielu skrótach, dzięki poważnym zabiegom francuskiego pisarza Francois Mauriaca, wydano je w Paryżu w 1958 w skróconej wersji. Kiedy w 1960 (czyli aż piętnaście lat po wojnie) wydano je w Nowym Jorku, książka miała już tylko 116 stron. Nazywała się „Noc”. I po latach stała się jednym z najbardziej znanych świadectw czasu Zagłady, a Wiesel dostał za nią Nagrodę Nobla. Jakkolwiek ta przełomowa książka, maksymalnie skrócona przez wydawców francuskich i amerykańskich, nie dotyczy tylko kwestii sytuacji Żydów polskich na terenach okupowanej Polski – pisząc o Holocauście, o Shoa, nie sposób jej pominąć. Jest jakby kluczem do myślenia o Zagładzie. Naturalnie były (wydane w bardzo krótkim czasie po wojnie) pamiętniki dziewczynki, Żydówki holenderskiej Anny Frank. Czytane chyba przez więcej osób niż „Noc” Wiesela. Ale te pamiętniki nie dają obrazu Zagłady, nie piszą o Machinie Zła, o jej morderczych trybach.  Znając późniejsze tragiczne losy Anny Frank i tło tych losów, wiemy wszak o unoszącej się nad nimi chmurze Zagłady.

Ale znam przecież inne dziecko tamtego czasu. Dziecko tamtego czasu, które przeżyło, zostało poetką, pisarką mieszkającą od wielu lat w Vancouverze, Lillian Boraks-Nemetz. Boraks-Nemetz wydała w 2017 powieść inspirowaną własnymi przeżyciami „Mouth of Truth” (wyd. Ekstasis Editions, Victoria, Kanada). Nie będę opisywał całej treści, bo nie jest to recenzja powieści.  Przytoczę in corpore krótki fragment, który najbardziej może oddaje ducha tego, o czym tu pisze: pogmatwanych, tragicznych losów polsko-żydowskich lat 1939-46. W tym kontekście ta jedna klamra czasowa wystarczy, nie trzeba wyszczególniać okupacji niemieckiej i sowieckiej. Bohaterka powieści po wojnie odnajduje się w Toronto, Kanadzie. Zaczęła nowe życie. Jak wielu (większość?), którzy piekło 2 wojny przeszli, nie chce ani zbyt do tego piekła wspomnieniami wracać, ani żyć stałą o tym myślą. A jednak w pewnym momencie musi skonfrontować tamte wspomnienia dziecka, własną pamięć i strzępy pamięci innych. Wraca do Polski, Polski komunistycznej naturalnie. Jej poszukiwania kierują ją w pewnym momencie do chaty chłopskiej, gdzie u polskiej chłopskiej rodziny, za sprawą ojca i pomocy innych znalazła schronienie. Gdzie przetrwała, ocalała ze szponów Zagłady. Ocalała nie tylko dzięki tej rodzinie ale i dzięki sąsiadom, że na nich nie donieśli, że zbyt ciekawscy nie byli lub nie chcieli świadomie być. Miejsce i ludzie dzięki którym dziś żyje. Dom i zagrodę poznaje bez trudu. Para starszych ludzi, mówią, że poprzedni właściciele zmarli, a oni kupili dom od ich rodziny. Pozwalają jej wejść  w obejście, do domu. Poznaje  każdy zakamarek, nic tu się prawie nie zmieniło. Wchodzi do domu i pamięć wraca ze szczegółami. „ … te same schody na antresolę, gdzie stary Bolek wdrapywał się, by ukryć jej książki a potem targował się z nią, że odda je jej w zamian za seks. Czasem obiektem targu był chleb. /… / Stoi na progu pokoju, gdzie ten stary człowiek ją molestował. Ten pokój przy kuchni, gdzie siedział przy piecu ze swoją fajką, gdy miała dziewięć lat, jest tak wyraźny, jak tego dnia. Jego rozpięte portki, członek na wierzchu, wstaje powoli i idzie w jej kierunku, w ręku ma kawałek chleba. / … …/.” (s. 154, tł własne)

Tyle wystarczy. Bez moich komentarzy. Niech czytelnik komentarze, refleksje własne z tego tygla historii i przeklętego czasu wysupła. Czasu heroizmu. I czasu okrucieństwa. Zagłady, która była żydowską zagładą Holocaustu, Holocaustu Żydów. Ale i Zagłady Człowieka, człowieczeństwa. Tak właśnie czytać należy słynny aforyzm Zofii Nałkowskiej: Ludzie ludziom zgotowali ten los. To nie jest próba ‘uniwersalizacji’ Holocaustu na wszystkie ofiary hitleryzmu. To słuszna, głęboka refleksja wielkiej i precyzyjnej w słowach pisarki. Cała treść „Medalionów” mówi wyraźniej o Zagładzie Żydów niż jakiekolwiek próby zmiany jej aforyzmu. Tu nie może być jakiejkolwiek pomyłki. Całkowicie zgadzam się ze świetnym na ten temat opracowaniem profesor Grażyny Borkowskiej (kwartalnik PAN „Nauka”, 02.2019).

O refleksjach z bardzo ważnej konferencji naukowej , której przysłuchiwałem się  z napiętą uwagą, na Uniwersytecie Toronto napiszę w ostatnim, trzecim artykule z tego cyklu.

W szacie smutku i braku

Bogumil Pacak-Gamalski

(Część I)

Nie wiem dokładnie, to było tyle lat temu. Miałem może pięć, może sześć lat.  Na pewno nie siedem, bo wtedy mieszkałem już w okolicach Warszawy i tam zacząłem szkołę podstawową.   Działo się to w starym Toruniu. Świat był tak inny. Wszędzie pachniało jeszcze wojną, która towarzyszyła moim zabawom:  znajdowanie kul i fragmentów pocisków i ciągłe ostrzeżenia rodziców i dziadków, by kamieniami ich nie rozbijać, bo można stracić palce lub całą rękę, co stało się niedawno synkowi ‘pani X’ (zawsze było to ‘niedawno’ i zmieniały się tylko imiona tych znajomych, więc przestaliśmy też  tak zupełnie w to wierzyć, w dodatku jeśli ‘pani Kasia’ miała synka, któremu urwało dwa palce, to dlaczego my nigdy tej pani Kasi na oczy nie widzieliśmy?); wojna towarzyszyła wszystkim podsłuchiwanym rozmowom taty, babci, dziadka, wujka, cioć. Zwłaszcza, gdy zbierali się na wspólny obiad lub kolację. Co prawda mówili srogo: nie słuchaj rozmów dorosłych, zajmij się czymś. Nie słuchaj! Dobre sobie. To były najciekawsze opowiadania!

Mieszkania po wojnie były małe – salonik i pokoje co prawda duże, długie korytarze – ale tych pokoi było mało, bardzo mało, bo aż dwa: w jednym babcia z dziadkiem, a  w salonie mama, tata, ja i siostra. A, i wielki fortepian koncertowy. No i wspaniały piec kaflowy. Kuchnia była bardzo duża i miała swój balkonik (w salonie był duży balkon) i spiżarnię. Ale ze spiżarni trudno zrobić pokoik, w dodatku bez okien. Co też nie było prawdą. Nad nami, na ostatnim, czwartym  piętrze było jeszcze jedno mieszkanie, tylko jedne, bo drugie drzwi prowadziły na wielki strych. W tym mieszkaniu mieszkał wujek Wacek, dyrektor MHD w Toruniu. Niby dyrektor, a takie małe mieszkanie! Mieli tylko kuchnię i jeden pokój. A było ich … pięcioro: wujek Wacek-dyrektor; ciocia Irena, jego żona, kuzynka taty; ich córka Ewcia; kochana i pięknie śpiewająca po rosyjsku ciocia Jania, siostra babci i bardzo starsza pani, która była mamą wujka-dyrektora. Więc oni z tej spiżarni właśnie w swojej kuchni usunęli jedną ścianę i tak powstała wnęka z łóżkiem, gdzie na noc spała jedna z teściowych (nie pamiętam czy ciocia Jania czy ta druga bardzo elegancka pani). Ciocia Jania miała przed wojna wielki majątek Komarszczyzna na Mińszczyźnie, z wielkim drewnianym dworem, dwoma młynami, stodołami.  Pamiętam, ze względu na wielki i szczery śmiech całej bez wyjątku rodziny, gdy na jakimś świątecznym, wspólnym obiedzie (więc  robionym w naszym, dużo większym mimo wszystko mieszkaniu), gdy spytałem całkiem poważnie: ‘to  czemu tam nie wrócimy, wszyscy na tym majątku się zmieścimy!’ Strasznie chciałem mieć własny pokój, by siostra mi stale nie przeszkadzała i nie stroiła żartów z moich poważnych planów. Więc ta wojna była jeszcze wszędzie. Choć zakończyła się  ponad 10 lat przed moim przyjściem na świat.

Kilka razy w tygodniu chodziliśmy z naszego mieszkania na Mokrym (na ogół z mamą tylko, zwłaszcza już w tym ostatnim roku mego sześcioletniego życia, gdyż tato wyjechał na stałe do Warszawy ‘robić karierę’) do rodziców mamy na Jakubskim Przedmieściu. Szło się ulicą Batorego, przez Garbaty Mostek i wchodziło w świat dziwów. Po prawej wielki poligon, gdzie czasem strzelali żołnierze, po lewej niekończący się wysoki mur z czerwonej cegły koszar i szkoły wojsk artyleryjskich.  Żołnierze w mundurach wyglądali dzielnie i bojowo, a że mama była piękną kobietą, często wyprężali się i salutowali oferując ponieść siatki z zakupami. Imponowało mi to bardzo. Wtedy zdecydowałem, że zostanę żołnierzem. Nie byłem tylko pewny czy artylerzystą, jak oni czy ułanem, jak dziadek (ojciec mamy). To była decyzja bardzo sumienna. A ponieważ od śmiejących się wujków i cioć wiedziałem, że zjadłem wszystkie rozumy – byłem pewny, że gdy nadejdzie ten czas, to zrobię wybór właściwy.  Po latach okazało się, że wujkowie i ciocie się pomylili albo moje wartości się zmieniły – w wojsku żadnym nigdy w życiu nawet jeden dzień nie służyłem. 

Za koszarami cofaliśmy się gdzieś w przełom wieków XIX i XX. Ulica gen. Pułaskiego (dziś należałoby powiedzieć – generała  Kazimiery Pułaskiej, gdyż wiemy, po otwarciu grobu przez Amerykanów, bez żadnej wątpliwości, że generał mężczyzną być nie mógł a wtedy nawet w Ameryce operacji zmiany płci się nie robiło…): wzdłuż chodnika gazowe latarenki, które co wieczór zapalał pręcikiem pracownik elektrowni, po prawej olbrzymi stary cmentarz św. Jakuba, przylegający od tej strony do tych rozległych poligonów, po lewej gęste krzaki porosłe wysokimi trawami, wijące się wśród nich wąskie ścieżki i jakieś dziwne kamienne tablice. Wiedziałem już, że to groby. Niektóre stojące, inne leżały całe lub pęknięte na ziemi, jakby rozrzucone. Od zawsze miałem przykazanie od mamy i dziadków, że nie wolno tam chodzić. Czasami kręcili się tam jacyś pijaczkowie, podejrzane typy, były nawet resztki rozwalonego murku, który kiedyś widać ten cmentarz okalał. Pytałem o ten cmentarz dziadków, zasięgałem opinii kolegi, który mieszkał w tej samej, co dziadkowie kamienicy. Waldek (ten kolega) też nic nie wiedział i tam nie chodził, bo miał stracha i jego rodzice mu też zabraniali. Powiedziano mi, że tam chodzą tylko bandyci i kryminaliści, zakłócają spokój umarłych a to grzech i porządny chłopiec winien to miejsce uszanować i nigdy tam nie chodzić. Naturalnie, nie chciałem być, jak ci bandyci i nie chciałem też zakłócać spokoju umarłych. Byłem trochę łobuziakiem ale dość dobrym chłopcem mimo wszystko.  Kamienica dziadków stała na ulicy Lampego (dzisiaj Antczaka), tuż przy tym drugim, olbrzymim cmentarzu. Cmentarzu, który dobrze znałem, bo chodziliśmy tam oczyszczać  grobki bliźniaków, braciszków mojej mamy, którzy zmarli kilka dni po urodzeniu w 1945 (wówczas ta ulica Lampego, później Antczaka, nazywała się po prostu Przy Rzeżni. Nie widziałem wówczas, że Polska to taki dziwny kraj, gdzie zmiany nazw ulic, placów a nawet miast są dość popularne i częste …) . Ta moja ‘dobroć’ i poczucie sprawiedliwości były trochę Janosikowe lub Robinhudowe, bo z koleżanką z tej kamienicy często zabieraliśmy część kwiatów z grobów, gdzie były ich pęki i przystrajaliśmy nimi kompletnie zapuszczone i zapomniane groby innych. Znałem już nieźle alfabet i potrafiłem wydukać napisy, zwłaszcza imiona na grobach i daty śmierci. I ta sprawa tego zarośniętego cmentarza-chaszczy, mimo ostrzeżeń, niepokoiła mnie. Wydedukowałem, że musi być strasznie stary i nikt z rodzin już nie żyje i pewnie dlatego zapomniany i zarośnięty. Wpadłem na pomysł, że jeśli nazbieramy kwiatków z podwórka (zanoszenie kwiatów z tego naszego cmentarza na cmentarz inny wydawało mi się nieetyczne, nie mam pojęcia czemu) i pójdziemy na ten zakazany, to nie będzie to grzech i zakłócanie spokoju umarłych, przeciwnie – dobry i pożyteczny cel. Koleżanka nie była przekonana, że to dobry pomysł (jej, zwłaszcza dziewczynce, pod surową karą zakazano tam chodzić, ze względu na te zakazane typy tam myszkujące) ale byłem dość elokwentny i wytłumaczyłem jej, że to zacny uczynek i że nie grzech a przeciwnie – Bozia będzie nam za to wdzięczna. I tak zrobiliśmy. Była to krótka i dziwna wycieczka. Dwoje brzdąców ostrożnie skradających się wąskimi, zarośniętymi ścieżkami do przewróconych tablic grobowych, niektóre groby zapadnięte, inne zniszczone przez czas, pochylone. Serca waliły nam tak, że byliśmy pewni, że ci wszyscy ukryci w chaszczach bandyci nas słyszą.  Na jednym z lepiej zachowanych grobów koleżanka ułożyła szybko bukiecik i powiedziała rezolutnie : ‘starczy. idziemy’.  Ale ja musiałem przeczytać jeszcze choć jedno imię i te starożytne daty!  Napisy były bardzo niewyraźne. Palcem rozcierałem mech aby je lepiej zobaczyć. Były bardzo dziwne, niezrozumiałe inne litery, których nie znałem. Wtedy przypomniałem sobie książki dziadka, wśród których było trochę niemieckich (dziadek niemiecki znał dobrze), przedwojennych. Wśród nich była pięknie ilustrowana powieść „Robin Hood”, którą dziadek mi czytał tłumacząc na polski, a ja pasjami potem przerzucałem jej kartki oglądając te piękne rysunki. Druk tej powieści był w stylu starego gotyckiego niemieckiego i litery były takie dziwne, trudno czytelne. I doznałem olśnienia – to musi być ten niemiecki alfabet, tylko jeszcze dziwniejszy, starszy widocznie! W tym momencie usłyszeliśmy szelest, ktoś szedł przez chaszcze. Koleżanka wrzasnęła i zaczęła uciekać. No to ja za nią. Nie, że się bałem. Skąd!  Biegłem za nią, by w razie czego ją obronić, oczywiście. Ona pobiegła do swojego mieszkania na drugim piętrze, ja do dziadków na trzecim. Jeszcze zdążyła mi przypomnieć obietnice, że nikomu o tym nie powiem. Nie miałem czasu jej nic wytłumaczyć. A to takie proste! To musiał być cmentarz z wojny, żołnierzy niemieckich, którzy takie okrucieństwa nam zadawali, naszych wrogów śmiertelnych. My, jako Polacy nie możemy chodzić i dbać o cmentarz tych, którzy nas chcieli wszystkich zabić! W tym wieku to było takie logiczne. Etyka dziecka jest bardzo prosta, bez niuansów, czarno-biała.

Tego wieczora, po kolacji, zdecydowałem opowiedzieć moją wycieczkę babci, dziadkowi, cioci i wujkowi. Mamy już nie było, bo wróciła z siostrą do domu, a ja zostałem na noc u dziadków. Jak bywało często i co lubiłem. Powiedziałem z dumą: ‘rozumiem dlaczego nie chcecie żebym na ten zarośnięty cmentarz chodził. I nie ma czego ukrywać. Całkowicie się z tym zgadzam, że Polacy tam nie powinni chodzić. Przecież nie będziemy chodzić odwiedzać grobów bandytów, którzy chcieli nas zabić.’

Zapanowała cisza i konsternacja.  Babcia pierwsza odzyskała głos: ‘co ty mówisz dziecko? Kto ci wsadził do głowy takie idee, że to byli bandyci? Jak można tak mówić o zmarłych? ‘.

Była wyraźnie poruszona i zaszokowana. Jej oburzenie zabolało mnie bardzo. Jak babcia może ich bronić, przecież wyrządzili jej i całej rodzinie tyle krzywdy?! W dodatku zarzucić mi, że powiedziałem coś złego, niedobrego? Krzyknąłem: ‘przecież  to cmentarz hitlerowców, babciu!’ I opowiedziałem szybko, jednym wydechem, cała moją wizytę tam. Widziałem na ich twarzach zdumienie. Dziadek spojrzał na mnie poważnie, spokojnie. Długo. I powiedział dobitnie:

to nie jest cmentarz hitlerowski ani niemieckich żołnierzy.  To cmentarz żydowski i w tych grobach leżą ludzie niewinni żadnych zbrodni, leżą ci, którzy wycierpieli więcej nawet niż my w tej wojnie. Żydzi.’

Od tego momentu poznałem te słowo.  Na pewno słyszałem je wcześniej, pewnie w rozmowach, w zwrotach. Ale od tego momentu zamieszkało we mnie emocjonalnie. Nabrało kształtu człowieka. Słowo, które potem odziało się w szatę wielkiego smutku. I braku. Braku, który do dziś nie jest i nigdy już nie będzie wypełniony. Poznałem potem, w dość już długim życiu, wielu Żydów. Polskich też. Innych też. Zagadnienia, komplikacje, pogromy od ponad tysiąca lat, poczynając od portugalskich, pojęcia syjonizmu, anty syjonizmu, komplikacje izraelskie. Przekleństwa religii, szowinizmu, faszyzmu.  W niczym to nie pomaga. Nie wypełnia tego braku. Mieszkałem przez kilka młodych lat szkoły podstawowej w małym, starym miasteczku mazowieckim. Blisko naszego domu były uliczki zabudowane szeregiem parterowych drewniaków, zniszczonych czasem  domków zamieszkałych przez biedotę tego miasteczka. Przed wojną te domki to była dzielnica żydowska, biegały po tych uliczkach żydowskie dzieciaki, ich matki krzyczały na nich po polsku, w jidysz. W czasie wojny pewnego dnia spędzono ich wszystkich na rynek przy kościele, blisko dużego parku. Musieli tam klęczeć przez kilka dni na bruku. Kto się wywrócił – zastrzelono na miejscu. Nikt z nich do tych domków nigdy nie wrócił.

Z własnej pamięci i wiedzy przypominam tylko dwóch, z miasteczka, które liczyło wtedy ok. 25 tysięcy mieszkańców. Może było więcej, nie wiedziałem. Jeden to był starszy, wyprostowany i elegancko ubrany mężczyzna, który spacerował główną ulicą miasta; drugą była kobieta nazywana ‘wariatką’.  Nie bez przyczyny. Znałem ją, bo pracowała, jako kontrolerka biletowa dwóch kin w miasteczku, „Wrzos” i „Bałtyk”. Była w średnim wieku, mała, szczupła. Ubierała się w dziwnie, nieco wojskowe w kroju czarne spódnice i bluzy, chodziła szybkim krokiem, truchtem w zasadzie i w kinach trzymała w ręku grubą gumową rurkę i goniła między rzędami chłopaków, którzy weszli na seans ‘na gapę’. Waląc ich tą pydą po ramionach i głowie. Kiedyś opowiadałem o niej ojcu i użyłem tego określenia ‘wariatka’.  Ojciec powiedział:  to ja cię z nią poznam , zaprowadzę do jej mieszkania. Tylko nie zadawaj żadnych pytań na temat dużych zdjęć, jakie w jej pokoju zobaczysz.

Tata krótko pracował wówczas, jako plastyk, w największym zakładzie przemysłowym w tym miasteczku. Na terenie tego zakładu było kino „Wrzos”, nad tym kinem tata miał olbrzymią pracownię, a blisko tej pracowni miała maleńkie mieszkanko służbowe właśnie ta dziwna kobieta. Poszliśmy. Prowadzili bardzo ożywioną i ciekawą rozmowę na wiele tematów. Byłem zdumiony jej oczytaniem i dość szeroką wiedzą. Ale czasami jej tok myśli jakby się przerywał, zatykał i mówiła przez moment trochę bez sensu. Mimo to byłem oszołomiony jej … normalnością.  Tak, te fotografie widziałem. I starałem się nie zauważać, jak słonia w składzie porcelany. Na stołem wisiały dwa duże portrety: Hitlera i Himmlera. Wtedy jeszcze chyba Kafki nie czytałem, ale atmosfera wizyty miała właśnie taki charakter. Po wyjściu miałem naturalnie masę pytań. Tata opowiedział mi jej historię. Była więźniarką Ravenscbruck. Nie miała piersi, obcięto je jej (nie dwie jednocześnie, a po jednej, w odstępach czasowych) w eksperymentach ‘medycznych’.  Po wyzwoleniu obozu wróciła do Polski, do tego miasteczka, gdzie miała liczną rodzinę i masę znajomych, przyjaciół. Przed wojną Żydzi stanowili tam większość ludności. Ona przeżyła, więc była pewna, że przeżyli choć niektórzy z bliskich, z przyjaciół. Nie mogła być sama. Ale została sama, nikt nie przeżył. Może jednostki, jak ten starszy, elegancki pan. Ale nikt, kogo znała. Nikt. Miała częste napady lęku, silny (jakbyśmy dziś nazwali) postraumatic disorder. A te portrety? Proste. W jej świecie, świat stary, który w takiej czy innej formie trwał przez stulecia – istnieć przestał. Węc to, co trwało było nietrwałe. Mogło się zmienić w każdej chwili. Kiedy tata pierwszy raz był u niej w mieszkaniu, z rozbrajającą szczerością wyznała: czy pan myśli, że oni nie wrócą? Oczywiście, że wrócą. Drugi raz obozu przeżyć nie mogę. Wiec ich zaproszę do siebie i udowodnię, że jestem największą zwolenniczką Wielkiej Rzeszy w całym mieście. I będę główną kapo kobiecego na całe miasto.

Starałem się potem kolegom wytłumaczyć aby nie krzyczeli za nią: wariatka.

To miasteczko  w dwudziestoleciu po kolejnym odzyskaniu suwerenności rozbudowano i odbudowano z rozmachem. Odwiedziłem je w 2018, po raz pierwszy od lat 70. Nie do poznania. Piękne, czyste, nowoczesne. Śladu po domkach po-żydowskich. W ich miejsce zbudowano nowe bogate posesje, pawilony handlowe.  Nie mam pojęcia czy mieszkają tam jacyś Żydzi. Może tak. Dziesięciu? Stu? Nie mam pojęcia. I jest to bez znaczenia. W tym miasteczku na zawsze też został brak. I smutek. Czy ktoś pamięta o klęczących na bruku, w palącym słońcu, Żydach polskich? Sąsiadach.

(poniżej link/łącze do cz.2 cyklu)

https://kanadyjskimonitor.wordpress.com/2022/10/07/smutek-i-brak-cisza-ktora-trzeba-wypelnic-prawda/

Sześć miesięcy wojny na Ukrainie. Czy o jej wyniku zadecydują tylko czołgi i rakiety?

Sześć miesięcy wojny na Ukrainie. I jednocześnie święto Niepodległości Ukrainy. Wielka ofensywa rosyjska w zasadzie na całej linii frontu na południu (na inne fronty Armii rosyjskiej już nie stać) weszła w fazę wojny pozycyjnej o wgórze, o wioskę, o przejście na rzece. Putin stracił sporo zębów. Tak, ma jednak ciągle olbrzymią armię.

Ale w wojnie, w której olbrzymie znaczenie ma nowoczesna i skomplikowana broń niezbędny jest twardy i dobrze wyszkolony żołnierz zawodowy a nie ‘urrra! za rodinu, za Stalinu, za mateczku Rasiju!’. I nie czasy wielkich, decydujacych bitew. Ukraina takiej bitwy nie przyjmie. Nie wyglądają na samobójców, kozackich kamikadze. Nie będzie Kurska ani Stalingradu.

Wołodymyr Zelensky mówi, że Ukraina nie oczekuje pokoju, że oczekuje zwycięstwa. Sugeruje w ten sposób nie pertraktracje pokojowe a przyjęcie aktu kapitulacji. Życzyłbym im tego. Ale to raczej mało realne.

Rosja nie tylko Putina ale i w mentalności bardzo wielu Rosjan jest imperium. I chce być, jako imperium uznana. Nie oczekuje sympatii i polubienia. Domaga się uznania jej imperialnej roli. Nie jestem nawet pewny czy zbrojne (zamach stanu, morderstwo itp) usunięcie Putina by to zmieniło. Tak, Putin to autokrata – wszak całkowitym autokratą był każdy car rosyjski – mieli to nawet w oficjalnym tytule: Samodzierżawca. I tak władcę widzi przeciętny Rosjanin.

Zamach w Moskwie na popularną rosyjską dziennikarkę, która gloryfikowała Rosję i była tubą ultranacjonalistycznej, szowinistycznej i wielkorosyjskiej ideologii, Darię Duginową był bardzo wyraźnym przykładem, jakie znaczenie ma ta ideologia. Pewne jest zresztą, że głównym celem zamachu był jej ojciec, Aleksander Dugin – popularny od lat faszysta rosyjski znany nie tylko w prasie ale w życiu akademickim. Ceniony niemiecki znawca Wschodniej Europy, Andreas Umland w wywiadzie dla szwajcarskiego wydawnictwa medialnego SRF pisze wprost o Duginie: “To jest rosyjska wersja faszyzmu. Dugin zapożycza z Zachodnich myślicieli faszystowskich we Włoszech i Niemczech i buduje swoją własną wersję neo-faszystowskiej ideologii, nazywając ją czasami Czwartą Teorią, czasami neo-euroazjanizmem lub po prostu tradycjonalizmem. Jest autentycznym rosyjskim faszystą.” Jest szanowanym w Rosji i jej kręgach akademickich. I bardzo popularnym w szerokich kręgach społecznych. Stąd jego wpływ na Kreml i Putina – jest to jednak wpływ pośredni, wpływ jego teorii wielkorosyjskich i popularności w społeczeństwie. Sam do polityki bezpośrednio się nie pcha i w pewnym stopniu politykami pogardza, jako jedynie narzędziami a nie twórcami. Niektórzy porównują go do roli i postaci Rasputina w Rosji carskiej.

Czemu piszę o ojcu i córce Duginach? Bo to jest najwieksze niebezpieczeństwo dla Europy, a nie były, niezbyt wysokiego stopnia, oficer KGB – Putin. Putina można wieloma sposobami usunąć ze sceny. Duszy rosyjskiej – nie sposób. Nie zapominajmy, że wielki, pisarz i myśliciel, noblista Aleksander Szołżenicyn, kategorycznie nie uznawał niepodległej i suwerennej Ukrainy i Białorusi. Uważał te dwa kraje i narody, jako integralną część wielkiej Rosji. I to jest ‘dusza rosyjska’ dużo silniejsza niż jakikolwiek przywódca polityczny.

Ten sposób myślenia, taka wizja kulturowa państwa-imperium w węzłach faszystowsko-etniczno-religijnych jest największym zagrożeniem europejskiego modelu, który oparty jest na pewnej stałej płynności ideii, metodologii i społeczeństwa. Płynności, w której centrum od kilku już stuleci jawił się Człowiek indywidualny i Człowiek-obywatel, jako potężny wariant niezależności wobec wschechwładzy państwa- wodza. Państwa-wodza, które urzyczywistnia właśnie Samodzierżawca. Nie był to proces ani łatwy ani krótki. Jest to też proces trwający in perpetuum mobile, to zaś zakłada też pewien chaos, niestałość i niepewność. Ale własnie ten chaos, ta niestałość struktur i mechanizmów umożliwia korekty, zmiany, dostosowywanie się.

Herb Wielkiego Księstwa Ruskiego z krótkiego okresu Rzeczypospolitej Trojga Narodów

Każde duże państwo europejskie u swych zaranii kształtowało się przez setki lat. Nie polega to tylko na podboju silniejszego szczepu, ale na długotrwałej budowie nowego organizmu wielo lub panetnicznego, nadrzędnej wspólnej rzeczy (rzeczy pospolitej, res publica).

W samych Niemczech ten proces trwał prawie do lat 20. ubiegłego wieku! Od czasów Świętago Cearstwa Rzymskiego Nartodu Niemieckiego. Polska nie jest dziś (jak za wczesnych Piastów) państwem Polan. Nie możemy powiedzieć (i nie mówimy), że Pomorze, Warmia, Podlasie lub Rzeszowszczyzna są polskie, bo to tereny Polan. Bo nie były. To ziemie szczepów słowiańskich, ale żaden z tych szczepów nie był Polanami. Mieli swoją odbrębna świadomość. Spokrewnioną – ale odrębną. Rosjanie zaś tego nie rozumieją. Dla nich te wszystkie wczesne i osobne, często wojujące ze sobą szczepy i grupy Słowian Wschodnich to nagle jacyś jedyni i niepodzielni Rusowie. Całe szczęście (w perspektywie historii), że plemiona białoruskie, a na południe od nich plemiona rusińskie przez setki lat (różne tereny w różnych okresach i przedziałach czasu) były pod silnymi wpływami i panowaniem Królestwa Polskiego z jednej strony, a Wielkiego Ksiestwa Litewskiego z drugiej. Od późnego średniowiecza były to już wspólne tereny jednej wielkiej Rzyczypospolitej Obojga Narodów. Szczcie nie dlatego, że ten ‘pan’ polski lub litewski był aż tak dobry i sprawiedliwy. Nie – dlatego, że w silny sposób zakorzeniły w tej I Rzeczypospolitej mimo wszystko zachodnio-europejskie idee i sposoby myślenia kulturowego i politycznego. I że król Polski (na dobre i na złe) nie był i być nie mógł Samodzierżawcą.

Nie sądziłem jeszcze dziesięć lat temu, że te ziarno tak silnie na Białorusi i Ukrainie zakiełkuje. Wśród nich samych. Białoruś jest rosyjskim klientem tylko na zasadzie pełnych więzień politycznych i terroru Łukaszenki. Dyktatora na glinianych nogach. Z ciekawych i zaskaujących względów i z diametralnie przeciwnych powodów do fali anty-rosyjskości nikt tak się współcześnie nie zasłużył na Ukrainie i w Białorusi, jak jej dwaj prezydenci.

Dlatego tak niezbędnym jest kontunuowanie pomocy dla Ukrainy aż do czasu uzyskania najbardziej korzystnego z możliwych rozwiazań. To jest wyzwanie naszych czasów wobec Historii. To jest wojna europejska o europejskie wartości. Jako, że Ameryka Północna i Autralia z Nową Zelandią (to bardzo ogólnikowa i tylko przykładowa lista cywilizacji europejskich) są dziećmi tej cywilizacji (ze wszystkimi pro i contra) – sa w tą wojnę zaangażowane. Bo jest to walka o ich wartości. Leży w naszym, świata zachodniego, interesie istnienie dużej, suwerennej Ukrainy byśmy z Putinem czy innym Putinowiczem rosyjskim graniczyć nie musieli. Tak długo, jak nie ulegnie zmianie, uleczeniu ‘rosyjska dusza’. A to proces bardzo długi i skomplikowany.

I pamietajmy, że to nie wojna ważna lub istotna dla całej wielkiej reszty świata. Afryka, a zwłaszcza Azja tego tak nie widzą. To ich politcznie-kulturowo nie dotyczy. Gotowi są na układy z każdą ze stron. Ktokolwiek wyjdzie z tego zwycięsko. Układy zresztą dalej z Rosją mają i zakładaja ciągle nowe.

Więc cieżar tego wysiłku wsparcia Ukrainy spada (i słusznie) głównie na nas: państwa NATO (z pominieciem Turcji, która w NATO jest z własnych, osobnych interesów i ambicji). A cena tego wsparcia może być tej zimy wyjatkowo trudna ekonomicznie. Brak wsparcia lub osłabnięcie naszej woli – może być katastrofalny. Z biegiem miesięcy spada emocjonalne zaangazowanie wielu indywidualnych osób. Najbardziej oddanym społecznikom i ratownikom Ukraińców zaczynaja tez opadać ręce i skrzydła. Są tym ciężarem uchodźców przygniecieni i nie wszystkie państwa ten ciężar równomiernie dźwigają i równomiernie wspomagają. Sankcje ekonomiczne, kontrakcje rosyjskie spowodowały wielki kryzys energetyczny i olbrzymi wzrost kosztów energii. Naciskajmy jednak na nasze rządy, gdy możemy wspierajmy sami akcje i zbiórki pro-ukraińskie. Rosja tą wojnę musi przegrać. Nie musi być upokorzona jakąś wielką kapitulacją. Ale nie może z niej wyjść zwycięska.

Pytania i książki. Ścieżki poszukiwań literackich li tylko?

Ostatnimi tygodniami kilka publikacji, do których po latach wróciłem. Polskie wszystkie (co cześciej mi się teraz zdarza – oznaka starzenia się i bliska temu sentymentalność ckliwa? 😅) i polskich autorów. Gdzieś od kilku lat ostatnich częściej po polskie książki sięgam. Jeszcze sześć-siedem lat temu było zdecydowanie odwrotnie (rzadko na moich rękach, niech ręka moja wystęka, jawi się druk Smętka 🤣), wiekszość była obcojęzyczna. Choć zwrot ‘obcojęzyczność’ brzmi kuriozalnie, gdy używa go ktoś, kto spędził trzykrotnie więcej życia poza macierzą domową… . Ale wynika to (te czytanie polskich książek teraz) z prostej przyczyny: szukanie pewnych odpowiedzi, pewnych dróg umożliwiajacych zrozumienie czegoś, co mnie akurat absorbuje. Bardzo generalizując i uproszczając te pytanie-zagadnienie brzmi: kim do cholery tak naprawdę jesteśmy? My – Polacy. Nie, niech kochani Ślązacy i Kaszubi najmilsi nie protestują. Nie trzeba. Nie chodzi o ścisłe więzy krwi , genetyki i antropologie kulturowe. Chdzi o to, że gdzieś mieszkaliśmy, pewne normy, drogowskazy kulturowo-historyczne mieliśmy i je wchłoneliśmy z ‘matczynej piersi’ (lub z butelki ze smoczkiem). Sam mam w sobie całe cysterny krwi nie tylko nie plemiennej, to jeszcze nawet (pssst) nie słowiańskiej w małej części (zdaje się, jakaś niemiecka niższego rzędu arystokratka była moją praprababką, zaś dalej jeszce w kolejności pra-pra sięgają ślady luksembursko-belgijskie, inny prapradziad był Madziarem, jedna z prababć i prapradziad z Czech – wiecej grzechów nie pamietam, LOL). Ale ni do Niemiec, ni do Wielkiego Księstwa Luksemburskiego lub niziny panońskiej ani pretensji nie mam ani związany z nimi się nie czuje – choć lubię – z małym wyjatkiem: w Pradze czuję się, jak w domu i kocham to miasto. A do Polski i owszem pretensje wszelkie mam i związany jestem z nią na dobre i złe. Kanada zaś to zupełnie inny orzech. Zgryziony, strawiony świadomie i z wyboru. Tu żadnych czarów-marów nie było ani genetyczno-kulturowej zaprawy do fundamentów. Więc te fundamenty moje w 100% polskie (cokolwiek pod tym rozumiemy) i męczą czasem w rozumieniu, w rozsupływaniu tego tobołka ponad 1000-letniego.

Stąd te kilka tytułow ostanio przeglądanych. Bardzo różnych i z bardzo różnych czasów. A na różne pytania pomagają szukać odpowiedzi. Znanych wielkich i bardzo mało lub w ogóle nie znanych (wielka sława to żart, książę błazna jest wart – tak, tak panie baronie cygański), którzy w pewnych pytaniach coś mi podpowiadali.

Stanisław Kowalczyk, młody bardzo poeta, który ginie tragicznie bardzo wcześnie. Zostaje więc tylko okrzyk młodości (i to w okropnym otoczeniu wojny i zniszczenia) szczery, jeszcze nie zmanierowany możliwymi laurami wieku dojrzałego, może starości nawet. Co zostawił, co mi wytłumaczył? Młodość właśnie, zapis uczuć i przeżyć poetyckich in statu nascendi. By ich nie zapomnieć, nawet gdy formą lekko młodopolską szfankują – bo te wczesne są ważniejsze od wszystkich traktatów mędrców wieku późnego. Pamietaj więc siebie wieku młodego – to byłeś ty. To nauka bardzo trudna do – wbrew pozorom – do zapamietania. (“Osty kwitnace”, wyd. I, Pruszków, 1943- przedruk całkowity z oryginału w 2005 w Pruszkowskiej Książnicy)

Mikołaj Rej we wspaniałym I wydaniu “Człowieka poczciwego” (Zakład Ossolińskich, 1956) z doskonałym, 60-stronicowym wstępem (sam Wstęp taki to wszak prawie osobna praca naukowo-krytyczna) kochanego Juliana Krzyżanowskiego. Co za gratka czytać Reja nie jako obowiazkową lekturę a człowieka polskiego Odrodzenia par excellance – budzenie Polski z długiego snu średniowiecznego, przywracanie korzeni przed-chrześcijańskich (klasyki greko-rzymskiej), budowanie na nowo rodziny europejskiej. Ale wszystko zakotwiczone bardzo silnie w tej chrześcijańskiej, rzymsko-chrześcijańskiej sielankowości Polski Rejtana. Jeśli czytane z tym kluczem Krzyżanowskiego – jakże na nowo odkrywcze. Tu sporo żem był sobie przypomniał, może na nowo odkrył lub zauważyłem czegom wcześniej niekoniecznie zauważył. To pomogło.

Poeta polsko-kanadyjski Ryszard Tylman i jego wydany wiele lat temu w Krakowie tomik “Koty marcowe”. Z prozaicznej przyczyny: podobne losy, czasy i miejsca. Zwłaszcza, że przypomniał mi w wierszach z ich pobytu we Włoszech (był tam z małżonką, z którą później w Vancouverze łączyła mnie serdeczna przyjaźń, a z nim współpracowałem, jako redaktor), jako polscy uchodźcy. To były te same miejsca, ulice i czasy, gdy ja tam byłem z identycznej przyczyny. W krótkich stosunkowo odstępach czasu tam byliśmy. Ja zajęty byłem pracą doraźnego aktywisty życia obozowego i jeśli sięgałem po pióro to raczej pisząc publicystykę i memoriały polityczne niż wiersze. A wiersze są prawdziwszym zapisem momentu. Momentu kolosalnie ważnego, przełomowego. Decyzja opuszczenia ojczyzny jest nie porównywalna do zmiany zamieszkania, emigracji do innego kraju. To dwa różne, kompletnie do siebie nie podobne zwierzęta-smoki. Zwłaszcza z emocjonalnego punktu widzenia. Więc czytałem te jego wiersze (cz.I pt. ‘W drogę’) i pamietałem, przypominałem. Nie, chyba nie porównywałem, bo to bezsensowne – Ryszard to on, a ja jestem Bogumił, też dwa różne zwierzaki. Ale proces emocjonalno-twórczy musiał i był podobny, zbliżony. Więc te wiersze mi przypomniały ten moment właśnie, nie w refleksji historycznej a ulotności chwili właśnie. Tamtej chwili w jej trwaniu, a nie pamięci tej chwili. Zamknąć czas chwili potrafi tylko poezja (lub rzetelne Dzienniki). To różnica kolosalna.

Wielki dla polskiej myśli niepodległościowej i dla przetrwania niezależności polskiej literatury był naturalnie przez cały okres mazi PRLowskiej Jerzy Giedroyc. Sam pisał bardzo mało. Literatem nie był. Był Redaktorem-Organizatorem. Szarą Eminencją. Ta jego “Autobiografia na cztery ręce” (wyd. Czytelnika, 1996) jest tego potwierdzeniem w pełnej mierze. Ale nie szukałem tego potwierdzenia. Nie szukałem też śladów moich prywatnych z nim kontaktów ani jego klucza do rozumienia wagi literatury emigracyjnej. Chodziło mi o dość rzecz prozaiczną czasowo a związaną z wojną na Ukrainie. Tą wojną teraz, nie tamtymi w latach 1918-20. W końcówce Miedzywojnia Giedroyc już był własnie taką szarą eminencją, takim organizatorem, który zapalał pewne iskry pomysłów politycznych. Dużym problemem w II Rzeczypospolitej była naturalnie kwestia mniejszości narodowych w Polsce. I pomógł mi jaśniej to zobaczyć, bez sentymentu rodzinnego i literacko-poetyckiego. Więc wygladało to słabo. W zasadzie nie wygladała w ogóle. Z winy – może lepiej by było napisać: z zaniedbania? – Polaków i polskich władz. Pojedyńcze osoby starały się coś w terenie zrobić ale skutecznej polityki zabrakło. Można nawet zaryzykować, że (bez ujęcia jej w ramy systematyczne) polityka, która istniała i działała była szowinistyczna i przeciwna temu. A wielka szkoda. Podejście Polski było paternalistyczne a nie partnerskie. Niestety (dla Polski) wiek był XX a nie XVIII.

Czy coś to tłumaczy (np. Rzeź Wołyńską)? Tak. Zresztą nie chodzi o tłumaczenie (zbrodni wytłumaczyć nie sposób) a o zrozumienie pełniejsze. Widzenie dalej niż krawędź własnego nosa. Pespektywę historyczną zajść, zachowań.

Czytanie się więc przydaje ciągle. I to by było na tyle.