W szacie smutku i braku

Bogumil Pacak-Gamalski

(Część I)

Nie wiem dokładnie, to było tyle lat temu. Miałem może pięć, może sześć lat.  Na pewno nie siedem, bo wtedy mieszkałem już w okolicach Warszawy i tam zacząłem szkołę podstawową.   Działo się to w starym Toruniu. Świat był tak inny. Wszędzie pachniało jeszcze wojną, która towarzyszyła moim zabawom:  znajdowanie kul i fragmentów pocisków i ciągłe ostrzeżenia rodziców i dziadków, by kamieniami ich nie rozbijać, bo można stracić palce lub całą rękę, co stało się niedawno synkowi ‘pani X’ (zawsze było to ‘niedawno’ i zmieniały się tylko imiona tych znajomych, więc przestaliśmy też  tak zupełnie w to wierzyć, w dodatku jeśli ‘pani Kasia’ miała synka, któremu urwało dwa palce, to dlaczego my nigdy tej pani Kasi na oczy nie widzieliśmy?); wojna towarzyszyła wszystkim podsłuchiwanym rozmowom taty, babci, dziadka, wujka, cioć. Zwłaszcza, gdy zbierali się na wspólny obiad lub kolację. Co prawda mówili srogo: nie słuchaj rozmów dorosłych, zajmij się czymś. Nie słuchaj! Dobre sobie. To były najciekawsze opowiadania!

Mieszkania po wojnie były małe – salonik i pokoje co prawda duże, długie korytarze – ale tych pokoi było mało, bardzo mało, bo aż dwa: w jednym babcia z dziadkiem, a  w salonie mama, tata, ja i siostra. A, i wielki fortepian koncertowy. No i wspaniały piec kaflowy. Kuchnia była bardzo duża i miała swój balkonik (w salonie był duży balkon) i spiżarnię. Ale ze spiżarni trudno zrobić pokoik, w dodatku bez okien. Co też nie było prawdą. Nad nami, na ostatnim, czwartym  piętrze było jeszcze jedno mieszkanie, tylko jedne, bo drugie drzwi prowadziły na wielki strych. W tym mieszkaniu mieszkał wujek Wacek, dyrektor MHD w Toruniu. Niby dyrektor, a takie małe mieszkanie! Mieli tylko kuchnię i jeden pokój. A było ich … pięcioro: wujek Wacek-dyrektor; ciocia Irena, jego żona, kuzynka taty; ich córka Ewcia; kochana i pięknie śpiewająca po rosyjsku ciocia Jania, siostra babci i bardzo starsza pani, która była mamą wujka-dyrektora. Więc oni z tej spiżarni właśnie w swojej kuchni usunęli jedną ścianę i tak powstała wnęka z łóżkiem, gdzie na noc spała jedna z teściowych (nie pamiętam czy ciocia Jania czy ta druga bardzo elegancka pani). Ciocia Jania miała przed wojna wielki majątek Komarszczyzna na Mińszczyźnie, z wielkim drewnianym dworem, dwoma młynami, stodołami.  Pamiętam, ze względu na wielki i szczery śmiech całej bez wyjątku rodziny, gdy na jakimś świątecznym, wspólnym obiedzie (więc  robionym w naszym, dużo większym mimo wszystko mieszkaniu), gdy spytałem całkiem poważnie: ‘to  czemu tam nie wrócimy, wszyscy na tym majątku się zmieścimy!’ Strasznie chciałem mieć własny pokój, by siostra mi stale nie przeszkadzała i nie stroiła żartów z moich poważnych planów. Więc ta wojna była jeszcze wszędzie. Choć zakończyła się  ponad 10 lat przed moim przyjściem na świat.

Kilka razy w tygodniu chodziliśmy z naszego mieszkania na Mokrym (na ogół z mamą tylko, zwłaszcza już w tym ostatnim roku mego sześcioletniego życia, gdyż tato wyjechał na stałe do Warszawy ‘robić karierę’) do rodziców mamy na Jakubskim Przedmieściu. Szło się ulicą Batorego, przez Garbaty Mostek i wchodziło w świat dziwów. Po prawej wielki poligon, gdzie czasem strzelali żołnierze, po lewej niekończący się wysoki mur z czerwonej cegły koszar i szkoły wojsk artyleryjskich.  Żołnierze w mundurach wyglądali dzielnie i bojowo, a że mama była piękną kobietą, często wyprężali się i salutowali oferując ponieść siatki z zakupami. Imponowało mi to bardzo. Wtedy zdecydowałem, że zostanę żołnierzem. Nie byłem tylko pewny czy artylerzystą, jak oni czy ułanem, jak dziadek (ojciec mamy). To była decyzja bardzo sumienna. A ponieważ od śmiejących się wujków i cioć wiedziałem, że zjadłem wszystkie rozumy – byłem pewny, że gdy nadejdzie ten czas, to zrobię wybór właściwy.  Po latach okazało się, że wujkowie i ciocie się pomylili albo moje wartości się zmieniły – w wojsku żadnym nigdy w życiu nawet jeden dzień nie służyłem. 

Za koszarami cofaliśmy się gdzieś w przełom wieków XIX i XX. Ulica gen. Pułaskiego (dziś należałoby powiedzieć – generała  Kazimiery Pułaskiej, gdyż wiemy, po otwarciu grobu przez Amerykanów, bez żadnej wątpliwości, że generał mężczyzną być nie mógł a wtedy nawet w Ameryce operacji zmiany płci się nie robiło…): wzdłuż chodnika gazowe latarenki, które co wieczór zapalał pręcikiem pracownik elektrowni, po prawej olbrzymi stary cmentarz św. Jakuba, przylegający od tej strony do tych rozległych poligonów, po lewej gęste krzaki porosłe wysokimi trawami, wijące się wśród nich wąskie ścieżki i jakieś dziwne kamienne tablice. Wiedziałem już, że to groby. Niektóre stojące, inne leżały całe lub pęknięte na ziemi, jakby rozrzucone. Od zawsze miałem przykazanie od mamy i dziadków, że nie wolno tam chodzić. Czasami kręcili się tam jacyś pijaczkowie, podejrzane typy, były nawet resztki rozwalonego murku, który kiedyś widać ten cmentarz okalał. Pytałem o ten cmentarz dziadków, zasięgałem opinii kolegi, który mieszkał w tej samej, co dziadkowie kamienicy. Waldek (ten kolega) też nic nie wiedział i tam nie chodził, bo miał stracha i jego rodzice mu też zabraniali. Powiedziano mi, że tam chodzą tylko bandyci i kryminaliści, zakłócają spokój umarłych a to grzech i porządny chłopiec winien to miejsce uszanować i nigdy tam nie chodzić. Naturalnie, nie chciałem być, jak ci bandyci i nie chciałem też zakłócać spokoju umarłych. Byłem trochę łobuziakiem ale dość dobrym chłopcem mimo wszystko.  Kamienica dziadków stała na ulicy Lampego (dzisiaj Antczaka), tuż przy tym drugim, olbrzymim cmentarzu. Cmentarzu, który dobrze znałem, bo chodziliśmy tam oczyszczać  grobki bliźniaków, braciszków mojej mamy, którzy zmarli kilka dni po urodzeniu w 1945 (wówczas ta ulica Lampego, później Antczaka, nazywała się po prostu Przy Rzeżni. Nie widziałem wówczas, że Polska to taki dziwny kraj, gdzie zmiany nazw ulic, placów a nawet miast są dość popularne i częste …) . Ta moja ‘dobroć’ i poczucie sprawiedliwości były trochę Janosikowe lub Robinhudowe, bo z koleżanką z tej kamienicy często zabieraliśmy część kwiatów z grobów, gdzie były ich pęki i przystrajaliśmy nimi kompletnie zapuszczone i zapomniane groby innych. Znałem już nieźle alfabet i potrafiłem wydukać napisy, zwłaszcza imiona na grobach i daty śmierci. I ta sprawa tego zarośniętego cmentarza-chaszczy, mimo ostrzeżeń, niepokoiła mnie. Wydedukowałem, że musi być strasznie stary i nikt z rodzin już nie żyje i pewnie dlatego zapomniany i zarośnięty. Wpadłem na pomysł, że jeśli nazbieramy kwiatków z podwórka (zanoszenie kwiatów z tego naszego cmentarza na cmentarz inny wydawało mi się nieetyczne, nie mam pojęcia czemu) i pójdziemy na ten zakazany, to nie będzie to grzech i zakłócanie spokoju umarłych, przeciwnie – dobry i pożyteczny cel. Koleżanka nie była przekonana, że to dobry pomysł (jej, zwłaszcza dziewczynce, pod surową karą zakazano tam chodzić, ze względu na te zakazane typy tam myszkujące) ale byłem dość elokwentny i wytłumaczyłem jej, że to zacny uczynek i że nie grzech a przeciwnie – Bozia będzie nam za to wdzięczna. I tak zrobiliśmy. Była to krótka i dziwna wycieczka. Dwoje brzdąców ostrożnie skradających się wąskimi, zarośniętymi ścieżkami do przewróconych tablic grobowych, niektóre groby zapadnięte, inne zniszczone przez czas, pochylone. Serca waliły nam tak, że byliśmy pewni, że ci wszyscy ukryci w chaszczach bandyci nas słyszą.  Na jednym z lepiej zachowanych grobów koleżanka ułożyła szybko bukiecik i powiedziała rezolutnie : ‘starczy. idziemy’.  Ale ja musiałem przeczytać jeszcze choć jedno imię i te starożytne daty!  Napisy były bardzo niewyraźne. Palcem rozcierałem mech aby je lepiej zobaczyć. Były bardzo dziwne, niezrozumiałe inne litery, których nie znałem. Wtedy przypomniałem sobie książki dziadka, wśród których było trochę niemieckich (dziadek niemiecki znał dobrze), przedwojennych. Wśród nich była pięknie ilustrowana powieść „Robin Hood”, którą dziadek mi czytał tłumacząc na polski, a ja pasjami potem przerzucałem jej kartki oglądając te piękne rysunki. Druk tej powieści był w stylu starego gotyckiego niemieckiego i litery były takie dziwne, trudno czytelne. I doznałem olśnienia – to musi być ten niemiecki alfabet, tylko jeszcze dziwniejszy, starszy widocznie! W tym momencie usłyszeliśmy szelest, ktoś szedł przez chaszcze. Koleżanka wrzasnęła i zaczęła uciekać. No to ja za nią. Nie, że się bałem. Skąd!  Biegłem za nią, by w razie czego ją obronić, oczywiście. Ona pobiegła do swojego mieszkania na drugim piętrze, ja do dziadków na trzecim. Jeszcze zdążyła mi przypomnieć obietnice, że nikomu o tym nie powiem. Nie miałem czasu jej nic wytłumaczyć. A to takie proste! To musiał być cmentarz z wojny, żołnierzy niemieckich, którzy takie okrucieństwa nam zadawali, naszych wrogów śmiertelnych. My, jako Polacy nie możemy chodzić i dbać o cmentarz tych, którzy nas chcieli wszystkich zabić! W tym wieku to było takie logiczne. Etyka dziecka jest bardzo prosta, bez niuansów, czarno-biała.

Tego wieczora, po kolacji, zdecydowałem opowiedzieć moją wycieczkę babci, dziadkowi, cioci i wujkowi. Mamy już nie było, bo wróciła z siostrą do domu, a ja zostałem na noc u dziadków. Jak bywało często i co lubiłem. Powiedziałem z dumą: ‘rozumiem dlaczego nie chcecie żebym na ten zarośnięty cmentarz chodził. I nie ma czego ukrywać. Całkowicie się z tym zgadzam, że Polacy tam nie powinni chodzić. Przecież nie będziemy chodzić odwiedzać grobów bandytów, którzy chcieli nas zabić.’

Zapanowała cisza i konsternacja.  Babcia pierwsza odzyskała głos: ‘co ty mówisz dziecko? Kto ci wsadził do głowy takie idee, że to byli bandyci? Jak można tak mówić o zmarłych? ‘.

Była wyraźnie poruszona i zaszokowana. Jej oburzenie zabolało mnie bardzo. Jak babcia może ich bronić, przecież wyrządzili jej i całej rodzinie tyle krzywdy?! W dodatku zarzucić mi, że powiedziałem coś złego, niedobrego? Krzyknąłem: ‘przecież  to cmentarz hitlerowców, babciu!’ I opowiedziałem szybko, jednym wydechem, cała moją wizytę tam. Widziałem na ich twarzach zdumienie. Dziadek spojrzał na mnie poważnie, spokojnie. Długo. I powiedział dobitnie:

to nie jest cmentarz hitlerowski ani niemieckich żołnierzy.  To cmentarz żydowski i w tych grobach leżą ludzie niewinni żadnych zbrodni, leżą ci, którzy wycierpieli więcej nawet niż my w tej wojnie. Żydzi.’

Od tego momentu poznałem te słowo.  Na pewno słyszałem je wcześniej, pewnie w rozmowach, w zwrotach. Ale od tego momentu zamieszkało we mnie emocjonalnie. Nabrało kształtu człowieka. Słowo, które potem odziało się w szatę wielkiego smutku. I braku. Braku, który do dziś nie jest i nigdy już nie będzie wypełniony. Poznałem potem, w dość już długim życiu, wielu Żydów. Polskich też. Innych też. Zagadnienia, komplikacje, pogromy od ponad tysiąca lat, poczynając od portugalskich, pojęcia syjonizmu, anty syjonizmu, komplikacje izraelskie. Przekleństwa religii, szowinizmu, faszyzmu.  W niczym to nie pomaga. Nie wypełnia tego braku. Mieszkałem przez kilka młodych lat szkoły podstawowej w małym, starym miasteczku mazowieckim. Blisko naszego domu były uliczki zabudowane szeregiem parterowych drewniaków, zniszczonych czasem  domków zamieszkałych przez biedotę tego miasteczka. Przed wojną te domki to była dzielnica żydowska, biegały po tych uliczkach żydowskie dzieciaki, ich matki krzyczały na nich po polsku, w jidysz. W czasie wojny pewnego dnia spędzono ich wszystkich na rynek przy kościele, blisko dużego parku. Musieli tam klęczeć przez kilka dni na bruku. Kto się wywrócił – zastrzelono na miejscu. Nikt z nich do tych domków nigdy nie wrócił.

Z własnej pamięci i wiedzy przypominam tylko dwóch, z miasteczka, które liczyło wtedy ok. 25 tysięcy mieszkańców. Może było więcej, nie wiedziałem. Jeden to był starszy, wyprostowany i elegancko ubrany mężczyzna, który spacerował główną ulicą miasta; drugą była kobieta nazywana ‘wariatką’.  Nie bez przyczyny. Znałem ją, bo pracowała, jako kontrolerka biletowa dwóch kin w miasteczku, „Wrzos” i „Bałtyk”. Była w średnim wieku, mała, szczupła. Ubierała się w dziwnie, nieco wojskowe w kroju czarne spódnice i bluzy, chodziła szybkim krokiem, truchtem w zasadzie i w kinach trzymała w ręku grubą gumową rurkę i goniła między rzędami chłopaków, którzy weszli na seans ‘na gapę’. Waląc ich tą pydą po ramionach i głowie. Kiedyś opowiadałem o niej ojcu i użyłem tego określenia ‘wariatka’.  Ojciec powiedział:  to ja cię z nią poznam , zaprowadzę do jej mieszkania. Tylko nie zadawaj żadnych pytań na temat dużych zdjęć, jakie w jej pokoju zobaczysz.

Tata krótko pracował wówczas, jako plastyk, w największym zakładzie przemysłowym w tym miasteczku. Na terenie tego zakładu było kino „Wrzos”, nad tym kinem tata miał olbrzymią pracownię, a blisko tej pracowni miała maleńkie mieszkanko służbowe właśnie ta dziwna kobieta. Poszliśmy. Prowadzili bardzo ożywioną i ciekawą rozmowę na wiele tematów. Byłem zdumiony jej oczytaniem i dość szeroką wiedzą. Ale czasami jej tok myśli jakby się przerywał, zatykał i mówiła przez moment trochę bez sensu. Mimo to byłem oszołomiony jej … normalnością.  Tak, te fotografie widziałem. I starałem się nie zauważać, jak słonia w składzie porcelany. Na stołem wisiały dwa duże portrety: Hitlera i Himmlera. Wtedy jeszcze chyba Kafki nie czytałem, ale atmosfera wizyty miała właśnie taki charakter. Po wyjściu miałem naturalnie masę pytań. Tata opowiedział mi jej historię. Była więźniarką Ravenscbruck. Nie miała piersi, obcięto je jej (nie dwie jednocześnie, a po jednej, w odstępach czasowych) w eksperymentach ‘medycznych’.  Po wyzwoleniu obozu wróciła do Polski, do tego miasteczka, gdzie miała liczną rodzinę i masę znajomych, przyjaciół. Przed wojną Żydzi stanowili tam większość ludności. Ona przeżyła, więc była pewna, że przeżyli choć niektórzy z bliskich, z przyjaciół. Nie mogła być sama. Ale została sama, nikt nie przeżył. Może jednostki, jak ten starszy, elegancki pan. Ale nikt, kogo znała. Nikt. Miała częste napady lęku, silny (jakbyśmy dziś nazwali) postraumatic disorder. A te portrety? Proste. W jej świecie, świat stary, który w takiej czy innej formie trwał przez stulecia – istnieć przestał. Węc to, co trwało było nietrwałe. Mogło się zmienić w każdej chwili. Kiedy tata pierwszy raz był u niej w mieszkaniu, z rozbrajającą szczerością wyznała: czy pan myśli, że oni nie wrócą? Oczywiście, że wrócą. Drugi raz obozu przeżyć nie mogę. Wiec ich zaproszę do siebie i udowodnię, że jestem największą zwolenniczką Wielkiej Rzeszy w całym mieście. I będę główną kapo kobiecego na całe miasto.

Starałem się potem kolegom wytłumaczyć aby nie krzyczeli za nią: wariatka.

To miasteczko  w dwudziestoleciu po kolejnym odzyskaniu suwerenności rozbudowano i odbudowano z rozmachem. Odwiedziłem je w 2018, po raz pierwszy od lat 70. Nie do poznania. Piękne, czyste, nowoczesne. Śladu po domkach po-żydowskich. W ich miejsce zbudowano nowe bogate posesje, pawilony handlowe.  Nie mam pojęcia czy mieszkają tam jacyś Żydzi. Może tak. Dziesięciu? Stu? Nie mam pojęcia. I jest to bez znaczenia. W tym miasteczku na zawsze też został brak. I smutek. Czy ktoś pamięta o klęczących na bruku, w palącym słońcu, Żydach polskich? Sąsiadach.

(poniżej link/łącze do cz.2 cyklu)

https://kanadyjskimonitor.wordpress.com/2022/10/07/smutek-i-brak-cisza-ktora-trzeba-wypelnic-prawda/

Sześć miesięcy wojny na Ukrainie. Czy o jej wyniku zadecydują tylko czołgi i rakiety?

Sześć miesięcy wojny na Ukrainie. I jednocześnie święto Niepodległości Ukrainy. Wielka ofensywa rosyjska w zasadzie na całej linii frontu na południu (na inne fronty Armii rosyjskiej już nie stać) weszła w fazę wojny pozycyjnej o wgórze, o wioskę, o przejście na rzece. Putin stracił sporo zębów. Tak, ma jednak ciągle olbrzymią armię.

Ale w wojnie, w której olbrzymie znaczenie ma nowoczesna i skomplikowana broń niezbędny jest twardy i dobrze wyszkolony żołnierz zawodowy a nie ‘urrra! za rodinu, za Stalinu, za mateczku Rasiju!’. I nie czasy wielkich, decydujacych bitew. Ukraina takiej bitwy nie przyjmie. Nie wyglądają na samobójców, kozackich kamikadze. Nie będzie Kurska ani Stalingradu.

Wołodymyr Zelensky mówi, że Ukraina nie oczekuje pokoju, że oczekuje zwycięstwa. Sugeruje w ten sposób nie pertraktracje pokojowe a przyjęcie aktu kapitulacji. Życzyłbym im tego. Ale to raczej mało realne.

Rosja nie tylko Putina ale i w mentalności bardzo wielu Rosjan jest imperium. I chce być, jako imperium uznana. Nie oczekuje sympatii i polubienia. Domaga się uznania jej imperialnej roli. Nie jestem nawet pewny czy zbrojne (zamach stanu, morderstwo itp) usunięcie Putina by to zmieniło. Tak, Putin to autokrata – wszak całkowitym autokratą był każdy car rosyjski – mieli to nawet w oficjalnym tytule: Samodzierżawca. I tak władcę widzi przeciętny Rosjanin.

Zamach w Moskwie na popularną rosyjską dziennikarkę, która gloryfikowała Rosję i była tubą ultranacjonalistycznej, szowinistycznej i wielkorosyjskiej ideologii, Darię Duginową był bardzo wyraźnym przykładem, jakie znaczenie ma ta ideologia. Pewne jest zresztą, że głównym celem zamachu był jej ojciec, Aleksander Dugin – popularny od lat faszysta rosyjski znany nie tylko w prasie ale w życiu akademickim. Ceniony niemiecki znawca Wschodniej Europy, Andreas Umland w wywiadzie dla szwajcarskiego wydawnictwa medialnego SRF pisze wprost o Duginie: “To jest rosyjska wersja faszyzmu. Dugin zapożycza z Zachodnich myślicieli faszystowskich we Włoszech i Niemczech i buduje swoją własną wersję neo-faszystowskiej ideologii, nazywając ją czasami Czwartą Teorią, czasami neo-euroazjanizmem lub po prostu tradycjonalizmem. Jest autentycznym rosyjskim faszystą.” Jest szanowanym w Rosji i jej kręgach akademickich. I bardzo popularnym w szerokich kręgach społecznych. Stąd jego wpływ na Kreml i Putina – jest to jednak wpływ pośredni, wpływ jego teorii wielkorosyjskich i popularności w społeczeństwie. Sam do polityki bezpośrednio się nie pcha i w pewnym stopniu politykami pogardza, jako jedynie narzędziami a nie twórcami. Niektórzy porównują go do roli i postaci Rasputina w Rosji carskiej.

Czemu piszę o ojcu i córce Duginach? Bo to jest najwieksze niebezpieczeństwo dla Europy, a nie były, niezbyt wysokiego stopnia, oficer KGB – Putin. Putina można wieloma sposobami usunąć ze sceny. Duszy rosyjskiej – nie sposób. Nie zapominajmy, że wielki, pisarz i myśliciel, noblista Aleksander Szołżenicyn, kategorycznie nie uznawał niepodległej i suwerennej Ukrainy i Białorusi. Uważał te dwa kraje i narody, jako integralną część wielkiej Rosji. I to jest ‘dusza rosyjska’ dużo silniejsza niż jakikolwiek przywódca polityczny.

Ten sposób myślenia, taka wizja kulturowa państwa-imperium w węzłach faszystowsko-etniczno-religijnych jest największym zagrożeniem europejskiego modelu, który oparty jest na pewnej stałej płynności ideii, metodologii i społeczeństwa. Płynności, w której centrum od kilku już stuleci jawił się Człowiek indywidualny i Człowiek-obywatel, jako potężny wariant niezależności wobec wschechwładzy państwa- wodza. Państwa-wodza, które urzyczywistnia właśnie Samodzierżawca. Nie był to proces ani łatwy ani krótki. Jest to też proces trwający in perpetuum mobile, to zaś zakłada też pewien chaos, niestałość i niepewność. Ale własnie ten chaos, ta niestałość struktur i mechanizmów umożliwia korekty, zmiany, dostosowywanie się.

Herb Wielkiego Księstwa Ruskiego z krótkiego okresu Rzeczypospolitej Trojga Narodów

Każde duże państwo europejskie u swych zaranii kształtowało się przez setki lat. Nie polega to tylko na podboju silniejszego szczepu, ale na długotrwałej budowie nowego organizmu wielo lub panetnicznego, nadrzędnej wspólnej rzeczy (rzeczy pospolitej, res publica).

W samych Niemczech ten proces trwał prawie do lat 20. ubiegłego wieku! Od czasów Świętago Cearstwa Rzymskiego Nartodu Niemieckiego. Polska nie jest dziś (jak za wczesnych Piastów) państwem Polan. Nie możemy powiedzieć (i nie mówimy), że Pomorze, Warmia, Podlasie lub Rzeszowszczyzna są polskie, bo to tereny Polan. Bo nie były. To ziemie szczepów słowiańskich, ale żaden z tych szczepów nie był Polanami. Mieli swoją odbrębna świadomość. Spokrewnioną – ale odrębną. Rosjanie zaś tego nie rozumieją. Dla nich te wszystkie wczesne i osobne, często wojujące ze sobą szczepy i grupy Słowian Wschodnich to nagle jacyś jedyni i niepodzielni Rusowie. Całe szczęście (w perspektywie historii), że plemiona białoruskie, a na południe od nich plemiona rusińskie przez setki lat (różne tereny w różnych okresach i przedziałach czasu) były pod silnymi wpływami i panowaniem Królestwa Polskiego z jednej strony, a Wielkiego Ksiestwa Litewskiego z drugiej. Od późnego średniowiecza były to już wspólne tereny jednej wielkiej Rzyczypospolitej Obojga Narodów. Szczcie nie dlatego, że ten ‘pan’ polski lub litewski był aż tak dobry i sprawiedliwy. Nie – dlatego, że w silny sposób zakorzeniły w tej I Rzeczypospolitej mimo wszystko zachodnio-europejskie idee i sposoby myślenia kulturowego i politycznego. I że król Polski (na dobre i na złe) nie był i być nie mógł Samodzierżawcą.

Nie sądziłem jeszcze dziesięć lat temu, że te ziarno tak silnie na Białorusi i Ukrainie zakiełkuje. Wśród nich samych. Białoruś jest rosyjskim klientem tylko na zasadzie pełnych więzień politycznych i terroru Łukaszenki. Dyktatora na glinianych nogach. Z ciekawych i zaskaujących względów i z diametralnie przeciwnych powodów do fali anty-rosyjskości nikt tak się współcześnie nie zasłużył na Ukrainie i w Białorusi, jak jej dwaj prezydenci.

Dlatego tak niezbędnym jest kontunuowanie pomocy dla Ukrainy aż do czasu uzyskania najbardziej korzystnego z możliwych rozwiazań. To jest wyzwanie naszych czasów wobec Historii. To jest wojna europejska o europejskie wartości. Jako, że Ameryka Północna i Autralia z Nową Zelandią (to bardzo ogólnikowa i tylko przykładowa lista cywilizacji europejskich) są dziećmi tej cywilizacji (ze wszystkimi pro i contra) – sa w tą wojnę zaangażowane. Bo jest to walka o ich wartości. Leży w naszym, świata zachodniego, interesie istnienie dużej, suwerennej Ukrainy byśmy z Putinem czy innym Putinowiczem rosyjskim graniczyć nie musieli. Tak długo, jak nie ulegnie zmianie, uleczeniu ‘rosyjska dusza’. A to proces bardzo długi i skomplikowany.

I pamietajmy, że to nie wojna ważna lub istotna dla całej wielkiej reszty świata. Afryka, a zwłaszcza Azja tego tak nie widzą. To ich politcznie-kulturowo nie dotyczy. Gotowi są na układy z każdą ze stron. Ktokolwiek wyjdzie z tego zwycięsko. Układy zresztą dalej z Rosją mają i zakładaja ciągle nowe.

Więc cieżar tego wysiłku wsparcia Ukrainy spada (i słusznie) głównie na nas: państwa NATO (z pominieciem Turcji, która w NATO jest z własnych, osobnych interesów i ambicji). A cena tego wsparcia może być tej zimy wyjatkowo trudna ekonomicznie. Brak wsparcia lub osłabnięcie naszej woli – może być katastrofalny. Z biegiem miesięcy spada emocjonalne zaangazowanie wielu indywidualnych osób. Najbardziej oddanym społecznikom i ratownikom Ukraińców zaczynaja tez opadać ręce i skrzydła. Są tym ciężarem uchodźców przygniecieni i nie wszystkie państwa ten ciężar równomiernie dźwigają i równomiernie wspomagają. Sankcje ekonomiczne, kontrakcje rosyjskie spowodowały wielki kryzys energetyczny i olbrzymi wzrost kosztów energii. Naciskajmy jednak na nasze rządy, gdy możemy wspierajmy sami akcje i zbiórki pro-ukraińskie. Rosja tą wojnę musi przegrać. Nie musi być upokorzona jakąś wielką kapitulacją. Ale nie może z niej wyjść zwycięska.

Pytania i książki. Ścieżki poszukiwań literackich li tylko?

Ostatnimi tygodniami kilka publikacji, do których po latach wróciłem. Polskie wszystkie (co cześciej mi się teraz zdarza – oznaka starzenia się i bliska temu sentymentalność ckliwa? 😅) i polskich autorów. Gdzieś od kilku lat ostatnich częściej po polskie książki sięgam. Jeszcze sześć-siedem lat temu było zdecydowanie odwrotnie (rzadko na moich rękach, niech ręka moja wystęka, jawi się druk Smętka 🤣), wiekszość była obcojęzyczna. Choć zwrot ‘obcojęzyczność’ brzmi kuriozalnie, gdy używa go ktoś, kto spędził trzykrotnie więcej życia poza macierzą domową… . Ale wynika to (te czytanie polskich książek teraz) z prostej przyczyny: szukanie pewnych odpowiedzi, pewnych dróg umożliwiajacych zrozumienie czegoś, co mnie akurat absorbuje. Bardzo generalizując i uproszczając te pytanie-zagadnienie brzmi: kim do cholery tak naprawdę jesteśmy? My – Polacy. Nie, niech kochani Ślązacy i Kaszubi najmilsi nie protestują. Nie trzeba. Nie chodzi o ścisłe więzy krwi , genetyki i antropologie kulturowe. Chdzi o to, że gdzieś mieszkaliśmy, pewne normy, drogowskazy kulturowo-historyczne mieliśmy i je wchłoneliśmy z ‘matczynej piersi’ (lub z butelki ze smoczkiem). Sam mam w sobie całe cysterny krwi nie tylko nie plemiennej, to jeszcze nawet (pssst) nie słowiańskiej w małej części (zdaje się, jakaś niemiecka niższego rzędu arystokratka była moją praprababką, zaś dalej jeszce w kolejności pra-pra sięgają ślady luksembursko-belgijskie, inny prapradziad był Madziarem, jedna z prababć i prapradziad z Czech – wiecej grzechów nie pamietam, LOL). Ale ni do Niemiec, ni do Wielkiego Księstwa Luksemburskiego lub niziny panońskiej ani pretensji nie mam ani związany z nimi się nie czuje – choć lubię – z małym wyjatkiem: w Pradze czuję się, jak w domu i kocham to miasto. A do Polski i owszem pretensje wszelkie mam i związany jestem z nią na dobre i złe. Kanada zaś to zupełnie inny orzech. Zgryziony, strawiony świadomie i z wyboru. Tu żadnych czarów-marów nie było ani genetyczno-kulturowej zaprawy do fundamentów. Więc te fundamenty moje w 100% polskie (cokolwiek pod tym rozumiemy) i męczą czasem w rozumieniu, w rozsupływaniu tego tobołka ponad 1000-letniego.

Stąd te kilka tytułow ostanio przeglądanych. Bardzo różnych i z bardzo różnych czasów. A na różne pytania pomagają szukać odpowiedzi. Znanych wielkich i bardzo mało lub w ogóle nie znanych (wielka sława to żart, książę błazna jest wart – tak, tak panie baronie cygański), którzy w pewnych pytaniach coś mi podpowiadali.

Stanisław Kowalczyk, młody bardzo poeta, który ginie tragicznie bardzo wcześnie. Zostaje więc tylko okrzyk młodości (i to w okropnym otoczeniu wojny i zniszczenia) szczery, jeszcze nie zmanierowany możliwymi laurami wieku dojrzałego, może starości nawet. Co zostawił, co mi wytłumaczył? Młodość właśnie, zapis uczuć i przeżyć poetyckich in statu nascendi. By ich nie zapomnieć, nawet gdy formą lekko młodopolską szfankują – bo te wczesne są ważniejsze od wszystkich traktatów mędrców wieku późnego. Pamietaj więc siebie wieku młodego – to byłeś ty. To nauka bardzo trudna do – wbrew pozorom – do zapamietania. (“Osty kwitnace”, wyd. I, Pruszków, 1943- przedruk całkowity z oryginału w 2005 w Pruszkowskiej Książnicy)

Mikołaj Rej we wspaniałym I wydaniu “Człowieka poczciwego” (Zakład Ossolińskich, 1956) z doskonałym, 60-stronicowym wstępem (sam Wstęp taki to wszak prawie osobna praca naukowo-krytyczna) kochanego Juliana Krzyżanowskiego. Co za gratka czytać Reja nie jako obowiazkową lekturę a człowieka polskiego Odrodzenia par excellance – budzenie Polski z długiego snu średniowiecznego, przywracanie korzeni przed-chrześcijańskich (klasyki greko-rzymskiej), budowanie na nowo rodziny europejskiej. Ale wszystko zakotwiczone bardzo silnie w tej chrześcijańskiej, rzymsko-chrześcijańskiej sielankowości Polski Rejtana. Jeśli czytane z tym kluczem Krzyżanowskiego – jakże na nowo odkrywcze. Tu sporo żem był sobie przypomniał, może na nowo odkrył lub zauważyłem czegom wcześniej niekoniecznie zauważył. To pomogło.

Poeta polsko-kanadyjski Ryszard Tylman i jego wydany wiele lat temu w Krakowie tomik “Koty marcowe”. Z prozaicznej przyczyny: podobne losy, czasy i miejsca. Zwłaszcza, że przypomniał mi w wierszach z ich pobytu we Włoszech (był tam z małżonką, z którą później w Vancouverze łączyła mnie serdeczna przyjaźń, a z nim współpracowałem, jako redaktor), jako polscy uchodźcy. To były te same miejsca, ulice i czasy, gdy ja tam byłem z identycznej przyczyny. W krótkich stosunkowo odstępach czasu tam byliśmy. Ja zajęty byłem pracą doraźnego aktywisty życia obozowego i jeśli sięgałem po pióro to raczej pisząc publicystykę i memoriały polityczne niż wiersze. A wiersze są prawdziwszym zapisem momentu. Momentu kolosalnie ważnego, przełomowego. Decyzja opuszczenia ojczyzny jest nie porównywalna do zmiany zamieszkania, emigracji do innego kraju. To dwa różne, kompletnie do siebie nie podobne zwierzęta-smoki. Zwłaszcza z emocjonalnego punktu widzenia. Więc czytałem te jego wiersze (cz.I pt. ‘W drogę’) i pamietałem, przypominałem. Nie, chyba nie porównywałem, bo to bezsensowne – Ryszard to on, a ja jestem Bogumił, też dwa różne zwierzaki. Ale proces emocjonalno-twórczy musiał i był podobny, zbliżony. Więc te wiersze mi przypomniały ten moment właśnie, nie w refleksji historycznej a ulotności chwili właśnie. Tamtej chwili w jej trwaniu, a nie pamięci tej chwili. Zamknąć czas chwili potrafi tylko poezja (lub rzetelne Dzienniki). To różnica kolosalna.

Wielki dla polskiej myśli niepodległościowej i dla przetrwania niezależności polskiej literatury był naturalnie przez cały okres mazi PRLowskiej Jerzy Giedroyc. Sam pisał bardzo mało. Literatem nie był. Był Redaktorem-Organizatorem. Szarą Eminencją. Ta jego “Autobiografia na cztery ręce” (wyd. Czytelnika, 1996) jest tego potwierdzeniem w pełnej mierze. Ale nie szukałem tego potwierdzenia. Nie szukałem też śladów moich prywatnych z nim kontaktów ani jego klucza do rozumienia wagi literatury emigracyjnej. Chodziło mi o dość rzecz prozaiczną czasowo a związaną z wojną na Ukrainie. Tą wojną teraz, nie tamtymi w latach 1918-20. W końcówce Miedzywojnia Giedroyc już był własnie taką szarą eminencją, takim organizatorem, który zapalał pewne iskry pomysłów politycznych. Dużym problemem w II Rzeczypospolitej była naturalnie kwestia mniejszości narodowych w Polsce. I pomógł mi jaśniej to zobaczyć, bez sentymentu rodzinnego i literacko-poetyckiego. Więc wygladało to słabo. W zasadzie nie wygladała w ogóle. Z winy – może lepiej by było napisać: z zaniedbania? – Polaków i polskich władz. Pojedyńcze osoby starały się coś w terenie zrobić ale skutecznej polityki zabrakło. Można nawet zaryzykować, że (bez ujęcia jej w ramy systematyczne) polityka, która istniała i działała była szowinistyczna i przeciwna temu. A wielka szkoda. Podejście Polski było paternalistyczne a nie partnerskie. Niestety (dla Polski) wiek był XX a nie XVIII.

Czy coś to tłumaczy (np. Rzeź Wołyńską)? Tak. Zresztą nie chodzi o tłumaczenie (zbrodni wytłumaczyć nie sposób) a o zrozumienie pełniejsze. Widzenie dalej niż krawędź własnego nosa. Pespektywę historyczną zajść, zachowań.

Czytanie się więc przydaje ciągle. I to by było na tyle.

Ci, którym sztandary nie kłaniały się …

Każda wojna, każda rewolucja, każde powstanie jest brzemienne w mity, legendy chwały i bohaterstwa. Cmentarze ze szczerniałymi od starości krzyżami, z białymi brzozowymi krzyżami, małe kapliczki i tabliczki po lasach, na rogach ulic, tynkach kamienic. I wielkie pominiki z marmuru, granitu, stali. I nazwiska-symbole dowódców, żołnierzy. Ma też bardów. Zwłaszcza tych, którzy polegli w walce, jak Baczyński lub Gajcy. Każda wojna, walka na śmierć i życie ma też setki nieznanych lub bardzo mało znanych młodych poetów, twórców sztuki, którzy tej wojny, tej walki nie przetrwali, a przedwczesna śmierć uniemożliwiła im rozwój talentu, publikacje. Twórcze zaistnienie w historii swojego kraju. Więc, gdy rocznica już siedemdziesiata ósma Powstania Warszawszkeigo nadeszła – nic nie pisałem na jakichkolwiek forach i w jakimkolwiek formacie. Dajmy im już usnąć, bo ten ciągle powracający szmer i walka słów o sens tej hekatomby już zbyteczny. Historia. Teraz zwłaszcza, gdy nikt prawie z tch, co o tym opinie wydają w tamtym czasie nie istniał. Nawet w zamysle rodziców. Nawet Powstania Styczniowego i jego przywódców tak nie szarpano, jak tych z tego 1944.

Teraz, blisko dziesięć dni od tej daty wybuchu Powstania, od jego obchodów chcę jednak przypomnieć, poniekąd symbolicznie tych, o których w tych obchodach nie wspominano. Tych nie znanych lub prawie nieznanych, bardzo młodych żołnierzach-poetach Armii Krajowej. Skłoniła mnie do tego wymiana zdań z dyrektorem Książnicy Pruszkowkiej, który w tych obchodach w Pruszkowie pod Warszawą brał udział. Bo przypomniało mi to postać Stanisława Kowalczyka, wyjątkowo uzdolnionego poety, o którym bez wątpienia, gdyby tą wojne i ten rok 1944 przeżył, byśmy usłyszeli dużo więcej, a literatura polska miałaby nowy, piękny rozdział. 23 sierpnia 1944 ta nadzieja, ta szansa na nowe publikacje, nowe wiersze – zgasła.

Poniżej publikuję zdjęcie ze stron rocznika “Strumień” (wydanie z 2007) z moim esejem na temat jego twórczości.

Sam, w latach gdy w Pruszkowie mieszkałem (sypiałem raczej, bo mieszkałem de facto w Warszawie, gdzie żył cały mój świat) lubiłem tą drogę do Pęcic. I od tegoż, 2007 roku, na zawsze już mi się z Kowalczykiem będzie ona kojarzyć. Więc: non omnis moriar – dla mnie, Polaka całe życie z literaturą związanego, Stanisław Kowalczyk na zawsze tej literatury ważnym fragmentem pozostał.

Ukraina – refleksje trudne

by Bogumil Pacak-Gamalski

Najazd rosyjski i wynikła z tego wojna rosyjsko-ukraińska ma dwa różne wymiary. Dwa zasadnicze, bo w tym starciu dwóch odmiennych światów naturalnie tych wymiarów i płaszczyzn jest bardzo wiele.

  1. Wymiar niesprowokowanej i wyjątkowo brutalnej agresji Rosji Putina na niepodległe państwo;
  2. wymiar geopolityczny ze względu na stabilność Europy , jako spuścizny tzw. porządku jałtańskiego, który od lat 1945-47 utrwalił obecny kształt państw europejskich.

Wymiar pierwszy zasadniczo określa reakcje większości świata demokracji, a szczególnie tzw. demokracji zachodnich. Jest napaścią na ukształtowany system europejski, który stanowi o trwałości granic i powstrzymywania się od wszelkich ingerencji militarnych w obszarze atlantyckim Europy i Ameryki Północnej. Zwłaszcza ze strony mocarstw nuklearnych (USA, Wielka Brytania, Francja i Rosja). Obszar Azji i Pacyfiku to konkurencja innych mocarstw (Chiny, USA głównie). Afryka to też odrębny obszar innych sił, konkurencji i zagrożeń, kompetycji militarno-polityczno-ideologiczno-surowcowych zarówno Azji, jak i USA i Europy. 

Wymiar drugi jest wyzwaniem rzuconym porządkowi jałtańsko-poczdamskiemu po II wojnie światowej w Europie. Można ryzykować tezę, że porządek ten został odrzucony na przełomie lat 88. i 90. ubiegłego wieku. Ale to teza fałszywa, gdyż te kolosalne zmiany miały charakter pokojowy, bez jakiejkolwiek ingerencji militarnej mocarstw (USA lub Związek Radziecki/Rosja) i państw nuklearnych. Poza dwoma państwami niemieckimi, które się zjednoczyły (każde ze swoimi post-jałtańskimi granicami) drogą naturalną i pokojową. Powstałe niepodległe byłe republiki sowieckie (Estonia, Łotwa, Litwa, Białoruś, Ukraina) zyskały niepodległość też w granicach swoich, wyznaczonych zresztą jeszcze przez Związek Radziecki w latach 1945-47. Nie spowodowało to jakichkolwiek zmian terytorialnych w innych państwach ościennych ani nie wywołało jakiegokolwiek konfliktu zbrojnego. Obecny najazd rosyjski na Ukrainę podwala cały ten porządek granic narodowych ustalonych w latach 1945-47. Podwala w związku z tym legalność i prawne międzynarodowe podstawy legalne tego porządku, vide tych granic.

Wymiar (1) nie wymaga de facto tłumaczenia. Od początku inwazji putinowskiej przywództwo polityczne i militarne strony rosyjskiej wykazuje się wzrastającym wręcz z tygodnia na tydzień wyjątkowym okrucieństwem wobec ludności cywilnej; nie przestrzeganiem zasadniczych ustaleń i konwencji prowadzenia działań wojennych (bombardowanie miast, osad i wiosek bez odróżniania celów militarnych od ludności i zabudowań cywilnych; celowe i świadome terroryzowanie ludności cywilnej, bombardowanie szpitali i obiektów medycznych, przesiedlanie ludności miejscowej na tereny Rosji właściwej; ostrzeliwanie konwojów cywilnych uchodźców z terenów bezpośrednich operacji wojskowych). Ta lista jest wyjątkowo długa i nie ma sensu jej kontynuować. Jest też rejestr tych zbrodni prowadzony przez  niezależne komisje, przedstawicieli organizacji międzynarodowych i z krajów ościennych, relacje niezależnych reporterów i dziennikarzy nie rosyjskich i nie ukraińskich. Mnożą się śledztwa i dochodzenia konkretnych zbrodni wojennych żołnierzy rosyjskich na ludności cywilnej. Wszystko to na terenach europejskich, u granic Unii Europejskiej. Bledną wobec tego nawet zbrodnie dokonywane w czasach wielkiego konfliktu bałkańskiego po upadku Jugosławii.  Zwłaszcza wobec realnego niebezpieczeństwa przelania się tego konfliktu na resztę Europy i naturalny lęk nie tylko o wojnę nuklearna ale i możliwość doświadczenia podobnego terroru w państwach bezpośrednio graniczących z Ukrainą lub Rosją (Polska, Kraje Bałtyckie, Litwa, Rumunia, Mołdawia, być może nawet Węgry wbrew ugodowej wobec Putina postawie Orbana).  Efektem tego jest kompletnie niewyobrażalne kilka miesięcy temu złożenie oficjalnej deklaracji Szwecji i Finlandii o wstąpienie do NATO. Wszystko to powoduje polityczne, militarne i popularne wśród społeczeństw europejskich sympatie i wspieranie Ukrainy w tym konflikcie. Masowość, rozmiar tego wsparcia i konkretne (zwłaszcza militarne) akcje Europy, USA i Kanady są pierwszą niekwestionowaną klęska Putina i Rosji. Klęską, której rezultaty Rosja będzie odczuwać długo po zakończeniu tej wojny ( jakimkolwiek jej zakończeniu).

Wymiar (2) nie jest ani taki prosty ani tak jasny, jak się w pierwszym momencie wydaje. Zacznijmy od początku, czyli od tzw. porządku jałtańsko-poczdamskiego tryumwiratu Roosevelt/Truman (USA) – Churchill (Wlk. Brytania) – Stalin (Związek Radziecki).

Miedzy 4 a 11 lutego 1945 w Jałcie spotkali się przedstawiciele tzw. Wielkiej Trójki (Stalin, Roosevelt i  Churchill) by uściślić rozmowy Konferencji w Teheranie w 1943. De facto było to uśmiercenie II Rzeczpospolitej Polskiej, które de iure nastąpiło w 1947. Utrata olbrzymich terytoriów polskich na wschodzie zmieniła diametralnie charakter państwa i społeczeństwa polskiego, a utracenie tak ważnych centrów historyczno-kulturowych, jak Lwów i Wilno, wręcz zachwiało historyczną ciągłość tworu zwanego Rzeczypospolita Polska. Zwłaszcza utrata Ziemi Lwowskiej będącej częścią Krony Polskiej od czasów prastarych, to przerwanie ciągłości historycznej państwa najbardziej charakteryzowała. Ta Konferencja wywracała porządek historyczny i polityczny całej Europy na linii od Bałtyku, wzdłuż Karpat, aż do Morza Czarnego. Najbardziej diametralna zmiana granic i utraty historycznych terytoriów dotknęła dwa państwa, gdzie II wojna światowa się rozpoczęła: w równym stopniu agresora, jak i ofiarę agresji: Niemcy i Polskę. Zlikwidowano tym samym niepodległe przed 2 wojną państwa bałtyckie (Łotwa i Estonia) i Litwę. Świadomie nie piszę tu o Ukrainie, gdyż nie można postawic znaku równości między republikami radzieckimi a państwami byłego Układu Warszawskiego, które quasi suwerenność i niepodległość posiadały. Granice wewnętrzne i zewnętrzne Ukrainy radzieckiej były de facto i de iure granicami Związku Radzieckiego.

Ze wszystkich bodaj granic tzw. porządku jałtańsko-poczdamskiego, to właśnie granice Ukrainy są najbardziej skomplikowane. Niepodległa, dzisiejsza Ukraina, ogłaszając swą niepodległość w grudniu 1991 r. powstała na terenach Ukraińskiej Republiki Radzieckiej. Nie była ciągłością ani Hetmanatu Ukraińskiego, ani Ukraińskiej Republiki Ludowej ani Ukraińskiej Ludowej Republiki Rad. Wszystkie te twory istniały w różnych okresach od 1917 do wybuchu 2 wojny i napaści Związku Radzieckiego (a więc i Ukraińskiej Republiki Radzieckiej w ramach tego imperium sowieckiego) – w sojuszu z hitlerowskimi Niemcami – na  Polskę. Każdy z tych tworów państwowych posiadał umowy i traktaty graniczne z Rzeczpospolitą uznające istniejące granice Rzeczypospolitej Polskiej. Ukraińska Republika Radziecka, obok federalnych władz Związku Radzieckiego oficjalnie sygnowała i potwierdzała ustalone w Traktacie Ryskim ostateczne granice polsko-ukraińskie. Granice obecne Ukrainy są więc  efektem gwałtu zbrojnego (lub szantażu zbrojnego) na międzynarodowo uznanych granicach szeregu państw: głównie Polski ale też Węgier, Czechosłowacji, Rumunii. Najpóźniejsze tego przykłady miały miejsce (wbrew wcześniejszych obietnic i zapewnień Stalina) po zakończeniu 2 wojny.  Było to szczególnie widoczne na terenie Zakarpacia, znanego też jako Ruś Zakarpacka. Przez blisko 1000 lat Ruś Zakarpacka była w granicach Królestwa Węgier ( również w latach Cesarstwa Austro-Węgierskiego zaliczana była do Korony węgierskiej). Po rozpadzie Austro-Węgier, międzynarodowym traktatem przyłączona do Czechosłowacji, jako trzeci region federacyjny (po Słowacji). To jedyna kraina, gdzie ludność miejscowa określała się, jako Rusini, nie Ukraińcy. Do dziś duża grupa Rusinów nie uznaje narzucanej z Kijowa nomenklatury (i etniczności) ukraińskiej. W południowej części Ruś Zakarpacka zamieszkiwana jest przez ludność węgierskojęzyczną i Węgrzy przez cały okres wolnej Ukrainy (po 1991) domagali się od Kijowa większego wpływu na ich losy, autonomii. Być może jest to jeden z powodów rusofilstwa premiera Węgier Orbana, który (gdyby Rosja przeważyła w obecnym konflikcie zbrojnym) możliwe, że liczy na odzyskanie kilku graniczących z Węgrami regionów Zakarpacia?

nota uściślająca: podkreślam w temacie Zakarpacia kwestie językowo-etniczne inne od ukraińskiej dla podkreślenia złożoności wielu terytoriów, ich historycznej przeszłości. Nie jest moim celem stwierdzenie braku jakiejkolwiek łączności lub poczucia ukraińskości całej ludności Rusi Zakarpackiej. Obecnie, ponad 70 lat po przyłączeniu Zakarpacia przez Rosje sowiecką do Ukrainy i tyleż lat trwającej ukrainizacji, większość ludności uznaje się za ukraińską. Ale ciągle silne są tradycje i poczucie odrębności, osobności, poczucia bycia Rusinem. W ostatnich latach caratu, silna była na Zakarpaciu opcja moskalofilska dążąca do wspólnoty etniczno-państwowej z Rosją i Rosjanami, nie z Ukrainą. Być może właśnie Zakarpacie jest najbardziej klasycznym przykładem historycznie skomplikowanych i wielorodnych etnicznie i kulturowo terenów, które dziś leżą w granicach Ukrainy. Wyjątkowym też tego przykładem jest Półwysep Krymski, opisany poniżej.

Najpóźniejsza zmiana terytorialna Ukrainy, w ramach republiki związkowej Rosji Sowieckiej, nastąpiła w 1954.  Otóż w rocznicę Umowy Perejasławskiej, w której Kozacy pod wodzą Chmielnickiego oddali Rosji w ‘wieczyste władanie’ południowo-wschodnią Ukrainę, Nikita Chruszczow, ówczesny Sekretarz Generalny KC KPZR (czyli faktyczny dyktator Związku Radzieckiego) przekazał Krym w prezencie dla Radzieckiej Republiki Ukrainy.  Oczywiście, Chruszczowowi w 1954 nawet do głowy przyjść nie mogło, że blisko 40 lat później nie będzie …  Związku Radzieckiego. Więc ten szczodry prezent był dla Rosji bez znaczenia. O niepodległym, tatarskim Krymie już nikt z Tatarów myśleć nie mógł.  Postarał się o to sam Stalin dokonując masowych zsyłek ludności tatarskiej na Zakaukazie. Takich samych, jakich dokonał w Zachodniej Galicji i na Wołyniu wobec ludności polskiej (potem kontynuowanych przez ludobójstwo dokonywane na pozostałych Polakach na Wołyniu przez ukraińskie oddziały Bandery).

Ostatnią szansą Krymu na odzyskania tatarskiej niepodległości i odtworzenia własnego, należnego im państwa, stworzył generał carski,  polski Tatar z Wileńszczyzny (urodził się w majątku pod Lidą), Maciej (Sulejman) Sulkiewicz. Stworzona przez niego Krymska Republika Ludowa istniała od czerwca 1917 do kwietnia 1919, kiedy została zajęta przez wojska Armii ‘Białej’ Rosji generała Denikina. Denikin początkowo był przychylny koncepcji niezależnego Krymu, ale jego następca, generał carski Piotr Wrangel uznał Krym, jako część Imperium Rosyjskiego i o niezależnym Krymie słyszeć nie chciał. W kwietniu 1919, ostatni minister Republiki Krymskiej, Dżafar Sejdamet zażądał od Ligii Narodów przekazanie mandatu nad Krymem Polsce. Niestety, losy tej części Europy były już przesądzone. Po wkroczeniu na Krym oddziałów bolszewickich marzenia o tatarskim, niepodległym Krymie zostały pogrzebane a terror sowiecki wymordował tysiące patriotów krymskich.

Jeszcze w czasach Chanatu Krymskiego półwysep zamieszkiwany był przez różne grupy etniczne – Greków, Niemców, Turków. Później, w latach panowania rosyjskiego, osiedliło się tam też sporo Rosjan. Od czasów bolszewickich Krym ‘oczyszczono’ z wielu elementów etnicznych. Pozostali coraz mniej liczni Tatarzy i ciągle rosnąca w sile ludność rosyjska. Przez długi okres czasu nawet Sowieci uznawali, przynajmniej w sposób symboliczny, tatarską historię Krymu i kolejne nazwy administracyjne tego regionu zawierały nadawały mu status osobnej republiki w ramach Związku Radzieckiego. Po przyłączeniu przez Chruszczowa Krymu do Ukraińskiej Republiki Radzieckiej, Krym utracił prawa republiki i określano je jedynie jako ‘obwód krymski.  W momencie rozkładu Związku Radzieckiego miejscowa ludność (Rosjanie tworzyli wówczas już zdecydowana większość na Krymie) powstała Krymska Autonomiczna Republika Radziecka, która dążyła do powrotu Krymu w granice Rosji. W ramach umów z nowym państwem rosyjskim Ukraina rozwiązała ten twór i stworzyła na Krymie Autonomiczną Republikę Krymu. Kolejna zmiana nastąpiła w 2014 po ponownym zajęciu Krymu przez wojska rosyjskie i referendum, które ogłosiło niepodległość Krymu, a następnie włączenie Republiki Krymskiej do Federacji Rosyjskiej. Ten stan faktyczny istnieje do dziś. Ukraina nie uznaje tej aneksji i ma w tym poparcie minimalnej kwalifikacyjnej większości krajów-członków ONZ (100 państw na 197 członkowskich). W momencie aneksji Ukraińcy stanowili 24% mieszkańców Krymu, wobec blisko 58% Rosjan. Rdzenna ludność Tatarów krymskich i Tatarów z innych rejonów (w tym polskich) wynosi już tylko niecałe 13%.

Warto też zwrócić uwagę na Bukowinę i ludność zamieszkującą ten historyczny region. Usilna polityka ukrainizacji prowadzona już od wczesnych lat Ukraińskiej Republiki Radzieckiej, kontynuowana przez niepodległa Ukrainę, komplikuje etniczność wielu ludów. Zwłaszcza tych, którzy uznają się (i są przez wielu badaczy za takie uznawane) za osobna grupę Rusińską, niezależną od Rosjan i Ukraińców. Należy tu głównie wymienić Hucułów, Bojków i Łemków, ale też inne, mniejsze grupy. Mówimy głównie o plemionach Rusińskich z terenów górskich, tzw. Grupa Karpatorusińska.

Wszystkie te odcienie lub wręcz inne kolory mapy etnicznej historycznych terenów nowego, terytorialnie bardzo obszernego tworu politycznego, jakim jest powstała w 1991 roku Ukraina, umyka jednoznacznej i zgodnej z rządowa propagandą opisowości tego, co i kto jest ‘ukraińskie’. Zwłaszcza w czasie i okresie straszliwej wojny, jaka zagraża istnieniu i państwa i narodu ukraińskiego. A to, że i państwo i naród ukraiński (jako osobna i wyraźna grupa etniczna) istnieje wątpliwości być nie może. Więc absurdalne stwierdzenia dyktatora Rosji, że państwo i naród ukraiński to sztuczny twór nie może być nawet dyskutowany. O tym czy naród istnieje … decydują tylko i wyłącznie ludzie z tych terenów. I od kilkuset lat zdecydowali bez wątpliwości. Proces scalania etnicznego, syntezy narodowej, trwa bardzo długo. To zabrało długie setki lat kształtowania się wszystkim państwom Europy od czasów Karolingów. Prawie całe Średniowiecze. A niektóre różnice pozostały do dziś, nawet w granicach jednolitego państwa. Choćby Ślązacy i Kaszubi w Polsce, którzy z uporem (i słusznie, bo tylko oni mogą o tym kim są decydować) podkreślają swoją osobność i  własną świadomość językowo-etniczną. Nie piszę tu ludziach z różnych, odległych kulturowo i etnicznie części świata, którzy osiedlili się, jako emigranci, w danym kraju. To jest zupełnie inne i naturalne zagadnienie, nie mające nic wspólnego z tzw. matecznikiem narodowej etniczności. I tożsamości narodowej.

Wojna trwająca na Ukrainie i przybierająca z każdym tygodniem (po pierwszym, początkowym militarnym blamażem Putina i jego armii) gorsze wyniki dla Ukrainy, nie jest dobrym czasem na tego typu refleksje. Ale warto nawet w czasie wojny pomyśleć, że kiedy czas pokoju nastanie trzeba te skrywane lub celowo niedostrzegane zagadnienia rozwiązać. Nie jest tak, że gdzieś jakiś mierniczy (sowiecki, niemiecki, wersalski czy rosyjski) linijką na mapie zaznaczył, że tu są Ukraińcy, tu Polacy, a tam Węgrzy czy Rumuni.  Panslawizm jest mrzonką szkodliwą (główna zabawa historiozoficzna Rosjan, bardzo niebezpieczna dla sąsiadów), tak jak był nią pangermanizm i inne wypaczenia. Iść tą drogą to na końcu utknąć, gdzieś by trzeba w Rogu Afryki chyba.  Lub na stepach mongolskich.

Ale grupy etniczne i narodowościowe, nawet w formalnie do dziś istniejących granicach Ukrainy, zawsze mieć będą lepszą przyszłość, szanse na zapewnienie ustawowe większych wolności, być może autonomii, niż miałyby w jakiejkolwiek formie pod butem putinowskiej Rosji. Może nawet prawo do samostanowienia – które ostatecznie winno być ciągle fundamentalnym prawem cywilizacji zachodniej i porządku światowego. To są już inne jednak kwestie. Na jutro, którego kształtu dziś jeszcze nie znamy.

Ukraina, która wyłoni się z tej wojny winna też zmusić się do spojrzenia na własną historię ostatnich stu lat. Trzeźwe, spokojne. Niektóre rzeczy działy się zapewne głównie z rozkazów z Moskwy lub z Berlina (w różnych okresach tych stu lat). Nie wszystkie jednak można tylko na te czerwone lub brunatne barki zrzucić. Im bardziej sumienne będzie te spojrzenie, tym łatwiej będzie się zmierzyć z tą przeszłością. Polacy wkroczyli na ta drogę ponad dwie dekady temu. Była bardzo trudna ale już powoli przynosiła wyniki. Tylko po to, by od 2015 zacząć to niweczyć i upiory ksenofobii i ultra nacjonalizmu na nowo obudzić.

Niemieckie szanowane światowe konsorcjum medialne Deutche Welle powtórzyło za portalem Tagesschau ciekawe spostrzeżenie niemieckiej historyczki, Franziski Davies, która pisząc o stosunkach i przeszłości polsko-ukraińskiej powiedziała znamienne słowa w odniesieniu do bolesnej rocznicy masakry Polaków na Wołyniu, podkreślając, że Polacy określają to, jako ‘Rzeź Wołyńska’, a Ukraińcy, jako ‘Tragedia wołyńska’.  Historyczka reflektuje:  „Ale tragedia dzieje się wtedy, gdy nikt nie jest w stanie niczego zrobić. W rzeczywistości masakry z 1943 i 1944 roku były celową czystką etniczną Wołynia i Galicji Wschodniej z ludności polskiej”. To jeden z najboleśniejszych fragmentów wspólnej, blisko 1000 letniej historii. Są inne. Zawsze pamiętam w takich momentach o zdumiewającym oświadczeniu Prymasa Tysiąclecia, zwracającego się w latach 60. do Niemców: ‘wybaczamy i prosimy o wybaczenie’ (faktycznym autorem tekstu był arcybiskup  wrocławski – co też było symboliczne – Bolesław Kominek).

Warto je pamiętać po obu brzegach Bugu i Sanu.

Raz jeszcze zreasumuję owe przytoczone we wstępie dwa wymiary agresji Rosji na Ukrainę:

wymiar skutków bezpośrednich niezwykle brutalnej wojny już teraz jest porażający.  Nawet nie w samych stratach ludności i żołnierzy (i rosyjska i ukraińska propaganda są to mało realistyczne), którzy bezpośrednio zginęli w wyniku działań wojennych, które są, wydaje mi się,  zadziwiająco niskie biorąc pod uwagę nieustanne bombardowania rosyjskie. W niewyobrażalnym, konsekwentnym niszczeniu jakiejkolwiek infrastruktury. Każde zajęcie kolejnego miasta poprzedzane jest wielodniowym lub wielotygodniowym barażem artyleryjskim, rakietowym, lotniczym. Pretekst ‘niszczenia obiektów militarnych’ używany przez Rosjan jest kompletnym kłamstwem. Chyba, że każda ulica, każdy dom, szpital, kościół lub cerkiew są ‘obiektem militarnym’.  Rosjanie łamią wszystkie postanowienia konwencji haskiej i innych praw wojny. To jest bez przesady strategia ‘spalonej ziemi’.  Obojętnie kto z konfliktu wyjdzie zwycięską ręką – spustoszenie kraju, tam gdzie linie frontu przebiegają, jest niewyobrażalne. Jeżeli dalej utrzymywana jest przez nas zasada silnego wsparcia dla Ukrainy – wysiłek zbrojny (dostarczanie dużej ilości broni artyleryjskiej, rakietowej, pancernej) musi być natychmiast wzmożony. Musimy skończyć z koniunkturalnym i wygodnym traktowaniem sankcji ekonomiczno-gospodarczych. Te sankcje muszą być żelazne i bez ustępstw – co wiązać się musi z kosztami dla społeczeństw naszych, zachodnich. Niestety, wojny bezpośredniej ani pośredniej (by proxy) bez wysokiej ceny prowadzić nie można. Wojny z wielkim państwem i doskonale uzbrojonym, jakim jest Rosja. Dla Rosji straty w ludziach własnych są mało istotne. Nigdy problem nie były. Ale Ukraina traci prawie z dnia na dzień miliony. Nie w zabitych, ale ludności, która znalazła schronienie w Polsce, Rumunii, Mołdawii – sporo z nich udało się już tymczasowo przesiedlić do dalszych krajów, niektórych aż za ocean. Tymczasowo? Nie, nie wszyscy wrócą. Ale nikt z nich teraz nie może zasilić szeregów sił zbrojnych Ukrainy. Miliony zostały zajęte przez Rosjan, tysiące przesiedlonych w głąb Rosji. Jak zastąpić poległych lub rannych żołnierzy na froncie?

Im dłużej ta wojna trwać będzie – tym trudniej będzie naszym społeczeństwom koszty tej wojny przez nas ponoszone wytłumaczyć. Tylko zdwojenie wysiłku teraz i umożliwienie podjęcia przez Ukrainę kontrofensywy może to zmienić.

Geopolityczne skutki dla tzw. porządku jałtańsko-poczdamskiego? Ten porządek został już kilka razy podważony. Był narzucony zbyt wielu narodom, by zbyt wielką nabożność do niego przykładać (nie zapominajmy Bałkan i casusu Kosowa). Ale nie wolno zgodzić się kategorycznie na zbrojne, przez agresję militarną, jego druzgotanie. To stworzy sytuacje wybuchową dla całej Europy. A więc zagrozi również pokojowi na innych kontynentach. Musimy być otwarci na ewentualne negocjacje – ale nie na czołgi i deszcz rakiet.  Nie wolno teraz zwłaszcza zapomnieć, że ten porządek był też kontynuacją aliansu stalinowskiej Rosji i hitlerowskich Niemiec. Ustępstwo wobec Putina jest pluciem w twarz wszystkich ofiar 2 wojny światowej. Rosja nie była ofiarą Hitlera – była ofiara własnej chciwości terytorialnej. To słabość Europy i USA zmusiła Zachód do przyjęcia Stalina w poczet Aliantów. Ten zaś po pokonaniu Hitlera zniewolił blisko połowę Europy. Czy chcemy powtórzyć ten sam kardynalny błąd strategiczny wobec Putina?

fot. Andrzeja Otrębskiego – w Wikimedia Commons

Dajmy, a naprzód dajmy!

Dajmy, a naprzód dajmy!

Bogumil Pacak-Gamalski

W poprzednim, dość obszernym tekście pisałem o moim ‘spotkaniu z aniołami’. Nie, nie tymi niebiańskimi – tymi ziemskimi. Ludźmi, którzy bez jakiś nadzwyczajnych predyspozycji, koneksji lub układów z ‘wielkimi’ lub możnymi tego świata podjęli się niebezpiecznej i bardzo trudnej akcji niesienia pomocy Ukraińcom – bezpośrednio do Ukrainy. Nie czuli się bohaterami. Za bohaterów uznają tych, którzy tam, na Ukrainie, mieszkają. W swojej ojczyźnie. Przedstawiłem tych aniołów na przykładzie Moniki Brząkały i Pawła Cichonia. Monika mieszka na stałe w Holandii, Paweł w Mielcu. Teraz wspólnie organizują konwoje z żywnością, lekarstwami i wszelkimi innymi środkami niezbędnymi do przeżycia, do ratowania życia ludzi tam. I do transportu, w drodze powrotnej tych, którzy uchodzą do Polski przed pogromem, śmiercią, przed rosyjskimi bombami i pociskami.

Tamten tekst, po angielsku, był dłuższy, z osobistą refleksją, nakreśleniem szerszym tła. Skierowany głownie do czytelnika innego, stąd w tej współczesnej lingua franca napisany. Polakom, którzy chyba lepiej niż większość innych narodów, tą tragedię znają i rozumieją – takiego wyjaśnienia nie potrzeba.

Nie zmienia to jednak faktu, że tym aniołom pomoc z nieba nie spada. A ich własne fundusze dawno się wyczerpały. Nie wyczerpała się jedynie chęć i upór niesienia tej pomocy.

W 1575 Rzeczpospolitą wstrząsnęły wieści o napaści na Podole hordy tatarskiej. Najwybitniejszy twórca literatury narodowej doby Odrodzenia, Jan Kochanowski, napisał wówczas Pieśń ‘O spustoszeniu Podola”. Niejako proroczą na czasy obecne napaści hordy moskiewskiej. Tyle, że już nie polski rycerz i piechur ma Podola bronić a Ukraiński, który jakże niedawno, wymarzoną od długiego czasu, suwerenność zyskał. Z tejże Pieśni Jana Czarnoleskiego wiele nauk na sytuację obecną płynie. Ale zasadniczym hasłem utworu (i przestrogą wobec skutków nie skorzystania z wezwania poety) jest zawołanie: ‘dajmy, a naprzód dajmy!’. O przesyłki i dostawy broni, środków militarnych dla Ukraińców martwią się (skutecznie, miejmy nadzieję) współcześni ‘królowie’ wielu państw. My pomóżmy tym, którzy niosą pomoc humanitarną. Serdecznie więc zachęcam wszystkich, którzy chcą i mogą, o dotację każdego ‘grosika’ na akcję tych ‘aniołów’.. Wiem, że nie jedynych. Ale zdecydowanie wartych wsparcia.

Można skontaktować sie bezpośrednio przez Messendżera na ich profilach na Facebook (Paweł Cichon lub Monika Brzakala. Lub na stronie zrzutki w Polsce https://zrzutka.pl/72y53z lub w Hollandi https://www.doneeractie.nl/help-monika-mensen-in-oekra-239-ne-helpen/-62300.

Szerszy materiał fotograficzny wraz z całym tekstem po angielsku jest pod tym linkiem https://kanadyjskimonitor.wordpress.com/2022/05/02/army-of-angels-in-ukraine/

Army of Angels in Ukraine

by: Bogumił Pacak-Gamalski

co-contributors and assistance: Jarosz Bogumił, Monika Queis-Brząkała and Paweł Cichoń,

I have written here about Russian invasion of Ukraine numerous times. It is extremely brutal war on the part of the invading forces. It is the first war since Cuban missile crisis decades ago, that the world is faced with real possibility of new global conflict. A hot war on the old lines East versus West. Just the lines have shrunken very much (by thousands of kilometers eastward) by emergence of new independent states from Baltic to Black Sea. Most of them returned to their own, pre-Soviet, western type of democracies and become members of NATO and European Union. These, which never were really independent (former Soviet republics) established their own sovereignty. I will not dwell here on Caucasian and Asian former Soviet republics, as they are not really involved much in current conflict.

Of the European ones, the major states are Belarus and Ukraine. Two extremely different states in almost all aspects. Belarus much more backward, with weak industrial output, have chosen a close alliance with former master from Moscow. Over time it has become a very authoritarian, dictatorial regime of one ruler – president Lukashenko. To the south lies even larger and much more populated country of Ukraine. It does have old and strong nationalistic legacy and struggle for independence going back hundreds of years. It’s dreams of sovereignty did not came out of blue moon but from a long line of political, military and historical thoughts and actions. Ukraine, more than any other country, is the true linchpin between Western and Eastern cultures and civilizations. Now it has become the line of defence of the West. The conflict at the beginning looked like a dangerous spot but still very much viewed as strictly Russian-Ukrainian war. Yes, with active political and very limited military support for Ukraine – but localized. It is no longer. That is clear, now. It is a war between Russia and the West. And everything must be done to make sure, that the West succeeds. The theater of all military actions is still (hopefully will remain that way, although it is tragic for Ukrainians) in Ukraine. But neither NATO, nor Europe, nor individual western states (mostly in Europe) can say – we are supporting Ukraine but we are not part of the war. We are part of it. Very much so. From political side, military side, ideological side. But also, which has become increasingly visible and important from societal, cultural and I would add, very philosophical standpoint. Apart from the governments, the armies, the politicians, military and economic alliances. The societies of Europe, the nations, citizens has become involved and formed unprecedented pressure, its own organizations, groups, even single individuals (in thousands) that are involved in that struggle. For every government sanctioned and paid truck or planeload or train container with war supplies for Ukraine – there is ten or twenty trucks, containers or columns of cars with humanitarian aid traveling day and night, mostly through Polish-Ukrainian border. All of it without government involvement, without millions of dollars of taxpayers money and directives from politicians. Separate, societal ‘humanitarian war’ for Ukraine. Unprecedented in scale and effort. A new, non-military frontline. I would call them humanitarian divisions, regiments and battalions that actually put their boots on Ukrainian soil. An Army of Angels. A dedicated Corp of individuals and civic organizations that risk actually, on every trip across the border, their life. But they do it nonetheless for every trip saves certainly lives of Ukrainian people, who are being internally displaced, shelled upon, murdered by Russian invaders.

Do not forget about them. They are your outstretched arms, extension of your thoughts, your feelings and hearts. If you feel overpowered with thoughts: ‘but what can I do, there is so much misery and need and I am just one person, far away!’. There is a way, you can do a lot because there is a lot of ‘yous’. And although you resources are limited – put together with others, it creates a treasure. A treasure that the army of angels can use to buy thousands of items, that they know were and by whom it is needed. And they will deliver it themselves in their own or rented for that effort cars, buses. Help from huge organizations, with large funds (national or international) is different and differently distributed. It also requires  a large administrative cost and employees cost. They have access to governments funds and donations, other large international institutions, national campaigns. They do have an important not to be forgotten role. But there is an enormous need for the smaller lives savings provided by these angels – selfless individuals delivering individual packages of food, equipment, often tailored for particular community or group. In places not always accessed by the large organizations. And adjusting from day to day to constantly changing situation. As often happens in real war. I have been hearing, watching and reading of some of them, some of their actions for a long time now. And my amazement kept growing. My respect for them, their courage. Their humanity.

I always had a strange fascination with the concept and presence of Angels. Not saints, god or gods. No. Angels, some mystical and mercurial Beings. Turns out I was right. They are! They are just neither mystical nor mercurial. And they are truly among us, ordinary people. In many ways they are – ordinary people. With extraordinary hearts.

I will show you two of them (among countless), with whom I become close. Monika Brzakala and Pawel Cichon. These two, with a group of determined friends and ‘co-conspirators’ regularly travel from Poland, Holland to the Polish-Ukrainian border with small caravans of cars, finish their packing with last bought or donated equipment in Poland and … cross the border to enter a different world. World of people running from bombs, from rape, from hunger. They go, usually through Lviv, to small towns, villages. To some local churches, orphanages, run-down and overcrowded hospitals. To private huts and homes. Give the awaited and badly needed packages … and give them hope. And promise that we remember and will not let them down. Tell me that no, there are no angels? If you do – you are wrong, they are. I just talked to them while they were on the last ‘pilgrimage’ to Lviv. And when they were traveling back toward Polish border. Saw the pictures of them there, the cars. Felt like I was there, helping them. But, of course, they were there on their own. Hoping that this time the Russian rockets or artillery will not find them. I hope they never will. Yes, they did find in their journeys corpses of people. They found people telling them with tears of their friends, husbands, daughters, who were murdered by Russians. Children alone – lost, abandoned, perhaps orphans already? – crying, scared. They had to manoeuvre their cars on roads scared with bomb holes, with metal remnants of exploded and unexploded rockets. Sometime, in most difficult places, they had to use armed assistance of other friends. In case of encountering someone from the other side of the conflict. No, they are not military trained people. But they are practical. There is an old Polish saying: God protects the ones, who protect themselves … . They are angels – but lacking the wings. Can you lend them some?

I asked both of them one  question: why? Almost stupid in its simplicity. Still, I wanted to know. Pawel wrote to me that he started on February 25. More than a month. He went to Przemysl, the main Polish border city, were majority of Ukrainian refuges start their new journey. Just to see what he can do. He started simply by transporting people with his own car from there to other destinations in Poland. By helping them with new settlement. Some of them are now in different countries. But they still keep in touch with him. Their first angel. But that was not enough for him. He needed to do more. And he did. A lot more. At the beginning on his own, with only his own car and money. Sometimes it led to transporting Western volunteers to Ukrainian armed defence units. That was dangerous, as were transports of… let’s say: ‘stuff’ to the frontlines. I can’t provide more details on these journeys, understandably. Day after day, week after week he become familiar with particular places, particular needs and people. Often the transport was both ways: with ‘stuff’ to Ukraine and with refugees back to Poland. Friends help with donations, gifts. He organized some in his own city of Mielec in Poland, asked for some on his Facebook profile. In one sentence he adds: “By helping I know that goodness does come back, there is a person, who says: help gives us wings.” When I read his words from him, I smile. Wings? How does he know what I think of him? Hmm.

Monika lives in Holland, she moved there from Poland already some time ago,  before the war. Said that she couldn’t bear reading these stories, the tragedy of war in Ukraine. Human misery. To do something she volunteered to go once to Lviv with some donated and bought articles. While there – she met the people. Heard their stories, their cries. And the children … . No, she couldn’t say to herself: that’s it, I have done my part. Tells me: “when you cry with them and when you hold in your arms their children – you know that you can’t return anymore to your normal life.”  She couldn’t and didn’t.  Why, you ask? Here is Monika’s answer: “They need to know, that they are not alone, that we are with them.”. They need to. Simply as this. That’s why Monika is my other angel. Angel that saves Humanity. Or what’s best in it.

Now Monika travels from Holland, meets Pawel in Poland and they do the convoys together. With other angels that they are able to gather in their mission. Of course they are exhausted. Physically and emotionally. They avoid the dangerous emotional exhaustion by not dwelling on it, not thinking too much. There is a job that needs to be done. Again – simple.

One think they can’t avoid is the financial situation. Yes, friends and good people help them. But they also used up most of their own money. Renting of buses (their own cars are not enough for the amount of people and goods they move back and forth now), crazy high gasoline prices, exploded tires and so on cost a lot. And how many time you can ask the same people in your own community for help, for donation?

Separate thank you for my good companion from the days of an original KOD (Committee for the Defence of Democracy) in Poland, who guided me toward these wonderful people and asked me: how can we help them? He also provided a lot of the photographic material. Thank you, Jarosz Bogumił.

 

You can help them with a small (or large) donation by visiting them on their Facebook profiles (Pawel Cichon or Monika Brzakala and contacting them via Messenger; you can visit two separate crowdfunding addresses: in Poland https://zrzutka.pl/72y53z (this one is in Polish and for particular items – electric generators); in Holland https://www.doneeractie.nl/help-monika-mensen-in-oekra-239-ne-helpen/-62300 – this opens in Dutch but in your top part of screen should be a button for translation (in Google there is) and you can choose English language version. That funding collects general donations for their convoys.

Hej w stepie, za dzikim Bajkałem …

Hej w stepie, za dzikim Bajkałem …

Bogumił Pacak-Gamalski

Rosja. Jaka jest? Kim są Rosjanie? Czy to Petersburg czy to Kreml? Peczora Perejasławska czy mroczna, zadymiona knajpa śmierdząca od złego samogonu, brudu, potu i pieczonej kapusty z łojem? Czy to symfonia Szostakowicza, Oniegin Puszkina czy wyjący Kałmucy wpadający do zdobytego miasta, kradnący wszystko i gwałcący wszystkich?

Wiele jest Rosji. I wszystkie są smutne. Przerażająco smutne.

Zacznijmy ab ovo, od początku współczesności. Rok jest 1914. Od czasów Powstania Styczniowego nikt się do mieszkańców ziem byłej Rzeczypospolitej pod takim tytułem nie zwracał. W imieniu Rządu Narodowego w „Odezwie do Ogółu Obywateli Ziemi Kieleckiej”. Autorem Odezwy jest nikt inny, jak Komendant Józef Piłsudski. Nie będę cytował całej Odezwy ani jej różnych apeli i nakazów. Chodzi mi o te fragmenty, które dotyczą państwa zaborczego – Rosji. I jak Rosję w kilku zdaniach Piłsudski charakteryzuje. Sam wstęp tego dokumentu, jego preambuła najjaśniej wyłuszcza stosunek do Rosji – kraju, który wyjątkowo dobrze znał. Piłsudski wbrew pozorom nie był romantykiem w polityce a raczej pragmatykiem. Mimo to, już w roku 1914, gdy nikt (w tym i Piłsudski) nie mógł przewidzieć rewolucji bolszewickiej – z góry stawiał założenie (w licznych kręgach prawicowych niepopularne), że o ile wolna Polska faktycznie na mapy wróci, to nie będzie Polska oparta na jakimkolwiek sojuszu z Rosją. Oto jego wstęp do tej Odezwy:

Wojsko rosyjskie opuszcza nasz kraj. Wraz z haniebną przemocą wrogiego nam oręża opuściła naszą ziemię władza carska, rząd moskiewski, ten najstraszliwszy rzecznik bezładu i bezrządu. /…/

W postaci Rządu Narodowego wstępują na ziemię naszą – od tylu lat przez Moskala przemocą wygnane: Prawo, Ład, Spokój, Bezpieczeństwo. („Józef Piłsudski. Korespondencja 1914-1917” wyd. Inst. J. Piłsudskiego w Londynie, Londyn, 1984, str. 11)

Warto zwrócić uwagę na charakterystyczny opis państwa rosyjskiego: najstraszliwszy rzecznik bezładu i bezrządu (pisownia J.P.) oraz wartości, których te państwo nie posiadało: prawo, ład, spokój, bezpieczeństwo. Brakło tu, typowych w tego typu orędziach, określeń koloryzujących, czysto patriotycznych: zaborca, okupant, prześladowca, gwałciciel.  Nie, mimo to jednak, Piłsudski takim właśnie językiem przekreślał wszelkie plany przyszłej Polski na jakikolwiek układ sojuszniczy, dynastyczny, polityczny z Rosją, gdyż ona sama w sobie, jako państwo, reprezentowała próchnicę polityczną, gospodarczą, moralną.  Państwo, którego azjatyckie skłonności do okrucieństwa i rabunku oraz bliskiego pewnym średniowiecznym jeszcze normom mistycyzmu oderwanego od potrzeb praktycznych – uniemożliwiały korzystanie ze zdobyczy i rozwoju myśli europejskiej ostatnich dwustu lat. Państwa, któremu obce było pojęcie wolności osobistej, obywatelskiej, która wyzwala w obywatelu zdolności gospodarcze. Pod wieloma z tych określeń kryje się też Rosja współczesna – po prostu komisarzy i politruków bolszewickich, a wcześniej bojarów i arystokracji związanej z dworem cara-boga, zastąpili oligarchowie. Naturalnie, że Petersburg i Moskwa przypominają prawie do złudzenia miasta europejskie. Przypominały równie skutecznie 100, 200 i prawie 300 lat temu. Ostatecznie to pomniki Władzy, jej potęgi, samodzierżawia. A miasteczka, wioski ledwie 200-300 kilometrów od niej oddalone (nie wspominając o tych w dalszej jeszcze odległości)? Może gdzieniegdzie jeszcze znajdzie się plac, ryneczek lub płotek na wzór ‘bogatych chutorów ukraińskich’ kochanka Katarzyny, Grzegorza Potiomkina – ale za tymi frontonami wybielonymi wapnem kryje się wszędzie brud , smród i ubóstwo. Do dziś. Dopiero niedawno dowiedziałem się, że król Stasiu (tak, też – niestety – kochanek Katarzyny, no bo któż nim nie był?) dał mu tzw. indygenat, co równało się z naturalizacją na obywatela Rzeczypospolitej. Marzyło mu się bowiem być księciem całej Rusi, łącznie z Podolem. W dowód wdzięczności dla Rzeczypospolitej … był gorącym orędownikiem kolejnego rozbioru Polski. Ten wybitny kłamca i oszust ale niezwykle ambitny i zdolny dyplomata miał olbrzymie zasługi w zniszczeniu ukraińskich korzeni i niezależności ludu Rusińskiego pod postacią Kozactwa – nadwołżańskiego, zaporoskiego i nawet wielkiej Siczy, którym Rzeczypospolita nadała wiele praw udzielnych. 

Tak Rosję widział, taką poznał w latach 2 wojny światowej mój ojciec. Miał 11 lat gdy rysował laurkę z sercem Marszałka, którą zaniósł na cmentarz na Rossie, gdzie złożono w grobowcu jego matki, Marii z Billewiczów, urnę z jego sercem w 1935. Prawie dekadę później, jako już dwudziestoletni zacznie naukę Rosji realnej, nie książkowej, nie romantycznej, sentymentalnej. Rosji kłamców, rozbójników, donosicieli, łotrów. Rosji, której nigdy nie można ufać. Rosji, która nienawidziła ludzi wolnych. Zazdrościła im tej wolności ale wiedząc, że jej sama posiąść nie potrafi – niszczyła ją. Donosicielstwem, okrucieństwem. I karabinem, gdy innej możliwości brakło.

Gdy Rosjanie wkraczali na Kresy w 1939 i ponownie w 1943 /44 rzezie, pogromy, wywózki, rozstrzeliwania, gwałty i grabież wszelkiego dobytku była niewyobrażalna. Rosjanie określali to jako ‘wyzwalanie’. W przytłaczającej większości te zbrodnie skierowane były głownie wobec polskiej ludności. Jak dzisiaj określana jest przez Rosjan napaść na Ukrainę? Wyzwalaniem. Złośliwa ironia agresorów czy naturalna, historyczna kontynuacja tej samej strategii wojennej ‘spalonej ziemi’?

Dworzec kolejowy w Kałudze, początek XX w

Wracam do tego chłopca z 1935 roku w Wilnie – mojego ojca. W lipcu 1944 ma dwadzieścia lat. Z bratem kilka lat starszym idą w grupie młodych żołnierzy w kierunku Puszczy Rudzkiej za rozkazem AK wileńskiego. Końcowa faza realizacji akcji „Burza” i opanowania Wilna z rąk niemieckich przed wkroczeniem doń armii sowieckich. Rosyjska ofensywa pod nazwa ‘Bagration’. Dowództwo AK podpisuje porozumienia z dowództwem sowieckim w walce z wojskami niemieckimi. Puszcza Rudzka jest miejscem grupowania się oddziałów AK z Okręgów wileńskiego i nowogrodzkiego. Żołnierzy jest bardzo dużo w licznych jednostkach, posiadają też sporo broni już zdobytej na Niemcach w licznych ostatnich bitwach i potyczkach z nimi. Atmosfera jest budująca. Grupa młodych AK-owców błądzi trochę po zagajnikach, lasach. Więcej akcji po prawdzie widzieli w latach poprzednich, w czasie miejskich akcji typu KEDYW-owskiego w ramach bojówek Szarych Szeregów niż teraz. Nie mieli na razie szansy wziąć udział w ani jednej bardziej otwartej walce, bitwie. A ręce świerzbią. W końcu docierają do większego oddziału. Trwają zgrupowania, formowania się w nowe oddziały, przypisywania do brygad, pułków, kompanii. Jest chwilowa przerwa. Dowództwo czeka na rozkazy wynikające z rozmów z dowództwem sowieckim. Pułkownik Wilk (Aleksander Krzyżanowski) prowadzi rozmowy z sowieckim dowódcą Frontu Białoruskiego, gen. Czerniachowskim. Trwają około dwa dni. 17 lipca w Boguszach ‘sojusznicy’ sowieccy niespodziewanie aresztują całe kierownictwo polskich jednostek.

Tata właśnie siada na pniu z kolegami, tuż koło jakiejś studni przy gajówce, gdzie kwaterują. Słyszą dziwny huk i drżenie ziemi.  Chaos, chłopaki biegają indywidualnie, w grupach, inni stoją. Co się dzieje? Trwa to krótko. Zgrupowanie otaczają pierścieniem wojska sowieckie. Sojuszników-zdrajców. Czołgi, piechota rosyjska z nastawionymi bagnetami. Wszelki opór byłby masakrą. Dowódcy chcąc uniknąć tej masakry nawołują do spokoju. Wzięto do niewoli około czterech tysięcy żołnierzy AK. Zgromadzono wszystkich w Miednikach. Jakiś sowiet ubrany w polskim mundurze namawia do wstąpienia w szeregi dywizji kościuszkowskiej gen Berlinga. Politruk mówi łamaną polszczyzną, wspomagając się rosyjskim. Nie może skończyć wobec krzyków i gwizdów młodych akowców. Tak kończy się ‘sowieckie wyzwalanie’ i sowieckie braterstwo broni. Wywożą ich pulmanami, stłoczonych jak śledzie, w głąb Rosji. Na nielicznych przystankach nikt nie może wyjść, kolega obok taty musi się załatwić, prosi o wyjście ‘za potrzebą’. Nie nada – rób gdzie stoisz! Wyłamują deskę w podłodze, chłopak kuca. Słychać jego dziki krzyk i wywraca się w tej pozycji. Jakiś sowiecki sołdat wbił mu od spodu bagnet w brzuch. Pociąg rusza, chłopak umiera powoli w straszliwych bólach. Trupa zabiorą dopiero na następnym przystanku. Dojeżdżają do Kaługi i zostają zakwaterowani w miejscowych koszarach. Dowiadują się, że zostali przydzieleni do 361 zapasowego pułku piechoty. Jako obywatele sowieccy. Kilka razy maszerują na jakichś beznadziejnych pokazach z drewnianymi karabinami.  Nie są żadnymi sołdatami a jeńcami, tyle, że bez praw jenieckich. Znowu – potiomkińszczyzna, zakłamanie do końca, oszustwo i zdrada.  Rosji nigdy wierzyć nie można. Ta ‘zabawa’ w żołnierzy jakiegoś pułku kończy się bardzo szybko. Wywożą ich w jakieś głębokie lasy na tzw. etapy. Na każdym etapie jedna kompania. Ojciec traci kontakt ze swoim bratem, który jest na innym etapie. Dzień i noc są pilnowani przez rosyjskich strażników. Ich praca to katorżniczy wyrąb lasu. Ojciec jest najmłodszy w swojej kompani, bardzo szczupły, drobny. Kompanijny ‘wracz’ (lekarz) polubił go i często zabiera do prac pomocniczych przy szpitalu polowym. Mieszkają w ziemiankach, jedzenie podłe. Stosunki ze strażnikami niezbyt dobre. Jest kilku jeńców włoskich, Rumun (pozostałości katastrofalnej dla Niemców kampanii nadwołżańskiej i klęski stalingradzkiej). Czasem ‘przez nieuwagę’ udaje im się strącić nogami jakiś wielki pień ściętej sosny, siedząc na tych pniach na ciężarówce w transporcie do stacji. Umówili się z lokalną ludnością, która wieczorami przychodzi i te pnie kradnie, bo z przydziału mają bardzo mało, więc marzną w chałupach. Wszystko musi iść na ‘wysiłek wojenny’. Ale przyzwyczajeni, bo w Rosji pokój czy wojna – dla szaraczków jednaka bieda. Ojciec się rozchorował ciężko. Lekarz go przytulił do swego szpitalika. Nie wiele lepszego, jak ich ziemianki ale choć lepsze trochę jedzenie i jakieś lekarstwa. Pewna grupa decyduje się zorganizować ucieczkę. Jest ich ok. dwudziestu. Wciągają ojca w spisek i podejmuje się skraść od tego miłego lekarza mapnik i kompas. Bez tego szanse ich na przedostanie się gdziekolwiek z tych rozległych borów ‘bóg-wie-gdzie’ marne. Umówionego wieczora ma szanse to zrobić i nocą znikają z obozu. Pierwsza ich część ginie szybko. Dzięki szpiegostwie i donosicielstwie tej ‘życzliwej’ ludności okolicznej. Kierują się na Moskwę, mimo, że to droga nieco okrężna, ale spod Moskwy znanymi traktami łatwiej dostać się na Białoruś i do Wilna. Ojciec pod Moskwą wysiada fizycznie i decyduje się zrobić ryzyko i iść do samej Moskwy, a stamtąd jakoś pociągami do domu.  Rozstają się. Większości już nigdy nie zobaczy. Udaje mu się, gra ‘bolnowo sołdata’ na przepustce do domu. Kilka razy wydaje się, że koniec gry, że przegrał. Ale dotarł. Ostatni etap już ‘na chama’, wbrew rozsądkowi, aby do Wilna. Z Mińska, gdzie sprytem ratuje się z potrzasku, wskakuje na jakiś towarowy pociąg w kierunku na Wilno. Gdy widzi z daleka znajome wieże wileńskie – wyskakuje z pociągu i prawie łamie nogę. Ale unika ewentualnej wpadki na dworcu. Dowleka się do domu – a dom i zakłady jego ojca spalone. Śladu po rodzicach, starszym bracie nie ma. Idzie do domu przyjaciela ze szkoły i z AK, otwiera jego ojciec, stary legionowiec. Mówią, że rodzice z bratem repatriowali się do nowej Polski. Ale AK jeszcze działało. Załatwiają mu lewe papiery na nazwisko ‘Tadeusz Mickiewicz’ i rusza  z nimi do tej nowej Polski. Ktoś inny powiedział, gdzie rodzice się znajdują. Dociera, znajduje rodziców, brata, ciotki, kuzynów i kuzynki w Toruniu. Odnajdują się nawet nieliczni koledzy z AK wileńskiego, ci którzy uniknęli kotła w Puszczy Rudzkiej i Kaługi. Czasy trudne ale i bałagan. Mój dziadek po jakimś czasie załatwia papiery oficjalne dla ojca pod pretekstem, że ostanie lata wojny ojca nie było w Wilnie, bo wycofujący się Niemcy wywieźli go do Prus, jako robotnika. I teraz się odnalazł. Bałagan był wszędzie. I ludzie wszędzie i ci którzy chcieli pomóc lub gotowi byli pomóc za złotą obrączkę lub inny drobiazg. Ale zanim swoje nazwisko mógł uzyskać spotkał go i rozpoznał jeszcze jeden kolega-akowiec z Wilna. Ten też w Kałudze nie był, choć był z ojcem w Puszczy Rudzkiej więc wiedział, że ojca żadni Niemcy nigdzie nie wywieźli.  I teraz nosił mundur bezpieki nowej Polski. Zaczęło się od sugerowania drobnych prezentów, potem wymagania rosły i prosto postawiona alternatywa: albo-albo. Rozmowa ojca z kumplami akowcami, których nowe władze nie kupiły. Organizują ‘przypadkowe’ spotkania z tymże zdrajcą. Okrzyki niby radości ze spotkania, poklepywania po plecach, ktoś mówi, ze mieszka zaraz na końcu miasta, koło dużych lasów, ma w domu dobrą wałówkę i kilka butelek wódki, zaprasza. Więc idą. Podobno potem, po tej wódce, poszli na spacer do lasu. Potem oni wrócili. Ten nieszczęsny kolega nie wrócił. Czasy były podłe. Rosjanie zmienili wielu porządnych ludzi na świnie, bo nikt tego tak dobrze robić jak oni nie potrafił.

Potem życie się potoczyło, tak jak wszystkim się toczyło w nowej rzeczywistości. Ale przez całe moje dzieciństwo i wczesną młodość nigdy na te tematy z tatą nie rozmawiałem. Nie chciał, albo zbywał jednym-dwoma zdaniami. I przez całe życie nigdy nie usłyszałem od niego jednego dobrego słowa o Rosji i Rosjanach. Czasami to przybierało absurdalne rozmiary, które mnie irytowały. To, co wiedziałem to tylko od rodziny, babci. W końcu lat siedemdziesiątych koledzy z Kaługi (pozostałych tam, rok po ucieczce ojca, oficjalnie zwolniono i przetransportowano specjalnym pociągiem na teren nowej Polski) zaczęli nawiać ojca by wstąpił do ZBOWIDU (organizacja kombatancka w PRL). Ojciec nie chciał. Oni nastawali. Henio Czyż (znany polski kompozytor) napisał notarialne poświadczenie, że był z ojcem w AK w Wilnie. Ktoś inny podał adres Archiwum Wojskowego pod Moskwą, gdzie są wszystkie kartoteki i że oni bez problemu przysyłają poświadczenia z Kaługi, że tyle lat minęło i nikt o tamtych sprawach (ucieczka) nie pamięta. Myśmy też w domu namawiali: dlaczego  kombatantami mieliby być tylko komuniści, przecież teraz o AK mówi się przychylnie i masz nie tylko prawo ale i obowiązek!  Dla świętego spokoju – uległ. Tak, po jakimś czasie przyszło z tego Archiwum poświadczenie, że był w Kałudze w 361 Zapasnoj Połk Strieleckij. Został kombatantem. A my z przekąsem zaintonowaliśmy chóralnie: widzisz? A nie mówiliśmy, czasy się zmieniły. Ojciec machnął ręką, tak jak odgania się muchy. I powiedział: w Rosji nic się nie zmienia.

Kilka miesięcy później z Konsulatu Generalnego ZSRR w Warszawie przyszedł nagle list. Po rosyjsku i po polsku. Informujący oficjalnie ojca, że jeżeli kiedykolwiek przekroczy granicę polsko-radziecką to zostanie aresztowany i postawiony przed sądem za dezercję w stanie wojny. I że będzie sądzony, jako obywatel radziecki, gdyż nim był w momencie popełnienia przestępstwa. W Rosji nic się faktycznie nie zmienia.

A ja myślę, zwłaszcza w świetle zbrodni rosyjskich na Ukrainie, w świetle stałego nimbu sławy, jakim Rosjanie i rząd rosyjski otacza pamięć Stalina, jednego z największych zbrodniarzy w historii ludzkości, – może nadszedł czas by Stany Zjednoczone i Wielka Brytania oficjalnie potępiły zawarcie Układów Teherańskiego, Jałtańskiego i Poczdamskiego z tym zbrodniarzem i przeprosiły narody Europy Środkowo-Wschodniej za blisko czterdzieści lat kajdan niewoli. Bo ‘wyzwalanie’ Polski w 1944 i 45 było też często kampanią mordów, gwałtów i kradzieży dobytku polskiego.

A już za wszelką cenę nie odpuście Putinowi i nie powtarzajcie tego samego błędu, jaki zrobili Roosevelt i Truman z Churchillem.  

Hen, nad Prutem, Czeremoszem …

Bogumil Pacak-Gamalski

Tak blisko jej jesteśmy, tak wspominamy, tak jest obecna w naszej kulturze, literaturze, muzyce, malarstwie. A teraz, od najazdu rosyjskiego miesiąc temu – jest naszym chlebem powszednim, dniem powszednim. Jest wszędzie: w telewizji, w prasie, w Internecie. Na podwórku, na ulicy, przed domem, w tramwaju. Ukraina. Ukraina jest w Polsce. I nie piszę tego z jakiegoś podejrzanego rewizjonizmu historycznego. Ale zupełnie bez tego rewizjonizmu i bez niezdrowych (i nieistniejących po prawdzie) sentymentów ‘powrotu’ – jest absolutnie adekwatne użycie przysłówka: znowu.

Z historią państw, społeczeństw jest trochę inaczej niż z granicami. Od zawsze. Te ostatnie zmieniają się, korygują, bywają narzucane, bywają negocjowane; wojny wygrane i przegrane, układy, koalicje, dynastie. Żadna nie jest tak do końca i dla wszystkich sprawiedliwa. Czasami zmiany są drobne, omal kosmetyczne, czasem bywają monumentalne. Najbardziej moralnie ohydne jest, gdy jakiś zdobywca po jakimś czasie oddaje w prezencie te ziemie, które sam siłą agresora zdobył, komuś zupełnie innemu. Historia Krymu jest tu najbardziej znacząca. Rosyjski? Ukraiński? Naturalnie, że nie. Krym to ofiara przemocy rosyjskiej dawno, dawno temu. Zaczętej przez Piotra I, a dokończonej przez Stalina. Agresji i kulturowego ludobójstwa (genocide) Tatarów krymskich, jedynych historycznie i moralnie właścicieli tej wyspy.

Ale na ogół takich jasnych przypadków jest mało. Reszta to skomplikowane historie, wędrówki ludów, szczepów, międzynarodowe układy zawierane zawsze ponad głowami najsłabszych, choćby nawet z pobudek najbardziej szlachetnych. Tym są granice całej Europy Środkowo-Wschodniej po 1945. Gdzieś tam, w samym centrum (mniej lub bardziej ścisłym) zawierającym nukleon etniczności, pochodzenia plemienno-szczepowego. Cała reszta to naginanie prawa, zachcianek mocarstwowych, zwykłej, nagiej siły kułaka wobec bezsilnych praw społeczeństw. Tak zrobili Stalin, Roosevelt i Churchill. Używając jednego z wariantów tzw. linii Curzona, brytyjskiego ministra spraw zagranicznych z okresu I wojny światowej. Linia ta zresztą nie była autorstwa samego Curzona, który o złożoności procesów i faktów historycznych tej części Europy nic nie wiedział, a jego doradcy, Ludwika (Bernsteina) Niemirowskiego. Polaka pochodzenia żydowskiego, który w 1906 wyemigrował na stałe do Wielkiej Brytanii. Ostatecznie, już jako obywatel brytyjski, przybrał nazwisko Lewis Namier. Był jednym z głównych doradców rządu Lloyda Georga w negocjacjach nowych granic, zwłaszcza związanych z terenami upadłych Austro-Węgier, które przekazały  pełne plenipotencji na ustalenie nowych granic Państwom Sprzymierzonym. W tych negocjacjach (jak i bezpośrednich z rządem sowieckim, gdy sadzono, że Sowieci wojnę 1920 roku wygrają) Namier był zdecydowanie widziany jako  bardzo nieprzychylny Polsce, uciekając się wręcz do fałszowania dokumentów na niekorzyść Polski. Generalnie można powiedzieć, że nakłaniał (dość skutecznie) rząd brytyjski do widzenia mapy nowej Polski w granicach dawnego Królestwa Kongresowego, tj. państwa kadłubowego. Fakt, że Galicja Wschodnia i Zachodnia (poza Wołyniem) nigdy, w całej historii, do Rosji nie należała, a przed rozbiorami była od setek lat w granicach Korony Polskiej – sprawiał mu wiele kłopotów. Był osobowością niesłychanie inteligentną i ciekawą, pełną politycznych ambicji (w cieniu gabinetów głownie) i niespełnionych pragnień bycia uznanym jako, rewolucyjny wręcz historyk i teoretyk nauk społecznych. W historii Polski zapisał się (z nieznanych mi bliżej powodów) zdecydowanie negatywnie. Nie był żydem judaizmu (w latach dojrzalszych wstąpił do Kościoła Anglikańskiego), pochodził z rodziny w pełni spolonizowanych i zlaicyzowanych Żydów. Mimo to był gorącym orędownikiem i aktywistą ruchu syjonistycznego i utożsamiał się tym wyraźniej, jako Żyd, niż jako Anglik lub Polak. Współpracował, jako doradca,  z lordem Balfourem przy wyznaczaniu granic różnych społeczności (w tym żydowskiej) w brytyjskim Mandacie Palestyny. Widać, że lubił (lub lubili to brytyjscy arystokraci) kreślić palcem na mapie. Znowu, jak wcześniej w przypadku polskiej granicy na Zbruczu, decydującymi w powstaniu Izraela były fakty dokonane i akcje zbrojne Żydów, a nie same deklaracje, plany i mandaty różnych zewnętrznych ‘aliantów, i ‘sprzymierzonych’.    

A granice wschodnie Rzeczypospolitej na samym końcu były wynikiem walk armii polskich z oddziałami Zachodnio-ukraińskiej Republiki Ludowej i rezultatów wojny polsko-bolszewickiej i Traktatu Ryskiego między Polską a Sowietami. Ukraińcom nie udało się stworzyć zjednoczonego frontu polityczno-militarnego, Wschodnia Ukraina była już dość silnie w rękach rosyjskich (potem Sowieckich), mimo poparcia Piłsudskiego dla Petlury nie udały się plany utrzymania w rękach ukraińskich Kijowa. Losy Zachodniej Ukrainy stanęły  wobec alternatywy albo wpadnięcia w łapy strasznej niewoli sowieckiej lub powrotu w granice odrodzonej Rzeczypospolitej. Komisja Państw Sprzymierzonych, której zadaniem było wytyczyć granice i przynależność państwową terenów byłego Cesarstwa Austro-Węgier nolens volens uznała stan faktyczny, który był efektem przegranej przez Rosjan wojny polsko-bolszewickiej, z zastrzeżeniem, że w przyszłości Polska przeprowadzi na tych terenach plebiscyty. Termin plebiscytów wypadał na okres lat, kiedy Europę zalała pożoga kolejnej wielkiej wojny. I granice znowu poszły do kosza historii zmieniając po raz kolejny kształt Europy Środkowo-Wschodniej. Tym razem nikt nie pytał o zdanie Polaków, Ukraińców, Węgrów czy Rumunów, a losami i prawami licznej ludności innych (Wołosi, Ormianie, Hucułowie) mniejszości narodowych w rozległych terenach Karkonoszy Wschodnich nikt w ogóle się nie interesował. Z perspektywy czasu i mając przewagę znajomości historii ostatnich stu lat, nie mam wątpliwości, że te krótkie 20 lat, gdy Ukraina Zachodnia i Lwowszczyzna z Wołyniem wróciły w granice Rzeczypospolitej były i dla Ukraińców i dla Białorusinów wyjściem o wiele korzystniejszym niż bucior rosyjski. Nawet gdyby się udało Ukraińcom uzyskać suwerenność i zgodę Polski na stworzenia państwa na południowy wschód od Lwowa, ta suwerenność nie miała szansy obrony przed nawałą bolszewicką Budionnego i Tuchaczewskiego kilka miesięcy potem. Tragiczne losy ludności etnicznie polskiej z tych terenów (zwłaszcza na Wołyniu i korytarzu przemysko-lwowskim, gdzie stanowili większość lub poważny procent miejscowej ludności) był zbrodnią niewytłumaczalną i godną potępienia bezwarunkowego. To nie byli najeźdźcy – to byli ludzie mieszkający tam od pokoleń, setki lat, którzy razem z innymi grupami etnicznymi budowali te ziemie, rozwijali przemysł, handel, bogactwo tych terenów. To był ich dom, ich ojczyzna. Ale to temat już zupełnie inny. Który będzie jeszcze wymagał solidnego i spokojnego zbadania przez oba narody (polski i ukraiński) w przyszłości. Pozbawionego wypieków emocjonalnego zacietrzewienia a opartego na dokumentach i faktach. Tak postępują narody i państwa dojrzałe. Wspólnie. Historii i tak nikt nie cofnie ani jej nie zmieni. Więc warto by była przynajmniej solidnie i obiektywnie opracowana. Pamięć ofiar tej historii zasłużyła na to.

Jako ciekawostkę warto odnotować, że siostra Niemirowskiego była matką znanej polityczki PiS Anny Kurskiej i babką … zastępcy Redaktora Naczelnego „Wyborczej” Jarosława Kurskiego oraz jego brata, Jacka Kurskiego … tak, samego Prezesa TVP, znanego jako organ prasowy PiS. Historia jest czymś niesamowicie ciekawym, gdy się w niej nieco pogrzebie i ciekawe, co by o tym pomyślał sir Lewis Namier … . Sądzę, że byłby zadowolony, że jego siostrzenica i pra-siostrzeńcy trzymali i trzymają rękę na polskim pulsie. Historie świata i państw tworzą nie tylko wielcy wodzowie, przywódcy. Tworzą ją też równie skutecznie szare eminencje pracujące z uporem i bez rozgłosu w cieniu gabinetów.

Obecna tragedia Ukrainy

Rok 2022. Trzydzieści lat po oficjalnym rozwiązaniu i upadku ZSRR, upiory Piotra I, Katarzyny Wielkiej i Józefa Stalina znalazły swe medium w osobie Włodzimierza Putina i najechały Ukrainę. Czy Rosjanom uda się plan powrotu do starej granicy polsko-sowieckiej na linii rzeki Zbrucz? Putin wielokrotnie podkreślał, że Rosja ma ‘historyczne prawo powrotu do macieżystych granic’ Imperium Rosyjskiego, a Zbrucz był najdalej na zachód wysuniętą granicą tego Imperium od czasów końca XVIII wieku. Bo to był, zdaniem moim, zasadniczy cel Putina. Czy też zaspokoi się odłączeniem rosyjsko-językowych terenów Donbasu, Luhańska i reszty wybrzeża mórz Azowskiego i Czarnego?   Na razie postawa ludności i władz Ukrainy, personifikowana osobą ich niesamowitego (w pozytywnym znaczeniu) Prezydenta Włodzimierza Żeleńskiego wali te plany Putina. Przy olbrzymiej pomocy całego świata zachodniego. Ale o wielkim zwycięstwie militarnym Ukrainy nad Rosją mowy być jednak nie może. Nie przy obecnym stopniu wspierania Ukrainy. Cała ‘doktryna’ Bidena i NATO musiałaby ulec kompletnej zmianie i przebudowie. Wojen z potężnym przeciwnikiem nie wygrywa się tylko środkami obronnymi (w dodatku ograniczonymi). Natomiast Ukraina jest zdolna sama wymusić na Rosji w miarę korzystne (w stosunku do alternatywy możliwości stracenie olbrzymiej części terytorium) rozwiązania oparte na twardych negocjacjach. Koszt tej wojny naturalnie jest straszny dla Ukrainy: w stratach ludności, zrujnowanych miast, przemysłu, infrastruktury, rolnictwa. Koszt straty sprzętu i ludzi wojsk putinowskich i czysto ekonomiczny całej Rosji jest też olbrzymi.  Ale tysiące zabitych Rosjan i bieda ludności rosyjskiej nigdy nie były wielkim zmartwieniem carów i komisarzy rosyjskich. Ze złoconych korytarzy Kremla nikt nie zauważa kolejek po chleb w małych miasteczkach imperium. W państwach demokratycznych nauczyliśmy się sposobu myślenia, że państwo ma służyć obywatelom przede wszystkim. W Rosji ciągle pokutuje myślenie średniowieczne: mieszkańcy podległych imperatorowi terytoriów są po prostu materiałem do budowy imperium. Nie są podmiotem a przedmiotem polityki.

Światowid ze Zbrucza (w Muzeum w Krakowie)
By Silar – Own work, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=25710997

Czy jest szansa, żeby Putin sam wycofał się z Ukrainy kompletnie, osiągając jedynie pyrrusowe zwycięstwo deklaracji, że Ukraina nigdy nie wstąpi do NATO? Jest. Ale bardzo mała i wymaga dużo większego, solidnego zaangażowania militarnego świata zachodniego. Nie samej organizacji NATO. Nie, państw indywidualnych, w porozumieniu miedzy nimi, poza strukturami NATO. To jest możliwe. Czy realne? Nie wiem. Nie wymaga żołnierzy tych państw na terenie Ukrainy. Wymaga sprzętu. Natychmiast. Bez idiotycznych ograniczeń. Nie wiem jaka jest różnica między maszyną wojskową ze skrzydłami (samoloty) a maszyną wojskową na gąsienicach lub kołach. I nikt mi tej różnicy strategicznej wytłumaczyć do tej pory nie potrafił.  I czy musi być to tylko złom z czasów sowieckich? Rosjanie używają to, co mają najlepsze. Bez tego nie widzę jakiejkolwiek możliwości by Rosja wycofała się bez poważnych zmian granic Ukrainy na południowym wschodzie. A nie powinniśmy i nie musimy do tego dopuścić. Odnoszę wrażenie, że regiony tzw. ‘większości rosyjskich’  Donbasu są poniekąd przesądzone na niekorzyść Ukrainy. Krym – raczej do Ukrainy nie wróci. I, zdaniem moim, ani Ukraina ani Rosja do niego żadnych praw nie mają. To zbrodnia na ludności tatarskiej. Ale to też temat inny.  Natomiast winno się uniknąć w jakikolwiek możliwy sposób utraty przez Ukrainę dostępu do morza i portów morskich. Dla odbudowy Ukrainy po tej strasznej wojnie te tereny są niezbędne. I pod każdym względem, (historycznym, etnicznym) są to tereny ukraińskie a nie rosyjskie. Argument, że np. Mariupol był założony przez jakiegoś cara rosyjskiego jest absurdalny. Czyli Kłajpeda i Malbork należy się Niemcom, Moskwa i Kijów – Szwedom, a wszystkie stare miasta Kanady i USA winny wrócić do Anglii? Nie ma sensu tego ‘argumentu’ rozwijać. Jest bezsensowny.

Przedłużanie tej wojny jest zbrodnią na ludności ukraińskiej. Zwłaszcza teraz, gdy pod nowym dowództwem ‘rzeźnika Syrii’, gen. Aleksandra Dwornikowa, te znęcanie się nad ludnością cywilną przybrało nowe rozmiary. I wyraźnej dyrektywie intensyfikacji ofensywy rosyjskiej bez względu na koszty. Tą ofensywę zatrzymać można tylko tak, jak tego typu ofensywy zatrzymuje się zawsze – brutalną siłą militarnej kontrofensywy. Zmasowanym ogniem artylerii, lotnictwa zatrzymującym rosyjskie kolumny pancerne. I zasięgiem umożliwiającym rażenie rosyjskich wyrzutni rakietowych spoza terenu Ukrainy. Nie ma jakichkolwiek intensywnych pertraktacji rozejmowo-pokojowych, a więc brak opcji politycznej kompletnie. Tylko silna obrona i gdzie możliwe kontrofensywa do tych pertraktacji może ich zmusić.  Romantyczne mówienie o heroicznej partyzantce, o walkach ulicznych, gdzie z każdego okna i za każdym rogiem ulicy czekają młodzi chłopcy z granatami i koktajlami Mołotowa to absurd. I absurd nieludzki. Obejrzyjcie ulice, domy i rogi ulic Charkowa, a zwłaszcza Mariupola. Z których okien? Z tych kikutów ścian obróconych w perzynę ogniem artylerii i rakiet, z czołgów oddalonych bezpiecznie od zasięgu granatu i butelki z benzyną?  To rzeź a nie obrona. Bo żeby taką walkę prowadzić trzeba mieć świadomość, realną nadzieję na odwet, na nadchodzące posiłki regularnych wojsk. Takie walki można prowadzić z przeciwnikiem respektującym prawa wojny – nie z bandytą, mordercą.