Nowy rząd w Polsce. Przebudzenie?

Przebudzenie czy Przedwiośnie? Realizm czy żeromoszczyzna? Szklane domy czy po prostu domy, mieszkania dla ludzi – zwyczajne? Szkoły dla dzieci i młodzieży czy plebanki opłacane z funduszu rządowego? Kobieta-człowiek i obywatel czy tylko kobieta-matka i kobieta-żona? Pytan dużo, oczekiwań jeszcze więcej a możliwości mało.

Jutro, 13 grudnia kończy się farsa ‘rządu’ PiSowskiego. Farsa bardzo droga, bardzo szkodliwa. Ale opłacalna dla wielu. Bardzo wielu. Polska, Europa i świat 2023 to nie to samo, co Polska, Europa i świat 2015. Osiem lat tylko – a cała epoka jakby.

Herkules spotyka Augiasza

Oto kształt tego rządu:

Premier Donald Tusk – Oczywista oczywistość. Na czele nowego rządu stanie przewodniczący Platformy Obywatelskiej Donald Tusk. To będzie jego szósta kadencja w Sejmie (był posłem I., IV., V., VI., i VII kadencji). Współzałożyciel i długoletni przewodniczący Platformy Obywatelskiej (2003–2014). Dwukrotny prezes Rady Ministrów (2007–2014). W latach 2014-2019 przewodniczący Rady Europejskiej. Od 2019 roku przewodnicący Europejskiej Partii Ludowej.

Wicepremier, minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz – Od 2011 do 2015 minister pracy i polityki społecznej, od 2015 prezes Polskiego Stronnictwa Ludowego i poseł na Sejm VIII i IX kadencji. W 2020 roku kandydował na urząd Prezydenta RP (uzyskał 2,36 proc. głosów).

Wicepremier, minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski – Poseł na Sejm IX i X kadencji, od 2021 roku wiceprzewodniczący Nowej Lewicy.

Minister Sprawiedliwości Adam Bodnar – Wiceprezes zarządu Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka (2010–2015), członek rady dyrektorów Funduszu ONZ na rzecz Ofiar Tortur (2013–2014). Od 2015 do 2021 roku Rzecznik Praw Obywatelskich. Obecnie senator.

Minister Spraw Zagranicznych Radosław Sikorski – Senator PiS VI kadencji, Minister Obrony Narodowej w rządach Kazimierza Marcinkiewicza i Jarosława Kaczyńskiego (2005–2007), potem poseł PO. Minister Spraw Zagranicznych (2007–2014) w rządach Donalda Tuska. Obecnie europoseł.

Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji Marcin Kierwiński – Poseł od VII kadencji. W 2015 roku został sekretarzem stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów i szefem gabinetu politycznego premier Ewy Kopacz, od 2020 sekretarz generalny Platformy Obywatelskiej.

Minister koordynator ds. służb specjalnych Tomasz Siemoniak – Wiceminister Spraw Wewnętrznych i Administracji w rządzie Donalda Tuska (2007–2011). Minister Obrony Narodowej w rządach Donalda Tuska oraz Ewy Kopacz (2011–2015). Od lutego 2016 wiceprzewodniczący PO.

Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego Bartłomiej Sienkiewicz – W latach 2013–2014 minister spraw wewnętrznych i koordynator służb specjalnych, poseł na Sejm IX i X kadencji.

Minister Finansów Andrzej Domański – Jest absolwentem ekonomii na Uniwersytecie Ekonomicznym w Krakowie, przez wiele lat pracował w instytucjach finansowych, między innymi jako analityk i dyrektor inwestycyjny. Wykładał na Uczelni Łazarskiego i Uniwersytecie SWPS.

Minister Aktywów Państwowych Borys Budka – Poseł PO na Sejm VII i VIII kadencji. Minister sprawiedliwości w rządzie Ewy Kopacz (2015). Od 2020 do 2021 i powrotu Donalda Tuska szef PO.

Minister Sportu i Turystyki Sławomir Nitras – Poseł na Sejm V, VI, VIII i IX kadencji. W latach 2009–2014 był posłem do Parlamentu Europejskiego. Od 2014 do 2015 roku doradzał premier Ewie Kopacz.

Minister Edukacji Barbara Nowacka – Posłanka na Sejm IX kadencji (od 2019 roku). W latach 2015–2017 była współprzewodniczącą partii Twój Ruch (wcześniej kierował nią Janusz Palikot). W 2016 roku założyła stowarzyszenie Inicjatywa Polska, które w 2019 roku przekształciło się w partię polityczną (obecnie część Koalicji Obywatelskiej).

Minister Zdrowia Izabela Leszczyna – Posłanka na Sejm VI, VII, VIII i IX kadencji. Od 2013 do 2015 roku sekretarz stanu w Ministerstwie Finansów.

Minister Infrastruktury Dariusz Klimczak – Wiceprezes Polskiego Stronnictwa Ludowego, poseł na Sejm IX i X kadencji.

Minister Rozwoju i Technologii Krzysztof Hetman – Wiceprezes PSL. Poseł na Sejm X kadencji. W latach 2014-2023 eurodeputowany.

Minister Rolnictwa i Rozwoju Wsi Czesław SiekierskiPolityk PSL. Poseł na Sejm III, IV, IX i X kadencji, oraz deputowany do Parlamentu Europejskiego czterech kadencji.

Minister Klimatu i Środowiska Paulina Hennig-Kloska – Posłanka, w Sejmie od VIII kadencji. Najpierw w Nowoczesnej, a od 2021 r. w Polsce 2050.

Minister Funduszy i Polityki Regionalnej Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz – Była ambasador RP w Rosji. Szefowa think tanku Strategie 2050.

Minister Rodziny i Polityki Społecznej Agnieszka Dziemianowicz-Bąk – Od 2015 do 2019 roku w partii Razem. Od 2021 roku w Nowej Lewicy. Posłanka IX i X kadencji.

Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego Dariusz Wieczorek – Wiceprzewodniczący Nowej Lewicy, poseł od 2019 roku.

Minister Przemysłu Marzena Czarnecka – Prawniczka, wykładowczyni Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach. Kieruje Katedrą Transformacji Energetycznej.

Marzena Okła-Drewnowicz – minister do spraw polityki senioralnej;

Oprócz szefów resortów w skład rządu Tuska wejdzie też pięcioro tzw. ministrów bez teki, którzy zajmą się konkretnymi zadaniami zleconymi im przez premiera. Marzena Okła-Drewnowicz – minister do spraw polityki senioralnej; Katarzyna Kotula – minister do spraw równości; Agnieszka Buczyńska – minister do spraw społeczeństwa obywatelskiego; Adam Szłapka – minister do spraw Unii Europejskiej; Jan Grabiec – szef Kancelarii Prezesa Rady Ministrów; Szefem Centrum Legislacyjnego Rządu zostanie Maciej Berek.

Niektóre nazwiska nic mi nie mówią (co zrozumiałe po czterdziestu ponad latach nieobecności …), inne mowią dużo. Sam problem manewrowania politycznego kogo-kim zrobić w rzadzie obejmujacym tyle partii, stronnictw i ruchów politycznych, to praca istnie heraklitańska. Co dziwić nie może też – wszak czeka ich sprzątanie stajni Augiasza.

Tusk, jak premier to raczej bez tłumaczenia – politycznie inaczej niemozliwe. Bodnar świetny na ministra sprawiedliwości (będzie miał najpierw problem z używaniem tego tytułu, który po porzedniu stał się symbolem niesprawiedliwości i beprawia); Nowacka, jako minister Edukacji – strzał w dziesiątkę. Sikorski do MSZ (choć szczerze go nie znoszę i uważam za polityka, który dla władzy sprzeda duszę) wyjściem dyplomatycznie najlepszym – zna wszystkie ścieżki dyplomacji światowej a europejskiej zwłaszcza. Cieszy mnie bardzo uczestnictwo Nowej Lewicy, która Polsce jest potrzebna, jako pewna osłona przed neoliberalizmem. Ministerstwa Rodziny i Szkolnictwa Wyższego właśnie politykom Lewicy przypadły. To dobrze.

Co to znaczy: dom?

fot. by B. Pacak-Gamalski

“Polska to nasz dom” – mówi wiele osób. A dom, jak to dom, kojarzy się zazwyczaj z bezpieczeństwem, rodziną i dobrymi wspomnieniami. Z czym tobie kojarzy się Polska? Dla mnie to jest trudne pytanie. Zamiast prostej odpowiedzi  (czy taka istnieje?) opowiem ci moją historię.

Urodziłem się w  Malmo w Szwecji, w domu polskich emigrantów. Gdy miałem siedem lat wróciłem z moją mamą do Lublina. Nie był to łatwy dla nas czas. Mama dawała radę na tyle, na ile mogła – jak wiele innych samotnie wychowujących dzieci w Polsce. Mijały kolejne lata, kolejne wigilie i urodziny, pierwsza komunia i inne rodzinne spotkania – przy każdej okazji byłem wypytywany przez wujków i ciotki o to, gdzie wolałbym mieszkać – w Polsce czy w Szwecji? W Polsce! – odpowiadałem, stając na baczność, i bez chwili zastanowienia. Rzeczywistość zrewidowała moje poglądy, gdy w wieku 16 lat postanowiłem wrócić do ojca, do Szwecji.

Dzisiaj patrzę na ten okres z uśmiechem. Coś co wykluło się z młodzieńczego buntu, przetworzyło się na doświadczenie emigranta, który musiał odnaleźć się w zupełnie innym, zróżnicowanym kulturowo Malmo. To nie jest czas, abym rozwijał setki opowieści i wspaniałych osób z różnych zakątków świata, które tam poznałem. Wiem jednak, że ten okres pozostawił we mnie otwartość na “inność”. Razem z innymi imigrantami trzymałem się w paczce, chodziłem z nimi na wagary, śmiałem się, płakałem, zakochiwałem się. A swoją “inność” odkryłem dopiero po powrocie do Polski. 

Ale wróćmy do teraźniejszości – ostatnie 8 lat rządów PiSu było dla mnie kolejny testem. Mogłem znowu wyemigrować, zostawić to wszystko, żyć gdziekolwiek i jakkolwiek. Ale nie chciałem gdziekolwiek i jakkolwiek. Widać mój wewnętrzny bunt jeszcze się we mnie tli, mimo iż mam już 33 lata. Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie jestem zadziorny – oczywiście, że jestem zadziorny, pewny siebie, czasami głupio coś powiem i zdecydowanie za mało czytam. Ale te moje wado-zalety pozwoliły mi jakoś przetrwać najgorsze czasy i działać, kiedy tylko było to możliwe. Pozwalały mi wyjść ze swojej strefy komfortu.

Poprowadziłem pierwszy marsz równości w Lublinie. Pamiętam to jakby to było wczoraj. Rok 2018, Plac Litewski, olbrzymi stres. Wokół mnie mnóstwo policji i jeszcze więcej kontr manifestujących. Obok nas nagle wybucha granat dymny. Myślę, że już po wszystkim. Ale nie poddajemy się. Włączamy Abbę i idziemy przed siebie. Przeszliśmy, przeżyliśmy. W kroplach pary po policyjnych armatkach wodnych pojawiła się wspaniała, wielka tęcza. Razem znowu udało nam się przeżyć kolejny dzień w tym kraju i nawet zrobić coś dobrego dla innych. Tego dnia Lublin był mój..

Równo dwa lata temu, w Dzień Niepodległości byłem z Grupą ‘Granica’ w lesie przy polsko-białoruskiej granicy. Trwał kryzys uchodźczy. Pojechałem tam, aby nagrać film, który miał się ukazać w mediach społecznościowych aktywistów. W środku nocy budzi mnie telefon: Bartek, jest akcja, wstawaj, jedziemy. Okropna mgła, policyjne kontrole, potem. wchodzimy w las, powoli przesuwamy się do przodu. Raz, drugi, trzeci dostaję gałęzią po twarzy. Nogi grzęzną mi w błocie. Weszliśmy na pole, czyli nas widać, więc trzeba uciekać. Wracamy w krzaki. Zapalamy czerwone światełka – bo te ponoć są trudniej zauważalne przez mundurowych. I nagle… jest, cała rodzina! Przy nich już inni wolontariusze – medycy, którzy udzielają im pomocy, jakieś osoby z kocami. Jest niewyobrażalnie ciemno. Trzęsę się z zimna a jednocześnie jestem przepocony, trudno mi się doliczyć, ile jest tam osób. Matka, ojciec, kilkoro dzieci. Wszyscy bez rękawiczek, szalika, czegokolwiek ciepłego. Help, help! – mówi do mnie jedna z kobiet. Opuszczam kamerę, i próbuję rozmawiać. Aktywiści dzięki pomocy telefonicznego-tłumacza dogadują się z uchodźcami. To Kurdowie, uciekają z Syrii. ISIS zabija takich jak oni. Wypełniamy wnioski azylowe, żegnamy się. To wszystko co możemy zrobić. Zimne uściski dłoń, szybkie przerażone spojrzenia, znikamy w lesie. Wychodzimy z krzaków, wchodzimy na drogę. Jest nam już wszystko jedno. Mijamy ciepłe, zadbane domy, duży, ładny kościół. Dochodzimy do naszego hotelu. Rano dostaję ataku kolki nerkowej i ląduję w szpitalu. Zwijam się, płaczę z bólu i wyję. Dostaje lek, które zaczynają powoli działać. Wiem, że ta wizyta to przywilej. Rozmawiam z pielęgniarkami o tym, co się dzieje w lesie kilka kilometrów dalej. Potem, w ciepłym domu zaczynają dopadać mnie wyrzuty sumienia – mogłem im zostawić swoją czapkę, rękawiczki, cokolwiek. Nie dałem nic. Nie pomyślałem.

Następnego dnia wracamy do Warszawy, do domu. Na niektórych budynkach powiewają jeszcze biało-czerwonych flagi. Po drodze duży ledowy ekran pokazuje datę “12.11” i miga na zmianę z “temp. 8 st.C”. Zimno. Wiem, że przy takiej temperaturze ludzie będą umierać w lesie. W Warszawie powiedziałem sobie, że już tam nie wrócę. W moim systemie wartości nie godzi się, aby kogokolwiek zostawiać na mrozie na śmierć. Zostawiłem raz, drugi raz bym nie umiał. W następnych dniach wolontariusze wrócili z dobrymi nowinami do lasu, gdzie 11.11 spotkaliśmy zmarzniętą rodzinę. Ale po rodzinie została tylko zbita kulka ze złotych, ratunkowych kocy pośród drzew. Zostali wypchnięci za drut kolczasty, na białoruską stronę.

Ty, ja, każdy z nas ma jakąś swoją historię. Czasem piszecie do mnie wiadomości, dzieląc się ze mną swoimi, często trudnymi, życiowymi doświadczeniami. Razem dzielimy samotność, poczucie wyobcowania, bycia poza systemem. Jakby świat o nas zapomniał.

Mimo to czasami decydujemy się na jakieś bezinteresowny akt troski o innych, nie oczekując niczego w zamian – albo sami ich doświadczamy. To jest właśnie moja definicja patriotyzmu. Dzielę się z Tobą kilkoma moimi historiami, które stały się dla mnie ważne. Pomagają mi zrozumieć, jakiej chcę Polski. Chcę Polski będącej domem, fajnym, ciepłym miejscem do życia dla Ciebie, dla mnie, dla sąsiada PiSowca, koleżanki weganki czy Ibrahima z sąsiedniej ulicy. Tak długo jak chcemy razem budować ten dom, mając w pamięci naszych braci i siostry, tak długo jest dla nas jako Polek i Polaków szansa. Patrzymy w przyszłość, razem budując teraźniejszość i wyciągając wnioski z przeszłości. Tego i Tobie życzę w Święto Niepodległości.

Fundacja BASTA

‘List solidarnościowy w sprawie mediów w Izraelu i Strefie Gazy’ i komentarz o Liście



Podpisałem list solidarnościowy w sprawie mediów w Izraelu i Strefie Gazy.

Podpisałem, nawet jeśli pewnie nie podzielam w pełni perspektywy, z jakiej niektórzy sygnatariusze patrzą na konflikt izraelsko-palestyński. Bo list podpisać można z różnych powodów.

Podpisałem, bo życzę klęski faszystom z Hamasu, ale tego nie osiąga się, jak chciałaby armia izraelska, mordowaniem cywilów, wliczając w to rzeź dzieci, wśród których liczba ofiar w kilka tygodni już parokrotnie przerosła tę, jaką znamy z Ukrainy, gdzie wojna trwa ponad półtora roku.

Podpisałem, bo życzę klęski faszystom z izraelskiego rządu, ale tego nie można osiągnąć, jak chciałby Hamas, mordowaniem cywilów, porywaniem innych, obwożeniem po miastach nagich ciał przy wtórze okrzyków o Bogu, a wreszcie braniem za zakładnika i żywą tarczę swojej własnej ludności.

Poparcie dla działań Hamasu to przyzwolenie na zbrodnie, zbyt często bagatelizowane przez część zachodniej lewicy, która kolejny to już raz (po sprawie Ukrainy) całkowicie się kompromituje, tym razem, w dziecinadzie swojej antyamerykańskości, usprawiedliwiając przemoc opowieściami o „dekolonizacji” i przesłaniając rzeczywistość pojęciowymi kalkami, jak osiągająca wyżyny absurdu Butler, która uznała Hamas za część globalnego ruchu lewicowego (co?!), albo jak wszyscy, którzy w propalestyńskich hasłach znajdują dozwoloną formę wyrażania swojego antysemityzmu, którego fala przyjmuje obecnie też formy całkowicie otwarte, a jego skala tylko narasta. Jakkolwiek by nas nie przekonywano, kiedy mówi się nam, że w demonstracjach solidarnościowych z Palestyną chodzi tylko o upomnienie się o ofiary, to jednak trzeba brać odpowiedzialność za słowa, a rozbrzmiewające podczas tych demo hasło „From the river to the sea Palestine will be free” jest niczym innym niż wezwaniem do eksterminacji Żydów, której Hamas by się dopuścił, gdyby tylko dysponował odpowiednimi środkami.

Poparcie obecnej polityki Netanjahu to z kolei sankcjonowanie pogromów (Zachodni Brzeg) i zbrodni wojennych, które mogą przerodzić się w ludobójstwo (tak brzmi notabene stanowisko ONZ). Obecnymi działaniami rząd Izraela daje paliwo do nowych pokładów antyizraelskiej nienawiści, która może nie wygasnąć latami, a w tym sensie polityka ta jest całkowicie kontrskuteczna, napędza tylko nową spiralę przemocy, po którą sięgną spragnieni rewanżu bliscy obecnych ofiar. Zatwardziałość, z jaką jako Zachód obstajemy przy działaniach Netanjahu i z jaką dokładamy rękę do medialnej asymetrii na korzyść Izraela, jest autosabotażem, który wytrąca nam samym z ręki argumenty (jaką skuteczność może mieć gdzie indziej wołanie o prawa człowieka, jeśli tu je mamy w nosie?), a do tego wpycha cały świat arabski w ramiona Putina. W tym sensie wspieranie przez nas obecnych działań izraelskiego rządu to przejaw piramidalnej krótkowzroczności, „to gorzej niż zbrodnia, to błąd”.

Żadna z grup biorących udział w konflikcie nie jest monolitem. Tak samo jak nie ma znaku równości między pojęciami „Izrael” i „Żydzi” oraz między „rząd izraelski” i „Izraelczycy” (przecież kilka miesięcy temu Izrael stał na progu wojny domowej na linii społeczeństwo Vs Netanjahu), tak samo słowo „Hamas” nie jest tożsame ze zbiorem „Palestyna”.

Celem jest więc powstrzymanie tej rozkręconej przez faszystów z obydwu stron jatki. Jakkolwiek Izrael może pokonać Hamas militarnie, może wybić jego kierownictwo i zlikwidować samą organizację, nie zniknie stojąca za nią emocja, która za kilka lat obrodzi nowymi organizacjami mordującymi Żydów. Dlatego jedynym rozwiązaniem (jakkolwiek całkowicie niewyobrażalnym z obecnej perspektywy), jest ustanowienie porządku, w którym możliwa byłaby jakaś forma faktycznego współistnienia na tamtym terenie Żydów i Palestyńczyków, pod auspicjami wreszcie respektowanych umów międzynarodowych. „Faktycznego” to znaczy takiego, w którym Izrael nie prowadzi wobec Palestyńczyków polityki apartheidu, nie zasiedla swoimi kolonistami ziem palestyńskich i nie wykorzystuje swojej przewagi ekonomiczno-militarno-technologicznej, Palestyna z kolei rozbraja Hamas, wyrzeka się agendy politycznej kwestionującej istnienie państwa Izrael i zrywa kontakty z różnymi antyizraelskimi, a tak naprawdę antysemickimi donatorami.

Oczywiście, domaga się to też od obydwu stron ustąpienia z części własnych roszczeń, Oczywiście, pamiętam, jaki los spotkał tych, którzy do podobnych porozumień doprowadzili. Dlatego koniecznym warunkiem ew. umów pokojowych jest nie tylko wyznaczenie wreszcie respektowanych granic między dwoma państwami, ale też dojrzałość, która pozwoliłaby spacyfikować ultrasów z własnego obozu.

I nawet jeśli czasem wydaje mi się, że moje stanowisko („mesjański liberalizm” – creditsy za stworzenie terminu wędrują oczywiście do Adama Lipszyca!) podziela piątka znajomych, to czasem myślę też sobie, że jest nas może więcej, może nawet tyle, ile chciał Derrida.

Otóż Derrida, Żyd ze skolonizowanej przez Francuzów Algierii, który uchodził w oczach wielu za „złego Żyda”, po wykładach na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie zwykł odwiedzać przyjaciół w palestyńskim Ramallah. W wykładzie wygłoszonym kilka miesięcy przed śmiercią (2004 r.) mówił o tym, jaka mu się marzy Europa:

„Europa, w której można krytykować politykę Izraela, […] nie będąc przy tym oskarżonym o antysemityzm czy judeofobię.Europa, w której można wspierać uzasadnione aspiracje narodu palestyńskiego do uzyskania przez niego swoich praw, ziemi i państwa, nie aprobując samobójczych ataków [palestyńskich terrorystów – przyp. P.S.] i antysemickiej propagandy, która często – zbyt często – dąży w świecie arabskim ku okazaniu na nowo uznania dla potwornych „Protokołów mędrców Syjonu”.Europa, w której, bez antyamerykanizmu, bez antyizraelizmu, bez antypalestyńskiej islamofobii, można sprzymierzać się z tymi, którzy, czy byliby to Amerykanie, Izraelczycy czy Palestyńczycy, krytykują w sposób odważny, a czasem nawet bardziej czujny niż my sami – rządy czy siły dominujące w ich własnych krajach. […]

Oto moje marzenie. […] Miliardy ludzi współdzielą ze mną to marzenie. Powoli, wśród mozołu i bólów porodowych, wydobywają je oni na światło dnia, pięknego dnia”.


APEL

Pragniemy wyrazić naszą solidarność z dziennikarzami i dziennikarkami pracującymi w Izraelu, Strefie Gazy i w innych palestyńskich terytoriach okupowanych.

To szczególnie ważne w obliczu tego, jak 20 października 2023 r. Minister komunikacji Izraela Szlomo Karhi ogłosił projekt rozporządzenia umożliwiającego zamknięcie kanałów informacyjnych, jeśli te uznane być mogą za „szkodzące bezpieczeństwu narodowemu”. Przepisy te zostały zatwierdzone 1 listopada. Wydają się być wymierzone w działalność kanału al-Dżazira, jednak Międzynarodowa Federacja Dziennikarzy obawia się, że prawo to może posłużyć władzom izraelskim do zamykania innych mediów działających w Izraelu oraz na okupowanych terytoriach palestyńskich.

Rozporządzenie to jest jawnym ograniczeniem wolności prasy oraz wolności słowa, a można je interpretować także jako formę zastraszania, co z kolei łamie artykuł 19. Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka, który stanowi, że

„Każda jednostka ma prawo do wolności poglądów i wypowiedzi; prawo to obejmuje nieskrępowaną wolność posiadania poglądów oraz poszukiwania, otrzymywania i przekazywania informacji oraz idei, wszelkimi środkami i bez względu na granice”.

Kilka dni po przedstawieniu projektu wspomnianego rozporządzenia, 25 października 2023 r., izraelskie siły zbrojne zbombardowały dom szefa biura al-Dżaziry w Gazie, Waila Dahduha. W ataku zginęła jego żona, córka, syn i wnuk. Pragniemy wyrazić nasze najszczersze kondolencje.

Stajemy solidarnie z uprowadzonym przez Hamas izraelskim dziennikarzem Odedem Lifszicem, zasłużonym opozycjonistą, który przez dziesięciolecia działał na rzecz pokoju i uznania praw Palestyńczyków. Apelujemy o jego niezwłoczne uwolnienie w związku z publicznym oświadczeniem rzecznika Brygad Izz ad-Din al-Kassam o gotowości do jego bezwarunkowego oswobodzenia.

W obliczu ataków na dziennikarzy Międzynarodowa Federacja Dziennikarzy (IFJ), Międzynarodowa Konfederacja Związków Zawodowych oraz UNI Global Union wystosowały list do UNESCO z prośbą o dołożenie wszelkich starań mających na celu ochronę dziennikarzy i cywilów. W swoim apelu piszą o tym, że:

„Żadni zagraniczni dziennikarze aktualnie nie relacjonują z terytorium Strefy Gazy, ani nie mają możliwości wjazdu na jej teren, aby relacjonować bieżące wydarzenia. Tylko dziennikarze palestyńscy mogą informować o tym, co się dzieje. Dlatego też ważne jest, aby Organizacja Narodów Zjednoczonych, a w szczególności UNESCO, chroniła tych dziennikarzy i ich prawa oraz utrzymała ich dostęp do Internetu i innych środków komunikacji, aby mogli informować lokalną ludność palestyńską i świat o wojnie w Strefie Gazy”.

Apelujemy o ochronę wszystkich dziennikarzy i dziennikarek oraz pamięć o trzydziestu sześciu zabitych między 7 października a 3 listopada 2023 r.:

Czterech izraelskich dziennikarzach i dziennikarkach: Roim Idanie, Janiwie Zoharze, Ajelet Arnin oraz Szai Regew.

Trzydziestu jeden palestyńskich dziennikarzach i dziennikarkach: Ibrahimie Mohammadzie Lafim, Mohammadzie Dżargunie, Mohammadzie al-Salhimie, Assadzie Szamlachim, Hiszamie al-Nawadżim, Mohammadzie Sobhu, Sajidzie al-Tawilu, Mohamedzie Fajezie Abu Matarze, Ahmedzie Szehabi, Husamie Mubaraku, Salamie Memie, Jusufie Maherze Dawasie, Abdulhadim Habibim, Issamie Bharze, Mohammadzie Baluszim, Samehu al-Nadimie, Chalilu Abu Atarze, Mohammedzie Alimie, Roszdzie Sarradżu, Mohammadzie Imadzie Labadzie, Dua Szaraf, Sajidzie Al-Halabi, Ahmedzie Abu Mhadim, Salimie Mchaimerze, Jasirze Abu Namusie, Nazmim al-Nadim, Madżedzie Kaszko, Imadzie al-Wahidim, Ijada Matara Madżda, Fadla Arandasa, Mohammeda Abu Hataba.

Oraz libańskim dziennikarzu Issamie Abdallahu.

Pragniemy zauważyć, że w polskich mediach nie pojawiły się do tej pory żadne głosy dziennikarzy obecnych na okupowanych terytoriach palestyńskich — w Gazie oraz na Zachodnim Brzegu — codziennie ryzykujących swoje życie, by relacjonować na bieżąco wydarzenia, których są świadkami i świadkiniami.

W związku z apelem Organizacji Narodów Zjednoczonych z dnia 19 października 2023 r. wzywającym do zapobieżenia możliwemu ludobójstwu w Gazie wzywamy wszystkich, których może to dotyczyć, do przestrzegania zasad etyki dziennikarskiej, w tym obowiązku:

1. Niepowielania niezweryfikowanych informacji, wprowadzenia praktyki sprostowania tych uprzednio powielonych fałszywych lub dementowanych.

2. Weryfikacji oraz umieszczania źródeł wszelkich informacji.

3. Wyraźnego odróżnienia informacji opartych na faktach od komentarzy i krytyki własnej.

4. Dołożenia wszelkich starań, by wiernie odtworzyć wypowiedzi danych osób publicznych i niepublicznych.

5. Rozpowszechniania informacji lub opinii, w taki sposób, by nie przyczyniać się do szerzenia mowy nienawiści, uprzedzeń, stereotypizacji, a także dołożenia wszelkich starań, aby przeciwdziałać szerzeniu się dyskryminacji ze względu na takie czynniki, jak pochodzenie geograficzne, społeczne lub etniczne, rasa, religia i inne.

W przeciągu ostatnich kilku tygodni w publikowanych w języku polskim materiałach pojawiło się wiele nieprawdziwych, bądź niepotwierdzonych informacji, które w oczywisty sposób przyczyniają się do szerzenia się mowy nienawiści oraz demonizacji i stereotypizacji Palestyńczyków. Wydarzenia niejednokrotnie przedstawiane są w sposób jednostronny i ignorujący jawne naruszenia prawa międzynarodowego przez Izrael. W związku z powyższym pragniemy przywołać fragment wspomnianego wcześniej oświadczenia ekspertów Organizacji Narodów Zjednoczonych: 

„Izrael prowadzi kampanię, której skutkiem są zbrodnie przeciwko ludzkości w Gazie. Biorąc pod uwagę oświadczenia izraelskich przywódców politycznych i ich sojuszników, którym towarzyszyły działania wojskowe  w Gazie oraz eskalacja aresztowań i zabójstw na Zachodnim Brzegu, istnieje również ryzyko ludobójstwa na narodzie palestyńskim”.

Wierzymy, że wspólnymi siłami możemy przyczynić się do tworzenia rzetelnych i obiektywnych informacji, które będą służyć społeczeństwu. 

Poniżej podpisane osoby/organizacje wyrażają swoje poparcie dla tego listu otwartego.

Sygnatariusze i sygnatariuszki

Anna Alboth, dziennikarka i aktywistka; Adam Andrzejewski, filozof; Bartosz Bartosik, dziennikarz; Wiktoria Beczek, dziennikarka; Karolina Bednarz, wydawczyni; Marek Beylin, publicysta; Dominika Blachnicka-Ciacek, socjolożka, Wydział socjologii UW; Monika Bobako, filozofka, UAM; Artur Boruc, były członek reprezentacji Polski w piłce nożnej; Sara Boruc, blogerka modowa i osobowość telewizyjna; Milena Bryła, dziennikarka; Piotr Bystrianin, prezes zarządu Fundacji Ocalenie; Marta Byczkowska-Nowak, dziennikarka Wprost’; Max Cegielski, dziennikarz; Agata Chmielecka, wydawczyni; Anna Chmielecka, członkini zarządu Fundacji Ocalenie; Kalina Czwarnóg, członkini zarządu Fundacji Ocalenie; Maja Chitro, dziennikarka;Sylwia Chutnik, pisarka; Anna Cieplak, pisarka, animatorka kultury; Katarzyna Czarnota, socjolożka, badaczka w Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka; Beata Czuma-Hyk, wirtualnemedia.pl; Julia Dauksza, dziennikarka; Anna Dąbrowska-Zembik, dziennikarka; Artur Domosławski, pisarz i dziennikarz; Olga Drenda, pisarka, dziennikarka; Jędrzej Dudkiewicz, dziennikarz freelancer; Marek Dziekan, nauczyciel akademicki, Uniwersytet Łódzki; Anna Dąbrowska, Stowarzyszenie Homo Faber; Wojciech Faruga, reżyser i Dyrektor Teatru Polskiego w Bydgoszczy; Filip Fierek, wydawca; Miłka Fijałkowska, dziennikarka; Bartosz Frąckowiak, Fundacja Biennale Warszawa; Magdalena Fusiek, dziennikarka; Olga Gitkiewicz, pisarka, reporterka; Daria Głowacka, animatorka kultury; Karol Grygoruk, fotograf; Agata Grzybowska, dokumentalistka; Ewa Górska, akademiczka; Olga Hund, pisarka, tłumaczka; Karolina Hytrek-Prosiecka, dziennikarka; Cecylia Jakubczak, działaczka społeczna; Oliwier Janiak, dziennikarz;Mateusz Janicki, aktor; Damian Jankowski, dziennikarz; Marek Jedliński, redaktor; Hanna Jewsiewicka, dziennikarka; Agnieszka Jucewicz, dziennikarka; Gosia Juszczak, reżyserka; Ewelina Kaczmarczyk, Katarzyna Makarowicz, Weronika Szczurko (Salam Lab); Julia Kamińska, aktorka i piosenkarka; Magdalena Kicińska, dziennikarka; Lena Khalid, reportażystka; Tatiana Kolesnychenko, reporterka; Szczepan Kopyt, poeta; Karolina Korwin-Piotrowska, dziennikarka; Justyna Kosela, dziennikarka; Agnieszka Kosowicz, prezeska Polskiego Forum Migracyjnego; Mela Koteluk, piosenkarka; Sylwia Kuca, adwokat; Kamila Kunda, terapeutka; Roman Kurkiewicz, dziennikarz; Rut Kurkiewicz, reżyserka, dziennikarka; Danuta Kuroń, prezeska zarządu Fundacji Edukacyjnej Jacka Kuronia; Dominika Lasota, aktywistka, Inicjatywa Wschód; Katarzyna Lazzeri, dziennikarka; Andrzej Leder, filozof; Justyna Kowalska-Leder, kulturoznawczyni; Aleksandra Lipczak, pisarka, dziennikarka; Hanna Lis, dziennikarka; Hanna Machińska, nauczycielka akademicka UW, członkini rady Fundacji Helsińskiej i Fundacji Batorego; Rafał Madajczak, redaktor naczelny Gazeta.pl; Maciej Mahler, współzałożyciel stowarzyszenia “Stacja Muranów”; Galopujący Major, bloger, felietonista; Katarzyna Malarowska, reporterka; Małgorzata Jamrozy Margaret, piosenkarka; Patryk Michalski, dziennikarz; Tadeusz Michrowski, dziennikarz; Dalia Mikulska, reporterka; Anna Mikulska, dziennikarka; Paweł Mościcki, pisarz, eseista; Joanna Musiatewicz, nauczycielka akademicka UW; Bartosz Nalazek, operator filmowy; Dorota Nowak, redaktorka, wydawczyni; Karolina Ochab, dyrektor naczelna Nowego Teatru; Janina Ochojska, posłanka do Parlamentu Europejskiego; Maja Ostaszewska, aktorka; Joanna Ostrowska, historyczka; Katarzyna Pachniak, nauczycielka akademicka UW; Antoni Pawlicki, aktor; Marcin Perchuć, aktor i były dziekan AT; Ada Piekarska, kuratorka sztuki; Natalia Pitala, ekolog; Aleksandra Popławska, aktorka; Aneta Prymaka, reporterka; Kaja Puto, dziennikarka; Mikołaj Ratajczak, filozof; Karolina Rogaska, dziennikarka; Bartosz Rumieńczyk, dziennikarz; Aleksandra Rutkowska, dziennikarka; Magdalena Różczka, aktorka; Bartek Sabela, reporter; Piotr Sadzik, wykładowca UW; Janusz Schwertner, dziennikarz; Beata Siemaszko, aktywistka; Sławomir Sierakowski, Krytyka Polityczna, Onet.pl; Jakub Skrzywanek, reżyser, Dyrektor Artystyczny Teatru Współczesnego w Szczecinie; Anita Sokołowska, aktorka; Filip Springer, pisarz; Olga Stanisławska, pisarka, reportażystka;  Franek Sterczewski, poseł na sejm RP; Krzysztof Story, dziennikarz; Bogna Świątkowska, NN6T; Witold Szabłowski, pisarz; Patryk Strzałkowski, dziennikarz Gazeta.pl; Krzysztof Szczepaniak, aktor; Małgorzata Szczurek, wydawczyni, Wydawnictwo Karakter; Mariusz Szczygieł, reporter; Małgorzata Szczęśniak, scenografka i kostiumolog w Operze; Krzysztof Tubilewicz, dziennikarz; Mateusz Trusewicz, natemat.pl; Anna Trusewicz, Gazeta.pl; Grzegorz Uzdański, pisarz; Adam Wajrak, dziennikarz; Marianna Wartecka, członkini zarządu Fundacji Ocalenie; Krzysztof Warlikowski, reżyser teatralny i operowy, dyrektor artystyczny Nowego Teatru; Jacek Wiaderny, redaktor, Mały Format; Miłosz Wiatrowski-Bujacz, dziennikarz; Przemysław Wielgosz, redaktor, Le Monde diplomatique – edycja polska; Karol Wilczyński, wykładowca UJ; Ilona Witkowska, poetka; Paweł Wodziński, reżyser, kurator; Martyna Wojciechowska, dziennikarka i pisarka; Aleksandra Wojtaszek, pisarka, dziennikarka, tłumaczka; Xawier Woliński, wolnelewo.pl; Ewa Wójciak, Teatr Ósmego Dnia; Weronika Wysocka, artystka; Natalia Żaba, dziennikarka; Konrad Żurawowicz, aktywista; Beata Żak, medyczka; Agnieszka Żądło, dziennikarka, dokumentalistka; Marcin Żyła, dziennikarz; Katarzyna Maniak, antropolożka kultury UJ; Justyna Marcinkowska, antropolożka kultury UAM;

Media i organizacje

Fundacja Instytut Reportażu; Fundacja Ocalenie; Fundacja Polska Gościnność; Fundacja Strefa WolnoSłowa; Fundacja w Stronę Dialogu; Fundacja Ari Ari; Inicjatywa Wschód; Mały Format;  NOMADA – Stowarzyszenie na Rzecz Integracji Społeczeństwa Wielokulturowego; Stowarzyszenie Homo Faber; Stowarzyszenie Laboratorium Działań dla Pokoju (Salam Lab); Wydawnictwo ArtRage; Wydawnictwo Drzazgi; Wydawnictwo Tajfuny; 

Ukraina, Rosja. Jakie granice?

22 lipca 2022 roku pisałem szerzej o Ukrainie w perspektywie historycznej: skąd się wzięła, jakie ma granice i skąd one się wzięły; jej skomplikowanym charakterze etnicznym, o różnicach miedzy Rusami, Rusinami i Ukraińcami. O tym jak powstawały narody i państwa narodowościowe w Europie, jak rodziła się tożsamość narodowa. O tle historycznym Rzeczypospolitej i Wielkiego Księstwa Litewskiego na ziemiach Rusińskich (ukraińskich). O tym, że wyznaczone siłą i bezprawiem przez Rosję Sowiecką w latach 40. i 50. granice obecnej Ukrainy niewiele mają wspólnego z autentycznym samostanowieniem ludów i grup etnicznych i że polityka Ukrainy sowieckiej  w okresie 45-55 i Ukrainy suwerennej od lat 90. była często oparta na przymusowej ukrainizacji innych narodów.  Generalnie można było wysnuć wniosek, że polityka Ukrainy po uzyskaniu niepodległości była nie tylko nacjonalistyczna ale wręcz szowinistyczna wobec innych mniejszości, szczególnie gdy mówimy o jej granicach zachodnich (Zakarpacie, Rumunia, tzw. Transylwania i Węgry).

Ukraina – refleksje trudne – Pogwarki (kanadyjskimonitor.blog)

Nie były to rozważania zbyt sympatyczne, ale historia ma to do siebie, że … była. Że miała miejsce. I że trudno ją zmienić. Opinii tych nie zamierzam korygować. Oparte były na faktach, jakie miały miejsce.

Wracam do tematu ze względu na szokujące dla wielu rozważania Stiana Jennsena,Szefa Personelu Sekretarza Generalnego NATO.  Otóż w ostatnich dniach, podczas szczytu NATO, Jennsen niefortunnie powiedział publicznie to, co było w kuluarach tajemnicą Poliszynela: że ostateczny kształt granic przy ewentualnym rozejmie, pertraktacjach, zawieszeniu działań wojennych, nie jest przesądzony. Nie oznacza to powiedzenia, że granice powinny ulec zmianie lub będą zmienione. Ale sugeruje (po raz pierwszy publicznie), że zmiany pewne mogą nastąpić.

Jedyną chyba możliwością uniknięcia nie tylko zmian po inwazji lądowej Rosji ale i cofnięcia zajęcia Krymu przez Rosję lata wcześniej,  jest militarna klęska Rosji i wynikłe z tej klęski pertraktacje pokojowe. Ja zakończenia wojny rosyjsko-ukraińskiej nie widzę w formie takiej Konferencji Pokojowej, ani w stylu jałtańskim ani w stylu Compiegne.

Aby do takiej Konferencji doszło, jedna ze stron musi być w sytuacji uznania klęski wojennej. Tego też nie widzę. Europa, Stany Zjednoczone nie pozwolą na klęskę wojenną Ukrainy. Zbyt wiele zainwestowały w tą wojnę i zbyt wysoka jest stawka.  Z wieloma oświadczeniami Prezydenta Zełenskiego mam kłopoty się zgodzić. Ale nie z tym, które jest bodaj najważniejsze (dla nas, Zachodniego Świata i NATO): jeżeli nie wesprzecie naszych żołnierzy niezbędnym uzbrojeniem by mieli szanse w zmaganiach z rosyjskim żołnierzem, to jutro wasi żołnierze będą zmuszeni te zmagania podjąć u waszych własnych granic.

Klęska Ukrainy nie musiałaby skończyć się formalnym zajęciem tego kraju przez Rosję. Ale najprawdopodobniej skończyłaby się białorusyzacją Ukrainy. Jakiś ukraiński Łukaszenko bez problemu by się znalazł. Są tacy w każdym kraju.

Niestety, jeszcze mniej realną wersją jest klęska wojenna Rosji. To wielkie państwo, o olbrzymim potencjale ludnościowym, ekonomicznym, złożach minerałów niezbędnych do napędzania machiny zbrojeniowej. Państwo w którym słowo ‘demokracja’ ma takie same znaczenie, jak prawda – żadne.

Machina wojenna i armia rosyjska nie jest tak kompromitująco bezradna, jaką wydała się nam w pierwszych tygodniach wojny rosyjsko-ukraińskiej. To była spektakularna dezorganizacja i brak myślenia strategicznego i taktycznego jednostek rosyjskich. Przypuszczam, że bardziej z powodów politycznych wpływów niż braku myślących wyższych oficerów.  Jak za czasów bolszewickich (do których Putin tak tęskni) decyzje podejmowali pewnie ‘politrucy’ a nie faktyczni dowódcy wojskowi.

Z drugiej strony Rosja była (i do pewnego stopnia nasz świat) kompletnie zaszokowana bohaterstwem, wytrwałością i dzielnością jednostek ukraińskich, jedności kraju. A na czele tego kraju stał człowiek, który, jak mało kto potrafił stanąć niezłomnie i zdecydowanie w obronie suwerenności swej ojczyzny – Wołodymyr Zełenski. Jakie znaczenie ma w czasach wojny przywódca kraju – nie trzeba przypominać. Kolosalne.

Ten czas zimy i wiosny 2022/23 przyniósł dowody i efekty niesłychanie dobrze zorganizowanej obrony i kontrataku wojsk ukraińskich. I trzeba zwrócić uwagę na fakt, że w początkowej fazie tej wojny Ukraińcy otrzymywali dużo mniej liczne i dużo starsze i słabsze dozbrojenie w sprzęcie wojskowym. Zważywszy, że ich agresor to była ta sama Rosja, z tą samą przewagą w sprzęcie, liczebności armii, zasobach ludnościowych i ekonomicznych – kampania zimowo-wiosenna wykazała świetne przygotowanie i dowództwo strategiczno-taktyczne Ukraińców.  

Okres późnej wiosny i lata 2023 doprowadził do wzmocnienia politycznego sojuszu NATO, Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych wobec agresji rosyjskiej. A te sukcesy wojny obronnej Ukraińców i równie spektakularna kampania propagandowa Zełenskiego przyczyniły się do realności możliwej kontrofensywy ukraińskiej.  By tą kontrofensywę wzmocnić, by różnice w uzbrojeniu obu państw kombatanckich nie tylko wyrównać ale wręcz przechylić na rzecz strony ukraińskiej – Zachód rozpoczął poważne dostawy poważnego i nowoczesnego sprzętu dla wojsk ukraińskich.  Przez całą jesień ubiegłego roku Zełensky mówił o szykującej się zdecydowanej kontrofensywie i odbiciu zajętych terenów. Głównie na obszarach Zaporoża, południowo-wschodniej Ukrainy. Po kilkumiesięcznych opóźnieniach i przygotowywaniach kontrofensywę ukraińską rozpoczęto w czerwcu tego roku. Te opóźnienie umożliwiło dostarczenie Ukrainie większej ilości nowoczesnej broni i pocisków.

Niestety, dało to czas Rosji na przygotowanie bardzo silnie ufortyfikowanej linii obrony na prawie całej długości frontu. Fortyfikacje rosyjskie są logistycznie i strategicznie bardzo silne, dobrze zaplanowane. A jednostki wojsk rosyjskich które obecnie tam rozlokowano są o wiele lepiej przygotowane i w wyższej gotowości bojowej niż te, które uczestniczyły w pierwszym okresie wojny.

Generalnie można powiedzieć, że kontrofensywa ukraińska ugrzęzła w wojnie pozycyjnej przypominającej Front Zachodni w czasach I wojny światowej. Front przesuwa się w tempie przypominającym wyścig żółwi a nie kampanii zmechanizowanych sotni kozackich XXI wieku. I przy wysokich stratach ludzkich.

Dla NATO dodatkowym zagrożeniem jest niebezpieczeństwo, które niespodziewanie pojawiło się dosłownie przy brzegach Dunaju i Morza Czarnego. Mówię o Rumunii i Bułgarii, członkach NATO. Po odmowie przedłużenia umowy wysyłki zboża ukraińskiego z ukraińskich portów czarnomorskich i blokadzie tej trasy przez flotę rosyjską, Ukraina skierowała transport zboża przez dunajskie porty rzeczne w Rumunii. W ostatnich tygodniach Rosjanie zaczęli atakować ten transport. Niektóre pociski eksplodowały tuż przy granicy rumuńskiej. Co stanie się gdy zaczną wybuchać (czy celowo, czy przez zwykły minimalny błąd obliczeniowy nie ma znaczenia) już po drugiej, rumuńskiej stronie granicy? Gdy zginie choćby jeden Rumun? Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego – to motto NATO nie może być stosowane wybiórczo. Albo wszyscy – albo nikt. Równie niepokojące były awantury rosyjskiej floty czarnomorskiej u wybrzeży Bułgarii.   Być może jest to zwykły szantaż Putina, próba wybadania spójności NATO i natowskiego stanu nerwowości. Nikt nie chce wojny w Europie, w której cała Europa będzie zaangażowana bezpośrednio.  Ale nikt nie chce też stwarzać wrażenia i precedensu typu: że tak, że wszyscy i jeden ale nie zawsze i nie wszędzie.

Zełensky po wielkiej turze wszystkich prawie stolic NATO i przyjmowaniu, w roli bohatera międzynarodowego w parlamentach tych krajów, przywykł do roli wodza-bohatera, gwiazdora stacji telewizyjnych.  Stał się kimś w rodzaju ukraińskiego Johna Wayna w Hollywood. Dziękował, pouczał, domagał się, sztorcował. I na ogół dostawał, czego się domagał. Kto nie kocha Dawida, gdy ten staje w szranki z potworem-Goliatem? 

I tu nastąpił jednak mały zgrzyt podczas ostatniej Konferencji NATO w której dyskutowano o przyszłości układu NATO-Ukraina. Bardzo grzecznie i dyplomatycznie dano mu wyraźnie do zrozumienia, że NATO to nie posłowie, którzy dużo mówią, bo mało mogą. NATO nauk na tym szczeblu nie lubi. Będąc mądrym politykiem Zełensky lekcje błyskawicznie zrozumiał i zmienił diametralnie ton wypowiedzi. Nie umknęło to jednak uwagi świata. I zgrzyt zauważono.

Dlaczego skupiam się na negatywach w tym opisie?  Właśnie dlatego, by zrozumieć kontekst wypowiedzi Stiana Jennsena na konferencji NATO. Wypowiedzi której w zasadzie nikt, łącznie z Sekretarzem Generalnym NATO, nie zdementował. Bo w polityce – odwrotnie niż w bitwach – nie zawsze ktoś jest przegranym, a ktoś inny zwycięzcą. Na ogół każdy coś dostaje i każdy coś oddaje. A rozejm to też nie Traktat Pokojowy. Rozejm to zgoda na to by przestać się po gębie okładać, bo zębów zaczyna brakować.

Dla Rosji i dla Putina ta wojna też staje się co raz bardziej droga i nieopłacalna. Nie tylko ekonomicznie ale i politycznie. Droższa, niż wartość jakiś dwóch małych prowincji na Zadnieprzu. Przypuszczalnie z pominięciem Krymu. Ale Krym, to już osobny temat.

Zupełnie osobnymi, mimo to związanymi silnie z tymi uwagami jest wyjątkowo brutalna, kryminalna rosyjska kampanii ‘ziemi spalonej’, terroru wobec ludności cywilnej. Nieustanne bombardowanie i ostrzał rakietowo-artyleryjski, naloty uzbrojonych dronów (nota bene to pierwsza duża wojna, w której drony militarne zyskały znaczenie poważnego sprzętu uzbrojenia armijnego i charakter broni prawie strategicznej), naloty lotnicze ma za zadanie nie tylko niszczyć potencjał przemysłowo-gospodarczy Ukrainy. Niszczenie wszelkiego rodzaju potencjalnego przemysłu zbrojeniowego jest naturalnym i uznanym aktem taktycznym w każdych wojnach. Tutaj mamy do czynienia z niszczeniem wszystkiego, co stanowi o mocy całej gospodarki, ekonomii ukraińskiej. Ze zwykłym terrorem wobec ludności cywilnej. Obiekty medyczne, sakralne, kulturowe są dla Rosjan celem identycznym, jak np. zakłady reperowania sprzętu wojskowego. A celem zasadniczym właśnie terror wobec ludności. Doprowadzenie do zmęczenia tą wojną ludności cywilnej. Widzę w tym szatański plan Putina dążący do osłabienia ducha niezłomności w ludności cywilnej. Do przygotowania jej właśnie do ewentualnych ustępstw, gdy do rozmów  rozejmowych dojdzie. Rozejmowych, nie pokojowych. Podejrzewam, że Rosja teraz sama dążyć będzie do rozejmu szybciej niż Ukraina.  Zanim Ukrainie uda się być może jednak ten front na Zaporożu przełamać i istotne tereny okupowane przez Rosjan przechwycić.

Podejrzewam, że konferencji rozejmowej Rosja teraz pragnie bardziej niż Ukraina. Nie bez znaczenia jest fakt spektakularnych i niespodziewanych ataków ukraińskich na tereny Rosji i jej miast.  Aż po Moskwę. Wbrew ostrzeżeniom państw zachodnich, by tego nie robili i wręcz zakazie używania sprzętu i amunicji dostarczanej Ukraińcom przez Zachód. Ukraińcy złamali te tabu i przeciwstawili się tym zakazom. Moim zdaniem bardzo słusznie. Innym spektakularnym niepowodzeniem Putina był bunt Armii Wagnera i wycofanie jej z frontu ukraińskiego.

Wszystko to – bez względu na publiczne wypowiedzi Putina – sugeruje, że Rosja skłonna będzie do pertraktacji rozejmowych bardziej niż Ukraina. Zachód też raczej jest do tego skłonny. Czy skłonni są Ukraińcy?  Czy Zełenskiemu uda się niezłomną postawę Ukraińców utrzymać i odmówić udziału w takich rozmowach? A jeśli dojdzie – czy uda mu się przekonać NATO do silnego wsparcia jego żądań? Nie wyobrażam sobie, by Putin zgodził się wycofać poza granice  rejonów Luchańska i Doniecka.

I w takiej perspektywie należy widzieć niefortunnie upublicznione wypowiedzi Jennsena.

Dziurawy brzuch. Mosty. I Trzaskowski.

Bogumił Pacak-Gamalski

Wywlokłem dziś swe zwłoki na Moje Kamienie. Napatroszony niczym przepiórka na świątecznym stole. OK, nie przepiórka a świąteczny indyk. Niech już będzie – stary indor. Napatroszyli mnie niezbyt atrakcyjnie, muszę powiedzieć. Nie kolorowymi jabłkami, śliwkami z żurawiną, a metrami jakiejś białej tasiemki. Zostałem więc tasiemcem. Lekarze w lokalnym szpitalu zamienili się w kucharzy. Kiepskich niestety w sztuce kulinarnej. Kręcili mi w brzuchu tak długo, aż wykręcili dziurę. Potem na ratunek zawołali jakieś Pogotowie Kulinarne i powiększyli dziurę tak, by można było włożyć tam ręce. Wypatroszyli mnie i wpakowali, co się dało.  Teraz – widać już po świętach – pakują tam zwykłe tasiemki. I obiecują solennie mi to robić przez kilka następnych miesięcy. Codziennie. Pytam nieśmiało: to po co tą dziurę drążyliście, skoro tyle pracy sobie tym nadaliście?  Naturalnie, zbywają to wzruszeniem ramion i porozumiewawczym mruknięciem oka – amator! Więc co potem, nie wiem. Może się znudzą?  Brzuch zaszyją? Albo powiedzą: o! pan pisarz, Pan Poeta! To może pan używać dziurę, jako portfela obszernego lub torby. Karteluszki różne, zapiski i zeszyciki może tam wygodnie zmieścić. No, niby jakaś logika w tym jest, trzeba przyznać.  Jak ma być miesiące, to trzeba się przystosować. Nie mogę tak po prostu obijać się o meble w mieszkaniu. Ostatecznie brzuch można zakryć gaciami kolorowymi, jedną ręką go przycisnąć, w drugą wcisnąć kijek-włóczykijek i na Kamienie, w trasy. Albo na most i siup!  Zwłaszcza, że mosty mam aż dwa pod ręką, zamykają niczym bramy granice Moich Kamieni. Ale na most zawsze zdążę  A powłóczyć się i patykiem poszperać jeszcze chce się. Więc na przekór wszelkim konowałom – Lato, lato, lato czeka, razem z latem czeka rzeka! Do widzenia wam canto cantare.

Dosyć macie o mnie? Nie dziwię się, ja też.

Pogadajmy więc o kim innym, o Rafale Trzaskowskim. Lubię tego faceta. Jest jakiś taki, no, jakby to powiedzieć – nie polski na polskich polityków patrząc. Chyba właśnie tak. Dlatego mi się podoba. Bez siermięgi, bez kosy, ba! nawet bez karabeli! Taki no, europejski, co? Jakby uosobieniem wszystkiego, czego, jako naród nie lubimy, prawda? Dlatego go lubię.  Pierwszego polskiego polityka od – bo ja wiem – chyba osiemdziesięciu laty, który mi się podoba.  Na skalę właśnie europejskiego państwa. Nie na europejskiej miedzy, ale solidnie wewnątrz.  Nie trochę tu-trochę tam. Niby Biedroń mógł kiedyś taki być. Miał zadatki. W Słupsku, jako młody prezydent miasta radził sobie nieźle. Będąc otwartym gejem, o zgrozo! Niestety, okazało się, że Słupska na cały kraj przerobić się nie da. To jednak tylko mała kaszubska mieścina. Może gdyby Wrocław, lub Gdański? Może Warszawa … . Ano właśnie – Warszawa. Stolica kraju. I prezydentuje jej nie kto inny, jak właśnie pan Rafał. I okazuje się, że nawet nie musi być gejem, jest zwykłym straightem, z żoną i dziećmi. Czyli można być straight  bez bycia tumanem. Chodzenia w Paradach LGBTQ bez uszczerbku dla tzw. tradycyjnej męskości. Ci, co zgrzytają na to zębami, coś dziwnie kruchą tą swoją orientację heteroseksualną mają… . Tak tylko myślę.  I wcale nie o to chodzi. Poboczny tylko to komentarz podkreślający jego inność.  Czyli zwykłą normalność europejską.

Gdybym miał  (dla przykładu tylko tą uwagę piszę) głosować na Tuska lub na Trzaskowskiego – bez najmniejszego zawahania się nawet głosowałbym na Trzaskowskiego.  Nie, no proszę sobie żartów nie stroić. Kogóż bym innego, miał jako przykład podać? Pana Andrzeja Dudę? Ja mówię o stosunkowo normalnych kandydatach i ludziach, którzy mają i kompetencje i szacunek wobec Konstytucji, wobec trójpodziału władzy, niezależnego sądownictwa. Zwykłe takie abecadło demokracji, rzeczy podstawowe. A wy mi tu o panu Dudzie. Dajcie spokój. Wiem, że Donald Tusk nie będzie kandydował na prezydenta – ale to jedyny obok Trzaskowskiego obecnie polityk, który mógłby.  Tylko Tusk to wczoraj, a Trzaskowski to jutro. Jutro Polski. Wczorajszych bitew się na nowo nie wywalczy. A nowa wielka się szykuje. Bez czołgów i bez samolotów.

Podział społeczeństwa jest już przerażająco widoczny. Jeszcze rok, dwa a może sami sobie zgotujemy nowy dobrowolny podział na Kongresówkę i Polskę północno-zachodnią?  W jednej będzie samodzierżawie i pleban, w drugiej jakiś Komitet Obywatelski? Granice jak wtedy, gdzieś nad małą rzeczką w okolicach Aleksandrowa Kujawskiego. Niemożliwe?  Historia uczy, że tak. Rów między nami już coraz głębszy. Niedługo ziemi nie starczy by go zakopać. A nawet jak zakopiecie, to będziecie dalej sypać, aż wyrośnie wysoki wał.

A może po prostu wybierzcie jednak Rafała Trzaskowskiego. Nic nie ma do stracenia. Za kosy i pałki zawsze możecie chwycić. A jak go wybierzecie, to może nie będzie trzeba. Spróbujcie. Dajcie sobie szansę. Słowo honoru wydaje mi się, że to facet normalny. Normalny facet w nie normalnych czasach. To się nieczęsto zdarza.

Pomyślcie. A ja międzyczasie pójdę dalej patykiem grzebać w różnych zakamarkach między kamieniami. Nie, nie tych na szańce. Zwykłych kamieniach na brzegach rzek i mórz, na polach i łąkach.  Trzymając się ręką za dziurawy brzuch. Mostów, póki co, będę unikał. Ale wy, jak je znajdziecie – to nie palcie. Mogą się przydać.

Polska i Kanada. Polska i Polacy.

by Bogumił Pacak-Gamalski

Polska to dziwny kraj, zaiste. Piękny geograficznie i sentymentalnie. Ta piękność geograficzna naturalnie ma się nijak do oszałamiającego piękna Kanady, mojego obecnego kraju – ale Kanada ma niewiele więcej niż 2.5 miliona mieszkańców od Polski, a powierzchnia Kanady jest większa o … 9671000 km kwadratowych. Bagatelka. Tylko 30 razy większa. Więc na jedno ładne jezioro – w Kanadzie jest 100 takich ładnych. Na jeden szczyt – w Kanadzie jest pięćset takich, na kawałek brzegu małego morza – w Kanadzie są tysiące kilometrów wybrzeża trzech … oceanów (gdy ma się trzy oceany, kto sobie będzie głowę zawracał morzami? LOL).

Ale sentyment właśnie nie patrzy na ilość i wielkość: rzeczkę znajomą w Polsce mogę tylko do jednej rzeczki w Kanadzie porównać, Orlą Perć tylko do tych szczytów i grzbietów, którymi w Kordylierach kanadyjskich  ponad czterdzieści lat temu łaziłem (głównie w ich paśmie Gór Skalistych). Prawda mimo to trochę to bogactwo (jak w banku wspomnień) pod uwagę brać musi. Wiec tego piękna geograficznego jest w Polsce sporo mniej niż w Kanadzie.

Piękno sentymentalne? Poza pięknem dzieciństwa i kilkoma laty ledwie wczesnej młodości, które są niepowtarzalne jakiekolwiek by nie były (a były) trudne – i tu Kanada pierwszeństwo bierze. Cóż, kochani – całe życie dorosłe, dość już długie, w Kanadzie przeżyłem. Większość przyjaźni wspaniałych, miłość mego życia i małżeństwo wieloletnie, szczęśliwe z tym mężczyzną. Ano właśnie – z mężczyzną. Gdybym był pozostał w Polsce i gdybym wygrał loterię życia po raz drugi i znalazł w niej miłość mojego życia – o jakim małżeństwie moglibyśmy mówić? O żadnym. Nie istnieje coś takiego w Polsce. Więc tak czy inaczej z tej Polski musiałbym schrzaniać do jakiejś Francji, czy Hiszpanii, do jakiegokolwiek normalnego kraju. Bojownikiem o Sprawę trudno być całe życie. Bo obok jest życie normalne właśnie, które biegnie dość szybko, mija. Namaszerowałem się i pobiłem o co trzeba w końcówce lat 70  i pierwszych kilku tych znamiennych osiemdziesiątych. W 1990 okazało się, że większość rodaków, która ze mną maszerowała – biła się o inną Polskę. Moją mieli w dupie.

A jednak. Mimo wszystko. Tak, przyznaję – mam do tego małego kraju nadwiślańskiego serdeczne uczucia. Gdyby tylko tak trochę wymieszać, trochę tamtych gdzieś przenieść, trochę tych tam zawieźć … . Ech, leży chłopak na łące w leniwe popołudnie, w gębie żuje jakiś kwiat mleczu lub chabru i gapi się w obłoki i marzy. Wypisz-wymaluj, jak u Chełmońskiego. I tyle z tego.

Może jednak wrócę, tak na pół tu – pół tam. Może. I znowu trzeba będzie tumanom w jakimś Urzędzie tłumaczyć, że nie, nie mam ‘stanu wolnego’, że jestem wdowcem. Nie, nie po żonie a po mężu. I tak w koło Macieju. Ale raz już im kilka lat temu w Urzędzie Wojewódzkim tłumaczyłem, wykład zrobiłem. To mnie nawet trochę bawi, gdy trzeba oczywistą rzeczywistość biedakom tłumaczyć: nie, Słońce nie kręci się wokół Ziemi, proszę pana.  Trzeba tylko pomyśleć, niech pan spróbuje, to tylko na początku wydaje się straszne.  

Więc jaka jest lub niedługo jaka będzie ta Polska, do której mógłbym się ewentualnie częściowo przenieść? Ano popatrzmy, zbadajmy.

Pamiętacie ledwie wczoraj ten wspaniały Marsz w Warszawie zwołany na prośbę Donalda Tuska,  te falujące tłumy uśmiechniętych twarzy od Ogrodu Botanicznego aż do Placu Zamkowego? Naturalnie, że pamiętacie. A przecież za kilka miesięcy, tuż-tuż, będą wybory parlamentarne. Notowania PO i Tuska wzrosły, notowania ‘ciemniaków, spadły. Niewiele, ale spadły w końcu. Polska 2050 (tak, tej grupy nazwanej przez warszawiaków – od nazwiska założyciela *ujownią …) w zasadzie poza poprzeczką wyborczą,  tzn. raczej bez jednego nawet mandatu. Nawet PSL podobnie – partia chłopska w Polsce, kraju chłopów! Witos się chyba w grobie przewraca. Cóż – lokalny klecha wiejski ważniejszy niż polityczny zmysł dumy włościanina-chłopa.  Okazało się, ze ten chłop nie taki dumny. Za to chytry i przekupny. Oj, pozmieniał ludzi ten PRL. A te ‘chłopstwo’ dzisiejsze to nikt inny, jak dzieci chłopów PRL.

Lewica swoja działkę (poniżej 10 mandatów) dostanie. Więc wedle badan ostatnich PiS ma autentycznie szansę … przegrać! O włos ledwie lub na równi z PO. Ale wtedy Lewica bez wątpienia poprze PO i zrobią rząd koalicyjny. Demokracja to demokracja. Pan Duda (oby tylko nie robił żartów po angielsku …) będzie musiał zaprzysiąc. Wola parlamentu. Prawda? Guzik.

Tusk (choć nie z winy Tuska, LOL) rządu nie powoła, premierem nie będzie. Jak? Skąd? Dlaczego?! Popatrzcie na sondaże. Jednej partii dotąd nie wymieniłem. A ta partia ma wyraźna szansę na ponad 20 mandatów. Której? Naprawdę nie wiecie, czy rżniecie durnia? Faszystów. Tak, Konfederację Wolność i Niepodległość. Ta od Falangi, od Młodzieży Wszechpolskiej, od Korwin-Mikkiego, od Bosaka (ten, jak był młodszy zawsze przypominał mi czysto aryjskiego chłopca, gdzieś w Bawarii w mundurku harcerskim Hitlerjugend …). Otóż ta partia, w Polsce (sic!) ma poważne szanse zebrać dobrze ponad 20 mandatów, może i trzydzieści kilka. Jak sądzicie – będą niezależni w Sejmie czy wejdą w koalicję z PiSem? Albo inaczej – pozwolą Lewicy (sic?) współrządzić z PO czy też natychmiast wejdą w układ koalicyjny z Kurduplem?  Tajemnica niezbadana … nie. Równanie bardzo proste. Cuda są może na koncie bankowym księdza Rydzyka – w polityce cudów nie ma. Nawet w polityce partii bardzo katolickich. W polityce są układy i długie noże (szczerzonego pan bóg szczerze).

Le Pen nie udało się we Francji, Konfederacji udać się może w Polsce. I w Polsce może być gorzej, bo demokracja francuska jest dość stara i zakorzeniona. I nawet wygrana pani Le Pen, by tego nie potrafiła zmienić. A na ile Kaczyński w takiej ewentualnej koalicji pozwoli liderom Konfederacji? Na bardzo dużo. Bo Kaczyński szczerze, od serca, serdecznie nienawidzi Tuska. Polaków chyba też (ale nie aż tak silnie), bo nigdy mu serca i miłości na jaką zasłużył nie okazali. A przecież on mógłby był tyle dla Polski zrobić! A nie zrobił, bo mu niewdzięczni rodacy nie zaufali. Wiec niech teraz maja Korwina i Bosaka, zasłużyli na to.

To tyle mili moi na dziś. Powodzenia życzę. Tak tylko, mimochodem jedynie podszepnę: to przewidywania. Bardzo realne, ale przewidywania. Sondaże to ciągle nie wybory. Na kartce sondażowej (lub przez telefon) można różne dawać odpowiedzi. To nic nie kosztuje. Dopóki karta wyborcza nie wpadnie do skrzynki wyborczej. O ile wszyscy będziecie głosować (w tym najmniej elektoralnie czynne a największe środowisko ludzi w wieku 18-30 lat) to nawet jest szansa zniwelować ilość głosów na Konfederacje i jednak rząd PO i Lewicy wprowadzić. Ale musielibyście rzeczywiście stanąć na wysokości zadania. Wszyscy. Czy potraficie? Nie wiem, historia współczesna udowadnia, że nie potraficie, że macie to wszystko w dupie. Miejcie, OK. Ale wierzcie mi, że jest zasada od jakiej do tej pory nikomu się uciec nie udało – jeśli masz w dupie polityków i na nikogo głosować nie będziesz, to ci politycy rządząc będą ciebie mieli w dupie też. A ten, który rządzi ma dużo większe możliwości spieprzyć ci życie, niż ty jemu.

Czy to wszystko i czy ci wszyscy się mylili? Po co to było, jeśli tego nie obronimy, nie odbudujemy?

Mateuszek, Justin, Putin, Polska i Ukraina

Bogumił Pacak-Gamalski

Kilka tygodni temu, na zaproszenie rządu kanadyjskiego, przybył do Ottawy premier Polski, Mateusz Morawiecki. Naturalnie, tematem zasadniczym była sytuacja na Ukrainie, obronność wschodniej flanki NATO i Europy (Poland), pomoc Ukrainie. Może to niesmacznie lub dwuznacznie (może jedno i drugie) napisać … ale napiszę: agresja Rosji na Ukrainę spadła PiSowi, jak prezent od Mikołaja na Gwiazdkę.  Nagle reżym PiSowski z czarnej owcy europejskiej zamienił się hinduską Świętą Krowę, której nie wypada krytykować. Przeciwnie – należy wspierać zbrojnie, politycznie, finansowo. Co wiele krajów (zwłaszcza USA i Kanada, tj. kraje, które aż tak nie są zaangażowane w szczegóły problemów Unii Europejskiej) czyni skwapliwie. I ta pomoc bezwzględnie jest Polsce bardzo potrzebna. Ale jeszcze bardziej PiSowi. Niestety, znaleźliśmy się w sytuacji patowej, gdzie zmuszeni jesteśmy wybrać mniejsze zło. A Kaczyński bezwzględnie  jest złem o wiele mniejszym niż bandzior Putin.  Nie tylko mniejszy, ponieważ jest kurduplem, bo i Putin do zbyt wysokich nie należy, ale przede wszystkim Kaczor i PiS władzę dostali z rąk społeczeństwa polskiego. Z rąk wyborców w wyborach generalnie rzecz biorąc wolnych i nie fałszowanych. Czyli Polacy w Kraju mają rząd taki, na jaki zasłużyli.

To nie znaczy jednak, że mamy wszyscy kłamać. Od kłamania jest premier Mateuszek. Jednym z pytań zadanych premierowi Trudeau na konferencji prasowej z Mateuszkiem, było pytanie o sytuację osób LGBTQ w Polsce – w kontekście pytania zawisła oczywista wiedza, że ta sytuacja do najlepszych nie należy.  

Tu trzeba nieco światła rzucić o postawie Justina Trudeau wobec społeczności LGBTQ. Nie tylko  jego rząd (poprzednie od wielu już lat i każdego koloru ideologicznego – konserwatystów i liberałów, socjaldemokracji i Zielonych) uznawany jest za czempionów pełnego równouprawnienia wszystkich obywateli Kanada bez względu na orientację seksualną. Ale szczególnie młody Trudeau sam wykreował z siebie postać sztandarowego przyjaciela i sojusznika gejów, lesbijek i osób transpłciowych.  Nie ma parady Pride w której każdego roku by nie szedł w czołówce: jeśli nie w Ottawie to w Montrealu, nie w Montrealu to w Toronto, nie w Toronto to w Vancouverze. A od kilku lat w miesiącu Pride (tak, w Kanadzie mamy cały miesiąc, w którym odbywa się tysiące takich marszy, spotkań, wystaw, projekcji filmowych i teatralnych) w otoczeniu innych ministrów Gabinetu, przed Parlamentem w Ottawie wciąga na maszt wielką Tęczową Flagę, obok flagi kanadyjskiej. Jeśli dodać jeszcze, że jest przystojnym i stosunkowo młodym mężczyzną ubierającym się i zachowującym z dość dużym sex appeal’em, to jawi się postać prawie pocztówkowa całego LGBTQ. Co mu kompletnie nie przeszkadza, a podejrzewam, że łechce to jego męską próżność faceta świadomego swej atrakcyjności.

Pan Trudeau odpowiedział, że spytał się o to swego rozmówcę.  A rozmówca – Mateuszek – dodał, że w Polsce absolutnie nie ma polityki prześladowania osób LGBTQ, wszyscy obywatele są równi wobec prawa. Ale skwapliwie dodał, że jego rząd prowadzi aktywną politykę pro-rodzinną i pro-wielodzietną. Nie, nie zająknął się ani razu, ani nie wybuchł histerycznym śmiechem. I to był koniec tego tematu na Konferencji. Trochę mi szczęka opadła, przyznaję. Rozumiem, że Mateuszek nie może konkurować z Justinem o ochy i achy gejów kanadyjskich – ani polskich – a jego sex appeal jest zbliżony do nieheblowanej dechy sosnowej ale … . Mateuszku biedny, jak możesz chrzanić o polityce pro-rodzinnej wykluczając z tego rodziny LGBTQ w Polsce, jak możesz pieprzyć (lub solić) zupę o dzieciach wyłączając z tych przypraw dzieci LGBTQ lub rodziców gejów i lesbijki z dziećmi? I spodziewałem się, że Justin-przystojniak doda kilka słów po durnej odpowiedzi Mateuszka. A nie dodał. Bał się, że co? Że Polska zamknie swoje terytorium dla dostaw broni dla Ukrainy? Że sojusznika się  nie krytykuje? Perfuma francuska ci do głowy przesiąkła, Justin?! Gejowie i lesbijki (‘+’ naturalnie też) nie mają w Polsce żadnych praw. Żadnych. Podstawowe obywatelskie – tak (głosowanie, płacenie podatków, służba w wojsku, dostęp do szkół średnich i wyższych, itd). Ale aby stworzyć system dwóch kategorii obywateli  – równych i równiejszych – trzeba by było kolosalnych zmian konstytucyjnych i kolosalnych hałasów i finansowych kar z Brukseli. Wiec obywatel jest jeden, z równymi prawami. I jest bezpłciowy. Czyli bez jaj i bez pochwy, wykastrowany. To, Justin, powinieneś powiedzieć. Nie musiałeś obrażać, wystarczył język dyplomatyczny ale jednoznaczny. A nie powiedziałeś. Nosisz dalej obcisłe, seksowne spodnie i dbasz o fryzurę, masz seksowny swagger w chodzeniu – ale ja cię z mojego różańca gejowskiego odczepiłem. Równouprawnienie i jednakie wszystkim prawa człowieka są dla mnie ważniejsze niż układność sojusznicza.  I pamiętaj, że prawdziwym sojusznikiem Kanady jest Polska, kraj, nie –obecny rząd quasi-faszystowski.  

Wracając do agresji rosyjskiej na Ukrainę i pozycji Polski. W świetle mojego zwrotu, że to prezent gwiazdkowy dla PiS. Nie dla Polski ale dla PiS. Po upadku Trumpa rząd PiSowski stracił prawie wszystkich sojuszników zachodnich. Nie formalnie naturalnie – Polska jest i w NATO i w UE. Ale, jako bliskich przyjaciół, z którymi w przyjacielskiej i życzliwej atmosferze ubija się ekonomiczne interesy, korzystne dla obu stron.  Którzy w kłopotliwych sytuacjach (w jakich każdy, nawet najzacniejszy kraj, czasami się znajdzie) poprą, podadzą dłoń. Macierewicz (ten od fruwającej sosny i bomb barycznych) ośmieszył i publicznie upokorzył całe dowództwo polskich Sił Zbrojnych.  I ta Armia była chyba w gorszej sytuacji niż Armia polska w 1939. Nie, nie żartuję. Proszę spojrzeć do Googla i spytać, jak długo broniły się kraje Beneluxu i kiedy Francja pocałowała Hitlera w dupę. I nie zapominać, że u ich granic nie stanęły z przeciwnej strony armie sowieckie. Tak tylko przypominam.

Więc ta Armia Macierewicza i Błaszczaka wyglądała marnie. Pewnie, że mogli liczyć (w razie czego) na pełne wsparcie NATO. Nie sądzę, że NATO mogło liczyć na znaczące wsparcie Polaków w jakiejkolwiek wojnie w Europie. A nasz udział wcześniej w walkach w zrujnowanym przez Amerykanów i Brytyjczyków Iraku uważam za hańbę i wstyd – nie za chwałę oręża polskiego.  Czym by niby NATO mieli wesprzeć, sowieckimi czołgami i samolotami? Wystawiliby kilka dywizji Rosomaków (niezła samobieżna haubica rodzimej produkcji)? Nie bardzo, z zamówień i mocy produkcyjnej jedną by było trudno wyposażyć wtedy. Co za okazja z tą nieszczęsna Ukrainą, przecież Ukraińcom te samoloty i czołgi tak by się przydały! I z taką skwapliwością, nim Amerykanie i Niemcy zrozumieli, że ta pomoc w sprzęcie jest Ukrainie niezbędną, forsowaliśmy i oferowaliśmy te czołgi i samoloty. Wyglądaliśmy na bohaterów, niezłomnych przyjaciół Ukrainy. I wiedzieliśmy, że będąc krajem NATO i UE o najdłuższej i najgorętszej granicy wschodnio-centralnych flank NATO – nasi formalnie sojusznicy zrobią wszystko, by Polską Armię uzupełnić o nowoczesne środki bojowe. Co zrobili. A Ukrainie te samoloty i te czołgi T50 też się przydały. Nam też by się przydały w 39 francuskie tankietki i angielskie samoloty. Darowanemu koniowi nikt w zęby nie zagląda.

Czołgi i samoloty, rodziny heteronormatywne i rodziny LGBTQ, co to ma wszystko wspólnego ze sobą? Wszystko. Wojna na Ukrainie nie powinna fałszować obrazu sytuacji politycznej w Polsce – ani w Europie ani w Ameryce Północnej. Jakikolwiek będzie rezultat tej wojny. Nie wyobrażam sobie, by Ukraina tę wojnę kompletnie przegrała. Mam też – i smuci mnie to bardzo i mam nadzieję, że się mylę – obawy, że nie wygra jej kompletnie. Zasoby ludzkie Ukrainy są wielokroć mniejsze niż Rosji. Początkowe klęski Rosjan były efektem wprost dziecinnych błędów taktycznych wojsk rosyjskich. Może faktycznie wyobrażali sobie, że to będzie wręcz spacer i będą witani z kwiatami? Zima na froncie południowym należała do Rosjan. W dodatku Rosjanie prowadzą wojnę totalną – wojnę, w której nie ma różnicy między walką przeciwnych armii  a ludnością cywilną. Bombardowanie i ogień artyleryjsko-rakietowy wobec miast i obiektów cywilnych jest nieustanny. Jak i stałe i systematyczne zamienianie w gruzy infrastruktury przemysłowo-gospodarczej. Miliony Ukraińców (w tym bardzo dużo mężczyzn w wieku, w którym w wojsku mogliby służyć) opuściło Ukrainę. Jak sądzicie – ilu z nich teraz, gdy rozpoczęła się ofensywa ukraińska wróciło do Ukrainy? Batalion udałoby się wystawić? Nie wiem. Nie sądzę by wielu. To ludzkie i naturalne zachowanie. Ale i o tym trzeba myśleć, rozumieć. Ci wszyscy uchodźcy, którzy w wielu krajach – w samej Kanadzie już chyba blisko 200 tysięcy – znaleźli schronienie, to wielka strata dla Ukrainy. Oni nie siedzą w jakichś obozach dla uchodźców. Są normalnymi emigrantami, pracują, chodzą do szkoły, rodzą na emigracji dzieci. Wrastają w nowy kraj. Ilu z nas, Polaków, wróciło po 1982? A chcieliśmy, myśleliśmy. I wrośliśmy w nowy kraj. Założyliśmy rodziny, nasze dzieci pokończyły tu szkoły. Tak, trochę nas wróciło, ale bardzo mało. Teraz, po 40 latach wraca więcej. Bo są już emerytami z kanadyjskimi emeryturami. Będą żyć w Polsce nie z ZUSu a z Canada Pension Plan. Dostatnie i wygodnie. Do działalności gospodarczej nie wrócą, nie muszą. Kupią ładne mieszkania lub domki i będą czekać na miejsce na rodzinnym cmentarzu … . Życie. Polska na tym straciła bardzo przez te aktywne lata po 1990. Ile straci Ukraina? Obawiam się, że podobnie.

Fabiusz Makismus ‘Kunktator’

Tak oczekiwana ofensywa ukraińska na południu w zasadzie ugrzęzła w wojnie pozycyjnej. Rosjanie mieli czas i okopali się bardzo silnie.  Zachód też prowadził cały czas niezrozumiałą i kunktatorską politykę. Oby to kunktatorstwo nie było celową i konsekwentną strategią Fabiusza Maksimusa, użytą w wojnie punickiej z Hannibalem (to Fabiusz wprowadził wówczas to określenie cunctari, jako taktykę). Każdy nowy i niezbędny rodzaj broni dla Ukraińców był najpierw odrzucany, aby po miesiącu lub dwu jednak przyznać to im. Na wojnie miesiąc czasu to wieki. Zwłaszcza współczesnej, bardzo mobilnej wojnie. I te bezsensowne zakazy używania jakiejkolwiek broni na terenach przygranicznych Rosji właściwej. Rosjanie stamtąd mogą wysyłać samoloty bombardujące szpitale i szkoły ukraińskie. Ukraińcom nie wolno ostrzelać kolumn wojskowych lub lotnisk rosyjskich po drugiej stronie granicy z Ukrainą. Bezsens. Wobec przeciwnika, który łamie wszystkie międzynarodowe normy prowadzenia działań wojennych. Jest de facto i de iure wojennym przestępcą.

Wracając do PiS i Polski. Te dwie sprawy: wojnę na Ukrainie i łamanie praworządności w Polsce, brak (ciągnący się od zawsze, a więc i od czasów Platformy Obywatelskiej i nawet rządów socjaldemokratycznych) ochrony praw mniejszości LGBTQ+ nie wolno łączyć. Jakikolwiek rząd w Polsce będzie dalej sojusznikiem Zachodu w walce o pokonanie rosyjskiej inwazji na Ukrainie. Wolna i niezależna Ukraina to sine qua non każdej formacji politycznej w Europie Wschodnio-Centralnej.  Oczywiście, nawet i te stwierdzenie nie ma mocy niepodważalnej. Ostatecznie Węgry też są w Europie Centralnej. Czy Orban by płakał, gdyby Putin wygrał? Pytanie retoryczne?

Wystarczy na jeden dzień. Może za kilka dni poobrażam innych. Albo skłonię do myślenia niezależnego, wyjętego z ramek wygodnych szablonów. Nigdy nic nie wiadomo – to wiemy. Zwłaszcza wtedy, kiedy wiadomo.  

Polski antysemityzm. Epilog. (cz. VII)

Bogumił Pacak-Gamalski

Czy kolebką antysemityzmu jest religia chrześcijańska czy też … religia żydowska? Otóż religia ma tu znaczenie ale nie w sensie jej istoty teologicznej ( wiara w jakiego boga/bogów, obrządków religijnych itd.). Religia w jej zewnętrznych, wizualnych aspektach.  U samego rdzenia, podstaw antysemityzmu leży pojęcie ‘innego’, ‘obcego’. Ale to tylko połowa tego atawistycznego uczucia. Ten ‘inny’ musi mieszkać pośród nas. Lub, jeszcze bardziej ściśle: u nas. Tego lęku nie miał Polak w Chinach, Włoch w Japonii czy Francuz w Imperium Otomańskim. Inny musi w odpowiedniej masie osiedlić się wśród Nas i musi być wyraźnie wizualnie rozpoznawalny. Musi też reprezentować pewną krytyczną masę. Wówczas na miejsce uczucia pewnej ciekawostki, kuriozalności rodzi się potwór zagrożenia. Otóż wydaje się, że specyfika judaizmu (zaskakująca jest realizacja, że w istocie swej geneza chrześcijaństwa to nic innego, jak jedna z kolejnych sekt, odmian tłumaczenia Tory i judaizmu powstałe na tych samych mechanizmach, jak siedemnaście wieków później ruch chasydzki) polegała na uniknięciu asymilacji w czym niezwykle pomocna była właśnie religia i jej kanony nie tylko obrzędowe i socjalne. W odróżnieniu jednak od chrześcijaństwa czy muzułmaństwa – żydzi nie byli aktywni w nawracaniu innych. To z kolei skutkowało uniknięcia uniwersalizmu, który pomaga w asymilacji.

Przypominam sobie powieść Richarda Zimlera „The Last Kabbalist of Lisbon” (The Overlook Press, New York, 1998). Lata największego pogromu Żydów aż do czasów II wojny i idei kompletnej zagłady. Portugalia przełomu wieku XV i XVI. Antysemityzm, gdzie chęć rabunku (diaspora żydowska w Portugali i Hiszpanii była bardzo wpływowa i bogata) i katolicka dewocja monarchów iberyjskich dały bodaj narodziny masowego antysemityzmu europejskiego. Pierwsze też przykłady urzędowego masowego nawracania na ‘prawdziwą’ wiarę (katolicką). Przerzucam kartki tej książki, odczytuje fragmenty, które tak mnie poruszyły ponad dwadzieścia lat temu, gdy czytałem ją pierwszy raz. Ciekawe, że powieść, rzecz z natury swej oparta na fikcji, na sytuacjach i bohaterach wymyślonych – ożywia historię, nadaje jej rumieńców życia. Żydzi sefardyjscy doświadczyli na Półwyspie Iberyjskim prześladowań niewyobrażalnych, które trwały setki lat. I tysiące morderstw, grabieży, gwałtów. Byli ulubioną (i bardzo intratną finansowo) ofiarą katolickich monarchów Hiszpanii i Portugalii.

I zaraz, w perspektywie już szerszej, prawie uniwersalnej, wracam do prac badacza literatury Piotra Sadzika z Uniwersytetu Warszawskiego na tematy maranizmu, inności, ukrywania i poszukiwania tożsamości. Maranami nazywano w Hiszpanii i Portugalii właśnie żydowskich konwertytów na chrześcijaństwo. Małe grupy tych maranów dotarły nawet aż do Polski osiedlając się w Zamościu, Lwowie i Krakowie. I wracam jednocześnie do przypomnienia polskiego pogardliwego określenia żydów, którzy przeszli na katolicyzm: przechrzta. ‘Przechrzta’ kryje w sobie jakby pewne oszustwo, szalbierstwo, nieszczerość. W domyśle można powiedzieć, że nie ufano im bardziej chyba niż Żydom, którzy trwali w judaizmie. Jest tu dość adekwatne (nie tylko do tej konkretnej sytuacji) angielskie powiedzenie: damned if you do and damned if you don’t . Czyż nie jest to specyficzna, polska odmiana maranizmu? Sadzik idzie dalej – właśnie przez podkreślenia wartości uniwersalnej współczesnego maranizmu: każdej inności, każdej odrębności od normy. To już temat inny jednak, wykraczający poza, sensu stricto, antysemityzm polski.

Ostatnim – wszak niezwykle ważnym – tematem jest sprawa rządowego, nakazowego i instytucjonalnego antysemityzmu. Sterowania niechęci, fobii narodowych i religijnych przez władze polityczne.

To nie przez jakieś specyficzne cechy Polaków i Rusinów, Polska Kazimierza Wielkiego i kolejnych monarchów Rzeczypospolitej była krajem do którego uciekali przed prześladowaniami Żydzi z Zachodniej Europy. To właśnie dzięki świadomej polityce tych monarchów ten kraj był postrzegany, jako tolerancyjny.

Niestety, siły polityczne, które władały II Rzeczpospolitą od samego zarania w 1918 po straszny rok 1939 – do tolerancyjnych i światłych nie należały. Nawet sympatycznie i przyjacielsko nastawiony wobec Żydów Marszałek Piłsudski nie potrafił poskromić skrajnie antysemickich nastrojów społeczeństwa i elit politycznych. A największa polityczna siła nowego państwa – Endecja Dmowskiego – marzyła tylko o jednym: o pozbyciu się elementu żydowskiego z Polski na zawsze. Jedni oskarżali ich o agenturalność wobec Niemiec, drudzy o sympatie pro-sowieckie. Jedna z warszawskich gazet publikowanych po hebrajsku tak pisała o latach 1918-19: „w tej godzinie, godzinie odrodzenia i ponownego zjednoczenia Polski, (…) my, Żydzi, siedzimy i opłakujemy nasze ofiary” ( M. Mirowski ‘Kwestia żydowska w II Rzeczypospolitej’; „Rzeczpospolita”,wydanie z 17 06 2017).

W latach wielkiej wojny z Sowietami w 1919-20, żołnierzy i oficerów polskich pochodzenia żydowskiego (w tym byłych legionistów, sic!) rozkazem Dowództwa Armii Polskiej internowano, obawiając się z ich strony dywersji na rzecz Sowietów.

Pisałem już o niesprawiedliwej ocenie pewnych historyków o Armii Krajowej, jako elementu antysemickiego. Tego zdania nie zmienię i uważam je za szkalujące. Ale i tu faktycznie znaleźć można wypadek szokujący: mord Żydów polskich w Lesie Siekierzyńskim pod Skarżysko-Kamiennym. Tymi lasami przebijał się idący na pomoc powstańcom warszawskim duży oddział AK „Barwy Białe’ pod dowództwem por. Kazimierza Olchowika (przyd. Zawisza). Natknęli się w lesie na grupę ok. 40-50 Żydów, uciekinierów z pobliskiego obozu pracy. Olchowik sformował oddział specjalny i wydał im rozkaz rozstrzelania wszystkich bez wyjątku. Rozkaz wykonano. Okolicznych chłopów zmuszono do pochowania ciał na okolicznych bagnach. Po wojnie, w latach stalinowskich, miał miejsce proces wykonawców tego mordu. Oskarżeni nie potrafili podać przyczyny rozkazu. Sugerowano, że Olchowik prawdopodobnie myślał, że taka duża grupa uciekinierów musi spowodować pościg Niemców, a tym samym śmiertelne zagrożenie dla oddziału AK. Nawet gdyby tak myślał, to czy podjąłby taką samą decyzję, gdyby uciekinierami byli więźniowie-Polacy? (dane z: J. Mazurek w Holocaust Studies and materials, wyd. 2013).

Ten wątek  ‘antysemickiej postawy’ AK, jako organizacji zbrojnej reprezentującej na terenach okupowanych polskie władze polityczne i wojskowe jest dla mnie niezrozumiały i szkodliwy. Stoi w sprzeczności z wszystkimi (jeśli chodzi o oficjalne stanowisko Dowództwa Krajowego AK, Rządu Polskiego w Londynie i Naczelnego Wodza) wytycznymi, postawą i rozkazami wyższych dowódców AK. Nic tego tak nie symbolizuje, jak akcja i organizacja znana jako Żegota.

Z wielu poważnych opracowań historyków na temat tej organizacji, wybiorę może najmniej (poza Kanadą) i nie przez zawodowego historyka-akademika pisaną. Cóż, te refleksje – moje – też aspiracji akademickich nie mają, o czym wspominałem. Wydawnictwo miało prosty tytuł: „Żegota. The Council for Aid to Jews in Occupied Poland 1942-45” ( Irene Tomaszewski, Tecia Werbowski, wyd. Price-Patterson Ltd.; Montreal. 1994-1999). Naturalnie, w tamtych latach na temat Żegoty wiedziano już w Polsce bardzo dużo. Nie tylko wśród historyków ale i w powszechnej, społecznej wiedzy. Niestety, nic prawie o tym nie wiedziano na kontynencie północno-amerykańskim. Teraz, w dużej mierze dzięki tej publikacji właśnie ci, co chcą i którzy powinni – wiedzą lub wiedzieć powinni. Ja tą ksiązkę otrzymałem od Autorki w Vancouverze, w roku 2006. Wiele lat później nawiązaliśmy kontakt ponownie. I pozwolę sobie (za jej zgodą) przytoczyć pewne fragmenty jej listu do mnie (korespondencja była głównie po angielsku, więc będą to tylko moje tłumaczenia).

            … w skrócie, Żydzi nie byli dla mnie kimś obcym ani my dla nich. Lubiliśmy, że jemy żytni chleb i marynowane śledzie i wszyscy myśleliśmy, że kanadyjskie jedzenie i rozmowy są nudne i nijakie.

Ale coś się później wydarzyło. Byłam zajęta małżeństwem, dziećmi, przeprowadzkami, rozwodem i znowu przenoszeniem się. Wróciłam na uniwersytet, żeby zrobić magisterkę i byłam słuchaczką na wykładzie profesora, który poinformował nas, że Rosja nie napadła na Polskę (w 1939 – przyp. moje), nigdy nie organizowała zsyłek Polaków (no, może kilku faszystów), a w rzeczywistości wyzwoliła Europę. Aha, a’propos: Polacy kolaborowali z Niemcami.  /… …/

Podobnie, jak Anglo-Protestanci i Żydzi, odwrotnie do Polaków, jestem pragmatyczna. ‘Komitet Dialogu’ jaki założyłam nie miał zmieniać świata, ale podjąć kroki ku wzajemnej edukacji. Ten komitet zorganizował pierwsze spotkanie polskich i żydowskich studentów uniwersyteckich w Montrealu. Bezposrednim skutkiem tego było zaproszenie polskich studentów do wspólnej wycieczki do Muzeum Pamięci Holocaustu w Waszyngtonie. Po powrocie wzięli udział w dyskusji prowadzonej przez urodzoną w Polsce Krysię Starker, dyrektorkę Centrum Holocaustu w Montrealu. Urządziłam serię wykładów Jana Karskiego w Montrealu na McGill; dla szkoły średniej w Żydowskiej Bibliotece; dla studentów uniwersyteckich. Byłam też w Zarządzie ,Polish Jewish Heritage Foundation’.  /… …/

Czy miałam poparcie ‘Polonii’? Myślę, że byłam trochę dziwolągiem. Wielu sądziło, że jestem Żydówką, niektórzy dalej tak myślą. Ale publikowałam pozytywne artykuły w ‘Globe &Mail’, ‘Montreal Gazette’, ‘Toronto Star’, za które byli wdzięczni i które … czyniły mnie jeszcze bardziej podejrzaną.

Po prawdzie, niektórzy z moich żydowskich kolegów też myślało, że jestem Żydówką i pytali się mnie czy jestem jedną z tych skrytych Żydówek, niechętnych do przyznawania się do tego. Kiedy Tecia (Tecia Werbowski – współautorka „Żegoty” – przyp. moje) i ja byłyśmy zapraszane na spotkania w Chicago lub Filadelfii, po odczycie słuchacze grawitowali do nas: Żydzi do mnie, Polacy do Teci. To było interesujące, ale miłe.

Fragmenty tego biograficznego listu Tomaszewskiej – lepiej  niż ja mógłbym – kreślą drogę autorki do napisania tej książki. 

Skąd wzięła się Żegota, kto ją finansował, wspierał, jakie było jej przywództwo? To dość zasadnicze pytania. Dają najkrótszą odpowiedź (choć nie wyczerpującą całego zagadnienia) o stosunku ludności i Państwa Polskiego do polskich Żydów w okresie Zagłady.  Spiritus movement powstania tej organizacji były dwie znane kobiety: pisarka o bardzo konserwatywnych, katolickich przekonaniach, Zofia Kossak i Wanda Krahelska, znana katolicka działaczka socjalistyczna blisko związana z Armia Krajową. I tu odwołam się do obszernego cytatu z tej książki Tomaszewskiej i Werbowskiej. Zorientowały się szybko, że indywidualne, acz heroiczne, akcje ratunkowe wobec Żydów w Getcie Warszawskim mogą pomóc tylko bardzo nielicznym.  Skutkiem tego było założenie organizacji, która mogła być wspierana przez dobrze zorganizowaną Armię Krajową  reprezentującą zbrojne ramię Rządu Polskiego na terenach okupowanych, uznanie i finansowe wsparcie tej organizacji bezpośrednio przez sam Rząd Polski w Londynie. Bardzo znamienne był skład pierwszych i najważniejszych działaczy Żegoty – to przekrój polskiego społeczeństwa i polskich ruchów politycznych wielokrotnie wzajemnie się zwalczających w okresie niepodległości państwowej RP. Adolf Berman (brat znanego działacza komunistycznego Jakuba Bermana, w latach stalinowskich niesławną Szarą Eminencję aparatu terroru, katorg więziennych i przemocy komunistycznej po 1945, aż do czasu Odwilży), działacz żydowskiej organizacji socjal-demokratycznej  Poalej-Syjon Lewica;  Leon Feiner, działacz Bundu, żydowskiej antysyjonistycznej partii socjaldemokratycznej;  Julian Grobelny, z Polskiej Partii Socjalistycznej (PPS);  Tadeusz Rek ze Stronnictwa Ludowego;  Ferdynand Arczyński ze Stronnictwa Demokratycznego (później Stronnictwo Polskiej Demokracji, którego był Sekretarzem Generalnym);  Władysław Bartoszewski i Witold Bieńkowski reprezentujący katolicki Front Odrodzenia Polski. Czemu ten skład i polityczne związki partyjne są tak niezmiernie istotne? Dlatego, że jest to parasol politycznie tak szeroki, że można bez najmniejszej wątpliwości uznać go za reprezentatywny  dla II Rzeczypospolitej Polskiej i dla Polskiego Państwa Podziemnego w latach 1939-45. Poza jedną siła polityczną. W tej grupie założycielskiej nie zbrakło komunistów i prawicowych katolików, konserwatystów i socjalistów, reprezentacji polskiej wsi i przedwojennej elity intelektualnej. Ale nie było oficjalnej reprezentacji … najliczniejszej siły politycznej (jeśli by każdą partię i stronnictwo polityczne rozpatrywać indywidualnie, a nie w koalicjach lub czasowych porozumieniach) II RP – zabrakło polskiej Endecji. Takie kolosalne pomyłki historyczne nie zaliczają się do przypadku. Nie są anomalią, a odwrotnie – są regułą.

Wzbraniam się przed napisaniem kolejnego zdania. Boję się, że to hiperbola niebezpieczna, może bardzo niesprawiedliwa dla wielu szarych zwolenników Narodowej Demokracji. Ale logiczne myślenie zmusza mnie do napisania tegoż. Więc zanotuje to nie w formie zdania twierdzącego, a w formie pytania: czyżby szatańska filozofia faszyzmu hitlerowskiego była formą przysługi Poncjusza Piłata dla polskiej Endecji? Czy jest możliwe, że może nie rodzaj metod ale efekt był odpowiedzią na pragnienia Endecji rozwiązania ‘problemu żydostwa’ w Polsce?

Wszelkie prześladowania jakiejkolwiek identyfikowalnej mniejszości są zawsze prawie szyte grubą nicią politycznych machinacji. Używanie parawanów  flag religijnych, narodowych, to tylko scenariusz budzenia lęku, fobii, strachu. „Jak nie my ich – to oni nas”.  A jeszcze, jak się zasugeruje, że ‘ich’ domy, liczne (naturalnie!) bogactwa rozda się ‘naszym’ , to wystarczy już tylko czekać na odpowiedni dzień, by drągi, siekiery poszły w ruch. I wtedy nie trzeba już nawet junty wojskowej organizować, nie trzeba ryzykować fałszowania wyborów. Wybory mogą się odbyć , jak trzeba. Demokratycznie. Zadowolony, bezkształtny tłum zagłosuje z wdzięcznością i bez przymusu. Trzeba jeszcze (strzeżonego pan Bóg strzeże …) tylko umiejętnie opublikować ‘przypadkowo odkryte’ listy, manifesty, programy ‘ich’ na plany naszego zniewolenia, przejęcia władzy, narzucenia ich religii (sic!), przejęcia wszystkich banków.  Od czasów upadku Starożytności – ten scenariusz powtarzał się wielokrotnie.  To dziwne, gdy się pomyśli, że pierwsze wielkie państwa-imperia przez kilka tysięcy lat nie stosowały tej metody. Przeciwnie! Może dlatego, że było nas (nas, jako ludzi ogólnie, globalnie) tak mało i każda para rąk lub mądra głowa na karku były bogactwem niezastąpionym, niezbędnym?

Współczesny antysemityzm, w tym antysemityzm polski,  są wypadkową dwóch trajektorii: wyssaną z ‘mlekiem matki’ tradycją silnie wspartą przez prostą, nieskomplikowaną i powierzchowną wiarę chrześcijańską – najsilniej występującą w formie rzymskokatolickiej i bizantyjsko-ortodoksyjną. To nie katolicyzm teologów i filozofów katolickich, a płytka i prosta wiara przekazywana przez wiejskich i podmiejskich plebanów  i manipulacjami władzy politycznej. Manipulacjami opartymi głównie na chęci utrzymania tej władzy. Za wszelka cenę. Uniknięcia rewolucji lub buntu. A w XXI wieku nawet zwykłym procesem demokratycznych wyborów.

Fakt, że Polska i ziemie polskie  w wieku XIX i XX posiadały najliczniejszą diasporę żydowską, że na terenach polskich w latach 1939-45 hitlerowskie Niemcy dopuściły się największej zbrodni Holocaustu – na zawsze symbolicznie powiązał słowa „Polska’ i „Polacy’ z tym terminem. Łatwo do tego dodać jeszcze akcje szmalcowników polskich ( z samej zasady i de iure zdrajców państwa i społeczeństwa polskiego), którzy z tych właśnie powodów obiektywnych (ilość Żydów polskich) swoje obrzydliwe plony zbierali najobficiej ( ich ofiarami byli przecież i etniczni Polacy, ci zwłaszcza, którzy z narażeniem życia Żydom pomagali, bo tak – w Polsce za pomoc Żydom groziła prawie zawsze śmierć a nie więzienie czy obóz) – a mamy scenariusz okrutny.

Co jest najobrzydliwsze w tym wszystkim, to fakt, że Żydzi po tej okrutnej Zagładzie, po 1945 traktowani byli w Polsce instrumentalnie, jak przykrywka dla ukrycia własnych niepowodzeń.  A przecież nie mogli już i nie stanowili żadnej siły politycznej ani nawet gospodarczej – stąd stworzono ten nowy, straszny mit ‘światowego żyda’, międzynarodowego spisku syjonistycznego, ‘Rothschildów’ decydujących o wszystkich globalnych finansach.  No i ten lęk dzieci, wnuków i prawnuków, że ktoś może zechce domagać się zwrotu posesji, które ich ojcowie, dziadkowie lub pradziadkowie zajęli po tym 45 … .

Dobiegłem w tych refleksjach końca.  Jaki jest polski antysemityzm? Konkluzja?

Nie wiem. Ale napiszę, co myślę.

Czy polski antysemityzm jest jednym z najgorszych, najgroźniejszych? Nie. Nie w moim widzeniu świata. Opiera się na tych samych, jak wszędzie filarach: lęku przed ‘innym’, chęcią rabunku (przejmowanie mienia żydowskiego), ciemnotą religijną  zbliżoną do zabobonu (‘no, jednak Żydzi zamordowali Chrystusa …’ ). I sprytnym, bandyckim politykiem – Władcą.

‘Władca’ (Rząd) ma tu rolę jednak absolutnie najważniejszą.  Być może we współczesnym, XXI wieku. istotniejszą nawet od religii, wyznań, Kościołów. To władza Legislacyjna, Rządowa i Sądowa decydują o polityce społecznej, mniejszościowej. Przede wszystkim o edukacji od lat najwcześniejszych, po szkoły wyższe. Bo dobra edukacja to dużo więcej niż tabliczka mnożenia i oprogramowania komputerowe. Dobra edukacja to budowanie silnej, pożytecznej konstrukcji o nazwie Człowiek. Człowiek myślący. Myślący krytycznie i samodzielnie.

Nie Polak, nie Żyd, nie Kanadyjczyk, Niemiec czy Francuz – Człowiek.

Link do cz.VI

Antysemityzm polski (cz. VI)

Bogumił Pacak-Gamalski

Obiecałem ten cykl wielu już artykułów na ten temat, zamknąć ostatnim, który ma zawierać moje osobiste refleksje  nt. antysemityzmu polskiego. Refleksje widziane w perspektywie historii ale i w perspektywie szerszej, europejskiej (w tej europejskiej tradycji  poczytuję też nowe kraje, wyrosłe na gruncie europejskiego ekspansjonizmu: Australię, Nowa Zelandię, USA i Kanadę).

Niestety, dobre intencje natrafiają na równie dobre przeszkody. Zasada: im dalej w las, tym więcej drzew sprawdza się i tym razem. Co raz znajduję lub z zakamarków pamięci wydobywam nowy szczegół, nową perspektywę, która wydaje się ważna, ba – czasem wręcz niezbędna w zrozumieniu zagadnienia. I nie mogę ośmielić się bez tych fragmentów zasugerować odpowiedzi na kwestie jakim jest polski antysemityzm. Ze względów więc objętościowych tekstu muszę go podzielić na dwie części osobno opublikowane. Dziś ta pierwsza część .

Jak – w tej perspektywie – jawie się polski antysemityzm? Jest czymś wyjątkowym czy czymś porównywalnym do tych pozostałych krajów?

Trzeba będzie wszak osobno podkreślić i osobno, krótko opisać nie tylko zjawisko antysemityzmu w szerokich rzeszach ludności głównie chrześcijańskiej ale i też specyficzną cechę antysemityzmu rządowego, państwowego. Poniekąd urzędowego, z nakazu.

Czy niespotykany monstrualny i morderczy  antysemityzm III Rzeszy Niemieckiej był prostą pochodną monstrualnego antysemityzmu Niemców, jako narodu, w latach 1938-45? Czy Crystal Nacht było odosobnioną akcją szturmówek NSDAP, przyjętą z oburzeniem i pogardą przez większość Niemców?

Nie mogę dać na to jednoznacznej odpowiedzi. Wydaje mi się, że Niemców znam dobrze. Odwiedzałem ten kraj wielokrotnie. Znam bardzo dobrze i blisko Hamburg, dobrze Berlin, Frankfurt nad Menem uwielbiam, to jedno z moich ukochanych miast Europy. Ale nie znam na to pytanie odpowiedzi. I nie ośmieliłbym się jej formułować.

Jakiś czas temu na Facebooku ukazał się wstrząsający post pana Piotra Osęki, którego obszerne fragmenty tu zacytuję:

Hitler jaki jest, taki jest, ale po wojnie należy mu się w Warszawie pomnik” – rajcowały sąsiadki moich dziadków, obserwując łunę nad płonącym gettem. Na ulicy dzieci bawiły się w „gonienie Żyda”, triumfalnie demaskując uciekinierów. A była to tzw. dobra kamienica na Starej Ochocie, urzędniczo-inteligencka, zamieszkiwana głównie przez żony polskich oficerów, których mężowie siedzieli w oflagu.
Na sąsiadów-antysemitów trzeba było uważać, bowiem od jesieni 1942 w mieszkaniu dziadków ukrywały się dwie żydowskie dziewczynki, Hania i Sabinka, jedyne ocalałe z wielodzietnej rodziny. Siedmioletnia Hania, rówieśniczka mojej mamy, była co prawda blondynką z niebieskimi oczami, ale potrafiła mówić tylko żargonem, mieszaniną polskiego i jidysz. Nastoletnia Sabinka z kolei posługiwała się literacką polszczyzną, jednak miała – tu straszny okupacyjny zwrot – „zły wygląd”. Chociaż w kamienicy ani w pobliskich domach nie było ani jednego Niemca, dziewczynki trzeba było wciąż upominać, żeby nie hałasowały, mówiły szeptem, trzymały się z dala od okien. Sabinka lepiej rozumiała grozę sytuacji, za to Hania okazała się żywym dzieckiem i kiedy odzyskała poczucie bezpieczeństwa, chciała bawić się i dokazywać.
Wreszcie stało się to, co nieuniknione. Dzwonek do drzwi. Dozorca. „Pani Piotrowska, sąsiedzi mówią, że pani tu Żydówki chowa. I że albo ja coś z tym zrobię, albo oni pójdą na gestapo”. Dzięki ostrzeżeniu katastrofy udało się uniknąć. Tej samej nocy Hani i Sabince znaleziono inne schronienie; obie przeżyły wojnę i jako młode dziewczyny wyjechały do Izraela. Moja mama i Sabinka przez wiele lat pisywały do siebie listy.
(post z 21.04.2023)

Post, jak z dalszej treści wynika, był spowodowany nagonką na znaną historyczkę i badaczkę historii Żydów polskich, Barbarę Engelking. Nagonka, jak wiele takich, była zorganizowana przez środowisko PiSowskie, naturalnie.

Opisywana przez pana Osękę historia, którą zna dobrze dzięki swojej mamie, ma dwojaki efekt. Tak, opisuje prześladowanie Żydów, donosicielstwo, ale opisuje też uratowanie żydowskich dziewczynek. Uratowanie przez Polaków (rodzina pana Osęki) i przez dozorcę kamienicy. Może nawet w pewnym stopniu przez sąsiadów-Polaków, bo wszak mimo iż byli tym wystraszeni (‘sąsiedzi mówią, że pani tu Żydówki chowa. I że albo ja coś z tym zrobię, albo oni pójdą na gestapo’ ) to jednak ani oni ani dozorca na gestapo nie donieśli. I dzięki temu – groźnemu ale ostrzeżeniu – udało się je przenieść w inne, mniej gęsto zamieszkane i bezpieczniejsze miejsce.

Jest w tym tekście też inna refleksja. Wyjątkowa, bolesna. Opisująca piękne świadectwo tysięcy ‘polskich’ drzewek w Yad Vashem w Izraelu.  Jakże smutnie i boleśnie zakończona: ‘Siedem tysięcy drzewek w Jerozolimie to wspaniałe świadectwo, ale gdyby drzewa posadzić też antysemitom i donosicielom – strach pomyśleć, dokąd sięgałby ten las’. Tylko, że to już tylko nasza tęsknota za szlachetnością, za człowieczeństwem nie zawsze w złych czasach dorastającym do naszych pragnień … . Raz jeszcze przytoczę pasujące tu wyjątkowo motto pierwszej powieści o Zagładzie autorstwa Zofii Nałkowskiej „ludzie ludziom zgotowali ten los

W innym miejscu tego fejsbukowego postu autor przytacza też nie zawsze szlachetne lub wręcz haniebne postępowanie niektórych oddziałów AK, a zwłaszcza w latach po drugiej sowieckiej okupacji Polski w 1944-47. Tutaj się z takimi uproszczeniami zgodzić nie mogę. Dowództwo Naczelne tak w kraju, jak i rządu polskiego w Londynie kategorycznie potępiało i zabraniało prześladowania polskiej ludności żydowskiej. Czy istniały przypadki (może nawet częste) postępowania poszczególnych oddziałów AK w sposób niegodny munduru polskiego? Nie wątpię. I są na to zapewne dowody. Partyzantka, nawet najlepiej zorganizowana, to jednak nie regularne oddziały wojskowe, gdzie dyscyplinę i karność można wymusić. Przez większość czasu trwania okupacji niemieckiej w Polsce Ruch Oporu nie był w stanie nigdzie prawie zorganizować nawet namiastek ani wymiaru sprawiedliwości, ani kontroli administracyjno-policyjnej. Zupełnie inna sytuacja była na Kresach. I w dwóch innych okresach wyznaczających dwie różne okupacje sowieckie: tę pierwszą, efekt Paktu Ribbentrop-Mołotow i drugą w 1944.  Problemy polsko-żydowskie w czasie tych sowieckich okupacji były bardzo różne od stosunków polsko-żydowskich na terenach okupowanych przez Niemców. W obszernym t.1 archiwum Rządu Polskiego w Paryżu i następnie w Londynie znajduję raporty z kraju (gen. Tokarzewskiego i płk. Roweckiego) do gen. Sosnkowskiego z pierwszych miesięcy obu okupacji: sowieckiej i hitlerowskiej. Spisywane suchym językiem zdyscyplinowanych wysokich oficerów są tam informacje na temat sytuacji Żydów polskich w Generalnej Guberni i na Wileńszczyźnie, Wołyniu i Podolu. Pamiętać należy, że to tylko miesiące po przegranej kampanii wrześniowej 39. Hitlerowskie mordercze polowanie na Żydów dalekie jeszcze było od tego, co miało nadejść wkrótce. Pierwsza jest nota płk. Roweckiego o pieniądzach polskich przekazanych w Paryżu do posła chilijskiego, Żyda polskiego Salomona Mikicińskiego. Mikiciński jechał z Paryża do Warszawy, jako poseł Chile by zlikwidować tam Konsulat Chile w Polsce. Minister SW RP, Stanisław Kot przekazał mu 6.5 miliona złotych do przekazania znanym mu zaufanym wysokim urzędnikom państwowym lub wysokim oficerom polskim. Z tej sumy do Roweckiego miało dotrzeć tylko poniżej 2 mln. Resztę pobrał za swoje koszta lub rozdał komu uznał za stosowne (cele charytatywne, jak to określił) sam Mikiciński.

Drugim dokumentem jest raport nr 17 z 8 lutego 1940 (Płk. Rowecki do Gen. Sosnkowskiego w Paryżu). To już szerszy raport wywiadowczo-sytuacyjny z obszaru obu okupacji (niemieckiej i sowieckiej, przyp. moje). Ciekawe (w kontekście tematu moich artykułów) są tu spostrzeżenia stosunków społecznych na terenach Wileńszczyzny i Polesia.  Rowecki konkluduje, że szczególnie nasiliło się w masach chłopskich i drobnomieszczańskich (polskich i białoruskich) uczucie nienawiści do Żydów, ze względu na sympatie do okupanta sowieckiego oraz liczny udział Żydów miejscowych w administracji i milicji bolszewickiej. Zauważa jednak, że ta kolaboracja żydowsko-sowiecka spotyka się ze sprzeciwem żydowskich działaczy syjonistycznych i tych z Bundu (socjaliści żydowscy). („Armia Krajowa w Dokumentach 1939-1945” t.1 ‘Wrzesień 1939 – Czerwiec 1941’. wyd. Studium Polski Podziemnej, Londyn, 1970, wyd. Gryf, Wlk. Brytania)

Okres drugiej okupacji sowieckiej (w 1944) sytuację i stosunki polsko-żydowskie pogorszył na skalę niespotykaną.

Na Wileńszczyźnie, Ziemi Nowogrodzkiej, na Polesiu zapanował nieopisany terror lokalnej partyzantki sowieckiej, wspieranej przez regularne oddziały wkraczających wojsk sowieckich.  Ludność etnicznie polską mordowano masowo w wielu miejscowościach. W  miastach, miasteczkach i osadach wymordowano tysiące Polaków. To nie dotyczyło obywateli polskich innej etniczności. To było zaplanowane ludobójstwo elementu etnicznie polskiego. W głąb Rosji wywieziono z Wileńszczyzny ponad 80 tysięcy Polaków miedzy 1944-45. Tysiące wywieziono z Białostocczyzny, Grodzieńszczyzny. Tak wywieziono mojego ojca i jego brata w obławie pod Miednikami – blisko dwadzieścia tysięcy żołnierzy V Wileńskiej Brygady AK. Terror, jaki tam zapanował (w stosunkowo krótkim, kilkumiesięcznym czasie) był nie do opisania. Co to ma wspólnego z tematem? Ma, niestety. Pomijając zsyłki w głąb Rosji (naturalnie te były organizowane i przeprowadzane przez regularne oddziały wojska sowieckiego i NKWD) – ta akcja miała bardzo często (sterowany przez Sowietów i ich agentów na Kresach) charakter lokalnej czystki przeprowadzanej rękoma lokalnych partyzantów sterowanych przez  sowietów, składających się z lokalnej ludności nie-polskiej. Najliczniejszym (poza etnicznie polskim) elementem zamieszkującym Wileńszczyznę była ludność żydowska. Element litewski na tych terenach był bardzo znikomy statystycznie, znaczenie mogła mieć jeszcze ludność białoruska. Czasem w niektórych opracowaniach te oddziały partyzanckie napadające na ludność polską określano, jako oddziały żydowskie. Tu trzeba jasno powiedzieć, że to niezgodne z wiedzą historyczną. W tych oddziałach było bardzo dużo partyzantów pochodzenia żydowskiego – ale dowodzenie było ściśle sowieckie i przez Rosjan kontrolowane.  To dało też początek popularnego w latach 1944-55 (ale obecnego  w popularnym żargonie polityczno-mitycznym jeszcze długie dziesięciolecia później) określenia ‘żydokomuna’.

Łatwiej pewniej Polakom było zachować uczucie ‘niewinności’ wobec ogromu terroru i zbrodni popełnianej przez nowe polskie władze polityczne widząc wszędzie polskiego Żyda-komunistę. I znowu – niuanse, niestety … . Tak, w nowych władzach politycznych i Urzędu Bezpieczeństwa (Bezpieka polska) było sporo osób pochodzenia żydowskiego.  Ale doprawdy nie trzeba robić  mozolnych badań historycznych, by ten mit obalić.  Kto, będąc osobą myślącą przypuszczać może, że po latach niemieckiego terroru, po Zagładzie, cały polski aparat terroru stalinowskiego był zdominowany przez Żydów? Czyżby jakaś nowa fala emigracyjna Żydów z Kosmosu?  A przecież po licznych i wąskich uliczkach dzielnic żydowskich w polskich miastach nie chodziły tłumy komunistycznych i antypolskich agitatorów. Nie, chodziły tam tłumy żydów. Wyznawców i członków żydowskiej religii. Pejsy, specyficzne czarne lub futrzane kapelusze u mężczyzn i specjalne peruki na głowach kobiet to nie był symbol Kominternu a starożytnego wyznania religijnego. Czy byli znani i bardzo aktywni działacze polityczni, agitatorzy komunizmu? Oczywiście. Któż nie słyszał o Róży-Luksemburg, o Alfredzie Lampe? Przeciwnikach niepodległości w 1918. Tak, ich celem była komunistyczna Europa, a  na przeszkodzie tego stanęła ta nowa Polska. Ale czy postacie np. Juliana Marchlewskiego lub wręcz samego Feliksa Dzierżyńskiego świadczą o istnieniu ‘polonokomuny’? No, bo gdybyśmy byli logicznie konsekwentni, to jeśli ‘żydokomuna’, to jednak i ‘polonokomuna’ … .

Mówiąc o Wileńszczyźnie i skomplikowanej sytuacji etnicznej tam, nie sposób nie wspomnieć opanowania Wilna w 1919 przez oddziały płk. Beliny-Prażmowskiego (nie mylić z ponownym zajęciem Wilna w 1920 przez gen. Żeligowskiego). Nikt inny, jak tenże skądinąd autentyczny bohater legionowy, Belina-Prażmowski, dopuścił się wówczas w Wilnie pogromu na wileńskich Żydach w wyniku którego zginęło ponad 50 Żydów, wielu było pobitych, zniszczono stoiska i jatki handlowe, zdewastowano cmentarze żydowskie.

Wojny, zwłaszcza wojny na terenach skomplikowanych etnicznie, niosą ze sobą spustoszenia i zbrodnie popełniane na ludności cywilnej. Popełniane nie tylko przez najeźdźców. Często są to stare, nawarstwione żale i porachunki wobec różnych grup etnicznych, religijnych. 

Wszystko się w tej duszącej mazi antysemityzmu miesza. Wszystkie historyczne, odwieczne fobie, polityczne intrygi, mity i legendy prawdziwe i sfałszowane.

Żydzi w Dęblinie witają Marszałka w 1920

Jako ciekawostkę dodać warto, że właśnie Julian Marchlewski wydał bardzo inteligentną dysertację w 1920 w Lublinie „Antysemityzm a robotnicy”. Ta ciekawa praca historyczna opisująca dzieje antysemityzmu w części wstępnej sięga historii tego przekleństwa Europy na przestrzeni ponad 2000 lat. Nie będę tu się rozwodził nad zasadniczym tematem (antysemityzm a robotnicy) ale przytoczę specyficzny akapit ze s. 9. Chodzi tu o opis budzenia się antysemityzmu w Rzymie w latach po wygnaniu Żydów z Palestyny. Budzenia się, lub adekwatniej: sterowania przez cesarzy gniewu Rzymian w kierunku odróżniającej się od pozostałych mieszkańców Rzymu grupy etniczno-religijnej: Żydów. Marchlewski pisze: ‘Ten tłum zaś często burzył się, gdy go obdzierał cezar, gdy drożyzna panowała, gdy żołdactwo nazbyt swawoliło. Wtedy dobrze mieć kozła ofiarnego, na którym tłum swarliwy, używszy sobie, zaniecha innych celów swego niezadowolenia. W ten sposób Nerony, Kalligule, Tyberiusze nabrali wprawy w urządzaniu pogromów. Wszczął się pożar – bito żydów, drożyzna – bito żydów, pomór – bito żydów’.

Brzmi znajomo, prawda? Mało tego – wyprzedza to o sporo lat antysemityzm zbudowany na płaszczyźnie wiary katolickiej, synodów chrześcijańskich i Listów Pasterskich papieży i biskupów Rzymu i Konstantynopola.

W istocie zaczyna się rodzić dziwne uczucie. To jaki w końcu jest ten antysemityzm? Dlaczego? Co leży u jego zarania? Czym polski się różni od francuskiego, włoskiego a nawet rzymskiego z czasów Cesarstwa?

Link do cz. V https://kanadyjskimonitor.blog/2023/04/26/chasydzm-i-odrodzenie-nowej-rzeczypospolitej/