Polska i Kanada. Polska i Polacy.

by Bogumił Pacak-Gamalski

Polska to dziwny kraj, zaiste. Piękny geograficznie i sentymentalnie. Ta piękność geograficzna naturalnie ma się nijak do oszałamiającego piękna Kanady, mojego obecnego kraju – ale Kanada ma niewiele więcej niż 2.5 miliona mieszkańców od Polski, a powierzchnia Kanady jest większa o … 9671000 km kwadratowych. Bagatelka. Tylko 30 razy większa. Więc na jedno ładne jezioro – w Kanadzie jest 100 takich ładnych. Na jeden szczyt – w Kanadzie jest pięćset takich, na kawałek brzegu małego morza – w Kanadzie są tysiące kilometrów wybrzeża trzech … oceanów (gdy ma się trzy oceany, kto sobie będzie głowę zawracał morzami? LOL).

Ale sentyment właśnie nie patrzy na ilość i wielkość: rzeczkę znajomą w Polsce mogę tylko do jednej rzeczki w Kanadzie porównać, Orlą Perć tylko do tych szczytów i grzbietów, którymi w Kordylierach kanadyjskich  ponad czterdzieści lat temu łaziłem (głównie w ich paśmie Gór Skalistych). Prawda mimo to trochę to bogactwo (jak w banku wspomnień) pod uwagę brać musi. Wiec tego piękna geograficznego jest w Polsce sporo mniej niż w Kanadzie.

Piękno sentymentalne? Poza pięknem dzieciństwa i kilkoma laty ledwie wczesnej młodości, które są niepowtarzalne jakiekolwiek by nie były (a były) trudne – i tu Kanada pierwszeństwo bierze. Cóż, kochani – całe życie dorosłe, dość już długie, w Kanadzie przeżyłem. Większość przyjaźni wspaniałych, miłość mego życia i małżeństwo wieloletnie, szczęśliwe z tym mężczyzną. Ano właśnie – z mężczyzną. Gdybym był pozostał w Polsce i gdybym wygrał loterię życia po raz drugi i znalazł w niej miłość mojego życia – o jakim małżeństwie moglibyśmy mówić? O żadnym. Nie istnieje coś takiego w Polsce. Więc tak czy inaczej z tej Polski musiałbym schrzaniać do jakiejś Francji, czy Hiszpanii, do jakiegokolwiek normalnego kraju. Bojownikiem o Sprawę trudno być całe życie. Bo obok jest życie normalne właśnie, które biegnie dość szybko, mija. Namaszerowałem się i pobiłem o co trzeba w końcówce lat 70  i pierwszych kilku tych znamiennych osiemdziesiątych. W 1990 okazało się, że większość rodaków, która ze mną maszerowała – biła się o inną Polskę. Moją mieli w dupie.

A jednak. Mimo wszystko. Tak, przyznaję – mam do tego małego kraju nadwiślańskiego serdeczne uczucia. Gdyby tylko tak trochę wymieszać, trochę tamtych gdzieś przenieść, trochę tych tam zawieźć … . Ech, leży chłopak na łące w leniwe popołudnie, w gębie żuje jakiś kwiat mleczu lub chabru i gapi się w obłoki i marzy. Wypisz-wymaluj, jak u Chełmońskiego. I tyle z tego.

Może jednak wrócę, tak na pół tu – pół tam. Może. I znowu trzeba będzie tumanom w jakimś Urzędzie tłumaczyć, że nie, nie mam ‘stanu wolnego’, że jestem wdowcem. Nie, nie po żonie a po mężu. I tak w koło Macieju. Ale raz już im kilka lat temu w Urzędzie Wojewódzkim tłumaczyłem, wykład zrobiłem. To mnie nawet trochę bawi, gdy trzeba oczywistą rzeczywistość biedakom tłumaczyć: nie, Słońce nie kręci się wokół Ziemi, proszę pana.  Trzeba tylko pomyśleć, niech pan spróbuje, to tylko na początku wydaje się straszne.  

Więc jaka jest lub niedługo jaka będzie ta Polska, do której mógłbym się ewentualnie częściowo przenieść? Ano popatrzmy, zbadajmy.

Pamiętacie ledwie wczoraj ten wspaniały Marsz w Warszawie zwołany na prośbę Donalda Tuska,  te falujące tłumy uśmiechniętych twarzy od Ogrodu Botanicznego aż do Placu Zamkowego? Naturalnie, że pamiętacie. A przecież za kilka miesięcy, tuż-tuż, będą wybory parlamentarne. Notowania PO i Tuska wzrosły, notowania ‘ciemniaków, spadły. Niewiele, ale spadły w końcu. Polska 2050 (tak, tej grupy nazwanej przez warszawiaków – od nazwiska założyciela *ujownią …) w zasadzie poza poprzeczką wyborczą,  tzn. raczej bez jednego nawet mandatu. Nawet PSL podobnie – partia chłopska w Polsce, kraju chłopów! Witos się chyba w grobie przewraca. Cóż – lokalny klecha wiejski ważniejszy niż polityczny zmysł dumy włościanina-chłopa.  Okazało się, ze ten chłop nie taki dumny. Za to chytry i przekupny. Oj, pozmieniał ludzi ten PRL. A te ‘chłopstwo’ dzisiejsze to nikt inny, jak dzieci chłopów PRL.

Lewica swoja działkę (poniżej 10 mandatów) dostanie. Więc wedle badan ostatnich PiS ma autentycznie szansę … przegrać! O włos ledwie lub na równi z PO. Ale wtedy Lewica bez wątpienia poprze PO i zrobią rząd koalicyjny. Demokracja to demokracja. Pan Duda (oby tylko nie robił żartów po angielsku …) będzie musiał zaprzysiąc. Wola parlamentu. Prawda? Guzik.

Tusk (choć nie z winy Tuska, LOL) rządu nie powoła, premierem nie będzie. Jak? Skąd? Dlaczego?! Popatrzcie na sondaże. Jednej partii dotąd nie wymieniłem. A ta partia ma wyraźna szansę na ponad 20 mandatów. Której? Naprawdę nie wiecie, czy rżniecie durnia? Faszystów. Tak, Konfederację Wolność i Niepodległość. Ta od Falangi, od Młodzieży Wszechpolskiej, od Korwin-Mikkiego, od Bosaka (ten, jak był młodszy zawsze przypominał mi czysto aryjskiego chłopca, gdzieś w Bawarii w mundurku harcerskim Hitlerjugend …). Otóż ta partia, w Polsce (sic!) ma poważne szanse zebrać dobrze ponad 20 mandatów, może i trzydzieści kilka. Jak sądzicie – będą niezależni w Sejmie czy wejdą w koalicję z PiSem? Albo inaczej – pozwolą Lewicy (sic?) współrządzić z PO czy też natychmiast wejdą w układ koalicyjny z Kurduplem?  Tajemnica niezbadana … nie. Równanie bardzo proste. Cuda są może na koncie bankowym księdza Rydzyka – w polityce cudów nie ma. Nawet w polityce partii bardzo katolickich. W polityce są układy i długie noże (szczerzonego pan bóg szczerze).

Le Pen nie udało się we Francji, Konfederacji udać się może w Polsce. I w Polsce może być gorzej, bo demokracja francuska jest dość stara i zakorzeniona. I nawet wygrana pani Le Pen, by tego nie potrafiła zmienić. A na ile Kaczyński w takiej ewentualnej koalicji pozwoli liderom Konfederacji? Na bardzo dużo. Bo Kaczyński szczerze, od serca, serdecznie nienawidzi Tuska. Polaków chyba też (ale nie aż tak silnie), bo nigdy mu serca i miłości na jaką zasłużył nie okazali. A przecież on mógłby był tyle dla Polski zrobić! A nie zrobił, bo mu niewdzięczni rodacy nie zaufali. Wiec niech teraz maja Korwina i Bosaka, zasłużyli na to.

To tyle mili moi na dziś. Powodzenia życzę. Tak tylko, mimochodem jedynie podszepnę: to przewidywania. Bardzo realne, ale przewidywania. Sondaże to ciągle nie wybory. Na kartce sondażowej (lub przez telefon) można różne dawać odpowiedzi. To nic nie kosztuje. Dopóki karta wyborcza nie wpadnie do skrzynki wyborczej. O ile wszyscy będziecie głosować (w tym najmniej elektoralnie czynne a największe środowisko ludzi w wieku 18-30 lat) to nawet jest szansa zniwelować ilość głosów na Konfederacje i jednak rząd PO i Lewicy wprowadzić. Ale musielibyście rzeczywiście stanąć na wysokości zadania. Wszyscy. Czy potraficie? Nie wiem, historia współczesna udowadnia, że nie potraficie, że macie to wszystko w dupie. Miejcie, OK. Ale wierzcie mi, że jest zasada od jakiej do tej pory nikomu się uciec nie udało – jeśli masz w dupie polityków i na nikogo głosować nie będziesz, to ci politycy rządząc będą ciebie mieli w dupie też. A ten, który rządzi ma dużo większe możliwości spieprzyć ci życie, niż ty jemu.

Czy to wszystko i czy ci wszyscy się mylili? Po co to było, jeśli tego nie obronimy, nie odbudujemy?

Mateuszek, Justin, Putin, Polska i Ukraina

Bogumił Pacak-Gamalski

Kilka tygodni temu, na zaproszenie rządu kanadyjskiego, przybył do Ottawy premier Polski, Mateusz Morawiecki. Naturalnie, tematem zasadniczym była sytuacja na Ukrainie, obronność wschodniej flanki NATO i Europy (Poland), pomoc Ukrainie. Może to niesmacznie lub dwuznacznie (może jedno i drugie) napisać … ale napiszę: agresja Rosji na Ukrainę spadła PiSowi, jak prezent od Mikołaja na Gwiazdkę.  Nagle reżym PiSowski z czarnej owcy europejskiej zamienił się hinduską Świętą Krowę, której nie wypada krytykować. Przeciwnie – należy wspierać zbrojnie, politycznie, finansowo. Co wiele krajów (zwłaszcza USA i Kanada, tj. kraje, które aż tak nie są zaangażowane w szczegóły problemów Unii Europejskiej) czyni skwapliwie. I ta pomoc bezwzględnie jest Polsce bardzo potrzebna. Ale jeszcze bardziej PiSowi. Niestety, znaleźliśmy się w sytuacji patowej, gdzie zmuszeni jesteśmy wybrać mniejsze zło. A Kaczyński bezwzględnie  jest złem o wiele mniejszym niż bandzior Putin.  Nie tylko mniejszy, ponieważ jest kurduplem, bo i Putin do zbyt wysokich nie należy, ale przede wszystkim Kaczor i PiS władzę dostali z rąk społeczeństwa polskiego. Z rąk wyborców w wyborach generalnie rzecz biorąc wolnych i nie fałszowanych. Czyli Polacy w Kraju mają rząd taki, na jaki zasłużyli.

To nie znaczy jednak, że mamy wszyscy kłamać. Od kłamania jest premier Mateuszek. Jednym z pytań zadanych premierowi Trudeau na konferencji prasowej z Mateuszkiem, było pytanie o sytuację osób LGBTQ w Polsce – w kontekście pytania zawisła oczywista wiedza, że ta sytuacja do najlepszych nie należy.  

Tu trzeba nieco światła rzucić o postawie Justina Trudeau wobec społeczności LGBTQ. Nie tylko  jego rząd (poprzednie od wielu już lat i każdego koloru ideologicznego – konserwatystów i liberałów, socjaldemokracji i Zielonych) uznawany jest za czempionów pełnego równouprawnienia wszystkich obywateli Kanada bez względu na orientację seksualną. Ale szczególnie młody Trudeau sam wykreował z siebie postać sztandarowego przyjaciela i sojusznika gejów, lesbijek i osób transpłciowych.  Nie ma parady Pride w której każdego roku by nie szedł w czołówce: jeśli nie w Ottawie to w Montrealu, nie w Montrealu to w Toronto, nie w Toronto to w Vancouverze. A od kilku lat w miesiącu Pride (tak, w Kanadzie mamy cały miesiąc, w którym odbywa się tysiące takich marszy, spotkań, wystaw, projekcji filmowych i teatralnych) w otoczeniu innych ministrów Gabinetu, przed Parlamentem w Ottawie wciąga na maszt wielką Tęczową Flagę, obok flagi kanadyjskiej. Jeśli dodać jeszcze, że jest przystojnym i stosunkowo młodym mężczyzną ubierającym się i zachowującym z dość dużym sex appeal’em, to jawi się postać prawie pocztówkowa całego LGBTQ. Co mu kompletnie nie przeszkadza, a podejrzewam, że łechce to jego męską próżność faceta świadomego swej atrakcyjności.

Pan Trudeau odpowiedział, że spytał się o to swego rozmówcę.  A rozmówca – Mateuszek – dodał, że w Polsce absolutnie nie ma polityki prześladowania osób LGBTQ, wszyscy obywatele są równi wobec prawa. Ale skwapliwie dodał, że jego rząd prowadzi aktywną politykę pro-rodzinną i pro-wielodzietną. Nie, nie zająknął się ani razu, ani nie wybuchł histerycznym śmiechem. I to był koniec tego tematu na Konferencji. Trochę mi szczęka opadła, przyznaję. Rozumiem, że Mateuszek nie może konkurować z Justinem o ochy i achy gejów kanadyjskich – ani polskich – a jego sex appeal jest zbliżony do nieheblowanej dechy sosnowej ale … . Mateuszku biedny, jak możesz chrzanić o polityce pro-rodzinnej wykluczając z tego rodziny LGBTQ w Polsce, jak możesz pieprzyć (lub solić) zupę o dzieciach wyłączając z tych przypraw dzieci LGBTQ lub rodziców gejów i lesbijki z dziećmi? I spodziewałem się, że Justin-przystojniak doda kilka słów po durnej odpowiedzi Mateuszka. A nie dodał. Bał się, że co? Że Polska zamknie swoje terytorium dla dostaw broni dla Ukrainy? Że sojusznika się  nie krytykuje? Perfuma francuska ci do głowy przesiąkła, Justin?! Gejowie i lesbijki (‘+’ naturalnie też) nie mają w Polsce żadnych praw. Żadnych. Podstawowe obywatelskie – tak (głosowanie, płacenie podatków, służba w wojsku, dostęp do szkół średnich i wyższych, itd). Ale aby stworzyć system dwóch kategorii obywateli  – równych i równiejszych – trzeba by było kolosalnych zmian konstytucyjnych i kolosalnych hałasów i finansowych kar z Brukseli. Wiec obywatel jest jeden, z równymi prawami. I jest bezpłciowy. Czyli bez jaj i bez pochwy, wykastrowany. To, Justin, powinieneś powiedzieć. Nie musiałeś obrażać, wystarczył język dyplomatyczny ale jednoznaczny. A nie powiedziałeś. Nosisz dalej obcisłe, seksowne spodnie i dbasz o fryzurę, masz seksowny swagger w chodzeniu – ale ja cię z mojego różańca gejowskiego odczepiłem. Równouprawnienie i jednakie wszystkim prawa człowieka są dla mnie ważniejsze niż układność sojusznicza.  I pamiętaj, że prawdziwym sojusznikiem Kanady jest Polska, kraj, nie –obecny rząd quasi-faszystowski.  

Wracając do agresji rosyjskiej na Ukrainę i pozycji Polski. W świetle mojego zwrotu, że to prezent gwiazdkowy dla PiS. Nie dla Polski ale dla PiS. Po upadku Trumpa rząd PiSowski stracił prawie wszystkich sojuszników zachodnich. Nie formalnie naturalnie – Polska jest i w NATO i w UE. Ale, jako bliskich przyjaciół, z którymi w przyjacielskiej i życzliwej atmosferze ubija się ekonomiczne interesy, korzystne dla obu stron.  Którzy w kłopotliwych sytuacjach (w jakich każdy, nawet najzacniejszy kraj, czasami się znajdzie) poprą, podadzą dłoń. Macierewicz (ten od fruwającej sosny i bomb barycznych) ośmieszył i publicznie upokorzył całe dowództwo polskich Sił Zbrojnych.  I ta Armia była chyba w gorszej sytuacji niż Armia polska w 1939. Nie, nie żartuję. Proszę spojrzeć do Googla i spytać, jak długo broniły się kraje Beneluxu i kiedy Francja pocałowała Hitlera w dupę. I nie zapominać, że u ich granic nie stanęły z przeciwnej strony armie sowieckie. Tak tylko przypominam.

Więc ta Armia Macierewicza i Błaszczaka wyglądała marnie. Pewnie, że mogli liczyć (w razie czego) na pełne wsparcie NATO. Nie sądzę, że NATO mogło liczyć na znaczące wsparcie Polaków w jakiejkolwiek wojnie w Europie. A nasz udział wcześniej w walkach w zrujnowanym przez Amerykanów i Brytyjczyków Iraku uważam za hańbę i wstyd – nie za chwałę oręża polskiego.  Czym by niby NATO mieli wesprzeć, sowieckimi czołgami i samolotami? Wystawiliby kilka dywizji Rosomaków (niezła samobieżna haubica rodzimej produkcji)? Nie bardzo, z zamówień i mocy produkcyjnej jedną by było trudno wyposażyć wtedy. Co za okazja z tą nieszczęsna Ukrainą, przecież Ukraińcom te samoloty i czołgi tak by się przydały! I z taką skwapliwością, nim Amerykanie i Niemcy zrozumieli, że ta pomoc w sprzęcie jest Ukrainie niezbędną, forsowaliśmy i oferowaliśmy te czołgi i samoloty. Wyglądaliśmy na bohaterów, niezłomnych przyjaciół Ukrainy. I wiedzieliśmy, że będąc krajem NATO i UE o najdłuższej i najgorętszej granicy wschodnio-centralnych flank NATO – nasi formalnie sojusznicy zrobią wszystko, by Polską Armię uzupełnić o nowoczesne środki bojowe. Co zrobili. A Ukrainie te samoloty i te czołgi T50 też się przydały. Nam też by się przydały w 39 francuskie tankietki i angielskie samoloty. Darowanemu koniowi nikt w zęby nie zagląda.

Czołgi i samoloty, rodziny heteronormatywne i rodziny LGBTQ, co to ma wszystko wspólnego ze sobą? Wszystko. Wojna na Ukrainie nie powinna fałszować obrazu sytuacji politycznej w Polsce – ani w Europie ani w Ameryce Północnej. Jakikolwiek będzie rezultat tej wojny. Nie wyobrażam sobie, by Ukraina tę wojnę kompletnie przegrała. Mam też – i smuci mnie to bardzo i mam nadzieję, że się mylę – obawy, że nie wygra jej kompletnie. Zasoby ludzkie Ukrainy są wielokroć mniejsze niż Rosji. Początkowe klęski Rosjan były efektem wprost dziecinnych błędów taktycznych wojsk rosyjskich. Może faktycznie wyobrażali sobie, że to będzie wręcz spacer i będą witani z kwiatami? Zima na froncie południowym należała do Rosjan. W dodatku Rosjanie prowadzą wojnę totalną – wojnę, w której nie ma różnicy między walką przeciwnych armii  a ludnością cywilną. Bombardowanie i ogień artyleryjsko-rakietowy wobec miast i obiektów cywilnych jest nieustanny. Jak i stałe i systematyczne zamienianie w gruzy infrastruktury przemysłowo-gospodarczej. Miliony Ukraińców (w tym bardzo dużo mężczyzn w wieku, w którym w wojsku mogliby służyć) opuściło Ukrainę. Jak sądzicie – ilu z nich teraz, gdy rozpoczęła się ofensywa ukraińska wróciło do Ukrainy? Batalion udałoby się wystawić? Nie wiem. Nie sądzę by wielu. To ludzkie i naturalne zachowanie. Ale i o tym trzeba myśleć, rozumieć. Ci wszyscy uchodźcy, którzy w wielu krajach – w samej Kanadzie już chyba blisko 200 tysięcy – znaleźli schronienie, to wielka strata dla Ukrainy. Oni nie siedzą w jakichś obozach dla uchodźców. Są normalnymi emigrantami, pracują, chodzą do szkoły, rodzą na emigracji dzieci. Wrastają w nowy kraj. Ilu z nas, Polaków, wróciło po 1982? A chcieliśmy, myśleliśmy. I wrośliśmy w nowy kraj. Założyliśmy rodziny, nasze dzieci pokończyły tu szkoły. Tak, trochę nas wróciło, ale bardzo mało. Teraz, po 40 latach wraca więcej. Bo są już emerytami z kanadyjskimi emeryturami. Będą żyć w Polsce nie z ZUSu a z Canada Pension Plan. Dostatnie i wygodnie. Do działalności gospodarczej nie wrócą, nie muszą. Kupią ładne mieszkania lub domki i będą czekać na miejsce na rodzinnym cmentarzu … . Życie. Polska na tym straciła bardzo przez te aktywne lata po 1990. Ile straci Ukraina? Obawiam się, że podobnie.

Fabiusz Makismus ‘Kunktator’

Tak oczekiwana ofensywa ukraińska na południu w zasadzie ugrzęzła w wojnie pozycyjnej. Rosjanie mieli czas i okopali się bardzo silnie.  Zachód też prowadził cały czas niezrozumiałą i kunktatorską politykę. Oby to kunktatorstwo nie było celową i konsekwentną strategią Fabiusza Maksimusa, użytą w wojnie punickiej z Hannibalem (to Fabiusz wprowadził wówczas to określenie cunctari, jako taktykę). Każdy nowy i niezbędny rodzaj broni dla Ukraińców był najpierw odrzucany, aby po miesiącu lub dwu jednak przyznać to im. Na wojnie miesiąc czasu to wieki. Zwłaszcza współczesnej, bardzo mobilnej wojnie. I te bezsensowne zakazy używania jakiejkolwiek broni na terenach przygranicznych Rosji właściwej. Rosjanie stamtąd mogą wysyłać samoloty bombardujące szpitale i szkoły ukraińskie. Ukraińcom nie wolno ostrzelać kolumn wojskowych lub lotnisk rosyjskich po drugiej stronie granicy z Ukrainą. Bezsens. Wobec przeciwnika, który łamie wszystkie międzynarodowe normy prowadzenia działań wojennych. Jest de facto i de iure wojennym przestępcą.

Wracając do PiS i Polski. Te dwie sprawy: wojnę na Ukrainie i łamanie praworządności w Polsce, brak (ciągnący się od zawsze, a więc i od czasów Platformy Obywatelskiej i nawet rządów socjaldemokratycznych) ochrony praw mniejszości LGBTQ+ nie wolno łączyć. Jakikolwiek rząd w Polsce będzie dalej sojusznikiem Zachodu w walce o pokonanie rosyjskiej inwazji na Ukrainie. Wolna i niezależna Ukraina to sine qua non każdej formacji politycznej w Europie Wschodnio-Centralnej.  Oczywiście, nawet i te stwierdzenie nie ma mocy niepodważalnej. Ostatecznie Węgry też są w Europie Centralnej. Czy Orban by płakał, gdyby Putin wygrał? Pytanie retoryczne?

Wystarczy na jeden dzień. Może za kilka dni poobrażam innych. Albo skłonię do myślenia niezależnego, wyjętego z ramek wygodnych szablonów. Nigdy nic nie wiadomo – to wiemy. Zwłaszcza wtedy, kiedy wiadomo.  

Parliament and swamp

Bogumil Pacak-Gamalski

There is a saying in my native language ‘moje piec groszy (my five groshe)’, which translates exactly to ‘my five cents’. It relates to a feeling of aching to add a few short personal thoughts to some serious lengthy debate.

So, here is ‘my five cents’ on the national disgraceful and very disrespectful debacle of destroying the impeccable character of Honorable David Johnston.

Whether you like or dislike PM Justin Trudeau should have nothing to do with the character, honor, and trust of our former Governor General, researcher, and former President or Chancellor of leading Canadian universities.  Coming from a very modest working family, David Johnston graduated from the most prestigious universities: Harvard, Cambridge, and Queens. Author or co-author of twenty-five books. Served on many national and provincial boards, committees, commissions, and inquiries. I can go on and on. It is a remarkable career and a very long service to Canadians.

When the Prime Minister asked him to become a Special Rapporteur on Foreign Interference – he accepted that post. As he always did, when Canada asked him to serve.  Whether Justin Trudeau should call right away a Public Inquiry, as demanded by Opposition, is a different question, of which I am not sure because a lot of the facts could not and will not be made public due to the issues of intelligence and espionage agencies’ involvement. But that is beside the role given to Johnston. That is politics, not service.

Right away, before David Johnston had even time to begin his work the barrage of attacks become relentless. Pierre Poilievre from the ultra-right Conservatives Party, being the angry dog he is, devoted his entire time to attacking and destroying the man, who symbolizes the opposite of Poilievre. It was just vicious and relentless.  But that did not surprise me. I don’t expect anything else from Pierre Poilievre. This man reached the bottom of a political, partisan swamp a long time ago. What surprised me, was the stupid excuses of Jagmeet Singh of the New Democrats.  He, while demanding Mr. Johnston’s removal, constantly repeated the mantra: “Personally I have no doubt of Mr. Johnston’s high character and integrity but there is a perception among Canadians …”. There wasn’t a perception among Canadians about Johnston’s inability to be objective. That perception was being orchestrated by Poilievre and by Singh. And their parties. Ad nausea. The Opposition parties were furious that Prime Minister would not listen to them. To all of them (including the Bloc). It was just a struggle between the government and the parliament. Who is more important? And David Johnston becomes the victim of this childish behavior of all of them.  In all of this – none of them showed the fortitude and courage to stand by their words. We do have a minority government. A government that hinges on the goodwill of other parties and non-liberal members of Parliament. If that was that important to them – and surely it sounded and appeared as a struggle between death and life of democracy – then why they acted without guts and fortitude? All opposition parties voted and passed a resolution demanding only one thing – the Public Inquiry and rejecting David Johnston’s Report findings and solutions. But they lacked the courage – as they should if democracy was in crisis – and did not make it a vote of non-confidence. They could have voted Justin Trudeau out of his job. Simply as that. But none of the leaders of Opposition in this Parliament have the stature, the nerve, and the fortitude to ask Canadians for the job of PM for themselves. Instead, they choose an easy target. The smear campaign against David Johnston as a lackey of Justin Trudeau. Justin Trudeau, who as a young boy knew Mr. Johnston. They said that David Johnston did not merely (as he did) personally knew Pierre Trudeau but was his close friend. I remember reading Pierre Trudeau’s memoirs. He lists there a lot of his personal and political friends. Nowhere is David Johnston mentioned. The ‘Memoirs’ were published in 1993. Decades before Johnston become Governor General.

They called a special hearing of the Parliamentary Committee to question Mr. Johnston. I watched the entire proceedings. It was very long. And it was disgusting. And the 81 year old honorable man answered every question with grace and respect. Even, when one of the Conservative goons asked David Johnston if he … wrote the Report himself. That was the worst political circus I have ever seen in Canadian politics. And I have seen a lot. It made me sad and angry at the same time. I was ashamed of my own, Canadian members of Parliament.  It felt like watching the Trial of The Witches of Salem.

Mr. Johnston refused to resign and vowed to finish his job, which he accepted.  But being a man, who strongly believes that his service to Canada and Canadians must always be based on the integrity and goodwill of all parties involved – the next day, after reflecting on everything that happened, he gave us another, amazing lesson of citizenship, service, and grace.

He concluded that given the highly partisan atmosphere surrounding his Report and his person it is his opinion, that he should resign from his position of Special Rapporteur in the hope that the Government and Opposition finish the important task, without any other distraction. Again, he put the ‘service’ before the “I’. A concept that most politicians can’t even comprehend.     

Polski antysemityzm. Epilog. (cz. VII)

Bogumił Pacak-Gamalski

Czy kolebką antysemityzmu jest religia chrześcijańska czy też … religia żydowska? Otóż religia ma tu znaczenie ale nie w sensie jej istoty teologicznej ( wiara w jakiego boga/bogów, obrządków religijnych itd.). Religia w jej zewnętrznych, wizualnych aspektach.  U samego rdzenia, podstaw antysemityzmu leży pojęcie ‘innego’, ‘obcego’. Ale to tylko połowa tego atawistycznego uczucia. Ten ‘inny’ musi mieszkać pośród nas. Lub, jeszcze bardziej ściśle: u nas. Tego lęku nie miał Polak w Chinach, Włoch w Japonii czy Francuz w Imperium Otomańskim. Inny musi w odpowiedniej masie osiedlić się wśród Nas i musi być wyraźnie wizualnie rozpoznawalny. Musi też reprezentować pewną krytyczną masę. Wówczas na miejsce uczucia pewnej ciekawostki, kuriozalności rodzi się potwór zagrożenia. Otóż wydaje się, że specyfika judaizmu (zaskakująca jest realizacja, że w istocie swej geneza chrześcijaństwa to nic innego, jak jedna z kolejnych sekt, odmian tłumaczenia Tory i judaizmu powstałe na tych samych mechanizmach, jak siedemnaście wieków później ruch chasydzki) polegała na uniknięciu asymilacji w czym niezwykle pomocna była właśnie religia i jej kanony nie tylko obrzędowe i socjalne. W odróżnieniu jednak od chrześcijaństwa czy muzułmaństwa – żydzi nie byli aktywni w nawracaniu innych. To z kolei skutkowało uniknięcia uniwersalizmu, który pomaga w asymilacji.

Przypominam sobie powieść Richarda Zimlera „The Last Kabbalist of Lisbon” (The Overlook Press, New York, 1998). Lata największego pogromu Żydów aż do czasów II wojny i idei kompletnej zagłady. Portugalia przełomu wieku XV i XVI. Antysemityzm, gdzie chęć rabunku (diaspora żydowska w Portugali i Hiszpanii była bardzo wpływowa i bogata) i katolicka dewocja monarchów iberyjskich dały bodaj narodziny masowego antysemityzmu europejskiego. Pierwsze też przykłady urzędowego masowego nawracania na ‘prawdziwą’ wiarę (katolicką). Przerzucam kartki tej książki, odczytuje fragmenty, które tak mnie poruszyły ponad dwadzieścia lat temu, gdy czytałem ją pierwszy raz. Ciekawe, że powieść, rzecz z natury swej oparta na fikcji, na sytuacjach i bohaterach wymyślonych – ożywia historię, nadaje jej rumieńców życia. Żydzi sefardyjscy doświadczyli na Półwyspie Iberyjskim prześladowań niewyobrażalnych, które trwały setki lat. I tysiące morderstw, grabieży, gwałtów. Byli ulubioną (i bardzo intratną finansowo) ofiarą katolickich monarchów Hiszpanii i Portugalii.

I zaraz, w perspektywie już szerszej, prawie uniwersalnej, wracam do prac badacza literatury Piotra Sadzika z Uniwersytetu Warszawskiego na tematy maranizmu, inności, ukrywania i poszukiwania tożsamości. Maranami nazywano w Hiszpanii i Portugalii właśnie żydowskich konwertytów na chrześcijaństwo. Małe grupy tych maranów dotarły nawet aż do Polski osiedlając się w Zamościu, Lwowie i Krakowie. I wracam jednocześnie do przypomnienia polskiego pogardliwego określenia żydów, którzy przeszli na katolicyzm: przechrzta. ‘Przechrzta’ kryje w sobie jakby pewne oszustwo, szalbierstwo, nieszczerość. W domyśle można powiedzieć, że nie ufano im bardziej chyba niż Żydom, którzy trwali w judaizmie. Jest tu dość adekwatne (nie tylko do tej konkretnej sytuacji) angielskie powiedzenie: damned if you do and damned if you don’t . Czyż nie jest to specyficzna, polska odmiana maranizmu? Sadzik idzie dalej – właśnie przez podkreślenia wartości uniwersalnej współczesnego maranizmu: każdej inności, każdej odrębności od normy. To już temat inny jednak, wykraczający poza, sensu stricto, antysemityzm polski.

Ostatnim – wszak niezwykle ważnym – tematem jest sprawa rządowego, nakazowego i instytucjonalnego antysemityzmu. Sterowania niechęci, fobii narodowych i religijnych przez władze polityczne.

To nie przez jakieś specyficzne cechy Polaków i Rusinów, Polska Kazimierza Wielkiego i kolejnych monarchów Rzeczypospolitej była krajem do którego uciekali przed prześladowaniami Żydzi z Zachodniej Europy. To właśnie dzięki świadomej polityce tych monarchów ten kraj był postrzegany, jako tolerancyjny.

Niestety, siły polityczne, które władały II Rzeczpospolitą od samego zarania w 1918 po straszny rok 1939 – do tolerancyjnych i światłych nie należały. Nawet sympatycznie i przyjacielsko nastawiony wobec Żydów Marszałek Piłsudski nie potrafił poskromić skrajnie antysemickich nastrojów społeczeństwa i elit politycznych. A największa polityczna siła nowego państwa – Endecja Dmowskiego – marzyła tylko o jednym: o pozbyciu się elementu żydowskiego z Polski na zawsze. Jedni oskarżali ich o agenturalność wobec Niemiec, drudzy o sympatie pro-sowieckie. Jedna z warszawskich gazet publikowanych po hebrajsku tak pisała o latach 1918-19: „w tej godzinie, godzinie odrodzenia i ponownego zjednoczenia Polski, (…) my, Żydzi, siedzimy i opłakujemy nasze ofiary” ( M. Mirowski ‘Kwestia żydowska w II Rzeczypospolitej’; „Rzeczpospolita”,wydanie z 17 06 2017).

W latach wielkiej wojny z Sowietami w 1919-20, żołnierzy i oficerów polskich pochodzenia żydowskiego (w tym byłych legionistów, sic!) rozkazem Dowództwa Armii Polskiej internowano, obawiając się z ich strony dywersji na rzecz Sowietów.

Pisałem już o niesprawiedliwej ocenie pewnych historyków o Armii Krajowej, jako elementu antysemickiego. Tego zdania nie zmienię i uważam je za szkalujące. Ale i tu faktycznie znaleźć można wypadek szokujący: mord Żydów polskich w Lesie Siekierzyńskim pod Skarżysko-Kamiennym. Tymi lasami przebijał się idący na pomoc powstańcom warszawskim duży oddział AK „Barwy Białe’ pod dowództwem por. Kazimierza Olchowika (przyd. Zawisza). Natknęli się w lesie na grupę ok. 40-50 Żydów, uciekinierów z pobliskiego obozu pracy. Olchowik sformował oddział specjalny i wydał im rozkaz rozstrzelania wszystkich bez wyjątku. Rozkaz wykonano. Okolicznych chłopów zmuszono do pochowania ciał na okolicznych bagnach. Po wojnie, w latach stalinowskich, miał miejsce proces wykonawców tego mordu. Oskarżeni nie potrafili podać przyczyny rozkazu. Sugerowano, że Olchowik prawdopodobnie myślał, że taka duża grupa uciekinierów musi spowodować pościg Niemców, a tym samym śmiertelne zagrożenie dla oddziału AK. Nawet gdyby tak myślał, to czy podjąłby taką samą decyzję, gdyby uciekinierami byli więźniowie-Polacy? (dane z: J. Mazurek w Holocaust Studies and materials, wyd. 2013).

Ten wątek  ‘antysemickiej postawy’ AK, jako organizacji zbrojnej reprezentującej na terenach okupowanych polskie władze polityczne i wojskowe jest dla mnie niezrozumiały i szkodliwy. Stoi w sprzeczności z wszystkimi (jeśli chodzi o oficjalne stanowisko Dowództwa Krajowego AK, Rządu Polskiego w Londynie i Naczelnego Wodza) wytycznymi, postawą i rozkazami wyższych dowódców AK. Nic tego tak nie symbolizuje, jak akcja i organizacja znana jako Żegota.

Z wielu poważnych opracowań historyków na temat tej organizacji, wybiorę może najmniej (poza Kanadą) i nie przez zawodowego historyka-akademika pisaną. Cóż, te refleksje – moje – też aspiracji akademickich nie mają, o czym wspominałem. Wydawnictwo miało prosty tytuł: „Żegota. The Council for Aid to Jews in Occupied Poland 1942-45” ( Irene Tomaszewski, Tecia Werbowski, wyd. Price-Patterson Ltd.; Montreal. 1994-1999). Naturalnie, w tamtych latach na temat Żegoty wiedziano już w Polsce bardzo dużo. Nie tylko wśród historyków ale i w powszechnej, społecznej wiedzy. Niestety, nic prawie o tym nie wiedziano na kontynencie północno-amerykańskim. Teraz, w dużej mierze dzięki tej publikacji właśnie ci, co chcą i którzy powinni – wiedzą lub wiedzieć powinni. Ja tą ksiązkę otrzymałem od Autorki w Vancouverze, w roku 2006. Wiele lat później nawiązaliśmy kontakt ponownie. I pozwolę sobie (za jej zgodą) przytoczyć pewne fragmenty jej listu do mnie (korespondencja była głównie po angielsku, więc będą to tylko moje tłumaczenia).

            … w skrócie, Żydzi nie byli dla mnie kimś obcym ani my dla nich. Lubiliśmy, że jemy żytni chleb i marynowane śledzie i wszyscy myśleliśmy, że kanadyjskie jedzenie i rozmowy są nudne i nijakie.

Ale coś się później wydarzyło. Byłam zajęta małżeństwem, dziećmi, przeprowadzkami, rozwodem i znowu przenoszeniem się. Wróciłam na uniwersytet, żeby zrobić magisterkę i byłam słuchaczką na wykładzie profesora, który poinformował nas, że Rosja nie napadła na Polskę (w 1939 – przyp. moje), nigdy nie organizowała zsyłek Polaków (no, może kilku faszystów), a w rzeczywistości wyzwoliła Europę. Aha, a’propos: Polacy kolaborowali z Niemcami.  /… …/

Podobnie, jak Anglo-Protestanci i Żydzi, odwrotnie do Polaków, jestem pragmatyczna. ‘Komitet Dialogu’ jaki założyłam nie miał zmieniać świata, ale podjąć kroki ku wzajemnej edukacji. Ten komitet zorganizował pierwsze spotkanie polskich i żydowskich studentów uniwersyteckich w Montrealu. Bezposrednim skutkiem tego było zaproszenie polskich studentów do wspólnej wycieczki do Muzeum Pamięci Holocaustu w Waszyngtonie. Po powrocie wzięli udział w dyskusji prowadzonej przez urodzoną w Polsce Krysię Starker, dyrektorkę Centrum Holocaustu w Montrealu. Urządziłam serię wykładów Jana Karskiego w Montrealu na McGill; dla szkoły średniej w Żydowskiej Bibliotece; dla studentów uniwersyteckich. Byłam też w Zarządzie ,Polish Jewish Heritage Foundation’.  /… …/

Czy miałam poparcie ‘Polonii’? Myślę, że byłam trochę dziwolągiem. Wielu sądziło, że jestem Żydówką, niektórzy dalej tak myślą. Ale publikowałam pozytywne artykuły w ‘Globe &Mail’, ‘Montreal Gazette’, ‘Toronto Star’, za które byli wdzięczni i które … czyniły mnie jeszcze bardziej podejrzaną.

Po prawdzie, niektórzy z moich żydowskich kolegów też myślało, że jestem Żydówką i pytali się mnie czy jestem jedną z tych skrytych Żydówek, niechętnych do przyznawania się do tego. Kiedy Tecia (Tecia Werbowski – współautorka „Żegoty” – przyp. moje) i ja byłyśmy zapraszane na spotkania w Chicago lub Filadelfii, po odczycie słuchacze grawitowali do nas: Żydzi do mnie, Polacy do Teci. To było interesujące, ale miłe.

Fragmenty tego biograficznego listu Tomaszewskiej – lepiej  niż ja mógłbym – kreślą drogę autorki do napisania tej książki. 

Skąd wzięła się Żegota, kto ją finansował, wspierał, jakie było jej przywództwo? To dość zasadnicze pytania. Dają najkrótszą odpowiedź (choć nie wyczerpującą całego zagadnienia) o stosunku ludności i Państwa Polskiego do polskich Żydów w okresie Zagłady.  Spiritus movement powstania tej organizacji były dwie znane kobiety: pisarka o bardzo konserwatywnych, katolickich przekonaniach, Zofia Kossak i Wanda Krahelska, znana katolicka działaczka socjalistyczna blisko związana z Armia Krajową. I tu odwołam się do obszernego cytatu z tej książki Tomaszewskiej i Werbowskiej. Zorientowały się szybko, że indywidualne, acz heroiczne, akcje ratunkowe wobec Żydów w Getcie Warszawskim mogą pomóc tylko bardzo nielicznym.  Skutkiem tego było założenie organizacji, która mogła być wspierana przez dobrze zorganizowaną Armię Krajową  reprezentującą zbrojne ramię Rządu Polskiego na terenach okupowanych, uznanie i finansowe wsparcie tej organizacji bezpośrednio przez sam Rząd Polski w Londynie. Bardzo znamienne był skład pierwszych i najważniejszych działaczy Żegoty – to przekrój polskiego społeczeństwa i polskich ruchów politycznych wielokrotnie wzajemnie się zwalczających w okresie niepodległości państwowej RP. Adolf Berman (brat znanego działacza komunistycznego Jakuba Bermana, w latach stalinowskich niesławną Szarą Eminencję aparatu terroru, katorg więziennych i przemocy komunistycznej po 1945, aż do czasu Odwilży), działacz żydowskiej organizacji socjal-demokratycznej  Poalej-Syjon Lewica;  Leon Feiner, działacz Bundu, żydowskiej antysyjonistycznej partii socjaldemokratycznej;  Julian Grobelny, z Polskiej Partii Socjalistycznej (PPS);  Tadeusz Rek ze Stronnictwa Ludowego;  Ferdynand Arczyński ze Stronnictwa Demokratycznego (później Stronnictwo Polskiej Demokracji, którego był Sekretarzem Generalnym);  Władysław Bartoszewski i Witold Bieńkowski reprezentujący katolicki Front Odrodzenia Polski. Czemu ten skład i polityczne związki partyjne są tak niezmiernie istotne? Dlatego, że jest to parasol politycznie tak szeroki, że można bez najmniejszej wątpliwości uznać go za reprezentatywny  dla II Rzeczypospolitej Polskiej i dla Polskiego Państwa Podziemnego w latach 1939-45. Poza jedną siła polityczną. W tej grupie założycielskiej nie zbrakło komunistów i prawicowych katolików, konserwatystów i socjalistów, reprezentacji polskiej wsi i przedwojennej elity intelektualnej. Ale nie było oficjalnej reprezentacji … najliczniejszej siły politycznej (jeśli by każdą partię i stronnictwo polityczne rozpatrywać indywidualnie, a nie w koalicjach lub czasowych porozumieniach) II RP – zabrakło polskiej Endecji. Takie kolosalne pomyłki historyczne nie zaliczają się do przypadku. Nie są anomalią, a odwrotnie – są regułą.

Wzbraniam się przed napisaniem kolejnego zdania. Boję się, że to hiperbola niebezpieczna, może bardzo niesprawiedliwa dla wielu szarych zwolenników Narodowej Demokracji. Ale logiczne myślenie zmusza mnie do napisania tegoż. Więc zanotuje to nie w formie zdania twierdzącego, a w formie pytania: czyżby szatańska filozofia faszyzmu hitlerowskiego była formą przysługi Poncjusza Piłata dla polskiej Endecji? Czy jest możliwe, że może nie rodzaj metod ale efekt był odpowiedzią na pragnienia Endecji rozwiązania ‘problemu żydostwa’ w Polsce?

Wszelkie prześladowania jakiejkolwiek identyfikowalnej mniejszości są zawsze prawie szyte grubą nicią politycznych machinacji. Używanie parawanów  flag religijnych, narodowych, to tylko scenariusz budzenia lęku, fobii, strachu. „Jak nie my ich – to oni nas”.  A jeszcze, jak się zasugeruje, że ‘ich’ domy, liczne (naturalnie!) bogactwa rozda się ‘naszym’ , to wystarczy już tylko czekać na odpowiedni dzień, by drągi, siekiery poszły w ruch. I wtedy nie trzeba już nawet junty wojskowej organizować, nie trzeba ryzykować fałszowania wyborów. Wybory mogą się odbyć , jak trzeba. Demokratycznie. Zadowolony, bezkształtny tłum zagłosuje z wdzięcznością i bez przymusu. Trzeba jeszcze (strzeżonego pan Bóg strzeże …) tylko umiejętnie opublikować ‘przypadkowo odkryte’ listy, manifesty, programy ‘ich’ na plany naszego zniewolenia, przejęcia władzy, narzucenia ich religii (sic!), przejęcia wszystkich banków.  Od czasów upadku Starożytności – ten scenariusz powtarzał się wielokrotnie.  To dziwne, gdy się pomyśli, że pierwsze wielkie państwa-imperia przez kilka tysięcy lat nie stosowały tej metody. Przeciwnie! Może dlatego, że było nas (nas, jako ludzi ogólnie, globalnie) tak mało i każda para rąk lub mądra głowa na karku były bogactwem niezastąpionym, niezbędnym?

Współczesny antysemityzm, w tym antysemityzm polski,  są wypadkową dwóch trajektorii: wyssaną z ‘mlekiem matki’ tradycją silnie wspartą przez prostą, nieskomplikowaną i powierzchowną wiarę chrześcijańską – najsilniej występującą w formie rzymskokatolickiej i bizantyjsko-ortodoksyjną. To nie katolicyzm teologów i filozofów katolickich, a płytka i prosta wiara przekazywana przez wiejskich i podmiejskich plebanów  i manipulacjami władzy politycznej. Manipulacjami opartymi głównie na chęci utrzymania tej władzy. Za wszelka cenę. Uniknięcia rewolucji lub buntu. A w XXI wieku nawet zwykłym procesem demokratycznych wyborów.

Fakt, że Polska i ziemie polskie  w wieku XIX i XX posiadały najliczniejszą diasporę żydowską, że na terenach polskich w latach 1939-45 hitlerowskie Niemcy dopuściły się największej zbrodni Holocaustu – na zawsze symbolicznie powiązał słowa „Polska’ i „Polacy’ z tym terminem. Łatwo do tego dodać jeszcze akcje szmalcowników polskich ( z samej zasady i de iure zdrajców państwa i społeczeństwa polskiego), którzy z tych właśnie powodów obiektywnych (ilość Żydów polskich) swoje obrzydliwe plony zbierali najobficiej ( ich ofiarami byli przecież i etniczni Polacy, ci zwłaszcza, którzy z narażeniem życia Żydom pomagali, bo tak – w Polsce za pomoc Żydom groziła prawie zawsze śmierć a nie więzienie czy obóz) – a mamy scenariusz okrutny.

Co jest najobrzydliwsze w tym wszystkim, to fakt, że Żydzi po tej okrutnej Zagładzie, po 1945 traktowani byli w Polsce instrumentalnie, jak przykrywka dla ukrycia własnych niepowodzeń.  A przecież nie mogli już i nie stanowili żadnej siły politycznej ani nawet gospodarczej – stąd stworzono ten nowy, straszny mit ‘światowego żyda’, międzynarodowego spisku syjonistycznego, ‘Rothschildów’ decydujących o wszystkich globalnych finansach.  No i ten lęk dzieci, wnuków i prawnuków, że ktoś może zechce domagać się zwrotu posesji, które ich ojcowie, dziadkowie lub pradziadkowie zajęli po tym 45 … .

Dobiegłem w tych refleksjach końca.  Jaki jest polski antysemityzm? Konkluzja?

Nie wiem. Ale napiszę, co myślę.

Czy polski antysemityzm jest jednym z najgorszych, najgroźniejszych? Nie. Nie w moim widzeniu świata. Opiera się na tych samych, jak wszędzie filarach: lęku przed ‘innym’, chęcią rabunku (przejmowanie mienia żydowskiego), ciemnotą religijną  zbliżoną do zabobonu (‘no, jednak Żydzi zamordowali Chrystusa …’ ). I sprytnym, bandyckim politykiem – Władcą.

‘Władca’ (Rząd) ma tu rolę jednak absolutnie najważniejszą.  Być może we współczesnym, XXI wieku. istotniejszą nawet od religii, wyznań, Kościołów. To władza Legislacyjna, Rządowa i Sądowa decydują o polityce społecznej, mniejszościowej. Przede wszystkim o edukacji od lat najwcześniejszych, po szkoły wyższe. Bo dobra edukacja to dużo więcej niż tabliczka mnożenia i oprogramowania komputerowe. Dobra edukacja to budowanie silnej, pożytecznej konstrukcji o nazwie Człowiek. Człowiek myślący. Myślący krytycznie i samodzielnie.

Nie Polak, nie Żyd, nie Kanadyjczyk, Niemiec czy Francuz – Człowiek.

Link do cz.VI

Antysemityzm polski (cz. VI)

Bogumił Pacak-Gamalski

Obiecałem ten cykl wielu już artykułów na ten temat, zamknąć ostatnim, który ma zawierać moje osobiste refleksje  nt. antysemityzmu polskiego. Refleksje widziane w perspektywie historii ale i w perspektywie szerszej, europejskiej (w tej europejskiej tradycji  poczytuję też nowe kraje, wyrosłe na gruncie europejskiego ekspansjonizmu: Australię, Nowa Zelandię, USA i Kanadę).

Niestety, dobre intencje natrafiają na równie dobre przeszkody. Zasada: im dalej w las, tym więcej drzew sprawdza się i tym razem. Co raz znajduję lub z zakamarków pamięci wydobywam nowy szczegół, nową perspektywę, która wydaje się ważna, ba – czasem wręcz niezbędna w zrozumieniu zagadnienia. I nie mogę ośmielić się bez tych fragmentów zasugerować odpowiedzi na kwestie jakim jest polski antysemityzm. Ze względów więc objętościowych tekstu muszę go podzielić na dwie części osobno opublikowane. Dziś ta pierwsza część .

Jak – w tej perspektywie – jawie się polski antysemityzm? Jest czymś wyjątkowym czy czymś porównywalnym do tych pozostałych krajów?

Trzeba będzie wszak osobno podkreślić i osobno, krótko opisać nie tylko zjawisko antysemityzmu w szerokich rzeszach ludności głównie chrześcijańskiej ale i też specyficzną cechę antysemityzmu rządowego, państwowego. Poniekąd urzędowego, z nakazu.

Czy niespotykany monstrualny i morderczy  antysemityzm III Rzeszy Niemieckiej był prostą pochodną monstrualnego antysemityzmu Niemców, jako narodu, w latach 1938-45? Czy Crystal Nacht było odosobnioną akcją szturmówek NSDAP, przyjętą z oburzeniem i pogardą przez większość Niemców?

Nie mogę dać na to jednoznacznej odpowiedzi. Wydaje mi się, że Niemców znam dobrze. Odwiedzałem ten kraj wielokrotnie. Znam bardzo dobrze i blisko Hamburg, dobrze Berlin, Frankfurt nad Menem uwielbiam, to jedno z moich ukochanych miast Europy. Ale nie znam na to pytanie odpowiedzi. I nie ośmieliłbym się jej formułować.

Jakiś czas temu na Facebooku ukazał się wstrząsający post pana Piotra Osęki, którego obszerne fragmenty tu zacytuję:

Hitler jaki jest, taki jest, ale po wojnie należy mu się w Warszawie pomnik” – rajcowały sąsiadki moich dziadków, obserwując łunę nad płonącym gettem. Na ulicy dzieci bawiły się w „gonienie Żyda”, triumfalnie demaskując uciekinierów. A była to tzw. dobra kamienica na Starej Ochocie, urzędniczo-inteligencka, zamieszkiwana głównie przez żony polskich oficerów, których mężowie siedzieli w oflagu.
Na sąsiadów-antysemitów trzeba było uważać, bowiem od jesieni 1942 w mieszkaniu dziadków ukrywały się dwie żydowskie dziewczynki, Hania i Sabinka, jedyne ocalałe z wielodzietnej rodziny. Siedmioletnia Hania, rówieśniczka mojej mamy, była co prawda blondynką z niebieskimi oczami, ale potrafiła mówić tylko żargonem, mieszaniną polskiego i jidysz. Nastoletnia Sabinka z kolei posługiwała się literacką polszczyzną, jednak miała – tu straszny okupacyjny zwrot – „zły wygląd”. Chociaż w kamienicy ani w pobliskich domach nie było ani jednego Niemca, dziewczynki trzeba było wciąż upominać, żeby nie hałasowały, mówiły szeptem, trzymały się z dala od okien. Sabinka lepiej rozumiała grozę sytuacji, za to Hania okazała się żywym dzieckiem i kiedy odzyskała poczucie bezpieczeństwa, chciała bawić się i dokazywać.
Wreszcie stało się to, co nieuniknione. Dzwonek do drzwi. Dozorca. „Pani Piotrowska, sąsiedzi mówią, że pani tu Żydówki chowa. I że albo ja coś z tym zrobię, albo oni pójdą na gestapo”. Dzięki ostrzeżeniu katastrofy udało się uniknąć. Tej samej nocy Hani i Sabince znaleziono inne schronienie; obie przeżyły wojnę i jako młode dziewczyny wyjechały do Izraela. Moja mama i Sabinka przez wiele lat pisywały do siebie listy.
(post z 21.04.2023)

Post, jak z dalszej treści wynika, był spowodowany nagonką na znaną historyczkę i badaczkę historii Żydów polskich, Barbarę Engelking. Nagonka, jak wiele takich, była zorganizowana przez środowisko PiSowskie, naturalnie.

Opisywana przez pana Osękę historia, którą zna dobrze dzięki swojej mamie, ma dwojaki efekt. Tak, opisuje prześladowanie Żydów, donosicielstwo, ale opisuje też uratowanie żydowskich dziewczynek. Uratowanie przez Polaków (rodzina pana Osęki) i przez dozorcę kamienicy. Może nawet w pewnym stopniu przez sąsiadów-Polaków, bo wszak mimo iż byli tym wystraszeni (‘sąsiedzi mówią, że pani tu Żydówki chowa. I że albo ja coś z tym zrobię, albo oni pójdą na gestapo’ ) to jednak ani oni ani dozorca na gestapo nie donieśli. I dzięki temu – groźnemu ale ostrzeżeniu – udało się je przenieść w inne, mniej gęsto zamieszkane i bezpieczniejsze miejsce.

Jest w tym tekście też inna refleksja. Wyjątkowa, bolesna. Opisująca piękne świadectwo tysięcy ‘polskich’ drzewek w Yad Vashem w Izraelu.  Jakże smutnie i boleśnie zakończona: ‘Siedem tysięcy drzewek w Jerozolimie to wspaniałe świadectwo, ale gdyby drzewa posadzić też antysemitom i donosicielom – strach pomyśleć, dokąd sięgałby ten las’. Tylko, że to już tylko nasza tęsknota za szlachetnością, za człowieczeństwem nie zawsze w złych czasach dorastającym do naszych pragnień … . Raz jeszcze przytoczę pasujące tu wyjątkowo motto pierwszej powieści o Zagładzie autorstwa Zofii Nałkowskiej „ludzie ludziom zgotowali ten los

W innym miejscu tego fejsbukowego postu autor przytacza też nie zawsze szlachetne lub wręcz haniebne postępowanie niektórych oddziałów AK, a zwłaszcza w latach po drugiej sowieckiej okupacji Polski w 1944-47. Tutaj się z takimi uproszczeniami zgodzić nie mogę. Dowództwo Naczelne tak w kraju, jak i rządu polskiego w Londynie kategorycznie potępiało i zabraniało prześladowania polskiej ludności żydowskiej. Czy istniały przypadki (może nawet częste) postępowania poszczególnych oddziałów AK w sposób niegodny munduru polskiego? Nie wątpię. I są na to zapewne dowody. Partyzantka, nawet najlepiej zorganizowana, to jednak nie regularne oddziały wojskowe, gdzie dyscyplinę i karność można wymusić. Przez większość czasu trwania okupacji niemieckiej w Polsce Ruch Oporu nie był w stanie nigdzie prawie zorganizować nawet namiastek ani wymiaru sprawiedliwości, ani kontroli administracyjno-policyjnej. Zupełnie inna sytuacja była na Kresach. I w dwóch innych okresach wyznaczających dwie różne okupacje sowieckie: tę pierwszą, efekt Paktu Ribbentrop-Mołotow i drugą w 1944.  Problemy polsko-żydowskie w czasie tych sowieckich okupacji były bardzo różne od stosunków polsko-żydowskich na terenach okupowanych przez Niemców. W obszernym t.1 archiwum Rządu Polskiego w Paryżu i następnie w Londynie znajduję raporty z kraju (gen. Tokarzewskiego i płk. Roweckiego) do gen. Sosnkowskiego z pierwszych miesięcy obu okupacji: sowieckiej i hitlerowskiej. Spisywane suchym językiem zdyscyplinowanych wysokich oficerów są tam informacje na temat sytuacji Żydów polskich w Generalnej Guberni i na Wileńszczyźnie, Wołyniu i Podolu. Pamiętać należy, że to tylko miesiące po przegranej kampanii wrześniowej 39. Hitlerowskie mordercze polowanie na Żydów dalekie jeszcze było od tego, co miało nadejść wkrótce. Pierwsza jest nota płk. Roweckiego o pieniądzach polskich przekazanych w Paryżu do posła chilijskiego, Żyda polskiego Salomona Mikicińskiego. Mikiciński jechał z Paryża do Warszawy, jako poseł Chile by zlikwidować tam Konsulat Chile w Polsce. Minister SW RP, Stanisław Kot przekazał mu 6.5 miliona złotych do przekazania znanym mu zaufanym wysokim urzędnikom państwowym lub wysokim oficerom polskim. Z tej sumy do Roweckiego miało dotrzeć tylko poniżej 2 mln. Resztę pobrał za swoje koszta lub rozdał komu uznał za stosowne (cele charytatywne, jak to określił) sam Mikiciński.

Drugim dokumentem jest raport nr 17 z 8 lutego 1940 (Płk. Rowecki do Gen. Sosnkowskiego w Paryżu). To już szerszy raport wywiadowczo-sytuacyjny z obszaru obu okupacji (niemieckiej i sowieckiej, przyp. moje). Ciekawe (w kontekście tematu moich artykułów) są tu spostrzeżenia stosunków społecznych na terenach Wileńszczyzny i Polesia.  Rowecki konkluduje, że szczególnie nasiliło się w masach chłopskich i drobnomieszczańskich (polskich i białoruskich) uczucie nienawiści do Żydów, ze względu na sympatie do okupanta sowieckiego oraz liczny udział Żydów miejscowych w administracji i milicji bolszewickiej. Zauważa jednak, że ta kolaboracja żydowsko-sowiecka spotyka się ze sprzeciwem żydowskich działaczy syjonistycznych i tych z Bundu (socjaliści żydowscy). („Armia Krajowa w Dokumentach 1939-1945” t.1 ‘Wrzesień 1939 – Czerwiec 1941’. wyd. Studium Polski Podziemnej, Londyn, 1970, wyd. Gryf, Wlk. Brytania)

Okres drugiej okupacji sowieckiej (w 1944) sytuację i stosunki polsko-żydowskie pogorszył na skalę niespotykaną.

Na Wileńszczyźnie, Ziemi Nowogrodzkiej, na Polesiu zapanował nieopisany terror lokalnej partyzantki sowieckiej, wspieranej przez regularne oddziały wkraczających wojsk sowieckich.  Ludność etnicznie polską mordowano masowo w wielu miejscowościach. W  miastach, miasteczkach i osadach wymordowano tysiące Polaków. To nie dotyczyło obywateli polskich innej etniczności. To było zaplanowane ludobójstwo elementu etnicznie polskiego. W głąb Rosji wywieziono z Wileńszczyzny ponad 80 tysięcy Polaków miedzy 1944-45. Tysiące wywieziono z Białostocczyzny, Grodzieńszczyzny. Tak wywieziono mojego ojca i jego brata w obławie pod Miednikami – blisko dwadzieścia tysięcy żołnierzy V Wileńskiej Brygady AK. Terror, jaki tam zapanował (w stosunkowo krótkim, kilkumiesięcznym czasie) był nie do opisania. Co to ma wspólnego z tematem? Ma, niestety. Pomijając zsyłki w głąb Rosji (naturalnie te były organizowane i przeprowadzane przez regularne oddziały wojska sowieckiego i NKWD) – ta akcja miała bardzo często (sterowany przez Sowietów i ich agentów na Kresach) charakter lokalnej czystki przeprowadzanej rękoma lokalnych partyzantów sterowanych przez  sowietów, składających się z lokalnej ludności nie-polskiej. Najliczniejszym (poza etnicznie polskim) elementem zamieszkującym Wileńszczyznę była ludność żydowska. Element litewski na tych terenach był bardzo znikomy statystycznie, znaczenie mogła mieć jeszcze ludność białoruska. Czasem w niektórych opracowaniach te oddziały partyzanckie napadające na ludność polską określano, jako oddziały żydowskie. Tu trzeba jasno powiedzieć, że to niezgodne z wiedzą historyczną. W tych oddziałach było bardzo dużo partyzantów pochodzenia żydowskiego – ale dowodzenie było ściśle sowieckie i przez Rosjan kontrolowane.  To dało też początek popularnego w latach 1944-55 (ale obecnego  w popularnym żargonie polityczno-mitycznym jeszcze długie dziesięciolecia później) określenia ‘żydokomuna’.

Łatwiej pewniej Polakom było zachować uczucie ‘niewinności’ wobec ogromu terroru i zbrodni popełnianej przez nowe polskie władze polityczne widząc wszędzie polskiego Żyda-komunistę. I znowu – niuanse, niestety … . Tak, w nowych władzach politycznych i Urzędu Bezpieczeństwa (Bezpieka polska) było sporo osób pochodzenia żydowskiego.  Ale doprawdy nie trzeba robić  mozolnych badań historycznych, by ten mit obalić.  Kto, będąc osobą myślącą przypuszczać może, że po latach niemieckiego terroru, po Zagładzie, cały polski aparat terroru stalinowskiego był zdominowany przez Żydów? Czyżby jakaś nowa fala emigracyjna Żydów z Kosmosu?  A przecież po licznych i wąskich uliczkach dzielnic żydowskich w polskich miastach nie chodziły tłumy komunistycznych i antypolskich agitatorów. Nie, chodziły tam tłumy żydów. Wyznawców i członków żydowskiej religii. Pejsy, specyficzne czarne lub futrzane kapelusze u mężczyzn i specjalne peruki na głowach kobiet to nie był symbol Kominternu a starożytnego wyznania religijnego. Czy byli znani i bardzo aktywni działacze polityczni, agitatorzy komunizmu? Oczywiście. Któż nie słyszał o Róży-Luksemburg, o Alfredzie Lampe? Przeciwnikach niepodległości w 1918. Tak, ich celem była komunistyczna Europa, a  na przeszkodzie tego stanęła ta nowa Polska. Ale czy postacie np. Juliana Marchlewskiego lub wręcz samego Feliksa Dzierżyńskiego świadczą o istnieniu ‘polonokomuny’? No, bo gdybyśmy byli logicznie konsekwentni, to jeśli ‘żydokomuna’, to jednak i ‘polonokomuna’ … .

Mówiąc o Wileńszczyźnie i skomplikowanej sytuacji etnicznej tam, nie sposób nie wspomnieć opanowania Wilna w 1919 przez oddziały płk. Beliny-Prażmowskiego (nie mylić z ponownym zajęciem Wilna w 1920 przez gen. Żeligowskiego). Nikt inny, jak tenże skądinąd autentyczny bohater legionowy, Belina-Prażmowski, dopuścił się wówczas w Wilnie pogromu na wileńskich Żydach w wyniku którego zginęło ponad 50 Żydów, wielu było pobitych, zniszczono stoiska i jatki handlowe, zdewastowano cmentarze żydowskie.

Wojny, zwłaszcza wojny na terenach skomplikowanych etnicznie, niosą ze sobą spustoszenia i zbrodnie popełniane na ludności cywilnej. Popełniane nie tylko przez najeźdźców. Często są to stare, nawarstwione żale i porachunki wobec różnych grup etnicznych, religijnych. 

Wszystko się w tej duszącej mazi antysemityzmu miesza. Wszystkie historyczne, odwieczne fobie, polityczne intrygi, mity i legendy prawdziwe i sfałszowane.

Żydzi w Dęblinie witają Marszałka w 1920

Jako ciekawostkę dodać warto, że właśnie Julian Marchlewski wydał bardzo inteligentną dysertację w 1920 w Lublinie „Antysemityzm a robotnicy”. Ta ciekawa praca historyczna opisująca dzieje antysemityzmu w części wstępnej sięga historii tego przekleństwa Europy na przestrzeni ponad 2000 lat. Nie będę tu się rozwodził nad zasadniczym tematem (antysemityzm a robotnicy) ale przytoczę specyficzny akapit ze s. 9. Chodzi tu o opis budzenia się antysemityzmu w Rzymie w latach po wygnaniu Żydów z Palestyny. Budzenia się, lub adekwatniej: sterowania przez cesarzy gniewu Rzymian w kierunku odróżniającej się od pozostałych mieszkańców Rzymu grupy etniczno-religijnej: Żydów. Marchlewski pisze: ‘Ten tłum zaś często burzył się, gdy go obdzierał cezar, gdy drożyzna panowała, gdy żołdactwo nazbyt swawoliło. Wtedy dobrze mieć kozła ofiarnego, na którym tłum swarliwy, używszy sobie, zaniecha innych celów swego niezadowolenia. W ten sposób Nerony, Kalligule, Tyberiusze nabrali wprawy w urządzaniu pogromów. Wszczął się pożar – bito żydów, drożyzna – bito żydów, pomór – bito żydów’.

Brzmi znajomo, prawda? Mało tego – wyprzedza to o sporo lat antysemityzm zbudowany na płaszczyźnie wiary katolickiej, synodów chrześcijańskich i Listów Pasterskich papieży i biskupów Rzymu i Konstantynopola.

W istocie zaczyna się rodzić dziwne uczucie. To jaki w końcu jest ten antysemityzm? Dlaczego? Co leży u jego zarania? Czym polski się różni od francuskiego, włoskiego a nawet rzymskiego z czasów Cesarstwa?

Link do cz. V https://kanadyjskimonitor.blog/2023/04/26/chasydzm-i-odrodzenie-nowej-rzeczypospolitej/

Polls contra kings

Since the death of Elizabeth II and culminating with the coronation of Charles III as King of Canada (and, incidentally,  other countries –among them notably Great Britain) the press pundits, bloggers and poll-takers and analyzers are constantly reminding us how unpopular the monarchy is. For a few years, the polls suggests,  the desire of Canadians to get rid of the Crown is about 60%. That’s a majority – they cry. People want democracy, not a king.

Democracy, you say, eh?  You mean Great Britain is not a democracy? Holland is dictatorial state and so is Belgium? What about Spain – are they still fascists? Don’t forget the awful undemocratic dictators in Sweden! Danes? My God – their beastly Queens are just filling the prisons under their opulent palaces! I won’t even mention the horrible oppression in Norway.

I could, of course, end the text here and just summarize: please, if you don’t know what you are talking about – please just don’t talk nonsense. But that wouldn’t be … shall I say – courtly?

First of all democracy per se is not a political state system but rather a political philosophy based on few strong cornerstones: all citizens elect their governments; they all submit themselves to the rule of law and last but extremely important: a division of independent powers: 1)executive; 2) judicial; 3)legislative. There is always so called Head of State. In a republic it is usually president, with strong or weak, often symbolic in nature, powers.  In monarchy the Head of State is a monarch, ruler. Monarch is a position for life, most often (not always) hereditary. In a modern, constitutional monarchy (as Canada and all European monarchies) the monarch defer to the democratically elected powers (parliament, prime ministers, ministers of the Crown) for actual governing.  Except. Yes, except that the Monarch (or the monarch through its Governor General or Lieutenant Governor in the Provinces) has a constitutional powers to reject a bill, withhold political appointment  (or judicial appointment). That power is legal and not at all symbolic. It could and have been used in Canada. And each Provincial V-ce Royal (other names of governors) although appointed (on the advice of prime minister) by Governor General – is representing the Crown directly in all provincial powers and authority. She/He represents not the Governor General but the king directly. If any of the Governors die in Office – the office is vacant, there is no one, who can step-in on temporary basis. The Chief Justice can carry out the duties of a governor if the governor for some reasons can’t carry them out (for example due to health reasons). But that capacity is void and null if the governor dies in office. The Chief Justice than must step down. The government can’t function, legislature has to be prorogued, no law or legislation can receive legal assent and is worthless.

It did happened in Saskatchewan very recently. Just few years ago.

What does it all mean? It means that the Crown is at the very foundation of the entire construct of a place called Confederation of Canada (or very improperly and legally wrong called most often – Canadian Federation, which it is not).

People can voice their opinion in popular polls on any matter they want to. It doesn’t mean they can change everything they want. Not everything is a popular desire. All the polls suggest that Canadians, for many years now, voice very strong opinions on the environment and strong support for climate change action. But when it comes to actual policies – they act contrary to it and will not vote for a government, that would state that it will absolutely legislate strong laws eliminating most emissions (that is possible), will not allow new industries unless they are ‘green’ by design.

Yes, we have carbon tax. But the tax is not unpopular mainly because people get the rebates. It doesn’t cost them anything. The truth to be told, the carbon tax is just a smokescreen. Ineffective and just a ploy. Better than nothing but certainly not the medicine we need to fix the problem.  But it is not because we have wrong or stupid governments. It is because the politicians are actually smart and know that we, Canadians, want to feel good but will not do anything that might actually cost us.  

The same with the calls to abolish the monarchy. Each province would have to agree to do it. Not in a referendum but actually through passing unanimous bill and the same bill would have to be pass again by House of Commons and Senate in Ottawa. If one province wouldn’t – the entire exercise is for nothing. It doesn’t mean that monarchy could not be abolish at all in Canada. But it means that Canada could end up being different not only politically but also territorially, with different borders and possibly different other states .  There is an old saying: don’t ask God to grant you your wishes, for you might be very surprise and shock if he does.  Before our current, Christian god (although it is not the only god in residence in Canada anymore), there were old Cretan, pre-Greek gods. A fellow called Midas, who was King on Crete, asked his god to grant him his wish of gold. The god granted him that wish. He got his wish that become his death. You probably know the story. It is a good one.

King Midas

I honestly believe that modern constitutional monarchy is a better guardian of true democracy and responsible government than a republic.  Didn’t always think like that, but do for many years now.  Would also prefer, in ideal situation, that the monarch would be Canadian living in Canada and not being king (or queen) of other foreign nations and on much more modest income (as most of European kings and queens are paupers comparing to Windsors). But that would be even more difficult to achieve than abolishing the monarchy. I will stick with what we have. Long  live to the King of Canada Charles III.

(btw – Justin Trudeau introduced new bill changing Charles title in Canada. It will not mention  in the title any other country (not even Great Britain), and it will drop the title ‘Defender of the Faith’ (Church of England) since Canada doesn’t have an official religion and is secular. I like it.

Alors – encore une fois, s’il vous plaît

by: Bogumil Pacak-Gamalski

These words often came to mind, seriously and in a playful mode, during my last Saturday visit to venerable Music Conservatory in Halifax.

First of all – finally something different than baroque music that seem to be in a bloodstream of Maritime musicians (or Cecilia Concerts –   most popular,  almost singularly exclusive organizer of  musical performances). Who doesn’t love Vivaldi and Bach? We all do! No, not so much. Not all and not all the time, anyway. Specially in my case. The same canons and styles repeated thousand times with slightly different arrangement and these funny rococo dresses, white powder and astonishing wigs  – could make you bit nauseating  … .

Halifax venerable Conservatory of Music

No this time, no. That was the music at its most glorious times. The times of Beethoven and Brahms. An ornamental intermezzo with less known (for a good reason) English composer Frank Bridge separated the German giants of great music. Immortal music. 

Whenever I am in Berlin and walk through the Tiergarten (Berlin’s Hyde Park), I like to go and sit on bench near the monuments of German’s giants of music: Haydn, Mozart, Beethoven. Only a short distance further is monument of Wagner. Never saw any of Brahms in Berlin. His famous and wonderful monument is in Vienna and modern, symbolic style sculpture in his native Hamburg –  that one I have seen many times as it is located just a stone throw away from my favored walking park in Hamburg – Planten un Blumen.  But enough of cities, monuments and parks I like to walk in. Back to music. In Halifax, not in Germany.

Let’s start with absolutely wonderful and musically very mature Gryphon Trio of Annalee Patipatanakoon (violin), Roman Borys (cello), Jamie Parker (piano). With addition of equally talented and very energetic  Ryan Davis (viola) it made brilliant quartet.

It is such an immense pleasure to listen to musicians, who effortlessly play with such unison and harmony! Each could be and indeed is a soloist in her/his right. But as member of an musical ensemble they become one. All the strings combined sounded like they were played by one soul with many hands. No unnecessary showmanship but unity in sound, tempo and tone.

Pianist Jamie Parker and his style of playing was very familiar to me. By no accident, of course. Parker studied in Vancouver under the tutelage of no one other than Lee Kum Sing. I recalled many long chats with Lee Kum Sing about his method of preparing young pianists to stage career. And the many traps and very insidious mannerism that lurks for musicians hungry of applause.  In early middle and conservatory level musical schools, teachers tend to tech how to play an instrument. But are very oblivious to the teachings of public expressions and stage unforgivable atmosphere. It is only in later years, if they are lucky enough, that they might found someone, who would teach them that. Someone, who has a stage/soloist experience. Typical music teacher in a conservatory or even an university is good theorist, good musician – but failed or couldn’t even begin a soloist career. It takes stamina, courage, perseverance and clear vision to become one.

In Halifax Conservatory the  hall was full. I was pleasantly surprise that a large section of the audience was below the typical here custom of silvery hair covering age of substantial life experience.  Not that there is nothing wrong with it. Especially if that composure still hides an eternal youth! No, it simply saddens me often that so many young people avoid such experience of good music. Chances are that if you don’t get that shot early in your life – you will never discover the beauty of so called classical music (I despise the term myself – music has only two genres: good and bad, period). And it is, for most part, a good music. Music that expands your horizons, your emotionality.

Anyhow – my luck this evening resulted in choosing my seat – between two empty seats. Alas, empty not for long. Just before the music started playing – two very young men sat on both sides of me, LOL. Probably below the age of twenty. 

Music. How to begin? A good suggestion would be: play most likely the absolute god of all music. The incomparable Ludwig van Beethoven.  And why not a composition, when The Great One was founding his totally unique, own musical style. The Piano Trio No.5 in D major, opus 70.

That composition (also known simply as a “Ghost’ – often combined with Macbethian origin) is superb on many levels. And is has been many years since I heard it full in a concert hall.

They began. The strings play the Allegro vivace wonderfully. Every note is essential, not replaceable.  The cello seems to lead dancing guests, the tempo and direction of the troupe. You can see the dancing group of guests in some forest, some meadow.  Very diminutive, quite sound of piano is somewhere, far away, only in moments yet it seems so constant. The sound of air around.

Then comes the Largo. Totally different in every aspect from I and 2 part. Ghostly indeed. My mind for split second jumps to memory of Ravel’s ‘Gaspar the la Nuit’.  Naturally, my comparison would have been absolutely alien to Beethoven as he died many years before Ravel composed ‘Gaspar’.   But the atmosphere is there. Specially in the piano parts. The piano plays here the leading part, the strings follow.

Presto returns to the happy  yet,  majestically vibrant procession like in Allegro, albeit in different melody and  more robust tempo.

After that trio I was sold fully. Uncanny-funny  side note: large city surroundings offer sometime surprises even for much more solid stages. It did during this concert in a perfect moment – during Largo. Distant noise of flying nearby helicopter.  I noticed some listeners were petrified. I found it very amusing and … interesting. In Largo, that distant monotonous sound was like a military drums of funeral march.  It fit the music very well.

After a short intermezzo the stage is taken by our pianist and the youngest but not lacking in talent, viola soloist, Ryan Davis. They both played a two short pieces of British composer from the turn of XIX and XX century, Frank Bridge. Bridge was , at his time and place, very well-known player of viola. These two compositions (Pensiero and Allegro Appossionato) are a good testament of his knowledge of the instrument. I see it mostly as an ornamental music, what we would call today: popular music. And I am sure it was popular in London’s salons of that time. It certainly allowed Davies to shine as an exceptionally musical viola player. In Allegro he was brilliant.

In music, the term pensiero  would be closer to largo in character and meaning. It represents  a heavy, uneasy thought, longing. The most brilliant representation of it would be, of course, no other than the music of Verdi in his unforgettable choir in NabuccoVa , pensiero, sull’ali dorate . Frank Bridge composition definetly is not sull’ali dorate (… on golden wings). But it is pleasant to listen to.  

Last but by any means not least, comes Johannes Brahms complicated Piano Quartet No. 1 in G minor. Brahms was so absorbed in his own prestige, in his almost neurasthenic fear of not living up to the greatest of greats in music, that he worked on his pieces over and over for years at a time. Changing note here, tempo there or even scale. The end was mostly brilliant composition but, at times (I think) it lacks soul. Music must be a story. A story of epic proportions, human story of struggle: in grief and in joy, despair and happiness.  It is very original construction of musical subjects unfinished, un-ended. As sentence ending many times without a period. Sentence beautiful, nonetheless.

I think that it must pose a challenge for musicians to play it, to find the right pace and continuity. I thought that the Gryphon Trio with Ryan Davies played it splendidly.

You truly start to like it, to have sort of understanding of the music, in the middle of part two (Intermezzo – Allegro) and 3rd part (Andante con moto) brings some continuity and lyrical story to follow, to imagine.

Finally comes Rondo alla Zingarese. One of the most intense finale of the entire period in music. Let me use more precise, elegant terminology:  it is insane, it is crazy. And it is wonderful.  How does it end? It doesn’t! When you are sure that a powerful finale stopped playing and you are just about to jump to your feet with applause – the musicians play another finale, almost identical but not exactly. And again, and again … .

Even if you are not the greatest fun of the serious music – please go once to a concert of Johannes Brahms Piano Quartet N.1 in G-major, op. 25. And if you absolutely can’t stand this type of music – stay away for the first 3 parts – but, for Heaven’s sake, come back to listen to Rondo alla Zingarese.  It will change your opinion of so called ‘classical music’! I guarantee it. You might even scream at the end:  encore une fois, s’il vous plaît !

The Gryphon Trio with Ryan Davis concert in Halifax, April 29, 2023

Smutne zaułki

Bogumił Pacak-Gamalski

Część III

Temat nie prosty. Nie bardzo nawet wiem od której ‘strony’ do niego podejść. Początkowo miało być o złożonej i niełatwej stronie historii polskiego antysemityzmu, a bardziej jeszcze ściśle, o zaminowanym polu Holocaustu Żydów polskich na terenach polskich w czasie 2 wojny.

Jest też temat poboczny niejako ale uwagi wymagający – temat Wikipedii, jej wiarygodności lub nie, gdyż w tym wypadku Wikipedia ma z tym tematem zasadnicze znaczenie, co dalej wyraźnie wytłumaczę. I od tego zacznę (bo łatwiej i prościej), Z pozoru błahy, w istocie bardzo ważny.

Kto i kiedy ostatnio zaglądał do encyklopedii? Nie przez Googla ale do encyklopedii drukowanej przez jakieś znane i cenione (jakiekolwiek) wydawnictwo naukowe? Cisza? Ano tak – z tych drukowanych nic się w zasadzie nie ustało. Próbowały tu i ówdzie niektóre szacowne instytucje. I wszystkie prawie bez wyjątku poległy ‘na polu chwały’ próbując. Jedyną (z tych znanych i szanowanych na świecie) była Encyklopedia Britanica, która walkę podjęła. Nie, nie walną bitwę, bo przy ostatniej próbie edycji w druku też przegrała. Ale bitwa przegrana nie oznaczała klęski totalnej – Britanica potrafiła przekształcić się w wydanie elektroniczne (online), systematycznie aktualizowane. Upadek popularnych wydawnictw encyklopedycznych nie jest świadectwem zaniku rynku czytelniczego (w każdym razie nie wyłącznie) ile prędkością nowych odkryć, badań i stanu wiedzy, którym charakteryzuje się współczesny świat. Ta prędkość przekracza możliwość aktualizacji tradycyjnych, drukowanych wydań.

W takim nowym świecie zaistniała Wikipedia – bardzo zacny projekt łatwo dostępnej i czytelnej wiedzy na wszelkie możliwe tematy. Ale Wikipedia nie opiera się na tradycyjnym systemie opłacanych autorów, recenzentów i edytorów ze świata akademickiego (co nie oznacza, że naukowcy nie mogą i nie edytują Wikipedii indywidualnie, prywatnie). To Projekt wydawnictwa socjalnego, społecznego, gdzie każdy teoretycznie może nowe artykuły-tematy napisać i opublikować, a inni mogą te artykuły rozbudowywać, poszerzać. Naturalnie pewne zasady są twardymi prawami, których łamać nie wolno: temat (osoba, zagadnienie, wydarzenie, itd.) muszą być same w sobie ‘encyklopedyczne’, tzn. muszą już istnieć w świadomości i przestrzeni świata realnego. Osoba musi istnieć w jakiś opisach, zaznaczeniach istotnych medialnych, naukowych, bibliotecznych. Podobnie z wydarzeniami, produkcjami artystycznymi lub naukowymi. Słowem muszą mieć minimalną obecność publiczną. By stworzyć artykuł pt. ‘Jan Kowalski’ autor musi wykazać, że Jan Kowalski jest osobą, która istnieje w publicznym realu przez zauważoną publicznie lub naukowo działalność. By artykuł mógł być zatwierdzony do publicznej publikacji w Wikipedii musi być stworzony przez autora, który już ma uprawnienia edytorskie lub redaktorskie w Wikipedii (czyli osoby, która wykazała się umiejętnością publikacji takich tematów, szeregiem edycji innych artykułów i znajomością zasad). Nie jest to proces ani taki łatwy ani prosty. I generalnie rzecz ujmując Wikipedia jest w miarę dobrym i w miarę rzetelnym źródłem popularnej wiedzy. Nie jest natomiast źródłem wiedzy opartym na rygorystycznych badaniach akademickich. Fakt, że istnieje olbrzymia ilość językowych/narodowych Wikipedii sprawę komplikuje jeszcze bardziej. Oryginalna Wikipedia jest projektem opartym na języku angielskim. Nie oznacza to bynajmniej, że projekty innych języków są po prostu tłumaczeniami z angielskiej Wikipedii. Nie, każda Wikipedia posiada własną  niezależność edytorską. Co jest też plusem ale i minusem tego projektu. Temat encyklopedyczny w Polsce może nie mieć znamiona encyklopedycznego w świecie anglosaskim lub ogólnie międzynarodowym. Stąd te językowe wersje/projekty wikipedialne często różnią się bardzo i są w dużym stopniu ‘napiętnowane’ specyfiką narodową. W polskiej wersji jest nadmiar lub nadana jest waga najsilniejsza np. tematom związanym z wiarą i Kościołem katolickim; generalnie charakter pewnych artykułów socjalno-filozoficzno-światopoglądowych będzie bardziej nacjonalistyczny, z wyraźnym naciskiem na prawicowo-narodowościowe widzenie świata. Łatwiej jest napisać i opublikować temat  ‘Złoto’ lub ‘Planeta’ bądź ‘Dąb’ niż temat z dziedziny historii (zwłaszcza polskiej), biografie znanej i ważnej osobistości, tematy z dziedziny LGBTQ+. Wojny i spory edytorów, redaktorów i tzw. Administratorów (stosunkowo najwyższa i prawie ostateczna władza w Wikipedii) są w tych tematach ustawiczne, czego dowodem są czasem dziesiątki stron historii edycji, zmian, usuwania zmian, przywracania tych zmian, kolejnych zmian lub wręcz blokad redaktorów lub ostatecznie uniemożliwienie wprowadzenia jakichkolwiek zmian. Lub po prostu usuwania danych artykułów-tematów z przestrzeni publicznej. Najostrzejsze walki edytorskie są naturalnie wobec tematów światopoglądowych, z nauk socjalnych – bywa, że edycji i zmian (usuwanych i przywracanych) jest tysiące i historia edycji to książka sama w sobie o objętości wielokrotnie większej niż sam artykuł encyklopedyczny. Świadczyć to może o rygorystycznych zasadach i znaczeniu obiektywizmu, ale też świadczyć może o zjawisku przeciwnym: uleganiu popularnym tendencjom, spojrzeniu subiektywnym (upolitycznienie tematu, światopogląd edytora, itd.). Oczywiście normalny czytelnik ani tych wojen ani zmienianych wersji nie widzi – widzi jedynie zatwierdzoną na stan obecny oficjalną wersję. Co nie zonaczą, że jutro moga tam nastąpic kolejne zmiany. Czyli ‘gwarancja’ podanych informacji jest tylko na ten moment, gdy artykuł czytamy. Każdy ma też dostęp do hgistorii edycji i zmian i obejrzenie form poprzednich – tyle, że komu się chce godziny na to poświęcać? I słusznie – chyba, że własnie to nas interesuje bardziej niż sam artykuł. W olbrzymiej wiekszości wypadków zmiany i kolejne edycje są w istocie drobne merytorycznie, techniczne i zasadniczego tekstu i podanych informacji nie zmieniają.

Generalnie jest to praca bardzo czasochłonna, gratisowa, często niewdzięczna, anonimowa i mój ukłon w stronę osób, które się tym zajmują. Sam mam pewien stopień uprawnień na Wikipedii ale od lat już nie jestem w niej aktywny (bardzo sporadycznie poprawiam jedynie znalezione przypadkiem ewidentne błędy w artykułach) z powodów i czasowych i braku cierpliwości wobec brania udziału w beznadziejnie długich i często bardzo nie merytorycznych wojenkach .  Ostatecznie ileż razy można być pytanym o udowodnienie, że Ziemia nie jest płaska?

Przy tych wszystkich niedoskonałościach Wikipedii nie zmieniłem zdania, że jest to Projekt bardzo pożyteczny. . Wydaje mi się, że ów szalenie niedoskonały, a przez to szalenie demokratyczny sposób powstawania haseł, jest w dużym stopniu obrazem rzeczywistego poziomu wiedzy ogólnospołecznej. Jest tak niedoskonała, jak sama demokracja.  A te ‘barwy’ narodowo-językowych edycji w pewien sposób są jej charakterystycznym kolorem: skoro Polacy (mimo wszystko) nie są społecznością empatyczną wobec np. tematów LGBTQ+, to taki a nie inny (ubogi dość i daleki od doskonałości) stan rzeczy jest może dobrym zwierciadłem i stanu wiedzy i społecznej akceptacji tego tematu w Polsce.

Podobne opinie można wydać o innych projektach językowo-narodowościowych. Ja opierałem się tu głównie na polskiej i anglojęzycznej, bo te Projekty znam najlepiej i przy nich pracowałem lata temu.

A teraz  wyciągnijmy ‘szydło z worka’ genezy tego artykułu. O co mi chodzi? Bynajmniej nie o Wikipedię. Ona po prostu w temat jest uwikłana.

Więc … ad rem – na swoim personalnym profilu na Facebooku mam ok. 600 znajomych. Naturalnie pewna część z nich nie była ani moimi przyjaciółmi ani nawet znajomymi przed Facebookiem – po prostu ludzie, którzy mnie zaciekawili lub których ja zaciekawiłem. Z tych dwóch kategorii dwie osoby tu wymienię i przepraszam ale bez tego nie byłoby tego artykułu. A post, o jakim tu pisać będę był opublikowany publicznie tzn. jest widzialny i czytelny dla wszystkich, nie tylko znajomych. Nosi więc znamiona artykułu publicznego, funkcjonującego w przestrzeni publicznej na tej samej zasadzie, jak jakikolwiek artykuł opublikowany w jakiejkolwiek gazecie, wydawnictwie prasowym – de facto jest esejem historycznym opublikowanym w znanym wydawnictwie naukowym.   Chodzi mi o Ryszarda Tylmana,  poety i grafika z Vancouveru oraz prof. Jana Grabowskiego, historyka Uniwersytetu Ottawy.  Autorem tekstu, który mnie do tego artykułu skłonił jest prof. Jan Grabowski. Obaj panowie są moimi znajomymi na Facebooku.

Ryszarda znam sprzed wielu lat dobrze z Vancouveru, gdzie miałem z nim liczne kontakty tak profesjonalne (redaktorsko-edytorskie), gdy publikowałem jego twórczość poetycką na łamach rocznika, którego byłem naczelnym, jak i towarzyskie. Gdzieś przy końcu chyba pierwszej dekady XXI wieku kontakt nasz się urwał ze zwykłej przyczyny, że wycofał się z wszelkiej aktywności w środowisku polskim (choć miałem z nim jeszcze bardzo sporadyczne spotkania). W tym samym czasie byłem w bliskiej przyjaźni z jego byłą żoną, filologiem polskim, kobietą o niezwykłej wiedzy i inteligencji, z którą wiedliśmy bardzo długie dyskusje na tematy literackie i sztuki ogólnie. Muszę nadmienić, że w czasach gdy te kontakty mieliśmy oni nie byli już małżeństwem. Ale siłą rzeczy czasem mówiła ze mną też o Ryszardzie. Oboje pochodzili z Krakowa i tam ukończyli UJ. Pochodzili z rodzin zacnych i inteligentnych. Nie przypominam sobie bym kiedykolwiek na tematy żydowskie bezpośrednio z Ryszardem jakieś dyskusje prowadził. Z Anną Tylman – tak. Mieliśmy na ten temat zbliżone opinie i boleliśmy nad tragedią Holokaustu, zwłaszcza Holokaustu Żydów polskich, którzy byli tak nieodłączną częścią naszej wspólnej ojczyzny, że ich brak nawet dla nas, urodzonych już po wojnie, był ciągle boleśnie odczuwalny. Nie znosiliśmy tradycyjnego, niskiego i wulgarnego często antysemityzmu polskiego, z którym i na emigracji się spotykaliśmy. Ale też nie przypominam sobie, by Anna kiedykolwiek mówiła coś o jakimkolwiek antysemityzmie ze strony Ryszarda. Ja sam widziałem go jako człowieka światłego, nowoczesnego, socjalnie zaangażowanego i zakładałem, że miał na te tematy podobne poglądy i stanowisko. Tak do tej pory uważam i nie mam podstaw do zmiany mojej oceny.

Profesora Grabowskiego cenię bardzo jako wyjątkowego znawcę historii (zwłaszcza współczesnej) Żydów polskich. To historyk o znacznym dorobku naukowym a jego badania tego tematu bez wątpienia mają też często charakter pasji i zaangażowania emocjonalnego. Co łatwo zrozumieć, gdyż Jan Grabowski jest właśnie jednym z tych polskich Żydów. Tych, których rodzice i dziadkowie przeszli gehennę tamtego okresu. On sam przeszedł, jako młody chłopak, niechlubnie pamiętny rok 1967. Rok nagonki na jakże nieliczne już środowisko polskich Żydów i ich zmuszenie do opuszczenia Polski – ich ojczyzny od pokoleń. Nie mam i nie miałem z profesorem Grabowskim prywatnych kontaktów towarzyskich. Znam go z jego pracy, publikacji, sesji online.

Co się więc stało? Co ma Grabowski do Tylmana a Tylman do Wikipedii? Otóż inny mój znajomy z Facebooka (cóż my byśmy bez tego potwora fejsbukowego robili?!), socjalnie zaangażowany Kanadyjczyk polskiego pochodzenia w ostatnich dniach lutego wysłał mi z Vancouveru wiadomość: ‘Bogumil, it seems that Grabowski and Tylman are in conflict. It’s a shame that Polonia has such situations. … so much intrigue…’.  Nie zrozumiałem początkowo, pomyliłem nazwisko Gradowski z Grabowski, sądząc, że chodzi o syna prof. Anny Gradowskiej, historyka sztuki z którą wspólnie pracowałem i która miała syna w Vancouverze. Ale wyjaśnił, o co chodzi. Przesłał mi link do artykułu prof. Grabowskiego na ten temat. I przeczytałem. Potem przez wiele dni zastanawiałem się czy powinienem w ogóle w jakikolwiek sposób zareagować. Wydało mi się, że temat jest jednak nader ważny. Warty refleksji. I rozmowy. Sam w sobie, bez zaangażowania emocjonalnego wobec ani Tylmana ani Grabowskiego. Temat bardzo ważny i bardziej chyba jeszcze trudny. Temat polskiego antysemityzmu. Być może jednak też gdzieś, w jakimś podtekście, antypolonizmu? Bo jeżeli Tylman (załóżmy) podświadomie, z racji pochodzenia i miejsca urodzenia zakażony jest trucizną polskiego tradycyjnego antysemityzmu, czy może być, że Grabowski z podobnych przyczyn może być nieświadomie zarażony formą antypolonizmu? Jeżeli Byronowski Giaur powiada, że ‘walka o wolność, gdy raz się zaczyna, ze śmiercią ojca spada na syna’ nie jest li możliwym, że zbrodnia ojca też spada na syna?

Były w Polsce 1918-1939 (a naturalnym i legalnym przedłużeniem historii 1918-1945/47, bo ostatecznie granice Polski uległy formalnym zmianom dopiero po wojnie, choć legalne władze polskie nie miały praktycznego wpływu na to w czasach okupacji rosyjskiej i niemieckiej) jakby dwa światy obywateli: ci, którzy się za Polaków uznawali i to było ich pierwsze samookreślenie i ci, którzy będąc obywatelami Polski widzieli siebie – i tak byli widzeni przez innych – wedle pochodzenia i narodowości innej niż polska. Często taką cezurę wyznaczało wyznanie religijne (chrześcijaństwo ortodoksyjne na wschodnich terenach, luteranizm na pólnocno-zachodnich, a najbardziej skomplikowaną była kwestia Żydów, z których dodatkowo nie wszyscy byli żydami, tj. wyznania juadaistycznego), co było testamentem starej, wielowyznaniowej i wielonarodowej Rzeczypospolitej, a w pewnym wymiarze też spadkiem po 123 latach zaborów, a więc trzech odmiennych nacji imperialnych i trzech odmiennych wyznań tzw. religii panujących: Moskwa i ryt bizantyjski, Wiedeń ryt rzymski i Berlin ryt protestancki.

Od czasu, gdy zacząłem pisać ten tekst, wiele dni temu, napotykałem wiecznie jakieś wewnętrzne hamulce i pytania etyczne: co dalej? jak do tego podejdziesz pisząc nie tylko o trudnym temacie, ale (w mojej intencji) wszak opartym na dwóch konkretnych osobach wobec których masz pewne zaufanie, szacunek?  I zmuszało mnie to do stale głębszego szperania po tekstach innych, po pracach historycznych, zagłębiania się w atmosferę bardzo bolesną tematyki. Zmusiło mnie to, do zaglądania do owych długich strasznie stron historii edycji na angielskiej Wikipedii idąc ścieżkami badań Grabowskiego i Shiry Klein z Wydz. Historii Uniwersytetu Chapman w Kalifornii. Nie jestem historykiem ani akademikiem więc nie sprawdzałem rzetelności ich badań (o jakiej nie wątpię), ale bym mógł własne opinie i refleksje z tych badań wyciagnąć. Wielu powiada, że historia (spisana) opiera się na faktach. Naturalnie jest to i prawda i błąd. Fakty opieraja sie na dowodach archiwalnych. Ale ich osąd już nie. Gdyby było inaczej ileż mniej badań historycznych doczekałoby książkowej formy druku. Dotyczy to zwłaszcza historii współczesnej w stosunku do badacza – powiedzmy w zakresie 100-200 lat. Badania współczesnej historii bliższe są metodom fenomenologii niż zasad kartezjańskich. Z czym – jestem przekonany – wiekszość historyków-akademików się nie zgodzi, a co nie zmienia mojej opinii.

Historycy wychodząc z założenia, że Wikipedia ma duże znaczenie i wpływ na popularne pojęcia antysemityzmu lub ukrywania tegoż antysemityzmu chcieli prześledzić tematy z tym związane na Wikipedii. A ścisłej jeszcze – przejrzeć te artykuły, które mogą mieć związek z polskim antysemityzmem i losem Żydów polskich w okresie tuż przed, w trakcie i po II wojnie światowej. Wynika to ze specjalizacji badań prof. Grabowskiego, który tym się głównie od wielu lat zajmuje. Specyfiką tych badań jest (tak wiele z nich ja rozumiem i oceniam) demistyfikacja roli etnicznych Polaków w próbach ratowania Żydów polskich od zagłady i budowanie bazy naukowej wydarzeń i sytuacji wręcz przeciwnych: szmalcownictwo, donosy do władz niemieckich, grabież dobytku żydowskiego, aż po wypadki mordu, gwałtu i pogromów. Drugim (związanym z tym bezpośrednio) są artykuły na Wikipedii (mówimy w tym wypadku głównie o Projekcie anglojęzycznym) opisujące przykłady antypolskich wystąpień żydowskich w tym samym okresie, głównie na ziemiach wschodnich ówczesnej Rzeczypospolitej. W tym wypadku autorzy dezawuują opis takich wydarzeń, wskazują na brak merytorycznych przypisów, lub podważają (domniemaną przez czytelnika Wikipedii zapewne) wiarygodność  żydowskiego przywództwa lub żydowskiego wpływu na te wydarzenia. Słowem odnosi się wrażenie (często wyraźnie tak przez Jana Grabowskiego nazywane po imieniu), że istnieje wręcz zorganizowana akcja edytorów Wikipedii ukierunkowana  w: 1) wyolbrzymiania roli Polaków (etnicznych) w ratowaniu i pomaganiu Żydom nie tylko przez indywidualne akty bohaterstwa ale też przez aktywną działalność Polski Podziemnej i Rządu Polskiego w Londynie i 2) usiłowania tłumaczenia aktów antysemickich ludności i organów państwa polskiego, wrogimi Polakom etnicznym aktom polskiej ludności żydowskiej. W tym drugim wypadku w dużej mierze mówimy o terenach okupowanych przez władze sowieckie. Miało to się wiązać z pro-sowieckimi i pro-komunistycznymi tendencjami żydowskimi. Stąd osobnym tematem jest pojęcie tzw. ‘Żydokomuny’, dość popularne w Polsce nie tylko w czasie wojny ale i do czasów współczesnych. Do tego tematu powrócę na krótko w kolejnym tekście.

Otóż grupa edytorów, którzy współtworzyli i przez lata zmian, poprawek, dopisków nadali taki a nie inny kształt artykułów z tym tematem związanych na angielskiej Wikipedii była niewątpliwie polskiego pochodzenia. Historycy mówią przede wszystkim o edytorach z pseudonimami: Piotrus, Volunteer Marek i Poeticbent. Ponieważ Poeticbent dokonał  sam objawienia własnego nazwiska, wiemy że był to Ryszard Tylman. Ważne jest zaznaczenie, że nie byli jedynymi edytorami tych haseł. Byli jednymi z wielu. Ale też jednymi z najbardziej i najdłużej aktywnych. I byli Polakami, co wynika dość jasno z ich istnienia i aktywności na pl.Wikipedia. Ale Poeticbent vel Ryszard Tylman nie jest jedynym, którego nazwisko Grabowski i Klein mogli łatwo odcyfrować. Piotrus jest wieloletnim (kilkanaście lat) edytorem i administratorem Wikipedii i jego pełne nazwisko jest na jego stronie edytorskiej. To prof. Piotr Konieczny (Uniwersytet Hanyang w Seulu), doktor nauk socjologicznych (specjalizacja w socjologii internetowej). Jeden z najbardziej dekorowanych (w systemie ‘orderów’ Wikipedii) wikipedystów. Ryszard Tylman nie jest aktywnym edytorem Wikipedii od szeregu lat – co nie zmienia faktu, że w edycji przytaczanych przez tandem Grabowski/Klein artykułów brał czynny udział.

Efektem tych szczegółowych badań merytoryczności artykułów wikipedialnych był zarzut o szerzenie antysemickich postaw. Zarzut ten – ze względów dość oczywistych – zaniepokoił Administratorów Wikipedii, którzy normalnie odpowiedzialni są za rozpatrywanie spraw kontrowersyjnych, sporów między wikipedystami. Ale sam mechanizm takich sporów, jak i trudność jego merytorycznego rozpatrywania zdawał się wykraczać poza kompetencje i zakres tego grona. Fakt, że opinie historyków przytoczono (opublikowano) na ważnym forum szanowanego żurnala akademickiego „Taylor & Francis Online” w sekcji ‘The Journal of Holocaust Research’  (9 luty, 2023) umożliwił też nacisk na środowisko wikipedialne, by sprawę rozważono na najwyższej formie  ‘Sadu Ostatecznego’ (nazwa moja) Fundacji Wikipedii. Sprawy w pierwszym podejściu nie rozwiązano. Kolejna jest w toku i jej wynik oczekiwany jest w końcu maja. W międzyczasie jednak szereg artykułów uzupełniono, poprawiono, edytowano. Istnieje też silna opozycja wśród samych użytkowników, tj. edytorów, administratorów a nawet wewnątrz samej Fundacji Wikipedia wobec uleganiu naciskom z zewnątrz i nie  korzystaniu z istniejących mechanizmów naprawy i rozwijaniu jakiegokolwiek tematu. Sam edytor Piotrus ( którym wspominałem wyżej i którego przytoczyli historycy, jako jednego z promujących antysemityzm) odpowiedział publicznie akademikom felietonem w „Gazecie Wyborczej” (12.03.2020) zarzucając im jednocześnie niechęć w bezpośrednim, zgodnym z regułami Wikipedii, uczestniczeniu w tworzeniu, poprawianiu i edytowaniu artykułów wikipedialnych. W istocie – nic nie stoi na przeszkodzie. Pozwolę sobie przytoczyć sam krótki początek tego felietonu, gdyż jest, zdaniem moim, wiele mówiącym:

Nie istnieje żaden spisek polskich nacjonalistów fałszujących historię w Wikipedii, niezależnie od tego, jak atrakcyjnie taka teza może brzmieć.

Chciałbym odnieść się do tekstu „Wrzuć brednię na Wikipedię. Polscy nacjonaliści wciskają kit zagranicznym czytelnikom” prof. Grabowskiego, zarówno jako wieloletni wikipedysta i osoba wzmiankowana w tym tekście, ale też jako profesor socjologii ze specjalizacją w nowych mediach, który Wikipedii poświęcił znaczną część swojej pracy badawczej i edukacyjnej.

Nie jest moją rolą ani nie podejmuję się wydawać jednoznaczną opinię czy Wikipedia (lub ściślej – polscy wikipedyści)  została użyta dla celów antysyjonistycznej lub antysemickiej nagonki. Czy istniał istotnie zorganizowany ‘spisek’ grupy edytorów w celu fałszowania historii. Ale nie wydaje mi się. To środowisko bardzo zróżnicowane. Jest natomiast możliwe (raczej pewne), że istnieje wielu edytorów polskich (nie tylko) o silnym prawicowo-szowinistycznym nastawieniu. I świadomie czy nawet podświadomie edytują specyficzne teksty pod kątem ich widzenia i rozumienia świata. Na Wikipedii określa się to POV (Point of View) i przestrzega przed tym. Ale w takim zróżnicowanym środowisku edytorów są to zasadzki nie do uniknięcia. Natomiast mam przekonanie, że wielu z nich uważało, że są ‘ekspertami’ z racji bycia Polakiem spraw polskiej historii. Pamiętać należy, że przez szereg lat były środowiska, gdzie ‘polskość’ była widziana pejoratywnie, gdy ci, którzy Polskę zawiedli i w początkach 2 w.ś. i w jej finale zdradzili kompletnie – szerzyli wiele nieusprawiedliwionych lub wręcz historycznie błędnych wątków. Gdzie używanie określenia „Polish concentration camp” traktowano za wymienne  z „hitlerowski obóz koncentracyjny’. I tłumaczono to absurdalnym argumentem, że ‘przecież wszyscy i tak wiedzą, że w tamtym okresie Polska była pod okupacja niemiecką… .  Nie będę tego tematu rozwijał. Znamy zbyt dobrze. Był ohydny.

Czy polski antysemityzm istniał i czy istnieje? Tak. Był i jest obrzydliwy. Ale to będzie temat kolejnego tekstu.

Tu zająłem się jedynie jednym ze sporów.  I robiłem też to  zdając sobie sprawę z narastającej narracji , która budzi we mnie opór i zaniepokojenie. Narracji, która polskiemu antysemityzmowi nadaje wymiar powszechnego, omal etnicznego spisku morderczego pędu wobec wzniecenia ogólnoświatowej, a już bezwzględnie ogólnopolskiej histerii antyżydowskiej.  Nie zgadzam się z tym. Nie w moim środowisku rodzinnym i przyjaciół. Spotykałem się i znałem ludzi o bardzo niechętnej Żydom postawie. W Polsce i później w Kanadzie też (ale dalej mówię tylko o polskim środowisku, mimo, że jak wiemy antysemityzm istnieje tez wśród innych grup etnicznych w Kanadzie – głównie tych ultra prawicowych). W większości wypadków moje jednak środowisko (na szczęście sami wybieramy swoje grono znajomych) nie było tym skażone.  Światopogląd religijno-polityczny jest to na ogół dobrym (choć nie jedynym) drogowskazem i ostrzeżeniem.

Są też środowiska, które w swym zapale zwalczania i potępiania tego antysemityzmu tą nowa narrację wręcz kierują w stawianiu omal znaku równania polskiego antysemityzmem z hitleryzmem. Polacy stają się w niej sojusznikami Hitlera i Himmlera. Biorą bezpośredni udział w piekielnym dziele Zagłady. I z tą narracja zgodzić się nie mogę.

Chylę, jako Polak i jako człowiek, głowę ze wstydem i z wielkim bólem serca, przed pamięcią ofiar zbrodni i pogromów, jakie Polacy w Jedwabnem, w Kielcach, w Krakowie i innych miejscach  popełnili. Wierzyć mi się nie chce, że potrafili tak nisko upaść. Że zapomnieli, że są ludźmi. Nie, nie ma i być nie może na to żadnego wytłumaczenia.

Ale są miejsca, są osoby (nikt już prawie z żyjących), były akcje i działania tych, którzy człowieczeństwo nasze uratowali, unieśli z tej pożogi. I pozwala mi to oddychać. I mieć nadzieję, że autentycznie ‘nigdy więcej’. Że wbrew grupom oszołomów nie zapomnimy i nie pozwolimy.

Tym ludziom, Polakom i polskim Żydom, za ten dar dziękuję.     

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że zapominamy słowa, refleksje, wspomnienia tych, którzy Zagładę przeżyli, przetrwali. Tych, którzy wiedzieli. Którzy rozumieli. I spoglądam na książkę Ireny Tomaszewskiej i Teci Werbowskiej (pierwsza dziecko niewoli sowieckiej, druga – nieco starsza – dziecko czasów Zagłady w Polsce) „Żegota – the Council for Aid to Jews in Occupied Poland 1942-45”. Irena jest Polką etniczną, Tecia była Polką żydowską. Napisały książkę-dokument, książkę-świadectwo. Kolejne pokolenia, urodzone już po wojnie z czasem jakby straciły historyczną perspektywę tamtych okrutnych czasów. Warto o tym pamiętać, gdy się na te tematy pisze, a zwłaszcza ocenia.

link do części 2 https://kanadyjskimonitor.blog/2022/10/07/smutek-i-brak-cisza-ktora-trzeba-wypelnic-prawda/: Smutne zaułki

Emergencies Act use – a year later. Why did we have to go through it?

by Bogumil Pacak-Gamalski

A year ago Canadians went through a gut-wrenching exercise.

Overwhelming majority  (for a much smaller minority it happened second time –as in 1970, P.E. Trudeau was forced to do similar things during October Crisis in Quebec) for the first time ever the  Emergencies Act was invoked.  

Comparing to many other countries, the Act is very measured and limited in its application. It must comply with the Canadian Charter of Rights and other international treaties (for example prohibition of use of torture) to which Canada is a signatory. It also covers only areas that are listed in the proclamation – in this case a huge majority of Canadians were not affected by it in their daily lives. For all practical reasons it affected only Ottawa and it’s vicinity. I’m sure the Army was (must have been) on some sort of alert but was not on the streets (as was the case in 1970). But make no mistake: a lot of freedoms and personal liberties were suspended or curtailed. All types of Police Forces and their heavy, quasi military equipment and units was mobilized and used.

Was it necessary or was it an overreach of Governmental powers?

I believed than, and even stronger now, that – yes. It was desperately needed and Federal Government was left with no other choice. To continue things the way they were in winter 2022 would have been an abdication of government responsibilities. Worse: frankly a political chaos would ensue.

I’m glad that we live in democracy that respects the rule of law. Because of that, after the Emergencies ceased, a Public Inquiry was held and Commissioner, Justice Paul Rouleau published the other day a full, comprehensive, 2000 pages long Report. Very long, indeed. But that’s for scholars of law, politics and smart politicians (there is few, not too many though …). I browsed  and glanced very quickly through it (am neither a scholar nor smart politician). It contains a lot of important facts, reflections, full historical context of events. It does not stop only in Ottawa and the day the Act was invoked. It shows what led to that ominous decision.

But most of, it starts with a clear, concise and not ambiguous finding: the Federal Government met the very high threshold to invoke the Emergencies Act and acted appropriately.

No, it doesn’t sing the praises for the Gouvernemt nor anyone else.  To the contrary – it finds a lot (a whole lot) of issues with all Canadian (federal, provincial and municipal) civil authorities. A separate book could be written, based on the Report,  on the utter failure of Police Agencies. On the failure of federalism in this context. A serious failure of provincial responsibilities that allow the infamous Protest and Occupation of Canadian Capital and international border crossings to continue for so long.

At the very end of all these conclusions, there is also a somber, personal reflection of Justice Rouleau: a reasonably and fair minded person could have come to a different conclusion. That’s a very noble and wise conclusion that avoids further inflammation of feelings of people, who were on the other side of the fence. Of course, almost instantly, that noble and wise reflection was ceased by no other that Conservative leader Pierre Poilievre to deliver blistering attack on Justin Trudeau. Thankfully, other than ‘Freedom Convoy’ members and supporters, no one else could see Mr. Poilievre as a ‘reasonably and fair minded person’. But I will leave that sad example without any further commentary … .

However, I will write here few of my own reflections and musings on this subject. Not the legal aspect. Not the political, either. Ethical. Social.

I am neither a politician, as Pierre Poilievre, who buys desperately needed votes for next election, nor PM Justin Trudeau, who must represent all Canadians, even those not representing his personal values. I don’t represent all Canadians. I represent a particular, individual Canadian – myself. Finally, I am not Federal Justice, as Paul Rouleau, who must avoid philosophical and emotional language.

And I must remember why I am Canadian. Why I live here and have lived here for most of my life. I live and stayed here because of another declaration of similar Act (much broader, very harsh and tyrannical – but from the same family of domestic urgent emergencies and imposed by own government, not a foreign invader) – Martial Law in Poland in December 1981. Because of that single event, I ended up in Canada. But I did not go back to my Old Country, when it regained sovereignty and freedom. I stayed in Canada because I found this country and it’s people much closer to my vision and dream of just society. Just and open. Tolerant and full of empathy. Willing to face it’s not always best past and admit it’s mistakes, even crimes. Every country hast parts of very dark history but not many are willing to admit it and correct it. I will write my reflections from this perspective. Perspective of this, mine Canada. Good Canada.

That ‘good Canada’ has many roots and faces. Is like an oak or massive Western Red Cedar or majestic Douglas Fir. Huge green giants that could easily obliterate all other little species taking all the water and all the sunshine. But it doesn’t. It prefers to be not only good neighbour but caring and supporting friend to other, weaker and less powerful species. Like Canadians that I admired so many times, who helped me many times and whom I helped, when they needed it.

So, when the terrible and awful time came of our recent COVID pandemic – my first reaction was to make sure that I would never be a risk to any other Canadian. Specially the weaker, immunocompromised and older. That was such a natural behaviour that I just couldn’t think of acting otherwise. It didn’t matter for me if some Facebook, Twitter or some newspapers were publishing fake news about vaccine dangers, about masks (yes, apparently masks are dangerous too according to this ‘scientific’ sources). I trusted the information provided by Health Officers of each province, Health Canada advice and World Health Organization. That was good enough for me. I am not a biologist, virologist nor medical sciences researcher. People who advised the Provinces, Federal Government and WHO were. They are the best in the world of these sciences. It didn’t even cross my mind that the temporary restrictions (and they were restrictions) on my personal freedoms were unbearable. But there were Canadians, who were enraged by these restrictions. Some of them did it for purely political reasons. The Canadian type of Trump loyalists, people with no shame nor sense of responsibility. A small core of them were actually financed by US ultra-right circles. Others were duped into believing that pandemic was just an excuse to attack their freedoms. To make them feel bad. For them it was a hidden agenda of this crazy leftist liberal, the lover of the sex-crazy gay community, the tree-hugger, the friend of all the billionaires of the world, the ‘oh, I am so handsome and good looking’ enemy of our gas and oil complex – in short the one and only worst enemy of Canada, Justin Trudeau. The little fact that Trudeau won three consecutive federal elections hold no value for them. After all – they have learned from their advisors on the other side of the border that elections are easily stolen. That they will follow the example of March on Capitol Hill in Washington and will march on Ottawa Parliamentary Hill to finish their job. Yes, not all of them, probably not even a majority, received any individual advice from Trump loyalists or direct funds from these sources. Some certainly did it out of their own honest belief in their cause. But when ignorance is a good defence? When ignorance is good enough reasons to cause immense havoc tot he entire country, terror to citizens of Ottawa? When ignorance is an excuse for arrogance? Never.

Therefore no, I wont be as diplomatic as Justice Rouleau. I will not agree with Justin Trudeau taking back his own description that these people were a ‘fringe minority’. On the contrary – I hope that they were and are a fringe minority in Canada. In my, good Canada.