> > Pogwarki < <

by Bogumił Pacak-Gamalski

2018 – rok stulecia Niepodległości

Drukowanie

Polskie środowiska twórcze i ludzie związani bezpośrednio z kulturą polską tworzą projekt solidnego upamiętnienia roku 2018. Roku rocznicy odzyskania niepodległości po 123 latach zaborów.

To, co w historii państw i narodów najtrwalsze, najistotniejsze – to własnie kultura i sztuka. Osiągnięcia materialne, przemysłowe, militarne, ekonomiczne mimo swej wagi i znaczenia, częstokroć po okresie rozwoju i zenitu – upadają, zanikają, tracą na ważności i znaczeniu. To własnie te efemeryczne – wydawałoby się – wydarzenia i osiągnięcia kulturalne stanowią o tym kim, jako państwo i obywatele jestesmy.
Żadne granice ani ustawy polityczne nie określają nas tak wyraźnie, jak kultura właśnie. Nie może więc być wolnego państwa bez wolnej kultury. A bez wolności nie ma suwerenności. To warunek sine qua non.

Tak więc hasło “Kultura Niepodległa” jest de facto hasłem “Kultura Niezależna, Wolna”. Tylko taka zresztą może istnieć, powstawać. Kultura nakazowa, sterowana jest zaprzeczeniem jej twórczych soków, jej naturalnej umiejętności znajdowania Norwidowskich diamentów w lawie błota przeciętności i jednorodności.

Być może ten projekt, bez politycznego sterowania z zewnątrz, zrodzony przez same środowiska twórcze będzie najtrwalszym i najwartościowszym sposobem uczczenia tej Rocznicy.

Elity – wbrew opiniom ideologicznych wyznawców maoizmu, stalinizmu i kaczyzmu – nie są rakiem społeczeństwa. Elity to drożdże zdrowego społeczeństwa i narodu.

Kultura Niepodległa

o spacerach, historii i współczesności … o białej róży i drewnianym krzyżu na Krakowskim Przedmieściu

Bogumił Pacak-Gamalski

 

P4100092.JPGLubią warszawiacy chadzać po Trakcie Królewskim. Ujazdowskimi, przez Nowy Świat ku Krakowskiemu. I ja nie raz cały ten szlak od Dolnych Łazienek aż pod Zamek odbyłem. Zawsze w tłumach cieni postaci i wydarzeń znanych z historii tego miasta i kraju. Obrazy Canaletta mijałem, obiady w salonie pani Kalergis, Orzeszkową spotykałem, Prusa, na Nowym Rynku wychodzącą z pensjonatu klasztornego młodą Konopnicką, za Marszałkiem pochylonym szedłem, gdy rano chodził do Ministerstwa Spraw Wojskowych z Belwederu, mijałem Witosa i Daszyńskiego, prezydenta Narutowicza, gdy jechał na otwarcie wystawy w Zachęcie, prezydenta Wojciechowskiego, gdy jechał na Most Poniatowskiego, młodego Baczyńskiego, gdy ze śmiechem wybiegał z bramy uniwersyteckiej… Widziałem przez mgłę historii sotnie kozackie pędzące w 1905 demonstrantów w tym samym miejscu, w którym milicja pędziła studentów w 1967.
Teraz widzę na filmach i zdjęciach tysiące policjantów, ludzi wciąganych do wozów policyjnych …

Trakt Smoleński

Chodziłem tym Traktem Króli i Prezydentów,
spacerowałem od Belwederu, przez parki kolejne
ku gmachom Ministerstwa,
śladami smutnego Pana w maciejówce
na głowie i Polsce w sercu.
Potem dalej nieco, gdzie skręcało
się w Wiejską, gdzie chodził
poważny wiejski gospodarz
z podkrakowskiej wsi, gdy
rolę krajową przyszło mu chędożyć.
Za kościołem św. Aleksandra Trakt
zwęża się w kupiecką uliczkę nowo-światową,
kawiarnianą, aż do bram uniwersyteckich.
Pani – w sukniach długich, z parasolką – Orzeszkowa,
tam spacerowała, pan Prus przechadzał się do sklepu
kolonialnego pana Wolskiego.
Pałac Namiestnikowski złe chwile przypominał,
więc szybko go mijam, by nahajką kozacką
przez plecy nie być pogłaskanym.
Ot i znowu, policja jawna i tajna kordonami
go otoczyła, mały człowiek w czarnym surducie
z uporem policmajstra i wiarą Czarnej Sotni
w świętość Ławry Poczajowskiej,
mówi, że kto w Boga wierzy – wierzy w Cara.
Już widać fasadę św. Anny i katolickiego
Szweda z krzyżem w dłoni na kolumnie.
I czerwoną fasadę Zamku Królewskiego.
Ale do placu ze Szwedem kolumnowym
dostać się nie sposób. On swojej kolumny
krzyżem i szablą broni, a kolumny jazdy kozackiej
bronią dojścia do Zamku. Policmajster – dowódca Sotni –
w czarnym surducie sortuje obywateli
na prawilnych i tych mniej, pół-szwedzkich prawie.
Ławra Poczajowska rozwija sztandar najświętszy
Bojarów Wyklętych: Boh, Cześć i Car.

/B. Pacak-Gamalski, 11 sierpnia , 2017/

Sprawa polska a Rewolucja Francuska

by: Bogumił Pacak-Gamalski

 

 

Danton, słynny działacz i lider Rewolucji Francuskiej – postać tragiczna i krwawa jednocześnie – powiedział, że “rewolucja, jak Saturn, pożera własne dzieci”. Co i jemu samemu na końcu (wraz z wieloma innymi przywódcami tej francuskiej i wielu innych rewolucji) się przydarzyło.

W pewnym symbolicznym stopniu rewolucją było powstanie KODu w Polsce w 2015. Pierwszego ruchu ogólnospołecznego nie opierającego się na ideologii i światopoglądzie politycznym a skierowanego do wszystkich obywateli. Jedynym celem była obrona szeroko rozumianej demokracji. Ale demokracji nie XIX ani nawet XX wieku, a demokracji na kształt i na miarę wieku XXI. Nowoczesnej. Obywatelskiej. Tzn. nie w oparciu o nacje, a o obywatelstwo państwowe. Pozbawionej kolorytu (zwłaszcza ciemnych jego barw) etniczności, płci, wyznaniowości, seksualności. Demokracji wolnych obywateli państwa, którego niewzruszalnym fundamentem jest praworządność i absolutnie przestrzegany podział władz: politycznej, legislacyjnej i sądowej.

Ale, jak Danton smutnie zauważył, ruchy masowe są podatne na wstrząsy wewnętrzne. Poprzez własne rozdarcie i chęć podkreślenia jednej lub kilku opcji nad innymi; przez silne konflikty personalne i przez sprytnie sterowane działanie sil zewnętrznych – tych ostatnich zwłaszcza wtedy, gdy ruch jest skierowany przeciw rachowaniom władzy. Tak też i stało się w KODzie. Może nie mogło stać się inaczej. Może Danton, faktycznie nie rzucił po prostu literackiego powiedzenia a odkrył pewną prawidłowość dziejów? Nigdy pewnie się nie dowiemy, a nawet jeśli, to i tak nie zmieni to przeszłości. Przeszłości nic i nikt nie zmieni. Ona już była. Kropka. Co jest ważne, to fakt aby w pewnym momencie być, przez znajomość historii, mądrzejszym i zatrzymać upływ krwi, rozpocząć leczenie i wrócić do celów działania. Najgorszym jest szukanie nowych konfliktów. Jak ktoś gdzieś zdoła ugasić pożar – natychmiast zaczynać drugi gdzie indziej. Na samym końcu zostaje tylko pogorzelisko. Nie służące nikomu. Skoro już historyczne sentencje przypominamy, to jedną jeszcze warto wspomnieć. Starszą od Rewolucji Francuskiej o całe millenia. W 279 roku poprzedniej ery, król Epiru, Pyrrus, po krwawym zwycięstwie nad Rzymianami miał powiedzieć, że jeszcze jedno takie zwycięstwo i będzie zgubiony. Ergo pojęcie ‘zwycięstwa pyrrusowego’.

Demokracja to nie jest moja racja. To w ogóle nie ‘racja’. Niczyja. To zbiór dóbr powszechnych wszystkim dającym szerokie wolności i wszystkich trochę ograniczające. W XIX i XX wieku demokracja często używała pojęcia tolerancji. Czyli zgody na inność, ale zgody, która była pewną łaską władzy politycznej (władcy lub większości rządowej), przyzwoleniem, pobłażliwością. Demokracja XIX wieku opiera się na afirmacji inności. Na prawie a nie na łasce. Na normie a nie na pobłażaniu.

Po wyborach na I Krajowym Zjeździe KODu pozostały pewne pęknięcia, pewne frakcje. To jest też normalne i ‘OK’. Ale ściśle krajowych i ściśle związanych z pozycją lidera krajowych władz KOD ‘pęknięć’ nie wolno przenosić na sceny polonijne.  One nas bezpośrednio nie dotyczą. Naszym celem jest afirmacja idei KOD, a nie jego personaliów.  Tutaj nie ma nadmiaru liderów i kolejki o nieistniejącą praktycznie władzę. Potrzeba po prostu szczerych animatorów demokratyzacji w szeregach Polonii.  Nie będziemy stawiać  symbolicznych ‘gilotyn’. I nie będziemy uznawać czy nie uznawać legalnie wybranych władz ruchu w Polsce. Będziemy pracować i z Kijowskimi i z Łozińskimi. Tak długo, jak będzie trzeba dla Polski i dla nas. Dla nas tu – w Polonii, która tez wymaga reorganizacji i wkroczenia w XXI wiek. Dla większości z nas smętny kujawiak czy dziarski mazur to już za mało, by wszystko tym pokryć i rzewnie się rozpłakać.  Trzeba codziennego działania polonijnego, które Polsce nowoczesnej i nowoczesnemu Polakowi, gdziekolwiek by nie mieszkał, sprawiało satysfakcje i dumę z tego, co sobą reprezentujemy. I tradycji nie trzeba odrzucić. Z tradycji trzeba po prostu wybrać to, co było słuszne, piękne i godne. A nie wszystko było. Nigdzie wszystko nie było. Nie mamy czego się tak strasznie wstydzić. Ale nie mamy znowu jakichś nadzwyczajnych powodów do wypinania piersi o wszystko i za wszystko. Przez chwilkę bądźmy zwykłymi, normalnymi ludźmi. Powszednimi. Nie przeklętymi, nie wyklętymi, nie wybranymi. Normalnymi. To całkiem fajne uczucie.

To – zupełnie niezamierzenie – wielki prezent dla nas od PiSu. Dzieląc nas, wprowadzając waśnie i wrogość między obywatelami – zmusza nas do szukania jedności. Im bardziej skłócać się będziemy w Polonii – tym większe będzie zadowolenie emisariuszy PiSu w Kanadzie i innych krajach osiedlenia i zamieszkania Polaków.

Przy wielkich zadaniach stojących przed KODem i innymi ruchami pro-demokratycznymi w Polsce (niezależne sądownictwo, niezależność mediów, ratunek środowiska naturalnego przed jej totalnym niszczeniem przez politykę rządu, obrona praw kobiet przed ich ‘islamizacją anty-aborcyjną’, obrona szkół i edukacji polskiej przed jej infantylizacją, walka o wolność twórczą polskiej sztuki i kultury) naszym głównym wyzwaniem w Polonii jest wejście w XXI wiek.  Robienie tego właśnie, co w Polsce jest obecnie cenzurowane lub niedopuszczane do swobodnego przekazu:  wolna i otwarta prasa  tradycyjna i elektroniczna; różnorodność opinii i postaw szanowana przez organizacje i wspierana w możliwości jej prezentacji, wspieranie ruchów pro-demokratycznych w kraju przez wskazywanie dobrych przykładów i rozwiązań demokratycznych w naszych miejscach zamieszkania; otwarta i szczera dyskusja historyczna bez różowych i bez czarnych okularów.  Może to się wiązać z pewnymi sankcjami. Głownie finansowymi. Tak, od lat większość polskich organizacji przyzwyczaiła się do finansowego wspierania różnych projektów przez konsulaty, przez Senat RP, przez Tow. Łączności z Polonią.  Niektórzy wpadli wręcz w uzależnienie się od tej pomocy.  Nie było w tym nic złego, tak długo, jak nie było to związane z pewnymi przyrzeczeniami bądź wyraźnie określonymi oczekiwaniami od dawcy dotacji. Nie ma nic nienormalnego, gdy stara ojczyzna wspiera propagacje jej kultury przez grupy zagraniczne. W końcu służyło to i pootrzymywaniu związków z krajem pochodzenia i propagację polskiego dorobku cywilizacyjnego w kraju osiedlenia. Ale dziś to może być (i jest wielokroć) pewien kaganiec ‘wierności poddańczej’. A na to nikt pozwolić sobie nie może. My nie możemy.  Aby te cele osiągnąć niezbędna jest jedność grup pro-demokratycznych za granicą. Rezygnacja z mojej, ‘najlepszej racji’. 40 blisko milionowa Polska może sobie na waśnie wewnątrz-organizacyjne pozwolić. Zasoby ludzkie do wypełnienia luk są nieprzebrane. My, na Obczyźnie, takich zapleczy nie mamy. Zanim się więc podzielimy na ‘murarzy’ i ‘stolarzy’,  na ‘wytrwałych’ i ‘zmiennych’ – zastanówmy się czy nas na takie eksperymenty stać. Odnoszę wrażenie, że nie. Jeszcze nie w tej chwili, jeszcze nie teraz. Na razie : ,każda ręka na pokład’!

 

Uchodźca – temat moralny czy polityczny?

Bogumił Pacak-Gamalski

 

Czy możemy, jako społeczeństwo, jako naród, być autentycznie zadowoleni z siebie w naszej reakcji na straszliwe nieszczęście tysięcy ludzi po drugiej stronie Morza Śródziemnego? Czy możemy mieć uczucie czystego sumienia, że gdy to morze, do niedawna symbol słonecznych plaż i wina i śpiewów, zamienia się w wielką zbiorową mogiłę nie uczyniliśmy niczego by temu zaradzić (poza samym radzeniem)? Nie, Polacy ani Polska nie są przyczyną tej tragedii. To nie myśmy zgotowali im ten los. Ale czy zrobiliśmy cokolwiek, by choć trochę tej tragedii zapobiec? Czy wyciągnelismy zwykłą, ludzka dłoń miłosiedzia i pomocy wobec tych setek tysięcy nieszczęśników pozbawionych realnej szansy na stosunkowo normalne życie?  Na moment przestańmy się podniecać polityką i przestańmy się tłumaczyć a po prostu zamknijmy oczy i wyobraźmy sobie, że to my, nasze żony, rodzice, mężowie, że to nasze dzieci uciekają przed jakimś nieokreślonym kataklizmem na łodziach i pontonach przez Bałtyk do Skandynawii.  A Skandynawowie w tym czasie prowadzą wielomiesięczną dyskusję podniecaną jakimiś statystykami ilu Polaków kiedyś gdzieś popełniło przestępstwa w innych krajach, ilu dopuściło się gwałtów na lokalnych kobietach, ilu ukradło coś z jakiegoś sklepu. Ta dyskusja wywołuje emocje w ich społeczeństwach a rząd decyduje, że dopóki nie będzie wyraźnego poparcia te łodzie do brzegów skandynawskich nie mogą dobić. Dyskusja w Skandynawii trwa. A polskie dzieci, polskie matki, polscy staruszkowie toną we wzburzonych falach zimnego Bałtyku.  Czy dalej o tych ‘skandynawach’ będziemy myśleć z sympatią? Czy zgodzimy się z oczywistym faktem, że to ostatecznie ich kraje i nikt nie może od nich wymagać by kogokolwiek przyjęli wbrew swoim obawom? To faktycznie suwerenne państwa i nikt ich do tego zmusić nie ma prawa…

No więc czas oczy otworzyć i stanąć przed lustrem. Tak to wygląda. Tyle, że to nie ów “Bałtyk” a Morze Śródziemne. W tych łodziach, pontonach siedzą nie polskie a syryjskie dzieci, somalijscy staruszkowie, sudańskie kobiety.  A ta “Skandynawia” to Polska. Ludzie. Tacy sami, jak my. Dobrzy i źli. Mądrzy i głupi. Chcą mieć szansę na życie. Na przeżycie. Nie, nie są ‘inni’. Może się inaczej ubierają, mają jaśniejszą lub ciemniejszą karnację skóry – ale to tylko powierzchowne różnice. Mają te same oczy, dwie ręce, dwie nogi, tak samo się kochają (i tak, tak samo nienawidzą) i tak samo na końcu, z tym samym lękiem umierają.

Czy dalej ze spokojem możemy patrzeć na nasze odbicie w lustrze?

 

(tekst poniżej jest  pełną kopią tekstu, jaki ukazał się w “Laboratorium Więzi”, elektronicznego wydania wydawnictwa “Więź”, które oferuje od ponad 50 lat nurt chrześcijański, zwłaszcza katolicki, w dyskursie narodowym.)

Kard. Nycz: Jak długo można czekać na polityków w sprawie uchodźców?

Wypowiedzi z konferencji „Uchodźcy – pytanie o fundamenty Europy” zorganizowanej przez Fundację Służby Rzeczypospolitej 8 czerwca.

Maciej Zięba OP (Fundacja Służby Rzeczpospolitej):

W myśleniu o kwestii uchodźców najbardziej boli mnie to, że narzucono nam język socjologii i polityki. Bardzo mało słychać natomiast języka etyki, języka humanitarnego, języka Ewangelii. Brakuje zdecydowanego, dobrego głosu w sprawie uchodźców, brakuje go także ze strony Kościoła. Zorganizowaliśmy tę konferencję właśnie w celu przywrócenia obiektywnego, humanitarnego i ewangelicznego języka w dyskusji na temat uchodźców.

Prof. Adam Daniel Rotfeld:

Problem uchodźców w Polsce nie jest problemem nowym. Jeszcze w latach 90. przyjęliśmy do Polski blisko sto tysięcy uchodźców z Czeczenii. Nie pamiętam żadnej większej publicznej debaty, sporów, ani zamachów dokonanych przez Czeczenów, którzy przecież cechują się silnym temperamentem.

W dzisiejszej sytuacji moim zdaniem największym problemem jest to, że sprawa uchodźców stała się w Polsce kwestią bieżącej polityki wewnętrznej. Choć na problem uchodźczy można spojrzeć z wielu praktycznych perspektyw, np. z perspektywy ekonomicznej, zdrowotnej, bezpieczeństwa, to według mnie najistotniejszy jest wymiar etyczno-moralny, który znajduje się jednak pod silną presją narracji upolitycznionej.

Chciałbym podziękować Kościołowi w Polsce za to, że w kwietniowym dokumencie „Chrześcijański kształt patriotyzmu” postawił w centrum aspekt etyczno-moralny. Najpilniejszą kwestią w problemie uchodźczym jest odpolitycznienie go, uczynienie z niego sprawy wspólnej dla całego narodu. Obecna droga prowadzi donikąd.

W Europie w ostatnim czasie wydano 17,5 miliarda euro na uszczelnienie granic. Gdyby zamiast tego wydano te pieniądze na utrzymanie rodzin uchodźców, które potrzebują pomocy, bardzo wiele problemów zostałoby prawdopodobnie rozwiązanych.

Trzeba sobie jednak uczciwie powiedzieć, że nie ma jednego klucza do rozwiązania kryzysu uchodźczego. Między innymi dlatego, że będzie się on przeciągał na kilka najbliższych pokoleń, nie tylko z powodów wojen, ale także zmian klimatycznych. Jednym z rozwiązań mógłby być nowy „plan Marshalla”, który przecież po II wojnie światowej nie tylko wydatnie pomógł Europie, ale ostatecznie pomógł także samej Ameryce. O ile Syria, Irak i Libia potrzebują pomocy natychmiastowej, o tyle pomoc Afryce wymaga myślenia w dalszej perspektywie czasowej.

Bp Krzysztof Zadarko (Konferencja Episkopatu Polski):

Nauczanie Kościoła Katolickiego na temat uchodźców jest znane od czasu zakończenia II wojny światowej. Ma ono wyraźną wymowę: wobec uchodźców, niezależnie od ich pochodzenia i religii, każdy chrześcijanin powinien okazać miłość bliźniego. Mówi o tym 25. rozdział Ewangelii wg św. Mateusza, który wyraźnie wskazuje, że postawa wobec przybysza, obcego, ma rozstrzygające znaczenie w kwestii życia wiecznego.

Kościół definiuje jednak swoje nauczanie uwzględniając także współczesną wiedzę naukową. Ostatni dokument kościelny z 2013 r. mówi o obowiązku przyjęcia uchodźców, o otwarciu się na drugiego człowieka. Odwołując się do regulacji UNHCR (United Nations High Commissioner for Refugees – Wysoki Komisarz Narodów Zjednoczonych do spraw Uchodźców), proponuje tryby opieki nad uchodźcą.

Kościół nie mówi o bezwarunkowości pomocy dla każdego przybysza, tj. niekoniecznie trzeba pomagać zawsze i wszystkim. Nie ma sporu co do tego, że trzeba pomóc zawsze wszystkim tym, których życie jest zagrożone. Ale co z tymi, którzy są migrantami i ich życie nie jest bezpośrednio zagrożone? Kościół uczy, że ci, których przyjmujemy, mają także pewne powinności wobec kraju, który ich gości. Tylko jak skutecznie i mądrze egzekwować to, by przybysz szanował nasz porządek prawny i nauczył się naszego języka?

Należy także przypomnieć o tym, że Kościół ma swoje miejsce w hierarchii pomocy. Najpierw na kryzys odpowiada państwo, potem samorządy, a następnie organizacje społeczeństwa obywatelskiego, w tym Kościół. Myślę, to że dobry i obowiązujący schemat dla wszystkich krajów Europy: tak się dzieje w Niemczech, Austrii i Szwajcarii. Nie możemy go naruszać, bo moglibyśmy tym zaszkodzić.

Problem w tym, że w 2015 roku zmieniło nam się państwo, zmieniły nam się władze. Jeśli dziś służby mówią, że nie są w stanie kontrolować tego, kto przyjeżdża do Polski w ramach systemu przyjmowania uchodźców, to nic nie możemy z tym zrobić. Jeżeli mamy odpowiedzieć na kryzys uchodźczy, możemy to zrobić w ramach możliwości, które istnieją. I taką odpowiedzą jest program Caritas Polska „Rodzina rodzinie”.

dr Massimiliano Signifredi (Wspólnota Sant’Egidio):

Wspólnota Sant’Egidio wraz z włoskimi Kościołami ewangelickimi zaproponowała program korytarzy humanitarnych jako odpowiedź na kryzys uchodźczy na Bliskim Wschodzie. Jest to recepta na wskroś włoska, przykład awangardy solidarności, będący w zgodzie z zasadami konstytucji włoskiej.

Korytarze są jednak także wzorem dla Europy, kontynentu, który z trudem stara się pogodzić swoje tradycje i korzenie z wymogami bezpieczeństwa i prawa. Drogą tą poszła także Francja, gdzie zaadaptowano ideę korytarzy humanitarnych. We Włoszech udało się uzgodnić utworzenie kolejnego korytarza, tym razem dla uchodźców z Etiopii, w tej sprawie trwają rozmowy także w Hiszpanii. Jak wiemy, również polski Episkopat proponował projekt korytarzy humanitarnych polskiemu rządowi, ale jak na razie nie udało się go zrealizować.

We Włoszech w 17 regionach udało się przyjąć ok. 800 osób z Syrii. Uchodźcy asymilują się, zaczynając od nauki języka. Do kraju dostają się samolotem rejsowym, zamiast w łodzi przemytników. Tragedia wielu innych każe nam pamiętać, że w ostatnich latach Morze Śródziemne, które pochłania kobiety, dzieci i mężczyzn, stało się naturalnym murem z wody. Jest dziś ono uważane za najbardziej niebezpieczną granicę państwową na świecie. Tylko w zeszłym roku zginęło w nim ponad 5500 osób, co oznacza przyrost o 1300 ofiar w porównaniu z rokiem ubiegłym.

„Imigranci nie są liczbami, mają twarze, imiona, historie” – powiedział Franciszek na Lesbos. Jednak liczby, w naszym przypadku liczby ofiar, również skłaniają do refleksji. Wolfgang Bauer, niemiecki reporter i dziennikarz, porównał Morze Śródziemne z murem berlińskim. „W ciągu 30 lat istnienia muru berlińskiego zostało zabitych 125 osób, z tego względu stał się on symbolem nieludzkiego okrucieństwa”. Jak reagować na nieporównywalnie większe cierpienia osób na Morzu Śródziemnym? Mare Nostrum dzieli ludzi na tych, którzy mają wszystko i tych, którzy nie mają nic.

Jak Włoch i Europejczyk, chciałbym zadać pytanie: co Polska zrobiła z dziedzictwem Solidarności i swojego wielkiego rodaka Jana Pawła II? „Jego spuścizna to obalenie murów między narodami i wewnątrz narodów” – słyszeliśmy dwa tygodnie temu w słowach Andrei Riccardiego, założyciela Wspólnoty Sant’Egidio, który gościł w Warszawie.

kard. Kazimierz Nycz (metropolita warszawski):

Niedawno uczestniczyłem w pewnej konferencji w środowisku kościelnym, na którym miała miejsce dyskusja o liczbie uchodźców, których należałoby przyjąć. Prowadziło to do poważnych sporów: przyjmować 7, 8 czy 9 tysięcy?

Ktoś jednak przytomnie zauważył bezsens takich dyskusji. Jeśli Europa z różnych względów, także przez swoje przewinienia, stoi przed wyzwaniem przyjęcia 300 milionów imigrantów w ciągu najbliższych kilkudziesięciu lat, to rozmawianie o tak małych liczbach jest śmieszne. Ten problem jest wśród nas, ale także przed nami. Trzeba wrócić do tego, co umownie nazywamy myśleniem o Polsce i Europie w kategoriach „Polski jagiellońskiej”.

Ciągle czekamy na drugą stronę [państwową – dop. red.], która jest do tego konieczna, aby otworzyć przynajmniej korytarze humanitarne. Ale pytanie: jak długo można czekać na polityków?

Mamy ogromny potencjał w samorządach, który chcemy wykorzystać. Możemy się nigdy nie doczekać na otwartość ze strony państwa, dlatego chcemy jeszcze w czerwcu w samorządach i parafiach archidiecezji warszawskiej zorganizować spotkania dotyczące możliwości współpracy w zakresie pomocy uchodźcom.

Powyższe wypowiedzi są fragmentami wystąpień prelegentów podczas konferencji „Uchodźcy – pytanie o fundamenty Europy”, zorganizowanej przez Fundację Służby Rzeczypospolitej na Uniwersytecie Warszawskim 8 czerwca 2017 r.

Katafalk na Krakowskim Przedmieściu

skrzyneczka

Nie, nie jest to przypomnienie wystąpienia ani zwrócenie uwagi na kolejną miesięcznicę smoleńską. Chcę zwrócić uwagę na sam element graficzny, na ten obraz, to zdjęcie. Proszę się wpatrzeć nie absorbując zbyt samym tematem miesięcznic i całą otoczka tego. Sama symbolika zdjęcia i obecne na nim elementy. A ja pozwolę sobie dać wstępny opis dla lepszej reprezentacji w czasie i przestrzeni:

Czas: rok 2017. Centrum stolicy Rzeczypospolitej Polskiej, przed gmachem Prezydenta Państwa, na jednej z głównych tras turystyczno-reprezentacyjnych stolicy państwa.

Tło: Na byle jak przysłoniętym, ad hoc ustawionym podwyższeniu, stoi przywódca państwa. Tak, przywódca. Ani prezydent, ani premier ani nikt inny nie ma w Polsce tej władzy, jaką on posiada. Jest więc przywódcą. Rządy innych państw też to doskonale wiedzą. A co ważniejsze: wiedzą wszyscy obywatele Polski. Ci ‘za’ i ci ‘przeciw’. Można utyskiwać, że to zwykły poseł, ale każdy wie, że ten poseł ma całkowitą władzę – taką, jaka jest w tym państwie dostępna – w swoich rękach.

Więc ten przywódca na byle jakim podwyższeniu-mównicy, za nim kilku marnie wyglądających starców (nie ich wina, nie o przytyk personalny tu chodzi, a o to co widzimy) z jakimiś dewocjonaliami religijnymi, obok wielki płonący krzyż wotywny, z tyłu krzyż drewniany. Nawet ochrona wygląda bardziej na lokalnych osiłków niż na ochronę rządową. Raz jeszcze: rok nie jest 1980, nie jest 1947, nie jest 1935 ani 1918. Jest 2017. Państwo jest w centrum Europy. Ten niski pan to przywódca tego państwa.

Czy to jest państwo, za które ginęli nasi rodzice i dziadkowie w latach 1939-45? Czy tak sobie to państwo my wyobrażaliśmy w latach 1980-89? Czy tak sobie je wyobrażaliśmy w 2014 roku? Czy to obraz właściwie reprezentujący pejzaż Polski XXI wieku?

I czy współczesna demokracja XXI wieku może znieść polityczny system władzy, gdy najwyższe Urzędy władzy  (prezydent, rząd, marszałkowie sejmu i senatu oraz p.o. prezesa Trybunału Konstytucyjnego) są wykonawcami woli osoby, która funkcji państwowej jakiejkolwiek nie pełni?

Czy ta mównica-katafalk z drabinką, te krzyże płonące i sosnowe regularnie przed Pałacem Prezydenckim ustawiane to reprezentacja Państwa Polskiego? A więc, symbolicznie, reprezentacja obywateli Polski?  Czy ferwor religijny stał się reprezentacja ferworu patriotycznego i politycznego?

Czy też -by złagodzić obyczaje – nieco ten konterfekt niepokojący pociągnięciem pędzla złagodzić? Zacieniować akcentem pięknym Białych Róż?

Niechże stanie się to nową tradycją, otoczką tego dziwnego folkloru Miesięcznic Smoleńskich.

Marsz Zła w Warszawie

by Bogumił Pacak-Gamalski

onr11

(zdjecie i fragment artykułu Ewy Karban-Jastrzębskiej z  serwisu prasowego KOPDUJ24.PL)

“Trzeba mieć prawdziwą odwagę, aby wyjść na ulice kiedy płynie lawa pomyj. I próbować postawić jej tamę. Nasz czas naznaczony jest doświadczeniem totalitaryzmu. Jest przyzwolenie na kłamstwo i zgoda na przemoc. Weszliśmy w rzeczywistość, która już była i przyniosła gorzkie owoce. Trzeba być zwyczajnym tchórzem, aby udawać, że nic się nie stało. Trzeba być pozbawionym wyobraźni, aby sądzić, że pozostanie to bez wpływu na przyszłe losy miejsca, w którym żyjemy. Bo dziś, przez miasto przeszła fala zła.

29 kwietnia brunatne koszule wyległy na ulice Warszawy. Noszący je ludzie wznosili okrzyki nienawiści, świętując w ten sposób rocznicę, która budzi demony. Ich równy marsz i śpiewy, ich buta i duma rodzą najgorsze skojarzenia. Oto nieodrodni potomkowie idei, która połączyła bezrozumne tłumy i pchnęła je do zbrodni na ludzkości. W historii mogą przejrzeć się jak w lustrze. A potem budzić się z krzykiem. Ale jeszcze nie czas, aby to pojęli.”

Trzeba mieć odwagę aby protestować… . To prawda, choć nie protestować nie można.
29 kwietnia 2017 roku w samym sercu Warszawy przeszedł ponury, przerażający marsz polskich faszystów spod znaku ONR.  Nie pierwszy raz w wolnej Polsce ale pierwszy w tak wymownej, pełnej pychy i własnej siły symbolice. Ochraniany przez polską, warszawską policję.  Ze zdumieniem oglądałem relacje filmowe z tego Marszu Zła i przecierałem oczy nie ufając temu, co widzę. W Warszawie. W mojej Warszawie. W Warszawie, która za sprawa faszystów innej, niemieckiej narodowości prawie zginęła na zawsze. Prawie przestała istnieć zamieniona w zwały dymiącego gruzu. W Warszawie, którą faszyzm systematycznie, dom po domu, ulica po ulicy, dzielnica po dzielnicy wysadzał w powietrze, palił. Gdzie nie ma nic za Żelazną Bramą, choć były tam barwne, gwarne ulice, co by przypominało nawet na moment Jej mieszkańców, którzy wraz z dymem getta warszawskiego zamienili się w popiół historii. Naszej, polskiej. Bolesnej. Która nigdy nie wróci. Warszawie, gdzie młody Krzysztof Kamil wraz z kwiatem młodej, warszawskiej inteligencji legli jak nie milknący krzyk od kul wrażego faszyzmu hitlerowskiego. W tej Warszawie skąd wywożono ciężarówkami polską inteligencję do lasu w Palmirach, by już nigdy z tego lasu nie powrócić. Tego lasu i tych grobów, które jako młody chłopiec przyjeżdżałem oglądać ze smutkiem. I mieć  zaciśnięte , dziecięce piąstki i powtarzać przez jeszcze bardziej zaciśnięte zęby: nigdy już faszyści do Warszawy nie wrócą, nigdy!
Palmiry_ostatnia_droga
Warszawianki prowadzone na rozstrzelanie w Palmirach
A wrócili. Nasi, właśni. Polscy. Co jest tym boleśniejsze, tym trudniejsze do zrozumienia. Choć – czy rzeczywiście jest w ogóle możliwe do zrozumienia? W kraju, który jak żaden bodaj inny najbardziej i najdłużej wycierpiał i wykrwawił się pod faszystowskim buciorem… . Kim są, skąd się wzięli? Bandą bezmyślnych, zaślepionych złoczyńców. Bandą pozbawiona skrupułów i moralnych drogowskazów. Pod przywództwem ludzi groźnych, niebezpiecznych. Wrogów Polski. Tak – wrogów. Bo jeśli Polska może istnieć, jako polska – musi być wolna, suwerenna, demokratyczna. Bez tego nie ma wolnej Rzeczypospolitej. Może być Generalna Gubernia, może być Królestwo Polskie rosyjskiego cara, może być PRL sowieckie – nie może być Wolna i Suwerenna.
Marsz ONR 29 kwietnia w Warszawie był marszem brunatnych koszul i buciorów deptających groby pomordowanych w Palmirach, groby nieznane żołnierzy Powstania w Getcie warszawskim, i groby  w kamienicach, na podwórkach, w kanałach, na barykadach kwiatu Warszawy wojennej, kwiatu Miasta Niepokonanego: powstańców warszawskich z 1944 roku.
Nigdy, nigdy faszystom jakiejkolwiek nacji,a zwłaszcza polskiej, Warszawy nie oddamy. Nigdy. Bo to tak, jakbyśmy zgodzili się na nowo zamordować tych wszystkich, którzy ja od wieków bronili. Aby była uśmiechnięta, radosna, swobodna. Wolna.

Spodziewać się można było protestów naszych, w Kanadzie. Naszych zacnych (?) organizacji, stowarzyszeń, KPK. Nie znalazłem. Choć z kimkolwiek nie rozmawiałem był tym  Marszem Zła oburzony. Ja wiem i rozumiem, że my się ‘do polityki mieszać nie powinniśmy’. Ale są momenty, że nie mieszanie się do polityki – jest polityką. Złą. Karkołomną. Przynosząca Polsce szkodę. Nasze dzieci i nowe pokolenie polonijne tu urodzone muszą wiedzieć z jakiej Polski mogą być dumnie, z jakiego dziedzictwa narodowego rodziców i dziadków sięgać po wzory. A dziś lepiej niż kiedykolwiek przedtem wiemy, że nie z każdego.

Nie wszyscy wstydliwie jednak milczymy. Poniżej załączam List Otwarty do Prezydenta RP, Andrzeja Dudy od dziesiątków Polaków skupionych od Montrealu po Vancouver w grupach sympatyków Komitetu Obrony Demokracji. Jedne liczą po parędziesiąt, inne po kilkanaście osób. Inni na spotkaniach prywatnych szeptem wyznają: ‘jesteśmy z wami, popieramy’.  Smutne, że dożyliśmy znowu czasów, gdy takie deklaracje znowu się szeptem wypowiada …  To jednak już inny temat. Ważne, że naszego, z Kanady, głosu nie zabrakło w morzu oburzenia i protestu wobec tej profanacji  narodowej, jaka był ten Marsz ONR w Warszawie.

Wśród protestujących wobec maszerujących faszystów zauważyć łatwo było ludzi trzymających w poprzek ulicy długie transparenty z napisem “Granica Przyzwoitości”.

Tej granicy nikt nie powinien przekraczać. Bez względu na poglądy polityczne. Co słusznie w tym Liście podkreślono.

Pan

Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej

Andrzej Duda

Warszawa, Polska

 

Panie Prezydencie

Państwo Polskie, po odzyskaniu upragnionej wolności i suwerenności w 1918, szukało różnych, często dziwnych, dróg do kształtowania tej II Rzeczypospolitej. Wszak po ponad 120 laty niewoli nie mogła być i w rzeczy samej nie była tym samym, identycznym państwem, jakim była I Rzeczypospolita. Byliśmy jednak, mimo zaborów, ciągle częścią Europy i europejskich systemów filozoficznych i politycznych. Podobnie, jak w wielu innych krajach europejskich niektórzy, na szczęście nieliczni, szukali tej nowej drogi na manowcach rodzimego faszyzmu. Po zawaleniu się ustalonego od stuleci porządku legalistyczno-państwowego błądzono w ideach innych. Jedną z nich był rodzący się faszyzm narodowościowy. Władze państwowe II Rzeczypospolitej dość szybko i zdecydowanie rozwiązały organizację najbardziej radykalną spośród faszyzujących grup polskich – ONR. Być może dzięki temu uniknęliśmy stoczenia się w ciemności wyborów: włoskiego, hiszpańskiego czy portugalskiego. Nawet stosunkowo łagodny – wszak też mimo to zbrodniczy – faszyzm węgierski ominął nasza ojczyznę. Nikt jednak nie mógł nawet przewidzieć lub przewidzieć nie potrafił, jaką drogę wybierze faszyzm naszych najbliższych sąsiadów: niemiecki. Byli tacy i są ciągle, niestety, którzy usiłowali sugerować, że hitleryzm nie jest spadkobiercą faszyzmu europejskiego. My, Polacy – wiemy, że hitleryzm to naturalna i logiczna konsekwencja ideologii faszystowskiej. Cała Europa padła ofiarą tej kulminacji zła faszyzmu, jakim był niemiecki nazizm i hitleryzm. Ale nikt bodaj nie padł tak krwawo, tak tragicznie, jak Polska.

Symbolem tej ofiary, tego straszliwego, nieporównywalnego z jakimkolwiek innym okresem naszej historii, losu była Warszawa i jej hekatomba. Warszawa symbolizowana przez dwa zrywy Jej mieszkańców: Powstanie Żydów warszawskich w Getcie: beznadziejne, militarnie bez znaczenia a bezapelacyjnie wielkie zwycięstwem ducha nad ciemnością; i Powstanie Warszawskie, wszystkich warszawiaków. Powstanie, które mimo wieloletnich, a dziś już czysto akademickich, sporów o jego sens – w swej klęsce stało się polskimi Termopilami. Warszawa stała się Spartą wszystkich polskich polis. W walce z faszyzmem i próbie zawładnięcia własnym Domem zanim włamie się do niego komunizm. Wiemy, co stało się potem. Wiemy, jak to Miasto płonęło tygodniami, dom po domu, ulica po ulicy … . Mieście, gdzie obok tysięcy innych, padł młody Krzysztof Kamil Baczyński. A nim padł od faszystowskiej kuli , zdążył był napisać:

I wyszedłeś, jasny synku, z czarną bronią w noc,

i poczułeś, jak się jeży w dźwięku minut – zło.

Zanim padłeś, jeszcze ziemię przeżegnałeś ręką.

Czy to była kula , synku, czy to serce pękło?

Tak umierała Warszawa pod naporem faszystowskiej pogardy wobec człowieka. Po to by nigdy już Jej ulicami faszyści butnie nie stukali obcasami czarnych buciorów w Jej bruk.

Panie Prezydencie – w związku ze strasznym i przerażającym Marszem Polskiego Faszyzmu ulicami Warszawy – Miasta Niepokonanego – mówimy głośno NIE!

Nie ma miejsca w ulicach, alejach warszawskich na Marsze Faszystów. Nigdy nie będzie. Nie w tym Mieście, które z rąk tej zbrodniczej ideologii opływało krwią i cierpieniem na skalę niespotykaną. Warszawska Policja musi stać w obronie demokracji, tolerancji i wolności polskiej – nie w obronie polskiego faszyzmu. Hańba tym, którzy na to wyrazili zgodę. Wyrażamy nasze najgłębsze oburzenie tym strasznym Marszem Nienawiści i zgodą polskich władz na tego typu manifestacje zła. To Granica Przyzwoitości, której przekroczyć nie wolno nikomu. Hasła tych faszystowskich środowisk o ‘Wielkiej Polsce” są zbyt bliskie, zbyt niebezpiecznie bliskie, hasłom ‘Deutschland über alles’. A przecież nikt normalny nie określi dziś hitleryzmu, jako odmiany niemieckiego patriotyzmu. Tak, jak polski faszyzm nie może być odmianą polskiego. Faszyści nie mają prawa nigdy więcej stukać swoimi buciorami w bruk warszawskich ulic.

My, Polacy zamieszkali w Kanadzie, którym ojczyzna naszej młodości zawsze będzie bliska i ważna, zwracamy się do Pana, sprawującego Najwyższy Urząd Rzeczypospolitej Polskiej o jednoznaczne potępienie tego Marszu Zła i podjęcia kroków by nigdy więcej. By żadna polska pisarka nie musiała nigdy powtarzać słów Zofii Nałkowskiej: ludzie ludziom zgotowali ten los.

Mogą nas dzielić przekonania polityczne, nawet światopoglądy – nie mogą nas dzielić imponderabilia polskie.

 

W imieniu naszych członków skupionych w grupach lokalnych KOD_Polonia_Canada w Calgary, Montrealu, Toronto i Vancouverze oraz bratniej grupy autonomicznej KOD-Ottawa:

  • Koordynatorzy KOD_Canada: Anna Bocheńska, Bogumił Pacak-Gamalski, Marek Tucholski; za KOD-Ottawa: Bogumiła Kopcewicz i Piotr Sobierajski;
  • reprezentujący Grupy lokalne: Toronto – Bożena Krzyżanowska, Calgary – Małgorzata Gasperowicz, Montreal- Lucja Dziedzic, Vancouver – Agnieszka Bylicki i Tamara Szymańska-Golik.

Członków indywidualnych z miejscowości, gdzie nie istnieją zorganizowane Grupy Lokalne KOD reprezentują bezpośrednio Koordynatorzy KOD_Canada. List i jego treść dyskutowany był we wszystkich Grupach i nikt nie wyraził sprzeciwu wobec jego treści lub odmowy podpisania Listu. W sposób jasny reprezentuje uczucia głębokiego oburzenia wszystkich naszych członków i sympatyków wobec tego Marszu Zła ONR w Warszawie.

 

 

Pamiętanie o żołnierzach wyklętych. A może nie zapominać i nie mieszać z tym pamięci o żołnierzach szanowanych, podziwianych czyli o dziwnej ‘polityce historycznej’ rządu RP w 2016.

by Bogumił Pacak-Gamalski

Zacznijmy od sprawy sprzed prawie pół roku. O obchodach rocznicy Powstania warszawskiego i konflikcie weteranów Armii Krajowej z ministrem Obrony Narodowej, Antonim Macierewiczem.  Pan minister zagroził, że w czasie Apelu Poległych musi być odczytany Apel Smoleński. Przypomnijmy, że Apel Poległych w Wojsku Polskim to uroczysty i formalny, określony szczegółowo regulaminem wojskowym,  sposób uhonorowania pamięci Polaków poległych w obronie ojczyzny. Apel Smoleński zaś dotyczy osób, które zginęły skutkiem wypadku lotniczego. Nie w działaniach wojennych, nie na polu bitwy. W rozmowach ze Światowym Związkiem Żołnierzy AK i oficjalną grupą byłych Powstańców warszawskich minister Macierewicz odrzucił żądanie weteranów o nie włączanie Apelu Smoleńskiego, jako zdecydowanie nie mającego z obchodami nic wspólnego.  Stwierdził wyraźnie, że Kompania Honorowa Wojska Polskiego dostała rozkaz odczytania Apelu Smoleńskiego i tego rozkazu nie zmieni. Rozgoryczeni byli żołnierze Powstania zasugerowali więc, że pierwszy raz  w historii obchodów rocznicy Powstania nie życzą sobie udziału Kompani Honorowej WP i że rolę tej Kompani wypełni w takim razie poczet Harcerzy Polskich. W związku z szykującym się skandalem i oburzeniem warszawiaków i patriotów w reszcie kraju – Macierewicz zgodził się na dalsze rozmowy, gdzie  miał zaoferować delegatom b. żołnierzy AK i leciwej grupie Powstańców kompromis. Jak się okazało kompromis w rozumieniu pana ministra Obrony Narodowej polegał na postawieniu na swoim i odczytaniu Apelu Smoleńskiego. Spotkało się to z wielkim rozgoryczeniem sędziwych Powstańców i większości warszawiaków. Tak nie potraktowano żołnierzy Armii Krajowej od czasów pierwszych dekad PRL.

Kolejnym policzkiem wobec pamięci bohaterów walk o niepodległość w czasie II wojny światowej była powolna i coraz bardziej uwypuklana gloryfikacja tzw. ‘żołnierzy wyklętych’. Określenie to zwykło się używać wobec osób i ugrupowań, które zorganizowały zbrojne grupy na terenie głównie ziem południowo-wschodnich nowego państwa ludowego. Były to grupy bardzo różnorodne, nie stałe i wywodzące się z rożnych środowisk. Celem zasadniczym była próba kontynuacji walki zbrojnej z komunistycznym Korpusem Bezpieczeństwa Publicznego  (popularnie określanymi złowrogim zwrotem ‘ubowcy) oraz jednostkami armii sowieckiej, których w Polsce po 45 była cała masa. Wielokroć w organizacji tego nowego, zdecydowanie nie popieranego przez dowództwo krajowe ani londyńskie Armii Krajowej ruchu, były ugrupowania radykalnej prawicy  i polskich ruchów faszystowskich. Tych, których ‘bohaterstwo’ i aktywność partyzancka w latach wojny nie była zbyt widoczna. Byli ludzie, którzy po prostu nie potrafili się w nowej rzeczywistości politycznej odnaleźć w jakikolwiek sposób. Którzy, jak wielu wówczas, uznawało tą sytuacje za przejściową. Czekali na, ich zdaniem nieunikniony, prędki konflikt zbrojny Zachodu z Rosja sowiecką. Byli tacy, którzy nie chcieli dostać się w łapy tzw. ‘sprawiedliwości ludowej’ PPR. Ich akcje bywały bardzo różne i często bardzo kontrowersyjne. Czy służyły interesom i dalekowzrocznym planom niepodległościowym Polski? Trudno dać jednoznaczną odpowiedź. Ale raczej nie. Często były powodem akcji odwetowym tak tegoż niesławnego Korpusu Polski komunistycznej, jak i żołnierzy sowieckich. Najbardziej na tym ucierpiała miejscowa ludność. W końcu ginęli Polacy: i po jednej i po drugiej stronie. Znaczenia militarnego nie miało to żadnego. Napadano też na wioski i gospodarstwa w celu zdobycia niezbędnego zaopatrzenia żywnościowego. Dokonywano samosądów. A samosądy były w latach okupacji karane przez wojskowe sądy AK i nie były częścią eposu Polski Podziemnej. Miały też miejsce ohydne i antypolskie akcje mordów etnicznych na obywatelach Rzeczpospolitej Polskiej innego niż katolickie wyznania (głównie prawosławnych i unitów) i innego niż polskie pochodzenia etnicznego (polscy z dziada pradziada Białorusini, Litwini, generalnie ludność wywodząca się korzeniami z plemion ruskich (nie rosyjskich, to osobne określenia i osobne historycznie zagadnienia). Były nawet próby dochodzeń przez polski rząd na Obczyźnie i organy polityczno-wojskowe Rządu Londyńskiego. Nie mogły być doprowadzone do końca z braku możliwości przeprowadzenia wizji lokalnych i przesłuchiwań świadków. Procesy wytaczane przez Polskę komunistyczną nie były zainteresowane dochodzeniem prawdy ani sprawiedliwością a zwykłą zemstą. Cały ten temat był naładowany dynamitem emocji historycznej i patriotycznej. Nigdy nie przeprowadzono do dziś pełnych badań historycznych ani dokładnych procesów sądowych. Komuniści nie przechowywali rzetelnych dokumentacji na ten temat. Zresztą temat ten był im bardzo niewygodny. Trudno ‘żołnierzy wyklętych’ jednoznacznie potępić. Niemożliwe jest ich jednoznacznie umieścić w panteonie bohaterów polskich. Być może kiedyś zrobi się jakieś całościowe a nie wyrywkowe na ten temat badania.

Ale używanie tego owianego zła i dobrą legendą fragmentu polskiej historii do kształtowania własnych celów politycznych jest ze wszech miar szkodliwe i warte potępienia. Nie wolno pod jakimkolwiek pozorem łączyć epopeję wojenną legalnych i niezłomnych żołnierzy Polskich Sil Zbrojnych na Zachodzie i żołnierzy Polski Podziemnej podległych legalnym władzom wojskowym i Delegaturze Rządu RP z samodzielnymi grupami zbrojnymi, które się zawiązały po 1945. Na pewno byli wśród nich młodzi i naiwni, którzy głęboko wierzyli, że służą sprawie wolności Polski; byli tacy których parła osobista i zbiorowa żądza (jakże zrozumiała dla tych, którzy przeszli okupację sowiecką po 1939 i zdradzie AK przez Rosję w akcji “Burza” na Wileńszcyźnie i w innych wschodnich województwach RP) zemsty na komunistach; byli i tacy – niestety – którymi kierowała ideologia polskiego faszyzmu i marzenie o Polsce czystej etnicznie i wyznaniowo. Niektórzy z nich znaleźli później schronienie w potężnej organizacji PAX pod rządami Piaseckiego, przedwojennego falangisty. Organizacji, która działała za zgodą władz tejże komunistycznej Polski, o czym dziś się chętnie zapomina. Poważnego znaczenia politycznego te grupy zbrojne nie miały i sukcesu w tej mierze jakiegokolwiek nie odniosły. Wpływu na losy Polski – też nie. Uznania międzynarodowego – zupełnie nie.  Zostawić temat należy historykom, zwłaszcza tym, których wiek i generacja nie jest emocjonalnie aż tak z tamtymi dniami związana. Pod jakimkolwiek pozorem nie jest to temat do badania, rozwiązania, uwypuklania lub ukrywania przez polityków. Najmniej przez nich.

wywiady z weteranami Powstania Warszawskiego w sprawie skandalu Apelu Smoleńskiego

 

 

Oświadczenie KOD-Vancouver, oddziału KOD_Canada

26 lutego miały miejsce tzw. obchody dziwnego, nieznanego wcześniej ani w Polsce, ani zagranicą, ‘Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych’.  W  Vancouverze zorganizowano je w polskiej parafii p.w. św. Kazimierza i w hali SPK na ul. Kingsway.  My, niżej podpisani Obywatele Polski i członkowie Polonii kanadyjskiej wyrażamy swój sprzeciw wobec tego typu manipulacji historycznej.

O ile zrozumieć można religijną uroczystość pamiętania o zmarłych bez względu na ich zasługi lub grzechy, o tyle obchody tego ‘Dnia’ w salach SPK wydają się bardzo dziwne, zważywszy na historyczny charakter tej wyjątkowo zasłużonej organizacji oddanej służbie nigdy nie wyklętych żołnierzy PSZ i legalnej Polski Podziemnej.

W ramach ksenofobicznej i faszyzującej tzw. “polityki historycznej” uprawianej przez obecny rząd w Polsce, dokłada się dużych kosztów oraz wysiłków w celu upamiętnienia i uhonorowania działalności grup paramilitarnych na ziemiach polskich po 1945, wrzucając wszystkich do jednego, pojemnego worka ‘walki z komunizmem’.  A nie wolno zapomnieć, że zbrojna działalność partyzancka była rozkazem Naczelnego Dowództwa i Rządu Polskiego w Londynie zakazana z chwilą zakończenia II wojny światowej, a jednostki Armii Krajowej rozkazem wojskowym rozwiązane.  Zasadniczym powodem było ocenienie takich walk, jako beznadziejnych i uniknięcie walk bratobójczych oraz akcji odwetowych wojsk komunistycznej Polski i ich sowieckich zwierzchników.  Czyli ochrona narodu i państwa przed dalszymi stratami.

Jak wiemy – wbrew tym rozkazom i wytycznym, nie wszyscy broń złożyli. Wśród tych straceńców i może nawet romantycznych, samobójczych bohaterów, znalazły się jednak jednostki i grupy, które dopuszczały się akcji zbrodniczych w świetle prawa zarówno polskiego jak i międzynarodowego. Miały miejsce akcje czysto rabunkowe, zdarzały się morderstwa wojenne na jeńcach sowieckich, zdarzały się straszliwe zbrodnie czystek etnicznych na obywatelach polskich innego pochodzenia etnicznego lub innego wyznania religijnego. Był to okres tragiczny w naszej historii. Nie można go jednoznacznie opisać lub ocenić. I do tej pory nikt solidnie takich badań i analiz nie przeprowadził. Ale nagły pęd do utożsamiania, stawiania znaku równości, między wysiłkiem zbrojnym bohaterskich żołnierzy Armii Krajowej i innych jednostek podległych legalnym władzom Polski Podziemnej, Delegaturze Rządu RP i Naczelnemu Wodzowi Polskich Sil Zbrojnych, a tragicznymi decyzjami indywidualnymi dowódców i grup po 1945 roku jest niemoralny i nieprawdziwy historycznie. Może to być też po prostu szkodliwe, jeśliby de facto prowadziło do apoteozy zbrodni i gwałtów, jakich niektórzy się dopuszczali.

Jednocześnie te dziwne uroczystości stoją w jawnej sprzeczności z niespotykanymi upokorzeniami, jakich doznawać musieli i doznają autentyczni bohaterowie tamtych dni: żołnierze i nieliczni pozostali przy życiu oficerowie i żołnierze AK. Pamiętajmy o obrzydliwym potraktowaniu sędziwego, przebywającego w szpitalu generała Ścibor-Rylskiego, o fatalnym lekceważeniu i wręcz szantażowaniu reprezentantów Światowego Związku Żołnierzy AK przed ostatnimi obchodami rocznicy Powstania Warszawskiego w ubiegłym roku.

 Jest dla nas szokujące, że świadomi (bo czy możliwe, że nieświadomi?!) tych faktów działacze i władze obecnego Stowarzyszenia Kombatantów Polskich w Vancouverze, zgodzili się w tych dziwnych obchodach Dni Pamięci wziąć udział. To urąga genezie powstania tej wspaniałej Organizacji międzynarodowej, pamięci jej twórców, członków i działaczy: żołnierzy Polskich Sił Zbrojnych pod dowództwem legalnego Rządu RP i Naczelnego Wodza oraz żołnierzy AK, którzy składali wojskowa przysięgę i w swej nierównej walce respektowali polskie i międzynarodowe konwencje i umowy wojenne. Bo byli żołnierzami Rzeczypospolitej.  II Rzeczypospolita to nie były Dzikie Pola na Zadnieprzu w XVII – to było demokratyczne państwo prawa. A Jej żołnierze od września 1939 do 1945, tak poza granicami ojczyzny, jak i ci z szeregów AK i Batalionów Chłopskich byli żołnierzami na służbie nie tylko wolności ale i prawa polskiego i międzynarodowego.

członkowie KOD-Vancouver: J. Buczek, A. Bylicki, D. Dolecki, E. Michalska, M. Michalski, J. Muc, J. Kowalski, W. Kuczyński, W. Lalonde,  T. Orłowski, B. Pacak-Gamalski, J. Surma, T. Szymańska-Golik,R. Wand

 

Walka o rząd dusz. Runda nr dwa.

Bogumił Pacak-Gamalski

 

Tak tradycyjnie można by nazwać wydarzenia ostatnich dni w Warszawie i innych miastach Polski, oraz wczorajsze wystąpienie przed kamerami telewizyjnymi, w swoistym expose do narodu, premier rządu, Beaty Szydło.

Można by, gdyby nie fakt, że tylko jedna strona walczy o ‘rząd dusz narodowych’.  Społeczeństwo już ten etap ma za sobą, to już historia.  Miła dla ucha, ciekawa dla pisarzy, poetów. Ale historia, wczoraj. Nie dziś. Najmłodsze generacje Polaków już z tego wyrosły.  Z kadzideł, z zaklęć, z narodowych różańców.  Szanują to, bo to ich historia, narodowa. Ale żyją w XXI wieku, nie w XIX ani nawet XX. Oddają ten ‘rząd dusz’ pani premier, panu prezydentowi, panu ministrowi obrony narodowej, nawet panu Prezesowi Kaczyńskiemu.  Niech sobie rządzą dniem wczorajszym i wczorajszymi wyzwaniami ideologicznymi, filozoficznymi, mistycznymi ile chcą.  Na temat przeszłości i znaczenia takich czy innych wydarzeń i procesów historycznych nowi Polacy sami sobie opinie wyrabiają i są na tyle inteligentni i wykształceni, że do źródeł wiedzy historycznej dochodzą bez problemów. Nie są im w tym politycy jakiejkolwiek maści potrzebni.

Natomiast rządzenie współczesnym obywatelem polskim, rządzenie dniem dzisiejszym i realnością XXI wieku – nie. Tego społeczeństwo polskie nie odda nikomu. Żadne kadzidła, ustawy ani uchwały, miesięcznice czy inne rocznice tego Polakom dziś nie narzucą.  Może jeszcze 10 lat temu, na pewno dwadzieścia – już nie dziś jednak.  I to jest tragedia PiSu i osobista tragedia Jarosława Kaczyńskiego. A polityczna nieudolność Beaty Szydło i Andrzeja Dudy. Spóźniliście się co najmniej o dekadę.  A w polityce, jak w żadnej innej działalności człowieka, zasada panta rhei jest bezlitosna. Ten heraklitejski aksjomat jest bezwzględny i bezlitosny.

Co jest smutne, to fakt, że politycy i liderzy partii rządzącej walczą z wiatrakami przeszłości komunistycznej – metodami, które są bezwzględną kalką metod komunistycznych w wersji PRL-u: tępą propagandą, zastraszaniem, zemstą i kompletnym brakiem szacunku dla metod perswazji demokratycznej oraz wręcz awersyjnym lękiem przed praworządnością, tzn. rządzeniem w ramach i zgodnie z obowiązującym systemem prawno-konstytucyjnym.  Czasem tego typu zachowania obecnej większości parlamentarnej są wręcz groteskowe, karykaturalne. Wywołują śmiech. Ale przez fakt, że jednak pociągają za sobą konkretne akcje i koszty społeczne oraz indywidualne – budzą jednocześnie wściekłość i absolutny opór społeczeństwa ludzi wolnych.

Efektem takiej wściekłości i oporu były spontaniczne, wielotysięczne sobotnie protesty pod Sejmem w Warszawie, kontynuowane  w niedzielę pod Pałacem Namiestnikowskim oraz w innych miastach.  Autokratyczne, skandaliczne decyzje Marszałka Sejmu, forsowanie za wszelka cenę i wbrew regulaminom sejmowym bardzo kontrowersyjnych (a więc tym bardziej wymagających długiej i rzetelnej debaty) uchwal i ustaw – zaowocowały tym, co nie udało się przez rok czasu spokojną perswazją osiągnąć KOD-owi: zjednoczeniem koalicyjnym wszystkich partii politycznych. Nie tylko tych w Sejmie – wszystkich w Polsce. I tłumami warszawiaków, którzy spontanicznie zwołali się za pomocą social mediów na protest pod Sejmem. Tym razem to politycy i nawet najpopularniejszy w Polsce ruch społeczny, Komitet Obrony Demokracji, musieli sami się w pośpiechu zorganizować, by podążyć za głosem i akcjami wściekłych obywateli.  Reakcja władzy PiSowskiej?  Zabarykadowanie się w Sejmie i kontynuowanie pośpiesznego ‘głosowania’ nad ustawami z autentycznym, fizycznym niedopuszczaniem posłów opozycyjnych nawet do wejścia na sale obrad! Na polecenie Marszałka Sejmu użyto Straży Marszałkowskiej blokującej wejście na salę obrad dla posłów innych partii! Teren otaczający Sejm otoczono ściągniętymi pośpiesznie oddziałami policji. Przed kim? Przed podejrzeniem o planowany zamach terrorystyczny, przed  desantem bojówkarzy z wrogiego kraju?  Nie. Przed obywatelami Polski. Młodymi, starymi, kobietami. Potem nocą, posłowie PiS i rząd uciekali w pośpiechu tylnymi drzwiami.

A przecież ciągle był czas na zorientowanie się, że poszli za daleko, że to polityczne samobójstwo i łamanie całych podstaw funkcjonowania demokratycznego państwa – wystarczyło przerwać obrady i zawiadomić zebranych na ulicach warszawiaków, że Marszałek Sejmu sam, albo na wniosek rządu, zwołuje nadzwyczajne zebranie liderów wszystkich partii i ustalić tam nowy porządek obrad. I pełną dyskusję sejmową. Przecież i tak maja większość w Sejmie. Ale ludzie myślący kategoriami  państwa dyktatorskiego nie potrafią myśleć kategoriami państwa demokratycznego.  I to jest zasadniczy element ich zachowania i postępowania wobec Trybunału Konstytucyjnego. Tylko to i nic więcej. Trybunał stoi na przeszkodzie wprowadzania praw i ustaw, które są uchwalane w sprzeczności z Konstytucja państwa. Jest więc instancją kontrolną  i całkowicie niezależną. W każdym razie do 19 grudnia – dnia kończącej się, wręcz heroicznej, prezesury sędziego Andrzeja Rzeplińskiego.  W PRL-u taki sąd był nie do pomyślenia. I absurdem kompletnym jest podawanie, jako zarzut faktu, że Trybunał powstał jeszcze w czasach PRL – Trybunał powstał w konającym PRL, w państwie, które już uczestniczyło samo we własnym orszaku pogrzebowym i zachodziły w nim zmiany od władz tego państwa niezależne – jedna z takich zmian było własnie powołanie Trybunału. To było zwycięstwo opozycji demokratycznej PRL a nie prezent PZPR. Taki Trybunał nie jest do pomyślenia w państwie Jarosława Kaczyńskiego.  Taka jest naga prawda. I czas sobie z tego jasno zdać sprawę.

Gdy słuchałem dziś przemówienia premier Szydło, nie mogłem oprzeć się dziwnemu złudzeniu: to było przemówienie Józefa Cyrankiewicza, Stanisława Kani, Edwarda Gierka.  Nie, do Władysława Gomułki nie porównam – to jest wyjątkowa specjalność Jarosława Kaczyńskiego.

Pani premier bez przerwy używała dużych słów określających Polskę, jako państwo wzorcowo demokratyczne. Wzorcowo nawet w skali europejskiej! Polaków, jako obywateli cieszących się olbrzymią skalą wolności obywatelskich. Ba, Beata Szydło zapraszała Polaków do protestowania, do dyskusji. Słowem do korzystania z tych niezwykłych przywilejów demokracji.  Nie wiem, może się mylę, może pani premier RP wie coś o krajach europejskich więcej niż ja. Mimo, że zjechałem ją (poza Bałkanami) wszerz i wzdłuż. W krótkich okresach czasu mieszkałem w Anglii i we Włoszech. Ale może … .  Może faktycznie jest gdzieś w Europie państwo, w którym od ponad roku trwa kryzys konstytucyjny, tak jak w Polsce.  Może (w tajemnicy przed światem) Komisja Europejska robi posiedzenia wobec innych, poza Polską, państw europejskich, w których maja zachodzić poważne problemy systemowe związane z instytucjami demokracji i prawa. Wątpię, ale cuda się zdarzają – zwłaszcza w iluzorycznym świecie PiSowskim … . Pani premier zachęcała Polaków do protestowania, kontestowania – tylko nie tych, co byli pod Sejmem w sobotę i nie tych pod Pałacem Prezydenckim w niedzielę. Nie, ci nie reprezentowali demokratycznej woli zdaniem pani premier, a wręcz przeciwnie. Za logiką Beaty Szydło nie podążam. Nie podążają za nią miliony Polaków, w tym coraz częściej i ci, którzy te rządy popierali początkowo. Józef Cyrankiewicz też w swoich przemówieniach mówił o kwitnącej demokracji ludowej. O wolnościach, jakimi się cieszy polski robotnik i chłop. O tym, że państwo i rząd nigdy nie zapomni o obywatelach.  Nawet pierwszy kosmita obecnej Rzeczypospolitej, minister Macierewicz, nie jest oryginalnym autorem koncepcji samoobrony narodowej. Istniała całkiem nieźle na papierze przez większość żywota PRL. I też miała ‘szczytne cele’. Sam, z urzędowego przydziału woskowej Komendy Uzupełnień, zostałem ni stąd ni zowąd dowódcą 5-cio osobowego oddziału ochrony przeciw-atomowej! I z tą swoją bohaterską piątką musiałem chodzić po zabiedzonych uliczkach Żbikowa (biedna dzielnica podwarszawskiego Pruszkowa) i uczyć zdumionych mieszkańców, jak mają moczyć koce i tymi mokrymi kocami okrywać się w przypadku ataku. Paranoja. Ja się z tego śmiałem, śmiała się olbrzymia większość ‘wolnych obywateli’, którym te instrukcje przekazywałem. Śmiali się bez wątpienia oficerowie, którzy mi taki nakaz przysłali.

I śmiałem się dziś, słuchając pani premier. Żal mi po prawdzie trochę jej było. Czy też dostała ‘nakaz kocowy’ od Prezesa?  Czy też sama w te niedorzeczności logiki wierzyła?

Mówiła też dużo o polityce ekonomicznej, socjalnej. Tu wpadła w ton Edwarda Gierka. Tak ona, jak i Gierek nie kłamali. Sytuacja pod wieloma względami dla tysięcy osób jest lepsza niż była przed rokiem.  Wzrost minimalnych zarobków, podwyżka nędzarskich, najniższych emerytur (w dalszym ciągu przerażająco niskie ale wyższe niż przed rokiem), wielka akcja 500plus – to prawda. Stan ekonomiczny Polaków za Gierka był bezsprzecznie wyższy niż za Gomułki. Ale, co dalej? Jak te wielkie obciążenia budżetowe państwo pokryje za 2 lub 5 lat? Inwestycje zagraniczne spadły zatrważająco, wielka rzeka dotacji unijnych zamienia się w strumień (to było oczekiwane i nie jest wynikiem jakiejkolwiek kary a formalnego procesu).   I znowu – za Gierka też półki wypełniły się towarami na ówczesne czasy luksusowymi. A po kilku latach … zniknęły, z większością innych towarów No, ciągle były butelki octu na półkach … .

Dlaczego podejrzewam, że tak stać może i teraz? Dlatego, że gospodarki nie rozwija się na ukrytych, nocnych posiedzeniach sejmu. Nie w XXI wieku. Tak samo, jak nie rozwija się i nie zabezpiecza w ten sposób demokracji.

Jako, że nic mi nigdy nie było droższe niż wolność osobista i niezależność myślenia – tak , przyznaję, pod tym względem jestem ‘niewolnikiem’ przeszłości: patriotycznego wychowania, własnej edukacji i otwartych oczu i uszu – oddaję panu Kaczyńskiemu walkowerem druga rundę walki o ‘rząd dusz’.

Tylko dusz kogo? Osiemdziesięciolatków? Grupki sfrustrowanych starców dla których świat się zatrzymał w miejscu i chcą powtarzać na nim przegrane bitwy sprzed 90 i więcej lat?  One już się odbyły.  Mnie bardziej interesuje nie rząd a samorząd nowych, wolnych Polaków.  Tym, którym wolności nikt nie dał. Oni się wolnymi wychowali od dziecka.  I mają głęboko w nosie pańskie frustracje , panie Prezesie Jedynie Słusznej Partii.

Wygraliście wybory, nie jakąś przytłaczająca masą głosów – ale wygraliście. Tylko, że to nie były wybory o konstytucję, o prawa obywatelskie, o rozliczanie z historią, o charakter sądownictwa polskiego. Nie, to były zwyczajne wybory, gdzie  w kampanii składaliście zwyczajne obietnice wyborcze.  I na to macie mandat. Nie macie mandatu na ‘nową Polską”. Nikt wam nie wyraził zgody o stworzenie natychmiast kryzysu konstytucyjnego w państwie. O walkę z niezależnym sądownictwem, o walkę z wolnością pracy i środków masowego przekazu, o całkowity zakaz aborcji lub jakieś horrendalne, religijne ustawy o donaszaniu martwego lub umierającego płodu. Nie, na to mandatu jakiegokolwiek nie dostaliście.  Nie róbcie, proszę, cyrku z Polski. Bo się ten nowy, wolny Polak może ostro wkurzyć (ostatecznie , jak długo można się śmiać?) i wam nawet ten, co dostaliście, mandat odebrać.  I milion księży Rydzyków wam nie pomoże. Ani nawet oddziały Samoobrony Antka wykrzykującego Apel smoleński.

a oto jak setki tysięcy obywateli zareagowało błyskawicznie na swoich stronach fejsbukowych w Polsce i na całym świecie:

podziekowanie