
by Michał Stefański / Montreal
Pamiętam dość nieźle ten marcowy dzień (10 marca 1968 roku), kiedy stałem wraz z dwoma czy trzema setkami studentów przed budynkiem Biblioteki Uniwersytetu Łódzkiego słuchając sprawozdań z pamiętnego wiecu w Warszawie dwa dni wcześniej, a także przemówień kilku starszych wiekiem pracowników uczelni wzywających nas aby nie dać się sprowokować. No, bo – z jednej strony – młodzieńczy idealizm nakazywał bronić tych szczątków wolności akademickich, które w gomułkowskim PRL-u jeszcze istniały – a z drugiej strony – mówiono nam, że to po naszych studenckich plecach wspina się do władzy jedna frakcja rządzącej Polską partii komunistycznej kosztem drugiej. A w końcu też – szeptał niejeden z naszych bardziej bojaźliwych kolegów – czy aż tak bardzo się nam spieszy nadstawiać kark w obronie kilku rozhisteryzowanych synalków dawnych stalinowców w sporej części niepolskiego pochodzenia? Wtedy to właśnie dotarła do mnie i do wielu moich kolegów dziwna i niepokojąca świadomość jakiegoś ciągłego rozdwojenia najnowszej historii mojego kraju. Walka o demokrację w Polsce ukazała swoje drugą – niezbyt piękną – twarz. Jednak wówczas w te marcowe popołudnie w Łodzi nie było czasu nad tym wszystkim się głębiej zastanawiać. Ledwo przebrzmiały oklaski, a z kilku stron wokół nas rozległo się wycie syren milicyjnych. To nadjeżdżało „bijące serce partii” – w postaci oddziałów ZOMO. Przy takiej to muzyce w tamtych dniach marca 1968 roku kończyła się powoli „mała stabilizacja” towarzysza Gomułki. Było to dokładnie pięćdziesiąt lat temu.
Przed ok. tygodniem jeden z ważniejszych ideologów prawicy (a może lepiej rzec „neoprawicy”) sen. Jan Żaryn wyraził w mediach opinię – brzmiącą ni to jak odezwa, ni to jak ekspertyza – iż Polska nie ponosi żadnej odpowiedzialności za medialną nagonkę antysemicką w marcu 1968 r. z jednego prostego powodu. W tamtym odległym roku – zdaniem doktora Żaryna i jego kolegów – żadnej Polski nie było – i kropka. Nasz uczony i senator w jednej osobie, ma oczywiście na myśli fakt ówczesnej zależności PRLu od supermocarstwa ze wschodu. Do tego dochodzi demonstracyjne (choć mało konsekwentne) odmawianie ciągłości państwu polskiemu, nawet w jego półkolonialnej postaci jaką posiadała tamta rzekoma Polska Ludowa. Ten brak logiki odzywa sie co i raz w przeróżnych gestach i postanowieniach władz nowej Polski płynącej już ponoć bezpiecznym narodowym kursem. No, bo czy jest sens degradować gen. Jaruzelskiego, jeżeli pomiędzy jego czasami, a współczesnością ciągłości żadnej nie ma? Powiedzmy sobie – oficera obcej, wrogiej (choćby nawet polskojęzycznej) armii można nawet rozstrzelać – ale odebrać mu stopień wojskowy? Trudno by tu szukać jakiegoś głębszego sensu. Chyba, że owa niewidzialna nić ciągłości między tamtym państwem, a obecnym nie należy tylko do przeszłości, jakby się niektórym wydawało ?
Z oficjalnych, najnowszych (a więc z definicji „prawdziwych”) podręczników do historii dowiadujemy się, że w czasie zajść marcowych nie było dobrej strony. Na górze w rządzącej partii komunistycznej walczyły o władzę frakcja „żydów” z frakcją „chamów”. [Tak nazwał obie walczące grupy w Komitecie Centralnym PZPR znawca tematu Stefan Kisielewski]. Na dole – zarówno wśród partyjnych, jak i bezpartyjnych – ścierały się ze sobą tendencje liberalno-kosmopolityczne z rygorystycznie-narodowymi. Obie były całkiem autentyczne, przy czym ta druga miała niekiedy odcień antysemicki. Pamiętam mojego rodzonego wujka, obojętnego wówczas wobec Żydów oraz nielubiącego „czerwonych”, którego jednak cieszył widok strzyżenia lokalnych „hippisów” na komisariatach MO. Takich polskich patriotów, wyznających zasadę silnej ręki w służbie narodu było wtedy więcej. Aktualnie sen. Żaryn usiłuje z nich wszystkich zrobić bolszewików i mieć tym samym problem zajść marcowych „z głowy”, ale prawda jest bardziej złożona. Dla mnie np. – marzec roku 68 jest momentem przełomowym w powojennej historii kraju naszego dzieciństwa. Zdecydowanie ukazał on kruchość oficjalnej ideologii marksistowskiej nawet wśród członków partii. Ideologiczne zadęcie zwiędło, a spod ziemi wylazło to co zawsze tam było ukryte od lat trzydziestych. Z jednej strony zorientowani tylko na własny naród Polacy-katolicy, z drugiej rozmaici wolnomyśliciele i rodząca się zwolna po Soborze Watykańskim II „kato-lewica”. Z prawej militarnie nastawieni do życia Sarmaci pielęgnujący rodowe srebra i szable po dziadku, a z lewej pepesowcy, rewizjoniści i wszelkiej maści socjały. Na Leninie, Marksie czy Fidelu Castro prawie nikomu już nie zależało. Po marcu już nie było wielkiego sensu dzielić Polaków na pachołków Rosji i uciemiężony lud. Na placu boju zostali prawie wyłącznie narodowcy i liberałowie – zarówno w rządzącej partii, jak i poza nią. Te marcowe podziały zachowują w dużym stopniu ważność aż do dziś.
Wracając do tematu realności OKRESOWO ZNIKAJĄCEGO PAŃSTWA POLSKIEGO w latach 1945 – 1989, proponuję nie oddawać sprawy do Trybunału Konstytucyjnego w obecnym kształcie. Po co Szanownym Sędziom takie rebusy do rozwiązania? I tak za kilka lat następne wcielenie Trybunału zarządzi co innego. Niech o problemie realności niesuwerennej Polski zdecydują np. miłośnicy sportu. Czy ich zdaniem np. w roku 1974 –kiedy na Wembley wygrywali biało czerwoni – puchar świata pojechał do Polski, czy do kolonii sowieckiej? Czy św. Jan Paweł II w roku 1979 jadąc z pielgrzymką do Ojczyzny i wymieniając uścisk dłoni z Gierkiem uznał realności tzw. „władzy ludowej” czy – jednak niekoniecznie? Czy polscy mistrzowie olimpijscy – ze słynnym Kozakiewiczem na czele – są bytem realnym, a może to wszystko to jedynie ułuda i marność nad marnościami? W tych tematach wybiórczość nadaje sie jedynie do propagandy – z nauką i prawdą historyczną ma to niewiele wspólnego.


After intermission (and relocating myself to be among the audience, ha ha ha) Mikołajczyk played more known and popular pieces by Chopin and Rachmaninoff. There is really not much of a reason to talk about the music, it’s character and emotions of both of these immensely popular composers. What is worth stressing though, is the fact that despite a sharp difference in musical style (Chopin was a romantic period composer and Rachmaninoff definitely an impressionist) one could easily link their common emotional musical background. Unlike Ravel, a contemporary and a friend of Rachmaninoff, who was through and through French culture composer. Chopin and Rachmaninoff shared a somewhat similar culture of Polish and Russian Slavs. An innocently, almost child-like happy at moments and very brooding at other. Sentimental and romantic (romantic not in a musical sense but common language, conversational understanding) to the core. And that is often noticeable in both composer’s emotional tone. Their ‘storytelling’. I had a distinct feeling that Łukasz Mikołajczyk felt more attuned to their music, to its soul. Some things come naturally, and others you have to learn, study to understand.
Mikołajczyk , I think, has made that piece his own. Which is difficult for one main reason: it is and was played many times by so many great pianists that it makes it almost impossible to escape comparisons. And for a young pianist it is not easy to be compared with the giants of the keyboard. So to make it your own, to achieve an emotional ownership of the way you feel it and play it seems to be the only logical choice. It does not mean making some sort of variations on the Polonaise, after all, let’s still keep Chopin – Chopin. But it allows you to play it the way you want to play as if it was never played by anyone. Otherwise the weight of it could be difficult to bear. I think that Mikołajczyk achieved that.




którzy podpadli dyrygentowi i się do normalnej orkiestry dostać nie mogli. Kompozytorzy za słabi na napisanie całej porządnej symfonii piszą dla nich takie mniejsze kawałki.

O tych, między innymi, perypetiach ‘szopenowskich’ gawędziłem z Łukaszem Mikołajczykiem. I o innych kłopotach, szczęściach i nieszczęściach młodego pianisty. Zawodu? Powołania? Twórczości?






