wyciągnięte ze szpargałów…

Kilka late temu prowadziłem regularny blog na portalu, który już zamknąłem.  Było tego sporo i przez wiele lat, zanim WordPress i inne formaty powstały. Pierwszym była bodaj sfera blogowa założona przez Yahoo, w czasach gdy Yahoo było w zasadzie głównie tylko w Brytanii. Nazywało to się Yahoo360. Tam stawiałem pierwsze kroki blogera i – ze względu na publikę i innych blogerów – było to chyba wyłącznie po angielsku. Będzie chyba blisko (o ile nie więcej, nie chce mi się teraz sprawdzać) 11-12 lat. Potem założyłem blog na własnej domenie i przez około 10 lat prowadziłem go dość regularnie. Po pierwszych kilkunastu tysiącach czytelników – przestałem liczyć ile było wejść w tym czasie. Nic nie trwa wiecznie. Nudzimy się lub tracimy sympatie do projektów, które sami zakładamy. Przez 10 lat wydawałem drukowany rocznik twórczości polskiej w Kanadzie “Strumień’. Też w 2012 wydałem ostatni – choć ciągle się przymierzam, że do tego wrócę. Ale jeśli to już w innej formie. By nie wypaść z trybu tego ‘elektronicznego gadulstwa’  trochę teraz tu (niezbyt już regularnie) pisuję.

Otóż szukając pewnego starego tekstu, znalazłem w elektronicznych szufladach pamięci ostatni tekst, jaki pisałem (lub jeden z ostatnich) dla poprzedniego blogu. Zdaje się nie opublikowałem wówczas a teraz wydaje mi się ciekawy. Z historycznego punktu widzenia. Bo tekst dotyczył wyboru Andrzeja Dudy na Prezydenta RP. Ale jeszcze przed wyborami parlamentarnymi, tj. przed rządową większością PiS w Polsce. I ciekawe miałem, wydaje mi się, spostrzeżenia wówczas na ten wybór Dudy. O ile się zmieniły? Czy miałem racje i czy dobrze to oceniałem? Jedno jest pewne: trudno być prorokiem we własnym kraju, ha ha ha.

Zamiast tytułu ówczesnego artykułu, posłużę się cytatem z jego epilogu, który najbardziej charakteryzuje moje wówczas do tego podejście: “Prezydent Duda też bez wątpienia nie jest jakimś opętanym  Savonarolą.  Zapewne prawa człowieka i obywatela nie będę czołówką jego prezydentury ale nie będą też nią stosy na Krakowskim Przedmieściu.  Gorzej będzie, jeśli najbliższe wybory parlamentarne PiS też wygra. “

(Wybory prezydenckie, lato 2015)

Zmiany. Bywają dobre, bywają złe. Ale zmiany są niezbędne, choć często boimy się ich, ukrywamy, udajemy, że nie następują,  Dziś siedzę w małej kawiarence i słucham jakiegoś nieznanego zespołu jazzowego i słucham stare przeboje . Jak dziesiątki lat temu. Starszy facet w kapeluszu i krótkich spodniach śpiewa po francusku europejską odmianę tej czarnej, amerykańskiej muzyki z Południa. Mogło to by być czterdzieści lat temu, gdzieś w klubie na warszawskiej  Starówce, mogłoby to być  lat temu w Paryżu, gdzieś koło Halle lub na Montparnasse lub gdzieś koło Sorbony, mogło być w Montrealu dwadzieścia  pięć lat temu.  Jest dzisiaj, nad Pacyfikiem, w New Westminster.  Nawet ci sami muzycy mogli tam być. Ostatecznie ci sami muzycy mogli tam być, bo (plus minus) w tym samym wieku, co ja. Ale jest tu i teraz. Tam być nie mogło, bo  zmiany. Zmiany jak w Dziennikach Zofii Nałkowskiej. Jak w jej życiu. Jak w moim. I twoim. Zmiany są niezbędne. Wydaje mi się. A nawet jeśli nie są niezbędne—są nieuniknione. Życie. Ten drobiazg. Więc obserwując je, zauważając, powiadamy : C’est la Vie. Na tym polega, na ustawicznych zmianach.

Nie, niekoniecznie jest to temat filozoficznych refleksji, poetyckiej zabawy literackiej. To całkiem praktyczne spojrzenie na życie. Teraz właśnie słucham samby (zmiana zespołu w klubie). Ale  tej samby autentycznej. Wyzbytej z artystycznych świecidełek, samby zakurzonych, spoconych kawiarenek Południowej Ameryki. Gdzie po wielogodzinnej, beznadziejnie nisko płatnej pracy, spotykają się sąsiedzi. Na szklankę rumu, kufel piwa, na seks, na pocałunek. Wiedzą, że ich życia nic nie zmieni. Mimo to, przy tym rumie, w ramionach tej kobiety czy tego mężczyzny – marzą. O czym? O zmianie. Może …

Jazz, ballada, opowieść jest jak życie. Nie ma w tym zbyt wielkiej przesady. Po prostu się zdarza. Każdemu z nas. A potem przemija. Też każdemu z nas.  Ale ile wspaniałych (lub strasznych) zmian w międzyczasie!

I w takiej, nietypowej może ale bardzo racjonalnej perspektywie trzeba widzieć ostatnie wybory prezydenckie w Polsce. Potrzeba zmiany. Dość naturalne. Nie wszystkie zmiany są korzystne bezpośrednio, od zaraz. Są nawet takie, które nieco nas cofają. Wydaje mi się, że tak (w krótkiej perspektywie najbliższych czterech lat) stało się w Polsce. Większość stolic europejskich tak to też odczytało. Zwłaszcza tych stolic liczących się poważniej.  Prezydenta Dudę widzą (lub obawiają się, że jest) jako rodzaj transformatora, który będzie emanował energią prezesa Jarosława Kaczyńskiego.  Czyli, jako ostry zwrot na prawo. A zważywszy, że prezydent Komorowski związany był też z partią prawicową (PO) – no, to już dalej za tym ‘zwrotem na prawo’ chyba tylko faszyzm.   Wątpię aby to nam groziło, na szczęście. Nie żeby faszyzmu polskiego nie było, nawet na ławach sejmowych. Ale nie wyobrażam sobie sytuacji by kiedykolwiek Polacy dali faszystom szansę na jakiekolwiek rządy (choć w rządzie byli, za czasów premierostwa właśnie Jarosława Kaczyńskiego).

Wybory podkreśliły od lat już istniejący wyraźny podział Polski: zachód i północ bardziej centrowe; wschód i południe bardziej arcy-konserwatywne, wyznaniowe. Podobny rozdział istnieje w grupie poziomu wykształcenia (im  wyższe tym niższe poparcie dla PiS-u i partii skrajnych) i podział między Polska wielkomiejską contra Polską wiejską i małomiasteczkową.

Ale jakkolwiek by tego nie analizować—fakt jest niezmienny: Polacy wybrali na prezydenta kraju reprezentanta PiS-u,  Andrzeja Dudę. I jest to zmiana.  Najwyraźniej potrzebna. Sugeruję, że w dłuższej perspektywie dla sił i środowisk postępowych, świeckich  to zmiana pozytywna.  Być może obudzi to kręgi na lewo od centrum do lepszej organizacji, do aktywności politycznej.  Nic tak ludzi nie łączy, jak wspólny przeciwnik.  Zwłaszcza nas, Polaków.  Prezydent Duda też bez wątpienia nie jest jakimś opętanym  Savonarolą.  Zapewne prawa człowieka i obywatela nie będę czołówką jego prezydentury ale nie będą też nią stosy na Krakowskim Przedmieściu.  Gorzej będzie, jeśli najbliższe wybory parlamentarne PiS też wygra.  Ale i wówczas ( choć szkody byłyby o wiele wyższe i kosztowniejsze) Polska ani nie padnie ani się nie zawali. Ostatecznie mieliśmy już  dwuwładzę Lecha i Jarosława Kaczyńskich.  I nikt na szubienicach nie zawisł.  Więc nie taki diabeł straszny—zwłaszcza, że PiS od diabła lubi się odżegnywać i egzorcyzmy przeciw temuż organizować.

Więc może i ta zmiana będzie w konsekwencji nawozem na przebudzenie się z letargu i rozbicia prądów oświeceniowych na polskiej scenie politycznej. Czas już, oj czas najwyższy.  Trzeba nam na nowo Kołłątajów, Stasziców i Bohomolców. Nie można stale pałętać  się w ogonie postępowej Europy.

 

Musical ‘first’ – “Van Duo” premiere

5-IMG_3593
Łukasz Mikołajczyk with Canadian-Polish composer R. Wrzaskala and the author B. Pacak-Gamalski

 

I did write here in Polish already about new Polish musical talent emerging on Vancouver scene, Łukasz Mikolajczyk (pronounced: Lookash Mikolaytchick) in a post from October 25.  So just very briefly an express summary of his bio: Mikajczyk came to Vancouver recently to further his musical studies and concert piano performance  in broad sense of the subject. Almost immediately he become a persona musica in Vancouver entering the very first edition of new Canadian international music festival: 2017 International Music Competition in Vancouver.  Where he came out as … no less than the grand award winner (‘Diamond 1st Prize’) in the piano section of the Competition.  It is worth noting that very recently this young pianist was able to compete in the quarter- finals of the renowned and prestigious International Chopin Competition in Warsaw, Poland, being often called the  Holy Grail of any talented pianist in the world and definitely Chopin’s music interpreters.

Of course – as any young and energetic musical performer he is eager to play almost anytime and anywhere. Hopefully with wise voice trying to temper him a bit and not to fall for the typical traps awaiting many young talents before him. Alas, youth has it’s own privileges and right to make mistakes, ha ha ha.

Very recently I received an invitation from him to attend premiere concert of just formed, new musical duo of him and Serb-born clarinetist,  Marko Ivkovic. It was rather smartly organized in a small, familiar venue of one of the training rooms of Vancouver Music Academy – smartly, for it allowed them to ‘test the waters’ on familiar, not too official grounds.

It is not very often that we do see in classical music a piano and woodwind instrument and even less common a clarinet. Which is too bad, as clarinet makes amazing and interesting sound, a bit rasp one could say. So I was very glad of this ‘instrumental marriage’. They have chosen solo pieces intertwined with duet plays.

23483053_292422307931970_1905774662_o
(from left) Marko Ivkovic and Lukasz Mikolajczyk

 

First was  the Great Polonaise A-flat, op.53, Chopin’s masterpiece and one of his most played composition.  It gives a pianist the ability to woe the audience and show his bravado, showmanship, so to speak. And it is the very composition Lukasz played during the finale of the 2017 Vancouver Music Competition! Obviously he decided to have the audience right on his side from the very beginning, ha ha ha. And the powerful grand Steinway filled every cranny of this old room of the Academy. The charge was done almost in cavalry style and the audience was won! There is, of course, few schools of how to play Chopin. Mostly it oscillates between a more robust and energetic , the other keen on the lyrical aspect of his music. Sometimes it even changes drastically within a lifetime of one player. The perfect example of it was no one else but the ultimate Chopin interpreter, Arthur Rubinstein.  From the dramatic earlier style to later much more demure, lirical.  I think that both are very valid and often it depends on external, in a way independent of soloist own style of play, circumstances. Sometime the atmosphere of the audience, atmosphere ‘of the street’, if I can use the term. I suppose, age of the pianist has something to do with it, too. It saddens me that we no longer have in Vancouver the original concert piano of great Ignatius Paderewski from his concerts in Vancouver at the turn of previous century. For a while it was in Faculty of Music on UBC (at the Cecil House), than confined to same dusty warehouse it was rescued from oblivion and slow death by the Polish Vancouverites and given temporary home at the Polish Consulate. At the end the only viable solution was gifting it to California, to town devoted to the memory of this great pianist where it is today in a local museum and is being still used for concerts. Would love to hear Mikolajczyk playing on this instrument. The funny thing is that the very Steinway Mikolajczyk was playing on was gift to the Academy by professor Lee – the very same musician and pedagogue, who was very instrumental in saving the Paderewski’s piano from slow death at UBC…

The second piece was 1st movement of Johannes Brahms Clarinet Sonata No 2, op. 120. Both soloists complemented each other very well. I was a bit afraid the sound of clarinet could be drown by the powerful piano. Not so. Not even in the second part of the movement, when they play the familiar, recurring subject together in forte. I was later telling Lukasz how that particular fragment almost simultaneously forced me to thing of much later music of Gershwin – there is a certain cacophony of sounds (both in clarinet and piano) in Gershwin compositions (“American in Paris” as a prime example) that evokes the echos of Brahms sonata. In nature nothing passes without leaving a mark. And so in culture, especially in culture …

The Prelude for solo Clarinet by Krzysztof Penderecki, another giant of contemporary music, gave an opportunity to show his mastery to Marko. The young Serbian soloist came out of it with flying colours (or sounds, more appropriately). This prelude is not particularly easy piece. As most of Penderecki’s compositions. And yet, the player kept our attention intakt and under control. And was able to produce notes and sounds we were surprise to hear.

The next composition was own work of Marko Ivkovic, played very nicely on an electric organs by young master of the keyboard, Lukasz Mikolajczyk. What a sweet composition, the one from the onomatopoeic variety, where musical notes mirror nature’s sounds. Ivkovic called it “Vancouver Rain Drops”.  And, again the brain always doing it’s own, independent from mind, research – I was listening to it and at the same time comparing it to “Claire de lune” (famous movement form Suite bergamasque) by Debussy.

23483171_292423337931867_973305600_o
author and Marko Ivkovic

Later I inquired about some similarities of these two compositions (more in spirit than formally) and to his (not mine, ha ha ha) surprise, Marko recalled that he was working on Debussy just about the same time he composed his “Vancouver rain drops’.  After we left the concert – the rain drops truly gave us a typical Vancouver shower, true to norm…

The last formal piece was ‘Fantasie for clarinet solo’ by Jorg Widman.

And this was the end. But we (the audience) would have none of it. We wanted more of this talented and energetic duo. And they obliged. With a wonderful rendition of none other than George Gershwin. They couldn’t have chosen more appropriate piece for the biss. After difficult and intellectual/philosophical Penderecki – Gershwin is like a glass of cool, refreshing Chardonnay! Now I wan to listen to them again and perhaps a small, limited edition of CD? Sometime it is nice to listen to good music not only in concert halls, but solo, by one’s own fireplace. With a glass of cool chardonnay in hand, of course…

 

 

 

 

 

An Ordinary Citizen

Few weeks ago a tragic event happened in the very center of Warsaw. A middle aged, ordinary person, not known to really anyone outside of his family and friends set himself ablaze as a protest against the government policies. But, having spent a lot of time thinking about it and analyzing his letter left at the scene I came to the conclusion, that that letter and his action represent much more than just a political act. Just a political albeit tragic, protest.  This might explain to some of my English-speaking friends my preoccupation recently with certain events. I was moved by it very powerfully and it had strong effect on my emotional and intellectual psyche. Still do. It speaks volumes on one’s ability or inability to deal with things in life that are so overwhelming that you feel totally defenseless, void of any hope for the future. We always accepted that deep personal emotion (love, friendship, betrayal, addiction, rejection, bullying) can push us to actions like that- but this was different. It arose from the feeling of state, political actions that were profoundly opposing to your own moral compass, your own sense of minimum justice, ethics, sense of goodness versus evil, right versus wrong. Not even economical at all. And so, tragic on an ancient, Greek scale of personal heroism, decision was taken. I call it ‘heroic’ for it did not involve any violence against the state, the government side. That would be an ideological terrorism.

His, chosen by himself, moniker (‘Szary Obywatel’ in Polish) should be translated not literally but in a sense that it represents in Polish: ‘Ordinary citizen’ . It sums up an overwhelming feeling of rejection of morally askewed reality. He was not a political activist by any stretch of imagination. The democratic opposition in Poland or large part of it, does not seem to understand the depth of such despair, either (the Government, of course, is not able to understand the profound power of such statement) – the grievances against the government are just the surface of the tragedy.

The true despair lies in the soul of his nation. The dark part of it, the egotistic, chauvinistic part of that soul. The, let say it loudly, ‘American’ type of ‘patriotism. ‘American first’ ideology was pervasive in Polish history for long time (of course, we called it ‘Poland first’ as we tend to believe that all things ‘Polish’ must be first). It is rooted in in our history of a state and nation edged between two very opposing civilizations: Western and Eastern , therefore a need to be a ‘guardian’ of sort of the dangers facing the Western (Occidental) set of values versus the Eastern (Oriental) set. But Polish values in that conflict were also mired in a very strong believe that it included (or is based on) a messianistic adherence to the Roman Catholicism dominancy. The great Reformation movement never really took a deep root in Poland. From ideas like that is a very short distance to feelings of being unique, special. Exactly the feeling of a mission of a lone Guardian.

556px-Poland_1634-1660_map
Polish Commonwealth in XVII centry – a huge multinational state stretching from Baltic to Black Sea

Yet, there was always (and growing over time) strong opposition to such a strange and confined values. An opposition that believes that the world evolves, that different set of cultures and values do not need to be in a constant battle, deathly struggle. That living in harmony is possible. And that humanism extends to all – not only to your own. Modern Poland is a ‘child’ of many traditions, multiple parents, so to speak. The most recent one was of course that of a Polish People Republic, a Soviet-dominated quasi sovereign state in very unfamiliar international borders. Poland, for the first time really in history, was confined more or less to ethnic borders. Hence was removed from all problems and blessings of co-existing with other cultures.  Not on a serious scale anyway. It resembled very little the 1st Republic of Polish-Lithuanian Commonwealth that for hundreds of years, since the Jagiellonian dynasty that begun in XV century, formed the essence of Polish state and it’s values. By the end of XVIII century Poland lost its independence for over a hundred years. To be re-born from the ashes of I World War in 1918. But what lead to the re-establishment of 2nd Polish Republic was of paramount importance. It was the deadly battle for the shape and soul of the nation and it’s state.

On one side was the grand idea of Jozef Pilsudski – the almost mythical hero of Polish independence, who imagined new Poland as a multi-national federacy of former parts of the old 1st Republic, the continuation of the old Jagiellonian idea. On the other side, the father of strictly ethnically Polish state, Roman Dmowski and his movement of Greater Poland (Wielka Polska).

These two ideas could not be further apart. Although, politically speaking, Pilsudski, at least for his lifetime, came out victorious (by large part because he was very skilled military strategist and did command the military forces and was highly respected on international scene) – his victory for restoring Jagiellonian state failed.  For two main reasons: Ukrainians and Lithuanians did not want to be part of renewed Polish Commonwealth and the Dmowskis’s Polish nationalists, supported strongly by the Church hierarchy, did everything possible not to allow it to happened. Jagiellonian ideas and state would never allow them to achieve superiority and uncontested power. They would much rather give up thousands of square kilometers of old Polish state territory than allow for a multinational federacy. The fait accompli was achieved after great and total Polish victory in the Polish-Soviet War of 1920 (of which Pilsudski was the main architect) – the Peace Treaty  was negotiated from Polish side by Stanislaw Grabski, very skilled politician. But a fervent believer in Dmowski, not Pilsudski ideas. To the astonishment of the defeated party, the Soviets – Polish delegation gave them huge swaths of land on Polish eastern frontiers.

Rzeczpospolita_1922
II Republic, 1918-1945

Poland become by a large margins an ethnically Polish state. First time since medieval times, when nationality was really not an important concept at all. There were relatively big pockets of national minorities  (today’s most western Ukraine , Belarus and Wilno district of Lithuania), a bit of spread German minority and relatively large Jewish population. But none of them could compete for political dominance or importance against huge majority of ethnic Poles. Hence the true long term victory belonged to the Grater Poland movement. Not total, but a measured one.  The rest was done due the infamous Yalta and Potsdam agreements by end of 2nd World War that for all practical reasons confined Poland to strictly ethnic borders, with the exception of old Prussian state in northern Poland (presently Masuria region). That part was ethnically cleansed right at the end of the war by both German and Polish forces and consequently re-populated by ethnic Poles, often escaping the Soviet clutches in the lost Polish territory on the eastern side.

Yet the dreams of progressive, open to the world and not inward looking Poland did not die. Many Poles felt confined and suffocating in ‘one nation, one faith, one ruler’ concept. And wish to re-join the rest of Western Europe – the one we, as a ‘Guardian’, defended for so long in the old times. That posed a new hope. It got a huge boost when Poland was accepted as a full member of European Union. If we can’t have a Jagiellonian, multinational Poland than why not join a Union that is based one very similar pillars – a federacy of equals based on common goals and rules. It looked for a while that Pilsudski’s concept , decades after his death, was reborn in new form. But the nationalistic, paternalistic and bordering on fascist ideology (not Hitlerism – there is a long stretch between European fascism and it’s extreme end, Nazism) of Greater Poland did not give up. Due to many mistakes and lack of steadfastness of former center-right liberal government the last election was won by populist Law and Justice Party. That party, although not ideologically part of some grand coalition of Greater Poland – attached itself to many slogans of the nationalistic movement of Roman Dmowski. And the fruits of permanently loosing Polish Jagiellonian legacy in that infamous Polish-Soviet Peace Treaty of 1921,  become very visible. Open, multicultural, progressive Europe scared many Poles. It wasn’t romantic Paris of XIX and early XX century, it wasn’t Italy attached as an obedient child to Vatican. It was a Union of mostly nation-states but very much open to multiculturalism, to immigration, equal rights for minorities of all sorts: ethnic, religious, sexual, gender-based. More or less it was a Union of modern, XXI century democracy. They had time to build it and get used to it in the past 70 years since the end of the 2nd World War. Poland did not. And it scared many of them. Many Poles felt better in their mythical role as a Guardian of Europe, of the West. When you are a guard of the fortress, you cannot allow yourself the delicacies of an ordinary citizen – you are a soldier who must be disciplined. It was just sad that … Europe no longer needed such a devout guard.  Europe was doing rather fine without a fortress of tall walls. But we, Poles, knew better than Europe what Europe needed! Africa is for Africans, Asia for Asians and Europe for Europeans.  White and Catholic. Never you mind the Lutherans and other Protestants or silly Anglicans. Of course, one day they will come back to the Mother Church. It has been only 500 years – that’s nothing in the face of eternity! LOL.

It might sound silly at the end of previous paragraph. But it is not. It is very crude and simplistic generalization of today’s Polish society – but a true one, nonetheless. It is very tribal at its core, still enslaved by the chains of it’s painful history, still unsure of it’s own inner strength.  And – in a country where history plays such an important role in everyday life – very ahistorical.

Not to continue and changing it into a long essay: the “Ordinary Citizen’, who set himself ablaze in Warsaw could not live any longer in a country that rejects these lofty, humanistic ideas of coexistence. He was tired of being forced to be a guardian. And therefore his conflict, the essence of it, was not solely with the current, chauvinistic populist government. Governments come and go. It was with his countrymen. With his nation. I am neither sure nor know if he spent much time thinking of differences between concepts of Pilsudski or Dmowski for Poland. But I am certain that these two conflicting concepts lay at the very base of Polish society problems today. The difference of remaining oneself while fully respecting the ‘otherness’ of different opinions and rights and being just a soldier, a guard, who simply follows orders.   And that’s why it was so profound. So heroic on an ancient Greek scale. And so terribly sad, chilling to the core.

ZADUSZKI

by: Bogumił Pacak-Gamalski

Dzień Zaduszny, Wszystkich Świętych mają w Polsce wymiar głównie indywidualny, rodzinny. Jedziemy na groby najbliższych, wspominamy ich, zapalamy ‘lampkę pamieci’, kładziemy gałązke zielonego jedliwia, kwiat chryzantemy.  Często spotykamy się przy grobach z rodzina bliższa i dalszą, która też odwiedzić mogiłę przyjechała.

Często zdarza się, że część domowników, na ogól Tata lub Mama nie idą z nami na cmentarz pobliski a wyjeżdżają do innych miast, wsi daleko położonych by tam w imieniu rodziny ten gest pamięci spełnić. Taką rolę w naszej rodzinie pełnił mój Tata i jego brat – rodzina była rozrzucona po całym kraju, groby też – efekt wojennych tułaczek i repatriacji powojennych: groby w Warszawie, Toruniu, Nidzicy, Brodnicy, Szczecinie, Sławnie koło Słupska, Gdańsku, Bydgoszczy …

Ale są też inne groby lub miejsca śmierci, które odwiedzamy. Specjalne. Nie rodzinne a ważne, bliskie. Bez namawiania, bez organizacji – z potrzeby serca. To groby w nekropoliach narodowych: na Wawelu, na Powązkach, na Rakowcu krakowskim, na Rossie w Wilnie, cmentarzu Orląt Lwowskich i Łyczakowskim we Lwowie. Czujemy potrzebę refleksji w tych miejscach. W latach młodości warszawskiej każdego listopada i sierpnia dla mnie takim miejscem szczególnym była tablica u wylotu ul. Miodowej lub grób na Powązkach nie generała, wielkiego dowódcy, prezydenta, premiera.  Miejsce, gdzie zginął i gdzie jest pochowany młody chłopak de facto. Tak, zginął jako żołnierz  ale przecież żołnierzem żadnym wielkim nie był. Tak potoczyły się losy. Był poetą.  640px-Tablica_Krzysztof_Kamil_Baczyński_pałac_Blanka_01

Krzysztof_Kamil_Baczynski_grave

 

 

 

 

 

Krzysztof Kamil Baczyński. I choć od lat już tylu mieszkam na innym kontynencie – tego dnia zawsze go wspominam, jak kogoś bliskiego.

Są też jeszcze inne, specjalne groby – mogiły po lasach, często bez nazwisk. Własnie te osoby, znane z nazwiska czy nie – ale nie wielcy przywódcy są nam szczególnie bliscy. Bo jakimś gestem, tragicznym na ogół, w momencie śmierci zrobili coś, co utożsamiało nas z nimi. Stali się w tej chwili strasznej, jakby naszym alter ego. Do tych postaci, takich “żołnierzy nieznanych’ de facto, ‘żołnierzy tragicznego momentu’ i w ledwie dni klika przez Dniem Zadusznym dołączył dziś Piotr S. Szary Obywatel. Nie żołnierz. Nie polityk. Nie działacz. Autentycznie szary obywatel. I o nim też nie zapomniano. W tej ciszy nad tym smutnym miejscem na Placu Defilad w Warszawie podajmy sobie dziś wszyscy ręce. Ręce gotowe do narodowej zgody. Do rozmawiania, jak sąsiad z sąsiadem. A drobe świetliki płomieni lampek wotywnych niech nam drogę do tych rozmów wyznaczą.

(zdjęcia poniżej z Placu Defilad 1 listopada 2017 i z St. Catherines w Ontario tego samego dnia)

Październik był muzyczny w Vancouverze

by: Bogumił Pacak-Gamalski

Zaczęło się Galowym Koncertem  pierwszego w Vancouverze Międzynarodowego Konkursu Muzycznego (2017 International Music Competition). Konkurs ma trzy kategorie: fortepianu, skrzypiec i wokalną. W klasie fortepianu pierwsze miejsce (Diamond 1st Prize) zdobył młody pianista z Polski, Łukasz Mikołajczyk. W klasie skrzypiec zwycięzcą był Takumi Taguchi reprezentujący USA i Japonię; w klasie wokalnej mezzo-soprano Yeeun Lee z Południowej Korei. Dla ciekawostki warto zaznaczyć, że laureatka 1 miejsca  w kategorii ‘cash prize’, Tiffany Yeung z Kanady grała Poloneza Wieniawskiego z Koncertu Skrzypcowego D-dur.

img_0487
Koncert Galowy 2017 VIMC. Przy fortepianie Ł. Mikołajczyk

Pianista na koncercie Galowym wykonał Poloneza A-dur, op 53 Fryderyka Chopina. Dojrzałość muzyczna pianista i jego skala poziomu technicznego gry spotkała się z zasłużonym uznaniem Jury i publiczności. Co dziwić nikogo nie powinno, choćby z tego ‘drobiazgu’, że Łukasz jest ćwierćfinalistą ostatniego Konkursu Szopenowskiego w Warszawie. Drobiazg, prawda?  Nie bez kozery określanego, jako najtrudniejszy konkurs muzyki Chopina na świecie … . Nasze gratulacje dla pana Łukasza.

Nazwisko to będzie jeszcze w tym tekście kilkakrotnie powtarzane. A podejrzewam, że nie raz w przyszłości, gdyż Łukasz nie stroni od Polonii w Lower Mainland, czego dał już, w tak krótkim okresie pobytu, kilkakrotnie dowód.

14 października 2017,  Vancouver Chopin Society zaprezentowało  w sali koncertowej Vancouver Playhouse fantastyczny zespół muzyczny Marii Pomianowskiej z Warszawy.

Maria Pomianowska, profesor w Krakowskiej Akademii Muzycznej i solistka starych polskich instrumentów muzycznych przygotowała nie lada ucztę i niespodziankę muzyczną dla słuchaczy. Postanowiła przybliżyć nam genezę i źródła natchnienia  muzycznego Chopina. I zrobić to nie tyle stylizowaną współczesną wersją muzyki ludowej (mazurków, kujawiaków, oberków, chodzonych) do jakiej jesteśmy przyzwyczajeni, ile muzyką taką, jaka najprawdopodobniej grana była za jego dzieciństwa i wczesnej młodości w Polsce. I na instrumentach, jakie wówczas były używane. A nie wszystkie nawet do czasów naszych przetrwały. Swoją godną mnisiej cierpliwości pracą i badaniami dokumentów historyczno-etnograficznych odtworzyła te instrumenty i znalazła mistrzów lutników, którzy na nowo przywrócili je do życia.  Jednym z tych instrumentów była przecudownie brzmiąca ‘suka biłgorajska’, na której grały Maria Pomianowska i Aleksandra Kauf. Paweł Betley grał na duduku i flecie drewnianym, Hubert Giziewski na akordeonie, Patrycja Napierała na bębnach (perkusja) a świetny muzyk jazzowy (soul), Gwidon Cybulski zachwycał nas śpiewem, harmonijką, balafonem i digeridoo.  Ach – i naturalnie djembe (nie będę tłumaczyć – ale brzmiał bardzo fajnie, ha ha ha). Na fortepianie akompaniował … Łukasz Mikołajski. No właśnie, mówiłem, że jeszcze z nim się tu spotkamy.

To było oryginalne i ciekawe, aliści (jakby mistrz recenzji muzycznych Waldorf, ongiś powiedział) nie zaskakujące. Przenieśliśmy się w świat muzyki, która fascynowała młodego Fryderyka w Polsce.

IMG_3504
(Kapeli M. Pomianowskiej (pierwsza z prawej) nastrój muzyki tamtych lat wspomagali odtworzyć tancerze lokalnego zespołu “Polonez” z Vancouver)

Niespodzianka czekała nas po przerwie. Chopin na pięciu kontynentach. Profesor Pomianowska (tu już odezwała się silnie badacz muzyki, naukowiec) założyła, że jeżeli tak silny wpływ na Chopina miała muzyka ludowa w Polsce to niewątpliwie nie można odrzucić, że w tej muzyce przetrwały też elementy muzyki azjatyckiej z czasów najazdów tatarskich, mongolskich. Badacz łatwo odnaleźć może echa tej muzyki w muzyce ludowej. A co by się stało, gdyby Chopin żył w latach współczesnych? Gdyby, mieszkając w Paryżu – ostatecznie ciągle ważnym centrum kultury światowej (nie tylko francuskiej czy nawet europejskiej) – słuchał na przykład muzyki afrykańskiej, południowo-amerykańskiej, z innych regionów Azji? Czyż nie byłby nią zafascynowany, czy jest poza prawdopodobieństwem, że mógłby pod wpływem muzyki folklorystycznej gdzieś z Afryki skomponować utwór, który by zachował jej ducha, rytm, melodię?

I w taki własnie świat muzycznych peregrynacji nas Maria Pomianowska poprowadziła. Tym razem przy, bardzo wzbogacającym muzyczne doświadczenie, udziale Canada West Chamber Orchestra pod dyrekcją Kena Hsieha. Była to podróż niesamowita. Kiedy słuchałem zapowiedzi tej części programu – przyznaję, że opanowały mnie wątpliwości. Ileż to już razy słuchałem nadmiernych udziwnień muzycznych, które poza arte pro arte nic nie wnosiły i niczemu po prawdzie nie służyły. Maria Pomianowska przygotowując aranżacje muzyki Chopina do charakterystycznych rytmów wybranych regionów świata przekonała mnie do swego pomysłu w stu procentach. Fantastyczne widowisko muzyczne, z udziałem tancerzy, solistów oryginalnych instrumentów z danego kraju a nawet wokalisty throat singer. Jaką przyjemnością było odnajdywać echa znajomych kompozycji Chopina w rytmach afrykańskich, iberyjskich i południowo-amerykańskich, perskich, z głębokiej Syberii! Publiczność była tym wyraźnie zachwycona.

 

I pomyśleć, że gdy wchodziłem do Playhouse, z pewną zazdrością patrzyłem na długą kolejkę obok na “Turandota” w Queen Elizabeth Theatre … Chopina wszak tak często się słucha a “Turandota” nie oglądałem od parudziesięciu lat! Tylko gdybym uległ sentymentowi – to pewnie nigdy w życiu bym takiej wersji muzyki Chopina i takiego ‘muzycznego wykładu’ o jego twórczości nigdy nie zobaczył. Ze szkodą dla siebie. Marii Pomianowskiej, jej muzykom i gościom muzycznym z Vancouver jestem ogromnie wdzięczny za ten wieczór. A Vancouver Chopin Society oklaski za odnalezienie tej perełki muzycznej i udostępnienie jej słuchaczom nad Pacyfikiem.

Ledwie cztery dni później miałem znowu przyjemność słuchać Mikołajczyka i odbyć serdeczną rozmowę z kompozytorem Ryszardem Wrzaskałą. Tym razem dzięki przemiłemu wieczorowi muzycznemu w restauracji ‘Rodos’, za sprawa organizatora, Jana Sowińskiego. Fortepian, muzyka klasyczna i lżejsza (utwory wokalne Ryszarda Wrzaskały), znajomi od dawna nie widziani. Rzecz cała pomyślana właśnie, jako hołd i podziękowanie dla naszych muzyków znanych i mniej znanych. Z bogatą , kilkudziesięcioletnią karierą muzyczną (mistrz Ryszard), z krótką a jakże cenną (Łukasz) i początkującą mile (Monika Sowińska, sopran), z udziałem gościa, wokalistki Deany Zhdanowej.

5-IMG_3593
Łukasz Mikołajczyk, Ryszard Wrzaskała, Bogumil Pacak-Gamalski

Powiadają, że muzyka łagodzi obyczaje. Dodam też, że podnosi na duchu.

 

 

Opcje władzy i opozycji i ich efektywność

by Bogumil Pacak-Gamalski

Jakiś czas temu, gdzieś około dwóch lat temu, społeczności dziś określane jako środowiska opozycyjne: stara polska inteligencja (nie cała, ale wystarczająco duża w swej uśpionej masie) i tzw. elity (nikt tak do końca nie potrafił mi tego pojęcia wytłumaczyć, bo wszak elitą władzy jest dziś PiS, co jest logiczne i jasne) bawiły się ślinotokiem i parą odwetu płynąca z uszu i nozdrzy nowej władzy Prezesa Wielkiego Choć Niskiego. Wszędzie przypominano niezapomniany przebój Wiesia Gołasa “W Polskę idziemy drodzy rodacy, w Polskę idziemy …” (co było jednocześnie ironizowaniem narodowo-katolicko-patriotycznego nurtu kaczystów). I to był błąd. Może było to słuszne odzwierciedlenie dużej masy elektoratu pisowskiego – ale nie głównych liderów tego ruchu (PiS w istocie nie jest partią polityczną a ruchem społeczno-ideologicznym, ale bez jasno określonej wizji – partia to tylko ich ramię polityczne). Kaczyński nie jest wystraszonym, nie rozumiejącym nowoczesnego świata starym kawalerem z Żoliborza, zgryźliwym dziadkiem do orzechów.  Albo inaczej – może i nie rozumie, jest starym kawalerem (cokolwiek to dziś oznacza) ale to wytrawny i sprytny gracz polityczny. Partię swoją ustawiał zawsze dość hierarchicznie: on u szczytu, poniżej tylko porucznicy. Pewnym wyjątkiem wydaje się być Antoni Macierewicz, ma jakby dużo wyższy stopień. Stad może dlatego u władzy nad armią … Jest zupełnie możliwe, że Macierewicz wie o Kaczyńskim wiele więcej niż pozostali – ostatecznie zawiadywał i rozgryzał polskie służby wywiadowcze już u zarania III Rzeczypospolitej i miał dostęp i do danych i archiwum dla większości (nawet wysoko postawionych polityków) niedostępnych. Być może jest to sytuacja pata politycznego: chwycił Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma… Być może jest to po prostu zwykła, typowa z czasów manipulacji KGB, sieć seksualno-erotyczna: faceta (najczęściej) lub facetkę wikła się w dwuznaczne sytuacje erotyczne, najlepiej homoseksualne i ma się takiego palanta w łapie na całe życie. Może taką sieć zastawili kiedyś na Trumpa towarzysze generalissimusa Putina? Może. Może coś takiego zrobił (lub wykrył) Macierewicz u Kaczyńskiego? Byłby się zdziwił szalenie, gdyby tą kartę odkrył i większość młodych Polaków wzruszyłaby ramionami…  Ale dla nich to nieistotne, co myślą młodzi (chyba, że z kręgów narodowościowo-faszystowskich) – tego raczej na pewno ani Kaczyński ani Macierewicz pojąc nie są w stanie. Współczesność obeszła ich obok. Nie rozumieją jej i jest im przez to wroga. Teraz więc tu i ówdzie ujawniają się szemrania, podchwytywane chętnie przez prasę, o jakiejś homoseksualnej przeszłości Prezesa. Nieszczęśliwej ponoć. Tu i ówdzie określa się go, jako geja. Co jest zupełnym absurdem. Jakkolwiek każdy gej jest homoseksualny, to niestety, zdarzają się przypadki osób homoseksualnych, które gejami nijak nie są. Nie jest gejem na pewno pan Jarosław z Żoliborza. Może być typowym przykładem medycznego określenia homofoba – kiedy jest to istotnie fobia psychiatryczna, tj. nieracjonalny lęk przed i nienawiść do osób homoseksualnych. Występuje rzadko i prawie w 100% u ukrywających się homoseksualistów. Opozycja i przeciwnicy PiS usiłowali to rozegrać na stronach wirtualnych i drukowanych różnych tabloidów i na stronach społeczności internetowej (Facebook itp.).  I też nie wyszło za bardzo. Znowu ta współczesność stanęła okoniem. Może większość starszych polityków i politykierów straciła w Polsce (nie tylko) kontakt z tą współczesnością? Straszak geja-polityka przestał działać. Ludzie z tego wyrośli. Mało tego – w wielu miejscach opozycyjnych wobec PiS znalazłem komentarze, że to nie fair argument i nic nie ma do rzeczy czy Kaczyński jest czy nie.

Skąd więc u mnie aż tyle miejsca temu poświęciłem?! By wykazać niemoc obecnej formalnej (parlamentarnej) opozycji w Polsce. Z bardzo nielicznymi wyjątkami. Zamarli w polityce sprzed 10-15 lat. A w międzyczasie dorosło i dojrzało kolejne pokolenie. Obce metodom takiej gry. Nie rozumiejące ‘liderów’, którzy nie potrafią do niczego wieść, prowadzić. Nie mają cienia charyzmy. Nie ma ich bezwzględnie jakikolwiek pierwszo-szeregowy polityk PiS – ale ma bezwzględność, zaciętość i nieustępliwość. A to w polityce też się liczy, zwłaszcza jeśli się jest u władzy. Zresztą zdecydowana większość chorążych PiSu to głównie karierowicze oczekujący (na ogół  dość skutecznie) na intratne interesy, posady, dorobienia się (a przy okazji dokopania swoim przeciwnikom, odegrania się).  Nie jest to kompania doborowa i gotowa ‘iść w ogień’ za przywódcę – ale zdyscyplinowana i nie zadająca pytań.

skrzyneczkaZ ideologów wymienić chyba tylko można samego Kaczyńskiego (nie jestem w stu procentach pewny, czy ideologia jego jest spójna i jedna), Macierewicza (zdecydowanie po stronie polskiego faszyzmu, już od bardzo, bardzo wielu lat, jeszcze z doby PRL i KOR tu niewiele zmienia), Dudę (ściśle pro Kościelna) i chyba Terleckiego. Inni, nawet jeśli mają jakąś ideologię polityczno-filozoficzną są z PiSem związani jedynie koniunkturalnie. Wierząc, że przy okazji im też coś kapnie. Jest to więc kompania dość osobliwa. Łączy ich niechęć do współczesnej, XXI wiecznej demokracji, do globalizmu ekonomicznego, który bezwarunkowo musi nieść globalizm kulturowy, niechęć do struktur poziomych w społeczeństwie a obstawanie przy hierarchicznych strukturach pionowych (stąd tendencja sprzyjania zasadzie wciągania się po drabinie stąpając na ręce tych poniżej). I zdecydowane rozumienie patriotyzmu, jako trybalizmu, plemienności. Przeciwieństwo obywatelskości. Aby taka ‘kompania’ mogła wygrać władzę w demokratycznych (sic!) wyborach musi oprzeć się na kampanii negatywnej. Idealnym tego przykładem i wzorem była kampania Trumpa w USA. Tani patriotyzm plemienny („America first”) i oskarżenie wszystkich z wewnątrz i zewnątrz o spisek przeciw takiej „Ameryce”. I polityka historyzmu ahistorycznego. Odwołania do ‘świetnej przeszłości’, zwłaszcza tej, której nikt z żyjących pamiętać już nie może. Próbowano, co prawda, użyć (w Polsce) też elementu bohaterskiej przeszłości nie aż tak odległej. Państwo Podziemne i AK. Po bardzo znamiennych porażkach (niestety, żyli jeszcze i ciągle nieliczni niestety żyją i teraz) – nagle Polskie Państwo z Rządem w Londynie i Armia Krajową jakby zniknęło z trybun propagandowych a wyłoniły się z grobów, nieliczne co prawda, szeregi cieni ‘żołnierzy wyklętych’. I kolejne narodowe widowiska i msze żałobne z okresu II wojny światowej i pierwszych lat po jej zakończeniu. Gdzie ni stąd ni zowąd wiodąca siłą zbrojnego ruchu oporu były nie tysiące żołnierzy AK i BCh ani regularni żołnierze Polskich Sil Zbrojnych – a kilkuset watażków, straceńców i zdaje się kilku zbrodniarzy wojennych. Czyli nawet w przypominaniu i gloryfikowaniu historii stosuje się tą konwencję negatywną, nie pozytywną. Konwencję ludzi i społeczeństw przegranych. Mesjanizm polski, encore! s’il vous plaît. Chrystus Królem Polski (mimo, że to bluźnierstwo teologiczne), różańcem otoczymy granice (w rocznicę zwycięstwa nad Turkami pod Lepanto, nie przez przypadek – ha ha ha – wiec o wyraźnym zabarwieniu anty-muzułmańskim. To święto Matki Boskiej Różańcowej było wprowadzone przez papieża właśnie, jako votum zwycięskiej bitwy z Imperium Osmańskim.) – a więc ponownie: zagrożenie, poświęcenie się. Niby wzniosłe cechy – ale negatywne, nie pozytywne. To nie jest memento vitae, to memento mori. Trudeau w Kanadzie zastosował dokładnie odwrotną taktykę w wyborach. Pozytywną na wskroś. Może aż nazbyt. Harper prowadził negatywną, a NDP ostrożną. Trudeau na starcie miał daleką, trzecią pozycję. Wygrał miażdżąco, pozostawiając innych w głębokim tyle. Uwierzyliśmy mu, że jesteśmy lepsi. Nie lepsi od innych. Lepsi od siebie. I mu uwierzyliśmy bez względu na fakt czy było to racjonalne i logiczne. Ale argumenty pozytywne ludziom dodają skrzydeł. Negatywne przypominają o naostrzeniu szabli, naładowaniu pistoletu.

Kaczyści (tak to możemy , jako pewien specyficzny ruch określić, ponieważ nie mając wspólnej i spójnej ideologii łączy ich głównie przywódca: Jarosław Kaczyński) , podobnie, jak Trump w USA, Erdogan w Turcji mają pewną wspólną cechę: nie zadawalają się zwycięstwem i nie uznają wspólnej pracy nad dobrem wszystkich po tym zwycięstwie. Wygrać to za mało. Po zwycięstwie trzeba ukarać pokonanych, trzeba im pokazać ‘ich miejsce’, zniszczyć wszystko prawie, co przed nimi ‘tamci’ dokonali. Nie szukać wspólnego mianownika a przeciwnie: od sumy odciąć, odjąć minusem tą część, która była im przeciwna. csm_rzeplinski_3875aa1ff3Nastały czasy, jak to określił wybitny konstytucjonalista europejski, prof. Andrzej Rzepliński, systemu posibilistycznego w Polsce. Posybilizm to taka potoczna od łacińskiego (possibilis) i angielskiego zwrotu ‘possible’. Czyli – możliwy, możliwe. Konstytucja może pewnych rzeczy w państwie zabraniać: ale w państwie realistycznym, racjonalnym. W państwie posibilistycznym – wszystko jest możliwe. Obecny Trybunał Konstytucyjny jest zorganizowany w sposób poza konstytucyjny. Formalnie nie można było tego tak zrobić. Ale zrobiono – i to bez ogłaszania, że Konstytucja jest nieważna. Następuje pewien dualizm lub wielowymiarowość rzeczywistości. Everything is possible. I znowu porównanie do ‘twitterowej dyplomacji’ prezydenta Trumpa: coś jest ujęte w prawo federalne, do pewnych rzeczy prezydent USA nie może wprowadzać zmian samodzielnie (dekretami). Ale konstytucja nie przewidziała, że kiedyś będzie Twitter! I stąd miast dyplomacji departamentu Stanu, miast konwencji międzynarodowych wynegocjowanych latami w pocie czoła – tweat tweat, tweat i wszystko jest do góry nogami. Atmosfera niepewności, niestałości. Też broń z arsenału polityki negatywnej.

Ale nie tylko Jarosława Kaczyńskiego można porównać do Donalda Trumpa (w narzędziach politycznych, nie w osobowościach! Trump to sybaryta, a Kaczyński raczej asceta,). Podobnego porównania można użyć wobec opozycji  tu i tam. Zawiodła. Jest bez wizji przeciwstawnej. I nie ma (oj, jak nie lubię tego określenia – ale jest w polityce czasem niezbędne) przywódcy, lidera.  Dawniej można by użyć jeszcze zwrotu ‘wodza’ ale dziś to raczej archaiczne i wręcz ośmieszające określenie. Chodzi o osobę, która pod pewnym ogólnym sztandarem pozytywnych odwołań i wizji potrafi skupić wokół siebie ludzi o odmiennych poglądach, zapatrywaniach, celach. Ale z jedną wspólna chęcią powrotu rzeczywistego czasu historycznego. Czasu dnia dzisiejszego. Chcących wysiąść z pociągu, który jedzie do tyłu. Polski wszystkich obywateli. Bez wyraźnych lub ustawowych praw nadzwyczajnych.  I trochę pozytywnie podniecającej. Ciekawszej. Weselszej. Nie nastawionej ustawicznie contra a raczej pro.  Zawiodła też trochęZakodowani_007 (bez niedoceniania olbrzymich zasług dla ratowania demokracji i porządku konstytucyjnego w Polsce) główna siła społecznej, spontanicznej opozycji: Komitet Obrony Demokracji. Być może tej masy nie można było utrzymać w ryzach pewnej dyscypliny i stałego zaangażowania. Nikt (poza politykami, oczywiście) nie chce być ‘zawodowym’ demonstrantem, manifestantem. Każdy chce po prostu normalnie żyć. No i konflikt personalny na szczeblach najwyższych KOD poważnie zranił ten ruch i wyrosłą z niego organizację. Bardzo sprytnie wykorzystany przez całkowicie zawłaszczony przez państwo aparat propagandowy. Wielkim zwycięstwem KOD było jednak pokazania Polakom, że protest jest możliwy. Czasem nawet skuteczny. Że Polska, mimo wszystkich ograniczeń, jest ciągle państwem o ustroju demokratycznym i jest członkiem Unii Europejskiej, która te podstawowe prawa gwarantuje i potrafi ich dociekać. Nie jestem pewny, czy bez KOD byłoby możliwe osiągnąć tak silne i masowe protesty ograniczania praw kobiet (tzw. Czarny Protest), czy nawet obecny, dramatyczny Protest Głodowy młodych medyków-rezydentów doszedłby do skutku, nie wspominając o walce w obronie niezależności polskich sądów – od Trybunału Konstytucyjnego poczynając – co było główna zasługą KOD w Polsce i na świecie.  I cała masa innych grup aktywnie dziś zaangażowana w walkę o prawa obywatelskie. To wszystko pośrednio a czasami bezpośrednio jest pokłosiem działalności KOD właśnie. Kolejnej legendy polskiego społecznikostwa.

Łatwo, przyznaje, jest ulec wizji negatywnej. Nie wymaga to specjalnej pracy i wysiłku. Ulec gorzkiej konstatacji, że jesteśmy społeczeństwem niskim, zapyziałym, zacofanym, sobkami i egoistami zapatrzonymi tylko we własny garnek (‘…niech na całym świecie wojna, byle polska wieś spokojna …”), nie wymaga to wysiłku intelektualnego. Ale gdyby to była prawda nie byłoby POW w latach przed i trakcie I wojny światowej, nie byłoby polskiej szkoły spółdzielczości  w Międzywojniu, nie byłoby Żegoty, nie byłoby KORu i „Solidarności” w 1980-1989, nie byłoby KOD też. Nie wymieniam ani AK ani ruchów partyzanckich i wojskowych – bo to walka o życie, o przetrwanie. Mówię o ruchach społecznych, których celem było dobro wszystkich a nie siebie i najbliższych. Nie trzeba może stale ‘niezłomnych’, wielkich, tragicznych, nawet ‘wyklętych’. Trzeba po prostu ludzi poczciwych, dobrych.

A takich jest najwięcej. I potrzebują dziś liderów, potrzebują kogoś, jakąś grupę, która poprowadzi ich nie na szaniec a do urny wyborczej. I zaproponuje im: nie głosujcie na Polskę wielką; nie głosujcie na Polskę małą. Spróbujmy raz zagłosować na Polskę normalną. Sympatyczną dla Polaków i dla sąsiadów. Nie przeciw czemuś lub komuś. Dla.

  • Ale tego nie można osiągnąć używając wszystkich dostępnych środków walki politycznej. Przede wszystkim trzeba w słowniku opozycji demokratycznej wymazać wszelkie odniesienia do ‘dobrego” i ‘gorszego sortu’. Jest jeden sort: obywatele Polski. Odróżniać satyrę od argumentu racjonalnego, politycznego. Pani Pawłowicz nie jest złą posłanką ponieważ jest samotna lub mało atrakcyjna. Jest złą poprzez to , co robi w Sejmie, jako posłanka. Kaczyński nie jest fatalnym liderem dla Polski, bo wygląda śmiesznie na skrzynce na Krakowskim Przedmieściu ponieważ jest niski, ani dlatego, że może jest osobą homoseksualną (na 100% nie jest gejem, co już wyjaśniłem) – jest fatalnym, bo Polskę cofa a nie prowadzi do przodu, bo ją izoluje na arenie międzynarodowej, pozbawia solidnych sojuszników. A przede wszystkim dlatego, że Polaków dzieli. I to jest jego wada największa. Koronnym argumentem winna być kwestia wręcz ‘być albo nie być’ Polski w przyszłości. W każdym razie takiej Polski, jaką chcielibyśmy, by nasze dzieci i wnuki odziedziczyły. Tą kwestią jest członkostwo Polski w Unii Europejskiej. Nie ma znaczenia, że nikt z przywódców PiSu nie powiedział jasno, że dążymy do wyjścia z Unii.  Cała działalność polityczna i ustawodawcza przeprowadzana przez PiS jest w dużej części w sprzeczności z duchem Karty Atlantyckiej a często i z literą prawa Unii. To nie może trwać w nieskończoność. Jestem pewny, że nie będzie.   Gdy tylko jako-tako wypracują się zasadnicze punkty negocjacji z Wielka Brytanią – Europa zwróci się w kierunku powstrzymania erozji traktatów i konwencji europejskich w państwach członkowskich. Dwa kolce to głównie tylko Węgry i Polska. Z czego Polska dużo ważniejsza i dużo przez to niebezpieczniejsza dla Unii. Status quo Unia zostawić sobie samemu nie może. Wszelkimi metodami będzie chciała Polskę, jako członka utrzymać. Ale nie wszystkimi i nie za każdą cenę.  Sojusz francusko-niemiecki na to nie pozwoli. I większość innych krajów też. Nawet za cenę wymuszonych zmian traktatowych. Ostatecznie dla Polaków najważniejsza jest Polska – takie wrażenie odnosi się w Brukseli i większości stolic europejskich. Dla Berlina i Paryża, raczej też dla większości innych stolic: najważniejsza jest Europa. Młode pokolenie Niemców, Francuzów, Hiszpanów, Holendrów, Włochów nie wyobraża sobie świata w zamkniętych granicach krajowych. Oni są już Europejczykami. Z moich rozmów i obserwacji tego samego pokolenia w Polsce odnoszę wrażenie, że ma podobne aspiracje. To im trzeba wyraźnie powiedzieć. Niech mają świadomość wyborów.13001294_1080214845404011_8774310758556996483_n Tak – Europa to jedność kulturowo-cywilizacyjna. Ale to też jedność polityczna. A jedność polityczna nie jest dana raz na zawsze. To decyzje polityczne i ich konsekwencje. Polska ma duży potencjał gospodarczy, ekonomiczny i polityczny. Ma go w Unii. Samotnie jej potencjał jest tak mały, że znaczenia żadnego mieć nie będzie.

 

2018 – rok stulecia Niepodległości

Drukowanie

Polskie środowiska twórcze i ludzie związani bezpośrednio z kulturą polską tworzą projekt solidnego upamiętnienia roku 2018. Roku rocznicy odzyskania niepodległości po 123 latach zaborów.

To, co w historii państw i narodów najtrwalsze, najistotniejsze – to własnie kultura i sztuka. Osiągnięcia materialne, przemysłowe, militarne, ekonomiczne mimo swej wagi i znaczenia, częstokroć po okresie rozwoju i zenitu – upadają, zanikają, tracą na ważności i znaczeniu. To własnie te efemeryczne – wydawałoby się – wydarzenia i osiągnięcia kulturalne stanowią o tym kim, jako państwo i obywatele jestesmy.
Żadne granice ani ustawy polityczne nie określają nas tak wyraźnie, jak kultura właśnie. Nie może więc być wolnego państwa bez wolnej kultury. A bez wolności nie ma suwerenności. To warunek sine qua non.

Tak więc hasło “Kultura Niepodległa” jest de facto hasłem “Kultura Niezależna, Wolna”. Tylko taka zresztą może istnieć, powstawać. Kultura nakazowa, sterowana jest zaprzeczeniem jej twórczych soków, jej naturalnej umiejętności znajdowania Norwidowskich diamentów w lawie błota przeciętności i jednorodności.

Być może ten projekt, bez politycznego sterowania z zewnątrz, zrodzony przez same środowiska twórcze będzie najtrwalszym i najwartościowszym sposobem uczczenia tej Rocznicy.

Elity – wbrew opiniom ideologicznych wyznawców maoizmu, stalinizmu i kaczyzmu – nie są rakiem społeczeństwa. Elity to drożdże zdrowego społeczeństwa i narodu.

Kultura Niepodległa

o spacerach, historii i współczesności … o białej róży i drewnianym krzyżu na Krakowskim Przedmieściu

Bogumił Pacak-Gamalski

 

P4100092.JPGLubią warszawiacy chadzać po Trakcie Królewskim. Ujazdowskimi, przez Nowy Świat ku Krakowskiemu. I ja nie raz cały ten szlak od Dolnych Łazienek aż pod Zamek odbyłem. Zawsze w tłumach cieni postaci i wydarzeń znanych z historii tego miasta i kraju. Obrazy Canaletta mijałem, obiady w salonie pani Kalergis, Orzeszkową spotykałem, Prusa, na Nowym Rynku wychodzącą z pensjonatu klasztornego młodą Konopnicką, za Marszałkiem pochylonym szedłem, gdy rano chodził do Ministerstwa Spraw Wojskowych z Belwederu, mijałem Witosa i Daszyńskiego, prezydenta Narutowicza, gdy jechał na otwarcie wystawy w Zachęcie, prezydenta Wojciechowskiego, gdy jechał na Most Poniatowskiego, młodego Baczyńskiego, gdy ze śmiechem wybiegał z bramy uniwersyteckiej… Widziałem przez mgłę historii sotnie kozackie pędzące w 1905 demonstrantów w tym samym miejscu, w którym milicja pędziła studentów w 1967.
Teraz widzę na filmach i zdjęciach tysiące policjantów, ludzi wciąganych do wozów policyjnych …

Trakt Smoleński

Chodziłem tym Traktem Króli i Prezydentów,
spacerowałem od Belwederu, przez parki kolejne
ku gmachom Ministerstwa,
śladami smutnego Pana w maciejówce
na głowie i Polsce w sercu.
Potem dalej nieco, gdzie skręcało
się w Wiejską, gdzie chodził
poważny wiejski gospodarz
z podkrakowskiej wsi, gdy
rolę krajową przyszło mu chędożyć.
Za kościołem św. Aleksandra Trakt
zwęża się w kupiecką uliczkę nowo-światową,
kawiarnianą, aż do bram uniwersyteckich.
Pani – w sukniach długich, z parasolką – Orzeszkowa,
tam spacerowała, pan Prus przechadzał się do sklepu
kolonialnego pana Wolskiego.
Pałac Namiestnikowski złe chwile przypominał,
więc szybko go mijam, by nahajką kozacką
przez plecy nie być pogłaskanym.
Ot i znowu, policja jawna i tajna kordonami
go otoczyła, mały człowiek w czarnym surducie
z uporem policmajstra i wiarą Czarnej Sotni
w świętość Ławry Poczajowskiej,
mówi, że kto w Boga wierzy – wierzy w Cara.
Już widać fasadę św. Anny i katolickiego
Szweda z krzyżem w dłoni na kolumnie.
I czerwoną fasadę Zamku Królewskiego.
Ale do placu ze Szwedem kolumnowym
dostać się nie sposób. On swojej kolumny
krzyżem i szablą broni, a kolumny jazdy kozackiej
bronią dojścia do Zamku. Policmajster – dowódca Sotni –
w czarnym surducie sortuje obywateli
na prawilnych i tych mniej, pół-szwedzkich prawie.
Ławra Poczajowska rozwija sztandar najświętszy
Bojarów Wyklętych: Boh, Cześć i Car.

/B. Pacak-Gamalski, 11 sierpnia , 2017/

Sprawa polska a Rewolucja Francuska

by: Bogumił Pacak-Gamalski

 

 

Danton, słynny działacz i lider Rewolucji Francuskiej – postać tragiczna i krwawa jednocześnie – powiedział, że “rewolucja, jak Saturn, pożera własne dzieci”. Co i jemu samemu na końcu (wraz z wieloma innymi przywódcami tej francuskiej i wielu innych rewolucji) się przydarzyło.

W pewnym symbolicznym stopniu rewolucją było powstanie KODu w Polsce w 2015. Pierwszego ruchu ogólnospołecznego nie opierającego się na ideologii i światopoglądzie politycznym a skierowanego do wszystkich obywateli. Jedynym celem była obrona szeroko rozumianej demokracji. Ale demokracji nie XIX ani nawet XX wieku, a demokracji na kształt i na miarę wieku XXI. Nowoczesnej. Obywatelskiej. Tzn. nie w oparciu o nacje, a o obywatelstwo państwowe. Pozbawionej kolorytu (zwłaszcza ciemnych jego barw) etniczności, płci, wyznaniowości, seksualności. Demokracji wolnych obywateli państwa, którego niewzruszalnym fundamentem jest praworządność i absolutnie przestrzegany podział władz: politycznej, legislacyjnej i sądowej.

Ale, jak Danton smutnie zauważył, ruchy masowe są podatne na wstrząsy wewnętrzne. Poprzez własne rozdarcie i chęć podkreślenia jednej lub kilku opcji nad innymi; przez silne konflikty personalne i przez sprytnie sterowane działanie sil zewnętrznych – tych ostatnich zwłaszcza wtedy, gdy ruch jest skierowany przeciw rachowaniom władzy. Tak też i stało się w KODzie. Może nie mogło stać się inaczej. Może Danton, faktycznie nie rzucił po prostu literackiego powiedzenia a odkrył pewną prawidłowość dziejów? Nigdy pewnie się nie dowiemy, a nawet jeśli, to i tak nie zmieni to przeszłości. Przeszłości nic i nikt nie zmieni. Ona już była. Kropka. Co jest ważne, to fakt aby w pewnym momencie być, przez znajomość historii, mądrzejszym i zatrzymać upływ krwi, rozpocząć leczenie i wrócić do celów działania. Najgorszym jest szukanie nowych konfliktów. Jak ktoś gdzieś zdoła ugasić pożar – natychmiast zaczynać drugi gdzie indziej. Na samym końcu zostaje tylko pogorzelisko. Nie służące nikomu. Skoro już historyczne sentencje przypominamy, to jedną jeszcze warto wspomnieć. Starszą od Rewolucji Francuskiej o całe millenia. W 279 roku poprzedniej ery, król Epiru, Pyrrus, po krwawym zwycięstwie nad Rzymianami miał powiedzieć, że jeszcze jedno takie zwycięstwo i będzie zgubiony. Ergo pojęcie ‘zwycięstwa pyrrusowego’.

Demokracja to nie jest moja racja. To w ogóle nie ‘racja’. Niczyja. To zbiór dóbr powszechnych wszystkim dającym szerokie wolności i wszystkich trochę ograniczające. W XIX i XX wieku demokracja często używała pojęcia tolerancji. Czyli zgody na inność, ale zgody, która była pewną łaską władzy politycznej (władcy lub większości rządowej), przyzwoleniem, pobłażliwością. Demokracja XIX wieku opiera się na afirmacji inności. Na prawie a nie na łasce. Na normie a nie na pobłażaniu.

Po wyborach na I Krajowym Zjeździe KODu pozostały pewne pęknięcia, pewne frakcje. To jest też normalne i ‘OK’. Ale ściśle krajowych i ściśle związanych z pozycją lidera krajowych władz KOD ‘pęknięć’ nie wolno przenosić na sceny polonijne.  One nas bezpośrednio nie dotyczą. Naszym celem jest afirmacja idei KOD, a nie jego personaliów.  Tutaj nie ma nadmiaru liderów i kolejki o nieistniejącą praktycznie władzę. Potrzeba po prostu szczerych animatorów demokratyzacji w szeregach Polonii.  Nie będziemy stawiać  symbolicznych ‘gilotyn’. I nie będziemy uznawać czy nie uznawać legalnie wybranych władz ruchu w Polsce. Będziemy pracować i z Kijowskimi i z Łozińskimi. Tak długo, jak będzie trzeba dla Polski i dla nas. Dla nas tu – w Polonii, która tez wymaga reorganizacji i wkroczenia w XXI wiek. Dla większości z nas smętny kujawiak czy dziarski mazur to już za mało, by wszystko tym pokryć i rzewnie się rozpłakać.  Trzeba codziennego działania polonijnego, które Polsce nowoczesnej i nowoczesnemu Polakowi, gdziekolwiek by nie mieszkał, sprawiało satysfakcje i dumę z tego, co sobą reprezentujemy. I tradycji nie trzeba odrzucić. Z tradycji trzeba po prostu wybrać to, co było słuszne, piękne i godne. A nie wszystko było. Nigdzie wszystko nie było. Nie mamy czego się tak strasznie wstydzić. Ale nie mamy znowu jakichś nadzwyczajnych powodów do wypinania piersi o wszystko i za wszystko. Przez chwilkę bądźmy zwykłymi, normalnymi ludźmi. Powszednimi. Nie przeklętymi, nie wyklętymi, nie wybranymi. Normalnymi. To całkiem fajne uczucie.

To – zupełnie niezamierzenie – wielki prezent dla nas od PiSu. Dzieląc nas, wprowadzając waśnie i wrogość między obywatelami – zmusza nas do szukania jedności. Im bardziej skłócać się będziemy w Polonii – tym większe będzie zadowolenie emisariuszy PiSu w Kanadzie i innych krajach osiedlenia i zamieszkania Polaków.

Przy wielkich zadaniach stojących przed KODem i innymi ruchami pro-demokratycznymi w Polsce (niezależne sądownictwo, niezależność mediów, ratunek środowiska naturalnego przed jej totalnym niszczeniem przez politykę rządu, obrona praw kobiet przed ich ‘islamizacją anty-aborcyjną’, obrona szkół i edukacji polskiej przed jej infantylizacją, walka o wolność twórczą polskiej sztuki i kultury) naszym głównym wyzwaniem w Polonii jest wejście w XXI wiek.  Robienie tego właśnie, co w Polsce jest obecnie cenzurowane lub niedopuszczane do swobodnego przekazu:  wolna i otwarta prasa  tradycyjna i elektroniczna; różnorodność opinii i postaw szanowana przez organizacje i wspierana w możliwości jej prezentacji, wspieranie ruchów pro-demokratycznych w kraju przez wskazywanie dobrych przykładów i rozwiązań demokratycznych w naszych miejscach zamieszkania; otwarta i szczera dyskusja historyczna bez różowych i bez czarnych okularów.  Może to się wiązać z pewnymi sankcjami. Głownie finansowymi. Tak, od lat większość polskich organizacji przyzwyczaiła się do finansowego wspierania różnych projektów przez konsulaty, przez Senat RP, przez Tow. Łączności z Polonią.  Niektórzy wpadli wręcz w uzależnienie się od tej pomocy.  Nie było w tym nic złego, tak długo, jak nie było to związane z pewnymi przyrzeczeniami bądź wyraźnie określonymi oczekiwaniami od dawcy dotacji. Nie ma nic nienormalnego, gdy stara ojczyzna wspiera propagacje jej kultury przez grupy zagraniczne. W końcu służyło to i pootrzymywaniu związków z krajem pochodzenia i propagację polskiego dorobku cywilizacyjnego w kraju osiedlenia. Ale dziś to może być (i jest wielokroć) pewien kaganiec ‘wierności poddańczej’. A na to nikt pozwolić sobie nie może. My nie możemy.  Aby te cele osiągnąć niezbędna jest jedność grup pro-demokratycznych za granicą. Rezygnacja z mojej, ‘najlepszej racji’. 40 blisko milionowa Polska może sobie na waśnie wewnątrz-organizacyjne pozwolić. Zasoby ludzkie do wypełnienia luk są nieprzebrane. My, na Obczyźnie, takich zapleczy nie mamy. Zanim się więc podzielimy na ‘murarzy’ i ‘stolarzy’,  na ‘wytrwałych’ i ‘zmiennych’ – zastanówmy się czy nas na takie eksperymenty stać. Odnoszę wrażenie, że nie. Jeszcze nie w tej chwili, jeszcze nie teraz. Na razie : ,każda ręka na pokład’!