z perspektywy lat -różne kształty Polonii

by Bogumil Pacak-Gamalski

Spacer po mediach polonijnych, drukowanych i tzw. social media, słonił mnie do podróży wstecz. Podróży w czasie i porównania promowanego obrazu Polaków Kanadzie sprzed lat i dzisiaj. Jacy jesteśmy i byliśmy.  Refleksje z tej podróży mogą być zastanawiające.

Kiedy przyjechałem do Kanady mroźną zimą 1982 roku – zima polska była jeszcze mroźniejsza. Zima Stanu Wojennego i wojny jaruzelskiej.  Wolność, jaką oferował ten piękny kraj, od początku zatruta była goryczą niewoli rodziny i przyjaciół w ziemi ojczystej. Naturalnie, młodość też miała swoje prawa: chciało się zachłannie tą nową wolność i surowe piękno nowego kraju wchłaniać, kosztować.  Zwłaszcza, że już po dwóch miesiącach miałem dobrą prace i zarabiałem nagle jakieś krociowe sumy niewyobrażalne – nie pamiętam aż tak dokładnie ale było to 700 lub coś około tego co dwa tygodnie! Czy państwo macie wyobrażenie, co to była za suma na początku lat 80 ubiegłego wieku?! Za 50 dolarów można było wypełnić cały wielki wózek żywnością w Safeway’u na tydzień prawie czasu! Więc starczało na cotygodniowe wyjazdy w monumentalnie piękne Góry Skaliste na narty, kupowanie paczek żywnościowych regularnie dla rodziny w Polsce (robiło to się wówczas albo przez Pewex albo przez firmę polską w polskim Londynie).  No i wspieranie wszystkiego, co łączyło się z polskością,  ze wsparciem Solidarności i ostentacyjną, wręcz chorobliwą pogardą dla junty warszawskiej.

Mając za sobą już pewne kontakty i współpracę z Jerzym Giedroyciem (legendarnym Naczelnym Kultury paryskiej), Tygodniem Polskim i Dziennikiem Żołnierza z Londynu (czołowe pisma polskiej emigracji wojennej i struktur Państwa Polskiego na Obczyźnie) oraz Instytutem Józefa Piłsudskiego w Londynie – szukałem zaraz kontaktów z polską prasą polonijną w Kanadzie.

Główne tytułu ukazywały się wówczas w Toronto i Winnipegu. Toronto to był „Związkowiec” i „Głos Polski”, a w Winnipegu „Czas” – najstarsze polskie pismo polonijne. „Związkowiec” reprezentował (organ Związku Narodowego Polskiego) linię ideową Stronnictwa Narodowego i w krytyce reżymowej był bardzo ostrożny. Zresztą sam ówczesny Kongres, mimo, że oficjalnie nie pro-reżymowy, w czambuł komuchów nie potępiał (nie zapominajmy, że ówczesny prezes, Jan Kaszuba miał dość ciepłe stosunki z Gierkiem). Narodowcy zresztą umieli się często w zaskakujący sposób porozumiewać z komunistami.  A ich skrajne odłamy to wszak faszystowska Falanga i pro-reżymowy Pax Piaseckiego,  prawie przez cały okres PRL. Najbardziej nieprzejednaną politykę anty komunistyczną  i pro-londyńską (w rozumieniu ‘Polskiego Londynu’ legalistycznego, a te terminy wówczas miały jeszcze znaczenie) reprezentował winipeski „Czas” redaktora Mroczkowskiego.  I z tego względu, bardzo będąc zbliżony ideowo do koncepcji legalizmu Polskiego Państwa na Obczyźnie, z tymże „Czasem” podjąłem najbliższą współpracę drukując w zasadzie regularnie co tydzień teksty polityczne i nieco później prowadząc stałą rubrykę „Pogwarki” o charakterze reportażu literackiego. Nieco później, po objęciu redakcji „Głosu Polskiego” w Toronto przez byłego internowanego działacza „Solidarności” i poety Edka Zymana, skupiłem się bardziej na stałej współpracy z „Głosem”. Ale szereg ważnych tekstów publikowałem też w „Związkowcu” i z jego naczelnym, Jackiem Borzęckim miałem bardzo poprawną współpracę. W różnych mniejszych ośrodkach ukazywały się liczne Biuletyny polonijne o bardzo różnym poziomie, częstotliwości i objętości.  Sam jeden z takich najstarszych Biuletynów prowadziłem przez blisko 4 lata (ukazywał się raz w miesiącu w objętości ok. 30-40 stron, z czego więcej niż połowa to były strony różnych organizacji polonijnych i parafii katolickiej – Biuletyny takie w tamtych czasach pisało się na maszynie, niekiedy nawet bez polskiej czcionki, więc ogonki trzeba było nocami do liter dopisywać tuszem, potem strony się wypalało  i drukowało na maszynie drukarskiej i następnie zbijało  wielkim zszywaczem – na samym początku lat 80. technologie te były bardzo zbliżone do technologii z lat 30 i niezbyt różniły sie od technik drukarskich naszych dziadków i babć; potem zmiany posypały się błyskawicznie, jak lawina. Ale te trzy wymienione wyżej tygodniki to była podstawa –  dość solidna – polskiego słowa drukowanego w Kanadzie.  I muszę przyznać, że były prowadzone profesjonalnie, uczciwie i mimo swoich linii ideowych – oferowały swe łamy dla pisarzy, publicystów, felietonistów o bardzo szerokiej gamie ideowo-politycznej. Były prasą autentycznie wolną.  Co było wielką zasługą ich redaktorów naczelnych, którym udało się uzyskać wysoki stopień niezależności i wolności redakcyjnej od dyrekcji prasowych (każde z wymienionych tytułów było własnością innych organizacji polonijnych).

Pamiętam nie jedną, trwająca czasami ponad miesiąc (to były tygodniki) ostra polemikę z innymi autorami (ja miewałem ostre z profesorem Matejką z Uniwersytetu Alberty, który na łamach „Związkowca” reprezentował często rusofilskie i panslawistyczne stanowisko) – nigdy nie przeniosły się one na obszar personalny. Szanowaliśmy się wzajemnie i sprzeczaliśmy o idee, nigdy o osobowość. Ciągle obowiązywała staroświecka zasada grzeczności i tzw. dobrego wychowania.

Z nieżyjącym już profesorem Uniwersytetu w Lethbridge, Adelem-Człowiekowskim prowadziliśmy wręcz zażarte bitwy ideologiczne – on był bardzo silnie zanurzony w idei Narodowców, ja byłem zaciętym ‘piłsudczykiem’, gorącym zwolennikiem idei federacyjnej i po trosze staroświeckim socjalistą mającym wiele sentymentu dla PPS. Mimo to – do końca pozostaliśmy serdecznymi przyjaciółmi. Wiele z tych znajomości zadzierzgnęliśmy, kiedy zorganizowałem mini zjazd polskich intelektualistów w Zachodniej Kanadzie: profesorów, akademików, poetów, publicystów. A byłem wówczas w Kanadzie dopiero jakieś pięć lat. Niektórzy z nich byli już ponad 30 i dziękując za te spotkanie podkreślali z radością, że to pierwsze tego typu odkąd byli w Kanadzie! Znali się w większości, spotykali z okazji jakiś kanadyjskich sympozjów lub sesji naukowych – ale nigdy w tym pełnym gronie i pod tym sztandarem „polskich”.  Ja, najmłodszy – wyznaczyłem każdemu temat referatu do przygotowania. Nie tylko się nie urazili, a przeciwnie, z chęcią się z zadania wywiązali. Sam mówiłem o polskiej literaturze kresowej. Mimo, że czasy były trudne – wspominam je z satysfakcją. I tych ludzi i te przedsięwzięcia.  Dzieliły nas pokolenia i zupełnie odmienne doświadczenia życiowe: od absolwentów jeszcze przedwojennych polskich uczelni, po tych, którzy ukończyli studia i szkoły już w Polsce Ludowej, tych którzy wyjechali w latach 60. i tych najmłodszych stażem emigracyjnym i na ogół wiekiem z mojej fali solidarnościowej. Powoli zawiązywaliśmy silne więzi ze starą emigracja polonijną, tą jeszcze z lat nawet sprzed I wojny.

Coś zaczęło się jednak w Polonii psuć najwyraźniej w okolicach przełomu lat 80 i 90. Następowała wyraźna polaryzacja poglądów i samych zachowań.  Być może to właśnie moja i nieco późniejsza masowa fala emigracyjna z Polski, wniosła zbyt chyba wiele nawyków PRL. Nie ideologii – nie. To była fala najbardziej (od czasów emigracji żołnierskiej z końca lat 40) antykomunistyczna. Ale fala ludzi, których dotychczasowe życie spędzone tylko i wyłącznie w najróżniejszych środowiskach PRL zmieniło nieco. Ich świat był światem ostrych różnic: ‘my – oni’, ‘ja – ty’.  Polaryzacji. Usztywnienia. Braku tolerancji. To była powoli wsiąkająca w nas trucizna systemu. I trucizna ksenofobii.  W połączeniu z dość bezwzględnym wyścigiem materialnym panującym w Ameryce Północnej, dało to często niemiłą mieszankę.  Te przemiany następowały też w okresie olbrzymich zmian w Polsce – ta oczekiwana suwerenność wracała. I nagle wszyscy poczuli, że mają prawo w końcu być wolnymi Polakami . I przez głowę wielu z nas nawet nie przeszła myśl, że nie ma jednego typu Polaka!  Więc ci, których było najwięcej byli świecie przekonani, że Polska i Polak muszą być tacy tylko, jak oni. A każdy inny – to przeciwnik.  Ktoś, kto tą ‘ich’ wolną Polskę chce im znowu zabrać. Oczywiście ten „inny’ myślał często identycznie o nich! To już nie tylko pytania ‘która’ Polska ważniejsza, to pytanie zasadnicze:  która prawdziwsza, jedyna. Przegladający ówczesna prasę mógł odnieść wrażenie, że wszyscy Polacy w Kanadzie pochodzą z tej samej parafii i należą do tego samego kółka różańcowego. Raczej zbliżonego do ‘teologii’ faszyzujących księży narodowców niż teologi księży Twardowskiego czy Tischnera – ‘dobra zmiana’ zanim zdobyła władzę polityczna w państwie, otoczyła mackami Kościół polski.

Jednocześnie, w tym samym okresie, następowała rewolucja elektroniczno-internetowa. Rewolucja, która miała kolosalny wpływ na przekazywanie informacji, na media. I kompletne załamanie się mediów tradycyjnych, a więc prasy.  Poskutkowało to prawie całkowitym upadkiem dobrej prasy polonijnej. To, co pozostało lub powstało nowego w tej dziedzinie w Kanadzie – to były bezwartościowe śmiecie. Cienie tylko dobrej prasy profesjonalnej, jaka istniała wcześniej. Aby zdobyć zanikającego czytelnika, prasa polonijna przestała edukować, oświecać, budzić poważne dyskusje – zaczęła sprzedawać się, jak tania prostytutka, po najmniejszej cenie dla najpopularniejszego klienta. Pisano nie, co pisane być powinno, a co niewybredny czytelnik oczekiwał.  Publikowano i w prasie drukowanej i w formach elektronicznych każdy komentarz, im bardziej chamski, ordynarny, personalny – tym lepszy poklask i popularność.  Niektóre gazety lokalne przestały prawie w ogóle pisać cokolwiek lokalnego, istotnego ‘tu i teraz’, a po prostu wypełniali szpalty przedrukiem artykułów z  kraju lub innych pism i agencji.

Ten stan rzeczy uległ pewnej poprawie dziś ale nie do końca udało się wyeliminować wszystkie wady ostatniego 20-lecia.

Kompletną tragedią było zaangażowanie się KPK (Kongres Polonii Kanadyjskiej) w jedną tylko opcję polityczno-ideologiczną: konserwatywno-prawicową w Kanadzie. I popadnięcie w klerykalizm polityczny połączony z wąską formą ultra-patriotyzmu zamkniętego.  Poskutkowało to całkowitym oderwaniem się Polonii zorganizowanej od Kanadyjczyków polskiego pochodzenia, którym taka forma nie odpowiadała i nie jest wobec nich w jakikolwiek sposób reprezentatywna.

Wszystko to, mimo tych wad, jako-tako działało, gdy placówki dyplomatyczno-konsularne RP w Kanadzie reprezentowały politykę i koncepcję demokratyczne, wyważone, wypośrodkowane.  A ze strony władz federalnych Kanady był jednocześnie (podobnie, jak Kongres Polonii) ultra-prawicowy rząd Stephena Harpera (ich bliskość ideowa wyraziła się  np. głośną sprawą budowy pomnika ofiar komunizmu w Ottawie, która wywołała tyle krytyki i oburzenia Kanadyjczyków ale i wielu Polaków).  Funkcjonowało, bo z jednej strony Polacy w Kanadzie mogli liczyć na pewne wsparcie i poparcie polskich instytucji (ambasady, konsulatów, Instytutów Kultury) RP w Kanadzie na realizację projektów demokratycznych, obywatelskich, a z drugiej KPK miał silne poparcie władz Kanady. Rok 2015 ten balans powalił w gruzy. Wszystko przekręciło się ‘do góry nogami’. Rząd i władze Polski przeszły transformację kompletną, na pozycje klerykalno-populistyczną, dla których słowa „pluralizm”, „tolerancja” są synonimami słów  „wróg”, „przeciwnik”;  w Kanadzie zaś nastąpiła polityczna zmiana w przeciwnym kierunku: na liberalizm ideowy i polityczny, na społeczeństwo obywatelskie, wielokulturowe, na pluralizm.  Polonia tradycyjna, zorganizowana, straciła uprzywilejowane dojścia do rządu federalnego, ale i polscy Kanadyjczycy spoza tej Polonii stracili pewne oparcie (choćby tylko symboliczne) w placówkach zagranicznych RP.

Świetnym przykładem takiej sytuacji są grupy KODowskie w Kanadzie. Ten niezwykły i błyskawicznie się rozwijający ruch obywatelskiej opozycji demokratycznej – zyskał bardzo szybko zwolenników w Kanadzie. Ale … . No właśnie: ale. Pozbawieni kompletnie jakiegokolwiek wsparcia ze strony polskich jednostek konsularno-dyplomatycznych, będący poza grupami zorganizowanymi Polonii i oparty w większości na indywidualnych jednostkach a nie grupach – nie potrafią odruchów sprzeciwu wobec tego, co rząd polski robi przeobrazić w środowisko skupiające innych o podobnych przekonaniach. A środowiska zorganizowane zostały dość dobrze przez ostatnie dwadzieścia lat zindoktrynowane. Nie bez ‘czułej’ opieki kleru polonijnego.  Zwłaszcza kleru zakonnego (Oblaci i Chrystusowcy), który ze zrozumiałych względów wykazuje się dużo większym posłuszeństwem i karnością wobec hierarchii kościelnej w Polsce niż zwykli ‘cywilni’ księża diecezjalni.  Więc ‘kanadyjscy kodowiczanie’ czują się trochę sfrustrowani, że nie potrafią lepiej i więcej robić. I w większej grupie. To naturalny odruch każdej nowej grupy, organizacji. Że nie od razu wszystko wychodzi.  Że pojawiają się piętrzące się problemy.  Podczas, gdy winni być dumni, że potrafili w tak krótkim czasie w ogóle się zorganizować. Zaistnieć, jako coś zupełnie innego i odmiennego, w środowisku. W środowisku niekoniecznie sympatycznym wobec nich (mówię naturalnie o środowisku polsko-kanadyjskim). W dodatku wymogi ruchu Komitetu Obrony Demokracji są kompletnie inne od wszystkiego, co do tej pory  w ‘polskiej’ Kanadzie mogli poznać; ten ruch wymaga działalności demokratycznej i na rzecz współczesnej demokracji.  Na przykład zgadzać się na to, że mamy inne poglądy. I że to nawet nie tolerancja, a po prostu zwykła rzeczywistość. Że nie wymaga żadnego wysiłku ani wyrzeczenia się czegokolwiek.   Gdy ktoś ci się zwierza: ‘nie znoszę mleka’ są dwie alternatywne reakcje:  a) ‘ to strasznie smutne, bo mleko przecież takie zdrowe! mam nadzieję, że przynajmniej inne produkty nabiałowe spożywasz’ (typowa i negatywna) i b) ‘a ja bardzo lubię. Ale dziękuje, że mi powiedziałeś, to będę uważać aby cię nie stawiać w kłopotliwej sytuacji i nie oferować szklanki mleka’  (zdrowa i demokratyczna). Zaczynam odnosić wrażenie, że dzięki skrajnej postawie obecnej większości parlamentarnej w Polsce – docenimy to, na co do tej pory uwagi nie zwracaliśmy. Paradoksalnie – poprzez coraz węższe obszary wolności, szacunku i początkowy, przerażająco głęboki rów dzielący Polaków – zacznie nam brakować siebie. Naszego dobrego sąsiedztwa, naszej fajnej ‘inności’ lub wręcz ‘egzotyki’.

Przed wyjazdem z Vancouveru, Krzysztof Olendzki (do niedawna Konsul Generalny RP) wygłosił oryginalną prelekcję na temat organizacji społecznych i roli pieniądza w NGO. Dziwną, bo sugerował, że działalność społeczna bądź łączenie się w grupy to cecha ściśle chrześcijańska. Naturalnie, że masa jest i była grup , które robiły to na bazie wiary chrześcijańskiej. Ale sugerowanie, że to jedyna lub nawet główna forma organizowania się (wiara) jest absurdem pozbawionym jakiegokolwiek oparcia w wiedzy historycznej. Ale to mnie nie zdziwiło Było strasznym zawężeniem, ale nie było fałszem. Co mnie najbardziej zaskoczyło, to jego apel  do zebranych na prelekcji, wygłoszonej na uniwersytecie, przedstawicieli grup liderskich Polonii. Apel by łączyli się z tymi, których znają, którzy mają podobne do nas poglądy, podobne upodobania. Bo wtedy ta działalność będzie pozytywna i bezkonfliktowa.  Wydało mi się to szalenie płytkie i zbyt łatwe rozwiązanie. Dobre dla kółka wzajemnej adoracji, nie zdrowej organizacji demokratycznej. Dopiero po chwili zrozumiałem, że było to grzeczne ostrzeżenie liderów polonijnych by nie dopuszczali w swoje szeregi Polaków inaczej myślących. Niezależnych. Że nie chodziło o rozwój Polonii kanadyjskiej a zatrzymanie jej w czasie, obarykadowanie. I to była bardzo zła rada. Teraz pan Olendzki będzie przewodniczył nowemu mega-instytutowi, który otrzyma wielkie fundusze i pieczę nad kontaktami kulturalno-historycznymi z Polonią.  A naszym – demokratów – zadaniem jest zaprzeczenie wizji pana Olendzkiego. Jest budowanie mostów a nie barykad.  Otwieraniem drzwi i furtek, a nie otaczanie domów zasiekami z drutu kolczastego.  Nigdy nie byliśmy wszyscy tacy sami. Dlaczegóż teraz mielibyśmy udawać, że jesteśmy? Jakiż to wróg śmiertelny stoi u naszych bram, byśmy musieli zrezygnować z naszych indywidualności, z naszych pięknych różnic?  To one tworzą koloryt Polski i Polaków. Na samym końcu prawdą niepodważalną jest to, że państwo i władza są wtedy tylko reprezentatywne i na tyle tylko na ile bronią wolności osobistej swoich obywateli. Bo na co dzień nie prowadzi się wojny i nie robi pospolitego ruszenia. Na co dzień ma panować pokój i spokój.  I uśmiechnięci obywatele spacerujący w drodze do swoich kościołów, zborów, domów modlitewnych, świątyń, meczetów, soborów, synagog lub też po prostu do parku, kina, kawiarni, pubu.  Każdy, gdzie chce indywidualnie. I zjednoczony jedną tylko myślą i celem zasadniczym – byśmy wszyscy mogli to robić i szanowali siebie nawzajem.  Cała wielka teoria polityczna. Prosta i jasna. Nie zajmujmy się sumieniami i losem pozagrobowym innych. Zajmujmy się swoim sumieniem.  A nagle okaże się, że ten ‘inny’ to zwykły, sympatyczny współobywatel. Sąsiad. Znajomy. Fajny facet lub facetka, z którymi się fajnie rozmawia. I ciekawie, bo mówią rzeczy , które mało nam są znane – a przez to właśnie ciekawe. Więc zakładajmy organizacje właśnie z ludźmi bardzo różnymi. Nie będzie wówczas wiało nudą na tych zebraniach, spotkaniach.  Bo, jak jest nudno i sztywno to wiadomo – z nudów zaczynamy się kłócić …

Dużo osób nie lubiło Platformy Obywatelskiej i rządów PO.  PO przegrała, ale Polska pozostała. Dużo osób w Kanadzie nie lubiło konserwatystów i rządów Harpera –  przegrali, ale Kanada pozostała. Wielu z nas nie może patrzeć i słuchać, co robią obecne władze PiS w kraju. OK, tylko, że oni też miną – a Polska pozostanie. I pozostaną Polacy, którzy są za i przeciw. Będziemy musieli razem żyć. Więc tych murów miedzy sobą nie budujmy za wysokich, bo i tak trzeba będzie je potem burzyć. I pogódźmy się w końcu z faktem, z rzeczywistością a nie mitem: nie jesteśmy narodem i państwem jednomundurowym, nie należymy do cywilizacji bizantyjskiej z bogiem-carem-patriarchą na czele.

Polskę budowało i za Polskę ginęło wiele grup etnicznych, przedstawiciele wielu wyznań i religii i niewierzący też.  To jest też ich kraj. Nie należy w całości do jednej, choćby najliczniejszej, grupy. Należy do wszystkich.

I – poza wspieraniem głównych działań Komitetu Obrony Demokracji w kraju – niech nie zapominaja o tej przyszłości KODerzy kanadyjscy. Nie chodzi o to, byśmy wrócili do starych nawyków, które zaowocowały taką  skostniałą, sztywną i nietolerancyjna Polonią, jaka wysłoniła się w ostatnim 20-leciu i starali się tą ‘wojenkę’ ideową wygrać z okrzykiem: ‘teraz my wam pokażemy!  Polskość to my a nie wy’. Nie, chodzi o coś dokładnie odwrotnego. Polskośc to nie ‘my’ ani ‘oni’. Polskość, a sciśle mówiąc: demokratyczna polskość, to i ‘oni’ i ‘my’.  Oparta na wzajemnym szacunku i uznaniu ‘ich’ i ‘nas’. Na uznaniu, że jest tej ‘polskości’ wiele. I każda ma prawo bycia. Ten konflikt, który obecnie roznieciły i wyolbrzymiły rządy PiS, jest de facto olrzymią szansą na odbudowę zdrowych relacji i pogodzenie się z rzeczywistością. A nie gnuśnięciu w mitach.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Czy damy sobie szansę?

by B. Pacak-Gamalski

 

Tę smutną chorobę Polonii można zauważyć w większości ośrodków polonijnych na przestrzeni całej Ameryki Północnej. Od tępych, głupich pijackich, wręcz karykaturalnych postaw niektórych działaczy polonijnych, po bardziej wysublimowane uwagi, w najlepszym wypadku teatralną zmową milczenia środowisk uważających się za ‘kulturalne’, ‘wykształcone’ (cokolwiek to ‘wykształcenie’ we współczesnym świecie oznacza). Można to zrzucić na barki ‘psychologii stada” ale to zbyt upraszczające określenie. Mentalność stada (mob mentality) dotyka w pewnym stopniu każdą zbiorowość. Tutaj to się, niestety, wiąże również z autentycznym indywidualnym przekonaniem wyższości, lepszości (typu: “nie zrobi nam nikt nic, bo z nami jest Śmigły Rydz”). Im się więcej krytykuje, wytyka małostkowość lub wręcz ewidentne kłamstwa i fałsze argumentów tych osób – tym większy jest opór i tym silniejsza chęć ‘postawienia na swoim’. Oni bronią imienia Polski! Koniec. Tylko, że to tylko ich Polska. To nie jest Polska wszystkich Polaków! I tego absolutnie zrozumieć nie chcą. W dodatku mają (w większych ośrodkach) bardzo silnych protektorów w postaci polskiego duchowieństwa katolickiego, które na ogół reprezentuje nie uniwersalny Kościół Katolicki, a specyficzny polski Kościół Katolicki. Kościół, który w swojej najgłębszej, pierwotnej ‘duszy’ jest Kościołem przed soborowym. Dla niego jakby nie było Vaticanum II. Nie mogli Soboru odrzucić w latach 60 ubiegłego wieku, bo wówczas Watykan był deską ratunku dla polskiego Kościoła. Ale te wszystkie reformy (mniej te dekoracyjne – msza trydencka czy msza rytu Vaticanum II) dały początek dekady już trwającej i jeszcze nie zakończonej ewolucji moralno-etyczno-doktrynalnej Kościoła. A z tym ta specyficzna polskość zaściankowości i jakiegoś atawistycznego lęku przed wszystkim co ‘zza miedzy’ zgodzić się nie potrafi. Nie potrafi, bo nie rozumie tego. Oni prawie wolą na szańcach św. Trójcy  z “Nieboskiej Komedii” Krasickiego zginąć, niż zgodzić się na rozmowę, na pertraktacje, na dojście do kompromisu. A kompromis w tej chwili w Polsce jest niezbędny. I wśród Polaków gdziekolwiek.

Głęboki, bodaj od 1918 roku, rów jaki dzieli społeczeństwo polskie nie da się już przykrywać deskami i dywanikami. Nie możemy już dalej tak współistnieć w dwóch ‘Polskach’. Od teraz chyba już nikt nigdy nie będzie usatysfakcjonowany. Zawsze będzie bardzo duża część ‘Polaków przegranych’ i równie duża ‘Polaków zwycięzców’ – obojętnie która partia wygrywać będzie następujące po sobie wybory. Tak mieszkać w jednym domu nie sposób. Wszystko jest tą nienawiścią i pogardą wzajemną zatrute. Jak w “Dżumie” Camusa, Polskę oblało morowe powietrze.

Czy tak żyć potrafimy? Musimy się jakoś dogadać. Inaczej będzie strasznie. Co stanie się , jeśli zapowiedziane na 7 maja dwie wielkie manifestacje: pro-konstytucyjna Manifestacja antyrządowa (bo teraz nie ma sensu już mówić, że to nie antyrządowe, gdy rząd wyraźnie ruchy pro-demokratyczne (Komitet Obrony Demokracji) określił, jako zdrajców i sprzedawczyków i Polaków ‘drugiego sortu’) i pro-rządowa Manifestacja środowisk faszystowskich ONR, spotkają się na jakimś skrzyżowaniu lub placu w Warszawie? Kto może zagwarantować, że nie poleje się krew? Anty-KODowskie grupy już jasno i wyraźnie powiedziały, że na ‘zdrajców’ powinno się budować szubienice. Ba, posłanka sejmowa z okazji rocznicy wypadku lotniczego w Smoleńsku nawoływała o przywrócenie w Polsce kary śmierci dla b. prezydenta Komorowskiego.  Pewne, nieoficjalnie i potocznie, wyrażane opinie sympatyków ruchu demokratycznego życzą swym przeciwnikom PiSowskim nie wiele innego finału.

Więc, jak my, w Polonii, możemy chować głowy w piasek i udawać, że nic tam się nie dzieje, że nie ma o czym mówić, że jest OK? Obojętnie za jaką opcja się wypowiadacie – udawanie, że nic się nie dzieje jest dziecięcym zasłanianiem oczu i krzyczeniu: nic nie widzę, nic nie widzę! Zasłonięcie oczu nie zmienia w niczym rzeczywistości wokół nas.

Musimy się więc dogadać zanim ten rów nas dzielący nie pochłonie nas wszystkich. Dlaczego nie zacząć tej rozmowy tu? Dlaczego? Może być nawet łatwiej właśnie na ‘neutralnym’ terenie. Nigdy nie będzie panowała całkowita jedność i zgoda między nami. Byłoby to wręcz chorobliwe. Chodzi o to byśmy nie byli sobie kompletnie obcy. Dalej jestem przekonany, że mimo wszystko więcej nas łączy niż dzieli. I nie z salonowej grzeczności to mówię, a z przekonania. I przestańmy bujać w obłokach, że ‘inni’ (Rada Europejska lub Trybunał Europejski, a generalnie Unia Europejska) nie będą nas uczyć i za nas decydować, jak mamy żyć. Będą. Polska wychodząc z Europy zostanie czym? Sprawdźcie granice na mapie – kto z naszych sąsiadów bliższych i dalszych w Europie nie jest? Białoruś i Ukraina (Rosji świadomie nie wymieniam, bo to inny świat i cywilizacja kulturowa). Nikt inny. Poza tym Polska nie może wyjść z Europy. My w Europie jesteśmy. Od czasów rzymskich, nie tylko od 966 roku. Nasi praojcowie prowadzili handel i utrzymywali kontakty z ludami Północnej i Zachodnie Europy i z Imperium Rzymskim. Obojętnie czy modlili się do Swarożyca czy do Chrystusa. Bo byli na tych samych obszarach między Łabą a Prypecią. Od geografii nie da się uciec. Jesteśmy w Europie. I jesteśmy sporym państwem i narodem. Ale zdecydowanie za małym byśmy mogli sami o wszystkim decydować nawet u siebie. Mając swój własny dom też nie możesz robić kompletnie, co chcesz.  Ograniczają cię przepisy: rady osiedlowej, rady budynku (kondominia), miejskie, regionalne i państwowe.

Czy jest tak trudno  wyobrazić sobie społeczeństwo współczesne, a więc społeczeństwo i naród, które nie jest monolitem? Nie było nim nigdy. I nigdy nie będzie. Na to nie pomogą ani nowe ustawy ani nawet nowa konstytucja. Nie pomoże IV, V i XX Rzeczypospolita.  Ten Rubikon Polska przeszła już wiele setek lat temu. A po przekroczeniu Rubikonu nie ma już powrotu.  Prawie dwieście lat trwało pokonanie wierzeń i zwyczajów religijno-społecznych naszych praojców w pierwszych wiekach drugiego tysiąclecia. Nie, nie było żadnego cudu na Skałce ani nad Gopłem, który wszystkich Słowian państwa pierwszych Piastów uczynił katolikami. Oni też mieli własne przyzwyczajenia i tradycje. I wcale nie zamierzali ich tak łatwo porzucić. Tak, jak wy z uporem walczycie o wasze.

Akt_Konfederacji_Warszawskiej

(Akt Konfederacji Warszawskiej z 1573 roku gwarantujący w Rzeczpospolitej pełną swobodę i równość wyznań religijnych – ten dokument został w 2003 roku włączony przez UNESCO do zbiorów “Pamięci świata” – czyli potrafimy.)

Wielkopolanie i Małopolanie przez bisko dwieście lat zrywali się do broni by  do dawnych wierzeń w ich, własnych bogów powrócić i by powrócić  do systemu władzy plemiennej, szczepowej. 200 lat w tamtych czasach to kilka dobrych pokoleń. To prawie dokładni tyle, ile minęło od upadku I Rzeczypospolitej do powstania tej obecnej, III Rzeczypospolitej. I też tym ówczesnym naszym rodakom z plemion Polan i Wiślan nie udało się cofnąć wskazówek zegara dziejów. Bo ten Rubikon przekroczył Mieszko I w 966—i już nie było powrotu. Tak i my, współcześni Polacy, nie mamy powrotu do marzeń endeckich z samych początków XX wieku. Państwo Polskie, jako państwo jednonarodowe, jednowyznaniowe, jako monolit właśnie nie istniało chyba nigdy. Bezwzględnie nie od końca XIV wieku, czyli już od więcej niż połowy tysiąclecia. Ten idealizowany ‘monolit państwowo-etniczny’ powstał, tylko jako filozoficzno-polityczna idea Narodowej Demokracji, która nigdy się nie ziściła.  Może dzięki temu, że nigdy w Polsce nie doszedł do władzy element faszystowski, tak tragicznie popularny w wielu innych narodach 30-lecia Międzywojennego (Włochy, Hiszpania, Portugalia, Niemcy, nawet Węgry i Norwegia w mniejszym zasięgu i natężeniu). I nie ma najmniejszej szansy, by ta ideologia zapanowała dzisiaj. Nawet, gdyby zdecydowała się na rozwiązanie siłowe i na przelew krwi.  W sercu Europy w XXI wieku na faszyzm nie ma miejsca. Po prostu. Eine volk, eine reich und eine fürer jest kaput. Na dobre.

Więc po prawdzie nie mamy szansy—musimy się dogadać.  Bo dwie ‘Polski’ w jednej się na dłuższy czas nie zmieszczą.  I ta formalna, z pewnymi konkretnymi granicami może wówczas pęknąć pod ciśnieniem . A to się może zdarzyć . Państwa upadają.  I nam, Polakom, nikt nie musi tego tłumaczyć. My wiemy, że tak bywa.  I wiedzą Jugosłowianie (lub ci, co byli obywatelami Jugosławii). Wiedzą ci, co byli obywatelami Czechosłowacji. Tam wszak przynajmniej mogli oprzeć się na pewnych, nie tak aż odległych, tradycjach własnej państwowości. A my ku czemu sie zwrócimy, gdyby ten  okrutny moment nastał? Ku Rozbiciu Dzielnicowemu sprzed  ośmiuset lat? Lepiej spróbujmy pogadać.  Na trzeźwo i logicznie. Bez oparów ideologicznych i religijnych. Ostatecznie chodzi o Polskę.

 

Vivat Król, vivat wszystkie stany …

by Bogumił Pacak-Gamalski

Narodowe święta, rocznice …  Lubimy je obchodzić, może nawet z jakimś szczególnym pietyzmem. Nie aby w sposób wyjątkowo lub zasadniczo różny od innych narodowości, państw.  Ale jakby inaczej trochę. Coś w tym jest, coś więcej niż tylko narodowa duma, przywiązanie wyjątkowe do tradycji. Ostatecznie wielkie rocznice i narodowe święta obchodzone są w każdym chyba państwie, które nie powstało wczoraj. Jedni robią to radośnie (to na ogół zdrowe i świadome swej tożsamości społeczeństwa), inni bardziej solennie, poważnie. My chyba głównie w tej drugiej grupie. Jakbyśmy te rocznice zaklinali, czarowali, jakbyśmy chcieli by nas utwierdziły w pewności, że my tej Tradycji, tego Wydarzenia jesteśmy jedynymi godnymi spadkobiercami.  Naturalnie, niektórzy lubią te święta z innego, praktycznego znaczenia—dzień wolny od pracy! I to też dobrze. Dlaczego nie?  W końcu nie wszyscy musimy w tym narodowym  tańcu tańczyć co roku, niczym na „Weselu” Wyspiańskiego.

Od czasu pewnego te święta, te rocznice  coraz wyraźniej wykradamy sobie nawzajem;  jedni robią obchody Święta Niepodległości (ulubiona rocznica do budzenia sporów narodowych!) w geście wdzięczności władz i społeczeństwa  za niepodległość i wolność państwa, w geście pamięci i hołdu pokoleniowi i ludziom, która wówczas tą wolność przenieśli, odzyskali.  W geście wyrażenia zwykłego zadowolenia, że ją mamy, że jest. Może nie doskonała, może  szara czasami,  biedna gdzieniegdzie—wszak własna i istniejąca.

Inni przeciwnie—w geście protestu, w geście, że jeszcze jej nie ma, że ciągle historia stara się ją nam okroić. A przede wszystkim, że ta co jest nie jest taka, jak być powinna.  Że jest oszustwem, kłamstwem. Że ci co, twierdzą, że jest i ją reprezentują są sprzedawczykami, złodziejami historii.  To słynne: ‘nie za taką Polskę ginęli nasi ojcowie!’ Naturalnie, jako, że ci ‘ojcowie’ już zginęli, trudno ich się spytać o  jaką rzeczywiście ginęli … A odpowiedzi mogłyby być czasami zaskakujące dla wielu po obu stronach ‘narodowej barykady’

Przykładem wyjątkowo popularnym w obecnych czasach w Polsce 2016, to używanie tego samego symbolu i wzajemne oskarżanie się o bycie spadkobiercą tego symbolu. Chodzi o synonim zdrady narodowej, jakim była Konfederacja Targowicka.

Konfederację Targowicką (dla przypomnienia faktów) zawiązały środowiska konserwatywnych biskupów katolickich i część polskiej arystokracji w celu powstrzymania, zagrażających ich interesom politycznym i ekonomicznym reformom Konstytucji 3-go Maja i środowisk związanych z dworem króla Stanisława Augusta i nurtem oświeceniowym  w Rzeczypospolitej. Był to więc rokosz i akt zdrady państwowej zawiązany dla ratowania i podtrzymania tzw. tradycji narodowej. Tradycji opartej na państwie wąskiej, uprzywilejowanej grupy  dbającej głównie o swoje interesy. O pomoc i opiekę zwrócono się do śmiertelnego wroga Polski, carycy Katarzyny Wielkiej.  Resztę znamy. Zabory  i upadek państwa.

Otóż skutkiem wyborów w 2015 w Polsce do władzy doszły środowiska, których hasłem politycznym od lat była obrona i odwoływanie się właśnie do tzw. ‘tradycji narodowych’. Zarówno w kręgu religijnym, jak kręgu państwowym. I odwoływanie się do szerokich, często niewykształconych mas, że nowoczesność i nowe reformy państwa zagrażają ich wolności, że staną się niewolnikami we własnym kraju,  poniżani za wiarę i patriotyzm.  Tak samo argumentowali targowiczanie zwracając się do szlachty zagrodowej i do włościan. Oryginalne to było wezwanie wobec ludzi, którzy niewolnikami de facto byli:  chłop pańszczyźniany miałby być wolnym w Polsce latyfundiów magnackich i kościelnych?! Wolna miała być ekonomicznie zrujnowana szlachta zagrodowa siedząca po uszy w długach u wielkich książąt  i hrabiów?! Nagle połechtano ich starym zawołaniem „panie bracie szlachcicu’, ‘szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie’ i podobnymi bzdurami, które tak się miały do rzeczywistości, jak pięść do nosa.

Tak, jakby poseł lub senator partii PiS (gwoli sprawiedliwości trzeba dodać: i jakiejkolwiek innej partii, która w rządach Polską zasiadała w ostatnich 10-15 latach), na wysokich pensjach państwowych, partyjnych lub wręcz unijnych, miał cokolwiek wspólnego z biednymi szeregami rencistów polskich w prowincjonalnych miasteczkach lub biednej wsi lub tysiącami biedaków pracujących na tzw. umowach ‘śmieciowych’. A miał tyle ile jaśnie panowie Rzewuscy, Potoccy i Braniccy z ’bratem szlachcicem’ Kowalskim. Czyli nic.

Dziś w sejmie słychać  obrzucanie się wzajem, niczym błotem, opozycji i foteli rządowych, obelgą ‘targowiczanina’. I znowu w sporze tym niebagatelną rolę  mają infuły i ornaty dostojników kościelnych. Tym razem w zdecydowanej większości po stronie stronnictw konserwatywno-narodowych. Bo wówczas przynajmniej takiej ‘jedności’ w episkopacie i klerze polskim nie było. Jedni opowiedzieli się bardzo aktywnie po stronie zdrajców , inni pozostali przy królu i prawie konstytucyjnym (Konstytucji 3-cio Majowej). Większość przywódców targowiczan (w tym biskupi: wileński Ignacy Massalski i inflancki Józef Kossakowski) zostali potem osądzeni i publicznie powieszeni przed kościołem św. Anny w Warszawie wyrokiem Sądu Kryminalnego Księstwa Mazowieckiego.

Ze wszystkich naszych rocznic świąt narodowych i państwowych, dwa mają znaczenie pierwszorzędne: rocznice ustanowienia Konstytucji 3-go Maja i rocznica odzyskania niepodległości 11 listopada.  Oba zasadzają się na najistotniejszych cechach państwa: ’11 listopada’ to naturalnie symbol samego istnienia suwerennego państwa. Kwintesencja rzeczownika „Polska”—nie ma państwa, nie ma Polski.

Drugie to odniesienie się do specyficznej tradycji państwowości, do specyficznego nurtu w historii państwa polskiego. To jest bardzo istotne. Z ośmiuset prawie lat państwowości polskiej wybrano ten u jej schyłku. Ba, ten który był bezpośrednią przyczyna jej upadku w XVIII wieku. Dlaczego nie np. Unię Lubelską, czemu nie Bitwę pod Grunwaldem lub Pokój Toruński lub jakże popularną wiktorię wiedeńską Jana Sobieskiego? Czemu akt, który trwał ledwie rok, był przyczyną rokoszy, konfederacji zbrojnych, a w konsekwencji upadku państwa?

Dlatego, że wszystkie pokolenia po upadku Rzeczypospolitej, aż do odzyskania niepodległości ponownie w 1918 rozumiały, że był to Akt najistotniejszy w blisko 1000-letniej historii Polski. To był nie tylko jakiś polityczny krok demokratyzacji państwa, takich czy innych rozwiązań konkretnych dla władzy, mieszkańców, edukacji, wojska czy podatków. Trzeba  głębiej, trzeba zrozumieć, co de facto się wówczas stało, czemuż to nazwano ją ‘pierwszą demokratyczną konstytucją’ w Europie. Wszak już angielska Magna Carta pozbawiała króla władzy bezwzględnej, wszak u nas, już od czasów Ludwika Węgierskiego można mówić o wyjątkowej demokratyzacji władzy. Myśmy naszego króla wolą sejmów koronnych wybierali, gdy inni po prostu nic w tym wyborze nie mieli do powiedzenia!

Ale kto to ci Myśmy? Od 10 do 12 % procent mieszkańców Królestwa Polskiego lub  Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Obojga Narodów? To ‘narodem’ była tylko taka maleńka mniejszość? Kim byli pozostali? Marsjanami? Przybyszami z innych krajów? A przecież przed nastaniem władzy królewsko-chrześcijańskiej wszyscy (poza niewolnikami kupionymi lub zdobytymi na innych ludach) byli ludźmi wolnymi. To chrześcijański feudalizm powoli z wolności wszelkich okroił wielką masę włościańską. Chłop polski niewolnikiem co prawda formalnie nie był. Ale już gdzieś od XVI wieku człowiekiem ‘wolnym’ był tylko teoretycznie. Pańszczyzna świecka i kościelna uczyniła z niego masę bezpodmiotową. Jego jedyną wartością była ekonomiczna wartość jego pracy dla dziedzica i plebana.

I dopiero Konstytucja Sejmu Wielkiego położyła na nowo, lub po prawdzie po raz pierwszy w historycznym, a więc nie legandarno-mitycznym wymiarze fundamenty pod ‘naród’ nowoczesny. Naród obywateli, wsystkich mieszkańców tego państwa. Daleki jeszcze od tego, jak to rozumiemy dziś  – ale rewolucyjny wówczas. Bez tej Konstytucji, gdyby Polska upadła (a ku upadkowi tak czy inaczej się toczyła) jakakolwiek Insurekcja Kościuszkowska skończyłaby się klęską totalną o wiele szybciej. Bez tej Konstytucji nie byłoby mowy o Uniwersale Połanieckim—a bez Uniwersału, dla włościaństwa, może nawet mieszczaństwa, nie miałoby znaczenia czy władca kraju zasiada na tronie w Warszawie, Wiedniu, Moskwie czy Berlinie.  To dla mnie jako Polaka, jest największym dziełem Konstytucji: zręby budowania autentycznego narodu polskiego. Opartego na demokracji. Raczkującej, kruchej, wręcz niesmiałej. Ale demokracji. I tą rocznicę przyjęliśmy honorować, jako najważniejszą. Idąc dalej (bo wszak tak Rzeczypospolita doby Stanisława Augusta  jak i Rzeczypospolita utworzona po 1918, były państwami autentycznie wieloetnicznymi) można łatwo i konsekwentnie wyciągnąć  wniosek, że stworzyła bazę dla współczesnego państwa i społeczeństwa obywatelskiego. Zróżnicowanego. Ale opartego na prawie, przywilejach i obowiązkach jednakowych dla wszystkich bez wyjątku. Czyli dochodzimy do syntezy demokracji europejskiej Anno Domini 2016. Co więcej—Konstytucja dzisiejsza Polski nie pozwala jakiejkolwiek władzy (nawet sądowej) obywatelstwa nikomu w Polsce odebrać. Obywatel jedynie sam może się jego zrzec. Tym samy samym  Obywatel stał się de facto indywidualnym suwerenem w państwie. Wartością najwyższą.

Jak ważne są konstytucje, zwane też  Ustawami Zasadniczymi, tj. takimi nad którymi żadna inna ustawa mocy mieć nie może, świadczyć może fakt, że w wyjątkowej tylko sytuacji można w nich cokolwiek zmienić  i za wyjątkowym procesem legislacyjnym, który jest praktycznie niemożliwy do osiągniecia bez zgody nie tylko zwykłej większości parlamentarnej ale i bez popracia pozostałych ugrupowań politycznych w parlamencie.  Jednocześnie wszystkie kraje demokratyczne pozostawiają w gestii  sądów kontrole i decyzje czy jakiekolwiek nowe prawo/ustawa/uchwała rządu i parlamentu  czy innego organu władzy politycznej jest z Konstytucją zgodna. W niektórych państwach funkcje te spełniają bezpośrednio tzw. Sądy Najwyższe, w innych powołano specjalne Sądy Konstytucyjne, zwane często Trybunałami. Ich wyroki nie podlegają jakiejkolwiek interpretacji, ocenie legalnej . Nie ma takiej możliwości w Polsce, ani w innych krajach, gdzie takie Trybunały istnieją (gdzie ich nie ma ta sama zasada odnosi się do wyroków Sądu Najwyższego). Można się spierać politycznie o te wyroki, można je krytykować, można głosić wręcz, że są niesprawiedliwe—nie można ich nie wykonywać. Na tym polega dzisiejszy konflikt i kryzys konstytucyjny w Polsce. Że jest niewyobrażalny i po prostu  niemożliwy i nielegalny w każdej mierze.  Tak, jak nie można być katolikiem, który twierdzi, że nie ma Boga, tak nie ma możliwości absolutnie  aby Prezydent Polski, czy rząd polski, czy Sejm czy Senat miał prawo decydować, które wyroki Trybunału są ważne a które nie. Po to właśnie ten Trybunał powstał, by władze polityczne nad nim jakiejkolwiek kontroli nie miały. Można się teoretycznie sprzeczać czy to możliwe, czy rządy wszelkie w taki czy inny sposób  pośredniej kontroli nad nim nie mają. Ale nie ma nikt we władzach wykonawczo-politycznych prawa decydowania, czy wyroki Trybunału są ważne.  Argument, że Trybunał zebrał się w marcu tego roku niezgodnie z nową Ustawą o Trybunale (Sejm ma prawo Ustawy normujące pewne cechy organizacyjne Trybunału podejmować ale te  ustawy w sposób szczególny muszą być skontrolowane czy są zgodne z duchem i literą Konstytucji, a tą kontrolę dokonuje właśnie wyłacznie Trybunał) są zupełnie nic nie znaczące, drugorzędne i bez mocy prawa. Nie mógł się zebrać  w składzie wymaganym przez nową Ustawę, bo tą ustawę  badał czy jest zgodna z prawem konstytucyjnym. Gdyby wykrył, że jest nielegalna i nieobowiązująca (co uczynił) okazałoby sie, że skład sędziowski Trybunału był nielegalny, bo ustawa jest nielegalna!  Trybunał odpowiada tylko przed Konstytucją. Przed nikim więcej. Nie przed Prezydentem, ani Rządem ani Sejmem. Trybunał Konstytucyjny (czy Sad Najwyższy w innych krajach) jest ostatecznym i skutecznym gwarantem prawa w kraju i ostateczną zaporą przed autokractwem lub dyktaturą. Nie uznawanie wyroku Trybunału można by określić za  de facto równoznaczne z puczem i zamachem stanu. Oczywiście nikt nie chce tych sformułowań użyć, podejmowane są nadzwyczajne kroki polityczne i wewnątrz i zewnątrz kraju, by ten kryzys rozwiązać póki autentycznych i bardzo groźnych konsekwencji nie przyniesie. Ale wszystkie te rozmowy, ustalenia, kompromisy muszą oprzeć się na opublikowaniu i wykonaniu wyroku. Innej drogi nie ma. Tu nie chodzi o upokorzenie prezydenta czy premiera. Tu chodzi o uniemożliwienia upokorzenia prawa w Polsce! A więc też wszystkich Instytucji tego prawa, łącznie z instytucjami Prezydentury i Gabinetu Rządowego. To jest ponad głowami i ambicjami pani Szydło, pana Dudy i pana Rzeplińskiego. Chodzi o Urzędy, które sprawują, nie o nich personalnie. Proszę sobie wyobrazić ambasadora Polski lub Konsula Generalnego, który nagle decyduje, że nie zgadza się z taką czy inną decyzją prezydenta lub ministra spraw zagranicznych ( w dodatku mówi, że jego eksperci prawa udawadniają, że ambasador ma rację) i będą prowadzili w kraju, gdzie przebywają własną, niezależną politykę zagraniczną Polski?!  Absurd? Naturalnie. Tylko absurd istniejący w Posce od kilku miesięcy!  Innym, adekwatnym porówaniem może być sytuacja, w której partie opozycyjne decydują, że przedpisy i dekrety rządowe mogą obowiązywać tylko województwa, powiaty, miasta i gminy, gdzie samorządy lokalne są z partii rządzącej, natomiast pozostałe samorządy lokalne będą wypełniać polecenia, zarządzenia i dekrety partii opozycyjnych. Ostatecznie też pochodzą z wolnych wyborów, więc dlaczego mieliby stosować się do praw wydawanych przez partię, która w ich województwie czy gminie wybory przegrała! Niby logiczne i demokratyczne, prawda? Tyle, że Polska stała by się wówczas luźną konfederacją terenową a nie suwerennym państwem. Takie  groźne elementy  państwa w państwie już się jednak pojawiają:    wszystkie instancje reprezentujące środowiska prawnicze i najwyższe instancje sądowe w Polsce (z Sądem Najwyższym i Trybunałem Administracyjnym na czele) oświadczyły, że w procesach dla których mogą  mieć znaczenie wyroki Trybunału Konstytucyjnego, sądy polskie muszą  się do wyroków Trybunału Konstytucyjnego stosować, bez względu na to czy były one czy też nie były opublikowane przez rząd. Wynika to z logicznej reguły prawa, że niewykonanie obowiązkowej czynności administracyjnej (opublikowanie wyroku sądu) nie wstrzymuje ważności prawa i wyroku!

Dużym brakiem (zapewne wynikającym z faktu, że nikomu przedtem do głowy przyjść to nie mogło, że do takiej sytuacji dojść może) jest zawiła procedura rozpoczęcia niezależnego badania sprawy przez Trybunał Stanu. Trybunał powołany do badania przestępstw wobec Państwa przez najwyższe organa władzy tegoż państwa.   Być może ani Prezydent ani Rząd nie upieraliby się wówczas tak uparcie, że opinie jakichś prawników czy radców prawnych z Kancelarii Prezydenta lub Premiera RP są ważniejsze niż wyroki sądu polskiego…

1200px-Konstytucja_3_Maja

I to, te wezwanie, ten kryzys konstytucyjny w Polsce w maju 2016 roku powinno być głównym tematem refleksji i poważnego zastanowienia się, gdy będziemy rocznicę Konstytucji 3-go Maja obchodzić. Wszystkie inne refleksje są w tej poważnej chwili bez znaczenia lub zwykłym zasłanianiem oczu. To szczególne wyzwanie dla Organizacji polonijnych i emigracyjnych. Tych, które w dobie Wielkiej Emigracji po-powstaniowej, jak i z wyjątkowym poświęceniem w okresie po 1945, były depozytariuszami symboli i imponderabiliów polskich. Nie można w Polsce ani w ośrodkach polonijnych poza granicami kraju, z godnością obchodzić tej Rocznicy bez apelu całego społeczeństwa: Panie Prezydencie Rzeczypospolitej Polskiej, Pani Premier Rzeczypospolitej Polskiej, w imię szacunku wobec pokoleń przeszłych, które życie za Konstytucję z roku 1791 oddawały, prosimy o wykonanie swoich obowiązków i wykonanie prawomocnych wyroków Trybunału Konstytucyjnego Rzeczypospolitej Polskiej.  Sądy polskie nie przeczą w jakikolwiek sposób realizowania przez Was waszego programu wyborczego, waszej wizji politycznej, gospodarczej. Nikt nie podważa wyników wolnych i demokratycznych wyborów, które wygraliście zgodnie z prawem. Ale wybory powszechne w Rzeczypospolitej nie zmieniają jej porządku konstytucyjno-prawnego. Przeciwnie – te wybory są właśnie ogłaszane na mocy tej Konstytucji. I tylko w ramach tego porządku prawnego możecie wykonywać swoją władzę. Czego dla dobra Państwa Polskiego Wam życzymy.  Po opublikowaniu wyroków i wykonaniu tychże, razem z Wami, wspólnie wszyscy będziemy mogli zakrzyknąć: ‘vivat Król vivat Naród, vivat Konstytucja!’ Jak krzyczano na ulicach Warszawy, gdy Król z Marszałkiem  Koronnym Stanisławem Małachowskim i Marszałkiem Wielkiego Księstwa Litewskiego Kazimierzem Sapiehą szli po uchwaleniu Konstytucji na nabożeństwo dziękczynne do Katedry św. Jana. I jedno jeszcze—to właśnie ta 3-cio Majowa Konstytucja wprowadziła w Polsce trójpodział władzy: wykonawczej, ustawodawczej i sądowej. Ten trójpodział obowiązuje i w III Rzeczypospolitej w 2016.

Jak już pisałem, drugim takim świętem narodowym jest Dzień Niepodległości. Coś, co łączyć winno wszystkich. No, wszak bez tej niepodległości i tych obchodów by nie było! Do czasów „Solidarności’ nikt nie odważył się wyjść na pochód lub marsz 11 listopada w Kraju.  A w tej wolnej wszyscy mogą. Nie zawsze wszyscy powinni—ale mogą. I wychodzą. I ci, którzy na tą wolną, demokratyczna, tolerancyjną, plują.  Nic tu więcej napisać nowego nie mogę. I nie jest to ‘nowość’ z tego lub poprzedniego roku. Więc przytoczę swój tekst opublikowany oryginalnie blisko trzy lata temu.

11 listopada 2013

Bagnety rosyjskie, pruskie i austriackie przyszły później. Najpierw były zdradzieckie noże tych zdrajców i warchołów, które tym obcym bagnetom otworzyły bramy Polski.
Tak i dziś w wolnej Polsce, wolnej dzięki nie potomkom tych warchołów a następcom tych, którzy dla jej zdrowia moralnego i politycznego poświęcili życie, mieliśmy godne obchody w stolicy Rzeczypospolitej, miastach dużych i małych, na wsiach.
Mieliśmy marsz ‘Razem dla Niepodległej’, gdzie Prezydent symbolizujący cały naród złożył hołd wszystkim siłom politycznym, które tą Polskę wskrzesiły. Ludowcom i wsi polskiej pod pomnikiem Witosa, Narodowcom pod pomnikiem Dmowskiego, Kościołowi polskiemu pod pomnikiem Prymasa Tysiąclecia, żołnierzom AK i całemu Ruchowi Oporu w okresie II Wojny przy monumencie Grota-Roweckiego, politykom i mężom stanu pod pomnikiem Paderewskiego i wreszcie pod pomnikiem tego, który siłą swej woli i nadludzkim omal wysiłkiem dla tej przywróconej Rzeczypospolitej poświęcił bezgranicznie całe życie – Józefowi Piłsudskiemu.
To był marsz i świętowanie Polaków – z refleksją nad przeszłością, z nadzieją ku przyszłości i zasłużoną dumą z własnego kraju. Nie krystalicznie czystego, nie płynącego miodem i winem, nie zawsze i nie dla wszystkich sprawiedliwego – ale własnego.
A obok, w tej Polsce danej im wysiłkiem godnych i szlachetnych obywateli (w tym nie tylko etnicznie polskiej narodowości), pomioty tego samego warcholstwa, które się do upadku tej wolności w XVIII wieku przyczyniły, poprowadziły własny ‘marsz niepodległości”. W kominiarkach, z petardami, z nienawiścią w sercu i oczach. Łobuzeria spod faszystowskiego szyldu ‘Młodzieży Wszechpolskiej’ wspomaganej ideologicznie przez ultraprawicowe ugrupowania polityczne Giertychów i im podobnych. Wykorzystywana przez politycznych maniaków, którzy szansę kariery i rozgłosu szukają w rozróbach osłabiających i ośmieszających Polskę. Przez polityczne bagno i moralne ostępy nietolerancji.
Macie prawo być w tej Polsce, prawo do bezpiecznego życia, prawo do mówienia po polsku, do polskich szkół, opieki zdrowotnej i socjalnej. Jesteście – niestety – też Polakami, więc z dobrodziejstw mieszkania we własnym wolnym kraju możecie korzystać. Choć go nie budujecie a rujnujecie. Ale nie śpiewajcie głosem wypełnionym nienawiścią “Jeszcze Polska” lub “Rotę”, bo urągacie tej Polsce to robiąc; nie okrywajcie się sztandarami narodowej dumy, bo hańbę tym sztandarom przynosicie.

Żeby być godnym Ateńczykiem nie wystarczy rzucać obelgi na innych na agorze i zakładać białą tunikę – trzeba te Ateny budować i chronić, trzeba chronić i szanować innych Ateńczyków. Bo bez godnych Ateńczyków Ateny przestają być latarnią Grecji.

Obywatel Polski – to brzmi dumnie

ulani3

by Bogumił Pacak-Gamalski

Kto to jest obywatel polski? To Polak bez najmniejszej wątpliwości. Ma polskie obywatelstwo ergo jest Polakiem. To wcale nie to samo, co pochodzenie etniczne. To stwierdzenie faktu prawnego i moralnego a nie faktu genetycznego. Ludność państwa polskiego we wszystkich jego okresach i formach była zawsze w większości pochodzenia etnicznie polskiego, lub mówiąc ściślej: etnicznego pochodzenia polskich plemion słowiańskich. Ale nigdy nie była to ludność kompletnie homogeniczna. Być może za czasów poprzedników Mieszka I, w samej ziemi wielkopolskiej. Ale historyczne państwo polskie zawsze posiadało mniejszości narodowe.

Posiada je i dzisiaj, o czym ruchy skrajnie narodowościowe jakby nie pamiętały. Jedni ulegli całkowitej prawie polonizacji, tzn. przejęli tradycje, obrzędy i kulturę etnicznych Polaków, inni zachowali pewne odrębności i specyfikę własnej kultury. Zdjęcie powyżej to akwarela Szwadronu Tatarskiego 13 Pułku Ułanów Wileńskich. Czy to nie byli Polacy? Krwawili się w 1939 i wcześniej, w 1920, taką samą czerwona krwią, jak żołnierzy etnicznie polscy. I zachowali do dziś swoja wiarę islamską (nie lubię tego słowa, bo w języku polskim w zasadzie istnieje starsze określenie, a nie ten współczesny anglicyzm, powinno się poprawnie mówić ‘mahometańską’). Czy ktoś ośmieliłby się powiedzieć polskiemu patriocie – Tatarowi, którego ojcowie i pradziadowie przelewali krew za Polskę, że jest wyznawcą religii szatańskiej i morderczej?! Czy ktoś ośmieliłby się powiedzieć Naczelnemu Dowódcy Polskich Sił Zbrojnych w latach II wojny światowej, generałowi Andersowi, że ze względu na pochodzenie nie jest Polakiem a hitlerowcem?!

A ileż polskich herbów szlacheckich wywodzi się z ruskich (nie rosyjskich, bo to słowo  w języku polskim nie określa Rosjan a ludność słowiańską dzisiejszej Ukrainy i Białorusi) i litewskich rodów bojarskich? Iluż mieszkańców dużych i mniejszych miast polskich było budowane przez osadników niemieckich na Prawie Magdeburskim i mieszali się z okoliczna ludnością słowiańską? A nie mówię tu o germanizacji czy rusyfikacji doby zaborów – mówię o czasach wolnego i suwerennego państwa polskiego. O wielkiej polskiej diasporze żydowskiej nie ma sensu nawet wspominać. Przecież to wszyscy byli obywatele polscy, a więc Polacy z prawnego (nie genetycznego) punktu widzenia. Byli wspaniali i byli podli. Bohaterzy i przestępcy. Tak, jak w każdym społeczeństwie. Tak, jak wśród Polaków etnicznie polskiego pochodzenia.

Te fakty naszej historii trzeba uszanować i nie wolno ich zapominać. Nikt dzisiaj nie ma do Polski specjalnych praw. I niech nikt nie próbuje sobie odcinać kuponów za “chwalebną” lub “patriotyczną” przeszłość przodków. Bo nie daj boże zrobi sobie badania genetyczne i bardzo mógłby się zdziwić wynikom.  O zasługach przodków dobrze wiedzieć. Ale nie mogą być przykrywka pod którą chowamy własne niedoskonałości.  Pętak ze swastyką na ramieniu i polską flagą – choćby miał samych 100% polskich przodków w całej 1000-letniej przeszłości – pozostaje dalej tylko obrzydliwym pętakiem urągającym dobremu imieniu Polski.

 

 

 

 

 

 

Polska – gdzie jesteśmy?

cropped-picture1.jpg

by Bogumił Pacak-Gamalski

Kiedy w listopadzie 1918 roku powstawały zręby Polski, powstawało państwo nowe, zmienione, wszak oparte na tradycji. Polska utraciła spore obszary terenów wschodnich, nie wykorzystała politycznie zwycięskiej wojny z bolszewicką nawałą z 1920 roku i wynegocjowany przez polityka Obozu Narodowego Traktat Ryski pozbawił nas olbrzymich terenów od Podola poczynając, aż po ziemie Mińszczyzny. Marzenie głównego budowniczego państwa, Józefa Piłsudskiego o odbudowie Rzeczypospolitej wielonarodowej nie spełniło się. Nowa Rzeczypospolita  powstawała w bólach i przez wiele lat nie miała uregulowanych wszystkich granic. Mimo to, była konsekwentną spadkobierczynią poprzedniej, I Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Stąd nazwano ją II Rzeczypospolitą Polską. Nie ominęły ją wstrząsy wewnętrzne (morderstwo pierwszego demokratycznie wybranego prezydenta, Gabriela Narutowicza, skutkiem wściekłej nagonki obozu prawicy narodowościowej; zamach majowy w 1925 spowodowany rozkładem demokracji parlamentarnej) a zbliżający się kataklizm dwóch budzących się potworów XX wieku: niemieckiego faszyzmu i rosyjskiego bolszewizmu położył kres jej suwerenności.

Koniec II wojny światowej stworzył nową sytuację geopolityczną w Europie i na świecie. Niepodległe państwo polskie istniało tylko na papierze i w krótkim czasie zmieniono jego nazwę na Polska Rzeczypospolita Ludowa. Jak wszystko prawie w tym państwie – nie miała ona nic wspólnego z rzeczywistością, tzn. nie była polska, a polsko-podobna; nie była rzeczą wszystkich, a tylko nielicznych wiernych partii PPR, później PZPR; i nie należała do ludu, tylko do nomenklatury partyjnej. Przez cały okres istnienia tego quasi-państwa większość społeczeństwa nie straciła wiary, że kiedyś normalna, suwerenna, polska i pospolita powróci.

Lata 80.  były olbrzymim zrywem wielkiego eposu Solidarności, niezależnych związków zawodowych o tej nazwie, ale przede wszystkim masowego ruchu społecznego z tą nazwą związanego. I, czego zapomnieć nie wolno, odcięcia się od tradycji czynu zbrojnego, od wielkich powstań, z których żadne nie zakończyło się zwycięstwem. Solidarność była ruchem na wskroś pokojowym, wręcz pacyfistycznym. Co w dużej mierze zawdzięczamy jego ówczesnym liderom tak związkowym, jaki i z innych ośrodków opozycji demokratycznej. Próba zniszczenia tego ruchu poprzez ogłoszenie niekonstytucyjnego i nielegalnego stanu wojennego zakończyła się klęską władz PRL.

W 1990 roku Polska na nowo odzyskała suwerenność. Pierwszy raz bez tysięcy poległych, bez okopów i wielkich bitew militarnych. Powstała III Rzeczypospolita. Mimo, że chcieliśmy wierzyć (symboliczne przekazanie insygniów władzy legalistycznej przez Polski Rząd na Uchodźstwie) iż jest to naturalna kontynuatorka II Rzeczypospolitej – było to (jest) państwo bardzo odmienne. Po raz pierwszy bodaj w swej historii jest krajem prawie całkowicie jedno-etnicznym, w granicach bardzo innych od wszelkich znanych z okresów wcześniejszych. Ale jest. I stworzyła Konstytucję, która dawała podstawy wierzyć, że będzie to państwo służące wszystkim swoim obywatelom w jednaki sposób. Państwo równego prawa.  Powróciła do rodziny narodów i cywilizacji europejskiej. Zmiany fizyczne wyglądu Polski w ostatnich 25 latach są nieporównywalne chyba z jakimkolwiek wcześniejszym okresem rozwoju Polski. I w olbrzymiej mierze było to możliwe dzięki bardzo poważnym dotacjom Unii Europejskiej, które można w swej skali i efektach porównać do Planu Marshalla dla Europy Zachodniej i Niemiec po 1945 roku.

Nie była to wszak sielanka dla wszystkich. Jeżeli ‘sielanką’ można te 25 lat w ogóle określić. Odbudowa zrujnowanego ekonomicznie kraju nie była ani prosta ani łatwa. Nie była też łatwa droga do demokracji.  Blisko 50 lat rozwoju społeczeństw zachodnich, stałego i systematycznego poszerzania swobód i wolności demokratycznych w tych krajach, mógł wielu, ciągle uśpionych w tradycyjnej, dziś już nie adekwatnej, wyobraźni świata wprowadzić w zawrót głowy. Te problemy ekonomiczne i te etyczno-światopoglądowe narodziły warstwę społeczną, która poczuła się zagrożona, lub zapomniana, zostawiona na uboczu zmian zachodzących w Polsce. Dało to asumpt politykom ultraprawicowym do uprawiania polityki populistycznej, polityki rewanżu opartej na wygrywaniu niskich pobudek. Te metody opierały się na prostych (jak zdarza się przy upraszczaniu skomplikowanych problemów) hasłach propagandowych typu:  ‘wmawiano wam, że Polska się wzbogaciła, rozwinęła – to dlaczego jesteście biedni?”, ‘nie wzbogacił się kraj, tylko zagraniczny kapitał lub nieliczni Polacy-złodzieje związani z aparatem partii rządzącej’ i wreszcie do niewybrednych insynuacji żerujących na najbardziej emocjonalnych odczuciach ludzi: ‘Polska jest wasza, a inni – obcy – wam ją ukradli’, ‘naśmiewają się z waszych wierzeń religijnych, czyli są przeciwnikami wiary’. Tego typu hasła mają wyraźny element anty-demokratyczny, rozbijają jedność i współodpowiedzialność obywatelską, dzielą naród na “my” i “oni”. I w najbardziej nagiej postaci są propagandą faszystowską, która opiera się na prostym przekazie “kto nie z nami, jest przeciw nam”. Czyli jest wrogiem, którego trzeba zniszczyć. Tu kończy się racjonalna, szczera rozmowa, szukanie porozumienia, alternatywy. Zaczyna się polityka rewanżu.

Efekty takiej polityki dały o sobie znać niemal natychmiast po wygranych przez PiS wyborach w 2015 roku i zaprzysiężeniu nowego Prezydenta, Gabinetu i Parlamentu Rzeczypospolitej. Zaczął się natychmiastowy demontaż systemu polityczno-prawnego III Rzeczypospolitej. Łącznie z jawnym, świadomym i konsekwentnym łamaniu porządku konstytucyjnego państwa i bezprecedensowym zamachu na niezależność Trybunału Konstytucyjnego. W odpowiedzi na to, ta część społeczeństwa, która uważa, że lepsza jest niedoskonała demokracja (a demokracja z zasady swej doskonała nigdy nie jest) od systemu dyktatorskiego, związała się pod sztandarami masowego ruchu, nazwanego przez jego założycieli Komitetem  Obrony Demokracji (KOD). Polska stanęła w obliczu nie tylko kryzysu politycznego, ale kryzysu narodowego. Zarysowała się wyraźna linia dzieląca oba obozy: rządowy o charakterze narodowościowo- rewindykacyjnym, rewizjonistycznym, oraz społeczny KOD, gotowy tej niedoskonałej ale lepszej od istniejącej groźnej alternatywy, demokracji zachodniej bronić. Ta linia nie jest linią podziałów politycznych. To linia podziału światopoglądowego. Konserwatyści i liberałowie, socjaliści i socjaldemokraci, ludowcy i zieloni – wszystkie te opcje polityczne mogą dojść do porozumienia, ich walki to zwykła gra polityczna o uzyskanie najlepszego kontraktu politycznego. Podział światopoglądowy jest o wiele niebezpieczniejszy. Trudniej tu o porozumienie, niemożliwy wydaje się kompromis. Mimo to, doświadczenie całej cywilizacji uczy, że jednak można znaleźć wyjście z tego dylematu. Dowodem jest właśnie demokracja, która po wielkich trudach i nie zawsze stabilnie, wszak bez wątpienia przyczyniła się do olbrzymiego sukcesu społeczeństw, które ją zaakceptowały. U podstaw takiego rozwiązania leży zasada, że w społeczeństwie i państwie demokratycznym nie ma grup lub osób (bez względu na to jak licznych) primus inter pares. Nie ma ‘pierwszego wśród równych’, są tylko równi, pares. I muszą się szanować.