Szkice z tamtego brzegu

Powiedzmy sobie, że jest rano. Czytasz gazetę (o ile czytanie gazety dziś nie wydaje się aktem anachronicznym lub wręcz formą jakiegoś protestu intelektualnego) na szpaltach ostatnich stron. Coś, co kiedyś określano, jako kroniki towarzyskie: kogo z kim i w jakiej kawiarni widziano, kto z toastu zrobił manifest polityczny lub improwizację poetycką, kto się wstawił na przyjęciu, a kto w kogo objęciach tańczył na parkiecie w popularnym klubie. Takie tam ploteczki.

Powiedzmy teraz, ze autorem takich ‘kronik’ nie jest zwykły reporter na dole skali talentu literackiego, a ktoś, kto jest bardzo dobrym pisarzem, obserwatorem życia. Efekt opisu tych samych zdarzeń diametralnie inny od zwykłej ploteczki towarzyskiej.

Na przełomie lat 80. i 90. pojawili się pisarze bardzo przeze mnie i mojego męża lubiani (głównie przez mojego męża namówiony byłem do ich czytania, bo naturalnie moje apetyty literackie był z wyższej intelektualnie półki, LOL). Znaczenie bezwzględnie miał fakt, że byli to pisarze nieomijający, (choć nieskupiający się usilnie tylko na tej tematyce) tematów otwartej seksualności. Seksualności homo.

Nie, nie mówię o książkach erotycznych czy pornograficznych, które wówczas w środowisku LGB (ten skrótowiec miał wtedy tylko trzy litery) były masowe i wydawane masowo przez dziesiątki wydawnictw tej tematyce poświęcone. Były to wszak ciągle czasy przed wszelkimi aplikacjami telefonicznymi, przez monstrualnym Pornhubem, erotyką i pornografią wszechobecną w telefonach, komputerach, czatach i innych licznych aplikacjach.

Mam namyśli głównie Augustena Borroughsa, Davida Sedarisa i Douglasa Couplanda. Wiem, że Coupland może tu trochę nie pasuje, ale wytłumaczę dlaczego jego wymieniam. i od niego jednak zacznę, gdyż z formalnego punktu widzenia istotnie tematyką LGB w omawianej książce się nie zajmował. Poza tym – trudno szukać innych intelektualnych kombinacji usprawiedliwiających ten wybór – z prostego faktu, że jestem wankuwerianinem (wankuwerczykiem?). To w tym mieście spędziłem najdłuższy i najbardziej aktywny okres mojego życia. I najszczęśliwszy.

  • Hey Nostradamus! Coupland wydał w 2003 roku[i] Cała rzecz dzieje się na przestrzeni lat 1980-2000. W okolicach obu brzegów Iron Workers Memorial Bridge, który spina Północny Vancouver ze Wschodnim Vancouverem w przemysłowych okolicach Portu Zbożowego.

Tu właśnie wylądowaliśmy z Johnem (moim mężem) w styczniu 1994, na odległość ‘rzutu kamieniem’ od tych miejsc, na Capitol Hill przy Hasting Street.  Mówić, że znaliśmy te miejsca, uliczki i biznesy, jak własną kieszeń nie jest absolutnie przesadą. Nie tylko miejsca, ale i ówczesną atmosferę tych uliczek. Dość wtedy podłą. A jednocześnie … swojską. Nie pretensjonalną? Vancouver lat 80 i 90 niewiele miał wspólnego z Vancouverem lat XXI wieku. Szczególnie te dzielnice Vancouveru.

Cała, nietypowo skomponowana, powieść jest de facto peanem wielkiej miłości i wielkiej straty. Czegoś, co bardzo silnie do mnie przemawia. Nie, nie ma w niej stricte sensu wątku gejowskiego, lesbijskiego, ani niczego, co można by nazwać homo. Ale Vancouver tamtych lat to miasto wyzwolone, miasto wrzące od zbudzonych praw i akceptacji środowisk LGB. A miłość, romans i ich pragnienie leżały u podstaw tego przebudzenia. To właśnie kilka uliczek tylko wyżej od akcji powieści (po drugiej stronie Hastings Street) był już wówczas cały świat lesbijskiej emancypacji – Commercial Drive pełen ,męskich’ typów butch woman. To tutaj, w tymże Vancouverze, ja z Johnem oficjalnie byliśmy parą. Tutaj, jako common law para, a nie dla wygody dwóch razem mieszkających kolegów, zaczęliśmy istnieć legalnie: jako parę zatrudniono nas w dużej kompanii żeglugowej, jako para płaciliśmy wspólnie podatki federalne i prowincjonalne. Więc lata 90 w Vancouverze były prawie pełną emancypacją praw LBG i niejako legalnym zatwierdzeniem równoległości tych praw z prawami większości heteroseksualnej. Powiedzeniem – wasza miłość jest równie ważna, jak nasza. A to jest kwintesencja bytu. I stąd Hey Nostradamus! Couplanda jest też książką o nas. Książką o miłości.

Jest jednocześnie wielkim reportażem literackim wkomponowanym w kanwę literackiej fikcji. Szczegółowość detalu opisu domów, mieszkań, ulic, okolic całej Doliny Fraser River jest wręcz zadziwiająca. Co kilka stron ten opis był tak realistyczny, że natychmiast sam w nim się odnajdywałem. Każdy fragment nie tylko miasta, ale i kompletnie dzikich i odległych od tego miasta okolic był mi znany. Fragmenty rzeki Chilliwack, oślizłe kamienie na tym dopływie rzeki Fraser, krzaki, dzicz i religijny fanatyzm okolic Agassiz. Gdy autor opisuje potężne czarne lasy, gdzie głębokie mchy kryły równie głębokie nory, w które zapadało się po kolana a i wyżej – to były lasy, po których chodziłem. Dokładnie wiem, w którym miejscu to było (Coupland opisuje tu tylko sytuację, a nie podaje dokładnie położenia tego miejsca, być może nie znał go z osobistych wędrówek – ja mogę to miejsce ‘palcem’ na szczegółowej mapie wskazać – tuż przed zakładem karnym, nieco powyżej pędzącej Chilliwack River, około 6-10 kilometrów od jej początku: emeraldowego Chilliwack Lake), z kart powieści przenosiłem się w fotograficzną pamięć moich tam wędrówek.

Więc ta powieść Couplanda z jego fikcyjnymi, pasjonującymi charakterami jest jednocześnie literackim reportażem miejsc akcji. Ten opis miejsca nie jest tylko realistycznym, naturalistycznym tłem – sam w sobie jest esencją tego miasta i okolic, jest – w pewnym sensie – kanwą powieści, równoległą do historii bohaterów powieści. Fascynująca lektura.  Mógłbym sugerować, że Douglas Coupland w Hey Nostradamus! był literackim odpowiednikiem Bolesława Prusa i jego Lalki – portrecistą swego kochanego miasta.

W tym szkicu interesuje mnie u tego autora właśnie ten w tle ukazany reporterski portret miasta. Ale gwoli sprawiedliwości należy krótkie synopsis treści podać.

Zasadniczo mamy do czynienie z dwoma głównymi bohaterami: Jasonem i Heather. Drugoplanowe, ale bardzo ważne postacie to: ojciec Jasona, Reg i krótko ukazana, ale bardzo ważna postać Cheryl. Jest szereg innych postaci, dobrze zarysowanych i z ważnymi rolami, ale to już w tle tylko.

Cheryl jest tu młodą uczennicą szkoły średniej (faktycznie taka szkoła w tym miejscu istniała). Chodzi do ostatniej klasy. Jason jest tam też uczniem. Oboje ulęgają wpływom i naturalnym w tym wieku rodzącym się pasjom. Ale Jason ma silne, wyniesione z domu nakazy religijne, ma je też – być może silniejsze niż sam Jason – Cheryl, która ma związki ze szkolną quasi fanatyczną grupa religijną. Seks tylko w związku małżeńskim. Młoda para wyjeżdża w tajemnicy przed wszystkimi do Vegas i tam biorą ślub w jednym z popularnych wówczas kapliczek ‘drive through’. gdzie nikt o nic nie pyta, prócz tego czy nie są w innym związku małżeńskim.  Nikogo nie interesuje też czy mają legalne, niepodrobione dokumenty. O paszport w ogóle nikt nie pytał, co było wówczas naturalne. Sam do Seattle jeździłem z prawem jazdy, jako jedynym dokumentem tożsamości. Inne były czasy przed nine-eleven (zamach w Nowym Jorku).

Cheryl ginie w niespodziewanej, niesamowitej masakrze wywołanej przez chłopców z tej grupy religijnej w stołówce szkolnej. Jason zdążył ją tylko konającą uchwycić w swoje ramiona zanim oderwą go od niej policjanci i sanitariusze.  Po kilku latach ożeni się ze starsza od niego Heather. Ale cień Cheryl nigdy ich nie opuści. W pewnym momencie znika Jason, rozpływa się, jak we mgle. Heather, kochająca go bezgranicznie rozpoczyna własne postukiwania Jasona. W trakcie tych poszukiwań, poszukiwań nie tylko fizycznego Jasona, ale chociażby jakiegos powodu, jakiejś przyczyny jego zniknięcia następuje jej ponowne zbliżenie z mitem CXheryl, z rodzina Cheryl i bratem Jasona, jego dziećmi. Zbliżenie ze skomplikowaną, w zasadzie odpychającą, postacią Reginalda (Reg) – ojca Jasona. W pewnym momencie staje się ofiarą oszustki, podającej się za łącznika –medium ze światem umarłych.

Czasami czytelnik wie już rzeczy , o których ona jeszcze pojęcia nie ma lub jest ledwie u skraju odkrycia pewnych fragmentów jego przeszłości. Struktura poszczególnych części jest chwilami męcząca i wymaga koncentracji przez wtrącanie nowych wątków lub nowych spojrzeń na znane już (lub właśnie znanych niewłaściwie) na ocenę kogoś lub czegoś. Gdy to zauważymy … jesteśmy już zbyt zaangażowani w całą powieść, by książkę odrzucić. A to dowód talentu pisarza. Trochę to przypomina wspinaczkę na jakiś szczyt: gdzieś, na którejś półce skalnej lub załomie skalnej ściany mamy w zasadzie dosyć. Wspinamy się już długi czas twarzą zwróceni do tego samego zbocza, a szczyt z obiecaną wizją horyzontu ciągle wydaje się tak daleko, wysoko. To się chyba nigdy nie skończy! Ale zainwestowaliśmy już zbyt wiele wysiłku w tą wspinaczkę, by się poddać i wracać z uczuciem pokonania i klęski. Tak, jak w tej powieści. Już chcemy odłożyć zmęczeni, że na kolejnej stronie nie ma oczekiwanego rozwiania wątpliwości, bo ileż razy można bez przerwy iść dwa kroki do przodu i trzy do tyłu? A nie odkładamy, bo chcemy jednak wiedzieć, zbyt się w ta historie i losy jej bohaterów zaangażowaliśmy emocjonalnie. To dowód talentu pisarza i świadomości, jak konstruuje powieść.

Wszystko to ma silne elementy świetnie napisanego kryminału o wielu wątkach. Ale kryminałem nie jest, jest powieścią o wiele głębszej wymowie, tkance. I jest – abstrahując od tkanki literacko-prozatorskiej – analogicznie pisanym świetnym reportażem tamtego miasta. Vancouveru i mojej młodości. Polecam serdecznie wszystkim, którzy kiedykolwiek w tym mieści lub okolicach mieszkali, zwłaszcza w tamtych czasach.

post scriptum:

reporterska potrzeba opisania rzeczywistości, jak ją się faktycznie postrzega naturalnie nie musi iść w parze z artystyczną wizją pisarza. Wydarzenie (masakra w szkole), które było genezą powieści – nigdy w Vancouverze nie miało miejsca. Coupland posłużył się tu straszną masakrą w szkole amerykańskiej w Columbine w Colorado, USA w 1999.


[i] „Hey Nostradamus”, Douglas Coupland; wyd. Vintage Canada (Random House), Toronto.Kanada; s.244

Epistemologia Smutku

Epistemologia smutku

Epistemologia zajmuje się filozoficznym wymiarem wiedzy na temat pewnych procesów. Pojęcie ‘smutku’ jakkolwiek niewymierne, jest bardzo silną emocją istniejącą ponad wszelką wątpliwość. Skąd się bierze, co jest jego przyczyną, jakie jest jego natężenie – to pytania dość racjonalne, nawet, jeśli podłoża jakiegoś konkretnego ‘smutku’ są irracjonalne. Irracjonalność pewnego zachowania lub emocji nie przekreśla faktu ich istnienia. A co istnieje można starać się zbadać, wytłumaczyć.

            Więc rozważanie smutku, jako efektu straty jest rozważaniem epistemologicznym, pomagającym znaleźć odpowiedź bez oceny przydatności lub zbędności takiegoż.

Jako że smutek jest od dwóch lat pewnym constans mojej egzystencji – czemu miałbym się nie zająć jego rozumieniem inaczej trochę niż zwykłą opisowością moich emocji?

I.

Gombrowicz nie dla zabawy samej, dla wygody zwykłej pisarskiej, używał w większości wypadków pierwszej osoby, jako narratora. Nie przez czystą zarozumiałość (której mu naturalnie nigdy nie brakowało), a przez umiejętność własnej wiwisekcji, poznanie świata przez poznanie siebie. Rozumienie świata zewnętrznego poprzez własne intelektualne i cielesne doświadczania go pozwala nam zrozumieć lepiej samego siebie. Robił to błyskotliwie w swoich „Dziennikach”, jak i dzienniku prywatnym, w „Kronosie”[i].  Zresztą zamiarem jego było opublikowanie tej ‘obrazobórczej’  auto-wiwisekcji. Jest genialna i jest nużąco-nudna chwilami, jak flaki w oleju. Trudno doprawdy oceniać jej wartość literacką. Ze względu na nazwisko autora uzyskała od razu status bliski genialności. Zupełnie zdaniem moim niezasłużenie. Ale może być genialnym studium samego Gombrowicza-człowieka. Niekoniecznie Gombrowicza-pisarza. Czasami te osobowości (twórcza i prywatna) się zazębiają, łączą – ale generalnie nie powinno się nigdy ich kompletnie scalać. Jedna jest kreacją, druga jest po prostu byciem, życiem.

Czemu od Gombrowicza zacząłem? Jedną część wyjaśniłem (mam nadzieję) powyżej. Ale jest jeden jeszcze, bezpośrednio z tytułem złączony element – „Kronos” właśnie, który jest też autoportretem strachu, lęku kulminującego się przed starzeniem się cielesnym, przed utratą nie żądzy a kurczącymi się możliwościami jej zaspokojenia. I poprzez kurczenie się własnej atrakcyjności cielesnej i przez kurczenie się własnych możliwości fizyczno-erotycznych. Fakt homoseksualności Gombrowicza uwielokrotnił ten lęk. To taki emocjonalny odpowiednik okresu przekwitania. Zresztą sama ta terminologia ‘przekwitanie’ jest idealnym obrazem tego procesu u mężczyzn – zwłaszcza mężczyzn homo i biseksualnych. Szczególnie, gdy mówimy o czasach, gdy orientacje seksualne inne od tej typowej były bardzo skomplikowane i otoczone kokonem tajemnicy szeptanej po cichu w rogu salonów kawiarnianych.

U osób nieco neurastenicznych, a jednocześnie przekonanych o swojej wyjątkowości pisarskiej, ale i zwykłej życiowej (ładny, jako młodzieniec; przystojny, jako dorosły mężczyzna), jak u Gombrowicza, istnieje w jego pisarstwie pewien pociąg do intelektualnego ekshibicjonizmu swojej osobowości prywatnej. „Kronos” tego ekshibicjonizmu jest idealnym przykładem. Z biegiem lat, z zauważalnym przez niego samego procesem zmniejszania się aktywności i atrakcyjności fizycznych – opanował go pewien egzystencjalny smutek, lęk nawet. I tutaj ‘epistemologia smutku’ wydaje się być świetnym narzędziem do głębszego poznania Gombrowicza prywatnego. Zwłaszcza, że z momentem publikacji „Kronosa’’– prywatnym być przestał.

Kiedy zmarł (nota bene śmierć przyszła do niego uroczo, ciepło), był w moim wieku. Zabawne skojarzenie i niepokojące dla piszącego te słowa. Ileż razy w ostatnich dwóch latach wołałem ją by już przyszła, że jestem zmęczony zasypianiem w łóżku z Panią Śmiertką siedzącą cicho na brzegu tego łóżka. Ileż razy nakłaniałem ją, namawiałem by się w końcu położyła obok i przytuliła do mnie? Do dziś nie jestem przekonany, że postąpiła słusznie nie ulegając moim prośbom. Ale ten temat pomińmy w tym momencie, bo to zupełnie inna ścieżka rozważań.

II.

Jest koniec 2024, ostatnie tygodnie. Przejechałem kontynent, by szukać naszych (moich i mojego Johna) śladów. W prowincji i mieście, gdzie się poznaliśmy i zakochaliśmy bez pamięci tego dnia, gdy pierwszy raz się spotkaliśmy; i dalej jeszcze, na kraniec kontynentu: do Vancouveru, który był naszym najpiękniejszym i niezapomnianym domem przez długie lata. Chodziłem pod te adresy, jak na jakiejś pielgrzymce, którą musiałem odbyć. Taka droga pątnicza?  Pisałem już bodaj w swoim blogu, iż wydawało mi się nawet, że go znalazłem, że szedł obok mnie, trzymał mnie za rękę. Było to bardzo miłe wrażenie, ucieszyło mnie. Ale smutek, strata są zazdrosne. Nie uznają takich nostalgicznych spotkań, takich wyimaginowanych spacerów. I w pewnym momencie, gdy już bardzo miło mi się moim Johnem chodziło spacerując po Stanley Parku, po uliczkach centrum w Vancouverze – ten smutek chwycił mnie silnie za gardło i rzucił na bruk. Tak po prostu, jakby mówił: czas się obudzić i spojrzeć rzeczywistości w twarz. Co jest też pewnym oszustwem, bo jeśli coś odczuwamy naprawdę to – choć nie jest to rzeczywistość materialna – wszak jest rzeczywistością emocjonalną.  Niestety, strata nie ma jakichkolwiek inklinacji do wdawania się w dyskusje lub targi uczuciowe. Moja odpowiedź na ten gwałt zadany mi była prosta, zwięzłą, jak spowiedź. Słowa wyszły same szeregiem krótkim, nielicznym. Były silne do tego stopnia, że siadłem na pobliskiej ławce i zapisałem je w notesie bez zastanowienia się, bez jakiejkolwiek formy. Bez literatury, choć literatura umożliwiła to i bez wątpienia w jakiś sposób miała wpływ na ich kształt, ilość i dźwięk.

.

Tak mi ciebie brak

i tak brak mi słów

by to opisać

nazwać dotknąć

pozostał tylko krzyk

dziurawiący ciemność

rozpostartej nocy

sięgający ostrzem noża

w zakamarki zmarłej duszy

uparcie żyjącego ciała

po co?

            Naturalnie, że żyję. Przejechałem przecież ponownie cały kontynent, by to życie życiu przywrócić. Odnaleźć nasze ślady. Ślady naszej miłości. Ślady Ciebie, twojego uśmiechu, twojej dobroci. Chciałbym napić się z Twoich ust tej dobroci, takiej zwykłej, bezceremonialnej, takiej po prostu. Spić z Twoich ust pełną czarę mojego szczęścia jeszcze niedopitą, jeszcze niewypróżnioną do dna. Nawet w dni niepogody wiedziałem, że jest słonecznie, w dni zimowej zawieruchy, że jest ciepło.

Teraz wszystko, co robię pozostaje niedokończone. Trwała jest tylko pustka. Przeraźliwa, obezwładniająca. Wszyscy wokół są mili i dobrzy, ale mówią nieznaną gwarą, niezrozumiałymi metaforami. Monette[1] mi to przypomniał.

III.

Od kilku lat nosiłem się z zamiarem przetłumaczenia trudnego tomiku wierszy Monette’a na język polski. Kilka pojedynczych zrobiłem, ale nigdy wystarczającej ilości czasu, ciszy i skupienia znaleźć nie mogłem. Dodatkowym problem jest forma, jakiej używa bardzo rygorystycznie i bez uwzględnienia (dość zasadniczej zdaniem moim) innej reguły: naturalnej płynności toku myśli i budowy zdania. Łamanie zdania w pól i we czworo tyko po to, by utrzymać format dziesięciozgłoskowca moim zdaniem jest gwałtem na poezji. I pewnie efektem zbyt długich i rygorystycznych studiów filologicznych. Po napisaniu tego, co wyżej rodzi się pytanie: dlaczego Monette ma być wybrany przeze mnie, jako idealny przykład poezji Bólu i Straty?  Zwyczajnie – bo był świetnym poetą, który jak nikt potrafił w poezji swojej pokazać pełną panoramę tych uczuć, emocji i refleksji. Bez ubierania togi tragika greckiego.  Jak te dwie sprzeczne z pozoru opinie pogodzić?  Nie mam zamiaru tego robić. Bywali i bywają poeci, którzy formie kłaniali się jeszcze niżej, ale sam ten tylko fakt głębi ich poezji nie umniejszał.

Wróćmy do tematu jednak, do poezji bólu. W pewnym czasie, okresie nie tak odległym i bardzo dobrze przez mnie pamiętanym, miliony młodych głównie mężczyzn poddano okrutnej próbie przetrwania mimo masowego żniwa śmierci. Triumwirat Zła ‘Reagan-Thatcher-Jan Paweł II”, przy pełnej zmowie milczącego przyzwolenia większości społeczeństw zdecydował, że nowa plaga była naturalną formą selekcji osobników. Że tak długo jak ,zdrowa’ większość (czyt. heteroseksualna) nie jest zagrożona – po co obciążać budżet badaniami i szukaniem antidotum?  Niech umierają. I umierali. Masowo. Na oczach wszystkich i wszędzie: w mieszkaniach, w szpitalach (w okrutnej izolacji), na ławkach w parkach, na ulicy.

To były czasy dżumy Camusa[ii] – z tą różnica, że ta ‘dżuma gejowska’ opanowała cały prawie glob. W przypadku Paula Monette’a ten glob, to było jego mieszkanie, ulice i miasto. Nie musiał, jak Camus’, uciekać się do absurdalności, do wyolbrzymień. Sytuacji bardziej absurdalno-tragicznej niż ta, która go autentycznie otaczała wyobrazić sobie nie można. Tak, to był wiek poprzedni, ale to był już jego schyłek, u progu obecnego. Świat był bardzo podobny do dzisiejszego.

Wiara Galileusza była przeciwna

Boskiej karzącą za mówienie prawdy

współwięźniom.  W Itali nie ma światka

gejowskiego, wszyscy chcą wyjechać

do Nowego Jorku, nie wiedząc jeszcze,

że już go tam nie ma. /…/

/…/    …….               w 1348 zaraza

pochłonęła trzecią część Florencji,

aż czterech z pięciu w Sienie i

nie było łaźni do zamykania.[iii]

(B.P-G, tł. własne, fragmenty)

IV.

            Doszliśmy do zasadniczej części tej epistemologii Smutku i Straty. Do „Last Watch of the Night” Paula Monette’a[iv]. Zbioru autobiograficznych esejów dekady AIDSA w USA. Dekady niewyobrażalnej dzisiaj, a przecież z równym okrucieństwem zmowy milczenia powtórzonej w Domach i Ośrodkach Starości  na początku ostatniej ‘dżumy’ – Covida. Wystarczy dotkniętych ‘dżumą’ zidentyfikować, jak grupę. Grupę do której nie należy większość. Żydzi, Czarni, Gejowie, bardzo starzy… Ktokolwiek, tylko nie większość. Nie ‘my’. Okazuje się, że dużo łatwiej wtedy manipulować społeczeństwem. Może nawet sugerować, mimochodem wskazywać, że np. pewne miejsca odosobnienia, izolacji nie są nieetyczne. Nie, broń boże obozy! To straszne słowo i koncepcja! Przecież my – społeczeństwo- po prostu chcemy zapobiec masowym infekcjom, nowych transformacji bakterii czy wirusa. Nic w tym złego nie ma, prawda? No, a poza tym każda choroba musi przejść swój kurs.

W latach 80. zidentyfikowano taką grupę. Zwłaszcza w ośrodkach, centrach, gdzie było ich wielu, gdzie zyskiwali sympatię i trochę cywilnych praw (choćby mieszkaniowe). Nowy Jork, Paryż, San Francisco, Los Angeles. Niezbyt dużo równouprawnienia faktycznego, nie – ale zmiany społeczne w tym kierunku podążały. A tu AIDS. Jak manna z nieba prosto w fartuszki religijnych maniaków, hochsztaplerów, siewców nienawiści z ambon telewizyjnych, prasowych i kościelnych. Krzyczeli: a nie mówiliśmy wam! To kara boska, że pozwalamy na takie zezwierzęcenie!

Dość jednak przypominania. Jedynie krótko to wspomnam dla tych, którym łatwo było zapomnieć ‘takie drobiazgi’. Większość ludzi niezbyt lubi rozpamiętywać sprawy i sytuacje przykre. To ludzkie i naturalne.

            Paul Monette nie mógł. On tym żył, w tym żył, na to umarł. Ale zanim umarł, chodził stale do szpitali, odwiedzać tam umierających kolegów i znajomych. Przede wszystkim opiekował się do ostatnich chwil umierającym przyjacielem i kochankiem. Potem drugim. Też do chwil ostatnich, do pogrzebu. Ale zanim był pogrzeb trzeba było ich myć, karmić, do ostatnich fizycznie możliwych chwil wyprowadzać na spacer, Trzeba było ich podmywać, zmieniać pieluchy, pościel. Wiedząc (choć ciągle mając promil nadziei, że ktoś coś odkryje, jakieś antidotum, ratunek), że ratunek nie przyjdzie.

Monette pisze o sobie. Podaje czyste, nieadornowane fakty, szczegóły, momenty codziennej rutyny dbania przez miesiące o kogoś, kto umiera. I w końcu tej śmierci. Kogoś, kto dziś byłby pewnie jego mężem, na pewno wieloletnim partnerem. Najbliższą z możliwych osób. Kiedy brat jego partnera (Rogera), który przyjechał z wizytą narzeka, że legowisko ich psa (Pucka) jest brudne i śmierdzi, Monette przypomina sobie ten moment i dodaje: Nie, tam faktycznie cuchnęło jak śmierć, gdy nazwiesz rzeczy po imieniu. Cały dom. I po prawdzie tylko Puck mógł z tym smrodem żyć, ze smrodem pola bitwy z płytkimi nieznanymi grobami. Ci, którzy sugerowali nową tapicerkę, jako sposób na trzymanie śmierci z daleka odwiedzali nas coraz rzadziej. I chwała Bogu.[2]

Kiedy przytacza ostatnie dni i godziny Rogera – pies jest bardzo ważna postacią w tej epopei przerażenia. Wiedzy, rozumienia – a jednak przerażenia bezsilnością i nieuniknionością. Pies swoja obecnością pomógł mu uciekać momentami od obezwładniającego smutku. Pies i … pisanie. Wspomina:

Przetrwałem ten niemożliwy do przetrwania pierwszy rok żałoby zmuszając się do zejścia z łóżka, bo ktoś musiał tego psa wyprowadzić; pisząc  aby nie myśleć.[3]

I zaraz wraca przed moje (piszącego te słowa) oczy obraz mojego pierwszego roku. Moim ratunkiem nie był pies, były wielogodzinne wałęsanie się po plażach, morskich bezludziach i notes, pisanie. Wymuszane, bolesne – a niezbędne, jak woda do przetrwania.

Monnette rozdział po rozdziale, przeprowadza właśnie takie studium, taką pracę epistemologiczną  Bólu Straty. Nie robił tego z potrzeb filozoficznych, badawczych. Nie. To wiwisekcja siebie. Próba zrozumienia, jak można było to przeżyć. Co pomagało, co hamowało przed nieobliczalnymi skutkami. Ale robiąc to pomagał nie tylko sobie, pomagał innym. Bo wymiar bólu, ciężar straty jest dla każdego trochę inny.

Monette przeszedł kawalkadę śmierci na AIDSA (Steve był jego kolejnym partnerem, który tak odszedł w szpitalu) łącznie z własną, nadchodząca powoli, ale nieuchronnie. Oczywiści nie zostawił zapisów ostatnich godzin i chwil. Mimo, że był świetnym pisarzem – nie był bogiem. Trudno nam samym opisywać własną śmierć po fakcie.

Ciekawym bardzo jest rozdział, gdy pisze o Kościele Katolickim i o sytuacji przyjaciół i znajomych, którzy z tym mieli wielki związek będąc czynnymi lub byłymi księżmi, zakonnikami. W tamtych czasach, w latach 80. O tym jak Ratzinger (późniejszy następca Wojtyły na tronie watykańskim) nakazywał biskupom i przeorom amerykańskim, by tępili i torpedowali wszelkie zamiary udzielania jakichkolwiek praw cywilnych homoseksualistom w USA. W Kościele pełnym nie tylko pedofilów, ale przede wszystkim homoseksualistów.[4]  Ten wątek w epistemologii Straty i Bólu mało ma do wniesienia, więc rozwijać go tu nie będę.

Głęboki ból utraty kogoś najbliższego, zwłaszcza gdy poprzedzony długim okresem spodziewania się jej (nieuleczalna choroba) i długim trwaniem opiekowania się tą osobą, aż do momentu zgonu, jest doświadczeniem nieporównywalnym. Zmienia tą osobę, która pozostaje przy życiu. Często ktoś taki próbuje różnych sposobów zewnętrznych i wewnętrznych (terapie), aby to zrozumieć. Ale terapia jest powiązana ściśle z leczeniem, leczy się zaś sprawy i ciała chore. Nie sadzę by żałoba była chorobą. Właściwszym jest rozumienie tego bólu, nie negowanie go lub reperowanie plastrem i pigułką. Być może właśnie badanie filozoficzne jest najbardziej właściwym dla zrozumienie tego procesu. Właśnie podejście epistemologiczne. I zagłębianie się w opisy innych, w sytuacjach zbliżonych. Oswoić ból Straty. Warto.

Paul Monette najpierw swoją poezją, potem tym pamiętnikiem-dziennikiem pomógł mi niezmiernie.


[1]Paul Monette | LGBTQ+ Activist, Poet, Biographer | Britannica

[2] ibid. s12

[3] ibid. s 14

[4] rozdział ‘My Priets’ zaczynający się na str. 54


[i]“Kronos” w pigułce, czyli wszystko, czego nie wiesz o Gombrowiczu | #literatura | Culture.pl

[ii] Albert Camus, „Dżuma”; napisana w 1947 opisuje lata pandemii dżumy w Oranie, w Algerii.

[iii] P. Monette, „West of Yesterday. East of Summer”, s. 19, frag. wiersza ‘Do GB z Tuskanii’ (wyd. z 1994)

[iv] Paul Monette, „Last watch of the night”; wyd. HarcourtBrace&Company; 1994, s.310

Nikolay Khozyainov in Kelowna – Beethoven Monument

Nikolay Khozyainov in Kelowna – Beethoven Monument

This was one opportunity I didn’t want to miss. Last night piano concert of Nikolay Khozyainov in Kelowna, British Columbia. Have heard of this young pianist few times and his fame proceeded him.  Was wary, though. Big fame and being a child prodigy (he started playing in  … Siberia – in all of forbidden places – at an early age of six and as a child already performed in Russian cities, including Moscow, a city with earned reputation of being very strict in offering the stage to no one but the best as far as music is concerned) can be misleading and sometimes such career is cut short and musician falls into obscurity.

But Nikolay is no longer a child, and no longer a prodigy of anyone but his own talent and hard work. Bought the tickets well in advance while I was still in Halifax so as not to risk missing the concert.

A fact that he was a finalist in 2015 famous Warsaw’s International Chopin Piano Competition certainly cemented his statue as a pianist, and opened the doors of many international stages to him.

The auditorium in Kelowna’s Waterfront Art Centre is an elegant venue but not a very large one. But the seats are well arranged, and it looked like you could see the stage from every row and corner. In a small venue like that I usually choose either an isle seat or a seat at the very back (best for making quick notes without disturbing anyone).

Day was cold and being next to the huge lake added to that unpleasant coldness of late November. But inside the atmosphere was pleasant. My surprise was that there was not a printed program. In a concert where many pieces of many composers will be played it is helpful to have one. That was a serious minus on the side of the venue administrators. That was not the end of surprises, though. LOL.

When the virtuoso appeared on the stage I was – to say it elegantly – amused. Long gone are the days when longtails were the only accepted attire. Slowly they were replaced by afternoon elegant jacket, even black sweaters (Oh, Mon Dieu!). But pants remained elegant, sharply pressed. And shoes. Ah, the shoes –  they are actually important, as they play, too  – alongside hand and fingers. Something has to touch the pedals, LOL. Therefore shoes were elegant leather, shiny.

When Maestro Khozyainov entered the stage – he wore non of it. Pardon, except the light but elegant jacked. No, no. He wasn’t half naked! Just the rest of the attire really does not belong on a stage in a concert hall. Even in Kelowna. I was wondering how his cozy and warm winter shoes will feel the pedals …

I know, a bit long introduction – but I was truly amused by all of it.

Alas, back to music. Khozyainov begun with Chopin’s Nocturn D Flat Major, Op. 27. I thought it was a bit rough at times. The beautiful melodies few times were missing a note, or a note fell off the order. Which was sad since that Nocturne is one of the most beautiful nocturnes of Chopin. And yes, the pedals were not used as smoothly and as consistently as they should have.

Next was fantastic Prelude Op.45. Chopin himself said it was best prelude. I think the pianist did very good job in showing the elegant nature of this composition. Following with Ballade No. 4 in F minor, Op. 55  he brought peace to musical order. It is such a beautiful, poetic music. Khozainov fully regained his mastery of the instrument. I enjoyed it very much. It takes you for such a nice walk, memories of romance, of youth, of longing. Could be almost sentimental but still retains the deep feelings, the poetry of the soul. It remained me at times of the way incomparable Kristian Zimerman plays it. Use your inner feeling but stay close to the score seem to be the magic and don’t rush, allow the music to sink in.

After the Ballade, there was a short intermission and suddenly I felt like being back in Carnegie Hall or on Jasna Street in Warsaw’s Philharmonic. Back to great concerthalls of the world. Khozainov appeared in beautiful attire (with very shiny and elegant shoes, LOL) and things seemed all in place. Just waiting for the music to do the rest. It did.

Liszt and his delicate Impromptu Valse set the stage for musical fluidity, elegance. Following different feelings and pictures was Liszt Spanish Raphsody S.254. The Hungarian musical genius composed it in 1858, shortly after his visit to Spain. It has cascade of full octaves, rapid cords. A time to shine and awe,  as Khozainov did. I wouldn’t have been surprised if suddenly a solo ballet dancer would appear and did some pirouettes to the music. It didn’t, but it felt like it could. That was certainly a grand finale to the first part.

During the short break I had a nice chat with a fellow, who sat right in front of me, and we exchanged few impressions. It was pleasant conversation to fill the free time (and not missing any equally pleasant innuendos, LOL). Music and romance? That never happens! Or was it just me, who forgot that it does indeed?

However – the time for truly great romance awaited us back in the hall. Ludwig van Beethoven – the towering giant of classical music.

Nikolay played masterly transcribed by Liszt Allegretto from Beethoven’s Seventh.

For a triumphant finale he played probably the most difficult and unusual piano music of the great composer – his Sonata No.23 Op. 57 known as Appassionata. I could easily see it more as a full Piano Concert with orchestra. It is long piece (it is a sonata after all, therefore not too long) but the difficulty lays in its structure, abrupt changes of tempo, emotion, almost loosing melodic motifs. In a way, the Appassionata should habe been composed fifty or seventy years later. It is very much not a mirror of tastes and styles in Herr Ludwig times. But Herr Ludwig was not a man of a’la mode – Beethoven was a man of musical genius. Timeless. I suppose, it must be very difficult and not easy to memorize it to play without the aid of printed score. Because the Appassionata has distinctive long intervals it is very wise for the pianist to remain in full control as some people would not start to clap, thinking it was the finale. Khozainov had it all in check.

I am not surprised that (although not part of this concert repertoire) that he has played and recorded the arch-difficult Gaspar de la nuit by Ravel.

Of course, every musician is prepared for a a short bis after a concert. Nikolay was too. However – none were prepared for almost an entire third part of the concert! It was a sheer bravado which ended in an amusing and happy cavalcade on the keyboard.

Scriabin, Chopin, Rachmaninov, you name it! All the virtuosic pieces that shine and wants the audience to stand up and dance to it. We almost did. Applause did not stop. Just when we thought it is over, done, when we thought that it is almost impolite to demand more … Nikolay played his own impromptu fantasy. And everyone went crazy. What a bravado, gusto with a touch of showmanship. A pure joy of the music. I loved it.

In a chat afterwards we used simultaneously three languages, as both of us knew them: Russian, Polish and English. And he signed my notebook with name I have not seen in a very long time – with ‘otchestvo’ – a Russian peculiarity of using one’s name and the name of one’s father. Because I have the same name , as my father – it is of course: Bogumil Bogumilowitz, LOL. I like it.

Pytanie do poety

Pytanie

Drogi Panie

Andrzeju

Poeto doctus

Czy jest łatwiej pisać

w młodości dociekliwej,

z torbą wypchaną tomami

wiedzy i mądrości wieków

przerastającej wiek własny?

Czy w późnym wieku,

kiedy się wie ile się nie wie?


A może zwyczajnie,

po prostu,

wie się tylko tyle,

ile można unieść w sercu?


Czy pamięć wieków

ważniejsza jest

od pamięci chwili?

(B. Pacak-Gamalski, 2024)


Pisanie wierszy, bycie poetą – co to w zasadzie znaczy? Skąd bierze się ta potrzeba, ta siła, która pcha cię do pióra? Są poeci, którzy piszą dużo, bardzo dużo. Mają zastępy czytelników, którzy na nich czekają, rzędy recenzentów, którzy dzięki nim istnieją, żyją. Ba – tacy, którzy uważają, że dana im była misja opisu losu człowieka, jego fatum, sensus vitae.

I są poeci, którzy nie piszą często, czasem tylko publikują. Wiersz jest dla nich rozmową intymną z jednym czytelnikiem. Tak, jak przyjaciel rozmawia z przyjacielem przy herbacie, koniaku czy kawie.

Takim poetą wydaje mi się jest Andrzej Busza – wybitny mistrz strofy i i błyskotliwy znawca literatury. Ktoś, kto pewnie byłby doskonałym filozofem, bądź historykiem filozofii. Karierę (słowo to brzmi – przyznaję – bardzo niestosownie i brzydko w tym temacie) zaczynał w Londynie w tamecznym kręgu emigracyjnym, w miesięczniku „Kontynenty” i „Merkuriuszu” w latach 1947-1965. Obok swego serdecznego przyjaciela, Bogdana Czaykowskiego, z którym wspólnie po 1965 emigrowali do Kanady i w konsekwencji osiedlili się na stałe w Vancouverze nad Pacyfikiem. Obaj otrzymali posady na Uniwersytecie Kolumbii Brytyjskiej. Busza obronił tam pracę doktorska i był przez długie lata profesorem literatury angielskiej i cenionym znawcą Conrada oraz komparatystą.

Przeglądam i czytam teraz maleńki zeszyt poetycki Buszy wydany w 2013 nakładem Polskiego Funduszu Wydawniczego w Toronto – „Niepewność”[i]. Wiersze w tym zbiorku Busza dedykował zmarłemu w 2007 Bogdanowi Czaykowskiemu.

Poza ‘Zabawą w metafizykę’, który autor napisał po polsku, pozostałe wiersze powstały w jęz. angielskim, a tłumaczyli je Roman Sabo i Beata Tarnowska. Wiąże się to z jego decyzją zaprzestania twórczości w języku polskim. Decyzją, która konsekwentnie oddaje i jego skromność, ale i dążenie do doskonałości. W pewnym momencie doszedł do wniosku, że jego znajomość polszczyzny zubaża się i pozostaje odcięta od żywego języka i jego zmian w Polsce. Nigdy tej jego decyzji nie uznałem za ani konieczną ani właściwą i kiedyś mu przed wielu laty o tym mówiłem. Naturalnie opinia moja nie ma tu znaczenia, chciałbym jedynie podkreślić, iż była bardziej jego dążeniem do doskonałości językowej niż do domniemanych braków. Jak moi czytelnicy wiedzą wyznaję zasadę ‘poetyckiego udomowienia’ języka używanego we własnej twórczości. Naturalnie to wątek poboczny i z tekstem tym mający niewiele wspólnego.

„Niepewność” Busza zaczyna wierszem idealnie nadającym się do zbioru dedykowanego Czaykowskiemu. Któż lepiej niż autor „Okanagańskich Sadów”[ii] by ten wiersz pochwalił a może nawet z przekorą by spytał: Andrzeju –  czy przypadkiem nie napisałeś jednego z moich wierszy?

Ten wiersz to wypisz-wymaluj styl poetyki właśnie Bogdana Czaykowskiego – przyjaciela Buszy, któremu ten tomik Busza dedykuje. Mógłby to być wiersz narodzony w szuwarach jezior okanagańskich, mógłby być nawet gdzieś z rozlewającej się szeroko delty rzeki Fraser za New Westminster, pod Vancouverem. A nie jest – jest zapowiedzią podróży erudyty kunsztownie zapowiadającego wejście w światy Kosmosu, ciemności i jasności. Światy, gdzie nieprawdopodobne jest możliwe. Cały ten fragment zapisany jest w stancy przedostatniej:

W załomie skały wbity kawał marmuru – na nim wyrzeźbiony

Znak: mały wąż i dwie linie proste połączone poziomo.

Kiedy zwierz mija popękany kamień, na lśniącą wodę pada czarny cień.

(…)[iii]

Ten wiersz jest a’la rebusem, ale może też być odczytany, jak echo powieści „À rebours”[iv] – westchnienie estety do świata idei, sztuki, Złotego Wieku piękna. Skąd, dlaczego?

Ano, już drugi wiersz pt. ‘Ósmy dzień’ tłumaczy tu wszystko. Bo prawda, że pierwszy był miły, prosty, łatwo (?) czytelny. Z pozoru. Bo tu nagle i palimpsest, i Paradox Olbersa.

A współczesny czytelnik nie musi rozumieć dlaczego Oscar (w domyśle: Wilde) jest porównywalny do palimpsestu kulturowego (zakładając, pewnie zbyt naiwnie, że wie iż ‘palimpsest’ to zapisywanie nowego tekstu na już istniejących oryginałach/kopiach). Może się mylę.

 Ale Paradox Olbersa? Mimo, że o tym astrofizycznym wyjątku pisał i tłumaczył go sam Edgar Alan Poe w prozie poetyckiej „Eureki”. No, bo faktycznie niby czemu jest ciemno nocą, przy milionach gwiazd potężniejszych od naszego słońca, które emitują światło non-stop?

Więc czy Busza jest trudnym poetą w tym zbiorze wierszy? Może chwilami jest. Ale te chwile warte są głębszego zastanowienia, może nawet poszperania w źródłach. Może i u niego zdarza się, że wiersz jest rozmową indywidualną z pojedynczym czytelnikiem? Czytelnikiem, któremu się zawierza, że metafory odczyta? A przede wszystkim, że wiersz zrozumie. I wydaje mi się, że jest możliwym – choć to przypuszczenie obrazoburcze – zrozumienie wiersza bez konieczności zrozumienia każdego odniesienia kulturowo-filozoficznego.

Całość jest zresztą wkomponowania właśnie w tą rozmowę i odpłynięcie w świat cienia jego bardzo bliskiego przyjaciela, któremu ten cykl wierszy poświęca.

Busza potrafi. Mimo, że nie jest, zdaniem moim, parnasistą. Rozumie skalę siły prostego słowa, które ma moc i jędrność bezpośrednią. Jak w wierszu ‘Zabawa w metafizykę’. Zrywa, jak zakochany młodzieniec, stokrotkę i robi znaną wyliczankę z odrywanymi kolejno płatkami. Ale tu chodzi o metafizykę, więc wyliczanka ma charakter metafizyczny:

 Bóg jest

Boga nie ma

(…)[v]

I kończy smutną, człowieczą konstatacją:

W palcach

została łodyżka

i okwiat ogołocony

Bodaj najpiękniejszym, najczulszym i bardzo personalnym, więc i bolesnym utworem jest ‘Letnia elegia druga’.[vi]

Druga zwrotka to zaś wręcz zimny skalpel szpitalnego krajobrazu. Opis ostatniego momentu, ostatniego ‘kęsu powietrza’. Ale zaraz dodaje, by uniknąć pułapki turpizmu:

a przecież zawsze oddający hołd yoni świata

czule jak Keats[vii]

Czwarta, średnicowa zwrotka jest powrotem do lirycznej poetyki Czaykowskiego:

Wiersze jego rosły jak liście na drzewach

oczarowane miłością i pięknem

(…)

Z takim epilogiem:

Reszta to ani spokój

ani milczenie

Wiatr zrywa się

niesie popiół

w lasach pełno ech[viii]

Dwa kolejne wiersze (‘Podróż’ i tytułowy ‘Niepewność’[ix]) są rozwiązaniem odniesienia do Paradoksu Olbersa – alegoryczności kosmologii wędrówki duszy ludzkiej; z jasności do cienia i mroku, który jest też światłem.

Podsumowaniem tomu jest wiersz ostatni. Bolesny, bez szansy na pomyłkę, że może to sen, może to nieprawda, może przyjaciel zadzwoni jutro …. I zadzwonił w wierszu ‘Łazarz’. Wierszu tragicznym, ale bez sztywnych wzorów tragedii greckiej. Przeciwnie, wiersz jest chwilami prawie krotochwilny, szelmowski omal. Przyjaciel dzwoni z opowieścią o dziwnym zdarzeniu[x], jakie go spotkało po wcześniejszym wspólnym spotkaniu na piwie. To historia umierania zamknięta w kapsule skróconego czasu. Ale nie jest to historia bólu, przerażenia, żalu, tęsknoty bolesnej. Nie – to historia ciekawości poznania co niepoznawalne. Co jest wtedy i tam, po tej drugiej stronie życia. Jakby potknął się o kamień, upadł i zaczął obserwować, niezauważalny z pozycji pionowej, świat maleńkich istot w trawie. A jest, jak zapowiadano we wszystkich ważniejszych księgach Religi Bliskiego Wschodu, wesoło, jest napitek, jest Marta i Maria i ‘radosne okrzyki La Chaim i Mazel Tov’[xi]. Ale przyjaciel czuje się w tym zgiełku nieswojo:

Im radośniejszy taniec

Weselsze śpiewy

Tym bardziej czuję się nieswojo

Wymykam na dwór

Czarne jak smoła niebo

Usiane gwiazdami

Rozkręca się

(….)[xii]






[i] Z serii bibliofilskiej PFW, wydano 75 autoryzowanych egzemplarzy. Mój egzemplarz ma numer 47.

[ii] ‘Okanagańskie Sady’, B. Czaykowski; Wyd. Dolnośląskie, Wrocław, 1988; ISBN 83-7023-633-2

[iii] Pierwszy wiersz Zeszytu: „Sielanka”, s.5

[iv] „A rebours”, Joris-Karls Huysmans

[v] s. 8 „Niepewności”

[vi] s. 9, ibid

[vii] ibid, l. 7 i 8

[viii] ibid

[ix] s.11 i 13

[x] W dwudziestu dwóch linijkach opowiada historię długich tygodni choroby i własnej śmierci ściśniętą do jednego jakby dnia (s.17)

[xi] ibid; s.18, l.14 i 15

[xii] ibid

bill bisset i Tomasz Michalak – jak tłumaczyć nieskodyfikowane języki?

Ostatni tekst wiązał się bezpośrednio z literaturą. Literaturą przez duże L, bom pisał był o Gombrowiczu i Jeleńskim. Jednocześnie przypominałem mój cykl o literaturze tzw. emigracyjnej lat PRL-u.

W cyklu tym pominąłem jednego poetę i tłumacza poezji, z którym we wczesnych latach 90. nawiązałem kontakt, Tomasza Michalaka.  Opublikowałem w numerze drugim Rocznika Twórczości ‘Strumień’ kilka wierszy Michalaka, a że kontakt nam się w jakiś sposób potem urwał (nie sądzę by były ku temu jakiekolwiek ważne przyczyny, raczej zwykłe i prozaiczne towarzyskie – w tamtym okresie moje życie było ponad miarę wypełnione zajęciami, które pochłaniały więcej czasu niż oferowała go doba). Spotkałem go chyba w Simon Fraser University w Burnaby, gdzie wówczas studiował. Dziś zdaje się dalej tam jest, naturalnie jako wykładowca tym razem.

Opublikowałem wtedy pięć jego wierszy[i]. I wszystkie mi się podobały, podobał mi się sposób w jaki używał języka gramatyki.

Słowo ‘podobały’ nie jest określeniem używanym w krytyce literackiej – a przecież jest to najistotniejsza część łączności z czytelnikiem. Krytyk, badacz musi czytać wiersze, by je oceniać, recenzować.  Czytelnik nie musi i nie potrzebuje. Czytelnik czyta te, które lubi, które mu się podobają.

Gramatyczna kolejność i funkcyjność tej kolejności części mowy. Jeśli poeta trzyma się jej zbyt uparcie i sztywno – wiersz staje się klepanką, ogłoszeniem i traci wyraz poetycki. Nie będę wyliczał poetów, którzy to robią, bo zbyt długi ten tekst by być musiał. Im bardziej kodyfikujemy język, im bardziej sztywny gorset na niego nakładamy – tym bardziej staje się on językiem urzędowego obwieszczenia. W wierszu Michalaka „Rzeczy które wydarzyły się komuś” druga linijka brzmi tak: ze śmiechem kartki przewracają się papieru – naturalnie poprawnie brzmieć to winno: kartki papieru przewracają się ze śmiechu, tyle, że traci wtedy to zupełnie muzyczność frazy, staje się banalnym stwierdzeniem faktu. A przecież nie o to w poezji chodzi. Fakt jako taki jest w swej zasadzie kamieniem u szyi poety. Oczywistość oczywistości to jej śmierć.

Co tu chcę, w znanej mi spuściźnie Michalaka, przypomnieć, to jego praca tłumacza poezji anglojęzycznej. Mówię konkretnie o poezji billa bissetta (oficjalnie to Bill Bissett, forma której poeta w zasadzie nie używa, odrzucając, jak w swej poezji, wiele zastanych norm gramatyczno-ortograficznych). Jeden z najbardziej trwałych i tragicznych elementów kanadyjskiej poezji ostatnich siedemdziesięciu lat. Od dekad prześladowań rządowo-policyjnych, po międzynarodowe i krajowe akolady, nagrody, ordery. Od cel aresztów policyjnych, po salony Sztuki i ordery państwowe[ii].

Tomasz Michalak podjął się trudnego zadania przetłumaczenia tomiku wierszy Bissetta „żeczy ń pojęte”[iii]

Tłumaczenie poezji pisanej w dużej mierze w formie fonetycznej, języka mówionego, a nie pisanego, musi nakładać na tłumacza dodatkowy problem, gdzie sama znajomość języka oryginału i języka tłumaczenia to za mało. Trzeba poniekąd wgryźć się w sposób mówienia i dźwięku słowa.  W skodyfikowanym języku można to porównać do czytania nut. Proszę sobie wyobrazić koncert, gdzie nie ma żadnego muzyka ani instrumentu, miast tego jest lektor. Staje przed widownią i czyta utwór z kartki: tempo presto – crescendo, dwa bemole, 3 szesnastki na trzeciej linii, dwie połówki na czwartej, trzy półnuty w oktawie wyżej …. Ciekawym bym był, ile osób by na takie koncerty chodziło …

Trudno bardzo ocenić poziom tłumaczenia tego typu poezji i nie mam zamiaru tego tu robić. Zupełnie prywatnie musze powiedzieć, że Michalak bardzo przybliżył mi poezje bissetta, a sam bisset autoryzował te tłumaczenie. Co też trudno ocenić, gdyż bissett języka polskiego nie zna. Ale to są już dywagacje mało znaczące. Z punktu widzenia językowego jest to praca dobra i warto by było, gdyby jakieś wydawnictwo w Kraju to opublikowało. Może ktoś kiedyś to zrobił, nie mam pojęcia, bo badań jakichkolwiek nie robiłem w tej mierze.  

Tłumaczenie Michalaka przypomina mi bardzo formę walki futurystycznej z kodyfikacją języka prowadzoną przez Bruno Jasieńskiego i poetycką prozą Brunona Schulza – inność. Inność używania języka, jako formy, która ma służyć twórcy a nie kajdan, które mają go ograniczać. Do takiego ‘braku szacunku’ wobec formalnej kodyfikacji ortograficzno-gramatycznej nawiązywała też współcześnie Olga Tokarczuk podczas spotkania na 70-lecie Wydawnictwa Literackiego w Krakowie. Podkreślała, jak język ma być narzędziem giętkim w ręku pisarza a nie kajdanami sztywnej formy.

Więc wracając do tłumaczenia Michalaka wierszy bissetta przytoczę pierwszy z tego zeszytu poetyckiego. Bardzo zresztą oddający – abstrahując od sposobu zapisania – charakter poezji bissetta.

Czy fszystko jest dla sfiń

ona myśli ż jej gufno

               Jest sesłota swysacanego

rubinami

               on myśli ż jego jest perłostanem

i przeczystością łabęciej kfakfaducji

               co masz  im

mufić

                wiekuf owijają jh sny

               i pryfatne opinie

                              f befełnę

                              praciatofych

                              kultuf

               gufno

               jest gufnem

               ale ja

               fo tego

gufna

               dobiorę ś

               wam

               jeszcze[iv]

Ot, ciekawostka poetycka. Jedynej rzeczy, której sensu pojąć nie potrafię to właśnie tego niby-konstruktywizmem pachnącego układu graficznego strof i wersów. Chyba, że założeniem był jednak chaos. Tutaj tłumacz jest jednak bezbronny, ten układ stroficzny jest dokładnie taki w oryginale. Co w niczym mi w rozumieniu tegoż nie pomaga.  Naturalnie – chaos zrozumiany być nie może i z tym się zgadzam.

I tyleż na dziś.

  


[i] Rocznik Twórczy „Strumień”, nr 2; s. 31; Surrey, Kanada; rok 2000; ISSN 1488 8513

[ii] Bill Bissett – Wikipedia

[iii] Bill bissett; „żeczy ń pojęte”, wyd. Talon Books, Burnaby BC, Kanada, 1998

[iv] ibit

When you are glad that you didn’t storm out of a concert angry at the musicians and the composer

When you are glad that you didn’t storm out of a concert angry at the musicians and the composer

Music! Music is like a song of angels, like flower petals falling down in a slow pirouette. Music is …

Surely it is. Or that’s what you hope for, anyway. But sometimes … sometimes music is just a cacophony of noise. It is actually irritating to your sensory system.

I can’t believe that I’m writing these words. Do you know why?  Of course, I will tell you, otherwise I wouldn’t write it. Because of one of the most talented, most popular composers that ever existed – Mozart! And because of two top piano players in Canada for many years now – maestros David Jalbert and Charles Richard-Hamelin. The darlings of the most prestigious stages of the world. I have heard both many times, been on numerous occasions to concerts of Hamelin, and listened to Jalbert’s CDs and CBC Radio performances.

Last Saturday[i]  they performed for the very first time together.  Playing compositions not separate but composed for two pianos or a composition for four hands.  I hoped they would have played separately, their own program of any choice.

And I hoped Mozart had never composed that awful cacophony of his Sonata For Two Pianos in D major, no. K.448.

Or otherwise, I hoped I never went to that concert.

There is my own rule that I’m breaking now: when you have nothing nice to say, then be silent.  If it was a concert of a new, fledgling pianist or the first public performance of some young and unknown composer – I wouldn’t say a word. None of it applied in this case, though. It definitely doesn’t matter for Mozart. He is dead for about 250 years and doesn’t care anymore who and what is written about his music. Besides – he left us with many of the best-ever composed works (except this one! LOL).

For the pianists – Halifax is not Carnegie Hall or Warsaw Symphony concert hall (sorry Cecilia Concerts organizers, but let’s face reality; Jalbert and Richard-Hamelin can afford one bad review after many years of a string of good reviews).

One more thing – I will have a few much nicer things to say about the rest of the concert. In particular about absolutely beautiful Divertissement  Andantino varié, no. D 823 and Fantasie in F minor, no. D 940, both of Franz Schubert.

I think that at times things just get wrong from the very beginning, before anyone touches a single key on any piano.

Originally the concert was planned for Richard-Hamelin and a young American pianist, Eric Lu. Was really looking forward to it. Very talented young star of the keyboard, Eric Lu is one of these musicians I really wanted to listen to in a live concert, not just recording. When I exchanged notes with him, I told him how much I was looking to this and promised to write my impressions from the concert. As recordings are usually musically perfect – they often lack the emotions, the exchange of the atmosphere between a live audience and an artist, impression insaisissable.

But, as in many ‘wants’, this happened to remain exactly that: inasaissable, unfulfilled.  Sudden medical problems prevented him from coming to Halifax. Alas, the tickets were sold, the show must go on.

Richard-Hamelin and the organizers had to quickly find another player and talented David Jalbert agreed to oblige. It is one thing for two pianists to play different compositions in one concert, and totally different for them to play the same music composed for two pianos. Just because you choose two very well-known pianists doesn’t mean they will be the best tandem. One more thing we learned (meaning the audience) is that they … never played together before. Two best Chefs do not guarantee the best dinner cooked together, often it ends in culinary disaster.

What was the original idea of starting the concert with this insane Sonata in D major K.448 by Mozart – I have no clue.  There were really moments when I had to gather my willpower not to just get up and leave this musical nonsense. Noise. Yes, it did have allegro, andante and molto allegro and it was in D major. Could have been in ,Z minor’ as far as I am concerned – the effect would have been the same.  The pianists did not help much, either. I thought there was a total disconnection between them. One was playing his own vision, the other – another vision. As you know, in classical music there are (in European instruments) no larger pieces of instruments than the grand piano. It seemed that the distance on that particular evening between these instruments was even larger than the length of these gigantic instruments.

Mozart was twenty-five years old when he composed it. At this age – despite or maybe because of already big popularity and fame – you are not mature enough to measure everything in the right emotions, true perspective. Maybe he felt the stress of the expectations that the young composer must constantly produce new pieces, constantly prove his genius? Not unlike many young artists these days. Sometimes the pressure proves to be too much.

Now, would it sound better if I felt the connection between the pianists? I don’t think so. Guess we will never know. Can’t recall if I ever heard that composition, and therefore can’t compare.

The Andante was at least musically much better. The lyrical melody, even some sort of peace, brought comfort. The best was the end, the Molto Allegro. For many reasons: primo – it was the end of it (LOL); secundo – the pianists finally noticed each other and began to speak in the same language of emotions; tertio – it was the best part of the entire sonata. Beautiful repetitions of the best melodies in the form of rondo.

Rachmaninoff’s ‘Russian Rhapsody’ was composed well and it was delivered much better, too.  By that time the pianists made peace with each other and played together, not separately. But the choice was disputable, too. It is definitely not the best work of this brilliant composer.  And not truly a full rhapsody, either. Of course – the amount of compositions for two pianos is limited, too. No complaints, though. Had I not been exposed to the fiasco of Mozart’s sonata – I probably would have enjoyed it more.

The best came next. Franz Schubert, whose music I adore. There is so much emotion, and yet so much elegance in it.

Poor Schubert died being very young. It was as he anticipated it – he composed constantly, often in the form of musical sketches, that later were supposed to become a full-fledged larger piece.  As was the case of his ‘Lebenssturme’ (Storms of Life), Allegro in A minor, D.947 that he planned to expand to a full sonata. Sadly, he died the same year, never having the chance to expand this (and many other) composition.

Jalbert and Richard-Hamelin by now played in unison, and my dislike of their playing dissipated completely. They took me with Schubert on a wonderful walk, sometimes a run through some park in Germany. Run after love, after romance, after youthful life perchance? With all the desires and pitfalls of that tumultuous age. I so remembered it myself. And that is the pinnacle of a good concert – when the music transfers you outside of the concert hall to some faraway places, times perhaps.

But that was just a taste of the charm of his music … and the ability of both pianists to show if they fully trust and understand each other. The diminutive form of Divertissement on French motifs D.823 (three parts: Opus 63; Andantino varié and Rondo Allegretto. This gem was composed for piano for four hands. Similarly, the final  Fantasie in F minor D. 940 was for piano and four hands.  That was the cherry on the musical cake. Such ephemeral music! It felt like dancing with angels. The two pianists sitting by the same black and white keyboard melted together as one with four hands. Now everything was making sense, everything was in place and the music took us all to a sphere of magic.

And that is what you want from Art, my friend.


[i] Cecilia Concerts series, Halifax, in St. Andrew Unitarian Church, Apr. 06., 2024

A case for (very) long poem – ‘The Iovis Trilogy’

What do you think of poets? Ephemeral creatures? A poet must be someone, who lacks persistence and discipline to write a solid novel? Let’s say five hundred pages long?  Yes, you have seen, perhaps have one on your shelf big book by some poet you like. It is hundreds of pages long.  Good. But such a book most often is an editor’s work of compiling, in some sort of order, hundreds of separate poems written throughout a lifetime. Generally speaking, a poet publishes a book  (in modern times) that would be 20, 30, or maybe 50 pages long.

The times of huge volumes of Goethe, Mickiewicz, Byron, Pushkin or Chaucer are gone. Their work is generally called by a broad definition a ‘long poem’.  They are still being composed by some – but hardly to the extent of times gone.  Imagine one of the oldest known long poem by Abul-Qâsem Ferdowsi Tusi, a Persian poet in the X century, who wrote “ Shahnameh” – a poem of 50,000 couplets (two-lined rhymed meter).  It is the longest ever written by a single poet in recorded history.

It is not only a strong talent but also a sign of unusual perseverance. Not very common in the XX and XXI centuries.

But – what is difficult for a mere man-poet doesn’t have to be too difficult a task for a woman-poet (women are generally much better in keeping their focus on goal than menfolk, LOL).

On a recent visit to a favored literary café in Halifax, I came across a huge volume of such long poem. The medium is mixed: regular-versed poetry and poetic prose verse. But all in the context of the same subject and telling the same epic (if ‘epic’ is the right term for such a subject) story.  It is merely a booklet of … 1009 pages (one thousand nine).  And the poetess devotes her talent to tell the story of … man.

I am talking of Anne Waldman. Waldman was (with Allen Ginsberg) a pivotal author and activist of the Beatniks movement in culture and counterculture of the 60. and 70s. In a way – a child of the Greenwich Village community of New York at a time of pivotal struggle with the Establishment.  How many times have I longed to be there at that time! But a generational difference made it impossible.

Poets and artists who devote their talent to a cause that is larger than life give me wings to fly. I feel sorry for poets of ‘ivory towers’ or Parnassus’ peak.  Their own glory and fear of missing the bus to immortality make me laugh.

Back to Waldman long poem, though. To “The Iovis Trilogy. Colours in Mechanism of Concealment”[i]. She spent twenty-five years writing it. That is perseverance, I must say.

Iovis is of course the epitome of Man. He is, formally speaking, an early Roman central god, an equivalent to Greek Zeus. The one, who looks after the order of humans. And the world of humans is the world of man. Period.  Even lesser goddesses do not change that paradigm, that foundation.

Waldman does not detest men, a man is not her mortal enemy. She tries to show him that she sees his ways of trapping her-woman, of claiming her as his. A thing on the mantel. Necessary, needed. But never fully equal. Iovis is so set in his ways, that he might not even realize it anymore, he might not see the ways, the channels, roads that he built over thousands of years. They just are, aren’t they? A natural order of things:  as trees, streams, mountains, and plains.

Right at the very beginning, she addresses him directly:

Dear Iovis:

Thinking about you: other in you & the way

You are sprawling male world today

You are also the crisp light another day

You are the plan, which will become clearer with a

                strong border as you are the guest, the student

You are the target

You are the border you are sometimes the map

You are in the car of love

You are never the enemy dull & flat, dissolving in the sea

Illusion lay it snare, you resort to bait, to tackle me

Our day is gone[ii]

Waldman states her case right at the beginning: I have a clear picture of you and your tribe – meaning the whole tribe of men – ‘you are in the car of love’.  He lays bait and snare to make her-women his. To make her love him. It doesn’t change a bit any of these ancient roles, a fact that he too loves her truly. But it is her, that will become his – not the other way around. And she says flatly: our day is gone.

She admits the history of them, the ancient times going back to Sanscrit writings and dwellings:

As I say this to you, the furniture is rearranged in a sacred text

The room is now long, the room is tall, the room is male[iii]

It isn’t only the imagery of the past going to the beginnings of recorded history – the poet brings a throng of marching dead lovers, the ones that show themselves on ‘All Hallows Eve’.

It is a monumental poetic work.  And, at the same time – it is very contemporary poetry. This comes as a surprise since the author submerges the reader in a tremendous history of humankind and human relations. Especially the love-friendship relations of men and women. She goes back to the origins of patriarchate, and uses Buddhist teachings to explain it, to uncover the lost or true meaning of that history. But it is a result of her actual time. Her time in that particular moment in Greenwich Village in New York and all that was going on at that time. Therefore the poem is also a political call ‘to arms’. To rearrange the furniture, if you will, of contemporary discourse and intersex relations.  The man is not portrayed all the time as ‘an enemy’, ‘enslaver’. He too is being enslaved by his own actions. By the world of misogyny. Her long poem is sometimes compared to Ezra Pound or even to Dante’s immortal ‘Divine Comedy’ and William Blake prophetic books. I certainly would never go as far. Dante’s work is by any account a work of true genius and incomparable to her work. But, on the other hand, I have found her poem much better written and arranged than Blake’s strange and difficult-to-follow volumes.  It is not an example of a literary ‘testament of time’.  Indeed, it is very contemporary. Interesting to read – but I doubt very seriously that it will be red 50 years later or centuries later (as is still the case of “Divine Comedy”).

In the middle of her work, Waldman admits certain resignation, the impossibility of escaping raw emotions, raw needs, and desires:

                and the point along heart meridian

dissolves further down

legs already given out

je suis fatigue

Auto da Fé[iv]

Conflict, fighting for change is tiring, perhaps exhausting (je sui fatigue).   The moment she does it – she performs a spiritual act of auto da fe, as Voltaire’s Candid. And an act of faith paid by violent death in the flames. Iovis explains that such an act is a:

trance- fire

Came trough

trance Atlantic

to breath the l’air prehistorique[v]

It is important to notice the play of the words ‘trance Atlantic’ versus ‘trans Atlantic’. I will state again that in her poem, in the interconnectivity of her-woman with Iovis – everything is in a trance. Should I try to remind you of the contemporary context again? Who was not in some sort of trance in Greenwich Village by the end of the sixties? Certainly not many people among the artistic crowd.

I must say that I found the entire long poem amusing and interesting to read. Both by her poetic skill but mainly as a testament to the time of cultural counterrevolution in America. But my interest vanned somewhat halfway through the book. By page 350 I couldn’t go anymore. Went straight to the last chapter (which was very personal and interesting). If you have the time – I would happily suggest reaching for that volume. It is a good temporary poetry and an excellent example of that particular time in American literature.

And I do hope that Iovis has learned a good lesson and is a better man now. As a partner of her-woman. Not his-woman.


[i] Coffee House Press, 2011. Minneapolis; ISBN 9781566892551

[ii] ibid; p.17

[iii] ibid

[iv] ibid; p.257

[v] ibid; p.258

Antologie poezji polskiej w Kanadzie

(z perspektywy antologisty)

Do kraju, o którym Zofia Bohdanowiczowa, nestorka polskiej poezji w fiedlerowskim „imperium” pachnącym żywicą, pisała:

Kanada blaskiem rozsypana,

Na dwóch lecąca oceanach,  

Nie słyszy mnie i nie dostrzega

 Źdźbła wiszącego na jej brzegach”,

przybyło po II wojnie światowej, bo ten okres interesuje mnie najbardziej, wielu polskich pisarzy, którzy osiedlili się głównie w Toronto (na przykład Wacław Iwaniuk, Jadwiga i Adam Tomaszewscy, Florian Śmieja, Eva Stachniak, Aleksander Rybczyński, Roman Chojnacki, Edward Zyman, Marek Kusiba), Vancouver (na przykład Bogdan Czaykowski, Andrzej Busza, Grażyna Zambrzycka, Roman Sabo) i Calgary (na przykład Tomasz Wójtowicz, Antoni Wolak). Zapewne niskie poczucie własnej wartości imigrantów, ich poczucie alienacji, a także miałkości i błahości trudnej egzystencji w ogromnej wielokulturowej Kanadzie, pseudonimowane w wierszu Bohdanowiczowej ulotną florystyczną metaforą „źdźbła wiszącego na jej [Kanaday – B.S.R.] brzegach”, towarzyszyło długo niejednemu z tych twórców. Od początku jednak starali się oni zaznaczyć niejako dwutorowo (w języku polskim, a niektórzy również w angielskim swą obecność na arenie literackiej zarówno w Polsce, jak i w Kanadzie. I choć żaden z polskich poetów tworzących w Kraju Klonowego Liścia nie odniósł spektakularnego sukcesu mierzonego milionami czytelników, dolarów czy złotówek, to godne odnotowania (poza tomikami indywidualnymi, których w tym miejscu nie biorę pod uwagę) są cztery antologie poetyckie, w których pojawiły się wiersze Polaków – anglojęzyczne: Contemporary Poetry of British Columbia, opracowana przez Michaela J. Yatesa, wydana przez Sono Nis Press w Vancouver w 1970 roku, i Volvox, Poetry from the Unofficial Languages of Canada in English Translation, opracowana przez tego samego antologistę i wydana przez tę samą oficynę w Port Saint Clements rok później, oraz – najistotniejsza jak dotąd dla recepcji poezji polskiej w Kanadzie – dwujęzyczna polsko‑angielska antologia Seven Polish Canadian Poets pod redakcją Wacława Iwaniuka i Floriana Śmiei, wydana w 1984 rokuw Toronto przez Polski Fundusz Wydawniczy. Czwartą, którą moim zdaniem warto w tym miejscu odnotować, jest antologia Wiatry. Wybór wierszy w opracowaniu Bogumiła Pacak‑Gamalskiego,wydana w Surrey w 2015 roku.

Dwie pierwsze z wymienionych przeze mnie publikacji nie są oczywiście antologiami sensu stricto poezji polskiej w Kanadzie. Contemporary Poetry of British Columbia jest swoistą anglojęzyczną antologią „regionalną” czy „topoantologią”, odnotowującą wybrane wiersze poetów zamieszkujących w Kolumbii Brytyjskiej lub, jak czytamy w króciutkiej przedmowie, tych, którzy byli związani wówczas z tą prowincją Kanady. Skomponowana została przez Michaela J. Yatesa – kanadyjskiego poetę i dramaturga. Antologista spośród poetów mających jakiekolwiek związki z polskością (bo ci mnie w tym miejscu interesują) wybrał do swojej książki Bogdana Czaykowskiego (wiersze: Garden – przekład Adam Czerniawski; Didactic Verse – przekład Adam Czerniawski; Evening Scene – przekład Andrzej Busza i Michael Bullock; The Hourglass – przekład Andrzej Busza i Michael Bullock; Ars Poetica – przekład Andrzej Busza i Michael Bullock), Andrzeja Buszę (Black – przekład polskiego oryginału Łabędzie Jagna Boraks i Michael Bullock); Tiger – przekład Jagna Boraks i Michael Bullock; Woman with Cello and Foxes – przekład Jagna Boraks i Michael Bullock; Astrologer in the Undeground –przekład Jagna Boraks i Michael Bullock) i autora o polskich korzeniach, piszącego tylko po angielsku Mieszka Jana Skapskiego, którego jedna z recenzentek jego twórczości określiła jako „A fisher man mystic philosopher” („Rybaka, mistyka, filozofa”). Michael J. Yates zapowiadał kolejne tomy antologii poezji Kolumbii Brytyjskiej, planów tych jednak nigdy nie zrealizował.

Swoistym, aczkolwiek zakrojonym na mniejszą skalę, projektem będącym kontynuacją konceptu Yatesa zdaje się antologia, która ukazała się w 2015 roku w Surrey w kręgu współpracowników rocznika „Strumień”. Wybór wierszy, opublikowanych – z jednym wyjątkiem – wyłącznie w języku polskim, współczesnych poetów polskiego pochodzenia zamieszkałych na Zachodnim Wybrzeżu, zarówno w USA, jak i Kanadzie, czyli Andrzeja Buszy (Vancouver), Leszka Chudzińskiego (Seattle), Bogumiła Pacak‑Gamalskiego (Vancouver), Karoliny Piotrowskiej (Vancouver) i Grażyny Zambrzyckiej (Vancouver), nosi tytuł Wiatry. Redaktor antologii – Bogumił Pacak‑Gamalski – uzasadnia dobór autorów zaprezentowanych w książce w sposób następujący:

Kierowałem się raczej odmiennością poetyki, wpływów różnych szkół estetycznych i rozpiętością generacyjną niż jakąkolwiek arogancką oceną talentu czy „ważności” autorów.

W sposób poetycki tłumaczy też w Słowie wstępnym tytułową metaforę antologii:

Oto i wiatry znad Pacyfiku, wiatry wolności i szczęścia wolnej twórczości. Są w nich pokłady „wtórne” (a więc wiatry obrzękłe obrazami z przeszłości, obrazami osób i miejsc, bo poeta – mimo prób syzyfowych – od przeszłości czasoprzestrzennej uciec nie może) i pokłady obrazów, refleksji wybiegających ku nowym brzegom. Jest zapis duszy i intelektu autora. Zapis pewnej pasji, potrzeby nazwania czegoś, bez których o jakiejkolwiek twórczości mówić nie można. Jeżeli poezja sama wiatrem nie jest (choć z metafory wietrznej korzysta wielokroć), jest śladem tego wiatru dziejów i człowieka, jest odciskiem wiatru na fali, na nadbrzeżnym piasku plaży, w koronach drzew. Śladu nas.

Antologia ma zatem prezentować dorobek polskich poetów związanych z Zachodnim Wybrzeżem, tak się jednak składa, że większość (Andrzej Busza, Bogumił Pacak‑Gamalski, Karolina Piotrowska, Grażyna Zambrzycka) z przedstawionych autorów zamieszkałych w kanadyjskiej Kolumbii Brytyjskiej stała się wizytówką tego właśnie regionu. Książka wydana w Kanadzie jest skierowana do czytelnika polskojęzycznego, ma więc przede wszystkim propagować twórczość w języku polskim wśród Polonii kanadyjskiej, ale też dotrzeć do odbiorcy w kraju.

Antologię otwiera zbiór wierszy Andrzeja Buszy zatytułowany Wyrosło nade mną niebo, złożony z utworów nowych w tłumaczeniu Romana Sabo (na przykład Wiosna, Buciki), ale też tych, które powstały już dość dawno oryginalnie po polsku (na przykład Omnia mea mecum porto czy Powrót). Wybór wierszy, celowo chyba ignorujący chronologię ich powstawania, odkrywa ciekawą i wcześniej niezaakcentowaną nigdzie aż tak mocno stronę poezji Andrzeja Buszy. Podkreśla jej dwubiegunowość, balansującą między subtelnym zachwytem nad urodą życia i świata a, będącym cechą „dystynktywną” tej twórczości, wanitatywnym spojrzeniem melancholika, które najlepiej opisują słowa wiersza tytułowego:

kiedy staję na palcach

by zanurzyć dłoń

w jasnym powietrzu

spod stóp ucieka mi ziemia

jak wahadło

zawieszone

na iglicy zenitu.

Następnie prezentowani są kolejni poeci Zachodniego Wybrzeża, wśród nich Leszek Chudziński, którego twórczość ze względów geograficznych tu pomijam, Bogumił Pacak‑Gamalski – poeta melancholijnych, dość fabulacyjnych wierszy o upływającym czasie, Karolina Piotrowska – autorka wierszy zaskakujących świeżością metafory, somatycznych i metafizycznych jednocześnie, budująca intensywne obrazy poetyckie, oraz Grażyna Zambrzycka – jedna z najciekawszych współczesnych poetek polskich, potrafiąca ożywić przeszłość, aby wytłumaczyć teraźniejszość.

addendum

tłumaczka wierszy A. Buszy (i innych wierszy polskich poetów w Kanadzie) Jagna Boraks – to znana dziś pod małżeńskim nazwiskiem Lillian Boraks Nemetz; wiersze Karoliny Piotrowskiej były napisane w języku angielskim i tłumaczone przez Bogumiła Pacak-Gamalskiego

Zainteresowanych nabyciem nielicznych już egzemplarzy “Wiatrów” proszę o kontakt mailowy przez strumien.rocznik@gmail.com

Zapomniani lub mniej znani poeci polscy z Kolumbii Brytyjskiej w Kanadzie

Onegdaj publikowałem tu cykl o poetach mojej młodości więc sięgało to do poetów i poezji lat sprzed 1939, którzy jeszcze w latach 60., 70., a nawet 80. mieli znaczenie, żyli w świadomości młodego czytelnika. Znalazło się tam też kilku poetów polskich z mojego pierwszego emigracyjnego doświadczenia[i] i dwoje z Kanady – Wacław Iwaniuk i Barbara Czaplicka. Wspomniałem też o dwóch wybitnych poetach emigracyjnych: Bogdanie Czaykowskim i Andrzeju Buszy, z którymi miałem przyjemności mieć bliską znajomość i współpracowałem z nimi w Vancouverze. Ale wymieniłem ich tylko z nazwiska, nic o ich twórczości nie pisząc, bo kiedy z nimi pracowałem nie byłem już ‘człowiekiem młodości’ i w temacie się to nie mieściło.

Dziś odnalazłem kilka brulionów poetyckich mniej znanych, a bardzo ciekawych poetów z Kolumbii Brytyjskiej. W większości dziś zapomnianych, ze szkodą dla literatury polskiej. Ich twórczość przypadała na lata przed połączeniem polskiej poezji i literatury z polska twórczością emigracyjną.

1.

Zacznę ten tekst od Anny Galon. Była jedną z najstarszych poetek i tłumaczką literatury, z którą współpracowałem. Córka znanego oficera piłsudczyka pułkownika Zbigniewa Brochwicz-Lewińskiego. Jej życiorys był dość skomplikowany i trudny. Dzieciństwo i bardzo wczesna młodość w Polsce przerwane wojną, ucieczka przez Rumunię z rodziną, znalazła się potem we Francji, gdzie zaczęła szkołę średnią. Kapitulacja Francji i wyjazd z ojcem z wojskiem polskim do Szkocji, gdzie studiowała po wojnie. Za namową męża (muzyka-pianisty) wrócili do nowej Polski. Po wielu latach i różnymi drogami znalazła się w Ottawie w 1984, a w 1998 przeniosła się do Victorii. Mimo różnicy całego pokolenia byłem więc sam ‘emigracyjnym seniorem’ wobec niej. Prowadziliśmy liczne rozmowy na tematy literackie i imponowała erudycją w tym temacie. Na moją prośbę przetłumaczyła bardzo dobrze szereg wierszy znanej poetki kanadyjskiej P. K. Page, których część opublikowałem w roczniku „Strumień”. Była bardzo aktywna (mimo poważnych schorzeń, które ograniczały jej mobilność) w kanadyjskim świecie muzyczno-literackim w Victorii. Zmarła w Victorii w 2013.

Z łam „Strumienia” przytoczę dwa jej dość charakterystyczne wiersze:

KSZTAŁT

Chciałabym cała rozsypać się

                w słowa

a potem od nowa się poskładać

sama siebie dobierać

                z namysłem, celowo

ułożyć w kształt przemawiający

                pełny

                                sensu i treści

a cały prześwietlony i

                przekazujący

                                światło[ii]

Z BUTAMI – WARA!

Buty skarpetki zdejmuję

szoruje nogi i ręce

dłonie namaszczam odpowiednim kremem

                by nadać im miękkość dotyku

                                wrażliwość czucia

Cała spłukuję się pod czystą wodą

wewnątrz ogień rozniecam

I tak dopiero

pokorna i drżąca

otwieram

zasuwy twojej duszy[iii]

W 2004 wydała własnym nakładem tłumaczenia swoich wierszy na język angielski w skromnym tomiku “Stashing for a rainy day”. Niestety, nie był asygnowany jakimkolwiek krajowym lub międzynarodowym oznaczeniem katalogowym.

2.

Ciekawym młodym poetą, którego też publikowałem w ‘Strumieniu[iv] jest Bolko Rawicz. Poeta do którego raczej nie można dodać przymiotnika ‘polski’ ze względu na język, w którym tworzył.  Kanadyjczyk polskiego pochodzenia, wyjechał z Polski z rodziną w wieku 10 lat, którego wierszy nigdy bym pewnie nie poznał, gdyby nie jego dziadek, który zwrócił mi na poezje ukochanego wnuka uwagę. Tworzy w języku angielskim. Wnuk jak i dziadek byli matematykami, specjalistami tej całej magii matematyczno-komputerowej. A tu poezja. I dobra. Pisze do dziś i publikuje, uczestnicząc w Vancouver ‘s Poetry Slam od tamtych lat do obecnych. Z moich badań wynika, że wydał dwa tomiki poezji : ‘A voice regained”[v] i „Something to believe in” [vi]. To spotkanie z inną, bardzo współczesną i zdecydowanie pobawioną wszelkich parnasistowskich ciągotek poezją.  Czasami jest to wręcz poetycka publicystyka społeczno-polityczna, komentarz socjalny, społecznościowy napisany wierszem. I taki wiersz na ważne tematy socjalne przeczytać pewnie wygodniej i łatwiej innemu zaangażowanemu młodemu Kanadyjczykowi niż długie wywody nudnych dziennikarzy. Tu – w poezji – w jednym słowie można zamknąć cały skomplikowany wywód.

Choroba dotknęła go stałą szkodą ciała, co z wiekiem, dojrzewaniem zaprowadziło go do wierszy innych, refleksyjnych, introwersyjnych.  W wieku młodym tego typu schorzenia mogą kłaść się wielkim cieniem na człowieka.  Przytoczę więc przykład właśnie tych dwóch, odmiennych poetyk.  W tym drugim, refleksyjnym i głębokim, następuje też pewna metamorfoza wyzwolenia przez akceptację miłości – Feniks wzlatujący w przestworza. Ten wiersz mnie zawsze wzruszał, budząc nadzieję, że uczucie wielkie niezmiennie wyzwala.

Wiersz pierwszy ze stron „Strumienia” w 2011.

Whale song

You were just sitting

on the sandy beach,

when suddenly appeared

a whale who made speech

‘we had to break the silence,

to talk about the violence

to the land and to the sea,

and to blow our cover

we had to all agree.

and we waited long to see

if humanity would be

wiser before we

told of our technology

for some different energy,

but we did begin to see

more of you the light to see

and you would understand

our philosophy,

but we are running out of time

and we’ve got to end the rime,

because we can’t resist

fearing soon we won’t exist

if we let this destruction persist,

but we are coming to you in peace

and want you to decrease

the use of gasoline

and ask you to police

the oilmen in the three-piece

suits not to exceed

in all their greed,

and with the whalers plead

to not make us so bleed.” (Rocznik “Strumień” , Nr.7, 2011, s. 17)

From a-dark brightly

A time faraway of past

love had left me

bitter and afraid

my spirit darkening,

and descending,

into a realm betwixt

wakefulness and sleep,

like a sunken flower

once touched

by a glimpse of sun,

long since un-searching

of light.

Many of years hence,

like a bird forsaking

the shelter of its tree

to seek the world without,

alas only

to stumble and fall,

its wings having forgotten

the memory of flight,

my spirit stirred

with the yearning

to be free,

but unaccustomed to the bright,

returned again imprisoned

as it once more was struck

by the blinding light of love.

But this very soul,

the luminance she bestowed

proved eminently more kind,

attuning her strength

of energy to heal,

awakening my spirit

to inspire it to rise,

on its way to soar.

Nonce friendship has led me

onto a better path. (z tomiku “a voice regained”, s.18)

Zawsze fascynowała mnie jego swoboda używania języka, tak charakterystyczna dla poezji mówionych improwizacji. I bez wątpienia miała na to wpływ tradycja  owych Poetry slams w Vancouverze.

3.

Jedną jeszcze, dziś zapomnianą a wartą przypomnienia, poetkę musze przypomnieć – Halinę Gur-Jazłowiecką z Victorii w Kolumbii Brytyjskiej. Przykład – w jej wypadku par excellence – poetki emigracyjnej. I biograficznie i w używanej poetyce, stylu. Dziś zdaje się kompletnie zapomniana. Urodzona w Warszawie w 1923, w latach okupacji studiowała na tajnych kompletach w Wyższej Szkole Dziennikarskiej.  Żołnierka Służby Kobiet AK w Powstaniu Warszawskim. Później więzień  obozów jenieckich w Fallingbostel, Bergen, Oberlagen i Niderladen, gdzie poznała męża. Po wojnie znalazła się w Anglii, skąd wyemigrowała do Kanady i zamieszkała w Victorii. Publikowała w prasie emigracyjnej kanadyjskiej, amerykańskiej i francuskiej. Nie mam jednak żadnych śladów kiedy, gdzie i co dokładnie. Były to lata, gdy wydawnictwa powstawały i upadały później na długo przed cyfryzacją zbiorów, a wszelkie archiwa były też bardzo nietrwałe. Nie mam też informacji kiedy i gdzie zmarła. W rodzaju poetyki i losach ‘niepamięci archiwalnej’ przypomina bardzo Barbarę Czaplicką, o której pisałem we wspomnianym już tu eseju „Poeci mojej młodości”. Jako iż życie i losy nasze indywidualne są właśnie nietrwałe, a sam jestem w takim punkcie ‘nietrwałości’ i wielkiej burzy zmian – nie mogę być pewny czy wszystkie moje dokumenty prywatnego archiwum te moje burze przetrwają i dotrą ze mną tam, gdzie na końcu tej drogi się znajdę. Spieszę więc  spisać te nazwiska, które bez najmniejszej wątpliwości powinny przetrwać. Naszego polskiego wędrownictwa po 1939 – aż do czasów emigracji doby „Solidarności’. Im bliżej tego roku 1980 – tym więcej wiedzy, trwałego zapisu archiwalnego mamy. W dekadach wcześniejszych różnie z tym bywało.

 

Bodaj najbardziej charakterystycznym wierszem Gur-Jazłowieckiej był uroczy, z dużym cieniem goryczy, napisany w Edmonton w Kanadzie:


Na krawędzi

Mój adres?

Kochani Moi – nie adresujcie inaczej

jak tylko: Koniec Świata

Tuż Nad Krawędzią Rozpaczy!

Co robię?

Niby ślimak, wyrwawszy się

z ukrycia

pełznę niknącym śladem

na marginesie życia.

Czy wrócę?

O, Kochani! Wracać mi już

nie pora.

I tak wciąż jestem z Wami

w Wieczystym Wczoraj! [vii] 

Tym więc zapisem składam im swój ukłon i podziękowanie za jakże często gorzką pracę na łanie ukochanej polszczyzny.

Rzeczywistość  epoki emigracyjnej od lat 40. poczynając aż prawie do lat 80. była zupełnie inna od epoki Międzywojnia z jednej strony a epoki post-solidarnościowej z drugiej.  Ci, którzy publikowali i byli trochę znani przed 1945 mieli szanse dużo wieksze na przetrwanie i na kontynuacje twórczości. Celowo piszę ‘przed 1945’ a nie ‘przed 1939’ jak się stosuje najczęściej i jest to poważnym błędem historii literatury polskiej. W tym wypadku cezura 1939 jest mylna, bo aż do 1945 istniały instytucje Państwa Polskiego w Londynie i jego przedstawicielstwa poza Anglią i istniały fundusze i wydawnictwa i środki finansowe Państwa Polskiego, które mogły i były używane na cele wydawnictw literackich, kulturowych. Więc w zakresie literatury i kultury polskiej istniała pewna ciągłość, mecenat i nawet skupiony rynek czytelniczy z państwem, tradycją i możliwościami Państwa sprzed 1 września 1939. Poza – naturalnie – terytorium tego państwa. Ta rzeczywistość i pewien mecenat  quasi-państwowy uległy bardzo szybko zanikowi, ale w okresie przejściowym był niezwykle ważny. Pozostały pewne ośrodki centralne, które dzięki temu kapitałowi oryginalnemu potrafiły kontynuować wydawnictwa i namiastkę życia literackiego. Niezbędne było też  posiadania odpowiedniego licznego zaplecza czytelników lokalnych. Londyn, Edynburg, Paryż i kilka jeszcze mniejszych ale silnych wystarczająco miast w Europie; Nowy Jork w USA, Toronto i Montreal w Kanadzie. Wszystko inne to była … prowincja i pustynia czytelnicza. To nie były czasy social networks, social media, czy nawet czegoś tak archaicznego, jak poczta elektroniczna.

Stąd ci, którzy tą kulturę polską rozwijali, pisali i wydawali poza tymi kulturowymi centrami – istnieli głównie tylko lokalnie. Tak, były nawet lokalne polskie gazetki, były spotkania w jakichś klubach, salkach parafialnych. Można było na maszynie do pisania i powielaczu, ręcznej drukarce wydać nawet mały tomik dla 30, 50, może nawet 100 sób – i to wszystko. Ta pierwsza fala emigracyjna i chyba większość aż do lat 70. zrobiła też jeden kardynalny błąd – nie potrafiła i nie umiała przekazać tego bakcyla polskości i wyższej kultury polskiej pokoleniu swoim tu urodzonych dzieciom i wnukom. Widziałem to wszędzie i każdy mi to mówił.  Co najmniej jedno pokolenie tu urodzonych, wychowanych i wykształconych Kanadyjczyków polskiego pochodzenia utracono na amen. Jednostki nieliczne, które z tej reguły potrafiły się wyłamać były tym właśnie – jednostkami a nie regułą. W takiej atmosferze, bezwzględnie przygnębiającej dla  lokalnego twórcy polskiego, niektórzy zmagali się i dalej pisali, lokalnie publikowali. Aż odeszli. Mam na myśli te faktyczne, biologiczne odejście.  Odeszli przed zrozumieniem wagi ich pracy, przed powstaniem możliwości cyfryzacyjnych. Czyli w świat niebytu. Znikały nawet tu i ówdzie zakładane małe ale jednak archiwa. Ktoś umierał i ktoś następny wyrzucał archiwum na śmieci. Można ironicznie ale i dość rzetelnie powiedzieć, że o szansie przetrwania w pamięci historycznej decydował nie zawsze tylko talent – decydowało też miejsce zamieszkania. Adres.

Inne czasy, mili moi. Tak, były kiedyś takie. I to wcale nie w dobie dinozaurów ani księcia Popiela na wyspie goplańskiej.


[i] https://kanadyjskimonitor.blog/2023/12/28/spacer-z-poezja-i-poetami-mlodosci-cz-3-emigracyjna/

[ii] Rocznik „Strumień”; nr. 2, 2000, s. 4

[iii] ibid

[iv] ibid; nr. 7, 03/2011, s.17

[v] „A voice Regained” , B. Rawicz, ISBN 978 0 557 29966 9, s.26; 2009

[vi] „Something to believe in”, B. Rawicz, s.54; 2017

[vii] Rocznik „Strumień”; nr. 2, 2000, s.13