Ci, którym sztandary nie kłaniały się …

Każda wojna, każda rewolucja, każde powstanie jest brzemienne w mity, legendy chwały i bohaterstwa. Cmentarze ze szczerniałymi od starości krzyżami, z białymi brzozowymi krzyżami, małe kapliczki i tabliczki po lasach, na rogach ulic, tynkach kamienic. I wielkie pominiki z marmuru, granitu, stali. I nazwiska-symbole dowódców, żołnierzy. Ma też bardów. Zwłaszcza tych, którzy polegli w walce, jak Baczyński lub Gajcy. Każda wojna, walka na śmierć i życie ma też setki nieznanych lub bardzo mało znanych młodych poetów, twórców sztuki, którzy tej wojny, tej walki nie przetrwali, a przedwczesna śmierć uniemożliwiła im rozwój talentu, publikacje. Twórcze zaistnienie w historii swojego kraju. Więc, gdy rocznica już siedemdziesiata ósma Powstania Warszawszkeigo nadeszła – nic nie pisałem na jakichkolwiek forach i w jakimkolwiek formacie. Dajmy im już usnąć, bo ten ciągle powracający szmer i walka słów o sens tej hekatomby już zbyteczny. Historia. Teraz zwłaszcza, gdy nikt prawie z tch, co o tym opinie wydają w tamtym czasie nie istniał. Nawet w zamysle rodziców. Nawet Powstania Styczniowego i jego przywódców tak nie szarpano, jak tych z tego 1944.

Teraz, blisko dziesięć dni od tej daty wybuchu Powstania, od jego obchodów chcę jednak przypomnieć, poniekąd symbolicznie tych, o których w tych obchodach nie wspominano. Tych nie znanych lub prawie nieznanych, bardzo młodych żołnierzach-poetach Armii Krajowej. Skłoniła mnie do tego wymiana zdań z dyrektorem Książnicy Pruszkowkiej, który w tych obchodach w Pruszkowie pod Warszawą brał udział. Bo przypomniało mi to postać Stanisława Kowalczyka, wyjątkowo uzdolnionego poety, o którym bez wątpienia, gdyby tą wojne i ten rok 1944 przeżył, byśmy usłyszeli dużo więcej, a literatura polska miałaby nowy, piękny rozdział. 23 sierpnia 1944 ta nadzieja, ta szansa na nowe publikacje, nowe wiersze – zgasła.

Poniżej publikuję zdjęcie ze stron rocznika “Strumień” (wydanie z 2007) z moim esejem na temat jego twórczości.

Sam, w latach gdy w Pruszkowie mieszkałem (sypiałem raczej, bo mieszkałem de facto w Warszawie, gdzie żył cały mój świat) lubiłem tą drogę do Pęcic. I od tegoż, 2007 roku, na zawsze już mi się z Kowalczykiem będzie ona kojarzyć. Więc: non omnis moriar – dla mnie, Polaka całe życie z literaturą związanego, Stanisław Kowalczyk na zawsze tej literatury ważnym fragmentem pozostał.

Kałuża czy Pola Elizejskie?

Kałuża czy Pola Elizejskie?

Na Facebooku pędzi od kilku dni rozwichrzone stado Pegazów. Grzywy skrzą się niczym perły na firmamencie nieba, skrzydła furkoczą unosząc się ku szczytom  Parnasu.  U wrót świątyni twórców oczekuje ich westalka Apolliona, Olga.

O, szczęście wymarzone! Serce uniesione! Cóż padoły wyklęte niewiernych, cóż dziady nieczyczate spod strzech Adamowych? Oni są princami i princesami ogrodów Samarkandy, kędy się tanecznym krokiem, wśród piękna niedościgłego – zaiste objawionego – przechadzają. Oni! Ci którym Olga sama powiedziała, że pisze przepowiednie dla nich, wniebowziętych rodaków ojczyzny piękna i wdachnownienia, którego doznał ongiś Puszkinowski Eugeniusz.

W. Podkowiński “Szał uniesień”

Piękny ten widok, ten obraz rozwianych, niczym u Podkowińskiego, grzyw Pegazowskich, tych nazwisk osób znajomych i tych, których tylko z tekstów wrażliwych znałem. Ze szczytów Tomaszowej Góry Czarodziejskiej ku dolinom poglądającym, z zasłużoną wyższością. O ludy i narody niecne, wszeteczne, które światła dostąpić nie chcą – biada wam, powiadam. Wam i waszym dziatkom, że w strumieniu, o którym Jan z Czarnolasu w Pieśniach boskich pisał, że spod Parnasu bieży, kapać się dla orzeźwienia nie pozwoli.

Więc takoż w uniesieniu, w pełnej ekstazie, rozwiane grzywy mieszają się z perlistym ślinotokiem, który nie płynie ku dolinom – o! nie – a ku szczytom zmierza. ‘Nam jedna szarża – do nieba wzwyż’ poprowadzi nas subtelny (oczywiście, że subtelny a nie gburski) Krzysztof Kamil.

Leon Bakst “Elisium”

I tak odrodziło się nam, po tysiącleciach westchnień próżnych, Elizyjum.  W sposób tak łatwy i prosty, że aż zdumiewające, że nikt na pomysł wcześniej nie wpadł. Za jednym słowem prostym, znanym, częściej niż trzeba może używanym: idiota.

Warto by chyba przypomnieć sobie powieść pod tym tytułem Fiodora Dostojewskiego. Jest zajmująca. Być może wiele mówiąca. Czy ‘idiotą’ jest tak określony, tak nazwany, czy są nimi tak go określający, nazywający? Kurosawa, sam twórca pierwszej wielkości, tak reflektował przy pracy nad adaptacją dzieła Dostojewskiego: Prawdziwie dobry człowiek bowiem w oczach innych jest uznawany za idiotę. To jest tragedia tej historii. Historii zrujnowanego, czystego człowieka”. Naturalnie, nie sugeruję iż domyślny adresat (PiSowski wyborca, zakładać można), tego słowa użytego przez Olgę Tokarczuk, jest przykładem dobrego, czystego człowieka. Ale, gdy się publicznie pewne oceny wyraża na spotkaniu, które było filmowane i w czasie współczesnym, gdy wiadomo, że takie opinie osoby bardzo znanej – noblistki, wybitnej pisarki – natychmiast ukażą się wszędzie i wobec wszystkich – pewne niuanse (?) rozmydlą się. Gdybym ja tak powiedział do moich czytelników – nikt by uwagi (poza garsteczką tych czytelników, LOL) na to nie zwrócił. Przez to, że osoba autentycznie wybitnej pisarki nie ma tego samego przywileju zacisza własnego pokoiku, który mam ja – konsekwencje są inne. A z reszty wypowiedzi skierowanej owszem, do zebranych przyjaciół i wielbicieli talentu pisarki – wyszło jeszcze większe nieporozumienie i błąd. Po prawdzie ‘idiotami’ zostali wszyscy, którzy większości jej twórczości nie czytali. Lub tylko we fragmentach. A takich jest dziś sporo. Inne czasy, niezbyt przychylne dla literatury słowa pisanego dłuższego od jednego arkusza. Możemy nad tym ubolewać (powinniśmy) ale trudno tego trendu, nie tylko polskiego, nie zauważać. Na nagrywanym spotkaniu z fanami noblistki nastąpiło mrugnięcie porozumiewawcze okiem: wiecie, to między nami, wy rozumiecie wysoką literaturę, wy jesteście inni od ‘nich’. I najgorsze, w zasadzie niewybaczalne: piszę tylko dla was. A to już arogancja. Zbyteczna. Oczywiście w Polsce dzisiejszej, Polsce podzielonej bardzo ostro, gdzie obowiązuje zasada: kto nie z nami ten przeciw nam – obywatel przeciwny kato-faszyzującego obozu władzy jest niejako zmuszony stanąć po stronie pisarki. Nawet jeśli w duszy czuje się dość skrepowany, bo wie, że nie czytał wszystkich wydań Tokarczuk lub nie czytał nawet w ogóle. Czyli wie, że jest … idiotą. Ale wie też, że to nie zupełnie sprawiedliwe, za idiotę się nie uznaje. I mnie też się wydaje, że taki obywatel nie jest idiotą. W tym wypadku wole już być tym Myszkinem Dostojewskiego, niż dołączyć do ślinotoku wyznawców religii skądinąd fantastycznej pisarki. Kultura nie wysoka a kultura celebrycka, ot co.   

Ukraina – refleksje trudne

by Bogumil Pacak-Gamalski

Najazd rosyjski i wynikła z tego wojna rosyjsko-ukraińska ma dwa różne wymiary. Dwa zasadnicze, bo w tym starciu dwóch odmiennych światów naturalnie tych wymiarów i płaszczyzn jest bardzo wiele.

  1. Wymiar niesprowokowanej i wyjątkowo brutalnej agresji Rosji Putina na niepodległe państwo;
  2. wymiar geopolityczny ze względu na stabilność Europy , jako spuścizny tzw. porządku jałtańskiego, który od lat 1945-47 utrwalił obecny kształt państw europejskich.

Wymiar pierwszy zasadniczo określa reakcje większości świata demokracji, a szczególnie tzw. demokracji zachodnich. Jest napaścią na ukształtowany system europejski, który stanowi o trwałości granic i powstrzymywania się od wszelkich ingerencji militarnych w obszarze atlantyckim Europy i Ameryki Północnej. Zwłaszcza ze strony mocarstw nuklearnych (USA, Wielka Brytania, Francja i Rosja). Obszar Azji i Pacyfiku to konkurencja innych mocarstw (Chiny, USA głównie). Afryka to też odrębny obszar innych sił, konkurencji i zagrożeń, kompetycji militarno-polityczno-ideologiczno-surowcowych zarówno Azji, jak i USA i Europy. 

Wymiar drugi jest wyzwaniem rzuconym porządkowi jałtańsko-poczdamskiemu po II wojnie światowej w Europie. Można ryzykować tezę, że porządek ten został odrzucony na przełomie lat 88. i 90. ubiegłego wieku. Ale to teza fałszywa, gdyż te kolosalne zmiany miały charakter pokojowy, bez jakiejkolwiek ingerencji militarnej mocarstw (USA lub Związek Radziecki/Rosja) i państw nuklearnych. Poza dwoma państwami niemieckimi, które się zjednoczyły (każde ze swoimi post-jałtańskimi granicami) drogą naturalną i pokojową. Powstałe niepodległe byłe republiki sowieckie (Estonia, Łotwa, Litwa, Białoruś, Ukraina) zyskały niepodległość też w granicach swoich, wyznaczonych zresztą jeszcze przez Związek Radziecki w latach 1945-47. Nie spowodowało to jakichkolwiek zmian terytorialnych w innych państwach ościennych ani nie wywołało jakiegokolwiek konfliktu zbrojnego. Obecny najazd rosyjski na Ukrainę podwala cały ten porządek granic narodowych ustalonych w latach 1945-47. Podwala w związku z tym legalność i prawne międzynarodowe podstawy legalne tego porządku, vide tych granic.

Wymiar (1) nie wymaga de facto tłumaczenia. Od początku inwazji putinowskiej przywództwo polityczne i militarne strony rosyjskiej wykazuje się wzrastającym wręcz z tygodnia na tydzień wyjątkowym okrucieństwem wobec ludności cywilnej; nie przestrzeganiem zasadniczych ustaleń i konwencji prowadzenia działań wojennych (bombardowanie miast, osad i wiosek bez odróżniania celów militarnych od ludności i zabudowań cywilnych; celowe i świadome terroryzowanie ludności cywilnej, bombardowanie szpitali i obiektów medycznych, przesiedlanie ludności miejscowej na tereny Rosji właściwej; ostrzeliwanie konwojów cywilnych uchodźców z terenów bezpośrednich operacji wojskowych). Ta lista jest wyjątkowo długa i nie ma sensu jej kontynuować. Jest też rejestr tych zbrodni prowadzony przez  niezależne komisje, przedstawicieli organizacji międzynarodowych i z krajów ościennych, relacje niezależnych reporterów i dziennikarzy nie rosyjskich i nie ukraińskich. Mnożą się śledztwa i dochodzenia konkretnych zbrodni wojennych żołnierzy rosyjskich na ludności cywilnej. Wszystko to na terenach europejskich, u granic Unii Europejskiej. Bledną wobec tego nawet zbrodnie dokonywane w czasach wielkiego konfliktu bałkańskiego po upadku Jugosławii.  Zwłaszcza wobec realnego niebezpieczeństwa przelania się tego konfliktu na resztę Europy i naturalny lęk nie tylko o wojnę nuklearna ale i możliwość doświadczenia podobnego terroru w państwach bezpośrednio graniczących z Ukrainą lub Rosją (Polska, Kraje Bałtyckie, Litwa, Rumunia, Mołdawia, być może nawet Węgry wbrew ugodowej wobec Putina postawie Orbana).  Efektem tego jest kompletnie niewyobrażalne kilka miesięcy temu złożenie oficjalnej deklaracji Szwecji i Finlandii o wstąpienie do NATO. Wszystko to powoduje polityczne, militarne i popularne wśród społeczeństw europejskich sympatie i wspieranie Ukrainy w tym konflikcie. Masowość, rozmiar tego wsparcia i konkretne (zwłaszcza militarne) akcje Europy, USA i Kanady są pierwszą niekwestionowaną klęska Putina i Rosji. Klęską, której rezultaty Rosja będzie odczuwać długo po zakończeniu tej wojny ( jakimkolwiek jej zakończeniu).

Wymiar (2) nie jest ani taki prosty ani tak jasny, jak się w pierwszym momencie wydaje. Zacznijmy od początku, czyli od tzw. porządku jałtańsko-poczdamskiego tryumwiratu Roosevelt/Truman (USA) – Churchill (Wlk. Brytania) – Stalin (Związek Radziecki).

Miedzy 4 a 11 lutego 1945 w Jałcie spotkali się przedstawiciele tzw. Wielkiej Trójki (Stalin, Roosevelt i  Churchill) by uściślić rozmowy Konferencji w Teheranie w 1943. De facto było to uśmiercenie II Rzeczpospolitej Polskiej, które de iure nastąpiło w 1947. Utrata olbrzymich terytoriów polskich na wschodzie zmieniła diametralnie charakter państwa i społeczeństwa polskiego, a utracenie tak ważnych centrów historyczno-kulturowych, jak Lwów i Wilno, wręcz zachwiało historyczną ciągłość tworu zwanego Rzeczypospolita Polska. Zwłaszcza utrata Ziemi Lwowskiej będącej częścią Krony Polskiej od czasów prastarych, to przerwanie ciągłości historycznej państwa najbardziej charakteryzowała. Ta Konferencja wywracała porządek historyczny i polityczny całej Europy na linii od Bałtyku, wzdłuż Karpat, aż do Morza Czarnego. Najbardziej diametralna zmiana granic i utraty historycznych terytoriów dotknęła dwa państwa, gdzie II wojna światowa się rozpoczęła: w równym stopniu agresora, jak i ofiarę agresji: Niemcy i Polskę. Zlikwidowano tym samym niepodległe przed 2 wojną państwa bałtyckie (Łotwa i Estonia) i Litwę. Świadomie nie piszę tu o Ukrainie, gdyż nie można postawic znaku równości między republikami radzieckimi a państwami byłego Układu Warszawskiego, które quasi suwerenność i niepodległość posiadały. Granice wewnętrzne i zewnętrzne Ukrainy radzieckiej były de facto i de iure granicami Związku Radzieckiego.

Ze wszystkich bodaj granic tzw. porządku jałtańsko-poczdamskiego, to właśnie granice Ukrainy są najbardziej skomplikowane. Niepodległa, dzisiejsza Ukraina, ogłaszając swą niepodległość w grudniu 1991 r. powstała na terenach Ukraińskiej Republiki Radzieckiej. Nie była ciągłością ani Hetmanatu Ukraińskiego, ani Ukraińskiej Republiki Ludowej ani Ukraińskiej Ludowej Republiki Rad. Wszystkie te twory istniały w różnych okresach od 1917 do wybuchu 2 wojny i napaści Związku Radzieckiego (a więc i Ukraińskiej Republiki Radzieckiej w ramach tego imperium sowieckiego) – w sojuszu z hitlerowskimi Niemcami – na  Polskę. Każdy z tych tworów państwowych posiadał umowy i traktaty graniczne z Rzeczpospolitą uznające istniejące granice Rzeczypospolitej Polskiej. Ukraińska Republika Radziecka, obok federalnych władz Związku Radzieckiego oficjalnie sygnowała i potwierdzała ustalone w Traktacie Ryskim ostateczne granice polsko-ukraińskie. Granice obecne Ukrainy są więc  efektem gwałtu zbrojnego (lub szantażu zbrojnego) na międzynarodowo uznanych granicach szeregu państw: głównie Polski ale też Węgier, Czechosłowacji, Rumunii. Najpóźniejsze tego przykłady miały miejsce (wbrew wcześniejszych obietnic i zapewnień Stalina) po zakończeniu 2 wojny.  Było to szczególnie widoczne na terenie Zakarpacia, znanego też jako Ruś Zakarpacka. Przez blisko 1000 lat Ruś Zakarpacka była w granicach Królestwa Węgier ( również w latach Cesarstwa Austro-Węgierskiego zaliczana była do Korony węgierskiej). Po rozpadzie Austro-Węgier, międzynarodowym traktatem przyłączona do Czechosłowacji, jako trzeci region federacyjny (po Słowacji). To jedyna kraina, gdzie ludność miejscowa określała się, jako Rusini, nie Ukraińcy. Do dziś duża grupa Rusinów nie uznaje narzucanej z Kijowa nomenklatury (i etniczności) ukraińskiej. W południowej części Ruś Zakarpacka zamieszkiwana jest przez ludność węgierskojęzyczną i Węgrzy przez cały okres wolnej Ukrainy (po 1991) domagali się od Kijowa większego wpływu na ich losy, autonomii. Być może jest to jeden z powodów rusofilstwa premiera Węgier Orbana, który (gdyby Rosja przeważyła w obecnym konflikcie zbrojnym) możliwe, że liczy na odzyskanie kilku graniczących z Węgrami regionów Zakarpacia?

nota uściślająca: podkreślam w temacie Zakarpacia kwestie językowo-etniczne inne od ukraińskiej dla podkreślenia złożoności wielu terytoriów, ich historycznej przeszłości. Nie jest moim celem stwierdzenie braku jakiejkolwiek łączności lub poczucia ukraińskości całej ludności Rusi Zakarpackiej. Obecnie, ponad 70 lat po przyłączeniu Zakarpacia przez Rosje sowiecką do Ukrainy i tyleż lat trwającej ukrainizacji, większość ludności uznaje się za ukraińską. Ale ciągle silne są tradycje i poczucie odrębności, osobności, poczucia bycia Rusinem. W ostatnich latach caratu, silna była na Zakarpaciu opcja moskalofilska dążąca do wspólnoty etniczno-państwowej z Rosją i Rosjanami, nie z Ukrainą. Być może właśnie Zakarpacie jest najbardziej klasycznym przykładem historycznie skomplikowanych i wielorodnych etnicznie i kulturowo terenów, które dziś leżą w granicach Ukrainy. Wyjątkowym też tego przykładem jest Półwysep Krymski, opisany poniżej.

Najpóźniejsza zmiana terytorialna Ukrainy, w ramach republiki związkowej Rosji Sowieckiej, nastąpiła w 1954.  Otóż w rocznicę Umowy Perejasławskiej, w której Kozacy pod wodzą Chmielnickiego oddali Rosji w ‘wieczyste władanie’ południowo-wschodnią Ukrainę, Nikita Chruszczow, ówczesny Sekretarz Generalny KC KPZR (czyli faktyczny dyktator Związku Radzieckiego) przekazał Krym w prezencie dla Radzieckiej Republiki Ukrainy.  Oczywiście, Chruszczowowi w 1954 nawet do głowy przyjść nie mogło, że blisko 40 lat później nie będzie …  Związku Radzieckiego. Więc ten szczodry prezent był dla Rosji bez znaczenia. O niepodległym, tatarskim Krymie już nikt z Tatarów myśleć nie mógł.  Postarał się o to sam Stalin dokonując masowych zsyłek ludności tatarskiej na Zakaukazie. Takich samych, jakich dokonał w Zachodniej Galicji i na Wołyniu wobec ludności polskiej (potem kontynuowanych przez ludobójstwo dokonywane na pozostałych Polakach na Wołyniu przez ukraińskie oddziały Bandery).

Ostatnią szansą Krymu na odzyskania tatarskiej niepodległości i odtworzenia własnego, należnego im państwa, stworzył generał carski,  polski Tatar z Wileńszczyzny (urodził się w majątku pod Lidą), Maciej (Sulejman) Sulkiewicz. Stworzona przez niego Krymska Republika Ludowa istniała od czerwca 1917 do kwietnia 1919, kiedy została zajęta przez wojska Armii ‘Białej’ Rosji generała Denikina. Denikin początkowo był przychylny koncepcji niezależnego Krymu, ale jego następca, generał carski Piotr Wrangel uznał Krym, jako część Imperium Rosyjskiego i o niezależnym Krymie słyszeć nie chciał. W kwietniu 1919, ostatni minister Republiki Krymskiej, Dżafar Sejdamet zażądał od Ligii Narodów przekazanie mandatu nad Krymem Polsce. Niestety, losy tej części Europy były już przesądzone. Po wkroczeniu na Krym oddziałów bolszewickich marzenia o tatarskim, niepodległym Krymie zostały pogrzebane a terror sowiecki wymordował tysiące patriotów krymskich.

Jeszcze w czasach Chanatu Krymskiego półwysep zamieszkiwany był przez różne grupy etniczne – Greków, Niemców, Turków. Później, w latach panowania rosyjskiego, osiedliło się tam też sporo Rosjan. Od czasów bolszewickich Krym ‘oczyszczono’ z wielu elementów etnicznych. Pozostali coraz mniej liczni Tatarzy i ciągle rosnąca w sile ludność rosyjska. Przez długi okres czasu nawet Sowieci uznawali, przynajmniej w sposób symboliczny, tatarską historię Krymu i kolejne nazwy administracyjne tego regionu zawierały nadawały mu status osobnej republiki w ramach Związku Radzieckiego. Po przyłączeniu przez Chruszczowa Krymu do Ukraińskiej Republiki Radzieckiej, Krym utracił prawa republiki i określano je jedynie jako ‘obwód krymski.  W momencie rozkładu Związku Radzieckiego miejscowa ludność (Rosjanie tworzyli wówczas już zdecydowana większość na Krymie) powstała Krymska Autonomiczna Republika Radziecka, która dążyła do powrotu Krymu w granice Rosji. W ramach umów z nowym państwem rosyjskim Ukraina rozwiązała ten twór i stworzyła na Krymie Autonomiczną Republikę Krymu. Kolejna zmiana nastąpiła w 2014 po ponownym zajęciu Krymu przez wojska rosyjskie i referendum, które ogłosiło niepodległość Krymu, a następnie włączenie Republiki Krymskiej do Federacji Rosyjskiej. Ten stan faktyczny istnieje do dziś. Ukraina nie uznaje tej aneksji i ma w tym poparcie minimalnej kwalifikacyjnej większości krajów-członków ONZ (100 państw na 197 członkowskich). W momencie aneksji Ukraińcy stanowili 24% mieszkańców Krymu, wobec blisko 58% Rosjan. Rdzenna ludność Tatarów krymskich i Tatarów z innych rejonów (w tym polskich) wynosi już tylko niecałe 13%.

Warto też zwrócić uwagę na Bukowinę i ludność zamieszkującą ten historyczny region. Usilna polityka ukrainizacji prowadzona już od wczesnych lat Ukraińskiej Republiki Radzieckiej, kontynuowana przez niepodległa Ukrainę, komplikuje etniczność wielu ludów. Zwłaszcza tych, którzy uznają się (i są przez wielu badaczy za takie uznawane) za osobna grupę Rusińską, niezależną od Rosjan i Ukraińców. Należy tu głównie wymienić Hucułów, Bojków i Łemków, ale też inne, mniejsze grupy. Mówimy głównie o plemionach Rusińskich z terenów górskich, tzw. Grupa Karpatorusińska.

Wszystkie te odcienie lub wręcz inne kolory mapy etnicznej historycznych terenów nowego, terytorialnie bardzo obszernego tworu politycznego, jakim jest powstała w 1991 roku Ukraina, umyka jednoznacznej i zgodnej z rządowa propagandą opisowości tego, co i kto jest ‘ukraińskie’. Zwłaszcza w czasie i okresie straszliwej wojny, jaka zagraża istnieniu i państwa i narodu ukraińskiego. A to, że i państwo i naród ukraiński (jako osobna i wyraźna grupa etniczna) istnieje wątpliwości być nie może. Więc absurdalne stwierdzenia dyktatora Rosji, że państwo i naród ukraiński to sztuczny twór nie może być nawet dyskutowany. O tym czy naród istnieje … decydują tylko i wyłącznie ludzie z tych terenów. I od kilkuset lat zdecydowali bez wątpliwości. Proces scalania etnicznego, syntezy narodowej, trwa bardzo długo. To zabrało długie setki lat kształtowania się wszystkim państwom Europy od czasów Karolingów. Prawie całe Średniowiecze. A niektóre różnice pozostały do dziś, nawet w granicach jednolitego państwa. Choćby Ślązacy i Kaszubi w Polsce, którzy z uporem (i słusznie, bo tylko oni mogą o tym kim są decydować) podkreślają swoją osobność i  własną świadomość językowo-etniczną. Nie piszę tu ludziach z różnych, odległych kulturowo i etnicznie części świata, którzy osiedlili się, jako emigranci, w danym kraju. To jest zupełnie inne i naturalne zagadnienie, nie mające nic wspólnego z tzw. matecznikiem narodowej etniczności. I tożsamości narodowej.

Wojna trwająca na Ukrainie i przybierająca z każdym tygodniem (po pierwszym, początkowym militarnym blamażem Putina i jego armii) gorsze wyniki dla Ukrainy, nie jest dobrym czasem na tego typu refleksje. Ale warto nawet w czasie wojny pomyśleć, że kiedy czas pokoju nastanie trzeba te skrywane lub celowo niedostrzegane zagadnienia rozwiązać. Nie jest tak, że gdzieś jakiś mierniczy (sowiecki, niemiecki, wersalski czy rosyjski) linijką na mapie zaznaczył, że tu są Ukraińcy, tu Polacy, a tam Węgrzy czy Rumuni.  Panslawizm jest mrzonką szkodliwą (główna zabawa historiozoficzna Rosjan, bardzo niebezpieczna dla sąsiadów), tak jak był nią pangermanizm i inne wypaczenia. Iść tą drogą to na końcu utknąć, gdzieś by trzeba w Rogu Afryki chyba.  Lub na stepach mongolskich.

Ale grupy etniczne i narodowościowe, nawet w formalnie do dziś istniejących granicach Ukrainy, zawsze mieć będą lepszą przyszłość, szanse na zapewnienie ustawowe większych wolności, być może autonomii, niż miałyby w jakiejkolwiek formie pod butem putinowskiej Rosji. Może nawet prawo do samostanowienia – które ostatecznie winno być ciągle fundamentalnym prawem cywilizacji zachodniej i porządku światowego. To są już inne jednak kwestie. Na jutro, którego kształtu dziś jeszcze nie znamy.

Ukraina, która wyłoni się z tej wojny winna też zmusić się do spojrzenia na własną historię ostatnich stu lat. Trzeźwe, spokojne. Niektóre rzeczy działy się zapewne głównie z rozkazów z Moskwy lub z Berlina (w różnych okresach tych stu lat). Nie wszystkie jednak można tylko na te czerwone lub brunatne barki zrzucić. Im bardziej sumienne będzie te spojrzenie, tym łatwiej będzie się zmierzyć z tą przeszłością. Polacy wkroczyli na ta drogę ponad dwie dekady temu. Była bardzo trudna ale już powoli przynosiła wyniki. Tylko po to, by od 2015 zacząć to niweczyć i upiory ksenofobii i ultra nacjonalizmu na nowo obudzić.

Niemieckie szanowane światowe konsorcjum medialne Deutche Welle powtórzyło za portalem Tagesschau ciekawe spostrzeżenie niemieckiej historyczki, Franziski Davies, która pisząc o stosunkach i przeszłości polsko-ukraińskiej powiedziała znamienne słowa w odniesieniu do bolesnej rocznicy masakry Polaków na Wołyniu, podkreślając, że Polacy określają to, jako ‘Rzeź Wołyńska’, a Ukraińcy, jako ‘Tragedia wołyńska’.  Historyczka reflektuje:  „Ale tragedia dzieje się wtedy, gdy nikt nie jest w stanie niczego zrobić. W rzeczywistości masakry z 1943 i 1944 roku były celową czystką etniczną Wołynia i Galicji Wschodniej z ludności polskiej”. To jeden z najboleśniejszych fragmentów wspólnej, blisko 1000 letniej historii. Są inne. Zawsze pamiętam w takich momentach o zdumiewającym oświadczeniu Prymasa Tysiąclecia, zwracającego się w latach 60. do Niemców: ‘wybaczamy i prosimy o wybaczenie’ (faktycznym autorem tekstu był arcybiskup  wrocławski – co też było symboliczne – Bolesław Kominek).

Warto je pamiętać po obu brzegach Bugu i Sanu.

Raz jeszcze zreasumuję owe przytoczone we wstępie dwa wymiary agresji Rosji na Ukrainę:

wymiar skutków bezpośrednich niezwykle brutalnej wojny już teraz jest porażający.  Nawet nie w samych stratach ludności i żołnierzy (i rosyjska i ukraińska propaganda są to mało realistyczne), którzy bezpośrednio zginęli w wyniku działań wojennych, które są, wydaje mi się,  zadziwiająco niskie biorąc pod uwagę nieustanne bombardowania rosyjskie. W niewyobrażalnym, konsekwentnym niszczeniu jakiejkolwiek infrastruktury. Każde zajęcie kolejnego miasta poprzedzane jest wielodniowym lub wielotygodniowym barażem artyleryjskim, rakietowym, lotniczym. Pretekst ‘niszczenia obiektów militarnych’ używany przez Rosjan jest kompletnym kłamstwem. Chyba, że każda ulica, każdy dom, szpital, kościół lub cerkiew są ‘obiektem militarnym’.  Rosjanie łamią wszystkie postanowienia konwencji haskiej i innych praw wojny. To jest bez przesady strategia ‘spalonej ziemi’.  Obojętnie kto z konfliktu wyjdzie zwycięską ręką – spustoszenie kraju, tam gdzie linie frontu przebiegają, jest niewyobrażalne. Jeżeli dalej utrzymywana jest przez nas zasada silnego wsparcia dla Ukrainy – wysiłek zbrojny (dostarczanie dużej ilości broni artyleryjskiej, rakietowej, pancernej) musi być natychmiast wzmożony. Musimy skończyć z koniunkturalnym i wygodnym traktowaniem sankcji ekonomiczno-gospodarczych. Te sankcje muszą być żelazne i bez ustępstw – co wiązać się musi z kosztami dla społeczeństw naszych, zachodnich. Niestety, wojny bezpośredniej ani pośredniej (by proxy) bez wysokiej ceny prowadzić nie można. Wojny z wielkim państwem i doskonale uzbrojonym, jakim jest Rosja. Dla Rosji straty w ludziach własnych są mało istotne. Nigdy problem nie były. Ale Ukraina traci prawie z dnia na dzień miliony. Nie w zabitych, ale ludności, która znalazła schronienie w Polsce, Rumunii, Mołdawii – sporo z nich udało się już tymczasowo przesiedlić do dalszych krajów, niektórych aż za ocean. Tymczasowo? Nie, nie wszyscy wrócą. Ale nikt z nich teraz nie może zasilić szeregów sił zbrojnych Ukrainy. Miliony zostały zajęte przez Rosjan, tysiące przesiedlonych w głąb Rosji. Jak zastąpić poległych lub rannych żołnierzy na froncie?

Im dłużej ta wojna trwać będzie – tym trudniej będzie naszym społeczeństwom koszty tej wojny przez nas ponoszone wytłumaczyć. Tylko zdwojenie wysiłku teraz i umożliwienie podjęcia przez Ukrainę kontrofensywy może to zmienić.

Geopolityczne skutki dla tzw. porządku jałtańsko-poczdamskiego? Ten porządek został już kilka razy podważony. Był narzucony zbyt wielu narodom, by zbyt wielką nabożność do niego przykładać (nie zapominajmy Bałkan i casusu Kosowa). Ale nie wolno zgodzić się kategorycznie na zbrojne, przez agresję militarną, jego druzgotanie. To stworzy sytuacje wybuchową dla całej Europy. A więc zagrozi również pokojowi na innych kontynentach. Musimy być otwarci na ewentualne negocjacje – ale nie na czołgi i deszcz rakiet.  Nie wolno teraz zwłaszcza zapomnieć, że ten porządek był też kontynuacją aliansu stalinowskiej Rosji i hitlerowskich Niemiec. Ustępstwo wobec Putina jest pluciem w twarz wszystkich ofiar 2 wojny światowej. Rosja nie była ofiarą Hitlera – była ofiara własnej chciwości terytorialnej. To słabość Europy i USA zmusiła Zachód do przyjęcia Stalina w poczet Aliantów. Ten zaś po pokonaniu Hitlera zniewolił blisko połowę Europy. Czy chcemy powtórzyć ten sam kardynalny błąd strategiczny wobec Putina?

fot. Andrzeja Otrębskiego – w Wikimedia Commons

Dajmy, a naprzód dajmy!

Dajmy, a naprzód dajmy!

Bogumil Pacak-Gamalski

W poprzednim, dość obszernym tekście pisałem o moim ‘spotkaniu z aniołami’. Nie, nie tymi niebiańskimi – tymi ziemskimi. Ludźmi, którzy bez jakiś nadzwyczajnych predyspozycji, koneksji lub układów z ‘wielkimi’ lub możnymi tego świata podjęli się niebezpiecznej i bardzo trudnej akcji niesienia pomocy Ukraińcom – bezpośrednio do Ukrainy. Nie czuli się bohaterami. Za bohaterów uznają tych, którzy tam, na Ukrainie, mieszkają. W swojej ojczyźnie. Przedstawiłem tych aniołów na przykładzie Moniki Brząkały i Pawła Cichonia. Monika mieszka na stałe w Holandii, Paweł w Mielcu. Teraz wspólnie organizują konwoje z żywnością, lekarstwami i wszelkimi innymi środkami niezbędnymi do przeżycia, do ratowania życia ludzi tam. I do transportu, w drodze powrotnej tych, którzy uchodzą do Polski przed pogromem, śmiercią, przed rosyjskimi bombami i pociskami.

Tamten tekst, po angielsku, był dłuższy, z osobistą refleksją, nakreśleniem szerszym tła. Skierowany głownie do czytelnika innego, stąd w tej współczesnej lingua franca napisany. Polakom, którzy chyba lepiej niż większość innych narodów, tą tragedię znają i rozumieją – takiego wyjaśnienia nie potrzeba.

Nie zmienia to jednak faktu, że tym aniołom pomoc z nieba nie spada. A ich własne fundusze dawno się wyczerpały. Nie wyczerpała się jedynie chęć i upór niesienia tej pomocy.

W 1575 Rzeczpospolitą wstrząsnęły wieści o napaści na Podole hordy tatarskiej. Najwybitniejszy twórca literatury narodowej doby Odrodzenia, Jan Kochanowski, napisał wówczas Pieśń ‘O spustoszeniu Podola”. Niejako proroczą na czasy obecne napaści hordy moskiewskiej. Tyle, że już nie polski rycerz i piechur ma Podola bronić a Ukraiński, który jakże niedawno, wymarzoną od długiego czasu, suwerenność zyskał. Z tejże Pieśni Jana Czarnoleskiego wiele nauk na sytuację obecną płynie. Ale zasadniczym hasłem utworu (i przestrogą wobec skutków nie skorzystania z wezwania poety) jest zawołanie: ‘dajmy, a naprzód dajmy!’. O przesyłki i dostawy broni, środków militarnych dla Ukraińców martwią się (skutecznie, miejmy nadzieję) współcześni ‘królowie’ wielu państw. My pomóżmy tym, którzy niosą pomoc humanitarną. Serdecznie więc zachęcam wszystkich, którzy chcą i mogą, o dotację każdego ‘grosika’ na akcję tych ‘aniołów’.. Wiem, że nie jedynych. Ale zdecydowanie wartych wsparcia.

Można skontaktować sie bezpośrednio przez Messendżera na ich profilach na Facebook (Paweł Cichon lub Monika Brzakala. Lub na stronie zrzutki w Polsce https://zrzutka.pl/72y53z lub w Hollandi https://www.doneeractie.nl/help-monika-mensen-in-oekra-239-ne-helpen/-62300.

Szerszy materiał fotograficzny wraz z całym tekstem po angielsku jest pod tym linkiem https://kanadyjskimonitor.wordpress.com/2022/05/02/army-of-angels-in-ukraine/

Hej w stepie, za dzikim Bajkałem …

Hej w stepie, za dzikim Bajkałem …

Bogumił Pacak-Gamalski

Rosja. Jaka jest? Kim są Rosjanie? Czy to Petersburg czy to Kreml? Peczora Perejasławska czy mroczna, zadymiona knajpa śmierdząca od złego samogonu, brudu, potu i pieczonej kapusty z łojem? Czy to symfonia Szostakowicza, Oniegin Puszkina czy wyjący Kałmucy wpadający do zdobytego miasta, kradnący wszystko i gwałcący wszystkich?

Wiele jest Rosji. I wszystkie są smutne. Przerażająco smutne.

Zacznijmy ab ovo, od początku współczesności. Rok jest 1914. Od czasów Powstania Styczniowego nikt się do mieszkańców ziem byłej Rzeczypospolitej pod takim tytułem nie zwracał. W imieniu Rządu Narodowego w „Odezwie do Ogółu Obywateli Ziemi Kieleckiej”. Autorem Odezwy jest nikt inny, jak Komendant Józef Piłsudski. Nie będę cytował całej Odezwy ani jej różnych apeli i nakazów. Chodzi mi o te fragmenty, które dotyczą państwa zaborczego – Rosji. I jak Rosję w kilku zdaniach Piłsudski charakteryzuje. Sam wstęp tego dokumentu, jego preambuła najjaśniej wyłuszcza stosunek do Rosji – kraju, który wyjątkowo dobrze znał. Piłsudski wbrew pozorom nie był romantykiem w polityce a raczej pragmatykiem. Mimo to, już w roku 1914, gdy nikt (w tym i Piłsudski) nie mógł przewidzieć rewolucji bolszewickiej – z góry stawiał założenie (w licznych kręgach prawicowych niepopularne), że o ile wolna Polska faktycznie na mapy wróci, to nie będzie Polska oparta na jakimkolwiek sojuszu z Rosją. Oto jego wstęp do tej Odezwy:

Wojsko rosyjskie opuszcza nasz kraj. Wraz z haniebną przemocą wrogiego nam oręża opuściła naszą ziemię władza carska, rząd moskiewski, ten najstraszliwszy rzecznik bezładu i bezrządu. /…/

W postaci Rządu Narodowego wstępują na ziemię naszą – od tylu lat przez Moskala przemocą wygnane: Prawo, Ład, Spokój, Bezpieczeństwo. („Józef Piłsudski. Korespondencja 1914-1917” wyd. Inst. J. Piłsudskiego w Londynie, Londyn, 1984, str. 11)

Warto zwrócić uwagę na charakterystyczny opis państwa rosyjskiego: najstraszliwszy rzecznik bezładu i bezrządu (pisownia J.P.) oraz wartości, których te państwo nie posiadało: prawo, ład, spokój, bezpieczeństwo. Brakło tu, typowych w tego typu orędziach, określeń koloryzujących, czysto patriotycznych: zaborca, okupant, prześladowca, gwałciciel.  Nie, mimo to jednak, Piłsudski takim właśnie językiem przekreślał wszelkie plany przyszłej Polski na jakikolwiek układ sojuszniczy, dynastyczny, polityczny z Rosją, gdyż ona sama w sobie, jako państwo, reprezentowała próchnicę polityczną, gospodarczą, moralną.  Państwo, którego azjatyckie skłonności do okrucieństwa i rabunku oraz bliskiego pewnym średniowiecznym jeszcze normom mistycyzmu oderwanego od potrzeb praktycznych – uniemożliwiały korzystanie ze zdobyczy i rozwoju myśli europejskiej ostatnich dwustu lat. Państwa, któremu obce było pojęcie wolności osobistej, obywatelskiej, która wyzwala w obywatelu zdolności gospodarcze. Pod wieloma z tych określeń kryje się też Rosja współczesna – po prostu komisarzy i politruków bolszewickich, a wcześniej bojarów i arystokracji związanej z dworem cara-boga, zastąpili oligarchowie. Naturalnie, że Petersburg i Moskwa przypominają prawie do złudzenia miasta europejskie. Przypominały równie skutecznie 100, 200 i prawie 300 lat temu. Ostatecznie to pomniki Władzy, jej potęgi, samodzierżawia. A miasteczka, wioski ledwie 200-300 kilometrów od niej oddalone (nie wspominając o tych w dalszej jeszcze odległości)? Może gdzieniegdzie jeszcze znajdzie się plac, ryneczek lub płotek na wzór ‘bogatych chutorów ukraińskich’ kochanka Katarzyny, Grzegorza Potiomkina – ale za tymi frontonami wybielonymi wapnem kryje się wszędzie brud , smród i ubóstwo. Do dziś. Dopiero niedawno dowiedziałem się, że król Stasiu (tak, też – niestety – kochanek Katarzyny, no bo któż nim nie był?) dał mu tzw. indygenat, co równało się z naturalizacją na obywatela Rzeczypospolitej. Marzyło mu się bowiem być księciem całej Rusi, łącznie z Podolem. W dowód wdzięczności dla Rzeczypospolitej … był gorącym orędownikiem kolejnego rozbioru Polski. Ten wybitny kłamca i oszust ale niezwykle ambitny i zdolny dyplomata miał olbrzymie zasługi w zniszczeniu ukraińskich korzeni i niezależności ludu Rusińskiego pod postacią Kozactwa – nadwołżańskiego, zaporoskiego i nawet wielkiej Siczy, którym Rzeczypospolita nadała wiele praw udzielnych. 

Tak Rosję widział, taką poznał w latach 2 wojny światowej mój ojciec. Miał 11 lat gdy rysował laurkę z sercem Marszałka, którą zaniósł na cmentarz na Rossie, gdzie złożono w grobowcu jego matki, Marii z Billewiczów, urnę z jego sercem w 1935. Prawie dekadę później, jako już dwudziestoletni zacznie naukę Rosji realnej, nie książkowej, nie romantycznej, sentymentalnej. Rosji kłamców, rozbójników, donosicieli, łotrów. Rosji, której nigdy nie można ufać. Rosji, która nienawidziła ludzi wolnych. Zazdrościła im tej wolności ale wiedząc, że jej sama posiąść nie potrafi – niszczyła ją. Donosicielstwem, okrucieństwem. I karabinem, gdy innej możliwości brakło.

Gdy Rosjanie wkraczali na Kresy w 1939 i ponownie w 1943 /44 rzezie, pogromy, wywózki, rozstrzeliwania, gwałty i grabież wszelkiego dobytku była niewyobrażalna. Rosjanie określali to jako ‘wyzwalanie’. W przytłaczającej większości te zbrodnie skierowane były głownie wobec polskiej ludności. Jak dzisiaj określana jest przez Rosjan napaść na Ukrainę? Wyzwalaniem. Złośliwa ironia agresorów czy naturalna, historyczna kontynuacja tej samej strategii wojennej ‘spalonej ziemi’?

Dworzec kolejowy w Kałudze, początek XX w

Wracam do tego chłopca z 1935 roku w Wilnie – mojego ojca. W lipcu 1944 ma dwadzieścia lat. Z bratem kilka lat starszym idą w grupie młodych żołnierzy w kierunku Puszczy Rudzkiej za rozkazem AK wileńskiego. Końcowa faza realizacji akcji „Burza” i opanowania Wilna z rąk niemieckich przed wkroczeniem doń armii sowieckich. Rosyjska ofensywa pod nazwa ‘Bagration’. Dowództwo AK podpisuje porozumienia z dowództwem sowieckim w walce z wojskami niemieckimi. Puszcza Rudzka jest miejscem grupowania się oddziałów AK z Okręgów wileńskiego i nowogrodzkiego. Żołnierzy jest bardzo dużo w licznych jednostkach, posiadają też sporo broni już zdobytej na Niemcach w licznych ostatnich bitwach i potyczkach z nimi. Atmosfera jest budująca. Grupa młodych AK-owców błądzi trochę po zagajnikach, lasach. Więcej akcji po prawdzie widzieli w latach poprzednich, w czasie miejskich akcji typu KEDYW-owskiego w ramach bojówek Szarych Szeregów niż teraz. Nie mieli na razie szansy wziąć udział w ani jednej bardziej otwartej walce, bitwie. A ręce świerzbią. W końcu docierają do większego oddziału. Trwają zgrupowania, formowania się w nowe oddziały, przypisywania do brygad, pułków, kompanii. Jest chwilowa przerwa. Dowództwo czeka na rozkazy wynikające z rozmów z dowództwem sowieckim. Pułkownik Wilk (Aleksander Krzyżanowski) prowadzi rozmowy z sowieckim dowódcą Frontu Białoruskiego, gen. Czerniachowskim. Trwają około dwa dni. 17 lipca w Boguszach ‘sojusznicy’ sowieccy niespodziewanie aresztują całe kierownictwo polskich jednostek.

Tata właśnie siada na pniu z kolegami, tuż koło jakiejś studni przy gajówce, gdzie kwaterują. Słyszą dziwny huk i drżenie ziemi.  Chaos, chłopaki biegają indywidualnie, w grupach, inni stoją. Co się dzieje? Trwa to krótko. Zgrupowanie otaczają pierścieniem wojska sowieckie. Sojuszników-zdrajców. Czołgi, piechota rosyjska z nastawionymi bagnetami. Wszelki opór byłby masakrą. Dowódcy chcąc uniknąć tej masakry nawołują do spokoju. Wzięto do niewoli około czterech tysięcy żołnierzy AK. Zgromadzono wszystkich w Miednikach. Jakiś sowiet ubrany w polskim mundurze namawia do wstąpienia w szeregi dywizji kościuszkowskiej gen Berlinga. Politruk mówi łamaną polszczyzną, wspomagając się rosyjskim. Nie może skończyć wobec krzyków i gwizdów młodych akowców. Tak kończy się ‘sowieckie wyzwalanie’ i sowieckie braterstwo broni. Wywożą ich pulmanami, stłoczonych jak śledzie, w głąb Rosji. Na nielicznych przystankach nikt nie może wyjść, kolega obok taty musi się załatwić, prosi o wyjście ‘za potrzebą’. Nie nada – rób gdzie stoisz! Wyłamują deskę w podłodze, chłopak kuca. Słychać jego dziki krzyk i wywraca się w tej pozycji. Jakiś sowiecki sołdat wbił mu od spodu bagnet w brzuch. Pociąg rusza, chłopak umiera powoli w straszliwych bólach. Trupa zabiorą dopiero na następnym przystanku. Dojeżdżają do Kaługi i zostają zakwaterowani w miejscowych koszarach. Dowiadują się, że zostali przydzieleni do 361 zapasowego pułku piechoty. Jako obywatele sowieccy. Kilka razy maszerują na jakichś beznadziejnych pokazach z drewnianymi karabinami.  Nie są żadnymi sołdatami a jeńcami, tyle, że bez praw jenieckich. Znowu – potiomkińszczyzna, zakłamanie do końca, oszustwo i zdrada.  Rosji nigdy wierzyć nie można. Ta ‘zabawa’ w żołnierzy jakiegoś pułku kończy się bardzo szybko. Wywożą ich w jakieś głębokie lasy na tzw. etapy. Na każdym etapie jedna kompania. Ojciec traci kontakt ze swoim bratem, który jest na innym etapie. Dzień i noc są pilnowani przez rosyjskich strażników. Ich praca to katorżniczy wyrąb lasu. Ojciec jest najmłodszy w swojej kompani, bardzo szczupły, drobny. Kompanijny ‘wracz’ (lekarz) polubił go i często zabiera do prac pomocniczych przy szpitalu polowym. Mieszkają w ziemiankach, jedzenie podłe. Stosunki ze strażnikami niezbyt dobre. Jest kilku jeńców włoskich, Rumun (pozostałości katastrofalnej dla Niemców kampanii nadwołżańskiej i klęski stalingradzkiej). Czasem ‘przez nieuwagę’ udaje im się strącić nogami jakiś wielki pień ściętej sosny, siedząc na tych pniach na ciężarówce w transporcie do stacji. Umówili się z lokalną ludnością, która wieczorami przychodzi i te pnie kradnie, bo z przydziału mają bardzo mało, więc marzną w chałupach. Wszystko musi iść na ‘wysiłek wojenny’. Ale przyzwyczajeni, bo w Rosji pokój czy wojna – dla szaraczków jednaka bieda. Ojciec się rozchorował ciężko. Lekarz go przytulił do swego szpitalika. Nie wiele lepszego, jak ich ziemianki ale choć lepsze trochę jedzenie i jakieś lekarstwa. Pewna grupa decyduje się zorganizować ucieczkę. Jest ich ok. dwudziestu. Wciągają ojca w spisek i podejmuje się skraść od tego miłego lekarza mapnik i kompas. Bez tego szanse ich na przedostanie się gdziekolwiek z tych rozległych borów ‘bóg-wie-gdzie’ marne. Umówionego wieczora ma szanse to zrobić i nocą znikają z obozu. Pierwsza ich część ginie szybko. Dzięki szpiegostwie i donosicielstwie tej ‘życzliwej’ ludności okolicznej. Kierują się na Moskwę, mimo, że to droga nieco okrężna, ale spod Moskwy znanymi traktami łatwiej dostać się na Białoruś i do Wilna. Ojciec pod Moskwą wysiada fizycznie i decyduje się zrobić ryzyko i iść do samej Moskwy, a stamtąd jakoś pociągami do domu.  Rozstają się. Większości już nigdy nie zobaczy. Udaje mu się, gra ‘bolnowo sołdata’ na przepustce do domu. Kilka razy wydaje się, że koniec gry, że przegrał. Ale dotarł. Ostatni etap już ‘na chama’, wbrew rozsądkowi, aby do Wilna. Z Mińska, gdzie sprytem ratuje się z potrzasku, wskakuje na jakiś towarowy pociąg w kierunku na Wilno. Gdy widzi z daleka znajome wieże wileńskie – wyskakuje z pociągu i prawie łamie nogę. Ale unika ewentualnej wpadki na dworcu. Dowleka się do domu – a dom i zakłady jego ojca spalone. Śladu po rodzicach, starszym bracie nie ma. Idzie do domu przyjaciela ze szkoły i z AK, otwiera jego ojciec, stary legionowiec. Mówią, że rodzice z bratem repatriowali się do nowej Polski. Ale AK jeszcze działało. Załatwiają mu lewe papiery na nazwisko ‘Tadeusz Mickiewicz’ i rusza  z nimi do tej nowej Polski. Ktoś inny powiedział, gdzie rodzice się znajdują. Dociera, znajduje rodziców, brata, ciotki, kuzynów i kuzynki w Toruniu. Odnajdują się nawet nieliczni koledzy z AK wileńskiego, ci którzy uniknęli kotła w Puszczy Rudzkiej i Kaługi. Czasy trudne ale i bałagan. Mój dziadek po jakimś czasie załatwia papiery oficjalne dla ojca pod pretekstem, że ostanie lata wojny ojca nie było w Wilnie, bo wycofujący się Niemcy wywieźli go do Prus, jako robotnika. I teraz się odnalazł. Bałagan był wszędzie. I ludzie wszędzie i ci którzy chcieli pomóc lub gotowi byli pomóc za złotą obrączkę lub inny drobiazg. Ale zanim swoje nazwisko mógł uzyskać spotkał go i rozpoznał jeszcze jeden kolega-akowiec z Wilna. Ten też w Kałudze nie był, choć był z ojcem w Puszczy Rudzkiej więc wiedział, że ojca żadni Niemcy nigdzie nie wywieźli.  I teraz nosił mundur bezpieki nowej Polski. Zaczęło się od sugerowania drobnych prezentów, potem wymagania rosły i prosto postawiona alternatywa: albo-albo. Rozmowa ojca z kumplami akowcami, których nowe władze nie kupiły. Organizują ‘przypadkowe’ spotkania z tymże zdrajcą. Okrzyki niby radości ze spotkania, poklepywania po plecach, ktoś mówi, ze mieszka zaraz na końcu miasta, koło dużych lasów, ma w domu dobrą wałówkę i kilka butelek wódki, zaprasza. Więc idą. Podobno potem, po tej wódce, poszli na spacer do lasu. Potem oni wrócili. Ten nieszczęsny kolega nie wrócił. Czasy były podłe. Rosjanie zmienili wielu porządnych ludzi na świnie, bo nikt tego tak dobrze robić jak oni nie potrafił.

Potem życie się potoczyło, tak jak wszystkim się toczyło w nowej rzeczywistości. Ale przez całe moje dzieciństwo i wczesną młodość nigdy na te tematy z tatą nie rozmawiałem. Nie chciał, albo zbywał jednym-dwoma zdaniami. I przez całe życie nigdy nie usłyszałem od niego jednego dobrego słowa o Rosji i Rosjanach. Czasami to przybierało absurdalne rozmiary, które mnie irytowały. To, co wiedziałem to tylko od rodziny, babci. W końcu lat siedemdziesiątych koledzy z Kaługi (pozostałych tam, rok po ucieczce ojca, oficjalnie zwolniono i przetransportowano specjalnym pociągiem na teren nowej Polski) zaczęli nawiać ojca by wstąpił do ZBOWIDU (organizacja kombatancka w PRL). Ojciec nie chciał. Oni nastawali. Henio Czyż (znany polski kompozytor) napisał notarialne poświadczenie, że był z ojcem w AK w Wilnie. Ktoś inny podał adres Archiwum Wojskowego pod Moskwą, gdzie są wszystkie kartoteki i że oni bez problemu przysyłają poświadczenia z Kaługi, że tyle lat minęło i nikt o tamtych sprawach (ucieczka) nie pamięta. Myśmy też w domu namawiali: dlaczego  kombatantami mieliby być tylko komuniści, przecież teraz o AK mówi się przychylnie i masz nie tylko prawo ale i obowiązek!  Dla świętego spokoju – uległ. Tak, po jakimś czasie przyszło z tego Archiwum poświadczenie, że był w Kałudze w 361 Zapasnoj Połk Strieleckij. Został kombatantem. A my z przekąsem zaintonowaliśmy chóralnie: widzisz? A nie mówiliśmy, czasy się zmieniły. Ojciec machnął ręką, tak jak odgania się muchy. I powiedział: w Rosji nic się nie zmienia.

Kilka miesięcy później z Konsulatu Generalnego ZSRR w Warszawie przyszedł nagle list. Po rosyjsku i po polsku. Informujący oficjalnie ojca, że jeżeli kiedykolwiek przekroczy granicę polsko-radziecką to zostanie aresztowany i postawiony przed sądem za dezercję w stanie wojny. I że będzie sądzony, jako obywatel radziecki, gdyż nim był w momencie popełnienia przestępstwa. W Rosji nic się faktycznie nie zmienia.

A ja myślę, zwłaszcza w świetle zbrodni rosyjskich na Ukrainie, w świetle stałego nimbu sławy, jakim Rosjanie i rząd rosyjski otacza pamięć Stalina, jednego z największych zbrodniarzy w historii ludzkości, – może nadszedł czas by Stany Zjednoczone i Wielka Brytania oficjalnie potępiły zawarcie Układów Teherańskiego, Jałtańskiego i Poczdamskiego z tym zbrodniarzem i przeprosiły narody Europy Środkowo-Wschodniej za blisko czterdzieści lat kajdan niewoli. Bo ‘wyzwalanie’ Polski w 1944 i 45 było też często kampanią mordów, gwałtów i kradzieży dobytku polskiego.

A już za wszelką cenę nie odpuście Putinowi i nie powtarzajcie tego samego błędu, jaki zrobili Roosevelt i Truman z Churchillem.  

Hen, nad Prutem, Czeremoszem …

Bogumil Pacak-Gamalski

Tak blisko jej jesteśmy, tak wspominamy, tak jest obecna w naszej kulturze, literaturze, muzyce, malarstwie. A teraz, od najazdu rosyjskiego miesiąc temu – jest naszym chlebem powszednim, dniem powszednim. Jest wszędzie: w telewizji, w prasie, w Internecie. Na podwórku, na ulicy, przed domem, w tramwaju. Ukraina. Ukraina jest w Polsce. I nie piszę tego z jakiegoś podejrzanego rewizjonizmu historycznego. Ale zupełnie bez tego rewizjonizmu i bez niezdrowych (i nieistniejących po prawdzie) sentymentów ‘powrotu’ – jest absolutnie adekwatne użycie przysłówka: znowu.

Z historią państw, społeczeństw jest trochę inaczej niż z granicami. Od zawsze. Te ostatnie zmieniają się, korygują, bywają narzucane, bywają negocjowane; wojny wygrane i przegrane, układy, koalicje, dynastie. Żadna nie jest tak do końca i dla wszystkich sprawiedliwa. Czasami zmiany są drobne, omal kosmetyczne, czasem bywają monumentalne. Najbardziej moralnie ohydne jest, gdy jakiś zdobywca po jakimś czasie oddaje w prezencie te ziemie, które sam siłą agresora zdobył, komuś zupełnie innemu. Historia Krymu jest tu najbardziej znacząca. Rosyjski? Ukraiński? Naturalnie, że nie. Krym to ofiara przemocy rosyjskiej dawno, dawno temu. Zaczętej przez Piotra I, a dokończonej przez Stalina. Agresji i kulturowego ludobójstwa (genocide) Tatarów krymskich, jedynych historycznie i moralnie właścicieli tej wyspy.

Ale na ogół takich jasnych przypadków jest mało. Reszta to skomplikowane historie, wędrówki ludów, szczepów, międzynarodowe układy zawierane zawsze ponad głowami najsłabszych, choćby nawet z pobudek najbardziej szlachetnych. Tym są granice całej Europy Środkowo-Wschodniej po 1945. Gdzieś tam, w samym centrum (mniej lub bardziej ścisłym) zawierającym nukleon etniczności, pochodzenia plemienno-szczepowego. Cała reszta to naginanie prawa, zachcianek mocarstwowych, zwykłej, nagiej siły kułaka wobec bezsilnych praw społeczeństw. Tak zrobili Stalin, Roosevelt i Churchill. Używając jednego z wariantów tzw. linii Curzona, brytyjskiego ministra spraw zagranicznych z okresu I wojny światowej. Linia ta zresztą nie była autorstwa samego Curzona, który o złożoności procesów i faktów historycznych tej części Europy nic nie wiedział, a jego doradcy, Ludwika (Bernsteina) Niemirowskiego. Polaka pochodzenia żydowskiego, który w 1906 wyemigrował na stałe do Wielkiej Brytanii. Ostatecznie, już jako obywatel brytyjski, przybrał nazwisko Lewis Namier. Był jednym z głównych doradców rządu Lloyda Georga w negocjacjach nowych granic, zwłaszcza związanych z terenami upadłych Austro-Węgier, które przekazały  pełne plenipotencji na ustalenie nowych granic Państwom Sprzymierzonym. W tych negocjacjach (jak i bezpośrednich z rządem sowieckim, gdy sadzono, że Sowieci wojnę 1920 roku wygrają) Namier był zdecydowanie widziany jako  bardzo nieprzychylny Polsce, uciekając się wręcz do fałszowania dokumentów na niekorzyść Polski. Generalnie można powiedzieć, że nakłaniał (dość skutecznie) rząd brytyjski do widzenia mapy nowej Polski w granicach dawnego Królestwa Kongresowego, tj. państwa kadłubowego. Fakt, że Galicja Wschodnia i Zachodnia (poza Wołyniem) nigdy, w całej historii, do Rosji nie należała, a przed rozbiorami była od setek lat w granicach Korony Polskiej – sprawiał mu wiele kłopotów. Był osobowością niesłychanie inteligentną i ciekawą, pełną politycznych ambicji (w cieniu gabinetów głownie) i niespełnionych pragnień bycia uznanym jako, rewolucyjny wręcz historyk i teoretyk nauk społecznych. W historii Polski zapisał się (z nieznanych mi bliżej powodów) zdecydowanie negatywnie. Nie był żydem judaizmu (w latach dojrzalszych wstąpił do Kościoła Anglikańskiego), pochodził z rodziny w pełni spolonizowanych i zlaicyzowanych Żydów. Mimo to był gorącym orędownikiem i aktywistą ruchu syjonistycznego i utożsamiał się tym wyraźniej, jako Żyd, niż jako Anglik lub Polak. Współpracował, jako doradca,  z lordem Balfourem przy wyznaczaniu granic różnych społeczności (w tym żydowskiej) w brytyjskim Mandacie Palestyny. Widać, że lubił (lub lubili to brytyjscy arystokraci) kreślić palcem na mapie. Znowu, jak wcześniej w przypadku polskiej granicy na Zbruczu, decydującymi w powstaniu Izraela były fakty dokonane i akcje zbrojne Żydów, a nie same deklaracje, plany i mandaty różnych zewnętrznych ‘aliantów, i ‘sprzymierzonych’.    

A granice wschodnie Rzeczypospolitej na samym końcu były wynikiem walk armii polskich z oddziałami Zachodnio-ukraińskiej Republiki Ludowej i rezultatów wojny polsko-bolszewickiej i Traktatu Ryskiego między Polską a Sowietami. Ukraińcom nie udało się stworzyć zjednoczonego frontu polityczno-militarnego, Wschodnia Ukraina była już dość silnie w rękach rosyjskich (potem Sowieckich), mimo poparcia Piłsudskiego dla Petlury nie udały się plany utrzymania w rękach ukraińskich Kijowa. Losy Zachodniej Ukrainy stanęły  wobec alternatywy albo wpadnięcia w łapy strasznej niewoli sowieckiej lub powrotu w granice odrodzonej Rzeczypospolitej. Komisja Państw Sprzymierzonych, której zadaniem było wytyczyć granice i przynależność państwową terenów byłego Cesarstwa Austro-Węgier nolens volens uznała stan faktyczny, który był efektem przegranej przez Rosjan wojny polsko-bolszewickiej, z zastrzeżeniem, że w przyszłości Polska przeprowadzi na tych terenach plebiscyty. Termin plebiscytów wypadał na okres lat, kiedy Europę zalała pożoga kolejnej wielkiej wojny. I granice znowu poszły do kosza historii zmieniając po raz kolejny kształt Europy Środkowo-Wschodniej. Tym razem nikt nie pytał o zdanie Polaków, Ukraińców, Węgrów czy Rumunów, a losami i prawami licznej ludności innych (Wołosi, Ormianie, Hucułowie) mniejszości narodowych w rozległych terenach Karkonoszy Wschodnich nikt w ogóle się nie interesował. Z perspektywy czasu i mając przewagę znajomości historii ostatnich stu lat, nie mam wątpliwości, że te krótkie 20 lat, gdy Ukraina Zachodnia i Lwowszczyzna z Wołyniem wróciły w granice Rzeczypospolitej były i dla Ukraińców i dla Białorusinów wyjściem o wiele korzystniejszym niż bucior rosyjski. Nawet gdyby się udało Ukraińcom uzyskać suwerenność i zgodę Polski na stworzenia państwa na południowy wschód od Lwowa, ta suwerenność nie miała szansy obrony przed nawałą bolszewicką Budionnego i Tuchaczewskiego kilka miesięcy potem. Tragiczne losy ludności etnicznie polskiej z tych terenów (zwłaszcza na Wołyniu i korytarzu przemysko-lwowskim, gdzie stanowili większość lub poważny procent miejscowej ludności) był zbrodnią niewytłumaczalną i godną potępienia bezwarunkowego. To nie byli najeźdźcy – to byli ludzie mieszkający tam od pokoleń, setki lat, którzy razem z innymi grupami etnicznymi budowali te ziemie, rozwijali przemysł, handel, bogactwo tych terenów. To był ich dom, ich ojczyzna. Ale to temat już zupełnie inny. Który będzie jeszcze wymagał solidnego i spokojnego zbadania przez oba narody (polski i ukraiński) w przyszłości. Pozbawionego wypieków emocjonalnego zacietrzewienia a opartego na dokumentach i faktach. Tak postępują narody i państwa dojrzałe. Wspólnie. Historii i tak nikt nie cofnie ani jej nie zmieni. Więc warto by była przynajmniej solidnie i obiektywnie opracowana. Pamięć ofiar tej historii zasłużyła na to.

Jako ciekawostkę warto odnotować, że siostra Niemirowskiego była matką znanej polityczki PiS Anny Kurskiej i babką … zastępcy Redaktora Naczelnego „Wyborczej” Jarosława Kurskiego oraz jego brata, Jacka Kurskiego … tak, samego Prezesa TVP, znanego jako organ prasowy PiS. Historia jest czymś niesamowicie ciekawym, gdy się w niej nieco pogrzebie i ciekawe, co by o tym pomyślał sir Lewis Namier … . Sądzę, że byłby zadowolony, że jego siostrzenica i pra-siostrzeńcy trzymali i trzymają rękę na polskim pulsie. Historie świata i państw tworzą nie tylko wielcy wodzowie, przywódcy. Tworzą ją też równie skutecznie szare eminencje pracujące z uporem i bez rozgłosu w cieniu gabinetów.

Obecna tragedia Ukrainy

Rok 2022. Trzydzieści lat po oficjalnym rozwiązaniu i upadku ZSRR, upiory Piotra I, Katarzyny Wielkiej i Józefa Stalina znalazły swe medium w osobie Włodzimierza Putina i najechały Ukrainę. Czy Rosjanom uda się plan powrotu do starej granicy polsko-sowieckiej na linii rzeki Zbrucz? Putin wielokrotnie podkreślał, że Rosja ma ‘historyczne prawo powrotu do macieżystych granic’ Imperium Rosyjskiego, a Zbrucz był najdalej na zachód wysuniętą granicą tego Imperium od czasów końca XVIII wieku. Bo to był, zdaniem moim, zasadniczy cel Putina. Czy też zaspokoi się odłączeniem rosyjsko-językowych terenów Donbasu, Luhańska i reszty wybrzeża mórz Azowskiego i Czarnego?   Na razie postawa ludności i władz Ukrainy, personifikowana osobą ich niesamowitego (w pozytywnym znaczeniu) Prezydenta Włodzimierza Żeleńskiego wali te plany Putina. Przy olbrzymiej pomocy całego świata zachodniego. Ale o wielkim zwycięstwie militarnym Ukrainy nad Rosją mowy być jednak nie może. Nie przy obecnym stopniu wspierania Ukrainy. Cała ‘doktryna’ Bidena i NATO musiałaby ulec kompletnej zmianie i przebudowie. Wojen z potężnym przeciwnikiem nie wygrywa się tylko środkami obronnymi (w dodatku ograniczonymi). Natomiast Ukraina jest zdolna sama wymusić na Rosji w miarę korzystne (w stosunku do alternatywy możliwości stracenie olbrzymiej części terytorium) rozwiązania oparte na twardych negocjacjach. Koszt tej wojny naturalnie jest straszny dla Ukrainy: w stratach ludności, zrujnowanych miast, przemysłu, infrastruktury, rolnictwa. Koszt straty sprzętu i ludzi wojsk putinowskich i czysto ekonomiczny całej Rosji jest też olbrzymi.  Ale tysiące zabitych Rosjan i bieda ludności rosyjskiej nigdy nie były wielkim zmartwieniem carów i komisarzy rosyjskich. Ze złoconych korytarzy Kremla nikt nie zauważa kolejek po chleb w małych miasteczkach imperium. W państwach demokratycznych nauczyliśmy się sposobu myślenia, że państwo ma służyć obywatelom przede wszystkim. W Rosji ciągle pokutuje myślenie średniowieczne: mieszkańcy podległych imperatorowi terytoriów są po prostu materiałem do budowy imperium. Nie są podmiotem a przedmiotem polityki.

Światowid ze Zbrucza (w Muzeum w Krakowie)
By Silar – Own work, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=25710997

Czy jest szansa, żeby Putin sam wycofał się z Ukrainy kompletnie, osiągając jedynie pyrrusowe zwycięstwo deklaracji, że Ukraina nigdy nie wstąpi do NATO? Jest. Ale bardzo mała i wymaga dużo większego, solidnego zaangażowania militarnego świata zachodniego. Nie samej organizacji NATO. Nie, państw indywidualnych, w porozumieniu miedzy nimi, poza strukturami NATO. To jest możliwe. Czy realne? Nie wiem. Nie wymaga żołnierzy tych państw na terenie Ukrainy. Wymaga sprzętu. Natychmiast. Bez idiotycznych ograniczeń. Nie wiem jaka jest różnica między maszyną wojskową ze skrzydłami (samoloty) a maszyną wojskową na gąsienicach lub kołach. I nikt mi tej różnicy strategicznej wytłumaczyć do tej pory nie potrafił.  I czy musi być to tylko złom z czasów sowieckich? Rosjanie używają to, co mają najlepsze. Bez tego nie widzę jakiejkolwiek możliwości by Rosja wycofała się bez poważnych zmian granic Ukrainy na południowym wschodzie. A nie powinniśmy i nie musimy do tego dopuścić. Odnoszę wrażenie, że regiony tzw. ‘większości rosyjskich’  Donbasu są poniekąd przesądzone na niekorzyść Ukrainy. Krym – raczej do Ukrainy nie wróci. I, zdaniem moim, ani Ukraina ani Rosja do niego żadnych praw nie mają. To zbrodnia na ludności tatarskiej. Ale to też temat inny.  Natomiast winno się uniknąć w jakikolwiek możliwy sposób utraty przez Ukrainę dostępu do morza i portów morskich. Dla odbudowy Ukrainy po tej strasznej wojnie te tereny są niezbędne. I pod każdym względem, (historycznym, etnicznym) są to tereny ukraińskie a nie rosyjskie. Argument, że np. Mariupol był założony przez jakiegoś cara rosyjskiego jest absurdalny. Czyli Kłajpeda i Malbork należy się Niemcom, Moskwa i Kijów – Szwedom, a wszystkie stare miasta Kanady i USA winny wrócić do Anglii? Nie ma sensu tego ‘argumentu’ rozwijać. Jest bezsensowny.

Przedłużanie tej wojny jest zbrodnią na ludności ukraińskiej. Zwłaszcza teraz, gdy pod nowym dowództwem ‘rzeźnika Syrii’, gen. Aleksandra Dwornikowa, te znęcanie się nad ludnością cywilną przybrało nowe rozmiary. I wyraźnej dyrektywie intensyfikacji ofensywy rosyjskiej bez względu na koszty. Tą ofensywę zatrzymać można tylko tak, jak tego typu ofensywy zatrzymuje się zawsze – brutalną siłą militarnej kontrofensywy. Zmasowanym ogniem artylerii, lotnictwa zatrzymującym rosyjskie kolumny pancerne. I zasięgiem umożliwiającym rażenie rosyjskich wyrzutni rakietowych spoza terenu Ukrainy. Nie ma jakichkolwiek intensywnych pertraktacji rozejmowo-pokojowych, a więc brak opcji politycznej kompletnie. Tylko silna obrona i gdzie możliwe kontrofensywa do tych pertraktacji może ich zmusić.  Romantyczne mówienie o heroicznej partyzantce, o walkach ulicznych, gdzie z każdego okna i za każdym rogiem ulicy czekają młodzi chłopcy z granatami i koktajlami Mołotowa to absurd. I absurd nieludzki. Obejrzyjcie ulice, domy i rogi ulic Charkowa, a zwłaszcza Mariupola. Z których okien? Z tych kikutów ścian obróconych w perzynę ogniem artylerii i rakiet, z czołgów oddalonych bezpiecznie od zasięgu granatu i butelki z benzyną?  To rzeź a nie obrona. Bo żeby taką walkę prowadzić trzeba mieć świadomość, realną nadzieję na odwet, na nadchodzące posiłki regularnych wojsk. Takie walki można prowadzić z przeciwnikiem respektującym prawa wojny – nie z bandytą, mordercą.

Zaleszczyki

Bogumił Pacak-Gamalski

Czemu Zaleszczyki, w dodatku te nad Dniestrem? Czemu nie? Po godzinach czytania, słuchania smutnych wiadomości z Ukrainy nic innego już robić w stanie nie jestem. Po prostu myśli biegają po nazwach znajomych, bliskich. Dziś zapomniana mieścina, Zaleszczyki przed wojna (tą Drugą) były kurortem pierwszej klasy Rzeczypospolitej. Naszymi Włochami, Toskanią, wybrzeżem adriatyckim. Przecudownie umieszczone w dużym zakolu błekitno-zielonego Dniestru, z plażami, winnicami, restauracyjkami. Ba, tam było najdłuże w Polsce połączenie kolejowe z regularnym pociągiem aż nad Bałtyk! Przez most, po drugiej stronie rzeki była już Rumunia. A winnice tameczne produkowały wina w jakimkolwiek innym regionie Polski niemożliwe. Toteż tzw. towarzystwo lubiło tam zjeżdżać zewsząd. Dalekie Podole … Wanda, moja babcia, uwielbiała wyprawy do Zaleszczyk z dalekiej Wileńszczyzny. Zmusiła w końcu swego meża, dziadzia Emanka, by bodaj w 38 kupił tam plac na budowę letniej willi. Dziadek chciał w Zakopanem, ale babcia, o ponad dwadzieścia lat młodsza piękna kobieta, długo nad przekonaniem męża pracować nie musiała.

Poniżej zdjecia babci w Zaleszczykach, w stroju huculskim. Kolejowy most graniczny z Rumunią. Obecnie, po zmianie granic w 1945, granica rumuńsko-ukraińska przebiega paredziesiąt kilometrów głębiej.

I o tych Zaleszczykach, dziś dawnego kurortu nie przypominających, myślę i zastanawiam się, gdzie uciekną, jak się będą bronić obecni, Ukraińscy, mieszkańcy tego zapomnianego zakątka raju, gdy wściekłe bomby rosyjskie będą na nich spadać? Czy kolumny czołgowe nadchodzić będą po padnięciu Odessy czy wkroczą od pro-rosyjskiego skrawka Mołdawii zwanego Naddniestrzem? Zaleszczyki nie mają dziś znaczenia militarnego ani nawet przemysłowego. Czy obroni ich to przed okupacją i przed ostrzeliwaniem ludności cywilnej? Czy będą ginąć dzieci, które dzień wcześniej będą baraszkować na plażach pięknego Dniestru?

Czy też Putin w swych planach nie ma zamiaru przekraczać przedwojennej granicy polskiej i zatrzyma swój podbój mniej wiecej na tej linii? To jest też możliwe. Wobec Ukrainy Wschodniej może kontynuować swoją kłamliwą wersje o jedności z mateczką Rosją. Zainstalować w Kijowie ‘rząd’ zdrajców ukraińskich, który w krótkim czasie ogłosi referendum (rezultaty bez problemów będą dowiezione z Moskwy) na temat ‘nierozerwalnej braterskiej łaczności z Rosją’? Czy to kosmiczna wizja? Może. Czy jest kosmiczną wizją odbudowy (o której mówił wielokroć) Imperium Rosyjskiego? Nie wiem, w których granicach. Z końca XVII wieku, z XIX (to ostatnie komplenie niemożliwe bez wojny nuklearnej)?

A co z tymi kilkoma milionami uchodźców ukraińskich, którzy w miedzyczasie znajdą się w Polsce, Rumunii, Mołdawii i na Węgrzech? Niektórzy może już dalej.

Myślę o tym wszystkim i głęboki smutek mnie ogrania wobec tej ziemi, tych stepów, tych miast. Niektórych bardzo nam , Polakom, bliskich. Ziemi skomplikowanej historii i dziejów. Od legendarnej, skandynawskiej Rusi Kijowskiej Waregów, przez ruskie Księstwo Halicko-Włodzimierskie, Rzeczypospolitą Obojga Narodów (dwukroć w planach zamyślana, jako Rzeczypospolita Trojga Narodów (a więc i tego ruskiego-ukraińskiego), Hetmanat, krótkotrwałe republiki ukraińskie w końcowych latach I wojny. Krainy, gdzie smutek i krew były dniem codziennym. Ale i nadzieja. Uparta nadzieja. Zabrało im długie setki lat by to wszystko zjednoczyć, zlepić z fragmentów narodowy epos, z różnych szczepów – naród.

(U)Kraina łez

Młoty historii walą w kowadło życia:

raz, dwa – trzask

raz, dwa – trzask

matce – dziecko, dziecku – ojca, ojcu – serce

**

Kołyszą się dzwony w Katedrze Ormiańskiej:

bim, bam – krzyk

bim, bam – płacz

na Lwów znów padł cień oblężenia obcych wojsk

***

Sicz się budzi ze snu, łódź rzeką spławiają

u krainy świtu

u krainy zmierzchu

między Dnieprem  a Dniestrem zapadła dniem noc

szóstym marca 2022, B. P-G

Łukasz Zwolan – mowa plakatu

by Bogumił Pacak-Gamalski

Dzień Kanady obchodzi się 1 lipca. W 2021 to był trudny i smutny dzień dla Kanadyjczyków. Święto wypadało w krótkim czasie po odkryciu pierwszych masowych grobów dzieci Pierwszych Narodów (określeniem First Nations zastępuje się falszywy i powstały w czas kolonialnych zwrot Indianie) na terenie dawnych Szkół Zbiorczych prowadzonych przez Kościoły chrześcijańskie. Tego dnia nie pojechałem na teren wioski największego narodu w Nowej Szkocji spędzic go z nimi i odwiedzić okoliczne miejsce, gdzie kiedyś taka szkoła stała.

W tych samych dniach zwróciłem uwagę na pojawiający się w mediach znamienny plakat. Grafika była nagrodzona i wybrana z wielu nadesłanych przez jury Konkursu. Autorem był młody grafik z Polski, z Zamościa, Łukasz Zwolan. Tytuł Per Aspera zaczerpnięty z łaciny, oznacza pokonywanie trudności w drodze do gwiazd. Nawiązałem z artystą kontakt i pogratulowałem mu użycia prostej formy w wyrażeniu skomplikowanej i trudnej symboliki.

Bo, w olbrzymim skrócie, rolą plakatu jest wyrażenie treści w minimalistycznym, a jednozceśnie czytelnym przekazie graficznym kilku plam, kresek. Można się wręcz pokusić na pewne porównanie do przekazu pisemnego: obraz to rodzaj eseju, plakat zaś felietonu.

Od tamtego czasu obserwuję bogaty rozwój twórczości tego artysty. I jest imponujący. Za jego zgodą chciałbym przedtawić krótka serię grafik plakatowych , które w idealnej kwintesencji formy ukazują tragedię i zbrodnię wojny rosyjskiej na Ukrainie.

Dwa pierwsze oferują forme języka, liter. Litera “J” lub zblizona kształtem do niej litera “L” potrafią diametralnie zmienić sens tego słowa. W drugim proszę zwrócić uwage na kompozycję czołgu, który powstał z dwóch liter P i U. Trzy osatnie nie wymagają jakiegokolwiek opisu.

Wyszogród, Zakroczym, Czerwińsk …

by Bogumił Pacak-Gamalski

W przedostatnim tekście tutaj („Trzynastego grudnia czterdzieści lat temu – gdybym wówczas wiedział…” z datą 31 grudnia 2021) zastanawiałem się, w bardzo osobistej, intymnej prawie ‘spowiedzi niewierzącego’, co by ówczesny, młody ‘ja’ zrobił 30, 40 czy 45 lat temu, gdybym wówczas wiedział? Wiedział co? Gdybym wiedział, jaka będzie ta wymarzona wolna Polska, jakim będzie ten mój magiczno-niezłomny naród, który przetrwał 123 lata rozbiorów, a następnie (po krótkiej pauzie) pięćdziesiąt lat okupacji najpierw niemieckiej, potem bardzo długiej (choć łagodniejszej) sowieckiej? Ta nasza (moja?) solidarność, szlachetność, to przywiązanie do wolności, ta nasza ‘za naszą i waszą’? Plus kilka jeszcze innych krzepiących niezłomnego ducha mitów. Odpowiedzi jasnej nie znalazłem ani jej nie napisałem. Co najwyżej rzekę wątpliwości.

Nie, nie będę teraz tego tematu tu rozwijał. Odpowiedzi nie mam dalej. Wątpliwości co raz więcej.

Bieżące tematy, dzień dzisiejszy, u zarania nowego roku wymaga pytań mniej refleksyjnych, filozoficzno-historyczno-literackich. Pytań twardych – co w Polsce się dzieje? Politycy znienawidzeni przez jednych, uwielbiani przez drugich, szmatławcy i zbawiciele, skorumpowani ministrowie i ich podwładni, otoczeni aurą ‘zbawców narodu’ (wedle połowy tegoż narodu) politycy opozycji demokratycznej – cóż robicie? Jakie plany tworzycie by to społeczeństwo ratować w łapach tej straszliwej pandemii, jaka galopuje po świecie trzeci już rok? Wiem – protestujecie: za wolnością, za wolnymi sądami, za prawami kobiet i mniejszości socjalnych, za wolna sztuką, wolnymi mediami. Wszystko tematy szlachetne. Cóż, wszak szlachetnym narodem jesteśmy (z tym się nawet wasi przeciwnicy, ta druga połowa, zgadza).

A ludzie umierają. Tysiącami. Przejrzałem statystyki covidowe w Polsce. I ręce opadły. Szczęka też. Gdzie są posłowie opozycyjni każdego dnia, z każdej partii, domagający się od rządu powstrzymania tej fali kolejnych zakażeń, kolejnych zgonów? Gdzie jest wspólna strategia natychmiastowego i masowego zaszczepienia milionów osób, która zaszczepione nie są? Przestańcie biegać, jak nakręcane maszynki sterowane zdalnie przez Kaczyńskiego i jego dworu, z sikawką do każdego pożaru, które oni skutecznie podpalają, by utrzymać stałą linię wojny domowej, stałe zamieszanie. Jak to możliwe, że miliony osób wpadły w tą głupią pułapkę ‘ruchu anty-szczepionkowego’, w te żenujące bzdury spisku międzynarodowej farmy, zamachu na wolność, wstrzykiwania jakiś tajemnych przewodników-mini-tranzystorów i innych idiotyzmów, jakimi są karmieni i potem karmią się nawzajem bez skutecznego, racjonalnego i ostrego apelu o położenie temu kresu. O ratowanie ludzkiego życia. Dalej budujecie romantyczne mrzonki i twierdze Okopów Świętej Trójcy.   Nie wiem, przed polskimi faszystami Bosaka  czy ciemnogrodem PiSu? Bo Turków raczej nie widać…, nawet w okolicach Kamieńca Podolskiego.

O wolność trzeba walczyć, o prawdziwą demokrację też, o prawa ludzkie dla mniejszości, dla kobiet, o niezależnych od urzędasów i ich mocodawców sędziów. Ale te wielkie, piękne idee (rzeczywistość codzienna w normalnych krajach rozwiniętych) są przecież dla ludzi. Nie dla nagrobków. Wiec o ludzkie życie należy walczyć najpierw. Ta idea demokracji i praworządności wymaga byśmy ratowali też jednakowo życie tych, którzy z głupoty, z zaślepienia, z chciwości lub może nawet przekonań są wyborcami PiS czy nawet Bosaka.  Tutaj kończą się granice różnic politycznych. Zaczyna się biologia.

Z nawyku pismaka przytoczyłem, jako alegoryczne porównanie, nieco historii, literatury. Wieszcz Zygmunt Krasiński, Okopy Świętej Trójcy na dalekim Podolu. Na jedną jeszcze wycieczkę was, politycy mądrzy i czytelniku, których ich wspierasz, zaproszę. Czasy starsze o setki lat. Nie na kresach Rzeczypospolitej a w jej sercu, w centrum. Na Mazowszu. W trójkącie trzech dużych rzek, Narwi, Bzury i Wisły, są trzy historyczne, zapomniane miasteczka. Uśpione prowincjonalnym snem. Ale mocno zakotwiczone w polskiej historii. Wyszogród, Zakroczym i Czerwińsk. Wiodły tędy stare szlaki handlowe i szlaki wojów polskich i litewskich. Jak i wojów wrażych, przed którymi te stare twierdze grodzkie broniły przepraw. A Czerwińsk mały był się całkiem poważnie zapisał w wielkiej wojnie Jagiełły z Zakonem Krzyżowym – to tu Jagiełło z Witoldem umówili się na spotkanie i połączenie wojsk, tu aż z odległej Puszczy Radomskiej spławiony Wisłą, dotarł inżyniersko-saperski majstersztyk w postaci tzw. mostu łyżwowego, którym polskie chorągwie i ciury piesze niespodziewanie i w tajemnicy przeszły na Kujawy i stamtąd w zwycięskim marszu pod Grunwald. Samochodem nie dalej niż godzina, dwie może z Warszawy. Polecam latem się wybrać i te, jak na Polskę, starożytne grody zwiedzić, poczytać o nich. Co to ma wspólnego z Covidem? Wszystko. Bo te miasta mogły w ciągu kilku dni zniknąć. Wyparować w powietrze, jak Pompea w Italii. Między 20 grudnia a 2 styczniem tego roku, w ciągu dwunastu dni ledwie, zmarło na COVID w Polsce 6107 osób. Tak, w okresie przygotowań świątecznych i zabaw sylwestrowych. Mam nadzieję, że panie i panowie politycy, rządowi i opozycyjni, mieli też udane sylwestry … . Tyle ile w przybliżeniu mieszka ludzi w tych trzech historycznych mieścinach: Wyszogrodzie, Zakroczymiu i Czerwińsku. Tak, jakby jakieś obce samoloty nadleciały i obrzuciły te miasteczka bombami fosforowymi.  Gdyby tak się stało, gdyby jakieś obce samoloty zbombardowały i wymordowały ludność takich trzech polskich miasteczek – o czym byście panie i panowie posłowie i senatorzy Rzeczypospolitej na Wiejskiej w Warszawie mówili? Że nie szkoda róż, gdy płonie las?

Jeżeli nad niczym się autentycznie i solidarnie, jednogłośnie i jednomyślnie nie możecie zjednoczyć to spróbujcie nad tym. Stwórzcie wspólny, opozycyjny front anty-covidowy, pro-szczepionkowy. Koalicję Ratowania Życia.  Nie czekajcie na rząd. Oni udowodnili swoją bezradność i brak elementarnej gotowości przygotowania kraju do pandemii. Nie czekajcie na poparcie biznesu i środowisk gospodarczo-ekonomicznych.  Wytłumaczcie im jasno i prosto, że umarli nie będą chodzić do kawiarń, sal gimnastycznych ani na widowiska sportowe, muzyczne, teatralne. Nie ustawią się w kolejce do sklepów. Jedyny ruch będą mieć branże cmentarno-pogrzebowe. Jeżeli taka koalicja, taki ruch obywatelski się wam uda – to będzie szansa, że potraficie z tego doświadczenia, tej współpracy zbudować wielką koalicję wyborczą, gdy na wybory przyjdzie czas. I będziecie mogli z pełnym przekonaniem powiedzieć: ratowaliśmy wasze życie, gdy rząd tego robić nie potrafił.

W Polsce zaszczepionych (podwójną dawką) jest ledwie 55% społeczeństwa. To zatrważające. W Kanadzie jest to blisko 80%. W tym samym okresie dziesięciu dni od 20 grudnia zmarły w Kanadzie 304 osoby – to jest mniej niż 5% liczby zmarłych na COVID w Polsce w tych samych dniach. Przez całą pandemię w Kanadzie zmarło 30400 ludzi, z czego większość w pierwszej fali, gdy nikt jeszcze nie był zaszczepiony. W Polsce ta liczba jest 97590. Trzykrotnie wyższa. Omicron, najnowsza i najbardziej zakażalna odmiana wirusa, szaleje i zakaża tysiące ludzi w Kanadzie, podobnie, jak w Polsce. Nikt nie potrafił od tego uciec – chyba, że się mieszka w Nowej Zelandii, na środku oceanu i można zamknąć porty i przestrzeń powietrzną. To jest w końcu PANdemia, nie EPIdemia. Różnica między tymi dwoma krajami – Polską i Kanadą, które mają przybliżone zaludnienie – to różnica w ilości osób zaszczepionych.

To epidemiologiczny elementarz. Ale w czasach strasznej pandemii winien to być również elementarz polityczny. O moralnym pisać nie będę. Może to nie fair. Zresztą, co jest ‘fair’, gdy na stoisz nad trumną człowieka?