Lekcja z etyki w Carnegie Hall

Bogumił Pacak-Gamalski – wprowadzenie

oraz Jack Gibbons

Midtown Manhattan, NYC (fot. Ajay Suresh, NY, USA)

Znacie Państwo stare porzekadło: z kim przestajesz, takim się stajesz? Ot, ludowa mądrość, która – jak wiele tego typu mądrości – zawiera cenną przestrogę ale bywa też często używana nadmiernie, banalnie. Tekst poniżej (moje tłumaczenie za zgodą autora, wybitnego brytyjskiego  pianisty i kompozytora) zaczyna się od  przypomnienia popularnej anegdotki o Carnegie Hall, najbardziej renomowanej Sali Koncertowej Nowego Jorku, jednej z czołowych scen muzycznych świata.  Może dwa słowa wyjaśnienia dla czytelnika polskiego, być może nie znającego tej anegdoty. Zwłaszcza, że ma małe akcenty polskie: domniemani autorzy tego żartu to muzycy światowi z Polską związani: wielki pianista polsko-amerykański żydowskiego pochodzenia Artur Rubinstein oraz określany często, jako największy po Paganinim skrzypek, urodzony w Wilnie Jasha Heifetz.  Najbardziej znana wersja tego żartu sugeruje, że jakiś młody człowiek szukał kiedyś wejścia do Carnegie Hall i spytał przechodnia: czy wie pan jak się dostać do Carnegie Hall? Przechodzień, którym miał być ów wielki skrzypek Heifetz, właśnie wracający z własnego koncertu w Carnegie, spojrzał na pytającego młodzieńca i bez namysłu odpowiedział – ćwiczyć, ćwiczyć i ćwiczyć.

Ta zabawna nieco historyjka wyjaśnia i początek tekstu Gibbonsa i jego zakończenie. Ćwiczyć i pracować nad sobą trzeba. Ale nie tylko w technice swojego zawodu, powołania. Również nad własną ‘techniką’ etyczną, moralną.

Jack Gibbons, jest znanym światowym pianistą, jednym z najwybitniejszych interpretatorów  muzyki Georga Gershwina.  Sam w Carnegie Hall koncertował wielokrotnie. W jego własnym repertuarze poczesne miejsce zajmuje też muzyka Fryderyka Chopina.  Jak wielu wybitnych muzyków, Gibbons dba nie tylko o walory wirtuozowskie swego talentu, ale studiuje historię muzyki, biografie wielkich kompozytorów, wykonawców. Słowem jest po trochu muzykologiem, po trochu historykiem muzyki i przekazuje to czytelnikom i fanom w formie ciekawych tekstów.

Sam pamiętam wzruszenie, jakie mnie opanowało, gdy chodziłem po korytarzach Carnegie Hall w czasie moje wizyty w Nowym Jorku.  Wizyta była krótka i bardziej skupiona na doznaniach teatralnych i spotkaniach z serdecznym znajomym, polskim aktorem i inicjatorem życia teatralnego w Nowym Jorku, Omarem Sangare oraz jego wielkim osiągnięciem – Festiwalem United Solo z siedzibą w Nowym Jorku. Ale wizyta w murach tej zacnej placówki sprawiła mi wielką przyjemność. Pomny osiągnięć wielkich muzyków polskich lub z Polską związanych silnie. Łechtała też świadomość, że z niektórymi z nich łączy mnie też miła nić dobrej znajomości.  Świadomość, że grywał tam i Jan Lisiecki, wybitny młody polsko-kanadyjski pianista; Krzysztof Kaczka, jeden z najciekawszych flecistów polskich – muzycy, których znam i cenię ich wkład w polską i światową kulturę muzyczną.

Czy są to artyści, z którymi łączy mnie znajomość, czy też całe pokolenia innych, wybitnych wykonawców muzyki i jej współtwórców z Polską związanych – zawsze, gdy myślę o ich sukcesach w Carnegie oblewa mnie ciepłe wzruszenie i nie zasłużona nieco (wszak ja tam, na szczęście dla Carnegie Hall, nigdy nie grałem i grać nie będę ani muzykiem nie jestem) duma.  Ileż więcej dla Polski i jej kultury robią niż całe tłumy polityków! I mają cząstkę w utrwalaniu kultury ogólnoludzkiej, światowej.  Bo to nasza wspólna spuścizna. Wszystkich nas. Nie tylko Polaków czy Amerykanów, Francuzów czy Chińczyków. Nade wszystko jesteśmy ludźmi najpierw. Etniczności i narodowości to już tylko rzecz wtórna.

Wybitnych twórców, artystów nigdy nie można używać by dzielić lub poniżać innych. Nigdy zgody na to być nie może.  Ich geniusz należy do wszystkich.  Czyż tak trudno wyobrazić sobie np. sytuację, w której młody Fryderyk Chopin przeniesiony magią jakiejś maszyny czasowej znajduje się nagle w Warszawie w 2019 roku i idzie (co byłoby bardzo prawdopodobne, choć wiem, że to hiperbola tylko dla przykładu tu wstawiona) w Marszu Równości pod tęczowym sztandarem? Następnego dnia czyta, powiedzmy w arcy-szowinistycznej „Gazecie Polskiej”, że nie jest żadnym wielkim kompozytorem a ‘szmatą pedalską’, która jest niegodna polskiej sceny narodowej? Jak by opisali Karola Szymanowskiego, ojca współczesnej polskiej muzyki klasycznej? Czy to takie nierealne? Gdyby maszyna czasowa istniała – realne bardzo.  Fakt, że maszyny takiej nie ma a ‘umarli milczą’ – pozwala ludziom i ideom podłym wykorzystywać wielkie nazwiska i geniusze odeszłe dla swoich niecnych celów. Podszywać się pod te talenty, by móc zabłysnąć w ich blasku i chwale.

Taką próbę etycznego szalbierstwa podjęła w tym roku „Gazeta Polska” i jej Kluby w USA. Wykorzystując najbardziej znane w świecie geniusze muzyczne Polski i Ameryki: Fryderyka Chopina i Georga Gershwina oraz nadarzającą się okazję rocznicy 100-lecia nawiązania stosunków dyplomatycznych między Polską a Stanami Zjednoczonymi.  Gala miała odbyć się właśnie w tej zacnej Carnegie Hall z udziałem wybitnych muzyków artystów sceny muzycznej z Wielkiej Brytanii (Jack Gibbons), Kanady (jeden z czołowych pianistów kanadyjskich, Charles Richard-Hamelin), amerykańskich (znana sopranistka amerykańska, Angel Blue) i polskich (soliści Baletu Narodowego z Warszawy).

W tym samym czasie, gdy trwały przygotowywania do tej ‘Gali’, „Gazeta Polska” w kraju zainicjowała ohydną, wulgarną nagonkę nienawiści skierowanej na polską społeczność LGBTQ2 pod hasłem ‘strefa wolna od LGBT”. Ledwie dni kilka po skandalicznej akcji środowisk katolicko-nazistowskich, wspieranych przez miejscowych biskupów diecezjalnych, w Białymstoku. Akcji, która odbiła się głębokim echem w mediach światowych przynosząc ujmę imieniu Polski i godności Polaków. Akcja ta, powstrzymana chwilowo wyrokiem niezależnego sędziego polskiego (którzy są też w polu obstrzału rządu RP i wspieranych przez ten rząd środowisk szowinistycznych) skutkiem oskarżenia wniesionego przez młodego i zdolnego działacza, dziennikarza, osobę LGBTQ, Barta Staszewskiego – daje carte blanche każdemu choremu lub zaślepionemu nienawiścią osobnikowi do fizycznego ataku lub wręcz mordu. Nie nawołuje bezpośrednio do rękoczynów – ale daje ich usprawiedliwienie i niewypowiedziane ale jasno czytelne przyzwolenie do aktów kryminalnych.

I ta „Gazeta”, te jej Kluby chcą użyć nieświadomych ich działalności artystów do celebrowania rocznicy godnej, mimo to z planami „Gazety” wobec Polski nic nie mającej wspólnego.  Jedne słowo się ciśnie na usta: perfidia nie ograniczona jakimkolwiek hamulcem etycznym.

Więc wobec pianisty i kompozytora, twórcy kultury, Jacka Gibbonsa ode mnie niski pokłon szacunku i całkowite chapeau bas! Utwierdził Pan moją wiarę i przekonanie, że prawdziwy artysta, prawdziwy twórca nie żyje jedynie w mydlanej bańce swej sławy.  Człowiek kultury nie może zapomnieć, że wobec kultury ma zobowiązania. Talent to nie tylko maszynka do robienia pieniędzy. Talent to też poważny obowiązek.

Jak się dostać do Carnegie Hall?

Jack Gibbons

Jack Gibbons

‘Ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć’, oto odpowiedź z tego znanego, starego żartu. W świetle własnego, niedawnego doświadczenia, ten żart wymaga małej zmiany.

Kiedy wiele lat temu grałem po raz pierwszy w Carnegie Hall, pokazano mi list od Gershwina, w którym dziękował Carnegie Hall za ich pomoc. Carnegie była świadkiem premiery Amerykanina w Paryżu w 1928 a w 1935 była salą wybraną dla prywatnej próby orkiestralnej jego opery Porgy i  Bess. /… autor dalej wspomina  list brata kompozytora, Ery Gershwina i sopranistki Anny Brown opisujący ich wzruszenia z tej  ‘prapremiery’/

Kilka miesięcy temu czułem się bardzo uhonorowany, kiedy zwrócono się do mnie z prośbą aby grać ponownie w Carnegie Hall tej jesieni w gali muzycznej, którą miały być  obchody 100-lecia stosunków dyplomatycznych miedzy Polską i Ameryką (z udziałem licznych zaproszonych gości z ambasad, konsulatów, ONZ, itp.). Zaproponowano mi prezentację muzyki dwóch kompozytorów, którzy są bardzo ważną częścią mojego repertuaru: Chopina i Gershwina, zamykając koncert fragmentami z Porgy i Bess tego ostatniego. Oprócz tego miałem pracować z sopranistką Angel Blue we fragmentach z tej opery (Angel Blue ma właśnie otwierać w głównej roli  inscenizację Pogry i Bess w New York Metropolitan Opera – pierwszą inscenizacją na tej scenie od trzydziestu lat). Do udziału w tej Galii zaproszono również kanadyjskiego pianistę Charlesa Richarda-Hamelina i innych wybitnych muzyków.  Miałem też pracować z solistami Narodowego Baletu Polskiego w specjalnie zaprojektowanej choreografii do mojego repertuaru ‘prawdziwego Gershwina’. Brzmiało to wszystko jak wymarzony koncert, w którym byłbym szczęśliwy brać udział. Fakt, że nie poinformowano mnie jeszcze o nazwie  organizacji, która galę przygotowywała i promowała był nieco dziwny ale w świetle nazwisk artystów, z którymi miałem pracować – wydawało mi się to pominięciem drobnym.

Idąc do przodu kilka miesięcy (proszę o wybaczenie zmiany toku): w końcu lipca czytałem niepokojące informacje z BBC o polskim magazynie pod tytułem „Gazeta Polska”, który oferował nalepki swoim czytelnikom z tekstem informującym, że to ‘strefa wolna od LGBT’ z mrożącym symbolem czarnego X na tęczowej fladze. Zagłębienie się w lekturę przyniosły jeszcze zimniejsze dreszcze z ‘noty redakcyjnej’ naczelnego „Gazety” Tomasza Sakiewicza, opisującego LGBT, jako ‘ideologię, która posiada charakterystykę totalitaryzmu’ . Uzasadniał to porównaniem  sprzeczną z prawem boskim taktyką komunistów i nazistów.

Proszę sobie wyobrazić mój szok, kiedy w kilka minut po czytaniu tych wiadomości wszedłem na stronę web Carnegie Hall i zobaczyłem po raz pierwszy, że ten koncert, w  którym miałem wziąć udział 24 października był ‘prezentowany przez Klub Gazety Polskiej w Ameryce’. Natychmiast poprosiłem o wyjaśnienie od mojego kontaktu w Warszawie, jak i od przyjaciół z polskiej diaspory w Ameryce i bardzo szybko stało się jasne, że było to bezpośrednio związane z „Gazetą Polską”  w Polsce.  Gala w Carnegie Hall była promowana pod nazwą „Od Chopina do Gershwina” i byłem przekonany, że bez dociekliwości dziennikarskiej, większość nowojorczyków przypuszczalnie nie miałaby pojęcia, że za galą, która ma być  promowana w ich mieście kryje się propaganda anty-LGBT.

Oczywiście, po odkryciu tych faktów nie miałem wątpliwości, że muszę się wycofać z tego koncertu. To nie była decyzja podjęta lekko ale nie mogłem z czystym sumieniem brać udziału w wydarzeniu, które ma powiazania z organizacją, która wyznaje poglądy dla mnie obrzydliwe i które są w sprzeczności z wszystkim, co jest dla mnie ważne. Uważałem, też za swój obowiązek powiadomić innych wykonawców o charakterze organizacji, która ta gale przygotowuje. Po kontakcie z Charlsem Richardem-Hamelinem i Angelą Blue i poinformowaniu ich o kampanii „Gazety Polskiej”, oboje bez wahania podjęli też decyzję wycofania się z tego koncertu. I w ten sposób znalazłem się w przykrej sytuacji rozmontowania czegos, co początkowo wydawało się wymarzonym koncertem w Carnegie Hall. Byłem zadowolony czytając dziś, że ostatni schwytany w tą pułapkę „Gazety Polskiej”  artysta, pianista Paul Bisaccia, też mądrze wycofał się z udziału – niełatwa decyzja zważywszy na magnetyzm Carnegie Hall.

Smutnym aspektem tego wszystkiego, jest to, że muzyka, bardziej niż jakakolwiek inna forma sztuki, ma nadzwyczajną możliwość zbliżania ludzi, wyrastania ponad uprzedzenia, witania wszystkich, bez względu na różnice, do swojej magicznej harmonijności. 26 lipca tego roku, dacie mojego wycofania się z tej gali po odkryciu powiązan z „Gazetą Polską”, napisałem na mojej stronie Facebooka tekst o niezwykłym Astolphe de Custine. Astolphe de Custine był jednym z najbardziej oddanych wielbicieli Chopina i wśród jego wyjątkowych listów do kompozytora znaleźć można list wysłany do Chopina po jego ostatnim koncercie w Paryżu w 1848. Zawiera warte zapamiętania słowa: „Sztuka, tak jak ją rozumiesz Ty, jest jedyna rzeczą zdolną połączyć ludzkość podzieloną twardą rzeczywistością życia. Przez Chopina można pokochać i zrozumieć sąsiada.”  Astolphe de Coustine miał ważne powody do napisania tych słów będąc prześladowanym za swój homoseksualizm, kiedyś był tak dotkliwie pobity, że ledwo uszedł z życiem, był obiektem wyjątkowo ohydnych napaści w prasie. Jego słowa do Chopina nie mogłyby być bardziej adekwatne do tej sytuacji opisanej przeze mnie.

Cóż, wracając do mojego zwrotu w tytule: how to get to Carnegie Hall? Hmm, można odnieść wrażenie, że nie należy używać  moralnego kompasu.

Sto lat Niepodległości – czas wstać z łożka

by Bogumił Pacak-Gamalski

Przebudzenia bywają różne. Te powolne, z rozleniwionym witaniem się z nowym dniem, z przeciąganiem ramion;  te nagłe z zaskoczeniem, pytaniem wylęknionym: gdzie jestem? co to jest, co widzę wokół?

Niektóre trwają latami, jak śpiączka. Sen Polaka trwał bardzo długo. Nie pomogło i Przedwiośnie pana Stefana zacnego. Może cały wiek od 1918 do dziś. Jeśli nie sen, to byt w pół-majaku, częściowej tylko świadomości. Nasza świadoma, a więc aktywna przygoda z demokracją trwała może siedem, może góra dziesięć lat w ostatnim 200-leciu. Jakieś pięć lat z całego 20-lecia Międzywojennego i może góra drugie tyle po odzyskaniu suwerenności efektem Okrągłego Stołu i Magdalenki. Nie wiele na 200 lat z okładem. Głębiej iść nie ma sensu, bo o początkach współczesnej demokracji można dopiero mówić od XIX wieku.

Ale jest możliwym, że źródeł tego snu, tej maligny narodowej, szukać można pod Maciejowicami, w niespełnionej zapowiedzi Manifestu Połanieckiego Kościuszki. Tej zapowiedzi włączenia we współwładanie i współodpowiedzialność za Rzeczpospolitą najliczniejszej klasy społecznej – chłopstwa.

Osobny i długi bardzo temat. Warty jednak refleksji. Jego konsekwencje są dla mnie jasno widoczne i dziś, gdy patrzymy na polityczne i ideologiczne sympatie dużej części społeczeństwa polskiego. W tym też na ich wyraźny regionalizm, specyfikę geograficzną. Ostatecznie olbrzymia część mieszkańców polskich miast to nie potomkowie szlachty i tradycyjnej inteligencji polskiej oraz byłej klasy robotniczej (ta nigdy nie była liczna w Polsce, kraju rolniczym) ale potomkowie klasy chłopskiej, zwłaszcza tej najbiedniejszej. Szczególnie po 1945, kiedy nagle całe dzielnice, ulice, opustoszały i mogły przyjąć rzesze napływowej ludności okolicznej. Zwłaszcza w miastach, które do 1939 miały dużą liczbę ludności polskiej pochodzenia żydowskiego … .  Znowu – osobny i długi temat. Już rozpoczęty wiele lat temu w III Rzeczypospolitej ale ponownie przerwany od jesieni 2015 roku. Ale przerwanie rozmowy nie powoduje jej wyczerpania. Prędzej czy później trzeba będzie szczerze do niego powrócić. Znowu stracone x lat na rozmowę, którą i tak trzeba będzie przeprowadzić… .

Na razie jednak to, co w chwili obecnej wydaje mi się konstatacją najistotniejszą, refleksją najbardziej mnie poruszającą, najbardziej bolesną i zaskakującą – ów obywatelski sen niemocy politycznej. Z jednej strony państwo zachłannych i świadomych swych czynów polityków – z drugiej społeczeństwo lunatyków. Lunatyk to, jak wiemy, nie jest osoba zła lub niemoralna. Po prostu osoba w pewnego rodzaju transie, półświadomości.

Z jednej strony mary-czary sięgające doby romantycznej („Polska Chrystusem narodów’), ufortyfikowanej dobą literatury ‘ku pokrzepieniu serc’ i legendą heroicznych powstań (wszystkich przegranych, niestety), z drugiej obce, zimne i niebezpieczne mieszkania i ulice rzeczywistości. Rzeczywistości nie ze snu, a z przebudzonej realności. Więc łatwo się w takim sennym spacerze stuknąć kolanem o ostry kant stołu, potknąć o nieprzyjazne krzesło, czy zwyczajnie być potrąconym na ulicy przez przejeżdżający obojętnie samochód.

Czasem, miast krytykowania lunatyków, chciałoby się wykazać szczere zdumienie i zachwyt: jak wy to robicie, że jeszcze … no, istniejecie?!

Ano trwacie, bo bardzo na waszym trwaniu zależy klasom politycznym. Wszystkim. Od lewa po prawo. I tam na prawo od prawa, gdzie poczciwy i porządny człowiek nie zagląda. Jako jednak, że poczciwość i porządność nie jest cechą typową dla polityków – znaleźli się i tacy, którzy tam nie tylko zaglądają ale wręcz na stałe przebywają. Dla tych polityków wasz półsenny żywot jest jedyną szansą na przetrwanie.

Więc będą go ścisłe kontrolować, dozować dokładne dawki medycyny uniemożliwiającej pełne przebudzenie: raz dziennie pigułka ‘sprawiedliwości dziejowej’, dwa razy dziennie witamina religijności dewocyjnej; co tydzień jeden zastrzyk stężonego patriotyzmu rocznicowego przegranych powstań i wojen („ach, Boże mój, jak ci polscy ułani się  biją!”)  w pośladek, domięśniowo  i drugi dożylnie, w lewe ramię – ta strona od serca – z dużą dawką mityczno-mocarstwową ( od morza do morza, trójmorza, widelec dla Francji, husaria dla Wiedeńczyków, piloci dla Brytyjczyków, Jagiełło pod Grunwaldem, Żółkiewski pod Moskwą a Koniecpolski pod Kircholmem, itd. et ceatera do znudzenia, jak owsianka dla dzieci). W konieczności można sięgnąć po silne środki psychotropowe: kibole z flagami, bejsbolami i pochodniami, tudzież żołnierze wyklęci.
Dobre na jakiś scenariusz dla Ionesco, Becketa lub Witkacego. Fatalne na dłuższą metę dla normalnego funkcjonowania państwa.

DSC00218Jeden z nas-obywateli, po przebudzeniu, będąc świadomym, co czyni, nie chciał się z tą ‘terapią spiączkową’ władz politycznych pogodzić, nie chciał dobrowolnie poddać się tym ‘witaminom’, ‘zastrzykom’. Wolał z życiem się pożegnac swiadomie niż wrócic do kondycji lunatyka. Nie, nikogo nie namawiam do powtórzenia jego skrajnie dramatycznego i nieludzkiego kroku. Ale pamiętajcie Piotra Szęsnego, Szarego Obywatela. Niech nie tylko władzę ta pamieć boli, niech boli nas wszystkich, bo to – nasz indywidualny i zbiorowy ból – było celem jego aktu.

Jak to się stało? Morze atramentu na opisy i scenariusze wylano. Fatalna kampania wyborcza PO, gorsza jeszcze PSL i SD; niegodne prawdziwego lidera zachowania Kaczyńskiego, który skrył się za plecami Dudy i Szydło itd.  et nausea. Naturalnie autentyczne i nie rozwiązane do 2015 (dalej nie rozwiązane w większości, poza skutecznym i popularnym chwytem rozdawnictwa 500 złotych na rodziny wielodzietne) problemy tzw. zapomnianej warstwy społecznej tych, którym przejście z państwa opiekuńczego sowieckiego socjalizmu do samodzielności ekonomicznej kapitalistycznej demokracji nie udało się. To są suche fakty polityczno-ekonomiczne. Zasadniczą przyczyną była jednak kompletna obojętność większości wobec samego faktu wyborów. W ten sposób mniejszość wyborcza wybrała i większość i mniejszość parlamentarną. Czyli większość społeczeństwa pozostała bez głosu i reprezentantów politycznych. I tu można by zakończyć wywód mówiąc po prostu – macie to, na co zasłużyliście i co (nie głosując) chcieliście z lenistwa umysłowego i bardzo niskiej świadomości politycznej.

To naturalnie szalenie uproszczony opis tego, co miało miejsce latem i jesienią 2015 w Polsce. Tylko, że w uproszczonej formie zupełnie adekwatny i prawdziwy. Wielkim wodzem i strategiem określa się dowódców, którzy wygrywają batalie mimo olbrzymiej przewagi wojsk przeciwnika. W warunkach wyrównanych mocy lub wręcz małej przewagi – zwycięstwo w batalii jest zasługą nie zwycięskiego wodza ale efektem nieudolności wodza przegranego. A wodzem prawdziwie przegranym w wyborach 2015 roku był (nie)wyborca polski. Obywatel, który do obywatelskości nie dorósł.

Przeważyła mentalność poddanego i małorolnego chłopa, któremu obiecano nowe morgi od kolejny raz parcelowanego majątku dziedzica.

Nabrzmiała od pustego powietrza (złośliwy mógłby powiedzieć, że to nie powietrze a inny rodzaj gazu, nie z płuc a dolnej części ciała się wydobywający) bańka polskiej polityki i wewnętrznej i zagranicznej pęknie lada moment. Historia ma to do siebie, że prędzej czy później wystawia weksle za popełnione świadomie długi ekonomiczne i polityczne. Na ogół prędzej niż się dłużnicy spodziewają. A długi Polski są olbrzymie i rosną. Weksle historyczne spłacane być muszą. Nie przez władze a przez społeczeństwo. Jak kiedyś pewien niezbyt moralny za to całkowicie w tym stwierdzeniu słuszny, polityk kąśliwie zauważył: władza się zawsze wyżywi. Poza sytuacjami skrajnymi, rewolucyjnymi, gdy władza nie pada ale zawisa na udekorowanych szubienicami deptakach miast i wiejskich rogatek. Nie sądzę by ta perspektywa nas jednak czekała. Mam nadzieję. Do pewnego stopnia można się pogodzić już dziś z faktem, że kolejne szeregi politycznych zauszników włodarzy kraju zdążyły się już zabezpieczyć skradzionymi (poprzez masową dziś w Polsce, jak nigdy chyba przedtem, korupcję obozu rządzącego) milionami posad, synekur i nadań. Tych pieniędzy raczej już społeczeństwo nigdy nie zobaczy. Ani Skarb państwa. Trudno, za głupotę i życie w pół-śnie się płaci.

Pytanie jest: ale co dalej? Dać władze nowym szeregom głodnych-dumnych-chmurnych, którzy za cenę burzenia pomników poprzedniej władzy i kolejnych zmian nazw ulic i skwerów dalej będą grzęznąc w tym samym błocie pozbawionym wizji nowoczesnej Polski? Polski prawdziwie europejskiej? Państwa obywateli a nie tylko pracowników, petentów, którzy nocą marzą, że są wolni a za dni chodzą ulicami w lunatycznym majaku? Tego, z doświadczenia, można się raczej spodziewać po elicie poprzedniej skupionej w szeregach dzisiejszej opozycji parlamentarnej. Nigdzie prawie wśród nich nie widać wizjonera, kogoś, kto zrozumiał czego kraj i społeczeństwo potrzebuje. Kto pojął, że winę za okrutne przekoślawienia i demoralizację Polski dokonana przez PiS – ponoszą wszystkie czołowe partie III Rzeczypospolitej, a zwłaszcza partie centro prawicowe (PO i PSL). I że od tego naprawę zacząć winny. Do tej pory takiego programu naprawy nie widziałem. Zbudowanie ad hoc, pod naporem żądań grup niezależnego ale zorganizowanego społeczeństwa demokratycznego, mini koalicji przed wyborami samorządowymi nie jest nawet krokiem w tym kierunku. Raczej zwróceniem jedynie głowy w tą stronę. Same wyniki tych wyborów powinny być zimnym prysznicem a nie okazja do wiwatów. Osiągnięto pata politycznego. Kilka spektakularnych zwycięstw opozycji (np. Warszawa) nie zmienia faktu, że po trzech latach straszliwych i czysto dyktatorskich rządów … PiS nie został zmieciony masowym gniewem obywatelskim pod dywan politycznej porażki.  A nie został. Wybory, dużo popularniejsze nawet niż ostatnie parlamentarne dały w najlepszym wypadku pata. To nie jest zwycięstwo a jedynie utrzymanie frontów i ustalonych pozycji. Coś na zasadzie frontu zachodniego w I wojnie światowej. Nieruchomego i bezustannie krwawiącego.

Te opisywane na początku tekstu ‘terapie’ pisowskie zadziałały wobec bardzo sporej grupy pół-obywateli. Jedni są otumanieni, inni po prostu chciwi, reszta lubi, jak się sąsiadom dokopuje i ich napastuje (zwłaszcza jak bardziej zamożnym, wykształconym lub po prostu inaczej myślącym, tym cholernym elytom!, których nikt w Polsce nie lubi. Co w samo w sobie jest jakimś idiotycznym zaczadzeniem, bo któż, jak nie elity każdy naród i państwo budowały, wzmacniały?!). Pewna grupa (pewnie spora) po prostu nie lubi się ‘wychylać’. Niby jest za demokracją, za praworządnością ale … nie mymi rączkami , co ja sam mogę, nec Hercules contra plures … . A może jednak ta Unia w końcu im się do skóry dobierze i porządek wprowadzi, może Tusk jednak wróci na białym koniu … I na tym koniec. A Unia, bez aktywnego poparcia większości Polaków – Polski nie uratuje od ruiny moralnej i konstytucyjnej. Ani rycerz na białym koniu.

Jedynym, wyraźnym i poważnym zwycięstwem, osiągnięciem polityki pisowskiej jest autentyczna aktywizacja i organizacja świadomych środowisk demokratycznych i ich bardzo wyraźny wzrost: od KODu poczynając na małych grupach lokalnych kończąc. To liczby poważne. Niestety, jak w każdym – nawet zdrowym – społeczeństwie: aktywiści i ludzie zaangażowani w pracy obywatelsko-politycznej nie stworzą większości wyborczej. Te grupy dokonywały niebywałych rzeczy  protestując i stawiając opór wobec pisowskiej inwazji populistyczno-ultrakatolicko-nacjonalistycznej. Teraz czas by równą aktywność i poświęcenie skierowały na swoich współobywateli. Robić wszystko by ich z tego marszu lunatyków obudzić. By zrozumieli, że są obywatelami a nie poddanymi. Że to nie niezależny sędzia jest łobuzem a polityk, który tak tego sędziego nazwał; smoleńskie czary i smoleńskie msze są dobre dla sekty a nie dla społeczeństwa; że prezydent nas autentycznie reprezentuje poza granicami, każdego z nas i nie powinien swym zachowanie każdorazowo zmuszać nas do rumieńców wstydu; że premier (jako polityk mimo wszystko…) może się pomylić lub czasem nawet świadomie skłamać ale nie powinien mówić prawdy tylko wtedy, gdy się pomyli; że policja nie jest po to, by chronić faszystów od obywateli a odwrotnie; że minister sprawiedliwości jest od stania na straży niezawisłości sędziów, szacunku wobec nich a nie od chuligańskich na nich ataków;  że środowiska prawicowe maja prawo mieć swoje stacje telewizyjne ale nie maja prawa zawłaszczać w tym celu telewizji publicznej; że stawianie pompatycznych i idiotycznych pomników jest propaganda  państw komunistycznych i dyktatorskich a nie demokratycznych. A przede wszystkim, że godność i szacunek, że wolność nie jest na sprzedaż. Ani za 500 ani 5000,000.00 złotych.

Czy przebudzenie Polaka-obywatela jest możliwe? Tak. Czy się przebudzi? Nie wiem.

 

 

List Polaka do kanclerza Niemiec

poniżej podaję bez komentarza – ale z pełnym zrozumieniem emocji i logiki Autora – pełny list znanego artysty pióra, kamery i sceny, Stanisława Brejdyganta, do Angeli Merkel, Kanclerza Republiki Federalnej Niemiec. Tekst List podajemy ze szpalt “Gazety Wyborczej”.

List obywatela Rzeczpospolitej Polskiej do pani kanclerz Republiki Federalnej Niemiec

Chciałem Pani złożyć wyrazy najgłębszego szacunku i podziwu.

Szanowna Pani Kanclerz,

Mam długie życie za sobą i noszę w sobie żywą pamięć tego długiego życia. Urodziłem się i wychowałem w Warszawie. Całe moje dzieciństwo przypadło na tragiczne i okrutne (w tym mieście szczególnie) czasy okupacji niemieckiej. Umyślnie piszę, zgodnie z historyczną prawdą, niemieckiej, bo przecież to Niemcy okupowali mój kraj, a nie jacyś, jedynie, naziści. Mam zatem prawo Niemców bardzo źle wspominać. Oczami dziecka widziałem uliczną egzekucję. Mama próbowała zasłaniać mi oczy. Widziałem też płonące w środku miasta getto. I wiedziałem, że płoną tam ludzie. No a potem widziałem zagładę mego miasta, Powstanie Warszawskie. W tym Powstaniu bohatersko walczyła moja starsza, piętnastoletnia siostra. Jedna z nielicznych ocalała. Ale z rąk Niemców w tamtym czasie, zginęło dwóch braci matki, jeden torturowany w gestapo, drugi na barykadzie Powstania. Także w Powstaniu zginął brat ojca, wyższy oficer Armii Krajowej. Powtórzę, mam prawo Niemców źle wspominać. I wspominam źle, tamtych Niemców.

Ludzie ludziom zgotowali ten los

Myślę, że nic i nikt nie jest w stanie zdjąć z narodu niemieckiego odpowiedzialności za niewiarygodne zbrodnie, których dokonali Niemcy w czasie II wojny światowej. A jednak w mojej świadomości trwa najmądrzejsza, najgłębsza ocena Czasów Zagłady wyrażona w krótkim zdaniu sformułowanym przez polską pisarkę Zofię Nałkowską nazajutrz po wojnie w 1945 roku: „Ludzie ludziom zgotowali ten los”. Bo też w minionym XX wieku doświadczyliśmy największej w dziejach kompromitacji człowieczeństwa.

Moje, dość bogate jak widać, doświadczenie życiowe wskazuje na tak oczywistą prawdę jak ta, że rewanż, zemsta niczego nie załatwia, pogłębia jedynie tragizm kondycji ludzkiej. Dlatego dumny jestem, że to jako pierwsi polscy biskupi wyciągnęli rękę w geście pojednania do Niemców. Bo też był to wielki i mądry, prawdziwie chrześcijański gest

Przez kilkadziesiąt lat, jakie minęły od czasów wojny, wyrosły i w Polsce, i w Niemczech kolejne pokolenia. Różne demony, ale także dobre duchy kształtują w różnych okresach losy ludzi i dzieje narodów. Otóż, gdy mój naród przywrócił sens hasłu: „Za naszą i waszą wolność”, gdy Lech Wałęsa mądrze dowodził pokojową armią „Solidarności”, której działania przybliżyły moment zburzenia ładu jałtańskiego i doprowadziły do zburzenia berlińskiego muru, i gdy w tych działaniach nastąpiła przerwa, trudna próba oporu, stan wojenny w Polsce, wtedy ludzie dobrej woli z całego świata przyszli nam z pomocą.

I wówczas, kto wie, czy nie największe wsparcie przyszło do nas z Niemiec. I nie był to pierwszy przykład braterskiej współpracy i pomocy pomiędzy naszymi narodami, bo były też inne w różnych czasach. Najgłośniejszy zaś i najbardziej, powiedzielibyśmy dzisiaj, spektakularny po 1831 roku po upadku powstania listopadowego, kiedy to naszych uchodźców, „żołnierzy tułaczy”, z największym entuzjazmem witano i pomagano im w krajach niemieckich.

Od Ottona III do Jana Pawła II

No i wreszcie u progu XXI wieku nastąpiło w naszych dziejach coś najwspanialszego, co mogło się wydarzyć. Wstąpiliśmy do wymarzonej przez upartych wizjonerów i stworzonej przez błogosławionych Chrześcijańskich Demokratów (Schuman, Adenauer, De Gasperi) Unii Europejskiej.

Nareszcie koniec wojen i konfliktów, nareszcie oczekiwana przez wieki, od Ottona III do Jana Pawła II, Wspólna Europa. I my w niej, my, Polacy, i wy, Niemcy. Jeżeli użyję zwrotu „braterska współpraca”, to wiem, że zabrzmi to patetycznie. Może też przesadnie. Ale przecież wspólnota interesów także może być braterska. I mogła być. I była.

Świadczy o tym przecież dobrze funkcjonujący Trójkąt Weimarski, który niestety z winy mego obecnego rządu dziś nie funkcjonuje. Cóż, wiele pięknych, szlachetnych inicjatyw nie funkcjonuje dziś z winy obecnego mojego rządu, który to rząd, istotnie mający mandat większości w wyborach (a co to znaczy ów „mandat większości”, to najlepiej wiecie wy, Niemcy, którzy doświadczyliście upadku demokratycznej republiki w waszym kraj, u progu lat 30. za sprawą wolnych wyborów i „mandatu większości”) uważa, że może być władcą dusz naszych i sumień.

Otóż oświadczam, że nie może. Nasze sumienia i nasza świadomość nie chcą dopuścić, aby nasz naród, nieraz już przegrywający z innymi silniejszymi narodami, a także z nieubłaganymi prawami historii, kierowany przez nieodpowiedzialnych szaleńców po raz kolejny stoczył się w przepaść. A wiem, dziś jest blisko krawędzi.

Tandetna propagandowa zagrywka

Mój rząd wystąpił ostatnio z żądaniami od Niemiec reparacji wojennych. Nie wiem, czy mój rząd ma rację, nie wiem, skłonny jestem przypuszczać, że w swoim czasie, zaraz po wojnie, niemało nam się należało. Wiem, na przykład, jak egzekwowali „rachunek za wojnę” zwycięscy Brytyjczycy. Tylko że my wcale nie byliśmy, jak Pani dobrze wie, zwycięzcami w tamtej wojnie, mimo że niby należeliśmy do obozu zwycięzców.

Byliśmy wasalnym państwem wielkiego zwycięscy (na polach bitew, ale przede wszystkim w Teheranie i w Jałcie), czyli Związku Radzieckiego. Moja młodość i wiek dojrzały upłynęły, podobnie jak Pani młodość, w satelickim państwie, w tak zwanym bloku sowieckim. Zatem nie my – to ktoś za nas Polaków decydował. I zdecydował.

I stało się to, co się stało. Zatem nawet mało inteligentny człowiek, ktoś z niewielkim wykształceniem, nie może nie wiedzieć, że to, co czyni mój rząd obecnie, to jest humbug, tandetna, propagandowa zagrywka obliczona na poklask najbardziej nieświadomych rodaków. Cynizm w stanie czystym. Wszak już nieraz w trudnych dla tego reżimu momentach, podejmowano ten temat.

Był to dyżurny temat PRL-u, niezawodna zagrywka towarzysza Gomułki. Wstyd mi. Trudno opisać, jak bardzo mi wstyd. Wiem, że czyni Pani niemałe wysiłki, by pertraktować z obecnym rządem mego kraju. I wiem, że czyni Pani to bona fide, w dobrej wierze.

I wiem, że moi przywódcy nie rozmawiają, niestety, w dobrej wierze. Mam pełne prawo przypuszczać, że odwołując się, w sposób absolutnie cyniczny, do antyniemieckich fobii ludzi prostych, budząc niechęć, ba, nienawiść, prowadzą mój kraj i mój naród ku zagładzie. Bo wypchnięcie nas z Unii Europejskiej (co jest, niestety, obawiam się, złowrogą intencją prezesa rządzącej partii) oznaczałoby koniec niezawisłości Polski. Przyzna Pani, jak tragiczna jest świadomość przynależności do narodu, którego przywódcy zmierzają wprost, świadomie czy nieświadomie, ku zagładzie tego narodu.

Uratujcie Europę

A teraz powrócę do pierwszego zdania mego listu, do wyrazów szacunku i podziwu dla Pani. Otóż uważam, że jest Pani niezwykłym politykiem. Ratuje Pani bowiem godność polityki, nie odbierając jej walorów moralności. Dla małych, karłowatych politykierów polityka to jedynie gra. Zatem grają oni sobie. Za nas. I niby dla nas. I to jest przerażające, bowiem czynią to ludzie skończenie niemoralni. Dla Pani, wiem to, bo jest to czytelne, moralność jest ważna. To rzadkie, Boże, jak bardzo rzadkie!

W ostatnich kilkudziesięciu latach miała Pani niewielu poprzedników. Najważniejszy z nich, największy, to bohater mego życia Nelson Mandela. Prawdziwa wielkość człowieczeństwa. 24 lata w ciężkim więzieniu i wyjście z tego więzienia bez kropli nienawiści. Komisja Prawdy i Pojednania i krzesło dla strażnika więziennego, pośród prezydentów i monarchów, na uroczystości inauguracji jego prezydentury. Zatem On. A teraz Pani. Na pewno przy swym niewątpliwie dobrym sercu i światłym umyśle popełniła Pani błąd, otwierając, jakby to powiedzieć, zbyt szeroko wrota dla uchodźców. Ale, Boże, jakbym ja chciał mieć takiego przywódcę kraju jak Pani, kogoś, kto popełnia takie błędy! W imię miłosierdzia. I ludzkiej solidarności.

A nie, jak mój rząd, który wiedząc, jak obcy jeszcze nie tak dawno ratowali niezliczone rzesze mych rodaków, dziś bezwzględnie zamyka granice przed obcymi. Ba, nieformalny przywódca narodu judzi hasłami, które przypominają najgorsze czasy historii Pani narodu i uprawianą wówczas propagandę, przekonując o „zagrożeniu, chorobami, zarazą”. Powtórzę, nie jestem w stanie opisać wstydu, jaki mnie ogarnia. Za mój rząd. I za mych rodaków. Tych, którzy być może uwierzyli w te haniebne brednie.

Na koniec to, o czym jestem przekonany: jest Pani prawdziwym mężem stanu. Niech mi darują feministki, ale nie mogę znaleźć innego sformułowania, jeśli chcą takie znaleźć, niech spróbują. Otóż w tym miejscu chcę wyjaśnić to, co niby oczywiste. Polityk, nawet, powiedzmy, dobry polityk, to ktoś, kto jedynie „gra w tę grę”. Walczy o głosy wyborców. Schlebia im i oczywiście ich oszukuje. Mąż stanu, przede wszystkim, mówi prawdę. Czasem niemile widzianą. I wierzy w to, co mówi.

Przypomnę sławne słowa innego męża stanu Winstona Churchilla: „Ofiaruję wam pot, łzy i krew”. Wiem, że nie jest Pani łatwo, demokracja jest bezwzględna, trzeba zdobywać głosy. Ale ja wiem, że to Pani i tylko Pani jest jedynym w mojej ojczystej Europie mężem stanu. Cóż, liczę na młodego człowieka z Francji, na prezydenta Macrona. Oby nas nie zawiódł. Obyście obydwoje uratowali moją większą ojczyznę (bo ta mniejsza, najbliższa memu sercu, to Polska) Europę.

Pozwoli Pani, że zakończę angielskim zwrotem, bo po polsku tak listów się nie kończy, a ja właśnie tak chciałbym go skończyć: God bless you!

Stanisław Brejdygant – ur. w 1936 r., aktor, reżyser, scenarzysta, pisarz i dramaturg

96px-Stanislaw_Brejdygant
St. Brejdygant (fot. C. Piwowarskiego ze zbiorów Wikimedia Commons)

/Absolwent polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim, wydziału aktorskiego Warszawskiej Szkoły Teatralnej i reżyserii w łódzkiej filmówce. Jako aktor występował na deskach teatrów warszawskich: Narodowego, Powszechnego, Nowego i Dramatycznego a także Teatru Bałtyckiego w Koszalinie, Teatru Polskiego w Poznaniu i Teatru Nowego w Łodzi. Jako reżyser pracował w Teatrze Współczesnym we Wrocławiu i Teatrze Nowym Warszawie. Ma w swoim dorobku role szekspirowskie i w adaptacjach Dostojewskiego, a także w wielu innych. Jako reżyser wystawił m.in. Wiecznego małżonka i Idiotę Dostojewskiego oraz pięć oper (m.in. Damę Pikową Piotra Czajkowskiego). Ma w swoim dorobku kilka filmów, słuchowisk radiowych i widowisk plenerowych.  Jest członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, był członkiem Zarządu Głównego ZASP-u, ZAiKS-u, PEN Clubu, ITI oraz Rady Pisarzy Trzech Mórz. Ojciec aktora Igora Brejdyganta i muzyka Krzysztofa Zalewskiego./