Historia Murzynów Kanadzie

cz.2

Lojaliści murzyńscy przybywają do Halifaksu po Rewolucji Amerykańskiej

W stuleciu między połową XVI i XVII wieku w Nowej Francji (Qubec i okolice) zamieszkiwało około 1000 Murzynów. Byli to głównie niewolnicy sprowadzeni z Nowej Anglii (północno-wschodnie wybrzeże dzisiejszego USA) i Zachodnich Indii. Pierwszym sprzedanym w Quebec niewolnikiem sprowadzonym bezpośrednio z Afryki był Olivier Le Juene, w 1629. Przypadki takie były bardzo odosobnione, a olbrzymia większość Murzynów znalazła się w Nowej Francji i Akadii (później – po zdobyciu Akadii przez Brytyjczyków –  Nowej Szkocji) z terenów amerykańskich i z Karaibów, tzw. Zachodnich Indii. Niewolnictwo, mimo że legalne i we francuskiej i angielskiej Kanadzie, nie było ani masowe ani popularne. Częste były wypadki legalnego zrzekania się prawa własności i legalnego uwalnianie niewolników. Zwłaszcza w przypadku nowego, urodzonego już na tych terenach pokolenia. To była tzw. pierwsza fala osadnictwa murzyńskiego na tych terenach. W 1759 roku w Nowej Francji zarejestrowanych była już pokaźna liczba 3600 niewolników, z których tylko 1030 sprowadzonych bezpośrednio z Afryki. Olbrzymia większość z nich skupiona była w Montrealu i okolicach.

Wschodnie tereny dzisiejszej Kanady skolonizowane były w pierwszym okresie przez Francję pod dwoma niezależnymi jednostkami administracyjnymi: na południe i północ od zatoki i rzeki św Wawrzyńca była Nowa Francja, zaś część atlantycka tworzyła Akadię (dzisiaj Nowa Szkocja, Nowy Brunszwik i Wyspa Księcia Edwarda). Po przegranej przez Francje wieloletniej kampanii wojennej w wojnie z Anglią w Europie i Ameryce Północnej, Francja podpisała układ pokojowy w Utrechcie zrzekając się suwerenności Akadii na rzecz Wielkiej Brytanii w 1713. Ale zatargi terytorialne z Francja trwały jeszcze do drugiej połowi XVIII wieku. Efektem tego była m.in. straszna deportacja ponad 10 000 Akadyjczyków przez kolonistów brytyjskich i w konsekwencji poważne wyludnienie Nowej Szkocji. Stwarzwało to potrzebę i możliwość nowego osadnictwa, niezbędnego do rozwoju ekonomicznego kolonii.  Tak otworzyła się doga ku kolejnym falom osadnictwa murzyńskiego.

W ostatniej dekadzie XVIII wieku sprowadzono do Nowej Szkocji ok 800 Maronów z Jamajki. W kolejnych latach ta liczba wzrosła. Byli to wolni potomkowie niewolników na Karaibach, którzy na Jamajce stwarzali poważne kłopoty administracji brytyjskiej (a wcześniej hiszpańskiej) organizując regularne rebelie i de facto tworząc niezależne mini-państwo w terenach oddalonych od centrów portowo-politycznych. Czarnym Jamajczykom obiecano nadania ziemskie w Nowej Szkocji i pełna swobodę ekonomiczną i kulturową. Oczywiście rzeczywistość nie była tak różowa. Ziemię dostawali na ugorach, gorszą niż biali i mniej. Nowa Szkocja z ostrym klimatem i słabo rozwinięta ekonomicznie dla wielu okazała się piekłem zamiast rajem.  Maroni, nie będąc niewolnikami, bardzo się przeciw temu buntowali i protestowali.  Efektem tego była jedyna w tamtych czasach droga osadnictwa murzyńskiego … w odwrotna stronę. Z Halifaksu wypłynął  statek z czarnymi osadnikami do … Afryki. Do właśnie powstałego Sierra Leone i Freeportu. Łącznie tą drogą emigrowało do Afryki miedzy 1792 a 1800 rokiem blisko 1700 Maronów.  Ale olbrzymia część z tych, którzy przypłynęli z Karaibów do Nowej Szkocji zdecydowała, mimo trudnych warunków, tu pozostać.

Kolejną dużą falą osadnictwa murzyńskiego były wojny o niepodległość Stanów w 1812 i wojna secesyjna 1860-65.

Wojna o niepodległość USA podzieliła białych osadników na dwa obozy: tzw. Lojalistów wiernych koronie brytyjskiej i republikanów dążących do ustanowienia wolnych stanów-republik. Z wielu względów tereny północne (szczególnie obszary, które stworzyły późniejszą konfederację Kanady) kontynentu były zdecydowanie po stronie Lojalistów.  Ci zaś mogli liczyć nie tylko na własne siły, ale przede wszystkim na regularną armię brytyjską. Strona republikańska mogła liczyć jedynie na zaciąg do wojska i rezerwy lokalne, z kolonii. Naturalne stało się więc zabieganie o oddziały pomocnicze i zaciąg wśród niewolniczej ludności murzyńskiej. O wiele liczniejszej na południe od Nowej Szkocji i Wielkich Jezior. Lojaliści i władze administracji królewskiej wykorzystały ten moment obiecując wolność dla tych niewolników, którzy przejdą na stronę brytyjską. Faktem nie do przecenienia były też dużo silniejsze sympatie abolicyjne w północnych koloniach i prowincjach niż w południowych.

Efektem tych dwóch fal w drugiej połowie XIX wieku na terenach atlantyckich i w Górnej Kanadzie znalazło osiedlenie ponad 40 000 Murzynów. Była to, jak na ówczesne czasy, liczba poważna.

Od samego zarania była to mieszanina ludzi wolnych i niewolników. Ale z każdym rokiem liczba osób wolnych rosła bardzo szybko. Prawa lokalne, jak i tendencje z Europy sprzyjały emancypacji ludności murzyńskiej.  Bynajmniej, nie przedkładało się to na jakiekolwiek stosunki równouprawnienia w praktyce lokalnej.

Murzyni – mimo, że byli często podstawową siła roboczą przy budowie i rozbudowie miast, portów i dróg – traktowani byli, jako obywatele drugiej bądź trzeciej klasy. Mieszkali głownie na obrzeżach większych ośrodków miejskich lub poza ich granicami bez dostępu do najbardziej nawet prymitywnych usług miejskich. Po zbudowaniu linii kolejowych liczyć mogli jedynie na typowe prace porterów w tych pociągach – bez wyjątku te najniższe pozycje ofertowały im i tak zarobki jeszcze niższe od tych oferowanych białej biedocie. Nawet gdyby chcieli, nie byłoby ich stać na wynajęcie mieszkań lub ziemi na domki w miastach, zwłaszcza w Halifaksie. To odosobnienie wiązało się z brakiem wszelkiego, nawet najbardziej podstawowego, szkolnictwa dla ich dzieci. Brakło też miejsca i możliwości praktyk religijnych, kościołów. Murzyni i ich potomkowie z Południowych Stanów byli głównie baptystami – Nowa Szkocja i Nowy Brunszwik zaś to albo kościoły anglikańskie lub protestacyjne z protestanckiej emigracji z Europy lub katolickie z ludności francuskiej po-akadyjskiej. Wszystko to stwarzało atmosferę jeszcze większego wyobcowania, ‘inności’ spotęgowanej odmiennym wyglądem (kolor skóry) i odmą niewolnictwa, która dla prostej ludności białej wiązała się z pewnym podczłowieczeństwem, niższą kategorią człowieka.

Ta atmosfera i wyraźna dyskryminacja przetrwała do czasów współczesnych. Dopiero ostatnie trzy, cztery dziesięciolecia zaczęły robić w tym poważny wyłom i stopniowo niwelować te podziały. Co generalnie wiązało się z nastrojami i prądami po II wojnie światowej w całej cywilizacji zachodniej i na całym świecie, które wysunęły pojęcia praw obywatelskich i praw człowieka , jako zagadnienia pierwszorzędne w organizacji społeczeństw i państw.

Ale stare przyzwyczajenie i złe nawyki nie łatwo zmienić aktem urzędowym. To wymaga lat edukacji i zmian sposobu myślenia. Zmian generacyjnych. Ciągle jest to  (dyskryminacja) widoczne w sposobie załatwianie spraw i widzenia świata w podstawowych służbach państwowych: nie ulega najmniejszej kwestii, że do dziś pewne obrzydliwe nawyki sił policyjnych opanowane są zmorą dyskryminacji i nierównego traktowania obywatela białego a Murzyna lub autochtona. Dowodem tego są więzienia i wyroki sądowe, gdzie ta ludność jest obiektem wyższych kar i karceracji niż jakiekolwiek statystyki zaludnienia by na to mogły znaleźć uzasadnienie.

Bardzo dobitnym przykładem przeszkód napotykanych przez Murzynów w Nowej Szkocji jest historia osiedla/kolonii Africville.

Brytyjski port Halifaks założono w 1749. Zbudowano go u wezgłowia Zalewu Bedfordzkiego. Przy budowie miasta bardzo poważny udział mieli niewolnicy murzyńscy i wedle źródeł ich miejscem pobytu były południowe brzegi tego zalewu, tuż poza rogatkami miasta. W 1761 w tejże okolicy nadano duże parcele białym handlarzom niewolników.  W 1836 zbudowano drogę łącząca te tereny z miastem.  Wiadomo, że w tym samym czasie mieszkały już tam rodziny wyzwolonych Murzynów, Maronów z Jamajki i uciekinierów z czasów wojny 1812. Wkrótce tą okolice nazwano Wioską Afrykańską – Africville. Nowego życia dla tej kolonii dodało osiedlenie się tam dwóch braci pastorów Browny – duchownych Zjednoczonego Kościoła Baptystów. Zbudowali tu kościół, który stał się centrum życia religijnego, socjalnego i edukacyjnego tej społeczności. Znane były i bardzo świętowane obrzędy chrztu, gdy dorośli wchodzili w białej odzieży w wody zalewu i tam, jak w biblijnym Jordanie, odbywał się chrzest. Zbierało to tłumy, w tym białych, obserwatorów tej uroczystości.

W krótkim czasie Africville została domem dla 80 murzyńskich rodzin. Domki bardzo małe ale kolorowe, z zadbanymi obejściami, poletka warzywne i kwietne ogrody. Dla wielu białych taka bliskość dobrze zorganizowanej społeczności była solą w oku.  Właściciele tych murzyńskich posesji musieli płacić podatki od nieruchomości ale w zamian miasto odmawiało im jakichkolwiek usług miejskich. Nie budowano dróg do Africville, nie założono tam elektryczności, sieci kanalizacyjnej, wodnej. W samej kolonii ani w pobliżu nie założono żadnej szkoły, do której mogłyby uczęszczać dzieci. Wkrótce wioskę przecięto,  budując poprzez nią linię kolejową i w związku z tym zburzono niektóre domki eksmitując ich mieszkańców. W pobliżu wykopano olbrzymie otwarte doły dla składowania miejskich odchodów kanalizacyjno-kloacznych. Szykany rosły z roku na rok. Ale rosła też zwartość i świadomość jej mieszkańców. W 1883, po licznych petycjach udało im się w końcu otworzyć w Africville szkołę publiczną.

Tymczasem rosło znaczenie ekonomiczne tego wąskiego pasma wybrzeża i plany industrializacji tych okolic. Z biegiem lat w okolicy graniczącej z Africville budowano ośrodki , których nie chciano w jakiejkolwiek innej dzielnicy Halifaksu. Więzienie, szpital dla umysłowo chorych, szpital zakaźny, kolejne wysypiska śmieci i odpadów, dalszą rozbudowę kolei towarowej. Było jasne, że niezależna, spójna duża osada czarnoskórych była bardzo niemile widziana przez niektóre środowiska, zwłaszcza te, które trzymały władzę w swoim ręku. We wczesnych latach 50. XX wieku Africville była zewsząd otoczona brzydotą taniego przemysłu, wysypisk śmieci i najmniej pożądanych elementów społecznych. Panowała ogólna opinia, że to zapadła, brudna dziura pełna typów spod ciemnej gwiazdy.

Jakby na przekór tej opinii, Africville było centrum dumy murzyńskich mieszkańców całej Nowej Szkocji, a nawet daleko poza jej granicami. Odwiedzający Halifax światowej sławy bokser wagi ciężkiej, Joe Louis, pytał się, gdzie jest słynne Africville i poprosił o zawiezienie go tam. W Africkville mieszkali rodzice żony światowej sławy pianisty Duka Ellingtona, który ich tam odwiedzał podczas wizyty w Nowej Szkocji. Wielka śpiewaczka kanadyjska, kontralcistka Portia White, po ukończeniu Uniwersytetu Dalhousie w Halifaksie, została nauczycielką w Africville w 1930.

Mimo przytłaczającego otoczenia, bardzo negatywnej opinii o osiedlu – Africville było bardzo zadbanym i kolorowym centrum życia murzyńskiego w Nowej Szkocji do lat 60. ubiegłego wieku. Ale ciągle aktywna niechęć do tej społeczności, wyrosła z czystego rasizmu i starej dyskryminacji, nie popuściła. Skutkiem knowań polityków miejskich i prowincjonalnych, wspartych finansowo przez starą kastę białych patrycjuszy haligońskich (określenie mieszkańców Halifaksu), na przełomie lat 40. i 50. XX w. odżyła koncepcja likwidacji Africville i wysiedlenia jej mieszkańców. W 1962 miasto ogłosiło plan budowy wielopasmowej arterii komunikacyjnej, która miała łączyć miasto Bedford i Sackville z Halifaksem. Losy Africville zostały przesądzone. Do końca tej dekady mieszkańców eksmitowano płacąc im minimalne odszkodowania za ‘niskowartościowy grunt’ i obiecując mieszkania i domy o dużo lepszym gatunku w Halifaksie.  W końcowej fazie eksmisji właściciele domków mieli ledwie parę godzin na spakowanie się i opuszczenie budynków. W mieście nie czekały na nich żadne dobre mieszkania, a nędzne odszkodowania na ogół nie starczały nawet na zapłacenie pierwszej raty na zakup innego domu. Po kilku latach z Africville, poza ugorem, nie zostało śladu, łącznie ze znanym kościołem Baptystów. Tylko wyrównany buldożerami ugór.

Nota bene – arterii ani nawet dwupasmowej szosy nie wybudowano do dziś. I nie planuje się. Lata 80. i 90. poprzedniego wieku zmieniły polityczny i socjalny charakter kraju. Dyskryminacja rasowa, etniczna odeszła do przeszłości a jej zewnętrzne charakterystyki zostały odrzucone i potępione. Nadszedł czas przeprosin, reparacji finansowych, rządowych komisji królewskich do zbadania przykrej przeszłości.   Czas uczciwego spojrzenia w lustro i przeciwstawieniu prawdy historycznej – legendom i mitom.  Kanada ten czas zużytkowała bardzo owocnie i dobrze. Nikt przeszłości nie wymaże. Ale wszyscy mają teraz jawny dostęp do faktów – nie tylko tych pięknych ale i brzydkich, niegodnych.  Są naturalnie tu i tam ciemne kąty społeczeństwa, gdzie rasizm i nienawiść do innych są kultywowane, są grupy którym się marzy powrót do ‘białej wyższości i czystości rasowej’. Do bycia ‘pełnym człowiekiem’, wyższym od ‘podludzi’ o innym kolorze skóry. To jednak już przypadki odosobnione patologii społecznej – a nie norma. Kraj, który jest autentyczną mieszaniną współżyjących grup etnicznych z całej kuli ziemskiej – jest krajem niemożliwym do wywyższania kogokolwiek i poniżania kogokolwiek.  Są naturalnie ciągle (jak wszędzie, niestety) duże bariery dostępu do społecznych awansów, możliwości. Opierają się jednak ściśle na klasowości ekonomicznej, nie etnicznej. Zadziwia mnie często, gdy w pewnych grupach emigrantów polskich w Kanadzie, jakże łatwo ulega się pokusie ideologii haseł rasistowskich, lub ściślej mówiąc, po prostu nie lubienia kolorowej ludności kanadyjskiej. I poczucia – nie wiadomo skąd wziętej – wyższości.  Szkoda, że nie spędzą trochę czasu na studiowaniu historii ich nowego kraju i nie przeczytają jak mieli się polscy osadnicy z końca XVIII i całego XIX wieku w Kanadzie. Zwłaszcza na zachodzie Kanady.  Tam Murzynów było bardzo mało. To emigranci z Centralnej i Wschodniej Europy byli takimi ‘białymi murzynami’.  W morzu anglosaskich urzędników państwowych i miejskich, oficerów policji, polityków, sędziów, nauczycieli w szkołach. W morzu ‘wyższej etnicznie klasy’.  Nie trzeba być ‘lepszym’ – wystarczy być dobrym.

Ostanie dwadzieścia lat przyniosło odrodzenie się historycznej pamięci, a nawet pewnej czci wobec historycznych wartości Africville w Nowej Szkocji.

Jeden z mieszkańców Africville powrócił do swojego miejsca w 1970 roku z namiotem i rozpoczął protest okupacyjny, który trwał  … 50 lat. Zakończył go dopiero w listopadzie 2019.

W 1996 Kanada ogłosiła Africville Miejscem Narodowej Historii. W 2010 Burmistrz miasta przeprosił za zniszczenie wioski i obiecał odbudować w historycznym miejscu replikę kościoła Baptystów. Dziś mieści on muzeum Africville i odbywają się tam doniosłe w liturgicznym kalendarzu msze. Zbudowano tam dwa parki, które służą wszystkim do spacerów i refleksji.

W styczniu tego roku wybrałem się tam na dłuższy spacer i ja. Dzień powszedni, zima – więc zbyt wielu spacerowiczów nie było. Czasem ktoś z psem.  Ta cisza nastrajała i wyobrażałem sobie te kolorowe domki wokół, biegające ze śmiechem dzieci, nawoływania rodziców, podszedłem do brzegów zalewu i wyobrażałem sobie procesje wiernych do chrztu w jego zimnych wodach… . Non omnis moriam – pozostali w pamięci.

Kilka dni wcześniej umówiłem się na spotkanie w Centrum Kultury Murzyńskiej Nowej Szkocji w Dartmouth. Za Ciceronów tego ośrodka służyli mi bardzo uprzejmie Russell Grosse, dyrektor naczelny Centrum i Rielle Williams, menadżerka programów i kuratorka.

Propagatorem idei takiego Centrum-Muzeum był w 1972 dr. William Oliver. To głównie za jego sprawą rozpoczęto budowę ośrodka, którą zakończono w 1983. Świetnie zorganizowana skarbnica wiedzy o osadnictwie murzyńskim w całej starej Nowej Szkocji (łącznie z zachowanymi śladami akadyjskimi przed inwazją brytyjską), czyli obszaru dzisiejszej prowincji i sąsiedniego Nowego Brunszwiku. Zgromadzono tu szereg materiałów z kolekcji prywatnych i publicznych i posegregowano w działy tematyczne, zabezpieczono przed fragmentaryzacją i zagubieniem.

Pani Williams opowiedziała mi szczegóły o kolekcjach i zaserwowała projekcję bardzo dobrze przygotowanego materiału filmowego z historii Murzynów tego obszaru. Zapoznałem się nie tylko z suchymi faktami tej grupy kulturowej ale jej niezwykłą specyfiką, powiązaniami i osiągnięciami prawie w każdej dziedzinie życia – mimo wyjątkowo niesprzyjających okoliczności. Jest to społeczność bardzo nietypowa i zróżnicowana. Przecież nie reprezentują jednej grupy etnicznej, jak np. Szkoci, Anglicy lub Polacy. Nawet kontynentalnie nie są identyczni: nie zapominajmy, że do XX wieku prawie wszyscy osadnicy murzyńscy w Kanadzie przybyli tu nie z Afryki a ze Stanów lub Zachodnich Indii. Czasem w drugim lub trzecim pokoleniu już tam urodzonych. Dopiero wiek XX otworzył drzwi dla oryginalnej emigracji z Afryki. Ale i Afryka to przecież olbrzymi kontynent z wieloma grupami etnicznymi, rożnymi historiami i tradycjami. To właśnie przeciwności losu, niechęć lub wręcz nienawiść zewnętrznego otoczenia zmusiły ich do tworzenia kulturowej wspólnoty. Zmusiły do znalezienia istniejącego głęboko w podświadomości wspólnego centrum jednoty kulturowo-cywilizacyjnej. Kolebki człowieka i pierwszych wspólnot cywilizacyjnych.

Po powrocie z tej wizyty do domu sięgnąłem ręka na półkę i wyszukałem znaną współczesna powieść Lawrenca Hilla “The Book Of Negroes” (Księga Negrów). Ponownie przeczytałem kilka rozdziałów i zobaczyłem to nieco szerzej, nieco głębiej. Historia bieżeńców. Jakże wspólna nam wszystkim. I pokoleniowo, i cywilizacyjnie i jednostkowo. Mnie też. Też kiedyś nim byłem, niezupełnie z nieprzymuszonej woli. Byłem nawet bieżeńcem we własnym społeczeństwie: i w Polsce i w Kanadzie. Bo byłem wszak ‘inny’.

Może dlatego wszelkie dyskryminacje mnie mierżą, odrzucają. Może dlatego z tymi, którzy to przeszli – bez względu na ich pochodzenie, etniczność czy kolor skóry, łączy mnie jakaś nić serdeczna. Może. I podskórna, prawie genetyczna, łączność cywilizacyjna dużo głębsza niż łączność lokalna, etniczna. Europa, jako całość kulturowa (współczesna, nowożytna i antyczna) jest mi ważniejsza niż lokalność polska, niemiecka czy francuska. Tak, jak dla nich tą całością kulturową jest Afryka. Dumna.

Katastrofy i konteksty

by Bogumił Pacak-Gamalski

sprowadzenia zwłok gen. W. Sikorskiego (Plymouth, 1943)

Dziwna sprawa z tymi wypadkami lotniczymi.  Specjalnie tymi katastrofalnymi. I na ogół tak do końca nigdy nie wyjaśnionymi w pełni. Polska miała w tym udział dość ważny i wyjątkowo brzemienny w skutkach udział.

Wiemy, że w 1943, już po odkryciu Katynia przez Niemców i pisemnej relacji polskiej Komisji PCK pod przewodnictwem zaufanego i godnego wiary Kazimierza Skarżyńskiego  (nota bene zięcia hrabiego Zamoyskiego, który był głównym kandydatem w pierwszych wyborach prezydenckich w Polsce i przegrał do Narutowicza ledwie kilkoma głosami), Sikorski i jego rząd stawali się co raz bardziej niewygodni dla Churchilla i Stanów. Pomoc kolosa militarnego stalinowskiej Rosji stawały się ważniejsze niż wierność dla najważniejszego do tej pory alianta. Sikorski wyjeżdża z Londynu na objazd jednostek polskich na Bliskim Wschodzie. Bazą wypadową jest brytyjski Gibraltar. Używa oddanego do jego dyspozycji amerykańskiego Lancastera B-24, maszyny dość dobrej i skutecznej. Samolot w 16 sekund po starcie woduje awaryjnie na morzu.  Ale wodowanie nie jest kontrolowane, raczej wymuszone i nagłe. W krótkim czasie maszyna tonie. Giną wszyscy (choć do dziś nie odnaleziono ciał ani Zofii Leśniewskiej – córki Premiera – ani jego cywilnego adiutanta Kołakowskiego). Przeżył jedynie pilot, Czech, Eduard Prchal. Jedyny z załogi i pasażerów, którym miał założoną kamizelkę ratunkową. Łącznie zginęło 16 osób – w tym naturalnie Premier RP Sikorski i doradca v-ce Króla Indii , brygadier John Whiteley.  To liczba najczęściej podawania i oficjalnie przyjęta.

Szybko po wypadku rozeszły się pogłoski, że był to zamach: a)polsko-brytyjski; b) akcja sowiecka – w tym samym czasie w Gibraltarze przebywał Majski, Komisarz Spraw Zagranicznych Moskwy i – co ciekawsze – wysoki oficer brytyjskiego kontrwywiadu Philby, który wiele lat po wojnie okazał się podwójnym szpiegiem moskiewskim. Odnosi się wrażenie, że nikomu tak naprawdę nie zależało na dogłębnym zbadaniu sprawy i przyczyn katastrofy samolotu i śmierci tych osób.  Po dziesiątkach lat nawet polskie specjalne śledztwa przeprowadzone w latach 1993 i 2008 nie były już w stanie precyzyjnie ustalić ani powodów ani rozwiać wszystkich kontrowersji. Poza jedną – głośno było kiedyś, że Sikorskiego i jego przybocznych zamordowano już w wilii Gubernatora Gibraltaru z udziałem zabójców polskich i brytyjskich, a ciała umieszczono w samolocie  i celowo spowodowano katastrofę. Sekcje zwłok dobrze zakonserwowanych szczątków Sikorskiego przeprowadzone w Polsce wykluczyły tą możliwość. Sikorski zginął/zatonął w samolocie.   Losy Polski, Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie i znaczenie polskich władz państwowych w Londynie uległy po tym wypadku zdecydowanie pogorszeniu. Skala ustępstw wobec Stalina przechyliła się wyraźnie na stronę rosyjską. Czy stało się to efektem tragicznego, niezaplanowanego wypadku/katastrofy? Raczej nie. Nie byliśmy ani tak ważni, ani tak militarnie niezbędni – zwłaszcza od momentu załamania się ofensywy niemieckiej w Rosji. Po tym wypadku bez wątpienia było jednak wygodniej aliantom pomijać rząd polski w decyzjach najważniejszych. Niewygodny i szanowany aliant zniknął ze sceny politycznej świata. Polscy przeciwnicy polityczni Sikorskiego ( a było ich wiele, na obozie piłsudczykowskim poczynając ale wcale nie kończąc) mogli być z tego po cichu (i nie tylko) zadowoleni; Brytyjczycy odetchnęli z ulgą a Stalin mógł się szczerze uśmiechnąć i wypić toast wódki.

Czasami zastanawiałem się, jak by zachował się Sikorski, gdyby to nie Mikołajczyk a on był premierem i ciągle Naczelnym Wodzem w 1945 roku. Jaką decyzję by podjął? Niewątpliwie gdyby – podobnie jak Mikołajczyk – wrócił, jego status i pozycja tak w Kraju jak i Zagranicą by była o wiele silniejsza niż Mikołajczyka. Historii by nie zatrzymał i nie cofnął ale być może nasz system i samowładztwo PPR/PZPR by nie były tak silne. Gdybanie.

sprowadzenie ciał ofiar wypadku pod Smoleńskiem (Warszawa, 2010)

Ciągle przy Polsce pozostając. Jest 67 lat później. Samolotem TU154 MLux leci do Katynia (na małe lotnisko pod Smoleńskiem) olbrzymia delegacja Prezydenta Lecha Kaczyńskiego z udziałem większości (poza stroną rządową, która oficjalną delegację przygotowała osobno i wpływu na decyzje Prezydenta i jego Kancelarii nie miała) wyższych dowódców wojskowych, senackich i ważnych gości. W jakimś niezrozumiałym pędzie do glorii i chwały na pokładzie samolotu jest zebrana duża grupa jednych z najważniejszych osób w państwie. Szaleństwo polityczne czy zwykła głupota wyższych urzędników? Też do dziś nikt na to prawdziwie i zgodnie z faktami nie odpowiedział. Można nawet pewną nic wysnuć łączącą Polski Rząd w Londynie z obecnymi władzami w Kraju – na pokładzie jest też Prezydent Kaczorowski z małżonką, ostatni Prezydent RP na Uchodźstwie. 20 kwietnia tego roku (2010), o godzinie 8.41 rano samolot rozbija się w tysiące kawałków i wszyscy pasażerowie z załogą giną na miejscu.

Powstaje, jak  po Gibraltarze, natychmiast szereg teorii spiskowych, obwiniających różne strony o ten tragiczny i w skali niewyobrażalny wypadek (w skali szoku dla struktur państwa). I olbrzymi konflikt miedzy stroną rządową a stroną opozycji PiS. Po miesiącach badań i latach następnych wyjawia się raczej dość zwięzły, sumienny opis wydarzeń, skutków i przyczyn. W atmosferze współoskarżeń, podejrzeń i awantur politycznych. Jest chyba (dla osób rozsądnych i logicznych) jednoznacznie dziś widoczne, że główna wina spada na stronę polską, załogę i przygotowanie lotu. Bez wątpliwości jest też fakt złego przygotowania lotniska, fatalnych warunków pogodowych i zbyt chyba mało zdecydowanej postawy rosyjskich dowódców lotniska, którzy winni kategorycznie odmówić przyjęcia samolotu, nie pozostawiając tej decyzji Polakom.

Oczywiście w Polsce bardzo szybko rośnie teoria spiskowa. Jakiś polski naukowiec ze Stanów wysuwa twierdzenia, że doszło do wybuchu na pokładzie samolotu, wybuchu, który nie był skutkiem awarii maszyny a ładunku wybuchowego umieszczonego w samolocie, bądź z pocisku/rakiety skierowanej w samolot. Jakkolwiek teoria ta (pomijając jej poważne luki dowodowe) wydaje się być absurdalna w samym założeniu (dla Rosji byłby to niewyobrażalny wręcz w skutkach międzynarodowych skandal, którego koszty by były nieporównywalnie wyższe od jakichkolwiek wątpliwych zysków politycznych). Jest to jeszcze bardziej nieprawdopodobne niż teoria jakiegoś groteskowego mordu Sikorskiego na przyjęciu w Pałacu Gubernatorskim w Gibraltarze. Ale … fakty w Polsce i w polskiej debacie politycznej są tylko niewygodnym niuansem, przeszkadzają a nie pomagają. Do dziś, mimo upłynięcia blisko 10 lat od tego tragicznego wydarzenia – nie ma pełnego i kompletnego zakończenia tej sprawy, nie ma oficjalnego, końcowego i podpisanego wspólnie przez rosyjską i polską stronę Protokołu zamykającego dochodzenia.  A były komisje międzynarodowe, były komisje polskie i podkomisje pana Macierewicza. Zbadano wszystkie prawie możliwe wersje, szczątki, niuanse, badania teoretyczne, naukowe, medyczne, techniczne. Nauka i wiedza w sprawie takich badań jest nieporównywalna do czasów z roku 1943.

Ten wypadek pod Smoleńskiem miał dla Polski znaczenie wielokroć większe niż przypuszczalne, ale teoretyczne jedynie, dywagacje na temat skutków katastrofy Sikorskiego. Pięć lat trwająca nieustanna praca nad rozbudowywaniem teorii spiskowych/zamachowych TU 154 MLux przyniosła nieoczekiwane efekty wiosną i latem 2015 roku i zaowocowała wielkim zwycięstwem partii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który zginął pod Smoleńskiem. Stworzono de facto quasi religijny kult wokół tej sprawy, tzw. religię smoleńską, która wykorzystała elementy katolickie do wprzęgnięcia je w propagandę czysto polityczną. Więcej – ideologiczną.  Głównym (choć nie jedynym) sprawcą i zwycięzcą upolitycznienia tej katastrofy był i jest sam bliźniaczy brat Lecha Kaczyńskiego, Jarosław. Można wręcz zaryzykować twierdzenie, na wskroś makabryczne, że Jarosław Kaczyński przez tragiczną śmierć swego brata otrzymał największy prezent polityczny swej kariery publicznej.  I wykorzystał go wręcz bezbłędnie. 

Nie wiadomo kiedy i czy w ogóle doczekamy się całkowitego i ogólnie przyjętego zamknięcia sprawy katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem. I – w tych rozważaniach – nie ma to już większego znaczenia praktycznego. Cele polityczne osiągnięto.  Politycznie ale też społecznie, socjologicznie.  Polska anno domino 2020 jest innym krajem niż Polska anno domino 2010, roku katastrofy smoleńskiej.

Dziesięć lat temu w tym wypadku zginęło 96 osób. Bez względu na ważność tych osób w państwie jest zdumiewające, jaki kolosalny wpływ na losy państwa 40 milionowego blisko, miała śmierć mniej niż stu osób.

zestrzelony nad Ormuzem w 1988 samolot irański

Cofnijmy się znowu nieco w czasie w okolice Bliskiego Wschodu. Nie nad Gibraltar, a do cieśniny Ormuskiej. Nie polski samolot a irański. Jest rok 1988, 30 lipca. Między Iranem a USA (podobnie, jak teraz) trwa niewypowiedziana i nieoficjalna wojna podjazdowa. Z lotniska Baandar-e-Abbas startuje pasażerski samolot Airbus300 z 290 ludźmi na pokładzie. Celem lotu jest Dubaj, po drugiej stronie cieśniny. W tym samym czasie w cieśninie, na irackich wodach terytorialnych znajduje się amerykański krążownik USS Vincennes. Okręt wyposażony jest naturalnie w wyrzutnie rakietowe i nowoczesny system wykrywania i naprowadzania  AEGIS.

Samolot pasażerski Iran Air startuje z 20 minutowym opóźnieniem, o godzinie 10.17. Siedem minut później z okrętu USS Vincennes odpalono w jego kierunku dwie rakiety. Rozbity na dwie części samolot spada do morza, załoga i pasażerowie giną na miejscu.

Strona amerykańska przez długi czas nie chciała się przyznać do winy określając katastrofę, jako zbieg nieszczęśliwych wypadków, okoliczności i braku doświadczenia obsługujących system AEGIS oficerów i żołnierzy. Odmawiali przyjęcia pełnej odpowiedzialności za tą tragedię samolotu Iran Air.  Zgodnie ze stanowiskiem amerykańskim, dowodzący systemem naprowadzanie pomylili duży samolot pasażerski Airbus300 z myśliwcami bombowymi F14, jakie posiadali Irańczycy. Dopiero osiem lat później Amerykanie wypłacili odszkodowania dla rodzin ofiar tej katastrofy w wysokości ponad 62 milionów dolarów. Odszkodowania za samolot Iranowi nie wypłacono. Do dziś USA oficjalnie nie przyjęło odpowiedzialności i winy za tą katastrofę.

Pozostańmy w tym terenie. I przy Iraku i USA.  Tym razem jest też trzeci główny podmiot: Ukraina.

Sytuacja polityczno-militarna między USA a Iranem jest podobna , jak w 2008. Zamachy, ataki polityczne, kampania międzynarodowa przeciw sobie. Budowanie koalicji, oskarżania się wzajem o najgorsze z przestępstw i najniecniejsze cele dalekosiężne w tej niewypowiedzianej wojnie podjazdowej.

zbieranie szczątków ludzkich po zestrzeleniu samolotu ukraińskiego (Teheran, 2020; agencja FARS)

Cały ten krąg geograficzny oparty jest na trójkącie trzech dużych państw: Syrii, Iraku i Iranu. Ścierają się tam też od stuleci dwa najważniejsze odłamy islamu (sunnici i szyici), a od XX wieku imperializm ekonomiczny Europy i USA wpatrzony w dostęp do ‘złotego runa’ XX wieku: ropy naftowej. Dodatkowym i bardzo aktywnym elementem jest amerykańsko-izraelski sojusz militarno-ekonomiczny wspierający terytorialną zaborczość Izraela. To tygiel niemożliwy do ciągłego kontrolowania i zabezpieczania.

Ten zarys dodałem po to tylko, by zrozumieć skomplikowane powiazania każdej akcji politycznej, ekonomicznej i militarnej każdego kraju tego trójkąta.

8 maja 2018 roku Prezydent Trump oficjalnie kończy udział Ameryki w międzynarodowym Porozumieniu Nuklearnym z Iranem. Porozumienie działało bardzo dobrze i zgodnie z międzynarodowymi obserwatorami Iran dotrzymywał umowy. Zaczyna się okres gwałtownych i wyniszczających amerykańskich sankcji ekonomicznych na Iran. Rośnie atmosfera wrogości, napięcie polityczne i militarne. Na wody cieśniny Ormuskiej wpływają jednostki marynarki wojennej USA. Dochodzi do akcji, bez wątpienia wspieranej lub bezpośrednio prowadzonej przez Iran, ataku na tankowce i kilkakrotnego zamknięcia cieśniny dla swobodnego ruchu statków handlowych. Świat stoi znowu na granicy poważnego konfliktu u wrót do Bliskiego Wschodu. Zakończyła się właśnie wieloletnia, straszna wojna z Daesem/ISIS, który przez długi czas opanował całe połacie Iraku i Syrii. Pokonanie ISIS było możliwe w dużym stopniu dzięki militarnemu wsparciu sił Iraku i paramilitarnych grup irackich szyitów przez Iran i dowodzone było głównie przez generała Sulejmaniego. Sulejmani jest też, ze strategicznego punktu widzenia i organizacji polityczno-militarnej, jednym z czołowych sojuszników prezydenta Assada w Syrii – wspieranego też bardzo wydatnie przez Rosję. To nie wysiłek militarny USA w Syrii – a decyzje Putina i Sulejmaniego umożliwiają praktyczne zakończenie wojny domowej w Syrii i umocnienie pozycja Assada.

Wszystko to jest sprzeczne z interesami Izraela i zwiększa ich presje wobec USA na ostrzejsze militarne wsparcie przeciw Iranowi, a personalnie – przeciw Sulejmaniemu. Sulejmani widziany jest w Tel Avivie, jako główny organizator i strateg nie tylko wywiadu  samego Iranu ale przede wszystkim Hezbollah – największego zagrożenia dla polityki ekspansji terytorialnej Izraela. Cała ta sytuacja destabilizuje jeszcze bardziej zrujnowany Irak, który znowu staje się teatrem rozgrywek politycznych i militarnych świata arabskiego i interesów Ameryki i Europy, w tym głównie Wielkiej Brytanii, która z historycznych przyczyn kolonialnych kształtem i charakterem Bliskiego Wschodu i Mezopotamii jest najbardziej zainteresowana. Ostatecznie to Wielka Brytania ukształtowała granice i państwa arabskie i Doliny Eufratu i Tygrysu po upadku Imperium Otomańskiego. A tendencje otomańskiego panowania też na nowo ożyły w głowie obecnego prezydenta Turcji, co stwarza kolejne zagrożenie i konflikty . Uff. W głowie się kręci – a to dopiero lekki tylko i niepełny zarys sytuacji, przyczyn i skutków w tym rejonie.

27 grudnia 2019 paramilitarna grupa iracka (szyicka i współpracująca z Sulejmanim) ostrzelała bazę iracką z amerykańskimi żołnierzami. Zginęła jedna osoba (amerykański kontraktor w tej bazie) a kilka osób zostało rannych. Dwa dni później Amerykanie zbombardowali bazę Szyitów w Iraku zabijając 25 Irakijczyków i raniąc 55. Powoduje to silny wzrost nastrojów anty-amerykańskich w Iraku.  Kolejne dwa dni to masowe demonstracje pod silnie ufortyfikowaną ambasadą USA w Bagdadzie, próby jej podpalenia i zdobycia. Cały personel dyplomatyczny ambasady jest ewakuowany do Kuwejtu. USA staje w obliczu pamięci dnia wstydu, kiedy parędziesiąt lat wcześniej, w 1979, Irańczycy zdobyli szturmem ambasadę amerykańską w Teheranie i uwiezienie 55 dyplomatów USA przez blisko 1.5 roku.

Parlament i rząd Iraku co raz głośniej mówią o konieczności wyproszenia z Iraku wojsk amerykańskich, które uczyniły z ich kraju poligon niekończących się starć USA z Iranem.

3 stycznia amerykański dron bombarduje  i niszczy pod lotniskiem w Bagdadzie samochód z generałem Sulejmanim. Irański dowódca ginie razem z irackim przywódcą szyickim. Świat staje wobec perspektywy niechcianej i bardzo niebezpiecznej otwartej wojny amerykańsko-irańskiej.

Jeszcze jedno tło polityczno-historyczne tych wydarzeń o którym nie wolno zapominać, to sytuacja domowa prezydenta Trumpa i ajatollaha Chamenei. Prezydent Trump  od ponad miesiąca uwikłany jest w największe zagrożenie jego prezydentury, które teoretycznie może (jako pierwszego w historii USA) pozbawić go prezydentury. Kongres USA (Izba Reprezentantów) oficjalnie oskarżył go o popełnienie dwóch przestępstw, które będą  powodem procesu senackiego o pozbawienie go funkcji.   Ajatollah Chamenei , Przywódca Iranu, stoi wobec rosnącego oburzenia i protestu Irańczyków zagrażającego jego pozycji w Iranie.

Obaj przywódcy mogą więc skorzystać z atmosfery wojennej i jednoczenia swoich narodów pod banderą wojennego zagrożenia. Nic politykom tak nie pomaga, jak atmosfera wojny i patriotycznego uniesienia …

A teraz stan obecny, powrót do tematu zasadniczego tego artykułu: zestrzelenie ukraińskiego samolotu pod Teheranem.

Samolot Boeing 737-800 ukraińskich linii UTA startuje z Teheranu 8 stycznia rano. Po godzinnym opóźnieniu wznosi się w powietrze o 6.15. Na pokładzie, łącznie z załogą jest 176 osób, głównie Irańczyków i Kanadyjczyków. Dwie minuty później spada na ziemię w niekontrolowanym upadku i rozbija się w wiele fragmentów.  Jest jasne, że nikt tego nie mógł przeżyć.

To jest niecałe 5 dni po zamachu na Sulejmaniego i trwających od paru dni gróźb irańskich i amerykańskich o odwetach i zemstach niechybnych.  Czy tym razem to początek wojny otwartej? Czy samolot z jakichś nieznanych przyczyn rozbija się skutkiem awarii maszyny czy też skutkiem zestrzelenia przez Irańczyków lub Amerykanów?

Ze względów polityczno-propagandowych celowe zestrzelenie samolotu przez USA lub Iran byłoby zbrodnią całkowicie absurdalną.  Ale … no właśnie. Jest wojna nie tylko słów, jest wojna czynów. Nie szkodzi, że nie wypowiedziana. Giną ludzie po obu stronach. Wszyscy są napięci, w stanie ustawicznego pogotowia, zdenerwowania. Wiedzą, że sekunda w reakcji może znaczyć różnice między życiem a śmiercią.  Parę godzin wcześniej z tego samego lotniska wystartowały różne samoloty i nikt ich nie ostrzelał. Tylko, że samolot ukraiński startuje z godzinnym opóźnieniem. Czy wszyscy o tym wiedzieli? Czy wiedzieli o tym dowódcy baterii przeciwlotniczych w bazie irańskiej? Może kiedyś się dowiemy. Tylko w czym ta wiedza szczegółowa pomoże?

Iran początkowa absolutnie zaprzecza możliwości zestrzelenia samolotu ukraińskiego przez irańskie rakiety. Dopiero, kiedy premier Kanady, Justin Trudeau, jako pierwszy z polityków, oficjalnie oświadcza publicznie, że ma poważne dowody na możliwość irańskiego ataku rakietowego na samolot i że już odbył odpowiednie rozmowy z szefami innych rządów na ten temat – Iran po krótkim czasie przyznaje się do tego. Bez względu pomocny mu był fragment oświadczenia Trudeau, w którym sugerował, że bardzo możliwe iż nastąpiło to skutkiem tragicznej pomyłki.

Dla mnie zastanawiające jest dlaczego nie ma międzynarodowego protokołu wymagającego niemal natychmiastowego i automatycznego kontaktu między samolotami pasażerskimi a każdą jednostką militarnej obrony powietrznej (z lądu, morza czy powietrza) zanim ktoś naciśnie przycisk „fire”? A nie ma. Mimo, że takich wypadków była już masa.  I dlaczego w sytuacji tak wysokiego napięcia i gotowości bojowej najwyższego rzędu w wojskach obrony powietrznej natychmiast nie jest zamknięta przestrzeń powietrzna dla lotnictwa cywilnego w danym kraju? To powinno też być regulowane międzynarodową konwencją. A nie jest.

Odpowiedzialność prawna i kryminalna? Na pewno będzie. Iran już aresztował ileś osób mundurowych. Bez wątpienia w jakiś sposób (pomyłka, nieporozumienie, źle zrozumiany rozkaz lub pytanie, itd.) odpowiedzialnych. A wszak odpowiedzialne są dwie osoby tylko: prezydent USA Donald Trump i prezydent Islamskiej Republiki Iranu, ajatollah Chamenei.  Może i oni staną przed sądem. Trump de facto symbolicznie już bardzo prędko, przed sądem Senatu USA. Ale nie będą to oskarżenia o spowodowanie tego wypadku.

Jest wszak możliwe, że ten wypadek lotniczy – podobnie, jak wypadek polskiego samolotu wojskowego z prezydentem Lechem Kaczyńskim – wpłynie bardzo poważnie na losy obu przywódców tych państw: USA i Iranu.  Politycznie, nie kryminalnie. Jeśli tak się stanie, to – w odróżnieniu od Polski – ten wypadek i ofiara tych ludzi, którzy w nim zginęli nie pójdzie na marne. Dla dobra milionów ludzi. Zwłaszcza na Bliskim Wschodzie. Choć na pewno też w USA.

Miałem jeszcze wspomnieć  o trzech innych katastrofach, które maja pewne wspólne cechy z tymi już wymienionymi. Ale już to pominę. To nie książka historyczna ani dochodzenie reporterskie.

Chodziło raczej o spojrzenie z innej, nie mechaniczno-inżynieryjnej, strony na badania przyczyn i skutków dziwnych katastrof lotniczych. Katastrof, które były całkowicie do uniknięcia i nie były spowodowane jakąś nagłą awarią całego systemu na pokładzie. Komisje lotnicze tych przyczyn innych nie są w stanie badać ani nie są do tego przygotowane profesjonalnie, merytorycznie. To pytania polityczne i etyczne.

Żołnierze irańscy (oficerowie), którzy bezpośrednio i fizycznie nacisnęli ten przycisk „fire” są bez wątpienia odpowiedzialni za niezamierzona katastrofę i śmierć załogi i pasażerów samolotu ukraińskiego. Czy są głównymi winowajcami? Wątpię by jakakolwiek Komisja badania tego wypadku potrafiła na to odpowiedzieć. Wiemy, że fizyczną przyczyną katastrofy polskiego samolotu pod Katyniem były błędy nawigacyjne i operacyjne załogi wojskowej, pilotów. Czy byli zamachowcami, których celem było zabicie pasażerów samolotu? Oczywiście, że nie. Ale ktoś wcześniej już stworzył atmosferę, że ten samolot musi lecieć i MUSI dolecieć, bez względu na trudności. Może nawet ktoś na pokładzie. Słuchając godzinami, słowo po słowie, nagrania z taśmy z „Czarnej skrzynki” z tego TU154 MLux, i te słowa i zdania po polsku i te po rosyjsku – ogarnęła mnie wówczas przerażająca świadomość, że ci piloci i ci nieświadomi pasażerowie nie mieli jakiejkolwiek szansy. Chyba, że jakimś cudem samolot by się bezpiecznie wzniósł jeszcze z niemożliwej wysokości poniżej pasa lądowania, że nie rosłaby tam jakaś brzoza ani inne drzewo, że … Cuda się jednak w lotnictwie nie zdarzają a fizyka ma swoje prawa.

Powinna je mieć też polityka i polityczna odpowiedzialność.  Tylko ten sąd może się odbyć tylko w mózgach i sercach obywateli danego kraju. Tutaj sędziowie praw kryminalnych, administracyjnych, konstytucyjnych nie pomogą. Nie pomogą opinie rzeczoznawców od aerodynamiki, od siły stali, stopów, naprężenie powietrza, ciśnienia wewnątrz i zewnątrz, zaworów, otworów.  Jak politycy nawalą ekonomicznie i ludzi bardzo uderzy to po kieszeni – to wybierają innych. Jak zginie parędziesiąt lub paręset ludzi skutkiem aroganckiej gry politycznej ale potem rozegrają to umiejętnie na instrumentach emocji wyborców – często zostają nagrodzeni.  A przecież zginęli ludzie.  Czasem prezydenci, czasem murarze, lekarze, nauczyciele, uczniowie szkól, staruszkowie, młodzi.  Ile to kosztuje? Jak obliczyć cenę za życie? Lub za etykę i moralność?

Sentyment

Bogumił Pacak-Gamalski

Więc o sentymencie na chwilę. Na chwilę tylko, bo sentyment, to taka przelotna chimerka lub aniołek smutny, momentem jedynie ulotnym na ramieniu twoim siadający. Zadumany z lekka, czasem nawet uśmiechnięty, choć tak smutno trochę, ironicznie jakby. A po prawdzie, nie skłamawszy – to całkiem poważnie. Tyle, że bez chęci walki czy protestacji jakichś. Nie, pogodzony z losem, z tą rzeką płynącą bez przerwy, byś nigdy do wód tych samych wejść nie mógł.

Ta życiowa pantarejskość dzieciństwa, młodości, wieku dojrzałego,  starczego nawet. Spoglądanie przez ramię wstecz czasu, bez możliwości powrotu. A to zapach skądś znajomy trawy, kwiatu, zioła, skóry kogoś bliskiego, skrzyp złamanego patyka na leśnej drodze, fragment arii operowej – naturalnie dramatycznej, wręcz tragicznej w niskich tonach głosu – i pasażu jakiegoś koncertu fortepianowego, może wiolonczeli szlochającej… . Tak. Znasz to. Przychodzi w chwilach nieoczekiwanych. Ta chimerka właśnie, ten aniołek szeptający: pamiętasz? Pamiętasz, naturalnie. Jakże mógłbyś wyprzeć się tej myśli gorzko-słodkiej, że można było trochę inaczej, można było zatrzymać, podtrzymać, uratować od zwiędnięcia w oceanie czasu upływającego. I przestrzeni, przestrzeni odległości wzrastającej, zacierającej kontury, wyciszającej dźwięki. Tyle rzeczy można było zrobić lub spróbować, słów tyle więcej powiedzieć… . Non omnis moriam, mówią. Nie prawda. Odchodzisz cały, nic nie pozostanie. Omnino moriatum – to chimerka ci syczy do ucha.

Więc sentyment nie jest pamięcią szczegółu, faktu – to pamięć sytuacji, pamięć uczuć jakie ten fakt, ren szczegół stworzył. Nie ścieżki znajomej jaką kiedyś szedłeś ale o czym lub o kim, po niej idąc myślałeś; nie dźwięk sam  instrumentu, melodii, tonu głosu a obrazy, jakie ta muzyka ci w duszy wymalowała; nie pompa inscenizacji operowej a nastrój ulicy do Opery prowadzącej, kształt kolumnad z parteru wiodących schodami do lóż balkonowych, jak on lub ona byli tego wieczora ubrani i jak muzyka jednako sączyła się w was przez szpary w skórze twarzy, rąk. Nie jak dźwięki wydawał instrument ale jaką manierą dramatyczną unosił dłonie pianista, jak oczy zamykał bądź błyskał wzrokiem uniesionym, wyraz jego twarzy. Potem to wino lub piwo nawet w barze lub kawiarni wieczornej. Lub ognisko w lesie po spacerze czy na plaży po wieczornej kąpieli. I ten stały lęk, który też pamiętasz. Ten lęk, że to zaraz minie, że się rozpłynie w tym czasie i przestrzeni i nie potrafisz tego zatrzymać.  A to właśnie on, ten lęk świadomy, w tym momencie budował fundamenty sentymentu tej chwili, tego miejsca, tego spotkania. Dawał narodziny tej chimerki, tego aniołka. To on obiecywał te non omnis, tą obietnicę przetrwania. Ale obietnicę pamięci i powrotu na jej skrzydłach tej chwili, nie życia jakiegoś. Momentu. Chwili życia a nie nieśmiertelności. Więc z zasady i natury swej sentyment nie jest sentymentalny, a przeciwnie – bezwzględny i okrutny w przypominaniu o kresie wszystkiego. Powstaje tylko wtedy, gdy coś się zbliża ku końcowi lub kończy w tym momencie. Coś, co było bliskie i drogie. Pąk kwiatu, który nie rozkwitnął.  Jest wspomnieniem tego, co było czy też tego, co być mogło?

To już jednak osobna opowieść. A świeczka się właśnie dopala. Czy pozostanie po niej sentyment?

Co jest sprawiedliwe? Polacy LGBTQ2+ a sprawa polska

by Bogumił Pacak-Gamalski

W poprzednim tekście usiłowałem zarysować co to jest tzw. społeczność LGBTQ2+ . I co się de facto pod tymi literkami ukrywa. Z licznych komentarzy, jakie dostałem z Kanady i Polski wynika, że w dużym stopniu tekst był przyjęty dobrze (choć zastrzegałem, że to szkic bardzo skrótowy i w wielu odcieniach historii i współczesności LGBTQ2+ wręcz pobieżny). Za dobre słowa dziękuję.  Tutaj chce podjąć temat kampanii nienawiści wobec LGBTQ2+, która rozpętano w Polsce.  Gdy mówimy o ‘nienawiści’ naturalnie rośnie atmosfera polemiki, oskarżeń i ważkość argumentów. Ale nie o to mi chodzi. Tak, argumentuję, że autorzy i konstruktorzy tej kampanii-nagonki zasługują na pełne i całkowite potępienie, że są osobami niegodnymi. Wszak mowy nie może być o tego typu kampanii bez użycia aparatu propagandy. Propaganda to ma do siebie, że ludzi temat mało znających ogłupia, stwarza wrażenie zagrożenia i konieczność obrony. Jest bardzo możliwe, że wiele z tych osób bez tejże propagandy uniknęłoby wydawania sądów fałszywych lub szkodliwych.  Bo to zawsze opiera się na końcu o wydawania właśnie własnego osądu tematu, poszukiwaniu tego, co – zdaniem naszym – jest sprawiedliwe lub dobre.

A to już zagadnienia etyczne i moralne. Więc – z pewnym lękiem, że tekst i tak już długi, wydłużę bardziej jeszcze – dam wyjaśnienia tych pojęć od Nauczycieli najpoważniejszych prawdy, fałszu, dobra i zła. Zacznę od Sokratesa, potem jego ucznia Platona, dalej ucznia Platona – Arystotelesa (tenże potem był nauczycielem jednego z najsłynniejszych gejów ludzkości, Aleksandra Wielkiego). Nie bez znaczenia jest fakt, że Platon był źródłem rozmyślań i pism uważającego się za jego ucznia św. Tomasza z Akwinu. Ojca Kościoła Katolickiego i twórcy ram teologii i filozofii chrześcijańskiej. To ułatwia zrozumienie, jak wszystko w historii się łączy a kolejne warstwy wiedzy i mądrości korzystają z doświadczeń i wiedzy przeszłej.

W „Fajdrosie” Platona, Sokrates prowadzi z tymże Fajdrosem dyskusję o mowie i piśmie sugerując, że aby dobre być mogły ich autor winien znać temat i prawdę o tym temacie. Na wątpliwości Fajdrosa czy to najistotniejsze odpowiada mu przypowiastką:  gdyby on ani Sokrates nigdy w życiu nie widzieli konia, a zaszłaby potrzeba zakupienia takowegoż na potrzeby wyprawy wojennej Fajdrosa, Sokrates z własnych wyobrażeń, jakie dobry koń przymioty mieć winien poradziłby, by zakupił … osła. Fajdros sam o koniu więcej nie wiedząc posłuchałby rad Sokratesa, jako mówcy znanego i dobrego i osła by kupił, będąc przekonany, że to koń. Tak i mówca dobry potrafi mową zręcznie sformułowaną przekonać słuchaczy do rzeczy fałszywych i złych jeśli słuchacze wiedzy o temacie rozmowy nie mają.

Uczeń Platona zaś, Arystoteles, w traktacie „Polityka”, w rozdziale o sprawiedliwości w społeczeństwach, tak wnioskuje: „Wszyscy opowiadają się za jakąś sprawiedliwością, ale nie przekraczają pewnego punktu, nie mówią o pełnej sprawiedliwości w jej znaczeniu suwerennym. W związku z tym myślicie, że sprawiedliwość jest równością; i jest nią zaiste – ale nie dla wszystkich osób, tylko dla tych, którzy są sobie równi. Nierówność jest postrzegana, jako sprawiedliwa; i jest nią zaiste – ale nie dla wszystkich, tylko dla tych, którzy nie są równi. Popełniamy duży błąd, jeżeli omijamy pytanie ‘dla kogo’, kiedy decydujemy, co jest sprawiedliwe. Powodem tego jest fakt, że wydajemy własny sąd a ludzie są generalnie złymi sędziami, kiedy ich własny interes jest z osądem związany” (tł. własne BPG z :Aristotle „The Politics”, Penguin Classics, 1981, s.195)

I stąd, w moim osądzie, większość heteroseksualna często nie potrafi zrozumieć, że nierówność wobec mniejszości homoseksualnej i inno-płciowej jest niesprawiedliwa. A, jak pisał św. Tomasz: co niesprawiedliwe jest złe.

„Sprawa Polska’ to pojęcie związane z losami naszego kraju  głośne od czasów rozbiorowych. Czy chodziło o Napoleona, czy o Kongres Wiedeński, losy Królestwa Polskiego pod berłem carskim, w końcu stanowiska państw zaborczych w I wojnie światowej, a na końcu Traktat Wersalski z 1919 stale się tym zajmowały. Jak i sami Polacy – od Insurekcji Kościuszkowskiej poczynając, na Legionach Piłsudskiego kończąc. Te hasło-zagadnienia raz jeszcze odżyło w czasie konferencji jałtańskiej, teherańskiej i poczdamskiej w latach 1944-1945.

Otóż ,sprawa polska’ odżyła ponownie – w większym jeszcze, bo egzystencjalnym charakterze – w związku z aktywnością polskiej społeczności LGBTQ z jednej strony a stanowiskami naczelnych władz Polski i głównych hierarchów polskiego Kościoła Katolickiego z drugiej.  Dzięki podżeganemu przez diecezje białostocką, z jej biskupami na czele, obrzydliwemu atakowi na Marsz Równości w Białymstoku, ten proces rozlał się na masową skalę. Tak w kraju, jak i poza jego granicami. Głos zabrali najwyżsi dostojnicy państwa i Kościoła: poseł Jarosław Kaczyński, prezes PiS i arcybiskup-metropolita krakowski Jędraszewski. Mówiąc w olbrzymim skrócie ich wystąpienia można zreasumować konkluzją, że wedle tych dostojników chodzi wręcz nie o samo istnienie niezależnej Polski ale o jej ‘ducha’, jej charakter narodowy. Słowem o to, co nazywamy potocznie ‘polskością’.  Tejże, najdroższej wszystkim Polakom, polskości zagraża … LGBT i jego ideologia! Podobnych słów w innym okresie i sąsiedzkim państwie w latach 30tych używał Hitler i jego najbliżsi współpracownicy. Też w okresie konsolidacji pełnej i nieograniczonej władzy i przed wprowadzeniem jawnej dyktatury NSDAP pod osobowością Fὕrera.  W momencie wczesnego kształtowania się dyktatury prawie zawsze niezbędny jest wróg tak zewnętrzny, jak przede wszystkim wewnętrzny. To umożliwia sterowanie i kontrolę nad nastrojami społecznymi, jak i postawienie wyraźnej cezury ‘my-wy’. Gdzie ‘wy’ jest zagrożeniem jedności, zagrożeniem narodowego charakteru, wynaturzeniem. Nie wolno zapominać, że niemieccy homoseksualiści byli jednymi z pierwszych ofiar zbrodniczego hitleryzmu, w dodatku ofiarami bezbronnymi, bo niezorganizowanymi i bez poparcia społecznego, bez jakichkolwiek praw. Fakt, że socjalnie wesołe lata Republiki Weimarskiej, głównie w Berlinie i wielkich metropoliach,  wzbudziły fałszywie rozumianą szeroką akceptację ‘inności’, spowodował upublicznienie się wielu homoseksualistów – później następujące represje i aresztowanie ułatwił i przyspieszył.  Pomogło to też Hitlerowi na likwidację zagrożenia ze strony SA – jego brunatnych sojuszników. Ktoś powie, że to absurdalne porównanie – arcybiskup metropolita krakowski i Hitler? Kaczyński i Goebels? Nie wiem czemu miałoby ono być absurdalne. Dla mnie jest bardzo logiczne. Fakty i historia oparta na nich nie kłamią.  Przytoczę słowa dostojnika: „Niektórzy homoseksualiści uważają, że to co oni robią jest ich prywatnym życiem. Lecz życie seksualne nie jest już prywatną sprawą, ponieważ dotyczy przeżycia narodu.  /../ Naród z dużą ilością dzieci może zawładnąć światem. Naród czysty rasowo z niewielką ilością dzieci stoi już jedną nogą w grobie, za pięćdziesiąt lub sto lat nie będzie już istniał. Dlatego też wszyscy musimy zrozumieć, że nie możemy tej chorobie pozwolić rozwijać się … i musimy ją zwalczać…”. Który dostojnik to powiedział? Czy w 2019 w Krakowie czy wcześniej? Wcześniej. W 1937. Heinrich Himmler.

Jakiś cymbał w Łodzi, profesor Zbigniew Rau kandydujący na wojewodę z ramienia PiS, napisał na swojej stronie wyborczej  komentarz ze znamiennym tytułem: „Stop Ideologii LGBT! Stop cywilizacji śmierci!”. Tak, profesor. Nie, nie wiem czy to wynik uwiądu starczego (facet nie najmłodszy, choć nie starzec jeszcze), zwykła chciwość na pieniądze i władzę na funduszami (to dotyka wszystkich w Polsce – i nie tylko – niestety), czy po prostu zawsze był cymbałem ale wykuł się w swojej dziedzinie w latach studenckich, a potem całował pupy władz uczelnianych by tam mógł pracować i powoli a skutecznie tytułu się doskrobał. Nie ważne – byli, są i będą i tacy ‘akademicy pożal się boże’.  Fakt jest faktem, że pod tym się podpisał (więc podaje się za autora) ergo jest cymbałem.

Ta hasło ‘ideologii LGBT” pojawia się nad wyraz często, w zasadzie nagminnie teraz w gadzinówkach reżymowych i na ambonach kościelnych.  Jest takim zawołaniem do boju, wiciami rozsyłanymi do gminu i gromkim do kupy mośćpanowie, na koń i szable w dłoń! Można by się z tego śmiać w kułak, satyrycy mieli by temat wspaniały i niewyczerpany do swoich skeczy, psychiatrzy roboty po uszy … .

Człowiek o tyle o ile zorientowany w terminologiach, słownictwie polskim wie, że takie zwierzę, jak „ideologia LGBT’ po prostu nie istnieje. To pojęcie mieści się może w kategoriach faunów i skrzatów leśnych,  syren morskich i lewiatanów, smoków wawelskich (może stąd te wystąpienia metropolity krakowskiego – może to od wyziewów smoczych spode Skarpy Wiślanej pod Katedrą wawelską coś mu faktycznie zaszkodziło, bo wierzyć się nie chce, by arcybiskup, wzorem profesora łódzkiego, mógł też być po prostu cymbałem!?). Liczni księża i zakonnicy byli wystąpieniem arcybiskupa oburzeni, apelowali wręcz by sam podał się do dymisji lub by Episkopat zwiesił go w czynnościach. Na próżno. Sami dostali ‘po łapkach’ od Episkopatu.

Znajoma działaczka polonijna, mogę szczerze powiedzieć, że od wielu lat moja bardzo bliska znajoma,  z którą więcej niż często różniliśmy się poglądami ale mieliśmy wobec siebie szacunek i wspólny cel służenia polskiej kulturze w Polonii – wpadła w te tryby propagandy anty-LGBTQ2 nie rozumiejąc, że nie ma to nic wspólnego z rzeczywistością ani nawet nie jest faktycznym obrazem jakiegokolwiek poczucia zagrożenia środowisk arcy-prawicowych i środowisk kościelno-katolickich. Nie. To zwykły wulgarny i bardzo prosty chwyt propagandy politycznej. Służyć ma przede wszystkim zapewnieniu zwycięstwa w wyborach poprzez skinięcie głową w kierunku twardego elektoratu PiS, który, jest najmniej wykształcony, najbardziej pazerny na prezenty od władzy i ziejący nienawiścią wręcz kipiącą wobec wszystkich, którzy są nieco od nich inni. Dla Kościoła (mam na myśli oczywiście instytucję prawną a nie Kościół, jako ośrodek wiary i zgromadzenie wiernych), który otrzymuje od państwa niespotykane od czasów bodaj średniowiecznych darowizny i przywileje, jest to nie tylko udzielenie politycznego wsparcia dla PiS w akcji wyborczej – to jednocześnie odwrócenie uwagi społeczeństwa i wiernych od groźnego problemu pedofilii i przestępstw seksualnych w Kościele polskim.  Zawołaniem: Łapaj złodzieja! nie jeden złodziej z potrzasku się wykaraskał.

Moja znajoma, Krystyna P. napisała więc w swoich regularnych wiadomościach polonijnych wysyłanych do wielu osób, krótki tekst w związku ze zbliżającymi się wyborami do Parlamentu w Warszawie. Nie szczędziła w nim ostrych słów partii rządzącej (PiS) za ich afery i zaniedbania. Co jest cenne, bo oznacza, że osoba o poglądach konserwatywnych potrafi dostrzec błędy i wady nawet w środowisku o poglądach zbliżonych.  Zresztą niezależność wobec wszystkich kolejnych władz polskich K.P. wykazywała zawsze, co pamiętam świetnie z szeregu wspólnych wizyt w Konsulacie Generalnym RP. I znowu – nie we wszystkim się zgadzaliśmy ale to w niej ceniłem. Krystyna sugeruje, że jest zwolennikiem (w wyborach) Konfederacji, tj. ugrupowania na prawo od prawej strony polskiej sceny politycznej.  Jednym z czołowych reprezentantów tego ugrupowania jest Janusz Korwin-Mikke – postać wręcz groteskowo legendarna w polskiej polityce. Legendarna nie z tych cech, które dla polityka winny być chwalebne. Dla mnie osobiście Janusz Korwin-Mikke to pani poseł Pawłowicz –  tyle, że błyskotliwsza w mowie, szczupła i ubrana w nienaganny smoking. Ale są tam naturalnie też inne ugrupowania ultraprawicowe, których nazw nie w pełni pamiętam czy uważam, że sens jest starać się spamiętać. To autentyczny  i daleki nawias sceny politycznej.  Zwolennicy państwa i społeczeństwa obywatelskiego na nich nigdy nie zagłosują, a elektorat PiSu nie pozwoli sobie na ryzyko przegranej PiSu i poprze tylko koalicję parti z PiSem związanych bezpośrednio. Nie chodzi mi jednak o polemikę polityczną. K.P. ma absolutne prawo i przywilej popierać takie partie, jakie uważa za właściwe. I to winno być prawo niewzruszone.

Chodzi mi o aspekt etyczny i moralny tekstu K.P, w tym momencie, gdzie porusza sprawy LGBTQ2. I nie chodzi o to czy lubi czy nie lubi LGBTQ2. Ostatecznie w jakimś sensie mieszczę się w tym skrótowcu a mimo to mogę śmiało powiedzieć, że się lubimy. I lubi się z moim mężem. Być może mimo wszystko nie łączy mnie ze społecznością LGBTQ. A jestem jej częścią nieodłączną. Zawsze byłem. To, kulturowo rzecz ujmując – moja ‘etniczność’. Czy jestem zagrożeniem dla ‘wolności polskiego narodu’? Być może – ale tylko wówczas, gdy mówimy o jakiejś innej ‘wolności’, jakiegoś innego ‘narodu’. Kiedy zakładałem „Solidarność’ w przedsiębiorstwie, gdzie pracowałem w Warszawie, byłem jej pierwszym Przewodniczącym tamże, roznosiłem ulotki, w czasie Pogotowia Strajkowego chodziłem ulicami Mokotowa z biało-czerwoną opaską (i wówczas też zdarzało mi się usłyszeć syk w tramwaju od jakiejś pani : ‘przestańcie już znowu prowokować, zdejmij tą opaskę, o co wam znowu chodzi’ itd. – jestem przekonany, że te panie należą dziś do twardego elektoratu PiS) – to wiem doskonale o jaką ‘wolność’ zabiegałem. Też o moją własną. Osoby LGBTQ. Mimo, że taka nazwa wówczas jeszcze nie istniała powszechnie i sam bym pewnie nie wiedział, co oznacza. I o wolność wszystkich Polek i Polaków LGBTQ2. Na równi z wszystkimi obywatelami. Bez wolności osób LGBTQ2 nie ma mowy o wolnej Polsce. Będzie tylko atrapą i udawaniem wolności. 

Tekst o którym mówię brzmi:

Rozpowszechniły się marsze tęczowych, którzy twierdzą, że walczą o wolność. Zaczynają oni natarczywie wkraczać do polskich miast, pod szczelną ochroną policji i wojska, wywołując natychmiast stan wojenny i prowokując do nienawiści jednych przeciw drugim. Polacy wiedzą co to jest wolność, zbyt długo o nią walczyli i nie mogą pogodzić się z mieszaniem słowa „wolność”  z błotem. Nie zgadzają się również z wprowadzanym na siłę i bez zgody społeczeństwa programem LGBT do szkół polskich, który grozi wykrzywieniem seksualnym, moralnym i psychicznym naszych dzieci i młodzieży. Śpij sobie z kim chcesz i jak chcesz, ale jeżeli wychodzisz na ulicę ze swoją odmiennością seksualną i starasz się zmienić wychowanie młodych, w tak niemoralny sposób, to jesteś zwykłym draniem i śmieciem,  i nie ma to nic wspólnego z wolnością. 

Jak do tej pory rząd PIS-u nie powstrzymał tej zgubnej propagandy LGBT. (tylko we fragmencie związanym z tematem LGBTQ – przyp. moje, BPG)

(teraz przytoczę fragmenty nadesłanej mi odpowiedzi do K.P. innych szanowanych osób z tego środowiska polonijnego, które tak zareagowały na ten tekst powyżej.)

 /…/ Do informacji dotarł do nas poniższy materiał, a konkretnie “wiadomości z kraju” i Pani opinie na temat LGBT.  Pani nomenklatura i prymitywne skwitowanie tematu zwalają z nóg.  Przez lata tworzyła sobie Pani wizerunek osoby kulturalnej.  Uzurpowanie sobie tutejszej roli “ambasadora kulturalnego” wiąże się jednak z pewna doza odpowiedzialności.  Pani toksyczne słowa są kompletnie przeciwieństwem roli jaką Pani sobie obrała.  Są okrutne, ohydne, zamierzone do wywoływania nienawiści, i kompletnie pozbawione sensu.  /…/

Można nie zgadzać się politycznie lub światopoglądowo z pewnymi ideami.  Pani jednak wybiera i powiela opinie z ciemnogrodu, który nie dopuszcza do rozwoju intelektualnego ani uczuciowego.  Czasy się zmieniają, ludzie się zmieniają, opinie się zmieniają, w oparciu o rozwój nauk humanistycznych, społecznych, przyrodniczych, I przede wszystkim, zmiany związane z wolnością i otwartością słowa i myśli.  Nawet idee cytowanego przez Panią św. Jana Bosko (“Wychowanie jest sprawa serca”, cytat, który obrała sobie Pani jako motto tego biuletynu), wyewoluowały w praktyce Salezjanów, którzy kontynuują jego założenia, ale zaadaptowali je pod katem czasów i miejsca, gdzie szkoły salezjańskie funkcjonują.

Pani prawa (człowieka, kobiety, emigranta etc) zostały przez ostatni wieki wywalczone przez ludzi, którzy mieli wizje i przekonanie, że wszyscy jesteśmy równi.  Teraz pora na edukacje, na otwartość i tolerancję dotyczące sfery ludzi  LGBT+.  Edukacja w szkołach i otwarta dyskusja są niezbędne!

Mieszkając w Kanadzie, jest chyba Pani w stanie spostrzec, że ludzie innych orientacji seksualnych są normalną częścią społeczeństwa, ani gorsza ani lepszą, ani nawet specjalnie różną.  Orientacji seksualnej nie wybiera się.  Na szczęście w Kanadzie jest to kompletnie zrozumiały oczywisty fakt, przynajmniej w sferach ludzi rozumnych i wrażliwych, czyli po prostu większości. W Polsce, do zrozumienia, pełnej tolerancji i akceptacji jeszcze długa droga…

Pani opinie i szerzenie nietolerancji rezonują w tutejszym środowisku polskim.  Jesteśmy przekonani, że prędzej czy później wydostaną się też poza środowisko polskojęzyczne.  Mamy nadzieje, ze przemyśli pani swoje przyszłe słowa wysłane w przestrzeń publiczną.  Ale bardziej niż to, mamy nadzieje, ze Pani otworzy się choć trochę i uwrażliwi na prawa ludzi innych od siebie.

Lena Ch. i Wiktor Ch.

Prawo kogoś do publicznego bycia sobą nie jest ‘błotem’. Tak, Polacy wiedzą, co to jest wolność. Ja jestem Polakiem, więc wiem. Wiem jaką cenę za nią płacił mój ojciec, żołnierz AK i jeniec w obozie w Rosji, mój dziad – żołnierz Września, wujowie i ciotki z ruchów czynnego oporu i PSZ na Zachodzie, ciotka z Powstania warszawskiego, która 25 lat wcześniej była działaczka POW na Kresach, kiedy Narodowcy Dmowskiego chcieli się układać z carem. Coś z tych nauk wynieść musiałem. Jako Polak i jako Polak-LGBTQ2. Tak, bo LGBTQ2 to nie jest jakakolwiek ‘ideologia’ – to ludzie. Szybciej można by starać się argumentować (zbędnie i niepotrzebnie ale argumenty logiczne znaleźć można), że narodowość lub wyznanie religijne są konstruktem ideologicznym nabytym a nie wrodzonym. Są LGBQ2 komuniści i ultrakatolicy, liberałowie i konserwatyści, są tacy, którzy w nosie mają wszelkie partie i ideologie, są ateiści i głęboko wierzący.  Nie łączy nas nic, prócz podobnych doświadczeń ukrywania kim jesteśmy lub odważnego i bardzo ryzykownego stanięcia przeciw potężnemu murowi obcości, wrogości, w najlepszym wypadku oziębłej obojętności.   Jak ta od tej pani w tramwaju, która (czując się na pewno i dobrą katoliczką i dobrą Polką) syknęła ‘przestańcie znowu prowokować, zdejmij tą opaskę, o co wam chodzi?’.  I to jest właśnie geneza tych marszów i parad. To są ich ‘prowokacje’, to jest ‘o co nam chodzi’ i ‘co chcemy’.  Równych praw, jakie się nam, obywatelom należą.  Prowokacją (świadomą) jest czasem udział w nich owych ‘przebierańców’, na ogół transwestytów, wobec których cała społeczność LGBTQ2  ma olbrzymi dług wdzięczności. To nikt inny, nie porządni gejowie-urzędnicy lub politycy, gejowie działacze kultury i politycy, gejowie chodzący regularnie na msze do kościołów różnych wyznań  – tylko właśnie oni, przebierańcy, artyści kabaretów w tanich spelunkach, chłopcy i dziewczyny, którzy przebierając się za drugą płeć w sposób ostentacyjny dawali sobie pozwolenie na chęć bycia poderwanym, zaproszonym na randkę przez zastraszonego, ukrywającego się geja czy lesbijkę. To był kawałek ich wolności, która sami sobie dali, wbrew społeczeństwu, które im tego odmówiło.  A w 1969 roku, na Manhattanie wyszli w tych wysokich obcasach, z karykaturalnymi makijażami, porwanych pończochach na ulicę by dać czadu policji nowojorskiej, która systematycznie na te bary napadała w celu zastraszenia, wyłudzenia okupu.  I dali czadu. Dokopali swoim oprawcom i okupantom. Tak, okupantom. Bo jeśli osoba LBTQ2 jest w swoim kraju prześladowana a nie chroniona przed prześladowaniem, to oznacza, że jest to kraj okupacyjny. Nie kraj wolny.  Ilu znałem z widzenia, niektórych z imienia, młodych chłopców, podrostków wręcz, którzy po ucieczce z jakiegoś małego miasta w Polsce, gdzie byli maltretowani przez rodziców i otoczenie uciekali do wielkiego miasta Warszawy. Jedyne miejsce jakie im stolica ofiarowywała to były perony i poczekalnie Dworca Centralnego – zwłaszcza w okolicach toalet męskich. Tam spotykali starszych, zastraszonych, ukrywających się gejów, często panów z poważnymi stanowiskami, z żonami czekającymi w domu – ci panowie (jeśli zamożniejsi i kulturalni) brali ich na parę godzin do hotelu lub wolnego mieszkania na szybki seks, możliwość kąpieli lub prysznicu, czasem nawet kolację w restauracji i pewnie parę groszy. Tak, prostytucja męska, często nieletnia. Tak, jak tanie prostytutki dziewczyn z przedmieść lub wiosek okolicznych. Tylko te mogły robić to w mniej upokarzających warunkach. Raz-dwa razy w tygodniu przyjeżdżały na dworzec Nysy milicyjne i chłopaków wyłapywano. Nie, nie do aresztu na komendzie. Do przejażdżki Nysą, gdzie po kolei milicjanci sobie chłopców używali. Ci nie płacili chłopakom za usługę. Czasami musieli trochę pobić, zwłaszcza nowych, nie znających zasad i savoir vivre stołecznego. Udało mi się czasem z niektórymi z nich porozmawiać, wysłuchać opowieści. Niektóre fragmenty zapisywałem potem. By nie zapomnieć. Dziś już tych notesów prawie nie mam, pogubiły miedzy kontynentami, krajami, miastami. I czasami, które się zmieniały. Kiedyś u znajomego dziennikarza poznałem bardzo ładnego chłopaka z Domu Dziecka lub poprawczaka (już tego szczegółu nie pamiętam) z Łodzi. Dziennikarz był tam robić wywiad o chłopcami i pracownikami ośrodka. Chłopak był autentycznie ładny, inteligentny – choć nawet bez szkoły średniej, co nie dziwiło zważywszy, gdzie dzieciństwo/młodość wczesną spędził), a dziennikarz był gejem.  Więc chłopaka poderwał. Po wyjściu z tego ośrodka (miał już osiemnaście lat) zamieszkał u tego dziennikarza. Ten jednak okazał się draniem, chłopakiem się pobawił aż się znudził i po prostu wyrzucił na klatkę schodową. Zobaczyłem go na tymże dworcu Centralnym (bywałem tam regularnie co najmniej dwa razy dziennie, bo tu dojeżdżałem WKD z domu do centrum) krążącym wobec tych niesławnych toalet. Podszedłem się przywitać. Powiedział, co się stało i wtedy zauważyłem tą zmianę w nim – kompletny brak szczerego, wesołego uśmiechu, pewną zaciętość pod warstwą sztucznego uśmiechu. Znowu go oszukano. Dostał kolejnego kopniaka. Najpierw od instytucji, która miała mu zapewnić opiekę, potem od mężczyzny, który udawał szczere zaangażowanie uczuciowe. Polski chłopak. I po prawdzie właśnie na takiego typowego polskiego chłopaka wyglądał: szare oczy, płowa gęsta czupryna, ciemne brwi, nieco zalotnej i psotliwej zadziorności. Spotkałem się z nim jeszcze kilka razy, chodziliśmy do barów mlecznych, gdzie mu zamawiałem porządne, gorące obiady. Opowiedział ciekawą historię.  Gdy się zorientowano lub powzięto podejrzenie w ośrodku, że może jest ‘pedziem’ bito go nieźle, poniewierano, a wieczorami inni chłopcy go regularnie gwałcili. Nie skarżył się, bo wiedział, że by było jeszcze gorzej. Ale inny usłużny ‘kablowy’ z roku (młodzież dzielono wedle wieku w ośrodku) doniósł wychowawcom. Od tamtego czasu nie wolno mu było iść do wspólnych pryszniców, łaźni.  Naturalnie, by go ‘przykrości’ większe nie spotkały. Oddziałowy sam go do łaźni prowadził później. I po prysznicu sam go do usług seksualnych zmuszał.  Dobry był chłop… . Przynajmniej sam jeden tylko. Straciłem z tym chłopakiem wszelki kontakt potem. Zniknął. Czasy przed telefonami komórkowymi. Nie widywałem go nawet na Centralnym, mimo, że starałem się szukać i dopytywać. Może wyjechał do innego dużego miasta, może kogoś dobrego spotkał, może popełnił samobójstwo lub ktoś go zamordował? Nie wiem.  Zresztą takich „Janków” i „Staszków”, „Johnów’ i „Stevów” było setki  na każdym dużym dworcu kolejowym w Polsce i całej Europie. Ale podejrzewam, że jeśli przeżył to na jakimś z tych Marszów Równości na pewno był. I na pewno by nie maszerował w nim z wdzięcznością wobec większości społeczeństwa swego kraju. Bo ta Polska by go znowu oszukała. Jak już tyle razy wcześniej. Może na złość by szedł w dużych, wysokich czarnych szpilkach z olbrzymim pawim piórem w tyłku? Mówiąc tym – oto gdzie mam waszą ohydną, zakłamaną moralność. Wątpię by był piewcą całej ‘pięknej polskiej tradycji’. Zbyt silnie mu ta ‘tradycja’ dokopała i ukradła dzieciństwo i najpiękniejszą, pierwszą młodość.

autor waz mężem w historycznym barze Stonewall Inn na Manhattanie

Więc po tych słynnych zamieszkach w Stonewall w Nowym Jorku obudziła się wśród gejów i lesbijek pewna solidarność polityczna, środowiskowa. Nie tylko w Stanach, na całym świecie. Naturalnie głównie tzw. zachodnim. Poszło to jak błyskawica. W przeciągu ledwie 50 lat zaszły zmiany, jakie przedtem trwałyby wieki całe. Narodziła się autentyczna zbiorowość i społeczność.  W tej społeczności znaleźli miejsce (lub sobie sami je wywalczyli) wszyscy, których seksualność była inna od tej typowej, heteroseksualnej. Naturalnie gejowie i lesbijki. Zaraz potem biseksualiści.  Ci, co lubili wolne związki i ci, którzy chcieli trwałych. Nagle otworzył się cały, najbardziej skryty i najbardziej cierpiący niezrozumienie i wrogość świat osób transpłciowych.  Okazało się, że jest nas miliony. I że nie, nie mamy najmniejszego zamiaru zadawalać się skrawkami z ‘pańskiego stołu’. Ten stół też jest naszym stołem. Myśmy go też wspólnie zbijali i malowali, my płacimy też za każde danie na nim serwowane i żadnym odpadkiem się nie zadowolimy. Chcemy mieć i swoje przy nim krzesło i swoje nakrycie. Ani mniejsze ani większe. Jeżeli wymaga to maszerowania-protestu w Polsce – to nie ma najmniejszej wątpliwości, że dzisiejsze pokolenie LGBTQ2 będzie maszerować i protestować. Do skutku. Choćby się arcybiskupi Jędraszewscy zapluwali z wściekłości na ambonach.  I mimo różnicy poglądów politycznych i ideologicznych między nami – będziemy wspierać i głosować na te partie, które nam te prawa należne wszystkim obiecają zwrócić.  Bo przy stanowieniu tych praw w czasach dawniejszych społeczeństwo ogólne nam te prawa skradło. I żądamy zwrotu zawłaszczonego mienia politycznego. Ni mniej ni więcej.  To jest ta idea, która osoby LGBTQ2 łączy – idea wolności obywatelskiej. Bycia obywatelem a nie obywatelkiem.  Nie mamy najmniejszego zamiaru przepraszać kogokolwiek za to, że jesteśmy.

Kiedy szedłem w tym roku po raz pierwszy w tym mieście z Paradą Godności w Halifaksie, przechodząc obok niezliczonych, radosnych tłumów oblegających chodniki tego miasta na trasie parady, uderzyła mnie realizacja, że przecież te tłumy to w większości ludzie heteroseksualni. Rodzice z dziećmi w wózkach, trzymanymi za ręce lub na rękach, spotkałem bacie z wnuczkami, starsze pary emerytów. W paradzie widziałem duchownych i parafian większości wyznań chrześcijańskich.  I zrozumiałem, że to nie jest już marsz-protest. To autentycznie parada godności. Wszystkich. Bez względu na orientacje seksualną czy płeć kulturową.  To najpiękniejsze święto, majówka prawdziwa, całego społeczeństwa. Równego w prawach, obowiązkach i przywilejach. Że gdzieś się pojawi grupka chłopaków z pół-gołymi pupami i podkoszulkami z czarnej koronki? No to co? Komu to w sumie przeszkadza, że młodość się chce wyszumieć, krzyknąć: świat należy do mnie! Jakaż szkoda, że ten chłopak z Centralnego nie mógł w takiej paradzie być, nawet w skórzanych obcisłych slipach i z pejczem w ręku.  Ileż by to było lepsze, weselsze i zdrowsze niż pikiety przy toalecie dworcowej. Nawet jeśli żyje gdzieś, to tego już mu nikt nie zwróci i nie odda. Tego momentu radosnej, nieokiełznanej młodości, gdy świat należy do nas.

A artykuły oburzone ‘nieobyczajowością’ Marszów, straszące jakaś wymyśloną i do głębi fałszywą ‘ideologią LGBT’, przestrzegające przed ‘szkolnymi programami LGBTQ’  są ostatnimi dzwonami konającego świata złej a nie dobrej tradycji. Nie całej tradycji ale jej części. Tej chorobliwej, zastraszonej. Nie zupełnie wolnej. Zawsze zagrożonej ‘innym’, z zewnątrz, obcym, nieznanym.  Ten film już się skończył, ta książka była już przeczytana. Wzruszamy się czytając Reja i Kochanowskiego, balladami Mickiewicza, wierszykami popularnych poetów XIX i początków XX wieku, z łezką słuchamy piosenek Fogga, Smosarskiej i Ordonki. Ale gdyby ktoś spróbował tak komponować, aranżować i tą manierą śpiewać dziś, to by nawet na poziomie powiatowym kariery nie zrobił. Ani używać w wierszach poetyki Or Ota. I ten tramwaj odjechał. I całe szczęście. Był użyteczny w czasach tramwajów konnych. Dziś niemożliwy w komunikacji miejskiej. Chyba, że w skansenie. A czy naprawdę chcemy by Polska była skansenem tylko? Wiecznym, niekończącym się jarmarkiem łowickim?

To od strony polemiki tekstu, który staram się zrozumieć, wytłumaczyć  jakąś genezą, bazą błędną bez wątpliwości ale nie skażoną ideą zła, namawianiem do zbrodni.  Nie łatwo czasem stare przyzwyczajenia, stare tradycje czy nawyki zmienić. To nie jest proces łatwy i go rozumiem. Świat dziś pędzi niesamowicie. Trudno nadążyć. Ale trzeba się starać.  Czasami – choć jest to przykre – po prostu się pogodzić z tym nowym czasem. Dla mamy mojej piękniejsza strofa od mickiewiczowskiej istnieć nie mogła ani poetyka czystsza, doskonalsza. Dla jej teściowej, mojej babci, nie istniała muzyka czystsza niż szopenowska. Muzykę dzieliła na niedoskonałą przed Fryderykiem i staczająca się w dół po Fryderyku. Ale babcia urodziła się w wieku , w którym Chopin żył. Więc była dzieckiem tego wieku. Tak, jak ja jestem dzieckiem XX. I olbrzymia większość moich przyjaciół i znajomych. Na szczęście zawsze pasjonowało mnie inne, nieznane, obce, spoza i zza. I poznawanie tego było najwspanialszym uniwersytetem mojego życia. Szczerze takie studia polecam. Nie trzeba egzaminów wstępnych ani czesnego płacić.  Największą z nauk tego ‘uniwersytetu’ była realizacja, że jest kompletnym fałszem teza, że darowanie komukolwiek godności musi ograniczyć godność moją; że przyznanie pełnej wolności innemu automatycznie zmniejsza moją, bo zakres wolności jest wszak ograniczony. Nie. Wolność jest pojęciem nieograniczonym. Im więcej jej dla wszystkich, tym większe obszary dla każdego indywidualnie.

Tyle na temat tekstu z informacji polonijnych mojej znajomej z Vancouveru.

Ale jest temat dużo ważniejszy, autentycznie niebezpieczny i bez najmniejszych wątpliwości amoralny, zły do samych głębi zła permanentnego. To nie wymyślona, nie skonstruowana przez jakichś ‘magów LGBTQ’ czy inżynierów dusz ale autentyczna kampania nienawiści sponsorowana przez hierarchię dzisiejszego Kościoła Katolickiego w Polsce i najwyższych władz politycznych kraju. Nienawiści wobec społeczności LGBTQ2.

Można zrozumieć, że z jakichś błędnych i mylnych rozumień teologicznych część duchowieństwa potępia lub nie chce się zgodzić z zaistnieniem w rzeczywistości polskiej społeczności LGBTQ2. Że w swej niewiedzy lub wiedzy błędnie rozumianej uznaje to za dewiację. Że może w związku z tym odmawiać sakramentów dla takich osób, ganić ich zachowanie lub odmawiać udzielania ślubów kościelnych. Uważam to za błąd. I jest wielu myślicieli chrześcijańskich i teologów nawet katolickich, którzy polemizują z takim stanowiskiem Kościoła polskiego. Ale to są wewnętrzne problemy tej Instytucji religijnej i nie mam tu zamiaru wchodzić zbyt głęboko w tego typu dyskusję. To sprawa wewnętrzna i prywatna wyboru i wiary osób LGBTQ2, czy chcą do takiego Kościoła należeć. Ale gdy Kościół, jakakolwiek religia, chce siłowo narzucić swoje prawa dla wszystkich obywateli – to już inna sprawa. Nawet w kraju, gdzie taka religia jest w większości.  Wówczas pewne zazębianie się spraw religijnych i politycznych jest czasem nie do uniknięcia. Tyle, że Kościół musi wówczas stosować się do prymatu prawa państwowego jeśli występuje politycznie. I szanować wolności obywateli, którzy nie są poddanymi a wolnymi obywatelami.  Jeżeli ktoś wykorzystuje swoją bardzo wysoką funkcję w Kościele i dopuszcza się siania nienawiści – ten stanąć musi pod pręgierzem odpowiedzialności jeśli nie karnej, to bez wątpienia moralnej.  Jeżeli ktoś rzuci w kogoś kamieniem i tą osobę zrani lub zabije – to drugą ręką która ten kamień cisnęła będzie ręka tego dostojnika kościelnego. Jeżeli ktoś gdzieś do kogoś na ulicy strzeli z tego powodu – to jest właściwym oskarżenie tego dostojnika o załadowanie naboju do tego pistoletu.

Jeśli w takiej kampanii biorą udział politycy u steru władzy – to jest zbrodnia i zdrada interesu narodowego. To sprzeniewierzenie się przysiędze i obietnicy szczerzenia i obrony obywateli przed samosądem, przed gwałtem.

W Białymstoku ani w Szczecinie, ni w Warszawie nie było jakiejkolwiek zgrai rozwydrzonych  gejów, lesbijek i osób trzeciej płci, którzy sterroryzowali i napadli na wystraszone zgromadzenie rozmodlonych parafian obrzucając ich kamieniami, przekleństwami i okładając pięściami i kopniakami. Ani na bogu ducha winnych przechodniów. To bandy szowinistycznych chuliganów, wspomagane jakimiś oszołomami babć z różańcami i zaciśniętymi pięściami napadły na osoby LGBTQ2. To nie propaganda – to fakty z licznych zdjęć, filmów, zeznań uczestników i przypadkowych przechodniów, gapiów. Że takie męty społeczne są nie tylko w  Polsce – wiemy. Ale w Polsce dano im przyzwolenie, zachętę wręcz do takich napaści. Mówiąc jasno i prosto: władze polityczne i kościelne poszczuły na osoby LGBTQ2 stada dzikich psów.

LG, LGB, LGBT, LGBTQ, LBTQ2+ …

by Bogumil Pacak-Gamalski

Nie, to nie jest zapis z taśmy szyfru przesłanego aparatem Morse’a.  Nie jest to też jakiś opis chemicznych związków lub syntezy. Ani alfabetycznie zapisane nazwy słońc odległych galaktyk.

Plac Zbawiciela, Warszawa

To po prostu kolejne formy powstawania, budzenia się pewnej społeczności. Jej wychodzenia z cienia. Z cienia w naszej, okcydentalnej cywilizacji chrześcijańskiej (terminu ‘okcydentalizm’ używam tu świadomie w zapożyczeniu z leksykonu zachodnioeuropejskiego, gdzie ma znaczenie duże szersze i bliższe historycznej prawdy, niż używane w piśmiennictwie polskim, gdzie zepchnięto je w wąskie tory artystycznych i kulturowych prądów sztuki).

Nie całego (powiedzmy 4-5 tysiącletniego) kształtowania się cywilizacji zachodniej, ale ostatnich trzynastu, może siedemnastu setek lat. Otóż są to po prostu zwykłe skrótowce określające osoby o innej niż większościowa orientacji seksualnej i innej niż większościowa płci biologicznej i płci kulturowej (gender, po polsku czasem zapisywane, jako dżender).

Człowiek, wbrew bardzo obiegowej i kompletnie ignoranckiej opinii, nie zawsze i nie wszędzie rodzi się taki sam, identyczny. Tylko w dwóch odmianach: kobieta lub mężczyzna z identyczną (w tym wypadku przeciwną) orientacją seksualną. Gdyby tak było i gdyby istniało takie prawo natury (lub boskie) wszyscy by byli białoskórzy. Z ewentualnymi wyjątkiem dla wzrostu i kolorów włosów i oczu. Lub tylko czarni (to by było najlogiczniejsze, skoro nasi Adamowie i Ewy urodzili się w Afryce) – albo nas, Polaków, by nie było …. albo (o zgrozo!) bylibyśmy wszyscy czarni i raczej bez szansy na inny kolor lub rodzaj włosów bez pomocy silnych barwników. Ewentualnie druga opcja, najbardziej prawdopodobna, bo najliczniejsza, wśród naszego gatunku –  wszyscy żółci. Pisząc to i widząc  te słowa na papierze (monitorze, LOL), widzę sam tych słów pełny absurd – ani my nie mamy białego koloru skóry ani Azjaci nie maja żółtego i w ogóle nie mieści się w tym skrócie myślowym olbrzymia gama odcieni i barw skór milionów ludzi na świecie! Ale – dla łatwości –  zostańmy przy tych śmieszno-dziecinnych banalnych ,skrótach rasowych’. Więc już wiemy bez najmniejszej wątpliwości, że wszyscy tacy sami się nie rodzimy, jeśli chodzi o nasz wygląd. Czy wszyscy (w tych różnych kolorach) rodzimy się, jako tylko i wyłącznie kobieta lub mężczyzna (płeć biologiczna)? Najczęściej. Ale dużo mniej często niż laikom się wydaje. Popytajcie proszę położników o szczegóły. Czasem rodzi się … hermafrodyta? Maleńki człowiek niezdecydowany czy jest kobietą czy mężczyzną. Po trochu tym i tym. Czasem jedna część płci biologicznej (na ogół chodzi o zewnętrzne ‘intymności’ lub ‘klejnoty rodzinne’) jest bardziej ukształtowana od drugiej. W tym wypadku, przez długie dziesiątki lat współczesności, lekarze bardzo często sami decydowali co tu skrócić a co (o ile możliwe) uwypuklić.  W ich poczuciu uczciwości wszystko dla ułatwienia życia rodzicom i samemu dziecku. Dziś wiemy, że rodzicom może i tak, pomagało to – dziecku niekoniecznie. Zwłaszcza gdy dorastało i coś tam nie pracowało tak, jak u rówieśników. W dodatku jeszcze te mniej widoczne sprawy biologiczne – hormony. Też w takich sytuacjach dość pogmatwane i nie zawsze zgodne z tym ‘wyrokiem natury’ lekarzy.  Myślę, że nieszczęściami i łzami ofiar takich ‘dobroczynnych’ eksperymentów medycznych można by nowy ocean na Ziemi wypełnić… . Więc nawet płci biologicznej w żaden sposób nie można określić, jako wyboru miedzy a lub b. Można powiedzieć: w większości wypadków. Ale nigdy – zawsze i tylko. Bo to jest kłamstwo. Czyli szerzenie nieprawdy. A nikt z nas, z wolnego wyboru i bez przymusu, wszak kłamcą nie chce być. W tej kategorii najczęściej zawiera się ta literka „T” w LGBTQ. Transpłciowość, transgenderyzm. Osoba o więcej niż jednej płci.  Lub płci, która łączy w sobie elementy obu płci biologicznych, czyli jest płcią trzecią.

A teraz ta nieszczęsna płeć kulturowa, ten jakże przez pewne środowiska znienawidzony genderyzm. Jakże łatwiej i prościej by było o tym pisać, gdyby uczono tych podstawowych, elementarnych norm w pierwszych klasach biologii i nauki o człowieku! Ale nie uczono. Wielu do dziś walczy uparcie, by dalej nie uczyć. Tak, jak w Anglii, po wynalezieniu maszyny parowej, wielu ludzi paliło i niszczyło te maszyny i fabryczki je produkujące. Wierząc, że tym sposobem czas nie tylko zatrzymają ale wręcz cofną. Nie cofnęli. Maszyna parowa rozjechała ich na torach kolejowych. Jak z każdą nauką i techniką.  Nie uczono nas, bo wielokroć te nauki były jeszcze w powijakach, niezrozumiałe w pełni dla ich odkrywców i badaczy, a cóż dopiero dla przeciętnego człowieka. Spytajcie Kopernika i Galilea, jak to z teoriami i odkryciami nowymi bywa… . A mimo to – e pur si muovo (‘a jednak się kręci’).

Otóż, jak wiemy mimo wszystko od zarania dziejów (tu kłamać i udawać nie ma sensu), większość zachowań, przyzwyczajeń i sposobu bycia wynosimy z dzieciństwa i wczesnej młodości, obserwując najbliższe otoczenie rodzinne i socjalne. Jasiu nie rodzi się z umiejętnością rąbania drzewa siekierą. Jeśli mu ktoś tego nie pokaże – namęczy się strasznie zanim drzewo zetnie i możliwe, że to drzewo upadając złamie mu kark. Lub sobie odetnie niechcący ramię lub nogę. Ani używać karabinu lub szabli nie umie naturalnie.  Choć dziecko może mieć zdolności ‘wrodzone’ ku takiemu a nie innemu fachowi. Dziecko – nie chłopieć jako taki. Spytajcie Joanę d’Arc, Emilię Plater lub panią … generała Kazimierza Pułaskiego (tak, tak, ta nieszczęsna nauka znowu udowodniła bez cienia wątpliwości, że ten bohater narodowy Polski i Ameryki był – biologicznie rzecz rozumiejąc – … bohaterką z urodzenia).

Natomiast dziecko systematycznie tresowane i nauczane, co powinno się a co nie robić w zgodzie ze swoją płcią biologiczną – sprawia, że takich cech nabędzie. Lub będzie się starać je eksponować, nawet jeśli wbrew swojej naturze. Dlatego, chłopak 7-mio letni już wie, że nie powinien i nie wypada by pocałował lub przytulił swego najukochańszego przyjaciela (mimo, że robił to jeszcze bez oburzenia i zakazów środowiska ledwie 2-3 lata wcześniej). I że będzie mężczyzną a mężczyzna musi całować tylko kobiety i tylko kobiety przytulać. Tak już jest i koniec. Choć o seksualności tu jeszcze nie ma mowy w sensie pociągu lub jakiegoś seksualnego aktu. I wcale to nie zdecyduje o przyszłej orientacji seksualnej takiego chłopca. Tak się kształtuje płeć genderowa, kulturalna. Poprzez obserwowanie i naśladowanie otoczenia. Wszyscy to robimy od tysiącleci. Nie zawsze z takim naciskiem na sprawy seksualne, jak wręcz obłędnie w ostatnim stuleciu.  Z jakiś nieznanych ale naturalnie występujących u wielu osób przyczyn, wykształcają się u nas niewidoczne (lub mało widoczne, bo znamy wszak wszyscy chyba kogoś, kto będąc biologicznie mężczyzną miał kształty delikatne, wiotkie, wręcz kobiece – poza organami seksualnymi, naturalnie) silne aspekty ‘feminizmu’, ‘kobiecości’ (u chłopców) lub ‘maskulinizmu’, ‘męskości’ u dziewczynek. I to się wtedy kłóci z narzuconą przez środowisko płcią kulturową. Większość się poddaje presji, choć często prowadzi to do nieszczęśliwego życia. Inni walczą. Lub chronią się w zawodach bardziej ich płci genderowej niż biologicznej odpowiadających.

Teraz te zasadnicze: L i G. Zasadnicze, bo najczęściej (w tych mniejszościowych przypadkach oczywiście) występujące. Lesbian i Gay. Tu nie ma żadnych niespodzianek ani ‘pomyłek’ natury czy lekarzy. Od zarania dziejów homoseksualizm istnieje obok heteroseksualizmu. Wśród ludzi i zwierząt. Ba, nawet wśród roślin! W tym wypadku nie chęć szczera a natura zrobiła z chłopa oficyjera! I autentycznie nie wiemy dlaczego i w jakim celu (jest wiele teorii w jakim celu ale żadna nie jest w stanie tego wyjaśnić do końca i bez wątpliwości).  Nie, nie dla rozrodczości. Gej jest identycznie płodny, jak osobnik straight. I nie ma problemu w zapłodnieniu kobiety.  Niekoniecznie w akcie pasji i uniesienia erotycznego – ale bez problemu. Robili to przez ostatnie, nie wiem, 20, 50 tysięcy lat? Wiemy, że bohaterowie pierwszego  poematu sumeryjskiego „Gilgamesz’ byli kochankami. Wiemy, że bogowie sumeryjscy mieli romanse jednopłciowe, to samo hinduscy, o greckich nie wspomnę (ha ha ha), egipscy.  Itd., itd. We wczesnym chrześcijaństwie są znani święci męczennicy, tworzący nierozłączne, zakochane w sobie pary, jeszcze do prawie połowy wieków średnich w zakonach odbywały się sakralne ‘śluby ‘ par braci zakonnych. Z czasów nowożytnych znamy i wiemy o tych najbardziej znanych. Są ich setki, których znają badacze kronik i pism. Oczywiście, te steki to tylko osoby znane i ważne stanowiskiem, pochodzeniem, zamożnością, wyjątkowym talentem,  geniuszem. O innych – historia zawsze milczy. Ba, mieliśmy w Polsce dwóch monarchów najprzypuszczalniej lubiących bardziej paniczów dworskich niż dziewki dworskie: Władysława Jagiellończyka zwanego Warneńczykiem i Henryka Walezego ze starożytnego francuskiego rodu królewskiego (Walezy zwiał z Polski nie dlatego, że chłopcy polscy byli gorsi od francuskich tylko, że czekała na niego w Paryżu dużo bardziej atrakcyjna korona Francji). Czy bratanek króla Warneńczyka, św. Kazimierz Jagiellończyk też mógł być (delikatny w obejściu, dobry, opiekuńczy i – mimo, że w roku śmierci miał dobrze powyżej dwudziestki i był następcą tronu – kawaler…) homoseksualny? Mógł. Ale nie musiał. To tylko wyliczanka dla pół żartu, o niczym nie świadcząca. Poza jednym – że w każdym państwie, narodzie, plemieniu, mieście, wiosce, rodzinie – homoseksualiści byli i są. I o ile nas nie zaczną produkować maszyny eugeniczne – będą.  Piszę ‘homoseksualiści’ ale naturalnie mam na myśli też lesbijki, homoseksualistki. Jako, że od czasów upadku systemu matriarchalnego (a więc zamierzchłe czasy, pokryte całunem niepamięci) o kobietach pisano bardzo mało – ich intymne historie znane są jeszcze mniej. No, chyba że przywołamy okres wybitnie homoseksualizmowi przychylny – Grecję helleńską i niejaką Safonę z Lesbos … . W ogóle starożytność i antyk były zaskakująco pobłażliwe, a wręcz przychylne orientacji homoseksualnej. Tak długo, jak mężczyzna (zwłaszcza mężczyzna z rodem i funkcją wysoką)  postarał się o małżeństwo heteroseksualne w celu produkcji następcy – co robił w łóżku i z kim specjalnie nikogo nie interesowało. Ostatecznie małżeństwo  nie było instytucją związku emocjonalnego, intymnego, romantycznego – a instytucją społeczną o charakterze umowy korporacyjno-biznesowej. Tak jest do dziś często wśród milionów mieszkańców naszej planety. Ale zwiększająca się wolność jednostki, obywatela, człowieka z czasem doprowadziły do współczesnego trendu zawierania małżeństw romantycznych, opartych na wzajemnej miłości.  Ten współczesny ‘wynalazek’ ludzkości zdaje się służyć nam wszystkim lepiej. I należy go chwalić.

A więc – po krótce – opisaliśmy litery środkową (T) i pierwsze (LG) skrótowca. Teraz te powstałe w ostatnich latach i ciągle się zmieniające litery i znaki końcowe: Q, 2, +. Summa summarum są one pewną pochodną tego ‘T’. Bo T wynika z odrzucenia kompletności i wyłączności płci biologicznej, jako zawsze jasno ukształtowanej, danej nam w początkowych fazach rozwoju płodu i niezmiennej. T jest pierwszą literą słowa ‘trans’, czyli sugeruje płynność, zmienność, ruch. Transpłciowy. Transgenderyzm. (Proszę zwrócić uwagę, że owe T nie ma nic wspólnego z określeniem ‘transwestyta’. Transwestyta w tym skrótowcu nie występuje, bo nie jest określeniem ani płciowości biologicznej ani kulturowej. To po prostu specyficzny przebieraniec robiący to jako:  żart; protest; lub w celach erotycznych; zarobkowych /dawniej prostytucja męska/; lub estradowiec – drag queen lub drag king.)

W przeciwieństwie do tradycyjnego LG, które nic ze zmiennością płci wspólnego nie ma. Przeciwnie: jeżeli chłopak czuje się kobietą, to nie może być gejem. Ani dziewczyna uważająca się psychicznie mężczyzną nie może być lesbijką! Homoseksualista/tka ma pociąg romantyczno-erotyczny do osób tej samej płci, nie przeciwnej!

Otóż, w wielkim skrócie: ‘Q’ (inny , dziwny), ‘ 2’ (dwa/dwie) i ‘+’ to cała gama poza-fizyczna,  emocjonalna, kulturowa, czyli płeć autentycznie genderowa, z wyboru podyktowanego psychologicznym a nie fizjologicznym stanem. Choć, bez wątpienia’ są tu też i źródła biologiczne oparte na genetyce, endokrynologii. Wiedząc tak dużo, wiemy jednocześnie ciągle bardzo mało. Jaką mamy płeć okazuje się nie decyduje jedynie to, co mamy miedzy nogami. I to zjawisko zdaje się być nawet częstsze niż autentyczny homoseksualizm. Ale przez fakt do dziś prawie niezmienny kolosalnego nacisku i wpływu środowiskowo-rodzinnego – bywa najczęściej bezwzględnie tłumiony i wyciszany w jednostkach, które to odczuwają. Dopiero ostatnie badania psychologiczne, socjologiczne, antropologiczne i medyczne dają szanse tym jednostkom rozwoju siebie w kierunku …  bycia sobą. Proszę sobie wyobrazić jakąż olbrzymią ulgą, zrzuceniem jakiegoż straszliwego, przygniatającego ciężaru musi być realizacja, że ‘mogę być sobą’! To eureka niemożliwa do zrozumienia dla większości z nas.  Więc te literki oznaczają po prostu tych, którzy nie mieszczą się w tradycyjnym rozumieniu osobowości.  Niektórzy marzą o przeistoczeniu się fizycznym w drugą płeć fizyczną, biologiczną. Za pomocą leczenia hormonalnego, endokrynologicznego, po ostateczne zmiany chirurgiczne w usunięciu/wytworzeniu innych organów płciowych. Nie wszyscy. Niektórym oznaki fizyczne płciowości przeciwne od płci psychicznej nie przeszkadzają. Na takie osoby świetne określenie (i piękne jednocześnie) mają od wieków stare ludy autochtońskie, tubylcze, jak np. tubylcze szczepy Północnej i Środkowej Ameryki:  osoba o dwóch duszach – two-spirited person. W naszej, okcydentalnej kulturze było to niemożliwe i kategorycznie tępione. Nie wiadomo, może starożytni Słowianie, Gallowie, Celtowie, Germanie mieli takie słownictwo. Ale tępa (choć z dość ostrymi narzędziami przemocy) indoktrynacja religijnej ortodoksji  wyrwała je z korzeniami z naszej pamięci historycznej.

Co powyżej, mimo że na zwykły esej żurnalowy zbyt nawet długie, daje lekki zarys o kim mówimy używając te skrótowce LGBTQ2+ w pełnej lub jednej ze skróconych wersji. Nie jest to jakikolwiek wykład encyklopedyczny czy naukowy. Ot, temat mi znany blisko bardzo (i bliski sam w sobie) od … hmm, zawsze chyba. Czyli dość długo. Badań sam żadnych w tym temacie nie przeprowadzałem ani procesów doktorskich. Alem był i jestem dość zaawansowanym studentem tychże badań i ‘procesów’.  Jak i procesów zmian socjalnych i politycznych zachodzących w naszym – okcydentalnym i orientalnym – świecie. To ostatnie też w charakterze żywego ich świadka i uczestnika.  I napawa mnie to nadzieją, że ludzkość, wielokroć wbrew złym nawykom i doświadczeniom, ma szanse na bycie lepszą, ma nadzieje dobrej przyszłości i ‘ruszenia z posad bryły świata’. A patrząc dziś z uśmiechem na małe dzieci ośmielam się niepewnie wierzyć, że ich dzieciństwo, a zwłaszcza ta bardzo pierwsza i najwcześniejsza młodość mają szanse być tyleż szczęśliwsze i radośniejsze od dzieci i nastolatków mojego pokolenia  i długich cieni pokoleń wcześniejszych. Zwłaszcza tych określanych dziś ogólna nazwą LGBTQ2+. Innych. A przecież takich samych.

post scriptumtekst ten jest wstępem do artykułu innego (który się wkrótce ukaże) będącego reakcją i odpowiedzią poniekąd na ostatnie wydarzenia w Kraju związane ze społecznością LGBTQ i niespotykanym a opartym na absolutnych fałszach atakiem na tą społeczność ze środowisk skrajnej prawicy politycznej (w tym przedstawicieli samego rządu i władz RP) oraz zatrważającej wręcz napaści hierarchii kościelnej w Polsce i części kleru na ta społeczność. Ten ostry atak i towarzyszące jemu sprytne manewrowanie propagandą ultra prawicowych mediów ( na czele z rządowym TVP i „Gazetą Polską”) były w stanie zawładnąć wyobraźnią wielu osób. W tym osób mi bliskich. Tak przez powinowactwo, jak i z kręgów towarzyskich. Byłem tym szczerze wstrząśnięty. Mimo, że olbrzymia większość moich bliskich i przyjaciół jak i dalszych znajomych kardynalnie potępiła te ataki anty-LGBTQ2 – pozostało uczucie żalu trochę ale i chęci próby wyjaśnienia pewnych określeń, pojęć i znaczeń (np. określenie ‘ideologia LGBTQ2” lub czym są Marsze/parady Równości/Dumy). Stąd ten tekst powyżej, który do tego tematu może czytelnika przygotować.

Lekcja z etyki w Carnegie Hall

Bogumił Pacak-Gamalski – wprowadzenie

oraz Jack Gibbons

Midtown Manhattan, NYC (fot. Ajay Suresh, NY, USA)

Znacie Państwo stare porzekadło: z kim przestajesz, takim się stajesz? Ot, ludowa mądrość, która – jak wiele tego typu mądrości – zawiera cenną przestrogę ale bywa też często używana nadmiernie, banalnie. Tekst poniżej (moje tłumaczenie za zgodą autora, wybitnego brytyjskiego  pianisty i kompozytora) zaczyna się od  przypomnienia popularnej anegdotki o Carnegie Hall, najbardziej renomowanej Sali Koncertowej Nowego Jorku, jednej z czołowych scen muzycznych świata.  Może dwa słowa wyjaśnienia dla czytelnika polskiego, być może nie znającego tej anegdoty. Zwłaszcza, że ma małe akcenty polskie: domniemani autorzy tego żartu to muzycy światowi z Polską związani: wielki pianista polsko-amerykański żydowskiego pochodzenia Artur Rubinstein oraz określany często, jako największy po Paganinim skrzypek, urodzony w Wilnie Jasha Heifetz.  Najbardziej znana wersja tego żartu sugeruje, że jakiś młody człowiek szukał kiedyś wejścia do Carnegie Hall i spytał przechodnia: czy wie pan jak się dostać do Carnegie Hall? Przechodzień, którym miał być ów wielki skrzypek Heifetz, właśnie wracający z własnego koncertu w Carnegie, spojrzał na pytającego młodzieńca i bez namysłu odpowiedział – ćwiczyć, ćwiczyć i ćwiczyć.

Ta zabawna nieco historyjka wyjaśnia i początek tekstu Gibbonsa i jego zakończenie. Ćwiczyć i pracować nad sobą trzeba. Ale nie tylko w technice swojego zawodu, powołania. Również nad własną ‘techniką’ etyczną, moralną.

Jack Gibbons, jest znanym światowym pianistą, jednym z najwybitniejszych interpretatorów  muzyki Georga Gershwina.  Sam w Carnegie Hall koncertował wielokrotnie. W jego własnym repertuarze poczesne miejsce zajmuje też muzyka Fryderyka Chopina.  Jak wielu wybitnych muzyków, Gibbons dba nie tylko o walory wirtuozowskie swego talentu, ale studiuje historię muzyki, biografie wielkich kompozytorów, wykonawców. Słowem jest po trochu muzykologiem, po trochu historykiem muzyki i przekazuje to czytelnikom i fanom w formie ciekawych tekstów.

Sam pamiętam wzruszenie, jakie mnie opanowało, gdy chodziłem po korytarzach Carnegie Hall w czasie moje wizyty w Nowym Jorku.  Wizyta była krótka i bardziej skupiona na doznaniach teatralnych i spotkaniach z serdecznym znajomym, polskim aktorem i inicjatorem życia teatralnego w Nowym Jorku, Omarem Sangare oraz jego wielkim osiągnięciem – Festiwalem United Solo z siedzibą w Nowym Jorku. Ale wizyta w murach tej zacnej placówki sprawiła mi wielką przyjemność. Pomny osiągnięć wielkich muzyków polskich lub z Polską związanych silnie. Łechtała też świadomość, że z niektórymi z nich łączy mnie też miła nić dobrej znajomości.  Świadomość, że grywał tam i Jan Lisiecki, wybitny młody polsko-kanadyjski pianista; Krzysztof Kaczka, jeden z najciekawszych flecistów polskich – muzycy, których znam i cenię ich wkład w polską i światową kulturę muzyczną.

Czy są to artyści, z którymi łączy mnie znajomość, czy też całe pokolenia innych, wybitnych wykonawców muzyki i jej współtwórców z Polską związanych – zawsze, gdy myślę o ich sukcesach w Carnegie oblewa mnie ciepłe wzruszenie i nie zasłużona nieco (wszak ja tam, na szczęście dla Carnegie Hall, nigdy nie grałem i grać nie będę ani muzykiem nie jestem) duma.  Ileż więcej dla Polski i jej kultury robią niż całe tłumy polityków! I mają cząstkę w utrwalaniu kultury ogólnoludzkiej, światowej.  Bo to nasza wspólna spuścizna. Wszystkich nas. Nie tylko Polaków czy Amerykanów, Francuzów czy Chińczyków. Nade wszystko jesteśmy ludźmi najpierw. Etniczności i narodowości to już tylko rzecz wtórna.

Wybitnych twórców, artystów nigdy nie można używać by dzielić lub poniżać innych. Nigdy zgody na to być nie może.  Ich geniusz należy do wszystkich.  Czyż tak trudno wyobrazić sobie np. sytuację, w której młody Fryderyk Chopin przeniesiony magią jakiejś maszyny czasowej znajduje się nagle w Warszawie w 2019 roku i idzie (co byłoby bardzo prawdopodobne, choć wiem, że to hiperbola tylko dla przykładu tu wstawiona) w Marszu Równości pod tęczowym sztandarem? Następnego dnia czyta, powiedzmy w arcy-szowinistycznej „Gazecie Polskiej”, że nie jest żadnym wielkim kompozytorem a ‘szmatą pedalską’, która jest niegodna polskiej sceny narodowej? Jak by opisali Karola Szymanowskiego, ojca współczesnej polskiej muzyki klasycznej? Czy to takie nierealne? Gdyby maszyna czasowa istniała – realne bardzo.  Fakt, że maszyny takiej nie ma a ‘umarli milczą’ – pozwala ludziom i ideom podłym wykorzystywać wielkie nazwiska i geniusze odeszłe dla swoich niecnych celów. Podszywać się pod te talenty, by móc zabłysnąć w ich blasku i chwale.

Taką próbę etycznego szalbierstwa podjęła w tym roku „Gazeta Polska” i jej Kluby w USA. Wykorzystując najbardziej znane w świecie geniusze muzyczne Polski i Ameryki: Fryderyka Chopina i Georga Gershwina oraz nadarzającą się okazję rocznicy 100-lecia nawiązania stosunków dyplomatycznych między Polską a Stanami Zjednoczonymi.  Gala miała odbyć się właśnie w tej zacnej Carnegie Hall z udziałem wybitnych muzyków artystów sceny muzycznej z Wielkiej Brytanii (Jack Gibbons), Kanady (jeden z czołowych pianistów kanadyjskich, Charles Richard-Hamelin), amerykańskich (znana sopranistka amerykańska, Angel Blue) i polskich (soliści Baletu Narodowego z Warszawy).

W tym samym czasie, gdy trwały przygotowywania do tej ‘Gali’, „Gazeta Polska” w kraju zainicjowała ohydną, wulgarną nagonkę nienawiści skierowanej na polską społeczność LGBTQ2 pod hasłem ‘strefa wolna od LGBT”. Ledwie dni kilka po skandalicznej akcji środowisk katolicko-nazistowskich, wspieranych przez miejscowych biskupów diecezjalnych, w Białymstoku. Akcji, która odbiła się głębokim echem w mediach światowych przynosząc ujmę imieniu Polski i godności Polaków. Akcja ta, powstrzymana chwilowo wyrokiem niezależnego sędziego polskiego (którzy są też w polu obstrzału rządu RP i wspieranych przez ten rząd środowisk szowinistycznych) skutkiem oskarżenia wniesionego przez młodego i zdolnego działacza, dziennikarza, osobę LGBTQ, Barta Staszewskiego – daje carte blanche każdemu choremu lub zaślepionemu nienawiścią osobnikowi do fizycznego ataku lub wręcz mordu. Nie nawołuje bezpośrednio do rękoczynów – ale daje ich usprawiedliwienie i niewypowiedziane ale jasno czytelne przyzwolenie do aktów kryminalnych.

I ta „Gazeta”, te jej Kluby chcą użyć nieświadomych ich działalności artystów do celebrowania rocznicy godnej, mimo to z planami „Gazety” wobec Polski nic nie mającej wspólnego.  Jedne słowo się ciśnie na usta: perfidia nie ograniczona jakimkolwiek hamulcem etycznym.

Więc wobec pianisty i kompozytora, twórcy kultury, Jacka Gibbonsa ode mnie niski pokłon szacunku i całkowite chapeau bas! Utwierdził Pan moją wiarę i przekonanie, że prawdziwy artysta, prawdziwy twórca nie żyje jedynie w mydlanej bańce swej sławy.  Człowiek kultury nie może zapomnieć, że wobec kultury ma zobowiązania. Talent to nie tylko maszynka do robienia pieniędzy. Talent to też poważny obowiązek.

Jak się dostać do Carnegie Hall?

Jack Gibbons

Jack Gibbons

‘Ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć’, oto odpowiedź z tego znanego, starego żartu. W świetle własnego, niedawnego doświadczenia, ten żart wymaga małej zmiany.

Kiedy wiele lat temu grałem po raz pierwszy w Carnegie Hall, pokazano mi list od Gershwina, w którym dziękował Carnegie Hall za ich pomoc. Carnegie była świadkiem premiery Amerykanina w Paryżu w 1928 a w 1935 była salą wybraną dla prywatnej próby orkiestralnej jego opery Porgy i  Bess. /… autor dalej wspomina  list brata kompozytora, Ery Gershwina i sopranistki Anny Brown opisujący ich wzruszenia z tej  ‘prapremiery’/

Kilka miesięcy temu czułem się bardzo uhonorowany, kiedy zwrócono się do mnie z prośbą aby grać ponownie w Carnegie Hall tej jesieni w gali muzycznej, którą miały być  obchody 100-lecia stosunków dyplomatycznych miedzy Polską i Ameryką (z udziałem licznych zaproszonych gości z ambasad, konsulatów, ONZ, itp.). Zaproponowano mi prezentację muzyki dwóch kompozytorów, którzy są bardzo ważną częścią mojego repertuaru: Chopina i Gershwina, zamykając koncert fragmentami z Porgy i Bess tego ostatniego. Oprócz tego miałem pracować z sopranistką Angel Blue we fragmentach z tej opery (Angel Blue ma właśnie otwierać w głównej roli  inscenizację Pogry i Bess w New York Metropolitan Opera – pierwszą inscenizacją na tej scenie od trzydziestu lat). Do udziału w tej Galii zaproszono również kanadyjskiego pianistę Charlesa Richarda-Hamelina i innych wybitnych muzyków.  Miałem też pracować z solistami Narodowego Baletu Polskiego w specjalnie zaprojektowanej choreografii do mojego repertuaru ‘prawdziwego Gershwina’. Brzmiało to wszystko jak wymarzony koncert, w którym byłbym szczęśliwy brać udział. Fakt, że nie poinformowano mnie jeszcze o nazwie  organizacji, która galę przygotowywała i promowała był nieco dziwny ale w świetle nazwisk artystów, z którymi miałem pracować – wydawało mi się to pominięciem drobnym.

Idąc do przodu kilka miesięcy (proszę o wybaczenie zmiany toku): w końcu lipca czytałem niepokojące informacje z BBC o polskim magazynie pod tytułem „Gazeta Polska”, który oferował nalepki swoim czytelnikom z tekstem informującym, że to ‘strefa wolna od LGBT’ z mrożącym symbolem czarnego X na tęczowej fladze. Zagłębienie się w lekturę przyniosły jeszcze zimniejsze dreszcze z ‘noty redakcyjnej’ naczelnego „Gazety” Tomasza Sakiewicza, opisującego LGBT, jako ‘ideologię, która posiada charakterystykę totalitaryzmu’ . Uzasadniał to porównaniem  sprzeczną z prawem boskim taktyką komunistów i nazistów.

Proszę sobie wyobrazić mój szok, kiedy w kilka minut po czytaniu tych wiadomości wszedłem na stronę web Carnegie Hall i zobaczyłem po raz pierwszy, że ten koncert, w  którym miałem wziąć udział 24 października był ‘prezentowany przez Klub Gazety Polskiej w Ameryce’. Natychmiast poprosiłem o wyjaśnienie od mojego kontaktu w Warszawie, jak i od przyjaciół z polskiej diaspory w Ameryce i bardzo szybko stało się jasne, że było to bezpośrednio związane z „Gazetą Polską”  w Polsce.  Gala w Carnegie Hall była promowana pod nazwą „Od Chopina do Gershwina” i byłem przekonany, że bez dociekliwości dziennikarskiej, większość nowojorczyków przypuszczalnie nie miałaby pojęcia, że za galą, która ma być  promowana w ich mieście kryje się propaganda anty-LGBT.

Oczywiście, po odkryciu tych faktów nie miałem wątpliwości, że muszę się wycofać z tego koncertu. To nie była decyzja podjęta lekko ale nie mogłem z czystym sumieniem brać udziału w wydarzeniu, które ma powiazania z organizacją, która wyznaje poglądy dla mnie obrzydliwe i które są w sprzeczności z wszystkim, co jest dla mnie ważne. Uważałem, też za swój obowiązek powiadomić innych wykonawców o charakterze organizacji, która ta gale przygotowuje. Po kontakcie z Charlsem Richardem-Hamelinem i Angelą Blue i poinformowaniu ich o kampanii „Gazety Polskiej”, oboje bez wahania podjęli też decyzję wycofania się z tego koncertu. I w ten sposób znalazłem się w przykrej sytuacji rozmontowania czegos, co początkowo wydawało się wymarzonym koncertem w Carnegie Hall. Byłem zadowolony czytając dziś, że ostatni schwytany w tą pułapkę „Gazety Polskiej”  artysta, pianista Paul Bisaccia, też mądrze wycofał się z udziału – niełatwa decyzja zważywszy na magnetyzm Carnegie Hall.

Smutnym aspektem tego wszystkiego, jest to, że muzyka, bardziej niż jakakolwiek inna forma sztuki, ma nadzwyczajną możliwość zbliżania ludzi, wyrastania ponad uprzedzenia, witania wszystkich, bez względu na różnice, do swojej magicznej harmonijności. 26 lipca tego roku, dacie mojego wycofania się z tej gali po odkryciu powiązan z „Gazetą Polską”, napisałem na mojej stronie Facebooka tekst o niezwykłym Astolphe de Custine. Astolphe de Custine był jednym z najbardziej oddanych wielbicieli Chopina i wśród jego wyjątkowych listów do kompozytora znaleźć można list wysłany do Chopina po jego ostatnim koncercie w Paryżu w 1848. Zawiera warte zapamiętania słowa: „Sztuka, tak jak ją rozumiesz Ty, jest jedyna rzeczą zdolną połączyć ludzkość podzieloną twardą rzeczywistością życia. Przez Chopina można pokochać i zrozumieć sąsiada.”  Astolphe de Coustine miał ważne powody do napisania tych słów będąc prześladowanym za swój homoseksualizm, kiedyś był tak dotkliwie pobity, że ledwo uszedł z życiem, był obiektem wyjątkowo ohydnych napaści w prasie. Jego słowa do Chopina nie mogłyby być bardziej adekwatne do tej sytuacji opisanej przeze mnie.

Cóż, wracając do mojego zwrotu w tytule: how to get to Carnegie Hall? Hmm, można odnieść wrażenie, że nie należy używać  moralnego kompasu.

Sto lat Niepodległości – czas wstać z łożka

by Bogumił Pacak-Gamalski

Przebudzenia bywają różne. Te powolne, z rozleniwionym witaniem się z nowym dniem, z przeciąganiem ramion;  te nagłe z zaskoczeniem, pytaniem wylęknionym: gdzie jestem? co to jest, co widzę wokół?

Niektóre trwają latami, jak śpiączka. Sen Polaka trwał bardzo długo. Nie pomogło i Przedwiośnie pana Stefana zacnego. Może cały wiek od 1918 do dziś. Jeśli nie sen, to byt w pół-majaku, częściowej tylko świadomości. Nasza świadoma, a więc aktywna przygoda z demokracją trwała może siedem, może góra dziesięć lat w ostatnim 200-leciu. Jakieś pięć lat z całego 20-lecia Międzywojennego i może góra drugie tyle po odzyskaniu suwerenności efektem Okrągłego Stołu i Magdalenki. Nie wiele na 200 lat z okładem. Głębiej iść nie ma sensu, bo o początkach współczesnej demokracji można dopiero mówić od XIX wieku.

Ale jest możliwym, że źródeł tego snu, tej maligny narodowej, szukać można pod Maciejowicami, w niespełnionej zapowiedzi Manifestu Połanieckiego Kościuszki. Tej zapowiedzi włączenia we współwładanie i współodpowiedzialność za Rzeczpospolitą najliczniejszej klasy społecznej – chłopstwa.

Osobny i długi bardzo temat. Warty jednak refleksji. Jego konsekwencje są dla mnie jasno widoczne i dziś, gdy patrzymy na polityczne i ideologiczne sympatie dużej części społeczeństwa polskiego. W tym też na ich wyraźny regionalizm, specyfikę geograficzną. Ostatecznie olbrzymia część mieszkańców polskich miast to nie potomkowie szlachty i tradycyjnej inteligencji polskiej oraz byłej klasy robotniczej (ta nigdy nie była liczna w Polsce, kraju rolniczym) ale potomkowie klasy chłopskiej, zwłaszcza tej najbiedniejszej. Szczególnie po 1945, kiedy nagle całe dzielnice, ulice, opustoszały i mogły przyjąć rzesze napływowej ludności okolicznej. Zwłaszcza w miastach, które do 1939 miały dużą liczbę ludności polskiej pochodzenia żydowskiego … .  Znowu – osobny i długi temat. Już rozpoczęty wiele lat temu w III Rzeczypospolitej ale ponownie przerwany od jesieni 2015 roku. Ale przerwanie rozmowy nie powoduje jej wyczerpania. Prędzej czy później trzeba będzie szczerze do niego powrócić. Znowu stracone x lat na rozmowę, którą i tak trzeba będzie przeprowadzić… .

Na razie jednak to, co w chwili obecnej wydaje mi się konstatacją najistotniejszą, refleksją najbardziej mnie poruszającą, najbardziej bolesną i zaskakującą – ów obywatelski sen niemocy politycznej. Z jednej strony państwo zachłannych i świadomych swych czynów polityków – z drugiej społeczeństwo lunatyków. Lunatyk to, jak wiemy, nie jest osoba zła lub niemoralna. Po prostu osoba w pewnego rodzaju transie, półświadomości.

Z jednej strony mary-czary sięgające doby romantycznej („Polska Chrystusem narodów’), ufortyfikowanej dobą literatury ‘ku pokrzepieniu serc’ i legendą heroicznych powstań (wszystkich przegranych, niestety), z drugiej obce, zimne i niebezpieczne mieszkania i ulice rzeczywistości. Rzeczywistości nie ze snu, a z przebudzonej realności. Więc łatwo się w takim sennym spacerze stuknąć kolanem o ostry kant stołu, potknąć o nieprzyjazne krzesło, czy zwyczajnie być potrąconym na ulicy przez przejeżdżający obojętnie samochód.

Czasem, miast krytykowania lunatyków, chciałoby się wykazać szczere zdumienie i zachwyt: jak wy to robicie, że jeszcze … no, istniejecie?!

Ano trwacie, bo bardzo na waszym trwaniu zależy klasom politycznym. Wszystkim. Od lewa po prawo. I tam na prawo od prawa, gdzie poczciwy i porządny człowiek nie zagląda. Jako jednak, że poczciwość i porządność nie jest cechą typową dla polityków – znaleźli się i tacy, którzy tam nie tylko zaglądają ale wręcz na stałe przebywają. Dla tych polityków wasz półsenny żywot jest jedyną szansą na przetrwanie.

Więc będą go ścisłe kontrolować, dozować dokładne dawki medycyny uniemożliwiającej pełne przebudzenie: raz dziennie pigułka ‘sprawiedliwości dziejowej’, dwa razy dziennie witamina religijności dewocyjnej; co tydzień jeden zastrzyk stężonego patriotyzmu rocznicowego przegranych powstań i wojen („ach, Boże mój, jak ci polscy ułani się  biją!”)  w pośladek, domięśniowo  i drugi dożylnie, w lewe ramię – ta strona od serca – z dużą dawką mityczno-mocarstwową ( od morza do morza, trójmorza, widelec dla Francji, husaria dla Wiedeńczyków, piloci dla Brytyjczyków, Jagiełło pod Grunwaldem, Żółkiewski pod Moskwą a Koniecpolski pod Kircholmem, itd. et ceatera do znudzenia, jak owsianka dla dzieci). W konieczności można sięgnąć po silne środki psychotropowe: kibole z flagami, bejsbolami i pochodniami, tudzież żołnierze wyklęci.
Dobre na jakiś scenariusz dla Ionesco, Becketa lub Witkacego. Fatalne na dłuższą metę dla normalnego funkcjonowania państwa.

DSC00218Jeden z nas-obywateli, po przebudzeniu, będąc świadomym, co czyni, nie chciał się z tą ‘terapią spiączkową’ władz politycznych pogodzić, nie chciał dobrowolnie poddać się tym ‘witaminom’, ‘zastrzykom’. Wolał z życiem się pożegnac swiadomie niż wrócic do kondycji lunatyka. Nie, nikogo nie namawiam do powtórzenia jego skrajnie dramatycznego i nieludzkiego kroku. Ale pamiętajcie Piotra Szęsnego, Szarego Obywatela. Niech nie tylko władzę ta pamieć boli, niech boli nas wszystkich, bo to – nasz indywidualny i zbiorowy ból – było celem jego aktu.

Jak to się stało? Morze atramentu na opisy i scenariusze wylano. Fatalna kampania wyborcza PO, gorsza jeszcze PSL i SD; niegodne prawdziwego lidera zachowania Kaczyńskiego, który skrył się za plecami Dudy i Szydło itd.  et nausea. Naturalnie autentyczne i nie rozwiązane do 2015 (dalej nie rozwiązane w większości, poza skutecznym i popularnym chwytem rozdawnictwa 500 złotych na rodziny wielodzietne) problemy tzw. zapomnianej warstwy społecznej tych, którym przejście z państwa opiekuńczego sowieckiego socjalizmu do samodzielności ekonomicznej kapitalistycznej demokracji nie udało się. To są suche fakty polityczno-ekonomiczne. Zasadniczą przyczyną była jednak kompletna obojętność większości wobec samego faktu wyborów. W ten sposób mniejszość wyborcza wybrała i większość i mniejszość parlamentarną. Czyli większość społeczeństwa pozostała bez głosu i reprezentantów politycznych. I tu można by zakończyć wywód mówiąc po prostu – macie to, na co zasłużyliście i co (nie głosując) chcieliście z lenistwa umysłowego i bardzo niskiej świadomości politycznej.

To naturalnie szalenie uproszczony opis tego, co miało miejsce latem i jesienią 2015 w Polsce. Tylko, że w uproszczonej formie zupełnie adekwatny i prawdziwy. Wielkim wodzem i strategiem określa się dowódców, którzy wygrywają batalie mimo olbrzymiej przewagi wojsk przeciwnika. W warunkach wyrównanych mocy lub wręcz małej przewagi – zwycięstwo w batalii jest zasługą nie zwycięskiego wodza ale efektem nieudolności wodza przegranego. A wodzem prawdziwie przegranym w wyborach 2015 roku był (nie)wyborca polski. Obywatel, który do obywatelskości nie dorósł.

Przeważyła mentalność poddanego i małorolnego chłopa, któremu obiecano nowe morgi od kolejny raz parcelowanego majątku dziedzica.

Nabrzmiała od pustego powietrza (złośliwy mógłby powiedzieć, że to nie powietrze a inny rodzaj gazu, nie z płuc a dolnej części ciała się wydobywający) bańka polskiej polityki i wewnętrznej i zagranicznej pęknie lada moment. Historia ma to do siebie, że prędzej czy później wystawia weksle za popełnione świadomie długi ekonomiczne i polityczne. Na ogół prędzej niż się dłużnicy spodziewają. A długi Polski są olbrzymie i rosną. Weksle historyczne spłacane być muszą. Nie przez władze a przez społeczeństwo. Jak kiedyś pewien niezbyt moralny za to całkowicie w tym stwierdzeniu słuszny, polityk kąśliwie zauważył: władza się zawsze wyżywi. Poza sytuacjami skrajnymi, rewolucyjnymi, gdy władza nie pada ale zawisa na udekorowanych szubienicami deptakach miast i wiejskich rogatek. Nie sądzę by ta perspektywa nas jednak czekała. Mam nadzieję. Do pewnego stopnia można się pogodzić już dziś z faktem, że kolejne szeregi politycznych zauszników włodarzy kraju zdążyły się już zabezpieczyć skradzionymi (poprzez masową dziś w Polsce, jak nigdy chyba przedtem, korupcję obozu rządzącego) milionami posad, synekur i nadań. Tych pieniędzy raczej już społeczeństwo nigdy nie zobaczy. Ani Skarb państwa. Trudno, za głupotę i życie w pół-śnie się płaci.

Pytanie jest: ale co dalej? Dać władze nowym szeregom głodnych-dumnych-chmurnych, którzy za cenę burzenia pomników poprzedniej władzy i kolejnych zmian nazw ulic i skwerów dalej będą grzęznąc w tym samym błocie pozbawionym wizji nowoczesnej Polski? Polski prawdziwie europejskiej? Państwa obywateli a nie tylko pracowników, petentów, którzy nocą marzą, że są wolni a za dni chodzą ulicami w lunatycznym majaku? Tego, z doświadczenia, można się raczej spodziewać po elicie poprzedniej skupionej w szeregach dzisiejszej opozycji parlamentarnej. Nigdzie prawie wśród nich nie widać wizjonera, kogoś, kto zrozumiał czego kraj i społeczeństwo potrzebuje. Kto pojął, że winę za okrutne przekoślawienia i demoralizację Polski dokonana przez PiS – ponoszą wszystkie czołowe partie III Rzeczypospolitej, a zwłaszcza partie centro prawicowe (PO i PSL). I że od tego naprawę zacząć winny. Do tej pory takiego programu naprawy nie widziałem. Zbudowanie ad hoc, pod naporem żądań grup niezależnego ale zorganizowanego społeczeństwa demokratycznego, mini koalicji przed wyborami samorządowymi nie jest nawet krokiem w tym kierunku. Raczej zwróceniem jedynie głowy w tą stronę. Same wyniki tych wyborów powinny być zimnym prysznicem a nie okazja do wiwatów. Osiągnięto pata politycznego. Kilka spektakularnych zwycięstw opozycji (np. Warszawa) nie zmienia faktu, że po trzech latach straszliwych i czysto dyktatorskich rządów … PiS nie został zmieciony masowym gniewem obywatelskim pod dywan politycznej porażki.  A nie został. Wybory, dużo popularniejsze nawet niż ostatnie parlamentarne dały w najlepszym wypadku pata. To nie jest zwycięstwo a jedynie utrzymanie frontów i ustalonych pozycji. Coś na zasadzie frontu zachodniego w I wojnie światowej. Nieruchomego i bezustannie krwawiącego.

Te opisywane na początku tekstu ‘terapie’ pisowskie zadziałały wobec bardzo sporej grupy pół-obywateli. Jedni są otumanieni, inni po prostu chciwi, reszta lubi, jak się sąsiadom dokopuje i ich napastuje (zwłaszcza jak bardziej zamożnym, wykształconym lub po prostu inaczej myślącym, tym cholernym elytom!, których nikt w Polsce nie lubi. Co w samo w sobie jest jakimś idiotycznym zaczadzeniem, bo któż, jak nie elity każdy naród i państwo budowały, wzmacniały?!). Pewna grupa (pewnie spora) po prostu nie lubi się ‘wychylać’. Niby jest za demokracją, za praworządnością ale … nie mymi rączkami , co ja sam mogę, nec Hercules contra plures … . A może jednak ta Unia w końcu im się do skóry dobierze i porządek wprowadzi, może Tusk jednak wróci na białym koniu … I na tym koniec. A Unia, bez aktywnego poparcia większości Polaków – Polski nie uratuje od ruiny moralnej i konstytucyjnej. Ani rycerz na białym koniu.

Jedynym, wyraźnym i poważnym zwycięstwem, osiągnięciem polityki pisowskiej jest autentyczna aktywizacja i organizacja świadomych środowisk demokratycznych i ich bardzo wyraźny wzrost: od KODu poczynając na małych grupach lokalnych kończąc. To liczby poważne. Niestety, jak w każdym – nawet zdrowym – społeczeństwie: aktywiści i ludzie zaangażowani w pracy obywatelsko-politycznej nie stworzą większości wyborczej. Te grupy dokonywały niebywałych rzeczy  protestując i stawiając opór wobec pisowskiej inwazji populistyczno-ultrakatolicko-nacjonalistycznej. Teraz czas by równą aktywność i poświęcenie skierowały na swoich współobywateli. Robić wszystko by ich z tego marszu lunatyków obudzić. By zrozumieli, że są obywatelami a nie poddanymi. Że to nie niezależny sędzia jest łobuzem a polityk, który tak tego sędziego nazwał; smoleńskie czary i smoleńskie msze są dobre dla sekty a nie dla społeczeństwa; że prezydent nas autentycznie reprezentuje poza granicami, każdego z nas i nie powinien swym zachowanie każdorazowo zmuszać nas do rumieńców wstydu; że premier (jako polityk mimo wszystko…) może się pomylić lub czasem nawet świadomie skłamać ale nie powinien mówić prawdy tylko wtedy, gdy się pomyli; że policja nie jest po to, by chronić faszystów od obywateli a odwrotnie; że minister sprawiedliwości jest od stania na straży niezawisłości sędziów, szacunku wobec nich a nie od chuligańskich na nich ataków;  że środowiska prawicowe maja prawo mieć swoje stacje telewizyjne ale nie maja prawa zawłaszczać w tym celu telewizji publicznej; że stawianie pompatycznych i idiotycznych pomników jest propaganda  państw komunistycznych i dyktatorskich a nie demokratycznych. A przede wszystkim, że godność i szacunek, że wolność nie jest na sprzedaż. Ani za 500 ani 5000,000.00 złotych.

Czy przebudzenie Polaka-obywatela jest możliwe? Tak. Czy się przebudzi? Nie wiem.

 

 

List Polaka do kanclerza Niemiec

poniżej podaję bez komentarza – ale z pełnym zrozumieniem emocji i logiki Autora – pełny list znanego artysty pióra, kamery i sceny, Stanisława Brejdyganta, do Angeli Merkel, Kanclerza Republiki Federalnej Niemiec. Tekst List podajemy ze szpalt “Gazety Wyborczej”.

List obywatela Rzeczpospolitej Polskiej do pani kanclerz Republiki Federalnej Niemiec

Chciałem Pani złożyć wyrazy najgłębszego szacunku i podziwu.

Szanowna Pani Kanclerz,

Mam długie życie za sobą i noszę w sobie żywą pamięć tego długiego życia. Urodziłem się i wychowałem w Warszawie. Całe moje dzieciństwo przypadło na tragiczne i okrutne (w tym mieście szczególnie) czasy okupacji niemieckiej. Umyślnie piszę, zgodnie z historyczną prawdą, niemieckiej, bo przecież to Niemcy okupowali mój kraj, a nie jacyś, jedynie, naziści. Mam zatem prawo Niemców bardzo źle wspominać. Oczami dziecka widziałem uliczną egzekucję. Mama próbowała zasłaniać mi oczy. Widziałem też płonące w środku miasta getto. I wiedziałem, że płoną tam ludzie. No a potem widziałem zagładę mego miasta, Powstanie Warszawskie. W tym Powstaniu bohatersko walczyła moja starsza, piętnastoletnia siostra. Jedna z nielicznych ocalała. Ale z rąk Niemców w tamtym czasie, zginęło dwóch braci matki, jeden torturowany w gestapo, drugi na barykadzie Powstania. Także w Powstaniu zginął brat ojca, wyższy oficer Armii Krajowej. Powtórzę, mam prawo Niemców źle wspominać. I wspominam źle, tamtych Niemców.

Ludzie ludziom zgotowali ten los

Myślę, że nic i nikt nie jest w stanie zdjąć z narodu niemieckiego odpowiedzialności za niewiarygodne zbrodnie, których dokonali Niemcy w czasie II wojny światowej. A jednak w mojej świadomości trwa najmądrzejsza, najgłębsza ocena Czasów Zagłady wyrażona w krótkim zdaniu sformułowanym przez polską pisarkę Zofię Nałkowską nazajutrz po wojnie w 1945 roku: „Ludzie ludziom zgotowali ten los”. Bo też w minionym XX wieku doświadczyliśmy największej w dziejach kompromitacji człowieczeństwa.

Moje, dość bogate jak widać, doświadczenie życiowe wskazuje na tak oczywistą prawdę jak ta, że rewanż, zemsta niczego nie załatwia, pogłębia jedynie tragizm kondycji ludzkiej. Dlatego dumny jestem, że to jako pierwsi polscy biskupi wyciągnęli rękę w geście pojednania do Niemców. Bo też był to wielki i mądry, prawdziwie chrześcijański gest

Przez kilkadziesiąt lat, jakie minęły od czasów wojny, wyrosły i w Polsce, i w Niemczech kolejne pokolenia. Różne demony, ale także dobre duchy kształtują w różnych okresach losy ludzi i dzieje narodów. Otóż, gdy mój naród przywrócił sens hasłu: „Za naszą i waszą wolność”, gdy Lech Wałęsa mądrze dowodził pokojową armią „Solidarności”, której działania przybliżyły moment zburzenia ładu jałtańskiego i doprowadziły do zburzenia berlińskiego muru, i gdy w tych działaniach nastąpiła przerwa, trudna próba oporu, stan wojenny w Polsce, wtedy ludzie dobrej woli z całego świata przyszli nam z pomocą.

I wówczas, kto wie, czy nie największe wsparcie przyszło do nas z Niemiec. I nie był to pierwszy przykład braterskiej współpracy i pomocy pomiędzy naszymi narodami, bo były też inne w różnych czasach. Najgłośniejszy zaś i najbardziej, powiedzielibyśmy dzisiaj, spektakularny po 1831 roku po upadku powstania listopadowego, kiedy to naszych uchodźców, „żołnierzy tułaczy”, z największym entuzjazmem witano i pomagano im w krajach niemieckich.

Od Ottona III do Jana Pawła II

No i wreszcie u progu XXI wieku nastąpiło w naszych dziejach coś najwspanialszego, co mogło się wydarzyć. Wstąpiliśmy do wymarzonej przez upartych wizjonerów i stworzonej przez błogosławionych Chrześcijańskich Demokratów (Schuman, Adenauer, De Gasperi) Unii Europejskiej.

Nareszcie koniec wojen i konfliktów, nareszcie oczekiwana przez wieki, od Ottona III do Jana Pawła II, Wspólna Europa. I my w niej, my, Polacy, i wy, Niemcy. Jeżeli użyję zwrotu „braterska współpraca”, to wiem, że zabrzmi to patetycznie. Może też przesadnie. Ale przecież wspólnota interesów także może być braterska. I mogła być. I była.

Świadczy o tym przecież dobrze funkcjonujący Trójkąt Weimarski, który niestety z winy mego obecnego rządu dziś nie funkcjonuje. Cóż, wiele pięknych, szlachetnych inicjatyw nie funkcjonuje dziś z winy obecnego mojego rządu, który to rząd, istotnie mający mandat większości w wyborach (a co to znaczy ów „mandat większości”, to najlepiej wiecie wy, Niemcy, którzy doświadczyliście upadku demokratycznej republiki w waszym kraj, u progu lat 30. za sprawą wolnych wyborów i „mandatu większości”) uważa, że może być władcą dusz naszych i sumień.

Otóż oświadczam, że nie może. Nasze sumienia i nasza świadomość nie chcą dopuścić, aby nasz naród, nieraz już przegrywający z innymi silniejszymi narodami, a także z nieubłaganymi prawami historii, kierowany przez nieodpowiedzialnych szaleńców po raz kolejny stoczył się w przepaść. A wiem, dziś jest blisko krawędzi.

Tandetna propagandowa zagrywka

Mój rząd wystąpił ostatnio z żądaniami od Niemiec reparacji wojennych. Nie wiem, czy mój rząd ma rację, nie wiem, skłonny jestem przypuszczać, że w swoim czasie, zaraz po wojnie, niemało nam się należało. Wiem, na przykład, jak egzekwowali „rachunek za wojnę” zwycięscy Brytyjczycy. Tylko że my wcale nie byliśmy, jak Pani dobrze wie, zwycięzcami w tamtej wojnie, mimo że niby należeliśmy do obozu zwycięzców.

Byliśmy wasalnym państwem wielkiego zwycięscy (na polach bitew, ale przede wszystkim w Teheranie i w Jałcie), czyli Związku Radzieckiego. Moja młodość i wiek dojrzały upłynęły, podobnie jak Pani młodość, w satelickim państwie, w tak zwanym bloku sowieckim. Zatem nie my – to ktoś za nas Polaków decydował. I zdecydował.

I stało się to, co się stało. Zatem nawet mało inteligentny człowiek, ktoś z niewielkim wykształceniem, nie może nie wiedzieć, że to, co czyni mój rząd obecnie, to jest humbug, tandetna, propagandowa zagrywka obliczona na poklask najbardziej nieświadomych rodaków. Cynizm w stanie czystym. Wszak już nieraz w trudnych dla tego reżimu momentach, podejmowano ten temat.

Był to dyżurny temat PRL-u, niezawodna zagrywka towarzysza Gomułki. Wstyd mi. Trudno opisać, jak bardzo mi wstyd. Wiem, że czyni Pani niemałe wysiłki, by pertraktować z obecnym rządem mego kraju. I wiem, że czyni Pani to bona fide, w dobrej wierze.

I wiem, że moi przywódcy nie rozmawiają, niestety, w dobrej wierze. Mam pełne prawo przypuszczać, że odwołując się, w sposób absolutnie cyniczny, do antyniemieckich fobii ludzi prostych, budząc niechęć, ba, nienawiść, prowadzą mój kraj i mój naród ku zagładzie. Bo wypchnięcie nas z Unii Europejskiej (co jest, niestety, obawiam się, złowrogą intencją prezesa rządzącej partii) oznaczałoby koniec niezawisłości Polski. Przyzna Pani, jak tragiczna jest świadomość przynależności do narodu, którego przywódcy zmierzają wprost, świadomie czy nieświadomie, ku zagładzie tego narodu.

Uratujcie Europę

A teraz powrócę do pierwszego zdania mego listu, do wyrazów szacunku i podziwu dla Pani. Otóż uważam, że jest Pani niezwykłym politykiem. Ratuje Pani bowiem godność polityki, nie odbierając jej walorów moralności. Dla małych, karłowatych politykierów polityka to jedynie gra. Zatem grają oni sobie. Za nas. I niby dla nas. I to jest przerażające, bowiem czynią to ludzie skończenie niemoralni. Dla Pani, wiem to, bo jest to czytelne, moralność jest ważna. To rzadkie, Boże, jak bardzo rzadkie!

W ostatnich kilkudziesięciu latach miała Pani niewielu poprzedników. Najważniejszy z nich, największy, to bohater mego życia Nelson Mandela. Prawdziwa wielkość człowieczeństwa. 24 lata w ciężkim więzieniu i wyjście z tego więzienia bez kropli nienawiści. Komisja Prawdy i Pojednania i krzesło dla strażnika więziennego, pośród prezydentów i monarchów, na uroczystości inauguracji jego prezydentury. Zatem On. A teraz Pani. Na pewno przy swym niewątpliwie dobrym sercu i światłym umyśle popełniła Pani błąd, otwierając, jakby to powiedzieć, zbyt szeroko wrota dla uchodźców. Ale, Boże, jakbym ja chciał mieć takiego przywódcę kraju jak Pani, kogoś, kto popełnia takie błędy! W imię miłosierdzia. I ludzkiej solidarności.

A nie, jak mój rząd, który wiedząc, jak obcy jeszcze nie tak dawno ratowali niezliczone rzesze mych rodaków, dziś bezwzględnie zamyka granice przed obcymi. Ba, nieformalny przywódca narodu judzi hasłami, które przypominają najgorsze czasy historii Pani narodu i uprawianą wówczas propagandę, przekonując o „zagrożeniu, chorobami, zarazą”. Powtórzę, nie jestem w stanie opisać wstydu, jaki mnie ogarnia. Za mój rząd. I za mych rodaków. Tych, którzy być może uwierzyli w te haniebne brednie.

Na koniec to, o czym jestem przekonany: jest Pani prawdziwym mężem stanu. Niech mi darują feministki, ale nie mogę znaleźć innego sformułowania, jeśli chcą takie znaleźć, niech spróbują. Otóż w tym miejscu chcę wyjaśnić to, co niby oczywiste. Polityk, nawet, powiedzmy, dobry polityk, to ktoś, kto jedynie „gra w tę grę”. Walczy o głosy wyborców. Schlebia im i oczywiście ich oszukuje. Mąż stanu, przede wszystkim, mówi prawdę. Czasem niemile widzianą. I wierzy w to, co mówi.

Przypomnę sławne słowa innego męża stanu Winstona Churchilla: „Ofiaruję wam pot, łzy i krew”. Wiem, że nie jest Pani łatwo, demokracja jest bezwzględna, trzeba zdobywać głosy. Ale ja wiem, że to Pani i tylko Pani jest jedynym w mojej ojczystej Europie mężem stanu. Cóż, liczę na młodego człowieka z Francji, na prezydenta Macrona. Oby nas nie zawiódł. Obyście obydwoje uratowali moją większą ojczyznę (bo ta mniejsza, najbliższa memu sercu, to Polska) Europę.

Pozwoli Pani, że zakończę angielskim zwrotem, bo po polsku tak listów się nie kończy, a ja właśnie tak chciałbym go skończyć: God bless you!

Stanisław Brejdygant – ur. w 1936 r., aktor, reżyser, scenarzysta, pisarz i dramaturg

96px-Stanislaw_Brejdygant
St. Brejdygant (fot. C. Piwowarskiego ze zbiorów Wikimedia Commons)

/Absolwent polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim, wydziału aktorskiego Warszawskiej Szkoły Teatralnej i reżyserii w łódzkiej filmówce. Jako aktor występował na deskach teatrów warszawskich: Narodowego, Powszechnego, Nowego i Dramatycznego a także Teatru Bałtyckiego w Koszalinie, Teatru Polskiego w Poznaniu i Teatru Nowego w Łodzi. Jako reżyser pracował w Teatrze Współczesnym we Wrocławiu i Teatrze Nowym Warszawie. Ma w swoim dorobku role szekspirowskie i w adaptacjach Dostojewskiego, a także w wielu innych. Jako reżyser wystawił m.in. Wiecznego małżonka i Idiotę Dostojewskiego oraz pięć oper (m.in. Damę Pikową Piotra Czajkowskiego). Ma w swoim dorobku kilka filmów, słuchowisk radiowych i widowisk plenerowych.  Jest członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, był członkiem Zarządu Głównego ZASP-u, ZAiKS-u, PEN Clubu, ITI oraz Rady Pisarzy Trzech Mórz. Ojciec aktora Igora Brejdyganta i muzyka Krzysztofa Zalewskiego./