“Freedom’ (their freedom, not ours) Convoy; Emergencies Act; Federal Inquiry – in search for answers

Of course – sunsets, sunrises, shapes of air and water, shadows of land are important. Who knows? Maybe they are the most important or even the only things important, when everything is counted and done? Who knows?

But time and again, we are reminded that politics (local and national and international) do have a power (often used) to invade our pristine soulful life.  And I am reminded that I am a political animal. Always was. Since the time I was fourteen or fifteen and typed on a manual typewriter (with  carbon papers to fill as many pages as possible) anti-government (at that time it was anti-communist) slogans. Later I would personally visit as many as possible press clubs in Warsaw (they were called Empiki –  clubs to read free of charge national and international newspapers) and insert these subversive texts  between pages of popular periodicals. They didn’t use cameras at that time in public spaces as they do now everywhere, LOL. I was not afraid that someone might denounce me – that work was mine alone, a lonely wolf. Organized anti-government work came few years later, in the “Solidarity’ movement.

For the past forty five-odd years I do the same. But openly, under my name. In press, on social  (as this one) channels, in various organizations, different roles. But mostly as the lonely wolf again. Don’t trust governments and politicians. But do trust independent judiciary and legal system. Independent, public commissions, inquiries.

For some weeks now, I observe with full attention the Federal Inquiry on the recent use of Emergency Act (what used to be called War Measurer Act).  We all lived through it. We all were (to a point) traumatized, when it happened and traumatized by the events that led to it. I will not list events that led to it. At that time, as majority of Canadians, I strongly supported it and believed that all possible other resources and actions failed to bring resolution to the situation and it could not be allowed to continue anymore.

photo by Brett Gundlock for CBC News, from Wikimedia Commons

That it is not to say that I was happy to see it used. It is a tragedy, when a government is forced (or otherwise makes that choice) to suspend certain (or possibly most) freedoms of citizens.  According to what we all witnessed through TV channels, all mass media, pictures, videos, live reporting – all regular levels of security and policing (local, provincial and federal) failed and were powerless to stop the anarchy. Stakes were extremely high on national and international levels (blockades of extremely important border-crossings with USA). Tensions were raising.

But, when the dust settles, one needs more answers. More than just news reports and live coverage. Were all possible resources used, were all policing and enforcing applied using regular laws and Acts? Just because a politician say so – is not good enough.   The Inquiry itself is a good thing and it is very good that the Inquiry has to happen whether the government or Opposition wants to or not.  Such Inquiry is part of the Act and has to happen every time the Act is invoked. That is very good. It speaks volumes of the maturity of our democracy in Canada.

Until now majority of witnesses were police commanders or high ranking police officers from city (Ottawa), Province (Ontario’s OPP) and neighboring similar agencies. It proves to be interesting. The police officers tend to be … hmmm, full of themselves. Probably a mental professional luggage. We had a good plan! It could have worked! The other (read: Ottawa Police) force was disorganized, not us (read: Provincial Police)! If we had more time or intelligence we would not failed! Yes, the Act was helpful, but telling the truth we could have achieved the same using existing, regular laws! At times I have hard times to comprehend their statements. Is is possible that their memory is so fragile or do they portray another reality? Only when pressed by questions of legal counsels, the self-assurance weakens, softens. Or crumbles altogether.  This time a recorded history of events, cameras and reporting helps. You could have had … but you didn’t. That is a fact. Not an opinion. It is possible that you would have finished it. But when? After a fire bombs would start exploding? Remember that each of the huge trailers were full of gasoline, not water. After street fights between terrorized citizens of Ottawa and bands of ‘freedom fighters’? After someone would have died? There was a plan but … . But it didn’t work Mr. Commander or it couldn’t work. Otherwise there would be no Emergency Act and no Inquiry.

I find it very disrespectful of Canadians that premier of Ontario, Doug Ford refuses to testify. There is a legal battle now, whether he can be forced (as the Inquiry demands). One of the most important politician, premier of the province where it was happening. One, who endorsed the Act. But now it is inconvenient politically to enrage fellow right-wingers?

Politicians should testify as it is the politicians, who make the decisions, not the commissioners of Police Forces. Looking forward to hear from PM Trudeau and other federal ministers. They already said that they will absolutely testify. Hopefully other ones, too. In order to learn, to avoid unnecessary use of the Act in the future.  It should always be the last resort, not a convenient way to settle political discontent. Despite my own understanding that the Act was at this time right answer (perhaps it should have even be used earlier) to the situation – I am also open to the possibility that it wasn’t necessary, that other solutions existed. And as a citizen I have a right to know it. After all, any extraordinary suspension of any freedom is a very dangerous proposition.

That the ‘Freedom Convoy’ was a disgusting  display of arrogance and an assault on Canada, our democracy, our institutions is clear to me beyond any doubt. But whether a right tool was used to squash it – is not a forgone conclusion, yet.

Smutek i Brak. Cisza, którą trzeba wypełnić prawdą.

(cz. 2 cyklu o losach Żydów polskich w 1939-45/, 1945-46)

W poprzednim tekście literacko-biograficznym starałem się zarysować szkic czasu i świadomości – określonej miejscem i czasem – zaistnienia w moim życiu tygla uczuć i emocji związanych z zagadnieniem żydowskim w Polsce. Z historią i konkretnymi miejscami wypełnionymi cieniami Polskich Żydów. I z wielką pustką tych miejsc. Z opończą-mgłą smutku i braku. Znajoma plastyczka (Tamara Szymańska-Golik) w krótkim komentarzu do tego tekstu, wracając pamięcią do dzielnicy żydowskiej w Krakowie (Kazimierz) użyła jednego jeszcze zwrotu, bardzo adekwatnego: bezruch. Te trzy imiesłowy zawierają całą esencję mojego emocjonalnego stanu, gdy staję wobec historii i współczesności polsko-żydowskiej.  

Na tyle na ile jestem zorientowany, etnicznie nie mam jakichkolwiek genów żydowskich. Pochodzenie mam w olbrzymiej większości słowiańskie, a z tego w największej części słowiańsko-polskie. Miałem i znałem jednego wujka, który był zasymilowanym Żydem polskim ale było to tylko dalsze powinowactwo a nie pokrewieństwo. Podkreślam to, by nikt nie podejrzewał moich rozważań jako kolejnej ‘wielkiej zmowy syjonistycznej’, jak często wszelkie, domniemane nawet, sympatie pro-żydowskie są określane przez ciemnogrodzkie środowiska faszystowsko-szowinistyczne. Gdziekolwiek na świecie, nie tylko w Polsce. Tyle, że te w Polsce interesują i bolą mnie najbardziej. I wzbudzają, rosnące z wiekiem, obrzydzenie.

Innym, niesłychanie ważnym zagadnieniem, które muszę tu określić jest sprawa polskiej przynależności kulturowej. Świadomego wyboru kolebki kulturowej.   Tego, co u zarania nas ukształtowało i co w latach późniejszych, dojrzałych, świadomie zaakceptowaliśmy.  Otóż kultura polska (w dzieciństwie nieświadomie, później świadomie zaakceptowana) nie może istnieć w swej formie bez tego dziedzictwa żydowskiego. Nie mogę wymieniać nazwisk wielkich Polek i Polaków pochodzenia żydowskiego, bo nawet wybranie małej grupki najsłynniejszych – zajęłoby zbyt wiele miejsca, a wtrącanie kilku ad hoc jest bezsensem.

Takie widzenia tygla zwanego ‘kulturą polska’ nie jest obce (raczej bardzo bliskie) noblistce, polskiej pisarce Oldze Tokarczuk. Dała temu wyraz bardzo jasny w rozmowie z D. Wodecką na łamach ‘Gazety Wyborczej”  (24.01.2005)  Nie może być obce nikomu, kto rozumie kulturę narodową, jako bezustanny proces, zjawisko niemal organiczne. Proces, w którym współczesność żywi się tradycją, historią – ale w każdym pokoleniu, każdej generacji dokonuje się nowa synteza tego ‘dziś’ i ‘wczoraj’.

Cyfry, daty są tu niesłychanie ważne. Zwłaszcza te z XX wieku. Klamrą polską niesłychanie ważną, najistotniejszą chyba, są dwa okresy: 1) okres Zagłady w latach 1939-45; 2) pogromy w latach 1945-48 po wyzwoleniu. Innym zagadnieniem jest okres Zagłady (wojna i okupacja terenów polskich przez Niemców, pierwsze zamknięte getta żydowskie i rozszalały morderczy terror hitlerowskiego nazizmu z jego kulminacją: final solution (Zagłada).   Odmiennymi w wymowie, celach i ocenie moralnej były pogromy w Polsce po wyzwoleniu jej spod okupacji niemieckiej.

  1.  W cieniu tej niemieckiej machiny śmierci ukazują się przykłady niesłychanego bohaterstwa sąsiadów-Polaków. Bohaterstwa, gdyż kary na ziemiach polskich za udzielanie pomocy, za ułatwianie schronienia Żydów polskich, były bezwzględnie okrutne (śmierć) i stosowano je wobec całych rodzin lub wręcz sąsiedztwa (wsie, osiedla) osoby takiej pomocy udzielającej. Pisząc wiele, wiele lat temu na ten temat, użyłem nawet dziwnego sformułowania, że każdy polski Żyd, który w Polsce okupację przeżył – przeżył ją dzięki jakiejś akcji Polaka nie-Żyda.  Niektórym osobom może się to stwierdzenie wydać zbyt szerokie, przesadne. Mnie się nie wydawało. Okupacja niemiecka w Polsce wyglądała inaczej niż w krajach zachodniej Europy. Była częścią wojny totalnej, nie konwencjonalnej. Z drugiej strony zawsze miałem świadomość, że nie wszystkie te akty heroicznej pomocy Żydom były powodowane ‘miłością bliźniego’ i nie były częścią zachowania altruistycznego, honorowego lub rycerskiego. Że wiele było przykładów pomocy ‘za coś’ i to ‘coś’ miewało często charakter obrzydliwy, kryminalny, czasem wręcz bandycki. Znaczy, że mimo iż ratowały (lub stwarzały szanse ratowania) ne mogły wszystkie być nazwane heroicznymi. I na takie określenie wiele nie zasłużyło.  Pamiętam, wiele lat po wojnie  żarty, których początkowo nie rozumiałem: gdy naszły wspomnienia towarzyskie (zwłaszcza przy ‘zakrapianym stole’) i wspominanie czasów okupacji, gdy kogoś z nieobecnych (naturalnie) wspominano , jeden z biesiadników dodawał: o, temu to źle nie było, bo w piwnicy ukrywał Żyda. Tajemnicą Poliszynela było, że w domyśle oznaczało to, że ten Żyd opłacił to schronienia wysoką ceną kosztowności, majątku. To były rzadkie momenty i tylko w pewnych środowiskach powtarzane.  Ale kolokwialnie oznaczały pewne i rozgrzeszenie i akceptację zwycięstwa zła nad dobrem, pazerności nad szlachetnością,  podłości nad godnością.
  2. Zupełnie i całkowiecie przeczące romantycznej wizji Polaków ratujących (nawet za pieniądze czy inne korzyści materialne) polskich obywateli pochodzenia żydowskiego jest naturalnie Jedwabne i inne mniejsze i mniej znane akty bezpośredniego terroru. Tutaj możemy mówić jedynie o polskim współudziale w zbrodni – jakkolwiek odosobnionym i statystycznie nie mającym wpływu na rozmiar Holocaustu.

Pytanie czy Polacy mogli zrobić więcej i pomóc uratować więcej żyć żydowskich współobywateli jest pytaniem otwartym i bardziej filozoficznym niż praktycznym. Każdy, kto je zadaje musiałby sam być w takiej sytuacji, wobec takiego olbrzymiego i egzystencjalnego zagrożenia nie tylko wobec siebie ale i swoich najbliższych. Nigdy w takiej sytuacji nie byłem, więc nigdy ani zadać takiego pytanie komuś nie potrafiłbym ani dać na nie przekonywującej odpowiedzi. 

Może wśród bardzo już nielicznych, którzy tamte czasy przeżyli, taki dyskurs, dylemat moralny jest możliwy. Wśród pozostałych nas – chyba  nie.

Co leży u źródła pamięci i męczarni ducha Eliezera Wiesela spisania wspomnień tego okrutnego skrzyżowania historii i zła? Naturalnie realizacja, że musi być świadkiem Historii. Ale jest też moment bardzo osobisty, tragiczny na miarę największych tragedii Człowieka historycznego i Człowieka mitycznego. Przytoczę tu jądro osobistej tragedii cytując słowa samego autora tych wspomnień, Elie Wiesela:

Pamiętam tą noc, najokrutniejsza noc mojego zycia: „… Eliezer, mój synu, chodź tu … Chcę ci coś powiedzieć … Tylko tobie … Chodź, nie zostawiaj mnie samego … Eliezer …” /… … /

To było ostatnie pragnienie aby mieć mnie przy sobie w jego agonii, w momencie gdy jego dusza wyrywała się z jego poharatanego ciała – mimo to, nie mogłem spełnić jego prośby. Bałem się.

Bałem się ciosów.

Oto dlaczego pozostałem głuchy na jego głos. „ 

/(tł. własne z wydania uzupełnionego, w 2006, przez Hill and Wang, Nowy Jork, 2006; s. 11/

Wiesel miał wówczas piętnaście  lat. Tylko ktoś, kto mając piętnaście był w takiej dantejskiej sytuacji mógłby spytać: dlaczego nie podszedłeś do ojca, gdy konający, wzywał cię?

Ale w tych refleksjach nie chodzi o to czy Polacy zrobili to, co mogli, co byli w stanie udźwignąć. Chodzi o to, czy zdajemy sobie sprawę w ogólnospołecznej świadomości z aktów kryminalnych wielu Polaków etnicznych, aktów zbrodniczych lub po prostu – nazwijmy to w końcu po imieniu – z czystej nienawiści rasowej, religijnej lub po prostu z niskiej pazerności, chciwości, z chęci rabunku ofiary prześladowania?

Olbrzymie znaczenie  dla szerokiego zrozumienia tej kwestii mają badania historyczne, twórczość literacka, stosunek samego Państwa wobec prawdy historycznej.  Za późno dziś i tak na sądy i kary.  Oprawców i ofiary zrównała śmierć.  Najsilniejsze są społeczeństwa, które nie boją się własnej historii. Które z tej historii i podłej i wielkiej, dzięki temu, że ją znają – potrafią się uczyć.

3. Najohydniejszą plamą epilogu historii polskich Żydów są pierwsze dwa lata po wojnie. Bez esesmanów, bez gestapo. 

Przed 39’, w pochodach akademickiej ‘braci’ narodowców czy w Wilnie, czy w Warszawie, słyszano głośne skandowanie: ‘bij Żyda’. Hasło do rozrób w dzielnicach żydowskich, bicia szyb w sklepach żydowskich, warsztatach rzemieślniczych. W 1945 i 1946 dodano do tego pierwszego słowa ‘bij’ dwie litery, jak gramatyczny przedrostek: ‘z’ i ‘a’. Powstało – zabij.

Rzucano na ogół absurdalne oskarżenia o podłożu religijnym.  Wyciągnięte ze starych mitów i ciągle pokutujące w szerokich, niewykształconych sferach, ultrakatolickie oskarżenia o mordowanie chrześcijańskich dzieci w rytuałach judaistycznych.  To było najpopularniejsze. Ale bez wątpienia w umysłach zbrodniarzy, którzy byli prowodyrami tych napaści w Kielcach, Krakowie, Rzeszowie i wielu innych miejscach był silny element grabieży mienia – zwłaszcza domów i placów żydowskich. 

Kiedy już wydawało się, że będziemy musieli sami stanąć przed lustrem naszego sumienia historycznego, kiedy zaczęły się rodzić zdrowe fundamenty do narodowej edukacji opartej na faktach, nie mitach – zwarły się na nowo szeregi tejże samej koalicji szowinistyczno-ultra-katolickiej. I, ku zdumieniu wielu liberalnie myślących Polaków – wygrali wybory w szerokiej koalicji ruchów prawicowych. Dziś te elementy nie tylko stoją na przeszkodzie prowadzenia dokładnych badań historycznych, chcą cofnąć już raz ustalone fakty, chcą wrócić do mitów  narodowościowo-religijnych. Chcą wręcz zakneblować usta badaczom tematu. Tym, którzy mają po temu wiedzę i dostęp do narzędzi badań historycznych.

A przecież historia Polski nie należy do polityków, nie należy do proboszczów i ich kazań. Należy do nas. Do społeczeństwa.

W latach tuż po  2 wojnie światowej – w przeciwieństwie do ‘wybuchu’ w literaturze tuż po 1 wojnie – dziwnym odruchem prawie nic ważnego na tematy zbrodni wojennych i Zagłady się nie ukazało. Ludzie nie chcieli o tym mówić, pisać i czytać. Pierwszym na te tematy wydawnictwem literackim na świecie były „Medaliony” Zofii Nałkowskiej z ich słynnym podtytułem: Ludzie ludziom zgotowali ten los. Nałkowska wydała je w Warszawie już w 1946. Zadziwiające jest, że pełne tłumaczenie angielskie ukazało się dopiero w 1999, w prestiżowym Northwestern University Press. Świat też milczał.

Kolejnym wydaniem literackiego świadectwa Zagłady było wydane dopiero w 1954 w Argentynie, w oryginale jidysz „I świat pozostał milczący” (Un di velt not geshvign) Elie Wiesela. Niestety nikt prawie, również w środowisku żydowskim, nie był jego biograficznymi, wstrząsającymi wspomnieniami zainteresowany.  245 stron, które trudno ale powinno się przeczytać.  Dopiero po wielu skrótach, dzięki poważnym zabiegom francuskiego pisarza Francois Mauriaca, wydano je w Paryżu w 1958 w skróconej wersji. Kiedy w 1960 (czyli aż piętnaście lat po wojnie) wydano je w Nowym Jorku, książka miała już tylko 116 stron. Nazywała się „Noc”. I po latach stała się jednym z najbardziej znanych świadectw czasu Zagłady, a Wiesel dostał za nią Nagrodę Nobla. Jakkolwiek ta przełomowa książka, maksymalnie skrócona przez wydawców francuskich i amerykańskich, nie dotyczy tylko kwestii sytuacji Żydów polskich na terenach okupowanej Polski – pisząc o Holocauście, o Shoa, nie sposób jej pominąć. Jest jakby kluczem do myślenia o Zagładzie. Naturalnie były (wydane w bardzo krótkim czasie po wojnie) pamiętniki dziewczynki, Żydówki holenderskiej Anny Frank. Czytane chyba przez więcej osób niż „Noc” Wiesela. Ale te pamiętniki nie dają obrazu Zagłady, nie piszą o Machinie Zła, o jej morderczych trybach.  Znając późniejsze tragiczne losy Anny Frank i tło tych losów, wiemy wszak o unoszącej się nad nimi chmurze Zagłady.

Ale znam przecież inne dziecko tamtego czasu. Dziecko tamtego czasu, które przeżyło, zostało poetką, pisarką mieszkającą od wielu lat w Vancouverze, Lillian Boraks-Nemetz. Boraks-Nemetz wydała w 2017 powieść inspirowaną własnymi przeżyciami „Mouth of Truth” (wyd. Ekstasis Editions, Victoria, Kanada). Nie będę opisywał całej treści, bo nie jest to recenzja powieści.  Przytoczę in corpore krótki fragment, który najbardziej może oddaje ducha tego, o czym tu pisze: pogmatwanych, tragicznych losów polsko-żydowskich lat 1939-46. W tym kontekście ta jedna klamra czasowa wystarczy, nie trzeba wyszczególniać okupacji niemieckiej i sowieckiej. Bohaterka powieści po wojnie odnajduje się w Toronto, Kanadzie. Zaczęła nowe życie. Jak wielu (większość?), którzy piekło 2 wojny przeszli, nie chce ani zbyt do tego piekła wspomnieniami wracać, ani żyć stałą o tym myślą. A jednak w pewnym momencie musi skonfrontować tamte wspomnienia dziecka, własną pamięć i strzępy pamięci innych. Wraca do Polski, Polski komunistycznej naturalnie. Jej poszukiwania kierują ją w pewnym momencie do chaty chłopskiej, gdzie u polskiej chłopskiej rodziny, za sprawą ojca i pomocy innych znalazła schronienie. Gdzie przetrwała, ocalała ze szponów Zagłady. Ocalała nie tylko dzięki tej rodzinie ale i dzięki sąsiadom, że na nich nie donieśli, że zbyt ciekawscy nie byli lub nie chcieli świadomie być. Miejsce i ludzie dzięki którym dziś żyje. Dom i zagrodę poznaje bez trudu. Para starszych ludzi, mówią, że poprzedni właściciele zmarli, a oni kupili dom od ich rodziny. Pozwalają jej wejść  w obejście, do domu. Poznaje  każdy zakamarek, nic tu się prawie nie zmieniło. Wchodzi do domu i pamięć wraca ze szczegółami. „ … te same schody na antresolę, gdzie stary Bolek wdrapywał się, by ukryć jej książki a potem targował się z nią, że odda je jej w zamian za seks. Czasem obiektem targu był chleb. /… / Stoi na progu pokoju, gdzie ten stary człowiek ją molestował. Ten pokój przy kuchni, gdzie siedział przy piecu ze swoją fajką, gdy miała dziewięć lat, jest tak wyraźny, jak tego dnia. Jego rozpięte portki, członek na wierzchu, wstaje powoli i idzie w jej kierunku, w ręku ma kawałek chleba. / … …/.” (s. 154, tł własne)

Tyle wystarczy. Bez moich komentarzy. Niech czytelnik komentarze, refleksje własne z tego tygla historii i przeklętego czasu wysupła. Czasu heroizmu. I czasu okrucieństwa. Zagłady, która była żydowską zagładą Holocaustu, Holocaustu Żydów. Ale i Zagłady Człowieka, człowieczeństwa. Tak właśnie czytać należy słynny aforyzm Zofii Nałkowskiej: Ludzie ludziom zgotowali ten los. To nie jest próba ‘uniwersalizacji’ Holocaustu na wszystkie ofiary hitleryzmu. To słuszna, głęboka refleksja wielkiej i precyzyjnej w słowach pisarki. Cała treść „Medalionów” mówi wyraźniej o Zagładzie Żydów niż jakiekolwiek próby zmiany jej aforyzmu. Tu nie może być jakiejkolwiek pomyłki. Całkowicie zgadzam się ze świetnym na ten temat opracowaniem profesor Grażyny Borkowskiej (kwartalnik PAN „Nauka”, 02.2019).

O refleksjach z bardzo ważnej konferencji naukowej , której przysłuchiwałem się  z napiętą uwagą, na Uniwersytecie Toronto napiszę w ostatnim, trzecim artykule z tego cyklu.

A walk in memory of my Queen

by Bogumil Pacak-Gamalski

There is very few Canadians, who remember in their lifetime, any other Canadian Queen. Our monarch and constitutional Head of State. Elizabeth II – the only monarch I had, having been born and raised in a country that was a republic. At that time no less than a communist republic. That was also long ago.

There is millions of Canadians now, who have no special connection to the monarchy. They or their parents came here long after the 2nd world war. The last time Canadian soldiers actually fought for king and believed they did so not for Canada alone, but for the king, too. It was important for them, had an actual meaning. Canada in 1939 was actually still a Dominion, not even a fully sovereign country.

However, when I took an oath to become a citizen of Canada – I took an oath of a sovereign Canadian State and I pledged my loyalty not as a Dominion subject to a British Monarch. No, Prime Minister Pierre Trudeau must have been aware that I would not have like it.

I landed in Canada in frosty evening on February 1982. A month later, in March, Pierre Trudeau passed a Bill in our Parliament establishing a full repatriation of our Constitution from London and full sovereignty of Canada. Elizabeth II proclaimed this sovereignty in April of that year. That meant a lot to me. I do take oaths and pledges seriously. I wanted to live in Canada, not in a dominion of another country. And if Canada was a constitutional monarchy, I wanted to have a Canadian monarch. That our monarch, for undeniable and absolutely valid historical reasons, is also a British monarch and resides permanently in London (the one in Britain, not in Ontario) doesn’t bother me. I’m satisfied that the monarch’s General and Lieutenants Governors do represent the monarch well and are willing to constitutionally stop elected politicians from forming autocratic or tyrannical power. And every Canadian prime minister and provincial premier is well aware of it.  Therefore the appointment of every Governor should never be treated as political patronage and ‘pay out’ for old political parties hacks, as was the most cases in our recorded history (in Dominion and in independent Canada). It takes away from the dignity of that position, therefore takes away from dignity of the Sovereign. Last  appointments broke from that ugly tradition and three of them seemed very excellent: Michaëlle Jean in 2005, David Johnston in 2010 and current, Mary Simon in 2021.

I have never personally seen Elizabeth II during Her visits to Canada. To think of that, I have never seen here any other Royal Family member. Being hardly a person to line up streets and wave little paper flags is not my style. Not that there is anything wrong with that – but I have a particular aversion to it from childhood and very early adulthood during communist times, where it was often required. I preferred watching Elizabeth on TV, reading articles about Her visits. But I did see Her, Diana and Charles (our current Monarch) and beloved Queen Mother in London, England. Lived there for almost a year in 1981, walked by Kensington Palace almost daily and, of course, ventured few times to the gates of  Buckingham Palace. Did not know than that She would become my Queen. Martial Law in Poland in December 1981 and a communist police looking for me at my parents flat near Warsaw changed everything. Few months later I was in Canada.

I can’t say for sure when and how I become a strong proponent of constitutional monarchy. I was always astute and serious observer and participant of political life. Never missed a single provincial or federal election (did miss few municipal ones). Never been a member of any political party but have very strong political views. Voted for all main political parties according to their platform: for old Progressive Conservatives (not a single time for new Conservative Party and doesn’t look that I ever will, as I detest and don’t trust any populists parties); for Liberal Party and for New Democrats and never regretted my vote. That political astuteness with passing years clarified my views on the institution of monarchy. I looked also to other – mostly European – monarchies. It all lead me to strong opinion that constitutional, modern monarchy offers the best protection for democratic (or, using old British term: responsible government) institutions, works strongly to deter overgrown ambitions of elected politicians to become tyrants and autocrats. Our, Canadian Monarchy offers the same to us. And that should be at the heart of our, Canadian, consciousness. Our country, for better or for worse, is a result of British colonization and that forms obvious and historically correct tradition, even if no longer as obvious present reality. Apart from French/Acadian/Quebec failed attempt at New France (and we do recognize their distinctiveness), Canada that exist is a result of British tradition. And traditions (including also not the best ones) are part of a soul of any country.

This is my tribute to our late Sovereign, Elizabeth II, Queen of Canada. She did serve us good. With grace and reverence we, as a country, deserve. The Crown served us good. Britain not always, but the Crown did.

Generally speaking, the British Canada started here, in Halifax, in Nova Scotia. I know, there is hardly a city in Canada that looks more and screams “England!” louder than beautiful Victoria (yes, named so in honour of Elizabeth II great-grandmother, Queen Victoria) on Vancouver Island. Love that city and had countless visits there. But as far as true historical political roots of British Canada is concern, it is here – on the shores of Atlantic, not Pacific. In Halifax.

Today, the same day as ceremonies in Westminster Abbey, a special service will take place in Anglican Cathedral Of All Saints – an enormous neo-gothic structure, next to monument of Scottish national poet Robert Burns. On Saturday I took my walks through the old Halifax. The one that remembers times of beginning of Canada and times prior to Confederation. In the four years since I have moved here, Halifax has changed, too. Specially old, waterfront Halifax. Become (except for very narrow streets…) more modern, with new tall buildings. To the detriment of the old patrician city. It is harder and harder to see the waterfront even from Citadel Hill. I tried, though. I tried to walk the streets that look the way they looked, when Elizabeth become monarch, when her great- grandmother Victoria reigned, from where her great-great-grandfather, George III (the third longest reigning British king) sent his general John Burgoyne to the fields of Saratoga, where he lost America. Here, in local old cemetery lay soldiers , who where shipped from Halifax to the Crimea War in 1854 to the bloody Battle of Sebastopol (today called Sevastopol) to fight Russian occupation of Romania, Moldova and Bulgaria (a déjà vu of current Russian war on Ukraine?). I visited the old Government House (that’s how the seat of British governor where called at that time), an official residence of Nova Scotia Lieutenant Governor, and signed the Book of Condolences for our Queen. That was my private, personal homage to Elizabeth II. My Queen. Queen of Canada.

God Save the Queen.

God save our new King Charles III.

Sześć miesięcy wojny na Ukrainie. Czy o jej wyniku zadecydują tylko czołgi i rakiety?

Sześć miesięcy wojny na Ukrainie. I jednocześnie święto Niepodległości Ukrainy. Wielka ofensywa rosyjska w zasadzie na całej linii frontu na południu (na inne fronty Armii rosyjskiej już nie stać) weszła w fazę wojny pozycyjnej o wgórze, o wioskę, o przejście na rzece. Putin stracił sporo zębów. Tak, ma jednak ciągle olbrzymią armię.

Ale w wojnie, w której olbrzymie znaczenie ma nowoczesna i skomplikowana broń niezbędny jest twardy i dobrze wyszkolony żołnierz zawodowy a nie ‘urrra! za rodinu, za Stalinu, za mateczku Rasiju!’. I nie czasy wielkich, decydujacych bitew. Ukraina takiej bitwy nie przyjmie. Nie wyglądają na samobójców, kozackich kamikadze. Nie będzie Kurska ani Stalingradu.

Wołodymyr Zelensky mówi, że Ukraina nie oczekuje pokoju, że oczekuje zwycięstwa. Sugeruje w ten sposób nie pertraktracje pokojowe a przyjęcie aktu kapitulacji. Życzyłbym im tego. Ale to raczej mało realne.

Rosja nie tylko Putina ale i w mentalności bardzo wielu Rosjan jest imperium. I chce być, jako imperium uznana. Nie oczekuje sympatii i polubienia. Domaga się uznania jej imperialnej roli. Nie jestem nawet pewny czy zbrojne (zamach stanu, morderstwo itp) usunięcie Putina by to zmieniło. Tak, Putin to autokrata – wszak całkowitym autokratą był każdy car rosyjski – mieli to nawet w oficjalnym tytule: Samodzierżawca. I tak władcę widzi przeciętny Rosjanin.

Zamach w Moskwie na popularną rosyjską dziennikarkę, która gloryfikowała Rosję i była tubą ultranacjonalistycznej, szowinistycznej i wielkorosyjskiej ideologii, Darię Duginową był bardzo wyraźnym przykładem, jakie znaczenie ma ta ideologia. Pewne jest zresztą, że głównym celem zamachu był jej ojciec, Aleksander Dugin – popularny od lat faszysta rosyjski znany nie tylko w prasie ale w życiu akademickim. Ceniony niemiecki znawca Wschodniej Europy, Andreas Umland w wywiadzie dla szwajcarskiego wydawnictwa medialnego SRF pisze wprost o Duginie: “To jest rosyjska wersja faszyzmu. Dugin zapożycza z Zachodnich myślicieli faszystowskich we Włoszech i Niemczech i buduje swoją własną wersję neo-faszystowskiej ideologii, nazywając ją czasami Czwartą Teorią, czasami neo-euroazjanizmem lub po prostu tradycjonalizmem. Jest autentycznym rosyjskim faszystą.” Jest szanowanym w Rosji i jej kręgach akademickich. I bardzo popularnym w szerokich kręgach społecznych. Stąd jego wpływ na Kreml i Putina – jest to jednak wpływ pośredni, wpływ jego teorii wielkorosyjskich i popularności w społeczeństwie. Sam do polityki bezpośrednio się nie pcha i w pewnym stopniu politykami pogardza, jako jedynie narzędziami a nie twórcami. Niektórzy porównują go do roli i postaci Rasputina w Rosji carskiej.

Czemu piszę o ojcu i córce Duginach? Bo to jest najwieksze niebezpieczeństwo dla Europy, a nie były, niezbyt wysokiego stopnia, oficer KGB – Putin. Putina można wieloma sposobami usunąć ze sceny. Duszy rosyjskiej – nie sposób. Nie zapominajmy, że wielki, pisarz i myśliciel, noblista Aleksander Szołżenicyn, kategorycznie nie uznawał niepodległej i suwerennej Ukrainy i Białorusi. Uważał te dwa kraje i narody, jako integralną część wielkiej Rosji. I to jest ‘dusza rosyjska’ dużo silniejsza niż jakikolwiek przywódca polityczny.

Ten sposób myślenia, taka wizja kulturowa państwa-imperium w węzłach faszystowsko-etniczno-religijnych jest największym zagrożeniem europejskiego modelu, który oparty jest na pewnej stałej płynności ideii, metodologii i społeczeństwa. Płynności, w której centrum od kilku już stuleci jawił się Człowiek indywidualny i Człowiek-obywatel, jako potężny wariant niezależności wobec wschechwładzy państwa- wodza. Państwa-wodza, które urzyczywistnia właśnie Samodzierżawca. Nie był to proces ani łatwy ani krótki. Jest to też proces trwający in perpetuum mobile, to zaś zakłada też pewien chaos, niestałość i niepewność. Ale własnie ten chaos, ta niestałość struktur i mechanizmów umożliwia korekty, zmiany, dostosowywanie się.

Herb Wielkiego Księstwa Ruskiego z krótkiego okresu Rzeczypospolitej Trojga Narodów

Każde duże państwo europejskie u swych zaranii kształtowało się przez setki lat. Nie polega to tylko na podboju silniejszego szczepu, ale na długotrwałej budowie nowego organizmu wielo lub panetnicznego, nadrzędnej wspólnej rzeczy (rzeczy pospolitej, res publica).

W samych Niemczech ten proces trwał prawie do lat 20. ubiegłego wieku! Od czasów Świętago Cearstwa Rzymskiego Nartodu Niemieckiego. Polska nie jest dziś (jak za wczesnych Piastów) państwem Polan. Nie możemy powiedzieć (i nie mówimy), że Pomorze, Warmia, Podlasie lub Rzeszowszczyzna są polskie, bo to tereny Polan. Bo nie były. To ziemie szczepów słowiańskich, ale żaden z tych szczepów nie był Polanami. Mieli swoją odbrębna świadomość. Spokrewnioną – ale odrębną. Rosjanie zaś tego nie rozumieją. Dla nich te wszystkie wczesne i osobne, często wojujące ze sobą szczepy i grupy Słowian Wschodnich to nagle jacyś jedyni i niepodzielni Rusowie. Całe szczęście (w perspektywie historii), że plemiona białoruskie, a na południe od nich plemiona rusińskie przez setki lat (różne tereny w różnych okresach i przedziałach czasu) były pod silnymi wpływami i panowaniem Królestwa Polskiego z jednej strony, a Wielkiego Ksiestwa Litewskiego z drugiej. Od późnego średniowiecza były to już wspólne tereny jednej wielkiej Rzyczypospolitej Obojga Narodów. Szczcie nie dlatego, że ten ‘pan’ polski lub litewski był aż tak dobry i sprawiedliwy. Nie – dlatego, że w silny sposób zakorzeniły w tej I Rzeczypospolitej mimo wszystko zachodnio-europejskie idee i sposoby myślenia kulturowego i politycznego. I że król Polski (na dobre i na złe) nie był i być nie mógł Samodzierżawcą.

Nie sądziłem jeszcze dziesięć lat temu, że te ziarno tak silnie na Białorusi i Ukrainie zakiełkuje. Wśród nich samych. Białoruś jest rosyjskim klientem tylko na zasadzie pełnych więzień politycznych i terroru Łukaszenki. Dyktatora na glinianych nogach. Z ciekawych i zaskaujących względów i z diametralnie przeciwnych powodów do fali anty-rosyjskości nikt tak się współcześnie nie zasłużył na Ukrainie i w Białorusi, jak jej dwaj prezydenci.

Dlatego tak niezbędnym jest kontunuowanie pomocy dla Ukrainy aż do czasu uzyskania najbardziej korzystnego z możliwych rozwiazań. To jest wyzwanie naszych czasów wobec Historii. To jest wojna europejska o europejskie wartości. Jako, że Ameryka Północna i Autralia z Nową Zelandią (to bardzo ogólnikowa i tylko przykładowa lista cywilizacji europejskich) są dziećmi tej cywilizacji (ze wszystkimi pro i contra) – sa w tą wojnę zaangażowane. Bo jest to walka o ich wartości. Leży w naszym, świata zachodniego, interesie istnienie dużej, suwerennej Ukrainy byśmy z Putinem czy innym Putinowiczem rosyjskim graniczyć nie musieli. Tak długo, jak nie ulegnie zmianie, uleczeniu ‘rosyjska dusza’. A to proces bardzo długi i skomplikowany.

I pamietajmy, że to nie wojna ważna lub istotna dla całej wielkiej reszty świata. Afryka, a zwłaszcza Azja tego tak nie widzą. To ich politcznie-kulturowo nie dotyczy. Gotowi są na układy z każdą ze stron. Ktokolwiek wyjdzie z tego zwycięsko. Układy zresztą dalej z Rosją mają i zakładaja ciągle nowe.

Więc cieżar tego wysiłku wsparcia Ukrainy spada (i słusznie) głównie na nas: państwa NATO (z pominieciem Turcji, która w NATO jest z własnych, osobnych interesów i ambicji). A cena tego wsparcia może być tej zimy wyjatkowo trudna ekonomicznie. Brak wsparcia lub osłabnięcie naszej woli – może być katastrofalny. Z biegiem miesięcy spada emocjonalne zaangazowanie wielu indywidualnych osób. Najbardziej oddanym społecznikom i ratownikom Ukraińców zaczynaja tez opadać ręce i skrzydła. Są tym ciężarem uchodźców przygniecieni i nie wszystkie państwa ten ciężar równomiernie dźwigają i równomiernie wspomagają. Sankcje ekonomiczne, kontrakcje rosyjskie spowodowały wielki kryzys energetyczny i olbrzymi wzrost kosztów energii. Naciskajmy jednak na nasze rządy, gdy możemy wspierajmy sami akcje i zbiórki pro-ukraińskie. Rosja tą wojnę musi przegrać. Nie musi być upokorzona jakąś wielką kapitulacją. Ale nie może z niej wyjść zwycięska.

Pytania i książki. Ścieżki poszukiwań literackich li tylko?

Ostatnimi tygodniami kilka publikacji, do których po latach wróciłem. Polskie wszystkie (co cześciej mi się teraz zdarza – oznaka starzenia się i bliska temu sentymentalność ckliwa? 😅) i polskich autorów. Gdzieś od kilku lat ostatnich częściej po polskie książki sięgam. Jeszcze sześć-siedem lat temu było zdecydowanie odwrotnie (rzadko na moich rękach, niech ręka moja wystęka, jawi się druk Smętka 🤣), wiekszość była obcojęzyczna. Choć zwrot ‘obcojęzyczność’ brzmi kuriozalnie, gdy używa go ktoś, kto spędził trzykrotnie więcej życia poza macierzą domową… . Ale wynika to (te czytanie polskich książek teraz) z prostej przyczyny: szukanie pewnych odpowiedzi, pewnych dróg umożliwiajacych zrozumienie czegoś, co mnie akurat absorbuje. Bardzo generalizując i uproszczając te pytanie-zagadnienie brzmi: kim do cholery tak naprawdę jesteśmy? My – Polacy. Nie, niech kochani Ślązacy i Kaszubi najmilsi nie protestują. Nie trzeba. Nie chodzi o ścisłe więzy krwi , genetyki i antropologie kulturowe. Chdzi o to, że gdzieś mieszkaliśmy, pewne normy, drogowskazy kulturowo-historyczne mieliśmy i je wchłoneliśmy z ‘matczynej piersi’ (lub z butelki ze smoczkiem). Sam mam w sobie całe cysterny krwi nie tylko nie plemiennej, to jeszcze nawet (pssst) nie słowiańskiej w małej części (zdaje się, jakaś niemiecka niższego rzędu arystokratka była moją praprababką, zaś dalej jeszce w kolejności pra-pra sięgają ślady luksembursko-belgijskie, inny prapradziad był Madziarem, jedna z prababć i prapradziad z Czech – wiecej grzechów nie pamietam, LOL). Ale ni do Niemiec, ni do Wielkiego Księstwa Luksemburskiego lub niziny panońskiej ani pretensji nie mam ani związany z nimi się nie czuje – choć lubię – z małym wyjatkiem: w Pradze czuję się, jak w domu i kocham to miasto. A do Polski i owszem pretensje wszelkie mam i związany jestem z nią na dobre i złe. Kanada zaś to zupełnie inny orzech. Zgryziony, strawiony świadomie i z wyboru. Tu żadnych czarów-marów nie było ani genetyczno-kulturowej zaprawy do fundamentów. Więc te fundamenty moje w 100% polskie (cokolwiek pod tym rozumiemy) i męczą czasem w rozumieniu, w rozsupływaniu tego tobołka ponad 1000-letniego.

Stąd te kilka tytułow ostanio przeglądanych. Bardzo różnych i z bardzo różnych czasów. A na różne pytania pomagają szukać odpowiedzi. Znanych wielkich i bardzo mało lub w ogóle nie znanych (wielka sława to żart, książę błazna jest wart – tak, tak panie baronie cygański), którzy w pewnych pytaniach coś mi podpowiadali.

Stanisław Kowalczyk, młody bardzo poeta, który ginie tragicznie bardzo wcześnie. Zostaje więc tylko okrzyk młodości (i to w okropnym otoczeniu wojny i zniszczenia) szczery, jeszcze nie zmanierowany możliwymi laurami wieku dojrzałego, może starości nawet. Co zostawił, co mi wytłumaczył? Młodość właśnie, zapis uczuć i przeżyć poetyckich in statu nascendi. By ich nie zapomnieć, nawet gdy formą lekko młodopolską szfankują – bo te wczesne są ważniejsze od wszystkich traktatów mędrców wieku późnego. Pamietaj więc siebie wieku młodego – to byłeś ty. To nauka bardzo trudna do – wbrew pozorom – do zapamietania. (“Osty kwitnace”, wyd. I, Pruszków, 1943- przedruk całkowity z oryginału w 2005 w Pruszkowskiej Książnicy)

Mikołaj Rej we wspaniałym I wydaniu “Człowieka poczciwego” (Zakład Ossolińskich, 1956) z doskonałym, 60-stronicowym wstępem (sam Wstęp taki to wszak prawie osobna praca naukowo-krytyczna) kochanego Juliana Krzyżanowskiego. Co za gratka czytać Reja nie jako obowiazkową lekturę a człowieka polskiego Odrodzenia par excellance – budzenie Polski z długiego snu średniowiecznego, przywracanie korzeni przed-chrześcijańskich (klasyki greko-rzymskiej), budowanie na nowo rodziny europejskiej. Ale wszystko zakotwiczone bardzo silnie w tej chrześcijańskiej, rzymsko-chrześcijańskiej sielankowości Polski Rejtana. Jeśli czytane z tym kluczem Krzyżanowskiego – jakże na nowo odkrywcze. Tu sporo żem był sobie przypomniał, może na nowo odkrył lub zauważyłem czegom wcześniej niekoniecznie zauważył. To pomogło.

Poeta polsko-kanadyjski Ryszard Tylman i jego wydany wiele lat temu w Krakowie tomik “Koty marcowe”. Z prozaicznej przyczyny: podobne losy, czasy i miejsca. Zwłaszcza, że przypomniał mi w wierszach z ich pobytu we Włoszech (był tam z małżonką, z którą później w Vancouverze łączyła mnie serdeczna przyjaźń, a z nim współpracowałem, jako redaktor), jako polscy uchodźcy. To były te same miejsca, ulice i czasy, gdy ja tam byłem z identycznej przyczyny. W krótkich stosunkowo odstępach czasu tam byliśmy. Ja zajęty byłem pracą doraźnego aktywisty życia obozowego i jeśli sięgałem po pióro to raczej pisząc publicystykę i memoriały polityczne niż wiersze. A wiersze są prawdziwszym zapisem momentu. Momentu kolosalnie ważnego, przełomowego. Decyzja opuszczenia ojczyzny jest nie porównywalna do zmiany zamieszkania, emigracji do innego kraju. To dwa różne, kompletnie do siebie nie podobne zwierzęta-smoki. Zwłaszcza z emocjonalnego punktu widzenia. Więc czytałem te jego wiersze (cz.I pt. ‘W drogę’) i pamietałem, przypominałem. Nie, chyba nie porównywałem, bo to bezsensowne – Ryszard to on, a ja jestem Bogumił, też dwa różne zwierzaki. Ale proces emocjonalno-twórczy musiał i był podobny, zbliżony. Więc te wiersze mi przypomniały ten moment właśnie, nie w refleksji historycznej a ulotności chwili właśnie. Tamtej chwili w jej trwaniu, a nie pamięci tej chwili. Zamknąć czas chwili potrafi tylko poezja (lub rzetelne Dzienniki). To różnica kolosalna.

Wielki dla polskiej myśli niepodległościowej i dla przetrwania niezależności polskiej literatury był naturalnie przez cały okres mazi PRLowskiej Jerzy Giedroyc. Sam pisał bardzo mało. Literatem nie był. Był Redaktorem-Organizatorem. Szarą Eminencją. Ta jego “Autobiografia na cztery ręce” (wyd. Czytelnika, 1996) jest tego potwierdzeniem w pełnej mierze. Ale nie szukałem tego potwierdzenia. Nie szukałem też śladów moich prywatnych z nim kontaktów ani jego klucza do rozumienia wagi literatury emigracyjnej. Chodziło mi o dość rzecz prozaiczną czasowo a związaną z wojną na Ukrainie. Tą wojną teraz, nie tamtymi w latach 1918-20. W końcówce Miedzywojnia Giedroyc już był własnie taką szarą eminencją, takim organizatorem, który zapalał pewne iskry pomysłów politycznych. Dużym problemem w II Rzeczypospolitej była naturalnie kwestia mniejszości narodowych w Polsce. I pomógł mi jaśniej to zobaczyć, bez sentymentu rodzinnego i literacko-poetyckiego. Więc wygladało to słabo. W zasadzie nie wygladała w ogóle. Z winy – może lepiej by było napisać: z zaniedbania? – Polaków i polskich władz. Pojedyńcze osoby starały się coś w terenie zrobić ale skutecznej polityki zabrakło. Można nawet zaryzykować, że (bez ujęcia jej w ramy systematyczne) polityka, która istniała i działała była szowinistyczna i przeciwna temu. A wielka szkoda. Podejście Polski było paternalistyczne a nie partnerskie. Niestety (dla Polski) wiek był XX a nie XVIII.

Czy coś to tłumaczy (np. Rzeź Wołyńską)? Tak. Zresztą nie chodzi o tłumaczenie (zbrodni wytłumaczyć nie sposób) a o zrozumienie pełniejsze. Widzenie dalej niż krawędź własnego nosa. Pespektywę historyczną zajść, zachowań.

Czytanie się więc przydaje ciągle. I to by było na tyle.

Ci, którym sztandary nie kłaniały się …

Każda wojna, każda rewolucja, każde powstanie jest brzemienne w mity, legendy chwały i bohaterstwa. Cmentarze ze szczerniałymi od starości krzyżami, z białymi brzozowymi krzyżami, małe kapliczki i tabliczki po lasach, na rogach ulic, tynkach kamienic. I wielkie pominiki z marmuru, granitu, stali. I nazwiska-symbole dowódców, żołnierzy. Ma też bardów. Zwłaszcza tych, którzy polegli w walce, jak Baczyński lub Gajcy. Każda wojna, walka na śmierć i życie ma też setki nieznanych lub bardzo mało znanych młodych poetów, twórców sztuki, którzy tej wojny, tej walki nie przetrwali, a przedwczesna śmierć uniemożliwiła im rozwój talentu, publikacje. Twórcze zaistnienie w historii swojego kraju. Więc, gdy rocznica już siedemdziesiata ósma Powstania Warszawszkeigo nadeszła – nic nie pisałem na jakichkolwiek forach i w jakimkolwiek formacie. Dajmy im już usnąć, bo ten ciągle powracający szmer i walka słów o sens tej hekatomby już zbyteczny. Historia. Teraz zwłaszcza, gdy nikt prawie z tch, co o tym opinie wydają w tamtym czasie nie istniał. Nawet w zamysle rodziców. Nawet Powstania Styczniowego i jego przywódców tak nie szarpano, jak tych z tego 1944.

Teraz, blisko dziesięć dni od tej daty wybuchu Powstania, od jego obchodów chcę jednak przypomnieć, poniekąd symbolicznie tych, o których w tych obchodach nie wspominano. Tych nie znanych lub prawie nieznanych, bardzo młodych żołnierzach-poetach Armii Krajowej. Skłoniła mnie do tego wymiana zdań z dyrektorem Książnicy Pruszkowkiej, który w tych obchodach w Pruszkowie pod Warszawą brał udział. Bo przypomniało mi to postać Stanisława Kowalczyka, wyjątkowo uzdolnionego poety, o którym bez wątpienia, gdyby tą wojne i ten rok 1944 przeżył, byśmy usłyszeli dużo więcej, a literatura polska miałaby nowy, piękny rozdział. 23 sierpnia 1944 ta nadzieja, ta szansa na nowe publikacje, nowe wiersze – zgasła.

Poniżej publikuję zdjęcie ze stron rocznika “Strumień” (wydanie z 2007) z moim esejem na temat jego twórczości.

Sam, w latach gdy w Pruszkowie mieszkałem (sypiałem raczej, bo mieszkałem de facto w Warszawie, gdzie żył cały mój świat) lubiłem tą drogę do Pęcic. I od tegoż, 2007 roku, na zawsze już mi się z Kowalczykiem będzie ona kojarzyć. Więc: non omnis moriar – dla mnie, Polaka całe życie z literaturą związanego, Stanisław Kowalczyk na zawsze tej literatury ważnym fragmentem pozostał.

Kałuża czy Pola Elizejskie?

Kałuża czy Pola Elizejskie?

Na Facebooku pędzi od kilku dni rozwichrzone stado Pegazów. Grzywy skrzą się niczym perły na firmamencie nieba, skrzydła furkoczą unosząc się ku szczytom  Parnasu.  U wrót świątyni twórców oczekuje ich westalka Apolliona, Olga.

O, szczęście wymarzone! Serce uniesione! Cóż padoły wyklęte niewiernych, cóż dziady nieczyczate spod strzech Adamowych? Oni są princami i princesami ogrodów Samarkandy, kędy się tanecznym krokiem, wśród piękna niedościgłego – zaiste objawionego – przechadzają. Oni! Ci którym Olga sama powiedziała, że pisze przepowiednie dla nich, wniebowziętych rodaków ojczyzny piękna i wdachnownienia, którego doznał ongiś Puszkinowski Eugeniusz.

W. Podkowiński “Szał uniesień”

Piękny ten widok, ten obraz rozwianych, niczym u Podkowińskiego, grzyw Pegazowskich, tych nazwisk osób znajomych i tych, których tylko z tekstów wrażliwych znałem. Ze szczytów Tomaszowej Góry Czarodziejskiej ku dolinom poglądającym, z zasłużoną wyższością. O ludy i narody niecne, wszeteczne, które światła dostąpić nie chcą – biada wam, powiadam. Wam i waszym dziatkom, że w strumieniu, o którym Jan z Czarnolasu w Pieśniach boskich pisał, że spod Parnasu bieży, kapać się dla orzeźwienia nie pozwoli.

Więc takoż w uniesieniu, w pełnej ekstazie, rozwiane grzywy mieszają się z perlistym ślinotokiem, który nie płynie ku dolinom – o! nie – a ku szczytom zmierza. ‘Nam jedna szarża – do nieba wzwyż’ poprowadzi nas subtelny (oczywiście, że subtelny a nie gburski) Krzysztof Kamil.

Leon Bakst “Elisium”

I tak odrodziło się nam, po tysiącleciach westchnień próżnych, Elizyjum.  W sposób tak łatwy i prosty, że aż zdumiewające, że nikt na pomysł wcześniej nie wpadł. Za jednym słowem prostym, znanym, częściej niż trzeba może używanym: idiota.

Warto by chyba przypomnieć sobie powieść pod tym tytułem Fiodora Dostojewskiego. Jest zajmująca. Być może wiele mówiąca. Czy ‘idiotą’ jest tak określony, tak nazwany, czy są nimi tak go określający, nazywający? Kurosawa, sam twórca pierwszej wielkości, tak reflektował przy pracy nad adaptacją dzieła Dostojewskiego: Prawdziwie dobry człowiek bowiem w oczach innych jest uznawany za idiotę. To jest tragedia tej historii. Historii zrujnowanego, czystego człowieka”. Naturalnie, nie sugeruję iż domyślny adresat (PiSowski wyborca, zakładać można), tego słowa użytego przez Olgę Tokarczuk, jest przykładem dobrego, czystego człowieka. Ale, gdy się publicznie pewne oceny wyraża na spotkaniu, które było filmowane i w czasie współczesnym, gdy wiadomo, że takie opinie osoby bardzo znanej – noblistki, wybitnej pisarki – natychmiast ukażą się wszędzie i wobec wszystkich – pewne niuanse (?) rozmydlą się. Gdybym ja tak powiedział do moich czytelników – nikt by uwagi (poza garsteczką tych czytelników, LOL) na to nie zwrócił. Przez to, że osoba autentycznie wybitnej pisarki nie ma tego samego przywileju zacisza własnego pokoiku, który mam ja – konsekwencje są inne. A z reszty wypowiedzi skierowanej owszem, do zebranych przyjaciół i wielbicieli talentu pisarki – wyszło jeszcze większe nieporozumienie i błąd. Po prawdzie ‘idiotami’ zostali wszyscy, którzy większości jej twórczości nie czytali. Lub tylko we fragmentach. A takich jest dziś sporo. Inne czasy, niezbyt przychylne dla literatury słowa pisanego dłuższego od jednego arkusza. Możemy nad tym ubolewać (powinniśmy) ale trudno tego trendu, nie tylko polskiego, nie zauważać. Na nagrywanym spotkaniu z fanami noblistki nastąpiło mrugnięcie porozumiewawcze okiem: wiecie, to między nami, wy rozumiecie wysoką literaturę, wy jesteście inni od ‘nich’. I najgorsze, w zasadzie niewybaczalne: piszę tylko dla was. A to już arogancja. Zbyteczna. Oczywiście w Polsce dzisiejszej, Polsce podzielonej bardzo ostro, gdzie obowiązuje zasada: kto nie z nami ten przeciw nam – obywatel przeciwny kato-faszyzującego obozu władzy jest niejako zmuszony stanąć po stronie pisarki. Nawet jeśli w duszy czuje się dość skrepowany, bo wie, że nie czytał wszystkich wydań Tokarczuk lub nie czytał nawet w ogóle. Czyli wie, że jest … idiotą. Ale wie też, że to nie zupełnie sprawiedliwe, za idiotę się nie uznaje. I mnie też się wydaje, że taki obywatel nie jest idiotą. W tym wypadku wole już być tym Myszkinem Dostojewskiego, niż dołączyć do ślinotoku wyznawców religii skądinąd fantastycznej pisarki. Kultura nie wysoka a kultura celebrycka, ot co.   

Musings on music, art and it’s poetry and echo of Jean-Luc Therrien concert

Bogumil Pacak-Gamalski

When I was a young admirer of classical music, I sought well established, famous musicians. To be at a concert of someone known to be a master, virtuoso of an instrument. To listen to music played the way the music ought to be played. Orchestral or solo, chamber type or powerful experience of full orchestra in a symphony directed by an admired director!  Ah, for young, hungry for excellence youth – that was the pinnacle. I am glad I did it. Solid base, fundament is very helpful. For as long as you are not too timid (I wasn’t) to allow yourself to freely like or dislike certain composition, specific type of music. Art is not a religion. Art is freedom foremost. Of course, it didn’t hurt that I lived in a big city, that was very well known for its affinity for music and no shortage of good concert halls, musicians –  Warsaw. Even in communist times (or perhaps in spite of it), culture flourished in Poland. And (that must be acknowledged) it was affordable, fully supported by the government. The results were not always pleasant for the authorities but wonderful for the public. Art schools of all sorts and levels were also heavily subsidized by the communists. And art was our escape from the dreary and boring life around. There was no shortage of exceptionally talented people in every field of culture. The most difficult task was for writers, the easiest for musicians. Visual arts were somewhere in between. With written or spoken word your intentions (freedom, truth) were clearly visible, audible. So writers and poets had to manipulate, use so called ‘writing in between the lines’ technique. But musicians could escape they eye and furry of the censor much easier.  Particularly (as often was the case) if the censor was not very perceptive or of more feeble then intellectual mind. As it is often the case with censors.

That solid base allowed me to be comfortable to change my tastes in music and musicians. With time I preferred live concerts with younger, knew players, voices, sounds. The masters, after all, are always within arm’s reach on the vinyl, CD’s, online.

It is a marvelous journey to observe a young player blossoming, becoming mature musician. How his playing changes and goes through a metamorphosis. It is thanks to these players that an old, sometime very old, sheet of music that you have heard so many times – becomes alive again, young, vibrant. As it should. The composer might be gone long time ago but the music must be kept alive, current. Otherwise a concert is like a visit in a museum – interesting, enriching but often too long, tiring at the end. Canons are important for technical reasons, not for spirited interpretation. The overwhelming desire must be always kept on the essence of art and being an artist: what story I have to offer to the listener? What is my commentary on beauty or philosophy, ethics and esthetics to a contemporary listener? Of course, the trick is to remain respectful and true to the notes written often very long ago. Being always aware that circumstances and habits change with epochs. But human soul, dreams, emotions remain the same for millennia. Therefore you must try to find in the composition and your study of the composer biography, that inner message, the emotion that should be immortal. The story of human condition. And you, the pianist, violinist, trumpeter, flautist, guitarist must tell the story in your own voice. We, the audience must believe that you are telling us your own story. Just like Hamlet on the theater stage should no longer belong only to Shakespeare – you must become that Hamlet and it must be a contemporary voice. It must be your desire, your despair or triumph that will move us.

Just playing good, properly adhering to the tempo, intervals, tonality, melody will not do much for art. It might be proper, might be even elegant. But it lacks creativity. Just because you go every Sunday to a church to attend mass, know the hymns, the prayers – does not make you pious. In this way art and religion are very similar indeed: they require fervor and passion in the ultimate consumption.

Have been lucky to observe, over the years, many carriers and artists. Known some of them personally, with some have even become friends (that is rewarding but also difficult for someone who writes about their art). Some exceptional, others less but still truthful to their search. Still, others have given up the stage for the safety of teaching careers in musical schools, in academia. Stage is not for everybody. It could be a terrifying place. But it also offers the freedom to fly, to soar. Just make sure that your wings are strong. Rewards could be amazing.

On April 30th, at the evening, I drove over hundred kilometres from Halifax to Lunenburg to listen to a young pianist, Jean-Luc Therrien. He was just about to end (except for one more concert in Antigonish) his tour of Debut Atlantic, well established artistic venue supported by Canada Council for the Arts. Afterwards, I planned to write a review of the concert. But life, at times, has other plans for us and I had to postpone writing it. To a point that typical review becomes obsolete. Your own memory and emotions are no longer as vivid as a day or two later.  Yet, I wanted to mention it and the pianist, for it was a very good musical experience. Worth mentioning.

Alas, on that day I drove to Lunenburg in search of that young passion in music, for new musical meeting with new pianist. Almost like on a first date: with a bit of tension and trepidation but excited and looking forward to it.

The setting was similar to my previous concert outing in Halifax, in St. Andrew United Church, with acclaimed pianist Richard-Hamelin and a young cellist Cameron Crozman. Again, Therrien concert was in an old, Central United Church, with beautiful stain glasses, settled in district filled with gorgeous old churches.

It was such a shame that the venue wasn’t either advertised properly to local community (considering the fact that Lunenburg and its neighbour, Mahon Bay, are  small towns with densely populated smaller downtowns) or the locals are interested only in tourist dollars, not in supporting and admiring culture. The small audience that gathered inside was definitely not disappointed. And the young, smiling and very pleasant pianist did not show lack of enthusiasm for music or respect for listeners.

Perhaps the opening piece, Prelude et dance op.24 by Jacques Hétu was the most difficult to play. Not only for the fact that this Canadian (from Quebec) contemporary composer is probably not very popularly known. It is composed with extensive pedal work and requires a strong, modern piano. I’m afraid that the old, venerable grand piano of Heitzman (best Canadian piano maker in XX century) could not fully reproduce the sound that Hétu intended. Yet, definitely it was a very interesting composition and I listened to it with great interest.

The next part paid off any misgivings in multifold. Third part of great Suite bergamasque – one of the most played and loved Clair de Lune. Heard it so many times played by the greatest pianists. But chased away any thoughts of any comparisons, which would have been unfair. Let the young man play it the way he hears it in his soul. And he did. Maybe a bit timid at the very first phrases but the rest was beautiful. So poetic. With that interpretation he sold me. The rest of the concert I just enjoyed myself.

Jean-Luc Therrien is definitely an emotional pianist. His music comes not only through his fingertips but also from his heart and soul. It is not yet pristine and fully disciplined technically, but it flourishes by full emotional immersion of the pianist. You can always improve your technical skills if talent, luck and perseverance gives a long stage career. But that God’s given touch of emotionality cannot be learnt, it must reside in your soul from the very beginning.

That was seen also in somewhat diabolic prelude of Debussy: the F-sharp minor “What the west wind saw” – fast paced and full of arpeggios composition not for timid pianists.

Therrien finished this part by playing one of the giants of romanticism (Debussy personal hero) Franz Liszt Mefisto Waltz No.1. I must admit that I never liked that composition and do not see it as a musical achievement of this great Romantic pianist and composer.  Therefore can’t offer my personal opinion on Jean-Luc Therrien play of it. It sounded proper – that’s all I can say.

Second part of the concert was difficult and challenging for any pianist. Introduction of modern Canadian composer from Alberta, David McIntyre in “A wild innocence“. It was very short and technically interesting. But in a whole – lacking artistic musical purpose. I suppose, since the entire tour is organized traditionally  by Canadian Council of Arts – the repertoire must include domestic contemporary composers.

True challenge and musical artistic genius was brought by the final piece, Sergei Prokofiev Sonata no.2 op. 4. It is very transformative music composed in times of great upheavals and changes in artistic expression. It is also affected by personal sorrow of Prokofiev due to sudden and tragic death of his close personal friend. Yet, as a true artist, the composer packed the score with much deeper, philosophical discord of great changes on the horizon of humankind. It has parts that seem almost too easy, almost not worthy the title ‘classical music’. Somewhat reminds me of music by Gershwin on the other side of Atlantic at the same time. But it is all misleading. The ‘easiness’ of these parts underscores the other parts of the compositions. One compliments the other. It speaks in new language, different of languages of Debussy, of Liszt, Chopin and Mozart. I thought that Therrien played it splendidly. Emotionally and with great musicality. I could clearly see young Prokofiev overwhelmed with sadness of losing very close friend and escaping to memories and happy times, melodies and finding somehow peace in the finale were he brings all the rhythms, all the movements of previous parts into conclusion. With somewhat stoic understanding, even moments of lightness: nothing is forever, nothing is given in perpetuity. Neither in private life nor in world habits, styles, epochs.  

It was very nice that the small group of listeners  wanted to show the pianist how much they enjoyed his concert and did everything not to stop clapping and almost forced him for a bis. He definitely gave us all big joy and pleasure. The pianist obliged and play a small piece of Robert Schuman’s music. Elegant but not empty. In times of Schuman, in between musical epochs, compositions had to be formed elegantly, while a good composer still could enrich them with true meaning, thought or emotion. Many things could be said about Schuman as a composer – but never that his compositions were not a good music.

Therrien recorded two CD that are worth mentioning: Piano Preludes by American-Spanish label Orpheus Classical ( Claude Debussy Book 1 of Preludes and Franz Liszt Symphonic Poem no.3, S.97 (nota bene: Liszt was the father of this musical form). Therrien arranged it himself for solo piano.

Second of these recording is a CD produced by French label Klarthe. It contains an array of fantaisies by many composers played by duo of Jean-Samuel Bez (violin) and Jean-Luc Therrien (piano, of course).

Of these two recordings, I particularly liked the ‘Piano Preludes’ produced by Orpheus Classical.

Army of Angels in Ukraine

by: Bogumił Pacak-Gamalski

co-contributors and assistance: Jarosz Bogumił, Monika Queis-Brząkała and Paweł Cichoń,

I have written here about Russian invasion of Ukraine numerous times. It is extremely brutal war on the part of the invading forces. It is the first war since Cuban missile crisis decades ago, that the world is faced with real possibility of new global conflict. A hot war on the old lines East versus West. Just the lines have shrunken very much (by thousands of kilometers eastward) by emergence of new independent states from Baltic to Black Sea. Most of them returned to their own, pre-Soviet, western type of democracies and become members of NATO and European Union. These, which never were really independent (former Soviet republics) established their own sovereignty. I will not dwell here on Caucasian and Asian former Soviet republics, as they are not really involved much in current conflict.

Of the European ones, the major states are Belarus and Ukraine. Two extremely different states in almost all aspects. Belarus much more backward, with weak industrial output, have chosen a close alliance with former master from Moscow. Over time it has become a very authoritarian, dictatorial regime of one ruler – president Lukashenko. To the south lies even larger and much more populated country of Ukraine. It does have old and strong nationalistic legacy and struggle for independence going back hundreds of years. It’s dreams of sovereignty did not came out of blue moon but from a long line of political, military and historical thoughts and actions. Ukraine, more than any other country, is the true linchpin between Western and Eastern cultures and civilizations. Now it has become the line of defence of the West. The conflict at the beginning looked like a dangerous spot but still very much viewed as strictly Russian-Ukrainian war. Yes, with active political and very limited military support for Ukraine – but localized. It is no longer. That is clear, now. It is a war between Russia and the West. And everything must be done to make sure, that the West succeeds. The theater of all military actions is still (hopefully will remain that way, although it is tragic for Ukrainians) in Ukraine. But neither NATO, nor Europe, nor individual western states (mostly in Europe) can say – we are supporting Ukraine but we are not part of the war. We are part of it. Very much so. From political side, military side, ideological side. But also, which has become increasingly visible and important from societal, cultural and I would add, very philosophical standpoint. Apart from the governments, the armies, the politicians, military and economic alliances. The societies of Europe, the nations, citizens has become involved and formed unprecedented pressure, its own organizations, groups, even single individuals (in thousands) that are involved in that struggle. For every government sanctioned and paid truck or planeload or train container with war supplies for Ukraine – there is ten or twenty trucks, containers or columns of cars with humanitarian aid traveling day and night, mostly through Polish-Ukrainian border. All of it without government involvement, without millions of dollars of taxpayers money and directives from politicians. Separate, societal ‘humanitarian war’ for Ukraine. Unprecedented in scale and effort. A new, non-military frontline. I would call them humanitarian divisions, regiments and battalions that actually put their boots on Ukrainian soil. An Army of Angels. A dedicated Corp of individuals and civic organizations that risk actually, on every trip across the border, their life. But they do it nonetheless for every trip saves certainly lives of Ukrainian people, who are being internally displaced, shelled upon, murdered by Russian invaders.

Do not forget about them. They are your outstretched arms, extension of your thoughts, your feelings and hearts. If you feel overpowered with thoughts: ‘but what can I do, there is so much misery and need and I am just one person, far away!’. There is a way, you can do a lot because there is a lot of ‘yous’. And although you resources are limited – put together with others, it creates a treasure. A treasure that the army of angels can use to buy thousands of items, that they know were and by whom it is needed. And they will deliver it themselves in their own or rented for that effort cars, buses. Help from huge organizations, with large funds (national or international) is different and differently distributed. It also requires  a large administrative cost and employees cost. They have access to governments funds and donations, other large international institutions, national campaigns. They do have an important not to be forgotten role. But there is an enormous need for the smaller lives savings provided by these angels – selfless individuals delivering individual packages of food, equipment, often tailored for particular community or group. In places not always accessed by the large organizations. And adjusting from day to day to constantly changing situation. As often happens in real war. I have been hearing, watching and reading of some of them, some of their actions for a long time now. And my amazement kept growing. My respect for them, their courage. Their humanity.

I always had a strange fascination with the concept and presence of Angels. Not saints, god or gods. No. Angels, some mystical and mercurial Beings. Turns out I was right. They are! They are just neither mystical nor mercurial. And they are truly among us, ordinary people. In many ways they are – ordinary people. With extraordinary hearts.

I will show you two of them (among countless), with whom I become close. Monika Brzakala and Pawel Cichon. These two, with a group of determined friends and ‘co-conspirators’ regularly travel from Poland, Holland to the Polish-Ukrainian border with small caravans of cars, finish their packing with last bought or donated equipment in Poland and … cross the border to enter a different world. World of people running from bombs, from rape, from hunger. They go, usually through Lviv, to small towns, villages. To some local churches, orphanages, run-down and overcrowded hospitals. To private huts and homes. Give the awaited and badly needed packages … and give them hope. And promise that we remember and will not let them down. Tell me that no, there are no angels? If you do – you are wrong, they are. I just talked to them while they were on the last ‘pilgrimage’ to Lviv. And when they were traveling back toward Polish border. Saw the pictures of them there, the cars. Felt like I was there, helping them. But, of course, they were there on their own. Hoping that this time the Russian rockets or artillery will not find them. I hope they never will. Yes, they did find in their journeys corpses of people. They found people telling them with tears of their friends, husbands, daughters, who were murdered by Russians. Children alone – lost, abandoned, perhaps orphans already? – crying, scared. They had to manoeuvre their cars on roads scared with bomb holes, with metal remnants of exploded and unexploded rockets. Sometime, in most difficult places, they had to use armed assistance of other friends. In case of encountering someone from the other side of the conflict. No, they are not military trained people. But they are practical. There is an old Polish saying: God protects the ones, who protect themselves … . They are angels – but lacking the wings. Can you lend them some?

I asked both of them one  question: why? Almost stupid in its simplicity. Still, I wanted to know. Pawel wrote to me that he started on February 25. More than a month. He went to Przemysl, the main Polish border city, were majority of Ukrainian refuges start their new journey. Just to see what he can do. He started simply by transporting people with his own car from there to other destinations in Poland. By helping them with new settlement. Some of them are now in different countries. But they still keep in touch with him. Their first angel. But that was not enough for him. He needed to do more. And he did. A lot more. At the beginning on his own, with only his own car and money. Sometimes it led to transporting Western volunteers to Ukrainian armed defence units. That was dangerous, as were transports of… let’s say: ‘stuff’ to the frontlines. I can’t provide more details on these journeys, understandably. Day after day, week after week he become familiar with particular places, particular needs and people. Often the transport was both ways: with ‘stuff’ to Ukraine and with refugees back to Poland. Friends help with donations, gifts. He organized some in his own city of Mielec in Poland, asked for some on his Facebook profile. In one sentence he adds: “By helping I know that goodness does come back, there is a person, who says: help gives us wings.” When I read his words from him, I smile. Wings? How does he know what I think of him? Hmm.

Monika lives in Holland, she moved there from Poland already some time ago,  before the war. Said that she couldn’t bear reading these stories, the tragedy of war in Ukraine. Human misery. To do something she volunteered to go once to Lviv with some donated and bought articles. While there – she met the people. Heard their stories, their cries. And the children … . No, she couldn’t say to herself: that’s it, I have done my part. Tells me: “when you cry with them and when you hold in your arms their children – you know that you can’t return anymore to your normal life.”  She couldn’t and didn’t.  Why, you ask? Here is Monika’s answer: “They need to know, that they are not alone, that we are with them.”. They need to. Simply as this. That’s why Monika is my other angel. Angel that saves Humanity. Or what’s best in it.

Now Monika travels from Holland, meets Pawel in Poland and they do the convoys together. With other angels that they are able to gather in their mission. Of course they are exhausted. Physically and emotionally. They avoid the dangerous emotional exhaustion by not dwelling on it, not thinking too much. There is a job that needs to be done. Again – simple.

One think they can’t avoid is the financial situation. Yes, friends and good people help them. But they also used up most of their own money. Renting of buses (their own cars are not enough for the amount of people and goods they move back and forth now), crazy high gasoline prices, exploded tires and so on cost a lot. And how many time you can ask the same people in your own community for help, for donation?

Separate thank you for my good companion from the days of an original KOD (Committee for the Defence of Democracy) in Poland, who guided me toward these wonderful people and asked me: how can we help them? He also provided a lot of the photographic material. Thank you, Jarosz Bogumił.

 

You can help them with a small (or large) donation by visiting them on their Facebook profiles (Pawel Cichon or Monika Brzakala and contacting them via Messenger; you can visit two separate crowdfunding addresses: in Poland https://zrzutka.pl/72y53z (this one is in Polish and for particular items – electric generators); in Holland https://www.doneeractie.nl/help-monika-mensen-in-oekra-239-ne-helpen/-62300 – this opens in Dutch but in your top part of screen should be a button for translation (in Google there is) and you can choose English language version. That funding collects general donations for their convoys.