Niemożliwe?

W 64 oku  cesarz Neron, neurotyczny i zakochany w sobie psychopata, miał już dość oglądania wszędzie wspomnień i zabytków świadczących o wielkości jego poprzedników, ich czynach i dokonaniach. Rzym zbyt mało wagi przykładał wszak wobec jego wielkich osiągnięć i talentów! Przy tym on, Neron, wielki i czuły artysta i wizjoner, znieść nie mógł szkaradnej brzydoty rzymskiej zabudowy, ciasnej, brudnej, mało przestronnej. Ale jakże budować nowe wielkie Łaźnie, jak nadać miastu szlachetnego porządku hellenistycznej architektury ( a wszak w nikim, poza nim, takiej czystości helleńskiej, godnej jedynie Apollina boskiego, nie było!), gdy brak miejsca, brak placów wolnych? Jakże zresztą nowe budowle piękne stawiać obok brzydkich już istniejących?

A cóż bardziej oczyszczającego, bardziej szlachetnego, gorejącego niczym miłość Apolla do Hiacynta, niż ogień?! Wysyłał więc w ciągu kilku dni swoich cesarskich pachołków w różne dzielnice by strategicznie wzniecali nowe pożary. Rzym płonął. Neron był w apoteozie pogromcy ale i przyszłego budowniczego. Odnowiciela. I o tym odnowieniu, o tym powrocie do chwały i piękna, do tradycji czystej a prastarej śpiewał na tarasie swego pałacu akompaniując sobie samemu na lirze apollińskiej. A u jego podnóża płonął stary, brudny Rzym.  Płonęły też (naturalnie tylko niefortunnym zbiegiem okoliczności …) setki domów i pałaców rzymskich patrycjuszy, rzymskiej arystokracji, która nim, boskim Cezarem, gardziła skrycie, podśmiewała się z niego.

Już on nie raz słyszał i donoszono mu o tym skrzętnie, jak to szeptali między sobą o tym, jak zamordował własnego pół-brata, Brytanika, pierworodnego syna starego cesarza. Ponoć tym samym sposobem, szeptali między sobą, pozbył się swojej własnej matki, Agrypiny. Niewdzięczni zarozumialcy, zawistni i leniwi. Elita rzymska. A przecież on wszystko dla Rzymu poświęcił, swój talent, urodę i młodość. Nawet ten pożar to przecież też dla Rzymu i Rzymian, by go na nowo dla nich, niewdzięcznych, odbudować lepszym i świetniejszym niż kiedykolwiek przedtem. Jakże gorzko ich za to nienawidził!  Ten cały obrzydliwy sort. Gdyby byli wierni, gdyby jego wielkość i boskość uznali, może by nie musiał i brata i matki otruć. Ale jakże mógł i jej, inteligentnej i sprytnej nazbyt dla własnego dobra, matce rodzonej, zawierzyć? Jak mógł bratu, który przysięgał, że go kocha, zawierzyć? Nie mógł przecież. Był cezarem przede wszystkim. Na słabości i sentymenty nie wolno mu było uwagi zwracać. Na nim samym spoczywał ciężar władzy i troski o Rzym. Rzymowi poświęcił swe życie. Nawet ten Rzym płonący był wszak zapowiedzią odnowy. A oni, miast mu wdzięcznymi być, ciągle tylko narzekają, ciągle spiski knują. Podły sort.

Tak myślał pewnie Neron, psychopatyczny narcyzysta, spoglądając  przez pięć dni 1957 lat temu na pożar starego Rzymu.  I pewnie sam się aż wzruszał nad sobą, że tak mało jego poświecenia jest szczerze przez poddanych doceniana. Być może nawet, w chorobliwej jaźni, zrodziła się szczera wiara, że śmierć brata była ich, tej rzymskiej elity, winą. Bo przecież, gdyby mógł być pewien, że nigdy tronu cesarskiego bratu, zamiast jemu, nie powierzą – to wszak być może brat jego mógłby spokojnie żyć! Oczywiście, to takie jasne! On nie jest winny bratobójstwa – to oni! Ta elita!

Tak mi to wszystko dziś w obrazach wyobraźni się jawiło, gdym patrzył na wypadki w Waszyngtonie, nowym Rzymie współczesnego świata.  Na okazały budynek Kongresu USA i na pałac cesarski – Biały Dom. Nie wiedziałem czy Kongres to symbol Senatu Rzymskiego (architektura neoklasycystyczna, więc o skojarzenie łatwo), obok zaś siedziba prezydenta czy cesarza?  Ważniejsza Ameryka czy Cesarz?  I myślałem, jak bardzo musi pogardzać ten współczesny cesarz amerykański tymi tłumami swoich wyznawców.  Tymi, którzy gotowi byli tych patrycjuszowskich senatorów z Kongresu powywieszać na szpalerach drzew wzdłuż Alei Pensylwańskiej.  Powywieszać dla niego – bo im obiecał ten wielki, w białych (naturalnie tylko w białych!) togach Rzym amerykański przywrócić. Bo mają już szczerze dosyć i tych elit waszyngtońskich, i tych Spartakusów-wyzwoleńców, którym się wydaje, że są równi im. Im! Białym, prawdziwym Amerykanom!  Obiecali mu, ich cesarzowi, że mu ten stary, brzydki, ciasny Waszyngton rzucą w prezencie pod nogi, jak płonącą pochodnię.  Nie bardzo im wierzył, co prawda. Gardził nimi i nie znosił ich nędznej rzeczywistości małych, kiepsko urządzonych domków i głupich małych biznesów, która w jakikolwiek sposób nie pasowała do jego apartamentów ze złotymi bidetami i kryształowymi łazienkami (nawet ten głupi pałac cesarski zwany Białym, uważał za podły kurnik) – ale ufał im jednak bardziej niż tym przeklętym patrycjuszom z Kongresu, tym wywyższającym się intelektualistom, tym przemądrzałym starym elitom. Zresztą ten motłoch był jego ostatnią nadzieją. Nie miał nic do stracenia. Powiedział im nawet, że ich kocha. Co z tego? Nie jednej kurwie już tak mówił. Mogł więc i im.  Po prawdzie nie może nawet już ufać swoim pretorianom.  Nie jest pewny czy staną zwartym szeregiem po jego stronie czy też przyjdą zwartym, małym oddziałem zabrać go do jakiejś celi w starej twierdzy. Podły, niewdzięczny naród niegodny jego wspaniałości.

Więc tak sobie wyobrażałem Nerona i Trumpa. I co myśleli lub, co myśleć mogliby. I zaraz trzeci obraz się na dwa poprzednie nałożył.

Jakiś stary, mały człowiek w Warszawie. Na Żoliborzu, w willi odebranej kiedyś jakiemuś patrycjuszowi, im przekazanej przez wujka, wysokiej rangi pretorianina, jego rodzicom. Dziś rodziców już nie ma. Nie ma też ukochanego ale może i jednocześnie nienawidzonego brata. On – zbawca narodu. On, który mógł tak wiele sam, a życie zmusiło go, że zawsze musiał być w cieniu innych. Niegodnych jego wizji. Ale z tytułami: przewodniczących, premierów, prezydentów. Nawet ten głupi elektryk z idiotycznymi wąsami nim pogardzał. Nim! Ze starej inteligencji! A już te przeklęte elity, ci przemądrzalcy, ci kosmopolici przeklęci zachłystujący się swoimi podróżami po tym zgniłym Zachodzie! Tfu, kociamać! Gdyby jego wizji starej, rzymiańskiej Polski zawierzyli, gdyby docenili jego talenty, to może by i nie musiał tego brata do tego lotu nieszczęsnego tym starym rosyjskim gruchotem namawiać. Tak, to oni są winni! I teraz za to wszystko musza zapłacić. On im ta ‘ichniejszą’ Polskę spali, jak Neron Rzym. Zbuduje nową. Nie musi być ani tak pstrokato kolorowa ani jakakolwiek tęczowa. Szarość to kolor najlepszy. Nie rzuca się w oczy i nie razi nikogo. Jak popiół po pożarze. Więc im teraz pokaże. Teraz ma w końcu szansę. I ten motłoch, jak ten w Alei Pensylwanii, mu w tym pomoże. Zresztą – co tam ci z Waszyngtonu! Nasze pochody 11 listopada w Alejach Jerozolimskich, przez Most Poniatowskiego – to dopiero pokaz siły i tężyzny. I te racice. I ten ogień niszczący i oczyszczający jednocześnie.  Ten mały, stary człowiek, ten zniszczony życiem psychopata, któremu żadne uczucie prócz nienawiści, już w duszy nie zostało, niedoceniony bratobójca zerka na Warszawę z szerokiej perspektywy olbrzymiego Placu Piłsudskiego. Przed nim pomnik ofiar tej przeklęto-zbawiennej katastrofy, pomnik wyszydzany przez tych podłych Polaków, tych samych, którzy tłumnie po tej katastrofie płakali i w szczerej byli żałobie. Blisko, tuż obok, uwielbiany i czczony Pomnik jakiegoś nieznanego żołnierza z wojny , której nikt już z żyjących nie pamięta; naprzeciw pomnik starego Naczelnika do dziś uwielbianego. A to przecież on, ten Marszałek do Belwederu i do Sejmu z wojskiem wkroczył, bez wyborów!  A on do Sejmu z wyborów. Co za głupi naród – i tego marszałka i tego nieznanego żołnierza kochają i wielbią – a nim pogardzają. I myśli ten chory, stary człowiek: ale wam się odpłacę, zrobię wam jeszcze taką hucpę, że mnie zapamiętacie.

I zastanawiam się czy to możliwe. I jaka ta ‘hucpa’ może być.  Czy możliwe?

Czy wiecie kiedy ostatni raz uzbrojona banda wpadła do budynku Kongresu USA, największego mocarstwa na świecie, stolicy najstarszej nowożytnej demokracji? To wam przypomnę. Utkwiło mi w pamięci dobrze, bo wielokroć zachodzę na stary cmentarz w Halifaksie, gdzie dowódca tych żołnierzy jest pochowany. Był nim brytyjski generał Wojny 1812 roku, Robert Ross. Wojny 1812 w Ameryce, nie w Europie. Między Koroną Brytyjską a nowo powstałymi Stanami Zjednoczonymi Ameryki Północnej. Ross pokonał w potyczkach wojska amerykańskie i zajął Waszyngton w 1814. W odwecie za zniszczenia w Yorku (obecnie Toronto) – spalił Kapitol (siedziba Kongresu) i Biały Dom. To był ostatni raz, gdy uzbrojona grupa ludzi zajęła siłą Kapitol. Ostatni do wczoraj. Do 6 stycznia 2021.

Wtedy, w 1814 ważyły się losy między byciem kolonią Imperium zza oceanu czy też suwerenną republiką. Republika zwyciężyła. Dziś ważyły się losy amerykańskiej, najstarszej i największej w nowożytnym świecie demokracji.

Rzeczy niemożliwe stają się faktami dokonanymi nie przez paranaturalne lub boskie wyroki i cuda. Stają się faktami dokonanymi wówczas, gdy zbyt wiele osób wierzy, że są niemożliwe.

A główna przyczyną był, wynikły z psychozy, charakter  lidera, przywódcy, cezara. Charakter, który poza sobą nie widzi niczego innego. Jest przekonany o swojej wizji Ameryki, swego cesarstwa i głęboko zakorzenionej niechęci do tzw. ancien regime (starego porządku) i elit ten porządek reprezentujących. Tak, jak charakter Karła z Żoliborza. Trump znienawidził Amerykanów, za to gdy zaczęli nim gardzić, poniżać go, wyśmiewać. Zrobili z niego obiekt kpiny. Oparł się na tych, którzy byli mu całe życie kompletnie obojętni: na niewykształconej, politycznie przegranej masie ludzi, którzy niezbyt wiele w życiu osiągnęli i szczerze nienawidzili tych, którzy swoją pracą osiągnęli więcej niż oni. Zwłaszcza, gdy byli nimi ludzie, których  przez szkła ksenofobii i czystego rasizmu uznawali za gorszych od siebie. Dla nich hasło ‘wolność’ ma duże znaczenie też – ale tylko w  rozumieniu ‘wolności’ rasy białej i amerykańskiej.

Czy są pewne podobieństwa?  Nie musi być identycznie, wystarczy, że odnajdziemy wątek, nić, które łączą sytuację Polski i Ameryki ostatnich pięciu lat. Tylko nie mówcie już głośno i z przekonaniem, że to niemożliwe.

Île-Royale – voila!

Wyruszamy rano z Halifaksu.  Można było jechać bocznymi szosami, wzdłuż fantastycznego Wschodniego Wybrzeża, pełnego zawijasów, mijanych jezior i co raz to nowych widoków atlantyckich zatok, zatoczek i zalewów.  Ale to strata, mimo wszystko, ponad dwu godzin dodatkowej jazdy, a dni już co raz krótsze – październik. Jedziemy więc trasą główna od Halifaksu do Truro i stamtąd na północ, przez New Glasgow, do Antigonish.  Szosa wygodna, szeroka, w zasadzie bez przerwy czteropasmowa, oddzielająca przeciwne kierunki ruchu szerokim pasem zieleni.  Znam dobrze, bo tego lata jeździłem nią wielokroć do naszych działek w historycznym Pictou trochę teren tam oczyszczając i budując w naszym lasku mała szopę na narzędzia i ewentualny, spartański nocleg.

Nowa Szkocja, szosa z New Glasgow do Antigonish, X.2020

Dużo lasów po obu stronach, a od rozjazdu w Truro już de facto bez przerwy przez lasy i co raz wyższe wzniesienia, pagórki. Wszędzie widać kolory złotej i czerwonej jesieni, wszystko przepasane jakby wstęgą, miedzą ciemno-zielonych świerków i jasno-żółtych brzóz. Tak, tak, niczym u Mickiewicza w Inwokacji. Bo też te moje wędrówki zawsze chciał-nie-chciał wywołują w pamięci jakieś inne, literackie widoki: a to pani Orzeszkowej „Nad Niemnem”, a to Broniewskiego szeregi topól nadwiślańskich, Iwaszkiewicza włoskie pejzaże lub ukraińskie powroty. Od tych serdecznych kajdan przeszłości uciec nie mogę.  Wszak one nie ciążą. Przeciwnie, są miłe.

Od tysiącleci wyspa była miejscem pobytu stałego lub jedynie w sezonach polowań i rybołówstwa, przez ludy szczepów L’nu, dziś określane, jako Mi’Kmaq. Mają tam do dziś dość obszerne tereny.

U schyłku XV wieku pojawił się John Cabot (Giovanni Caboto). Jego szlakiem wybrzeża Cape Breton odwiedzane były często dla bogatych połowów przez rybaków portugalskich, Bretończyków i Basków. Jednak prawdziwe, choć bardzo nieliczne, osadnictwo przypadło dopiero u końca pierwszej połowy XVII wieku i przypadło osadnikom szkockim. W wyniku Traktatu Utrechckiego w 1713 wyspa została oddana królowi Francji i została częścią Nowej Francji. Od tamtych lat, do końca wojny Trzydziestoletniej, przegranej w Europie przez Francję, nosiła nazwę Isle Royale i była celem osadnictwa francuskiego. W 1763 wróciła w posiadanie korony brytyjskiej.

Bardzo gęsto zalesiona, z licznymi rzekami, jeziorami, stawami, ostrymi skałami i górzysta w północnej części, oddalona od głównych szlaków handlowych nie była terenem łatwym ani wygodnym do osadnictwa. Długo bardzo, bo aż do początków XX wieku posiadała tylko nieliczne osady wzdłuż wybrzeży atlantyckiego i od strony Zatoki św. Wawrzyńca. Najczęściej odseparowane od siebie, bez komunikacji lądowej a jedynie morskiej. Dzięki tej izolacji przetrwała w swej pięknej surowości do naszych czasów.

Dzisiejszy podział etniczny jest wynikiem historii kolonizatorów i ówczesnych wojen rodów panujących w Anglii i Francji oraz lokalnych warunków osadniczych. Wybrzeże wschodnie, najlepiej zagospodarowane i najbardziej silne ekonomicznie to głównie ludność pochodzenia szkocko-irlandzkiego, obok wiodącego i ogólnie używanego angielskiego spotyka sie tu tez dość często język gaelicki, pozostałości staroirlandzkiego z północno-zachodniej Szkocji i Hebrydów. Gaelicki widoczny jest przede wszystkim w lokalnych nazwach i zwrotach językowych.  W Cape Breton istnieje też jedyna w Kanadzie Akademia z gaelickim, jako językiem wykładowym, Acadamaidh GÀIDHLIG An Atlantaig w St. Ann.

Bardzo mało używanym, ale ciągle widocznym jest pozostałość akadyjskiego francuskiego.  W centrum wyspy, szczególnie wokół jeziora Bras d’Or bardzo silnie widoczny i używany na co dzień jest starożytny język szczepów L’nu, popularnie nazywanych od kilku stuleciu Mi’Kmaq.  Wybrzeże zachodnie, od strony zatoki św. Wawrzyńca, zachowało najsilniej wpływy i tradycje ludności akadyjskiej, francuskojęzycznej. Ta akadyjska odmiana francuskiego jest ciągle używana na co dzień, zwłaszcza w miasteczku Cheticamp i jego sąsiedztwie.  Zresztą, wynikające z bardzo długiego odosobnienia Cape Breton i jej osad, nazewnictwo i zwroty francuskie są tu często więcej spotkane niż w większości reszty Nowej Szkocji.

Środek wyspy zajmuje olbrzymie słonowodne jezioro Bras D’Or (faktycznie jest to rodzaj małego wewnętrznego morza/zatoki  połączonego z Atlantykiem cieśninami Little i Great Bras d’Or) – chroniona przez UNESCO biosfera cudów fauny, flory i geologii – rezultaty zmian z czasów początków holocenu.

zachód słońca nad Bras d’Or, X.2020

Wzdłóz jeziora prowadzi sceniczna i bardzo malownicza trasa Bras d’Or Lake. Po wjechaniu do Port Hawksbery z Nowej Szkocji, kontynuować kawałek Trasą Kwiatu Lilii (Fleur-de-Lis – tak, ta burbońska) dojechać do najstarszego miasteczka St. Pete’s i stamtąd wjechać we właściwą trasę Bras d’Or.  Czy wybierzecie skręt w prawo czy lewo – bez znaczenia. Wrócicie po wielu godzinach w to samo miejsce. W pewnym momencie, w okolicach Baddock i Wagmatcook trasa przechodzi w Cabot Trail i w okolicach South Haven ponownie staje się trasą Bras d’Or (lub odwrotnie, od South Haven do Wagmatcook). W Baddock łatwo zainteresować się postaciami i osiągnięciami Marconiego i Bella, którzy stąd właśnie prowadzili swoje największe osiągnięcia w połączeniach radiotelegraficznych i telefonicznych.

Inna ciekawa historycznie jest właśnie Trasa Fleur-de-Lis zaczynająca się w Port Hawkesbury, wzdłuż wschodniego wybrzeża. To historia pierwszego, starego osadnictwa francuskiego, łącznie z objazdem Ile Madame i jej najbardziej aktywnym życiem ludności francuskojęzycznej, zachowanymi bogatymi pamiątkami etnograficznymi, i dalej, do perły zabytków wczesnego osadnictwa – fantastycznie odrestaurowanego Fortu Louisbourg. Francuskiej twierdzy na północno-wschodnim wybrzeżu Ameryki Północnej.

widok na Louisbourg o zmierzchu

Z Louisbourga polecam Trasę Marconiego do Sydney, największego miasta Cape Breton i połączenia morskiego wyspy ze światem.  Region w okolicach Sydney i North Sydney był w okresie międzywojennym i gdzieś do początków lat 60. ub. wieku najbardziej rozwiniętym przemysłowo regionem Cape Breton.

Jest jeszcze jedna, niezbyt długa i obiecująca świetne widoki Trasa Celidh Trail. Prowadzi bez przerwy zachodnim wybrzeżem od Port Hakwsbury do Margaret Fork, gdzie łączy się z Cabot Trail. Tej jeszcze nie poznałem i obiecuje sobie wyruszyć w nią latem następnego roku.

Wszystkie te trasy nawiązują do historii wyspy, jej osadnictwa. Ich ukoronowaniem jest Cabot Trail przez całą północną, górzystą część wyspy. Centrum tej trasy to olbrzymi rezerwat kanadyjskiego Parku Narodowego Cape Breton Highland. Perła turystyczna, ekologiczna, widokowa. Jedna z najpiękniejszych i najciekawszych tras, jakie przejechałem.

Zanim jednak minęliśmy półwysep Nowej Szkocji, zatrzymaliśmy się na krótko w Antigonish na spacer po terenach Uniwersytetu św. Franciszka Ksawerego. Stare i urocze miasteczko położone u ujścia Zachodniej Rzeki (West River) do wyjątkowo malowniczej zatoki, upstrzonej wielością wysepek, wśród wzgórz i  lasów. Jak większość osad tego regionu historia miasta, to historia osadnictwa szkockiego tutaj, która zaczęła się na dobre po pierwszej zakotwiczeniu statku „Hector” i oryginalnej grupie osadników szkockich przybyłych do naturalnego portu w Pictou, odległym od Anigonish ok. 70 km.  Jednym z pasażerów tego pierwszego, historycznego wojażu i osadników szkockich w Pictou był nota bene przodek mojego męża, z klanu Graham.

Wjazd do miasta od głównej trasy z Halifaksu do Cape Breton to natychmiastowe spotkanie z nadspodziewanie rozległym i imponującym campusem uniwersyteckim Uniwersytetu św. Franciszka Ksawerego i górującymi  nad nim wieżami katedry mitycznego apostoła Szkotów, św. Niniana.

Tak budynki uniwersyteckie, szerokie aleje miedzy nimi, jak i katedra św.Niniana imponują i zaskakują, gdy ma się na uwadze, że to uniwersyteckie miasto w 2016r liczyło ledwie 4 tysiące dusz. Uniwersytet założono w 1866 i szybko stał się miejscem przyciągającym wielu młodych studentów. To oni, z wielu wielkich miast kanadyjskich i z zagranicy, nadają specyficzny koloryt i charakter miasteczka.  

Z Antigonish już tylko bliski skok do przejazdu na Cape Breton, do Portu Hakewsbury. Wyspę z półwyspem nowoszkockim w wąskim przesmyku łączy wysoka grobla uwieńczona w najgłębszym miejscu mostem. Tedy wjeżdżamy do Port Hakewsbury. Krótki postój, studiowanie mapy i decyzja, od której strony i którą trasą zacząć naszą przygodę nowo-bretońską. By nie tracić czasu wybieramy szosę nr 105 w kierunku osad Miqmaków: Weqomaq i Wagmatook.

Zdjęcia powyżej to wjazd na groblę/causeway łącząca Nowa Szkocję z wyspą i uroczy domeczek informacji turystycznej na granicy miasteczka Port Hawkesbury.

Ostatni odcinek szosy jedziemy wzdłuż kanału św. Patryka na jeziorze Bras D’Or. Mijany osady/wioski Mi’Kmaqów są bardzo schludne, dobrze utrzymane. Zatrzymujący się przy stacjach benzynowych miejscowi i turyści nie autochtonicznego pochodzenia wykupują szybko po 3 paczki papierosów – na ich terenach nie płaci się tego olbrzymiego podatku za papierosy, jako obowiązuje resztę Kanadyjczyków. Limit trzech paczek gwarantuje, że to dla użytku własnego a nie nielegalnego handlu. Krótko po minięciu Wagmatook wjeżdżamy do Parku Narodowego i początku Trasy Cabota – naszego zasadniczego celu podróży. Pogoda jest urocza. Lekkie zachmurzenia z częstymi przebłyskami słońca ułatwia zachwyt nad pejzażami widoków cudownych jesiennych kolorów złota, żółci, czerwieni i brązów. Olbrzymia galeria natury.

Zaraz za Wagmatook skręcamy w lewo kierując się środkiem wyspy szosą wijąca się przez lasy i nieliczne małe osady ku Margaree Forks, gdzie łączymy się z Trasą  Celidh. Stąd już dwa kroki do zachodniego wybrzeża, wzdłuż zatoki św. Wawrzyńca.  

Celem na dziś jest Cheticamp. Największa osada-miasteczko zachodniej części Cabot Trail.Cheticamp dzisiejsze to zdecydowanie centrum kulturalne, etniczne i polityczne starego francuskiego osadnictwa, tego jeszcze z czasów królewskiej, przedrewolucyjnej Francji. Nad miasteczkiem (skupionym głownie wzdłuż szosy Cabot Trail) góruje wieża kamiennego kościoła St. Pierre. Do niedawna jeszcze głównym zajęciem mieszkańców było rybołówstwo. Ostatnie dwudziestolecie wyparte – choć ciągle obecne – przez turystykę i związane z nią dochody. Są tu liczne małe motele, domy turystyczne, bed&breakfast, kilka kawiarni i pubów, galeryjki miejscowych rzemieślników i artystów ludowych.  Ceny nie są niskie i warto być przygotowanym, że za 150 dolarów za noc – lokum nie będzie przypominać komfortem typowego motelu na lądzie stałym.  Brak tu zresztą znanych firm hotelarskich i wszystko jest na ogół w rękach lokalnych właścicieli, których celem zasadniczym jest (z uśmiechem i gościnnością) sprać turystom kieszenie ile tylko można. Za to widoki – darmowe. I przepiękne. Cheticamp daje przedsmak głównej, górnej części Cabot Trail. Z jednej strony urwiste brzegi na ostrych zakretach nad przepięknym turkusem zatoki św Wawrzyńca, z drugiej wierzchołki szczytów północnej Cape Breton i zalesione gęsto dolinki, wąwozy.

W zasadzie, poczynając od Cheticamp, cała ta północna część wyspy i wszystkie nieliczne tam osady prawie aż do początków XX wieku dostępne były tylko drogą morska, statkiem lub łodzią. Jeżeli już lądem to jedynie przez lasy i wąwozy, wzdłuż rzek, bezdrożnymi leśnymi ostępami i tylko latem.Zima na ogół wszelki kontakt ustawał i przez wiele miesięcy osady żyły własnymi zasobami i sposobami licząc dni do wiosny. Jeden z [pierwszych francuskich misjonarzy w tym terenie, ojciec Lejamtel  spisal w 1813 swoje refleksje w ten sposób: ” ryzykowałem  w dawnych latach wielokroć moje życie żeglując tymi niebezpiecznymi wodami – teraz zdecydowałem nigdy już na statek nie wsiadać jesienią, chyba. że moje życie by od tego zależało”.

Początki liczącej prawie trzysta kilometrów Cabot Trail skonstruowano u zarania lat 30. ub. wieku. W tamtych latach była to trasa iście karkołomna i niebezpieczna.  Dzisiejsza, asfaltowa droga jest szczytem luksusu w porównaniu do ówczesnej. Mimo to, należy bardzo uważać na ostrych zakrętach, blisko przepaści nad dolinami i oceanem. We mgle ma to inne uroki i inne niespodzianki.  Kierowca bezwglednie winien hamować swoje zachwyty widokami i starać się czujnie pilnować gdzie i jak jedzie.

A nasza trasa tak się właśnie zaczęła. W jesienny dzień deszczowy i pochmurny, mglisty.

Wrażenia i widoki niesamowite. Wałęsające się wolno i nisko mgły przynoszą miraże nieoczekiwane i chwilami zabawne. Np. gdy nie jesteś pewien, czy podjeżdżasz pod brzeg oceanu czy na skraj przepaści. Lub, gdy mgły osiadły ciężko poniżej trasy, patrzysz w górę i widzisz kolorowe, gęsto zarośnięte zbocza gór, które wydają się zawieszone w powietrzu wynurzając się z gęstej, mgielnej zupy.

Objazd trasy Cabota kończymy po drugiej, atlantyckiej stronie wyspy, w okolicach miasta i portu Sydney, skąd ruszamy na zwiedzanie legendarnego Fortu Louisbourg. Ale to już zupełnie inna, pasjonująca historia na następny raz.

Sen o wolności czy sen o upiorach?

Bogumił Pacak-Gamalski

Słucham drugi dzień/noc już niekończących się analiz, dyskusji, przypuszczeń i łoskotu wpadającego do urny wyborczej  każdego przeliczonego głosu w wyborach amerykańskich.  Mimo czterech lat doświadczania prezydentury Donalda Trumpa. Człowieka, który nawet nie próbował udawać być kimś kim nie jest.  Człowieka pozbawionego wszelkich skrupułów, wszelkich zasad etycznych. Wyrachowanego, sprytnego sprytem dobrego złodzieja, traktującego wszystko i wszystkich, jako przedmiot handlu, transakcji handlowej. Próżnego narcyzysty patrzącego na świat przez pryzmat własnej, niezaspokojonej ambicji i własnych możliwych korzyści. Nie szukającego przyjaciół a oddanych służących; nie chcącego przewodzić wierzącej w niego grupie oddanych obywateli, a rządzić grupą bezwolnych poddanych.  Jego ignorancja zasadniczej, fundamentalnej wiedzy o człowieku, o filozofii człowieka i społeczeństw, o historii cywilizacji i społeczeństw czyni go niezdolnym do zrozumienia najprostszych wartości niezbędnych do spełniania wszelkiej funkcji publicznej.  Jest antytezą służby publicznej. Gdyby był królem  – byłby królem okrutnym. Mimo to jego nieokiełznana próżność pewnie pełna jest marzeń i porównań z  monarchami średniowiecza.  Nie rozumiejąc, że w olbrzymiej większości wywodzili się oni z prastarych rodów wojów i rycerzy, którzy rozumieli, że ich zadaniem zasadniczym jest bronić ceną własnego życia i poświęcenia swoich poddanych. Mogli być okrutni w sposobie sprawowania władzy – ale mieli głębokie rozumienie swojej roli księcia-króla. Roli symbolu całej grupy i roli poświęcenia swego życia i prywatnego szczęścia w ochronie tychże poddanych. Nie zawsze i wszędzie tak się działo – ale to był mit władcy. Mit poświęcenia, mit Rzeczy Większej od władcy, której tej władca służył. Trumpowi śni się korona ale mistyka tej korony jest mu obca.  Jest cwany ale przeraźliwie głupi. Chce hołdu ale nie potrafi zdobyć się na poświęcenie godne takiego hołdu. Nęci go nieopanowane okrucieństwo wielkich imperatorów – nie rozumie celu tego okrucieństwa. Nęci go korona wysadzana drogocennymi kamieniami ale nie rozumie ciężaru tej korony.

Mimo to, mimo tej wiedzy, tego doświadczenia czterech lat jego ‘panowania’ – pod koniec drugiego dnia zakończenia głosowania i obliczania głosów nie znamy jeszcze zwycięzcy. Gdy to pisze prowadzi Joe Biden. Ale Trump tuż, tuż za nim. Już się ogłosił (wbrew przyjętej konwencji i prawu) zwycięzcą, już protestuje przed sądami wyniki w kilku stanach.  Nie wiem, być może, że w tym momencie już są wyniki.  Nie to mnie jednak w tej chwili zajmuje. Ostatecznie będzie albo Biden albo Trump. I nie ja zadecyduję kto, ani ten tekst na to wpływu mieć nie będzie.

Mnie pasjonuje (inne słowo pcha się na papier ale go nie użyję) jak to się stało, że świnię traktuje się na równi lub wyżej niż człowieka porządnego.  Że łajdak znajduje miliony łotrów i łotrzyc, którzy go popierają. Że ma całkiem realne szanse na wygranie wolnych wyborów demokratycznych.

I widzę to też w kontekście wielkich protestów kobiet i dziewczyn w Polsce. Tłumów w wielkich i małych miastach w każdym regionie Polski. Wbrew pandemii, wbrew groźbom i ostrzeżeniom władz rządowych i partyjnych PiS, wbrew grobowej mowy karlejącego z dnia na dzień Małego Dyktatorka. Naturalnie, że pełen podziwu i wsparcia jestem dla tych protestów. Całe życie stałem po stronie tych, którym godności i praw odmawiano. Obojętnie na ich płeć, kolor skóry, wyznanie.

Alegoria Wertego (z WikimediaCommons)

Mimo terroru rewolucyjnego i ofiar, jakie ten terror wprowadził – hasło Rewolucji Francuskiej jest moim motto przewodnim: Liberté, égalité, fraternité. Wolność, Równość, Braterstwo. Braterstwa prawem i legislacją narzucić nie można, stąd pewnie najtrudniejsze do osiągnięcia. Ale wolność i równość musi być w demokracjach XXI wieku prawem zapisanym i stosowanym. By większość swej woli okrutnej nigdy mniejszości żadnej narzucić nie mogła. Bo nic słodszego w życiu człowieka ponad nią nie ma. Zawsze będą hamulce pochodzeniowe, majątkowe, które ją będą ograniczać. Żyjemy w świecie naturalnym, fizycznym, który nie jest dzieckiem filozofii, wierzeń i marzeń. Ale wolność legalna daje jedyną szansę na pełny rozwój człowieka w społeczeństwie. Przynajmniej szansę. A to już bardzo dużo.

By móc wolność otrzymać, nawet gdy bez przymusu ustanowiona jest prawem, by móc z niej korzystać,  trzeba najpierw wolność pożądać, pragnąć jej. Bez tego pragnienia, bez tego głodu, jej owoce nigdy dojrzeć słodyczą pełną nie będą mogły. Będą jedynie cierpkie i kwaśne. I nie ma nigdy pełnej wolności jednostki lub grupy bez pełnej wolności wszystkich wokół. Wtedy to jedynie przywilej. A przywileje tak łatwo się dostaje, jak się je traci. Należą nie do obdarowanego a do tego, który je nadaje.

Więc patrzę na ten kontekst polsko amerykański. Cztery lata po wyborze Trumpa w USA. Gdy król autentycznie i wielokroć zrzucał szaty i stawał przed narodem nagi. W pełnej hańbie swojej brzydoty moralnej. Cztery lata później najbardziej dla mnie przykrym jest widok milionów Amerykanów ciągle na niego głosujących. Pewnie za mało by wygrał kolejne wybory. Ale jak strasznie za dużo.

Patrzę na setki tysięcy polskich kobiet i ich przyjaciół mężczyzn i wzbiera we mnie jednak pewien smutek i gorzkość. Czy wszystkie z was, sprawiedliwie oburzone zamachem na waszą wolność, głosowały ledwie kilka miesięcy temu przeciw Andrzejowi Dudzie?  Czy też tylko wówczas wyszłyście z gorącym protestem, gdy wasze prawa i wolność zostały naruszone? Czy wychodziłyście tak tłumnie i tak bezpardonowo gdy burzono Trybunał Konstytucyjny? Gdy burzono Sąd Najwyższy? Jeśli tak – to w jaki sposób Andrzej Duda został ponownie wybrany prezydentem? Przecież było wiadomo, że kolejny zamach na waszą wolność ta partia i ten prezydent przeprowadzą.

Patrzę na zdjęcia pod konsulatami polskimi w Toronto, w Vancouverze i przypominam sobie protesty moje z grupką 3-5 osób w Vancouverze w latach 2016-2018.  Bo król w Polsce już wówczas był nagi. I każdy jego brzydotę moralną widzieć mógł.  W Toronto, gdzie wielokrotnie więcej jest Polaków na te regularne protesty przychodziło kilka-kilkanaście osób. Zawsze tych samych, niezłomnych.  I nie było pandemii.

Stąd i przestroga pewna na usta mi się ciśnie. Najwyższą wartość ma protest przeciw zabieraniu wolności innym, drugim. Nie tylko przed utratą własnej.

To nie jest krytyka słusznych walk kobiecych o prawo do decyzji o sobie i swoim ciele. Chwalę was za to i wspieram pełnym sercem. I akcją, gdzie mogę.  To tylko gorzka refleksja. Ale warto nad nią się zastanowić.

Jest zadziwiające, jak zmienili się ludzie w krajach, które dotąd dumne były z przywiązania do wolności, do pewnego szlachectwa moralnego. Wystarczyło kilka lat knucia, kilka lat dzielenia przez podłych ludzi i podłe rządy, kilka lat jałmużn sprytnie kierowanych tam, gdzie spodziewano się najmniejszego oporu, by hasła:  „za wolność Wasza i Naszą” w Polsce i  moralne przewodzenie tzw. Wolnego Świata przez USA, pękły, jak bańka mydlana.  Teraz bańki ciągle są – ale to bańki ścieków, brudów.

Ano, cóż – zebrało mi się na gorzkie żale.  I nie, nie pójdę z nimi do kościoła.  Na pewno nie do polskiego kościoła.  Pójdę poczytać wywieszone na bramie kościoła w Wittenberdze Tezy Marcina Lutra. I pomyślę czym się różni Kościół w Polsce od Kościoła europejskiego w XVI wieku. I kto będzie mnichem augustianinem w Polsce w pięć wieków później, czyli dziś.

W 1976 roku na scenach Teatru Na Woli wystawiono sztukę Antonio Vallejo w tłumaczeniu mojej ciotki, Kazimiery Fekecz. Sztuka jest o moralnych zmaganiach Goyi w tworzeniu jego słynnego dzieła ‘Gdy rozum śpi budzą się upiory’.  Oj, budzą się. Wcześniej niż Francisco Goya, dwa tysiące lat wcześniej, Seneka napisał, że rozum jest panem każdego losu: sam w sobie działa w dwóch kierunkach, będąc przyczyną naszego szczęścia lub naszej mizerii.

F. Goya, ‘Gdy rozum śpi…’

Może to więc nie jakaś moc niebotyczna, magiczna Ziobrów, Kaczyńskich, Dudów i Trumpów jest przyczyną naszej mizerii? Może zbyt łatwo daliśmy rozumowi i zdrowemu rozsądkowi przysnąć po przecukrzonych łakociach świętej tradycji, mitów narodowo-etnicznych i kilku dukatach rzucanych niby tak, od niechcenia, w tłumy wirujące, jak chochoły na jakimś gospodarstwie pod Krakowem? Może. Nie wiem.

Republika PIS contra świat

Wiemy, że partyjną religią Zjednoczonej Prawicy (sterowanej głównie przez PiS i Kaczyńskiego) jest ortodoksyjny, staroświecki, przedsoborowy i antysemicki katolicyzm. Katolicyzm, gdzie sacrum nie jest Bogiem a hierarchą kościelnym, kapłanem, zaś celem doczesnym gromadzenie dóbr materialnych, istnienie ponad prawem i bezpośredni wpływ na politykę państwa.

Ten tradycyjny kościół jest też instytucją opartą na gnębieniu i poniżaniu wszystkich innych społeczności. Nienawiść wobec Żydów jest niebezpieczna. Przekonali się o tym nie tylko politycy skrajnej prawicy ale i sam Kościół na świecie, w tym (nie bez oporów i nie kompletnie) Kościół lokalny w Polsce. W każdym razie antysemityzm szerzony publicznie i otwarcie jest temperowany lub wręcz nawet potępiany przez hierarchię katolicką w Polsce i przez głównych przywódców PiS. Wiedzą, że silnych zwolenników na arenie międzynarodowej nie znajdą. Świat nowoczesny, postępowy, demokratyczny nie pozwoli na to. Nawet istniejące i coraz głośniejsze skrajne ruchy faszystowskie w Europie i Amerykach Północnej i Południowej na niczym tak swoich zębów nie łamią i nie kruszą, jak własnie na rosnącej determinacji społeczeństw i ludzi w ogóle by antysemityzm potępić, odesłać w otchłań piekieł i złej historii. Ale Zjednoczona Prawica i jej poważny elektorat w Polsce bez wrogów zewnętrznych i wewnętrznych obyć się nie mogą. Wszystkie ideologie zła, a więc i ideologia PiSu i jego aliantów – nienawiść i wrogów potrzebują. To jest jeden z ich warunków przetrwania. Sine qua non biologiczne. Gdyby panowały nie tak przecież odległe czasy XVIII, XIX a nawet początków XX wieku – jest bardziej niż prawdopodobne, że obecny rząd wpędziłby Polskę w co najmniej jedną, a może więcej, awanturę wojenną. Jakieś Zaolzie, lub Grodzieńszczyzna, Lwowszczyzna, Wileńszczyzna by się znalazły. Pod warunkiem, że kraje napadnięte byłyby nieco mniejsze i słabsze i nie istniały by dzisiejsze międzynarodowe sojusze wojskowe i polityczne. Podejrzewam, że nie mieliby moralnych problemów w zawarciu sojuszu z Putinem na podział Ukrainy i Białorusi. Taki drugi pakcik Ribbentropa i Mołotowa, nazwijmy go ‘kaczyńsko-putinowski’. Wstrzymam jednak wodze fantazji. Wróćmy do rzeczywistości. Twardej, namacalnej, widocznej gołym okiem.

Od samego początku rządów PiS widoczny był żelazny sojusz klerykalno-prawicowy. Atak na niezależne instytucje państwowe i społeczne (sądy najwyższe i sądownictwo całe, prokuratura, fundacje na rzecz rozbudowy demokracji i obrony mniejszości społecznych) stał się regułą i konsekwentnym celem polityki tego sojuszu. Z grup społecznych najbardziej narażone na szykany zostały kobiety (poprzez wielokrotną próbę całkowitego zakazu aborcji), mniejszości etniczne, zwłaszcza te o innym kolorze skóry i osoby LGBTQ2. Z różnych, często trudnych do zrozumienia powodów, od początków kampani wyborczej Andrzeja Dudy w ostatnich wyborach prezydenckich głównym celem ‘wojny domowej’ PiS i KK stały się mniejszości seksualne w Polsce. Idiotyczne i kompletnie bezsensowne hasło walki z nieistniejącą ‘ideologią LBTQ’ zostało oficjalnie zaadoptowane, jako linia polityki prezydenta Polski, dla której dostał pełne poparcie od rządu i całej Zjednoczonej Prawicy. I fanfary z wież kościelnych.

Fizyczne ataki i znęcanie się nad osobami LGBTQ2 stały się codziennością. Już nie tylko rękoma bydlaków-osiłków z grup pro-faszystowskich i ultrakatolickich. Zapalono zielone światło dla całej homofobicznej części społeczeństwa. Prawie każdego dnia dowiadywaliśmy się z mediów społecznościowych i tradycyjnych o przypadkach obelg i wyzwisk w tramwajach, pociagach, autobusach, na ulicy, rzucanych często przez starsze kobiety, zwykłych przechodniów wobec osób, które zachowaniem lub wyglądem sugerowały, że są gejami, lesbijkami lub osobami transpłciowymi. Często ofiarami takich napaści były też osoby inne, które ośmielały sie wystąpić w obronie znieważanych. Co raz częściej też informacje o tym przekazywała prasa zagraniczna zdumionym czytelnikom w krajach normalnych. Powstała atmosfera nagonki. Kulminacją tego były pacyfikacje protestów tych środowisk w Warszawie i otwarte łapanki na uczestników tych demokratycznych protestów. Ale rosła też determinacja tych środowisk. Rosło przekonanie, że nie pozwolą zepchnąć się do podziemia, do ukrywania się. Do lat niewoli komunistycznej i do lat noszenia różowego trójkąta w obozach koncentracyjnych III Rzeszy. Rosło i rośnie też co raz szersze poczucie, że dalej na to Polki i Polacy nie pozwolą. Ani świat. Że nie chcemy wstydzić się przed światem z informacji o tych idiotycznych deklaracjach ‘obszarów wolnych od LGBTQ’, które tyle wstydu Polsce na całym świecie przyniosły. Wzrastał i wzrasta gniew i chęć na polskie Stonewall. I rośnie oburzenie świata demokratycznego.

Po 1989 roku Polska była na ustach tego świata. Polscy Prezydenci witani byli z fanfarami w Paryżach, Berlinach i Waszyngtonach. Byliśmy przykładem dla innych, ciągle marzących o wolności. Polacy mieszkający w tych innych krajach czuli się dumni. Na spotkaniach towarzyskich, na spotkaniach formalnych i oficjalnych. Trudny i prawie dla nikogo niezrozumiały język polski stał się nagle źródłem zapożyczeń językowych w angielskim, francuskim, niemieckim, hiszpańskim. W pewnym momencie wielu z nas przyjmowało, jako normalne gdy obywatele tych państw w rozmowę wtrącali słowa “solidarnoszcz, wałesa”. Dziś nam znowu wstyd. Tym razem głębszy i boleśniejszy. A co gorsze – zasłużony.

Nie znam we współczesnej historii Polski takiego dokumentu dyplomatycznego, jak ten List, ten protest i apel Ambasad i Organizacji Międzynarodowych do polskiego rządu. Od krajów o tradycjach chrześcijańskich, muzułmańskich, buddyjskich. Od wszystkich naszych sąsiadów, sojuszników. Z wyjątkiem Białorusi i Węgier. Ale trudno by było się spodziewać by Mussolini lub Franco protestovali u Hitlera, że gnębi Żydów … .

List otwarty ambasadorów

Albanii, Argentyny, Australii, Austrii, Belgii, Chorwacji, Cypru, Czarnogóry, Czech, Danii, Dominikany, Finlandii, Francji, Grecji, Hiszpanii, Holandii, Indii, Irlandii, Islandii, Izraela, Japonii, Kanady, Litwy, Luksemburga, Łotwy, Macedonii Północnej, Malty, Meksyku, Niemiec, Norwegii, Nowej Zelandii, Portugalii, Republiki Południowej Afryki, San Marino, Serbii, Słowenii, Stanów Zjednoczonych Ameryki, Szwajcarii, Szwecji, Ukrainy, Wenezueli, Wielkiej Brytanii, Włoch, a także Przedstawiciela Generalnego Rządu Flandrii i Delegata Generalnego Rządów Walonii-Brukseli oraz reprezentantów Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej i Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych ds. Uchodźców w Polsce, Dyrektora Biura Instytucji Demokratycznych i Praw Człowieka OBWE, Dyrektor Biura Międzynarodowej Organizacji ds. Migracji oraz Sekretarza Generalnego Wspólnoty Demokracji. Sporządzanie niniejszego listu koordynowała Ambasada Królestwa Belgii w Polsce.

Pomimo odwołania tegorocznej Warszawskiej Parady Równości, która ze względu na uwarunkowania epidemiologiczne nie mogła odbyć się w przewidzianym terminie, chcemy wyrazić nasze poparcie dla starań o uświadamianie opinii publicznej w kwestii problemów, jakie dotykają społeczność gejów, lesbijek, osób biseksualnych, transpłciowych i interpłciowych (LGBTI) oraz innych mniejszości w Polsce stojących przed podobnymi wyzwaniami. Chcemy także wyrazić uznanie dla podobnych starań podejmowanych w innych miastach Polski – w Białymstoku, Bydgoszczy, Częstochowie, Gdańsku, Gnieźnie, Katowicach, Kielcach, Koninie, Koszalinie, Krakowie, Lublinie, Łodzi, Olsztynie, Opolu, Poznaniu, Rzeszowie, Szczecinie, Toruniu, Wrocławiu i Zielonej Górze.

Uznajemy przyrodzoną i niezbywalną godność każdej jednostki, zgodnie z treścią Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka. Szacunek dla tych fundamentalnych praw, zawartych w zobowiązaniach OBWE oraz obowiązkach i standardach Rady Europy i Unii Europejskiej, jako wspólnot praw i wartości, zobowiązuje rządy do ochrony wszystkich swoich obywateli przed przemocą i dyskryminacją oraz do zapewnienia im równych szans. Aby to umożliwić, a w szczególności aby bronić społeczności wymagających ochrony przed słownymi i fizycznymi atakami oraz mową nienawiści, musimy wspólnie pracować na rzecz niedyskryminacji, tolerancji i wzajemnej akceptacji. Dotyczy to szczególnie sfer takich jak edukacja, zdrowie, kwestie społeczne, obywatelstwo, administracja publiczna oraz uzyskiwanie oficjalnych dokumentów. Wyrażamy uznanie dla ciężkiej pracy społeczności LGBTI i innych społeczności w Polsce i na całym świecie, jak również dla pracy wszystkich ludzi, których celem jest zapewnienie przestrzegania praw osób LGBTI oraz innych osób stojących przed podobnymi wyzwaniami, a także zapobieganie dyskryminacji, w szczególności tej motywowanej orientacją seksualną czy tożsamością płciową. Prawa człowieka są uniwersalne i wszyscy, w tym osoby LGBTI, mają prawo w pełni z nich korzystać. Jest to kwestia, którą wszyscy powinni wspierać.

J.E. Shpresa Kureta, Ambasador Republiki Albanii; J.E. Ana María Ramírez, Ambasador Republiki Argentyny; J.E. Lloyd David Hargreave Brodrick, Ambasador Australii; J.E. Werner Almhofer, Ambasador Austrii: J.E. Luc Jacobs, Ambasador Królestwa Belgii: J.E. Tomislav Vidošević, Ambasador Republiki Chorwacji: J.E. Petros Kestoras, Ambasador Republiki Cypryjskiej; J.E. Budimir Šegrt, Ambasador Czarnogóry; J.E. Ivan Jestřáb, Ambasador Republiki Czeskiej; J.E. Ole Toft, Ambasador Danii; J.E. Aníbal de Castro, Ambasador Republiki Dominikany; J.E. Juha Ottman, Ambasador Finlandii; J.E. Frédéric Billet, Ambasador Francji; J.E. Michael-Efstratios C. Daratzikis, Ambasador Republiki Grecji; J.E. Francisco Javier Sanabria Valderrama, Ambasador Hiszpanii; J.E. Daphne Bergsma, Ambasador Królestwa Niderlandów; J.E. Tsewang Namgyal, Ambasador Indii; J.E. Emer O’Connell, Ambasador Irlandii; J.E. María Erla Marelsdóttir, Ambasador Islandii; J.E. Alexander Ben-Zvi, Ambasador Izraela; J.E. Tsukasa Kawada, Ambasador Japonii; J.E. Leslie Scanlon, Ambasador Kanady; J.E. Eduardas Borisovas, Ambasador Republiki Litewskiej; J.E. Paul Schmit, Ambasador Wielkiego Księstwa Luksemburga; J.E. Edgars Bondars, Ambasador Łotwy; J.E. Vasil Panovski, Ambasador Macedonii Północnej; J.E. John Paul Grech, Ambasador Malty; J.E. Alejandro Negrín, Ambasador Meksyku; J.E. Arndt Freytag von Loringhoven, Ambasador Niemiec; J.E. Anders Eide, Ambasador Królestwa Norwegii; J.E. Mary Thurston, Ambasador Nowej Zelandii; J.E. Luís Manuel Ribeiro Cabaço, Ambasador Portugalii; Daniel Stemmer, Chargė D’ Affaires a.i., Ambasada Republiki Południowej Afryki; J.E. Dario Galassi, Ambasador San Marino; J.E. Nikola Zurovac, Ambasador Republiki Serbii; J.E. Božena Forštnarič Boroje, Ambasador Słowenii; J.E. Georgette Mosbacher, Ambasador Stanów Zjednoczonych Ameryki; J.E. Jürg Burri, Ambasador Szwajcarii; J.E. Stefan Gullgren, Ambasador Szwecji; J.E. Andrii Deshchytsia, Ambasador Ukrainy; J.E. Luis Gómez Urdaneta, Ambasador Boliwariańskiej Republiki Wenezueli; J.E. Anna Clunes, Ambasador Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej; J.E. Aldo Amati, Ambasador Włoch; Dries Willems, Przedstawiciel Generalny Rządu Flandrii; Anne Defourny, Koordynatorka Delegatu Generalnego Rządów Walonii-Brukseli; Katarzyna Gardapkhadze, Pierwsza Zastępczyni Dyrektora ODIHR – Biura Instytucji Demokratycznych i Praw Człowieka OBWE; Marek Prawda, Dyrektor Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce; Christine Goyer, Przedstawiciel Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych ds. Uchodźców w Polsce; Thomas E. Garrett, Sekretarz Generalny Wspólnoty Demokracji; Hanna Dobrzyńska, Dyrektor Biura Międzynarodowej Organizacji ds. Migracji (IOM)

Dwie pandemie – biologiczna i moralna

by Bogumil Pacak-Gamalski

Gdzieś, na jednej z półek, wciśnięty między grube grzbiety poważnych książek, zapomniany, zakurzony i od lat parudziesięciu nie czytany, mały brulionik w cienkiej, niebieskiej okładce , jak szkolny zeszyt, bez tytułu ani wydawcy, nawet bez nazwiska autora. Czternaście stroniczek wewnątrz. Na niektórych, robione niebieskim długopisem, odręczne poprawki druku. Poznaję pismo (charakterystyczne dla wszystkich, którzy w szkołach przechodzili jeszcze lekcje kaligrafii – tak pisał m. in. do końca życia mój ojciec) i przypominam sobie autora tego brulioniku i historię z tym związaną.  Generał Tadeusz Alf-Tarczyński, Prezes Instytutu Józefa Piłsudskiego w Londynie. Takie króciutkie zeszyty były robione  wyłącznie w celach propagandowo-edukacyjnych i wysyłane (lub przewożone) do Kraju, głównie naturalnie do młodzieży szkolnej i uniwersyteckiej.  Łatwe do ukrycia, nawet w kieszeni spodni. Nie były to wydawnictwa naukowe ani historyczne. Jakby powiedział, w latach 1905-1915, towarzysz Wiktor – bibuła.  Towarzysz Wiktor, to był naturalnie młody Józef Piłsudski, redaktor „Robotnika” i przywódca Organizacji Bojowej PPS (Polska Partia Socjalistyczna). Więc ten brulionik taką właśnie bibułą był. Z sentymentem go raz jeszcze przejrzałem. Jasny, prosty język. Przypominający najważniejsze fakty z życia Marszałka. Naturalnie, głównie te o wymiarze patriotycznym, zwycięskim, ważnym, państwowo ale i legendo—twórczym.  Dla historyka lub badacza dziejów – bez znaczenia i wartości większej. Dla młodego człowieka niezbyt z historią zaznajomionego – dobra pigułka elementarnej wiedzy.  Dziś już nie, bo od lat tematem się nie zajmuję, ale wiele lat temu uważałem się za osobę dość głęboko znającą biografię i dzieje życia Józefa Piłsudskiego.  Pisałem na jego temat szereg poważnych artykułów publikowanych tu i ówdzie (mam nawet gdzieś list od legendarnego Redaktora Giedroycia, gratulujący jednego z tych moich tekstów nadesłanego z Instytutu JP do redakcji „Kultury” – ale tłumaczący niemożliwości zamieszczenia w „Kulturze” ze względu na brak miejsca spowodowany gorącą sytuacją w Kraju i masę tematów aktualnych a nie historycznych – to były początki Stanu Wojennego i kompletnie się z Giedroyciem zgadzałem a tekst wysłałem nie ja tylko sam Instytut londyński). Po powrocie do Polski miały to być zaczyny do pracy naukowej lub książki. Do kraju nie wróciłem, pracy naukowej żadnej nigdy nie napisałem ani książki o Piłsudskim. Z czasem zresztą nabrałem wobec niego dużo bardziej krytycznej postawy. Nie negatywnej – na to swym życiem i dziełem nie zasłużył absolutnie. Ale krytycznej, dostrzegającej i istotne błędy i braki. Za główny uważałem nieumiejętność stworzenia kadry przyszłych polityków, mądrych włodarzy kraju. Teraz, po latach, znowu widzę go sympatyczniej, wydaje mi się, że go rozumiem. A z tego właśnie niebieskiego zeszycika-bibuły wyłuskałem fragment przemówienia Piłsudskiego w tymże Lublinie w 1920 roku.  I gdyby mocą jakąś magiczna udało mi się wskrzesić monumentalną postać  Naczelnika i zrobić wielki wiec (powiedzmy na Błoniach krakowskich lub Polu Mokotowskim w Warszawie, bo tamże do tłumów przemawiał) tylko o powtórzenie tego krótkiego lubelskiego adresu bym go poprosił.  Pójścia do Sejmu bardzo bym mu odradzał, bo wiadomo, co by zrobił i jakich słów użył – jeżeli jesteście zszokowani czasem niektórymi słowami posła Jarosława Kaczyńskiego, to zakładam, że by bladły wobec słów, jakie dzisiejszym posłom i samemu Kaczyńskiemu by Naczelnik ofiarował… . Pojęcia poprawności politycznej nie znał ani by go rozumiał. Ale ten adres lubelski, te krótkie przemówienie, jest tak współczesne i tak celne, że mógłby je każdy mądry polityk w 2020 wypowiedzieć. I nawet nie tchnie myszką starego słownictwa.  Jest portretem Polaków idealnym.

A więc 11 stycznia 1920 w Lublinie, na spotkaniu z przedstawicielami ziemi  Lubelskiej, mówi Marszałek Józef Piłsudski, więc proszę o ciszę:

Tam, gdzie chodzi o życie, tam, gdzie chodzi o krew, jest to ofiara najłatwiejsza, chociaż w laury owita. To jest ofiara, na którą Polak na pewno się zdobędzie. (Ale) Idzie o ofiarę cięższą, idzie o ofiarę dla siły całego narodu, idzie o ofiarę z tego, co ludziom być może jest najdroższe, o ofiarę ze swoich przekonań i poglądów.  Idzie o to, by kraj nasz zrozumiał, że swoboda to nie jest kaprys, że swoboda to nie jest – ‘mnie wszystko wolno a drugiemu nic’ – że, swoboda, jeżeli ma dać siłę, musi jednoczyć, musi łączyć, musi rękę sąsiadom i przeciwnikom podawać, musi umieć godzić sprzeczności, a nie tylko przy swoim się upierać. W takiej jedynie umiejętności podawania do wspólnej pracy dłoni, wypływa moc wielka w chwilach trudnych i w chwilach kryzysów państwowych”.

To było wyzwanie do Polaków  w pierwszych tygodniach 1920 roku. Gdy ofensywa bolszewicka łamała kolejne linie frontów Północnego i Południowego Rzeczypospolitej. Gdy opcje polityczne i ideologie były bez znaczenia, gdy –parafrazując komunistycznego poetę ledwie dziewiętnaście lat później- wróg stanął u progu i kolbami w drzwi załomotał, gdy rachunki krzywd przestały mieć znaczenie.

Nie znałem Polski lat 20tych ni 30tych. Nie mogę w pełni zrozumieć tej skali narodowych waśni, które pchnęły do politycznych więzień, politycznych zabójstw, do bicia, szczucia siebie wzajemnie. Nie znałem tego nawet w mojej młodości w PRL. Bo nienawiści wśród Polaków wobec siebie nie było.  Władza, mimo wszystko, była poza nami, to był twór jakby z księżyca i nie mieliśmy na jego kształt wpływu. Żyliśmy, jakby obok i osobno od tego tworu.  

Potem nasza ‘wiosna narodowa’ pod hasłami „Solidarności”, po dziesięciu latach odbudowywanie z kompletnych gruzów ekonomicznych tego niewyobrażalnie zacofanego, rozsypującego się tworu innego, zamierającego świata gospodarki komunistycznej, jaką była Polska w roku 1990. Byłem wówczas w tej nowej Polsce, odwiedziłem ją w trakcie pierwszych wolnych wyborów. I byłem tym światem przerażony, to był jeden wielki bazar Różyckiego, a właściwie gorzej: w Warszawie,  ówczesny Stadion Dziesięciolecia był takim wielkim straganem, gdzie można było wszystko sprzedać i wszystko kupić.  Od jednej świeczki po całe pudła szmat przywożonych całymi kontenerami z Chin, Wietnamu, z magazynów pozostałych ciuchów przy parafiach, które były adresatami tej paczkowej pomocy polonijnej.  Polska była takim bazarem.  Bałem się, czy potrafi z tego – i jak? – wyjść.  Już wówczas zaczynały być widoczne pęknięcia ideowe, ideologiczne o kształt tej nowej Polski.  Po latach, gdy zacząłem odwiedzać kraj częściej, zauważyłem metamorfozę olbrzymią. Byłem znowu w kraju europejskim. Tak, biedniejszym. Ale europejskim, zachodnim.  I wydawało się, że normalniała też emocjonalnie, kulturowo.  Oczywiście, jak w każdym normalnym kraju, były elementy skrajne, jakieś ideologiczne cudaki, inności, wynaturzenia.  Po 2015 te wynaturzenia zyskały szansę wpływania na główne nurty polityki.  Powoli wracały wszystkie upiory polskiej historii.

Konstytucja i jej obchodzenia, sądy i ich krytyka, parlamentaryzm i jego upadek moralny, spory polityczne, nawet demonstracje uliczne – to nie jest wizja Apokalipsy i rozpadu państwa. To są rzeczy zdarzające się w demokracji.  Raz trochę na prawo bardziej, raz trochę na lewo, a na ogół oscylujące w środku – normalny obraz zdrowego kraju i społeczeństwa.  Nie idealnego, nie jakiejś Nirvany ale zdrowego.

Mój ostatni, dłuższy pobyt był w 2018. Nie dziwiły ulice miast, identyczne, jak w Amsterdamie, Londynie czy Frankfurcie.  Przyzwyczaiłem się już, że Polska XXI wieku, jest krajem europejskim. W każdym razie z wyglądu. Ale zauważyłem pierwszy raz tak widoczne i odczuwalne znowu wrażenie wielkiego bazaru. Rynku ciuchów i szmat. Nie na stadionie, nie na jakimś placu miejskim.  W mentalności, w postawie, zachowaniu się Polaków.  Było odczuwalne, że te ‘upiory przeszłości’ wylazły z  nor i zaczęły opanowywać te ulice, the rynki, parki.  Ktoś zaczął je z najważniejszych miejsc w państwie nazywać  ‘tradycją narodową’. A przecież to nie była tradycja a upiory polskie, wynaturzenia, kalectwo narodowe. Brzydota narodowa a nie urok narodowy.  

I przyszedł ten, 2020 rok. Wybory prezydenckie i pandemia.  Ta symbolika tych dwóch wydarzeń, wepchniętych sprawą biologicznego przypadku w jeden, ten sam, okres czasowy jest przytłaczająca.  Biologicznie i immunologicznie pierwsza połowa tego roku minęła pod znakiem obrony przed strasznym, milczącym wirusem. Wirusem, który zagraża nie tylko zdrowiu i życiu ludzi ale też i całej ekonomii.

Cały świat, nie tylko Polska, z tym wirusem walczy. I wyjdziemy z niego wszyscy nieco osłabieni, jak po każdej wielkiej wojnie, ale zwycięscy.  Tylko, że w Polsce, podobnie, jak w USA, jest to też okres pandemii wirusa nienawiści. Nienawiści Polaków do Polaków, Amerykanów do Amerykanów.

Dlaczego, stający do walki o kolejny mandat prezydencki, panowie Duda i Trump nie noszą masek (Trump w ogóle, Duda bardzo rzadko)?  Dlatego, że ich kampania wyborcza zasadza się właśnie na rozprzestrzenianiu wirusa nienawiści.  Tylko ten wirus, jego jak najwyższa zarażalność , daje im największe szanse zwycięstwa. Stąd tylu wrogów się pojawiło w ich przekazie wyborczym, tyle grup zagrażających ‘dobrym’ Polakom i ‘dobrym’ Amerykanom. Tym reprezentujących ‘dobrą’ tradycję.

Ale dla normalnego, zdrowego człowieka, dla uczciwego obywatela ta tzw. ‘dobra tradycja’ jest niczym innym, jak narodowym ściekiem nieczystości, wylęgarnią złowrogich bakterii i wirusów.

Wybór między Andrzejem Dudą a Rafałem Trzaskowskim nie jest więc dla mnie wyborem politycznym, lub ekonomicznym. To wybór sanitarny, epidemiologiczny.  Wybór Andrzeja Dudy to otwarcie na oścież bram dla wirusa nienawiści. To burzenie tam przed powodzią degrengolady etycznej i moralnej Polaków.  Wybór Rafała Trzaskowskiego teraz, gdy na placu boju już tylko ich dwóch pozostało, to nie obietnica ‘cudownego ozdrowienia’. To jednak szansa na rozpoczęcie terapii, na systematyczną walkę z tym wirusem, na budowanie podwalin pod kolejne narodowe porozumienie. Na szanse rozmów innych Polaków z innymi Polakami. Bez mordobicia. I bez używania kłonicy, jako argumentu w dyskusji.

Jedno, z doświadczeń historii każdego kraju współczesnego i epok przeszłych, mogę bez cienia wątpliwości powiedzieć : społeczeństwa i narody tolerancyjne, szanujące się, generalnie zjednoczone bardziej niż podzielone, łatwiej i szybciej usuwają ruiny i gruzy materialne i budują nowoczesną, służącą ludziom i krajowi gospodarkę.   Tak, jak stało się w Polsce, którą między 1990 a 2010 przeobrażono z wielkiego, brudnego bazaru w kolorowe ulice. Społeczeństwa i narody opanowane nienawiścią wobec siebie szybciej jeszcze zamieniają te kolorowe ulice w ekonomiczną i finansową ruinę podłego bazaru.

Kończę te smutne refleksje powtórzeniem, jakże dziś adekwatnych słów Józefa Piłsudskiego:    Idzie o to, by kraj nasz zrozumiał, że swoboda to nie jest kaprys, że swoboda to nie jest – ‘mnie wszystko wolno a drugiemu nic’ – że, swoboda, jeżeli ma dać siłę, musi jednoczyć, musi łączyć, musi rękę sąsiadom i przeciwnikom podawać, musi umieć godzić sprzeczności, a nie tylko przy swoim się upierać.

Bitwy warszawskie

W ostatnim stuleciu o Warszawę toczyły się dwie wielkie bitwy, których rezultaty oznaczały obronę i wzmocnienie wolności Polski, lub utratę tej wolności.

Pierwsza Bitwa Warszawska miała miejsce między 13-25 sierpnia 1920. Popularne stało się określania jej, jako ‘cudu nad Wisłą’, co jest kompletna bzdurą.  Te określenie ‘cudu’ zaczęło się pojawiać w kilka lat pod tej bitwie w środowiskach katolicko-kościelnych, by odwrócić uwagę od osoby Wodza Naczelnego, Józefa Piłsudskiego. Oczywiście zwycięstwo w tej bitwie było wynikiem tylko i wyłącznie wypracowanej długimi dyskusjami i sporami strategii i celu bitwy i jej bezwzględnemu wykonaniu przez wiele wielkich jednostek bojowych rozrzuconych na przestrzeni setek kilometrów.  Celowi bitwy służyły aż trzy potężne i rozległe w terenie i oddaleniu od siebie fronty Armii Polskiej, szereg zdolnych ale bardzo zróżnicowanych wyszkoleniem (taktyką, strategią) i tradycją wojskową dowódców. Wymagało to nie tylko olbrzymiej dyscypliny tych wszystkich dowódców ale i pełnego oddania sprawie ich podwładnych. Być może była to najtrudniejsza walka, bo tyczyła nie tylko terytorium i suwerenności ale bezpośrednio była walką światów, cywilizacji. Walką o ducha. Starcie cywilizacji turańskiej i łacińskiej, jakby to określił historyk i filozof ( w rzeczy samej był on historiozofem) polski z tamtej epoki, Feliks Koneczny.

Ta bitwa zakończyła się wielkim polskim zwycięstwem. Warszawa nie padła, a Rosjanie musieli się cofnąć na rubieże starej Rzeczypospolitej. Nie jest winą żołnierzy i ich dowódców, że Traktat Ryski tą wojnę kończący, przyniósł Polsce tak mierne korzyści terytorialne. Rosjanie porażeni rozmiarem klęski byli gotowi, zdaje się, nawet uznać granice I Rzeczypospolitej – w każdym razie na terenach ziem witebskich, mścisławskich i połockich, a na pewno całą Mińszczyznę.  Endecja bardzo tego się bała i Grabski (reprezentujący w Rydze Polskę) przyczynił się do znacznych ustępstw na rzecz pokonanej Rosji bolszewickiej. Abstrahując od tych dywagacji historycznych – ta bitwa była przykładem zwycięskim dla Polski w historii bitew warszawskich (było ich naturalnie więcej w tejże historii, ale nie tak brzemiennych w skutkach).

Druga bitwa warszawska, którą chcę wspomnieć, określana jest w zasadzie, jako bitwa obronna Warszawy we Wrześniu 1939 roku przed nadciągającymi armiami niemieckimi. Trwała faktycznie nieprzerwanie od 1 września aż do 28 września, dnia kapitulacji stolicy Polski.

Szanse obronienia stolicy splecione były nierozerwalnie z szansami całej wojny polsko-niemieckiej w 1939 roku. A jaki był wynik tej wojny – wiemy.  Warszawa (która nigdy nie była twierdzą wojskową) i jej wojskowi i cywilni obrońcy, wykazali się wyjątkową odpornością, walecznością.  Ale miażdżąca przewaga militarna sił niemieckich, wzrastające straty wśród ludności cywilnej (głównie skutkiem osobistego rozkazu Hitlera o bombardowaniu Warszawy nalotami dywanowymi) i brak nadziei na jakąkolwiek odsiecz lub pomoc z zewnątrz, zmusiły wojskowe i cywilne władze do podpisania kapitulacji. Tak ta bitwa obronna w 39 jak i epilog całej II wojny światowej, który w Warszawie miał straszny epizod Powstania Warszawskiego, zniszczyły miasto prawie kompletnie.  Zimą 1945 roku miasto wyglądało, jak jeden wielki zbiór gruzu i wypalonych szkieletów budynków.  A Polska nie odzyskała pełnej suwerenności przez kolejne 45 lat.

Przypomniałem te dwie bitwy ze względów symbolicznych, a nie wspominek czysto historycznych.  Powiedziałbym więcej – ze względów cywilizacyjnych, kulturowych.  A Warszawa, stolica kraju, symbolizuje tego kraju losy. Czy zasiada tam I sekretarz partii komunistycznej z nadania satrapy moskiewskiego, czy gubernator Fischer z nadania faszystowskiego Berlina czy też wybrany przez Polaków prezydent.  Oczywiście, Warszawa jest siedzibą dwóch prezydentów: stolicy i państwa. 

Jesienią 2018 roku Warszawa wybrała prezydentem stolicy Rafała Trzaskowskiego. Kilka lat wcześniej, w 2015, prezydentem Polski wybrano Andrzeja Dudę.  Obaj politycy (nie użyję słowa ‘przywódcy’, bo co najmniej do jednego z nich absolutnie ono nie pasuje …, gdyż mimo że wyborach w 2015 wygrał koronę, to zadowolił się czapką nadwornego lokaja) reprezentują też sobą właśnie te wielkie różnice kulturowe, wręcz (tak, nie zawaham się powiedzieć) cywilizacyjne w kategoriach filozoficznych. Podobne tym (choć nie tak krwawym i nie decydowanym przez dywizje wojskowe), jakie charakteryzowały te dwie bitwy warszawskie. Wojna nie tylko o terytorium – wojna o Ducha tego terytorium i ludności na nim zamieszkującej.

I teraz tych dwóch polityków z siedzibami swych prezydentur (państwowej i miejskiej) w tym mieście, staje do bitwy o Polskę. A obaj mają swe siedziby i Urzędy dosłownie na rzut kamieniem z balkonu.  Z wieży Ratusza widać wyraźnie i blisko dach Pałacu Namiestnikowskiego, a z górnych okien Pałacu, prezydent Duda może lornetką bez problemu widzieć prezydenta Trzaskowskiego. Walka zaczęła się natarciem i kontruderzeniem 28 czerwca. Bitwę walną wydano na 12 lipca.

Wielu żołnierzom tej bitwy wydaje się, że chodzi tylko o menażki, o kuchnie polową, o to który dowódca obieca cieplejsze lub wygodniejsze mundury, onuce, o prycze w koszarach. No i o żołd – czy będzie dostawał go 12 razy w roku, czy może 13, a kto wie – może nawet czternaście razy. I w tego typu ‘bitwach’ wyborczych to pytania naturalne i oczekiwania naturalne i zdrowe. W końcu, jaki obywatel krzyknie: domagam się zwiększenia podatków, obniżki pensji i tylko 10 emerytur w roku?! 

Ale to naturalne i zdrowe w normalnych czasach i normalnych warunkach. Nie w 2020 roku w Polsce. Bo ta ‘bitwa warszawska’  zadecyduje czy, podobnie jak ta w 1920, przechylimy się bardziej ku cywilizacji ‘turańsko-bizantyńskiej’  czy ‘ łacińsko-zachodniej’.  Czy będziemy mogli chodzić w laczkach i sandałach, jak będziemy mieć na to ochotę, czy będziemy musieli stukać obcasami na zawołanie. Czy będziemy ze sobą rozmawiać ze śmiechem przy kawiarnianych stolikach na Nowym Świecie czy krzyczeć na siebie na Bazarze Różyckiego. I nie czekać na łaskawe da-albo-nie-da ’13-tkę’  a może i ‘14’ emeryturę – ale po prostu dostaniemy godziwe, zgodne z potrzebami dwanaście normalnych emerytur.  Bo te ‘łaski pańskie’ i ‘ochłapy z pańskiego stołu’ autentycznie na pstrym koniu jeżdżą.  Dziś spadną jeszcze może z tego stołu pańskiego ale  jutro ani okruszka może. Bo z próżnego i Salomon  nie naleje … . Nie chodzi też o elyty i elity. Nie o “Polskę Pańską’ i ‘Polskę Fornalską’. Chodzi o Polskę Wolnych Obywateli opartą na absolutnej wolności każdego indywidualnie lub Polskę Lepszego i Gorszego Sortu, podzieloną.

No i ta zwykła, taka codzienna, nie niedzielna świadomość, że się mieszka w porządnym, lubianym przez sąsiadów kraju. Kraju, gdzie wszyscy nie mają co prawda takich samych pensji i emerytur  (no wiecie, takie same to próbowano już po 1917 w Rosji, po 1945 w Chinach, w latach 70. w Kambodży, ostatnio niejaki Chavez w Wenezueli – na nic dobrego to nikomu nie wyszło) ale mają takie same prawa. Wyżsi i niżsi, grubsi i cieńsi, męscy i żeńscy, o różowej i o czarnej cerze, dziewczyny chodzące z chłopakiem objęci i te chodzące z dziewczyną objęte; jedni idący rano do kościoła na modlitwę, inni do bożnicy, a jeszcze inni na ławkę do parku lub małą czarną do kafejki.  Normalnie. Jak w normalnym kraju i mieście.  Niemożliwe marzenie? Możliwe. W większości krajów tej właśnie europejskiej cywilizacji.  Europejskiej nie geograficznie licząc od Uralu może, ale licząc kulturowo. Gdzie ta kultura będzie mieć granicę? Zależy od losów bitwy 12 lipca 2020. Albo na Bugu, albo na Odrze.

Oczywiście, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Ludzkie, normalne. Takie mamy horyzonty myślowe, jakie mamy horyzonty widzenia, postrzegania.  Jedni siadają, prawie bez zastanowienia się, gdzie mają ochotę, bo wolność jest dla nich czymś naturalnym, prawie automatycznym – inni stoją zakłopotani aż im ktoś wskaże, gdzie usiąść mogą.

A w tym temacie już widzimy zmiany w Polsce i poza jej granicami. Andrzej Duda reprezentuje raczej dość wyraźnie tą inną ‘cywilizację turańsko-bizantyjską’, ten inny sposób myślenia, który postrzega granice cywilizacyjną i kulturową na Odrze. To nie może ulegać wątpliwości dla nikogo. Również dla tych głosujących za niego. I czas by się do tego sami sobie przyznali. By przynajmniej wiedzieli dlaczego taki wybór robią. Niech nie oszukują znajomych i rodziny, a tym bardziej siebie samych.

Spójrzmy na te ‘granice’:  Polacy między Bugiem a Odrą w I turze dali Andrzejowi Dudzie najwięcej głosów.  Za mało na pokonanie przeciwnika, ale tą potyczkę wygrał. Dostał 43.5 procent tych głosów. Prezydent Warszawy dostał 30.46 procent, na trzecim miejscu był Szymon Hołownia z blisko 14 procentami.  Lub trochę inaczej: na 16 województw, Trzaskowski wygrał tylko w trzech, a w 13 pan Duda. 

Natomiast, co zrobili Polacy spoza Bugu i Odry? Może być ciekawe, bo właśnie ten ‘inny punkt widzenia’ dający inną perspektywę i inny horyzont.  Na aż 84 państwa, gdzie Polacy głosowali, Andrzej Duda poniósł klęskę w … 76 państwach.  Zremisowali w dwóch. A Trzaskowski uzyskał najwięcej głosów w 75 państwach.  Procentowo przekłada się to na: Rafał Trzaskowski dostał 48.13 procent oddanych głosów, a Andrzej Duda tylko 20.86%. Jeszcze inaczej – Trzaskowski w ani jednym kraju nie spadł poniżej drugiej pozycji (czyli nawet w tych kilku gdzie wygrał Duda, Trzaskowski miał silną drugą pozycje).  Zaś Andrzej Duda spadł poniżej drugiej lokaty aż w 36 krajach, czasami aż do 5 (piątego) miejsca: za Hołownią, Biedroniem i Bosakiem. Szymon Hołownia był na drugim miejscu (za Trzaskowskim) w 32 państwach, a Robert Biedroń w 4 państwach.

I teraz kilka ciekawych spostrzeżeń z tych głosowań zagranicznych. Otóż najwięcej głosów dla Trzaskowskiego a najmniej dla Dudy padło w krajach, gdzie jest najwięcej Polaków, którzy wyjechali ostatnio z Polski, już z tej nowej, suwerennej Polski. Czyli tych, którzy maję najlepszą znajomość tej Polski, najbliższy z nią stały kontakt. I odwiedzając ją lub o niej rozmawiając z rodzina i przyjaciółmi z Kraju-zauważają różnice jakie w ostatnich pięciu latach w Polsce zaszły. Różnicę, która nie wypada dla Polski korzystnie. Bardzo wielu z nich traktuje ten pobyt zagraniczny, jako czasowy a Polskę widzą, jako docelowy punkt powrotu i zamieszkania.  Różnica miedzy nimi a tymi, którzy teraz mieszkają w Polsce polega tylko na widocznym horyzoncie postrzegania, na owym punkcie widzenia. Jak widać z podanych wyżej statystyk wyborczych , ta różnica jest bardzo duża.

Natomiast w kilku krajach licznej bardzo, ale tzw. starej Polonii – padło więcej głosów dla Andrzeja Dudy. Są to środowiska bardziej konserwatywne, przyzwyczajonej przez długie lata do stanowczej obrony tzw. dobrego imienia Polski. Gdzie każdy (czasem nawet zasłużony) krytycyzm Polski postrzegany był, jako próba oczerniania ukochanej ojczyzny. Choćby te popularne w Ameryce Północnej żarty o ‘Polaczkach’. I silne przyzwyczajenie do polskich kościółków i parafii, które historycznie były centrami spotkań nie tylko religijnych ale i politycznych, polskich szkółek dla dzieci prowadzonych na ogół przy tych kościółkach. A Kościół jest, jak wszyscy wiemy, instytucjonalnie bardzo związany i silnie finansowany przez partie Andrzeja Dudy i obecny rząd PiS.  Tak się głównie dzieje w USA i w Kanadzie. Tutaj też jest stosunkowo najwięcej (nawet więcej niż w Polsce, procentowo patrząc) zwolenników Konfederacji i pana Bosaka, który w Kanadzie np. uzyskał więcej głosów nawet od Szymona Hołowni.  Ale Szymon Hołownia, często widziany, jako działacz katolicki, reprezentuje katolicyzm współczesny, bardziej postępowy. A Kościół polski obecnie reprezentuje katolicyzm zbliżony do idei pana Bosaka – skrajnie na prawo, czasem wręcz w kolorze brunatnym (tak określam wczesny, przed hitleryzmem, faszyzm niemiecki Rhoma i jego SA).

Inne, dość zaskakujące ( mimo to zgodne z generalnym opisem podanym wyżej o Kanadzie i USA) to skrajnie różne wyniki w różnych Komisjach Wyborczych/Konsulatach. W Kanadzie wybory miały miejsce w: Montrealu, Ottawie, Toronto, Vancouverze.  Wyjątkowo krótkie okienka czasowe na wysłanie pakietu wyborczego do Konsulatu połączone  z olbrzymimi obszarami, jakie te cztery miejsca obsługiwały – de facto uniemożliwiły tysiącom osób oddania głosu.  Setki, jeśli nie tysiące, osób dostało pakiety w piątek (wybory były w sobotę poza Polską), lub dostały już po terminie wyborów.  Nie ma powodów ani dowodów, że było to efektem celowego opóźniania i dywersji samych Konsulatów RP. Jest natomiast jasne, że było to efektem świadomego przeforsowania takich a nie innych przepisów w sprawie tych wyborów korespondencyjnych (tylko takie mogły się , ze względu na pandemie odbyć w innych krajach), które wyraźnie ograniczały konstytucyjne prawa wyborcze obywateli polskich zamieszkałych poza Polską.

Ale wracając do szczegółowych wyników w Kanadzie:  Rafał Trzaskowski zajął zdecydowanie pierwsze miejsce w wyborach w Vancouverze, w Ottawie, w Montrealu. Andrzej Duda zajął pierwsze miejsce tylko w Toronto.  Ale w tym jedynym Toronto – jego przewaga głosów była miażdżąca i zmieniła tym samym efekt wyborczy na całą Kanadę. Dlaczego?  Trudno w kilku zdaniach dać głęboką analizę. Podam tylko kilka faktów i spostrzeżeń człowieka, który zna środowisko polskie w Kanadzie dość dobrze na przestrzeni blisko 40 lat. Toronto polonijne było i jest  pewnym odbiciem Chicago polonijnego w Stanach (zresztą bliskie sobie geograficznie też).  Bardzo duża ilość Polaków tam, lub w okolicach, się osiedliła, od czasów bardzo dawnych.  To wielkie miasto oferujące emigrantom dużo więcej możliwości niż ośrodki mniejsze.  Nie tak odległe i dobrze przeze mnie pamiętane były czasy gdy idąc od Bloor St. do Roncesvalles Avenue i w dół – wyglądało, jak spacer na chicagowskim Jackowie: polskie napisy, polski język, polskie kościoły. I zdecydowanie nie było to ‘miasteczko akademickie’, pod jakimkolwiek względem … . Patriotyzm był tam zawsze dość silny. Tylko właśnie ten typu ‘hurra’ lub wręcz tzw. kibolski. Patriotyzm refleksyjny, krytyczny – wiązał się już w tej polskiej dzielnicy z poważnym ryzykiem.  No i nie ma w całej Kanadzie, od Atlantyku po Pacyfik, ani jednej polskiej parafii, która by była takim potentatem finansowym, jak parafia św. Kazimierza (na ,polskim Ronceswilu’ właśnie). Skromna kasa pożyczkowa  w formie  credit union w ciągu lat urosła do rozmiarów niezłego banku.  Nie zawsze metodami legalnymi. Pamiętam, jak odwiedziłem niezłych rozmiarów … bank św. Kazimierza w Warszawie, obok Operetki Warszawskiej (teatr ‘Roma’). Dziś już w tej formie nie istnieje. Ta i inne inwestycje torontońskiej parafii stały się centrum poważnego dochodzenia kryminalnego Biura Nadzoru Bankowego prowincji Ontario.  Efektem było zamknięcie (unikając  skrzętnie zbyt dużego nagłośnienia sprawy) tych gałęzi bankowych skromnej kasy pożyczkowo-zapomogowej. Czemu o tym piszę w tym kontekście? Bo wydaje mi się, że gdy się ma rząd dusz (religia) i rząd sakiewki (credit union/bank spółdzielczy z głębokimi kieszeniami), to ma się bardzo silny wpływ na społeczność, w której się funkcjonuje.  Może się mylę, nie jestem z wykształcenia antropologiem ani nawet socjologiem, a zwykłym gryzipiórkiem-publicystą.  Takie (oczywiście na dużo mniejszą skalę) kasy pożyczkowo-oszczędnościowe istniały (istnieją?) prawie przy wszystkich polonijnych parafiach w Kanadzie.  Podobnie, jak szkółki dla dzieci polonusów. Takie będą Rzeczypospolite, jakie będzie ich młodzieży chowanie, panie Kanclerzu Wielki Koronny, Ordynacie Zamoyski? Może się mylę … .

 O tym, czy były systemowe, zaplanowane sposoby supresji  prawa wyborczego Polaków przebywających poza granicami Polski pisze inny mój kolega-bloger, były Koordynator KOD_USA-West, https://dobek.org/2020/duda-a-niewazne-glosy/

Przez fakt, że w wyborach, mimo wszystko, liczy się tylko głos indywidualny, łatwo się zorientować, że wygrana w trzech lub czterech okręgach, gdzie jest niska ilość głosujących, może być łatwo zniwelowana tylko jedną wygraną w jednym okręgu, gdzie uprawnionych do głosowania  jest wielokroć więcej.  Stąd jest ważne by głosujący w tych małych liczebnie ośrodkach, jeśli chcą by ich głos się liczył i miał wpływ, mobilizowali się silniej i liczniej. Ważne tu są silne związki koleżeńskie, socjalne. Stały kontakt lokalny. Zwłaszcza w czasach pandemii, która wszystko to utrudnia.

Cóż, na zakończenie wracam do mojej symboliki stołecznej. Bitew warszawskich. Lub bitew dwóch prezydentów – Miasta i Państwa zamieszkałych w Warszawie. To są autentycznie dwie kardynalnie sobie obce i przeciwne wizje Polski: jedna Trzaskowskiego, druga Dudy (lub dokładniej tego, który Dudą steruje, Jarosława Kaczyńskiego). Teraz już nie ma innych żołnierzy w turnieju (chciałem użyć bardziej adekwatnego porównania (w turnieju są rycerze) ale znowu ręka się zawahała …), tylko ta para. Nie ma już znaczenia umiarkowany czy skrajny prawicowiec, lewicowiec, liberał, czy socjaldemokrata, zielony czy czerwony. To detale tu mniej istotne na finiszu. Istotna jest wizja Polski i jej miejsca w cywilizacjach, kulturach: w którym związku kulturowo-cywilizacyjnym chce być?  Takie sobie postawcie pytanie i szczerze na nie odpowiedzcie.  Wybór (jakikolwiek by nie był) będzie wówczas łatwy i prosty, bo różnice są bardzo wyraźne.

Old Poland – building blocks of modern Europe

text by B Pacak-Gamalski; photographs of Jola Drozdzenska and B. Pacak-Gamalski

  • Warsaw, J. Drozdzenska, 2020;
  • Wroclaw, B. Pacak-Gamalski, 2018
  • Lublin, J. Drozdzenska, 2020
  • Wilno, B. Pacak-Gamalski, 2018

Henrik Ibsen, great Scandinavian play writer, said “A thousand words leave not the same deep impression as does a single deed”. In ensuing years, the sentence become known as “a picture is worth thousand words’.  Perhaps not always true or oversimplified (as any popular sayings) – it does hold popularity and often serves its purpose.

Many of you have become familiar with my own likes of using camera to build an image of place, happening or even a feeling of familiarity, something that touches our common memory or imagination.

So let me take you on a journey of four cities in present or former Poland, which have a tremendous effect on shape of Central and Eastern Europe in the past one thousand years.

First Warsaw (Warszawa in Polish), capital of Poland since XVI century, when moved there from Cracow, the old capital. Then Lublin – very old  and definitely not large city, in the last 300 years slightly forgotten and not as prominent as before. Wroclaw – very old and powerful city in Lower Silesia of early Poland, than equally powerful city of kingdoms and empires of Bohemia, Hungary, Austria and Germany. It returned to Poland in 1945. Wilno (Vilnius in Lithuanian) – originally an old capital of Duchy of Lithuania, than Polish major city for hundreds of years in northeastern part of the Kingdom.  Since 1945 become again capital of modern independent Lithuania.

These cities, perhaps (apart from the medieval city and first Polish capital of Cracow) more than any other, shaped or witnessed for hundreds of years the type and extend of borders and policies of major powers of Europe until the end of XVIII century.

Once Christianity and Papacy become the force that created what is known today as Europe, a new era begun on this continent. It lasted for hundreds of years. And is still visible and recognizable in today’s European states and alliances. After all, the EU (European Union) is nothing more than re-emergence of old goals of early Western Christianity Europe of Holy Empires, popes, Christian dukes and kings. No, it no longer adheres to Papacy and it’s moral or political authority, to a large extend it doesn’t adhere at all to any religious order or vision. It is modern, cosmopolitan and based on equality of rights of its citizen’s, who can pray to any god they wish to or not pray at all. It is secular to the core.  The unity it aspires to project is of cultural, not simply religious, heritage. Cultural and civilizational. But the Europe of first modern states after the collapse of earlier pagan Roman Empire, lasted for more than thirteen hundred years ( approx. until XVIII century). It wasn’t Europe of Italian, French, Spanish, German or  Polish nation states. It wasn’t Europe of nations at all. It was Europe of dynasties, of Crowns. Yes, it is true that most of these dynasties started somewhere, in some very small and concrete territory, were locals spoke one dialect.  But just a stone throw away people were speaking different dialect.  It took hundreds of years for national languages and national mythology to emerge. Of what is Britain today, what is France or Germany, or Poland  was decided by chances lost and won by the dukes and kings. From very few families. Local population had little sway or interest for these families.  Land and opportunity to expand it and keep secured was the major interest. The most decisive years were these between XII and XV century. They shaped or paved the way for today’s states. The monumental three hundred years saw the decline of small, local feudal dukes (France, England and Scotland, Poland) and emergence of powerful Houses:  of France, Spain, England, Scotland, Poland, Germany and Hungary ( for a shorter, earlier period until year 1200 – Bohemia, todays lands of Moravia, Czech and Slovakia and Silesia). In Poland, which was the most powerful kingdom and major driving political force east of Oder and Carpathian Mountains, ruled the House of Jagiellonian kings. Comparable in strength and influence to the Habsburgs, the House of Anjou and Valois, the Bourbons on the continental side and Tudors and Stuarts on the Island.  More or less  all of them intermarried at some time with each other and to a large extend the remaining Royal Houses of Europe (including the –  German in origin – Windsor House of our Queen) comes from a mix of these medieval royal families of France, Germany, Poland and Spain.

But enough of history.  I stop before the ‘thousand words”. Only eight hundred so far.

Warsaw, (Warszawa in Polish) – a city that lies in the middle of Poland, on both sides of main Polish river, Vistula (Wisla in Polish), since 1596 capital of Poland. Frist gallery is the most recent, photographed in last days by North Vancouver’s photographer, Jola Drożdżeńska. Second, from 2018 by the author.

Lublin – old and not a very significant nowadays, but prominent Polish city by the end of medieval period, often Seat of the Sejm (Polish Kingdom House of Commons). In 1413 was a place were the most important (apart from accepting Christianity by early Polish Dukes in 966) political moment of Polish history happened: the Union of two powerful states: Kingdom of Poland and Grand Dutchy of Lithuania. It gave rise to huge imperium stretching at times from Baltic Sea to Black Sea, that lasted until it’s collapse in 1795. (all photos by J. Drożdżeńska, 2020)

Wroclaw (Breslau in German, Vratislav in Czech) – very prominent and old city in Silesia. Originally established and govern by early Polish dukedoms of the Piast dynasty and Bohemian king Vratislaw (hence the name). But from the onset it often changed hands between Polish and Bohemian states.  Since XIV century the city often fell under German Emperors and Dukes; at times even under the rule of Hungarian kings. It was perhaps the most multicultural and multiethnic city in this part of Europe, including an early medieval settlement of Wallons from Belgium.  By the end of XIV century the Polish Kingdom lost practical and even legal control of the city and it became part of Hapsburg’s Empire, followed much later by Prussian rule. Since 1945 it is part of Poland again. No other city in Poland (perhaps with the exception of Gdansk on the Baltic Sea) symbolizes the early European mix of cultures, feudal interests and intersections of major political cooperation and wars, as Wroclaw. (photos by B. Pacak-Gamalski, 2018)

Wilno (Vilnius in Lithuanian) – the only city in this story that is not a part of Poland today, but returned , as its capital, to independent Lithuania in 1945. It’s here because one can’t even begin to talk about Polish Kingdom by the end of medieval epoch and the great dynasty of the House of Jagiellons without that city. It is, after all, from here that the great European dynasty of Jagiellonans emerged after signing first a personal union (1385), and then full union of two states unification: Polish Crown and Lithuanians Grand Dutchy. And, as Wrocław far to southwest border of Poland, Wilno was, through most of its days in the Polish Commonwealth and the Second Polish Republic (1918-1945), an amazing mixture of cultures, religions, even civilizations (starting with two very different types of early division of Christianity – Orthodox (Constantinople Eastern Roman Empire) and Roman Catholic (Western Holy Roman Empire).  In times it became important centre of Jewish faith and studies;  protestant Christianity (mainly Calvinism), there were pockets of Tatars and Muslim faith. You name it – it was European Toronto of late Middle Ages.  (photos by B. Pacak-Gamalski, 2018) 

By the XIX century the old Europe of multinational dynasties, for all practical reasons, was gone, replaced by national, ethnic states. The final ‘nail to the coffin’ of the old Europe, was the I world war. But the shape of these states, the language and mythology of these national states was formed by these dynasties and the old Europe.

Black Lives matter in Halifax

On a warm, sunny evening on June 01, Halifax added its voice to international protest against police brutality toward Black people. In the US mainly, as the protest were sparked by heinous execution of George Floyd by police in Minneapolis, but sadly also here. Halifax is the next main Canadian city to organize such protest, after clashes day earlier in Montreal, peaceful protests in Toronto, Calgary and Vancouver.

For many reason Halifax is perhaps the most important for such protest in Canada. Nova Scotia is, after all, the true home of Canadian Black settlement. Going all the way to the end of XVIII and beginning of XIX century. And to long years of racist attitudes toward the community.  Nova Scotian’s of African descent created here vibrant life and amazing connection to the land. ( I have written here, on this blog, about their history on January 29, 2020, if you would like to know more about that fascinating subject. The two-piece essay in mainly in Polish, but with an extensive English summary and many photographs)

They have, particularly in Halifax, their own share of grievances against local municipal Police Force and their racist attitude. It led a year ago to an appointment of new Police Chief from  outside of Nova Scotia and promise of new policies.

But today it was different. It was hopeful, angry at times perhaps but generally uplifting. Yes, under the main theme “Black people’s lives matter’. And it matters because Black people lives are rich and beautiful. Because their lives are part of our lives. Because they are PEOPLE. Like you and me.  And we, white folks, are awakening to that single, powerful truth. That a mother or father should never fear that the worst that might happen to their child could be an encounter with Police officer. They should never train them how to react, how to be at their utmost best and polite to a fault when talking to a policeman.  Or they might not survive that encounter. And it is still a reality to them.  Old habits and way of doing things die hard. But, by God! die they must and the sooner the better for all of us.

As you will notice on the photographs I have taken today – a majority of folks taking part in this beautiful protest were not Black but white and other colours. That speaks volumes. Good volumes. The change is here.  Let her come and welcome with open arms. Just about time.

Military Report

In North Vancouver, in Lynn Valley  Seniors Care facility we heard it first. First sample of what was going to come. Covid-19 infections among staff and residents. Later came other Homes like that. In Ontario, Nova Scotia, New Brunswick, Quebec.  Vancouver was first, before the epidemic spread all over Canada. We were still innocent, still reading about faraway places. Life was to a large extend normal. Comparing to today—life was as nothing was happening. We were still innocent … .

The text above was the beginning of my first article on this subject. I published it here two months ago, exactly on April 2. Later, I wrote two more articles on this subject. It makes this one a fourth one.  I knew that I was going to continue this particular series, but I also hoped that by now I would be writing how the provinces and premiers assumed their responsibility and culpability. What instant steps they have taken and when will they start a serious process of assessment and formal inquires not only of what happened, but first of all why it was such a tragically spectacular failure. And how will they proceed with serious overhaul of Long Term Care Centres for Seniors (LTC). None of it happen. Even after the calls for inquires and commissions grew louder.  After they were forced by the sheer examples of  tragic deaths in their own provinces, under their own responsibility and charge. No.  They couldn’t even utter: I am, as premier of this province, very sorry that I have failed you in this matter.

Being premier of province doesn’t mean that you can only play the role of a solemn hero, of a stern father, who reminds the residents of their responsibility in difficult times. A father, who is even forced at times to chastised the residents, who don’t play by the rules. Out of care. It is a role they do have to play. But that’s not the only one. A pandemic and good governance is a very long play. There are many stories to be told in that play. One of them is called fortitude and solemnity in accepting, on behalf of the province, a responsibility of the mistakes. Even if there were many previous fathers of such mistakes.  But you are the “father’ now, you are the premier and you have to take the blame. And bow. That’s how a leader acts. What all the premiers did, was paying the role of consoler and politician. Not the leader. Not on this file. This tragically avoidable file. One that will haunt as for years to come.

It was the leadership of the Armed Forces to force the issue to the front. To make sure that it couldn’t be dressed in nuances, shadows and colours that would hide the obvious fact: the failure of the system. They have planted that ticking bomb called Army Report and made sure that the existence of the Report was leaked to the media in advance. That now no one, in any government provincial or federal , would dare to call it ‘stories’, ‘situations’, perhaps a hearsay of some witnesses. No. Now these are official facts. Prepared by trusted and respected by the nation institution of our Army. Trusted much higher than any political government of any political stripe. The same army the premiers of Quebec and Ontario called to help them run the awful places being called LTC. The same Army that went and did the dirty job.   As they would in any other , military battle. And, as in a traditional battle, they did risked their lives. Many of them got infected and are sick now. O hope  they will fully recover. In their cases I wouldn’t call it even ,infected soldiers’. I would call it ‘wounded soldier’. Wounded, because political masters sent them to fight a war, that was badly planned, with bad strategy. But good officers, while accepting the order and doing the fighting are sometime also very smart. And they outsmarted the masters. They outsmarted them with the Military Report on LTC. What every single one government Agency and government leaders failed to do – they did.  Now the milk is spilled. And the governments, the leaders have to clean it up.  Or resign. No, this is not too strong a wording or demand. We are taking about thousands of lives lost. Not only because Covid and coronavirus.  We will never know how many would have died (some – certainly) if the Centres were run properly, properly prepared for this and many other epidemics.  If there was proper, stringent oversight.  If the owners cared.  And if the governments wanted to see.

I write these words shaken to the core. I knew these people. Walked with them, chatted with them, consoled them, danced with some of them, sung old songs with them.  For many years, because they were friends of my Mom, who spent years in such a Home. They were wonderful.  Sometime like children. Sometime like the wisest of the wise.  People, who lived and huge majority of them wanted to live. Who knew, when bad things were happening to them. Who fiercely tried to protect their limited independence and protested even stronger, when their dignity was being assaulted.  Each and every one of them had their story. Unique. Often amazing.

My Mom during her last visit to Poland, in her old apartment

For their memory and memory of my Dear Friend, my Mom, who has showed an amazing heroism in her fierce battle and sometime difficult acceptance of  dementia and Alzheimer. I promise you, that you all were important to us. And I will do my utmost to not let this story to die, to be forgotten.  And will not let any premier or prime minister to forget it, either.