Polski antysemityzm. Epilog. (cz. VII)

Bogumił Pacak-Gamalski

Czy kolebką antysemityzmu jest religia chrześcijańska czy też … religia żydowska? Otóż religia ma tu znaczenie ale nie w sensie jej istoty teologicznej ( wiara w jakiego boga/bogów, obrządków religijnych itd.). Religia w jej zewnętrznych, wizualnych aspektach.  U samego rdzenia, podstaw antysemityzmu leży pojęcie ‘innego’, ‘obcego’. Ale to tylko połowa tego atawistycznego uczucia. Ten ‘inny’ musi mieszkać pośród nas. Lub, jeszcze bardziej ściśle: u nas. Tego lęku nie miał Polak w Chinach, Włoch w Japonii czy Francuz w Imperium Otomańskim. Inny musi w odpowiedniej masie osiedlić się wśród Nas i musi być wyraźnie wizualnie rozpoznawalny. Musi też reprezentować pewną krytyczną masę. Wówczas na miejsce uczucia pewnej ciekawostki, kuriozalności rodzi się potwór zagrożenia. Otóż wydaje się, że specyfika judaizmu (zaskakująca jest realizacja, że w istocie swej geneza chrześcijaństwa to nic innego, jak jedna z kolejnych sekt, odmian tłumaczenia Tory i judaizmu powstałe na tych samych mechanizmach, jak siedemnaście wieków później ruch chasydzki) polegała na uniknięciu asymilacji w czym niezwykle pomocna była właśnie religia i jej kanony nie tylko obrzędowe i socjalne. W odróżnieniu jednak od chrześcijaństwa czy muzułmaństwa – żydzi nie byli aktywni w nawracaniu innych. To z kolei skutkowało uniknięcia uniwersalizmu, który pomaga w asymilacji.

Przypominam sobie powieść Richarda Zimlera „The Last Kabbalist of Lisbon” (The Overlook Press, New York, 1998). Lata największego pogromu Żydów aż do czasów II wojny i idei kompletnej zagłady. Portugalia przełomu wieku XV i XVI. Antysemityzm, gdzie chęć rabunku (diaspora żydowska w Portugali i Hiszpanii była bardzo wpływowa i bogata) i katolicka dewocja monarchów iberyjskich dały bodaj narodziny masowego antysemityzmu europejskiego. Pierwsze też przykłady urzędowego masowego nawracania na ‘prawdziwą’ wiarę (katolicką). Przerzucam kartki tej książki, odczytuje fragmenty, które tak mnie poruszyły ponad dwadzieścia lat temu, gdy czytałem ją pierwszy raz. Ciekawe, że powieść, rzecz z natury swej oparta na fikcji, na sytuacjach i bohaterach wymyślonych – ożywia historię, nadaje jej rumieńców życia. Żydzi sefardyjscy doświadczyli na Półwyspie Iberyjskim prześladowań niewyobrażalnych, które trwały setki lat. I tysiące morderstw, grabieży, gwałtów. Byli ulubioną (i bardzo intratną finansowo) ofiarą katolickich monarchów Hiszpanii i Portugalii.

I zaraz, w perspektywie już szerszej, prawie uniwersalnej, wracam do prac badacza literatury Piotra Sadzika z Uniwersytetu Warszawskiego na tematy maranizmu, inności, ukrywania i poszukiwania tożsamości. Maranami nazywano w Hiszpanii i Portugalii właśnie żydowskich konwertytów na chrześcijaństwo. Małe grupy tych maranów dotarły nawet aż do Polski osiedlając się w Zamościu, Lwowie i Krakowie. I wracam jednocześnie do przypomnienia polskiego pogardliwego określenia żydów, którzy przeszli na katolicyzm: przechrzta. ‘Przechrzta’ kryje w sobie jakby pewne oszustwo, szalbierstwo, nieszczerość. W domyśle można powiedzieć, że nie ufano im bardziej chyba niż Żydom, którzy trwali w judaizmie. Jest tu dość adekwatne (nie tylko do tej konkretnej sytuacji) angielskie powiedzenie: damned if you do and damned if you don’t . Czyż nie jest to specyficzna, polska odmiana maranizmu? Sadzik idzie dalej – właśnie przez podkreślenia wartości uniwersalnej współczesnego maranizmu: każdej inności, każdej odrębności od normy. To już temat inny jednak, wykraczający poza, sensu stricto, antysemityzm polski.

Ostatnim – wszak niezwykle ważnym – tematem jest sprawa rządowego, nakazowego i instytucjonalnego antysemityzmu. Sterowania niechęci, fobii narodowych i religijnych przez władze polityczne.

To nie przez jakieś specyficzne cechy Polaków i Rusinów, Polska Kazimierza Wielkiego i kolejnych monarchów Rzeczypospolitej była krajem do którego uciekali przed prześladowaniami Żydzi z Zachodniej Europy. To właśnie dzięki świadomej polityce tych monarchów ten kraj był postrzegany, jako tolerancyjny.

Niestety, siły polityczne, które władały II Rzeczpospolitą od samego zarania w 1918 po straszny rok 1939 – do tolerancyjnych i światłych nie należały. Nawet sympatycznie i przyjacielsko nastawiony wobec Żydów Marszałek Piłsudski nie potrafił poskromić skrajnie antysemickich nastrojów społeczeństwa i elit politycznych. A największa polityczna siła nowego państwa – Endecja Dmowskiego – marzyła tylko o jednym: o pozbyciu się elementu żydowskiego z Polski na zawsze. Jedni oskarżali ich o agenturalność wobec Niemiec, drudzy o sympatie pro-sowieckie. Jedna z warszawskich gazet publikowanych po hebrajsku tak pisała o latach 1918-19: „w tej godzinie, godzinie odrodzenia i ponownego zjednoczenia Polski, (…) my, Żydzi, siedzimy i opłakujemy nasze ofiary” ( M. Mirowski ‘Kwestia żydowska w II Rzeczypospolitej’; „Rzeczpospolita”,wydanie z 17 06 2017).

W latach wielkiej wojny z Sowietami w 1919-20, żołnierzy i oficerów polskich pochodzenia żydowskiego (w tym byłych legionistów, sic!) rozkazem Dowództwa Armii Polskiej internowano, obawiając się z ich strony dywersji na rzecz Sowietów.

Pisałem już o niesprawiedliwej ocenie pewnych historyków o Armii Krajowej, jako elementu antysemickiego. Tego zdania nie zmienię i uważam je za szkalujące. Ale i tu faktycznie znaleźć można wypadek szokujący: mord Żydów polskich w Lesie Siekierzyńskim pod Skarżysko-Kamiennym. Tymi lasami przebijał się idący na pomoc powstańcom warszawskim duży oddział AK „Barwy Białe’ pod dowództwem por. Kazimierza Olchowika (przyd. Zawisza). Natknęli się w lesie na grupę ok. 40-50 Żydów, uciekinierów z pobliskiego obozu pracy. Olchowik sformował oddział specjalny i wydał im rozkaz rozstrzelania wszystkich bez wyjątku. Rozkaz wykonano. Okolicznych chłopów zmuszono do pochowania ciał na okolicznych bagnach. Po wojnie, w latach stalinowskich, miał miejsce proces wykonawców tego mordu. Oskarżeni nie potrafili podać przyczyny rozkazu. Sugerowano, że Olchowik prawdopodobnie myślał, że taka duża grupa uciekinierów musi spowodować pościg Niemców, a tym samym śmiertelne zagrożenie dla oddziału AK. Nawet gdyby tak myślał, to czy podjąłby taką samą decyzję, gdyby uciekinierami byli więźniowie-Polacy? (dane z: J. Mazurek w Holocaust Studies and materials, wyd. 2013).

Ten wątek  ‘antysemickiej postawy’ AK, jako organizacji zbrojnej reprezentującej na terenach okupowanych polskie władze polityczne i wojskowe jest dla mnie niezrozumiały i szkodliwy. Stoi w sprzeczności z wszystkimi (jeśli chodzi o oficjalne stanowisko Dowództwa Krajowego AK, Rządu Polskiego w Londynie i Naczelnego Wodza) wytycznymi, postawą i rozkazami wyższych dowódców AK. Nic tego tak nie symbolizuje, jak akcja i organizacja znana jako Żegota.

Z wielu poważnych opracowań historyków na temat tej organizacji, wybiorę może najmniej (poza Kanadą) i nie przez zawodowego historyka-akademika pisaną. Cóż, te refleksje – moje – też aspiracji akademickich nie mają, o czym wspominałem. Wydawnictwo miało prosty tytuł: „Żegota. The Council for Aid to Jews in Occupied Poland 1942-45” ( Irene Tomaszewski, Tecia Werbowski, wyd. Price-Patterson Ltd.; Montreal. 1994-1999). Naturalnie, w tamtych latach na temat Żegoty wiedziano już w Polsce bardzo dużo. Nie tylko wśród historyków ale i w powszechnej, społecznej wiedzy. Niestety, nic prawie o tym nie wiedziano na kontynencie północno-amerykańskim. Teraz, w dużej mierze dzięki tej publikacji właśnie ci, co chcą i którzy powinni – wiedzą lub wiedzieć powinni. Ja tą ksiązkę otrzymałem od Autorki w Vancouverze, w roku 2006. Wiele lat później nawiązaliśmy kontakt ponownie. I pozwolę sobie (za jej zgodą) przytoczyć pewne fragmenty jej listu do mnie (korespondencja była głównie po angielsku, więc będą to tylko moje tłumaczenia).

            … w skrócie, Żydzi nie byli dla mnie kimś obcym ani my dla nich. Lubiliśmy, że jemy żytni chleb i marynowane śledzie i wszyscy myśleliśmy, że kanadyjskie jedzenie i rozmowy są nudne i nijakie.

Ale coś się później wydarzyło. Byłam zajęta małżeństwem, dziećmi, przeprowadzkami, rozwodem i znowu przenoszeniem się. Wróciłam na uniwersytet, żeby zrobić magisterkę i byłam słuchaczką na wykładzie profesora, który poinformował nas, że Rosja nie napadła na Polskę (w 1939 – przyp. moje), nigdy nie organizowała zsyłek Polaków (no, może kilku faszystów), a w rzeczywistości wyzwoliła Europę. Aha, a’propos: Polacy kolaborowali z Niemcami.  /… …/

Podobnie, jak Anglo-Protestanci i Żydzi, odwrotnie do Polaków, jestem pragmatyczna. ‘Komitet Dialogu’ jaki założyłam nie miał zmieniać świata, ale podjąć kroki ku wzajemnej edukacji. Ten komitet zorganizował pierwsze spotkanie polskich i żydowskich studentów uniwersyteckich w Montrealu. Bezposrednim skutkiem tego było zaproszenie polskich studentów do wspólnej wycieczki do Muzeum Pamięci Holocaustu w Waszyngtonie. Po powrocie wzięli udział w dyskusji prowadzonej przez urodzoną w Polsce Krysię Starker, dyrektorkę Centrum Holocaustu w Montrealu. Urządziłam serię wykładów Jana Karskiego w Montrealu na McGill; dla szkoły średniej w Żydowskiej Bibliotece; dla studentów uniwersyteckich. Byłam też w Zarządzie ,Polish Jewish Heritage Foundation’.  /… …/

Czy miałam poparcie ‘Polonii’? Myślę, że byłam trochę dziwolągiem. Wielu sądziło, że jestem Żydówką, niektórzy dalej tak myślą. Ale publikowałam pozytywne artykuły w ‘Globe &Mail’, ‘Montreal Gazette’, ‘Toronto Star’, za które byli wdzięczni i które … czyniły mnie jeszcze bardziej podejrzaną.

Po prawdzie, niektórzy z moich żydowskich kolegów też myślało, że jestem Żydówką i pytali się mnie czy jestem jedną z tych skrytych Żydówek, niechętnych do przyznawania się do tego. Kiedy Tecia (Tecia Werbowski – współautorka „Żegoty” – przyp. moje) i ja byłyśmy zapraszane na spotkania w Chicago lub Filadelfii, po odczycie słuchacze grawitowali do nas: Żydzi do mnie, Polacy do Teci. To było interesujące, ale miłe.

Fragmenty tego biograficznego listu Tomaszewskiej – lepiej  niż ja mógłbym – kreślą drogę autorki do napisania tej książki. 

Skąd wzięła się Żegota, kto ją finansował, wspierał, jakie było jej przywództwo? To dość zasadnicze pytania. Dają najkrótszą odpowiedź (choć nie wyczerpującą całego zagadnienia) o stosunku ludności i Państwa Polskiego do polskich Żydów w okresie Zagłady.  Spiritus movement powstania tej organizacji były dwie znane kobiety: pisarka o bardzo konserwatywnych, katolickich przekonaniach, Zofia Kossak i Wanda Krahelska, znana katolicka działaczka socjalistyczna blisko związana z Armia Krajową. I tu odwołam się do obszernego cytatu z tej książki Tomaszewskiej i Werbowskiej. Zorientowały się szybko, że indywidualne, acz heroiczne, akcje ratunkowe wobec Żydów w Getcie Warszawskim mogą pomóc tylko bardzo nielicznym.  Skutkiem tego było założenie organizacji, która mogła być wspierana przez dobrze zorganizowaną Armię Krajową  reprezentującą zbrojne ramię Rządu Polskiego na terenach okupowanych, uznanie i finansowe wsparcie tej organizacji bezpośrednio przez sam Rząd Polski w Londynie. Bardzo znamienne był skład pierwszych i najważniejszych działaczy Żegoty – to przekrój polskiego społeczeństwa i polskich ruchów politycznych wielokrotnie wzajemnie się zwalczających w okresie niepodległości państwowej RP. Adolf Berman (brat znanego działacza komunistycznego Jakuba Bermana, w latach stalinowskich niesławną Szarą Eminencję aparatu terroru, katorg więziennych i przemocy komunistycznej po 1945, aż do czasu Odwilży), działacz żydowskiej organizacji socjal-demokratycznej  Poalej-Syjon Lewica;  Leon Feiner, działacz Bundu, żydowskiej antysyjonistycznej partii socjaldemokratycznej;  Julian Grobelny, z Polskiej Partii Socjalistycznej (PPS);  Tadeusz Rek ze Stronnictwa Ludowego;  Ferdynand Arczyński ze Stronnictwa Demokratycznego (później Stronnictwo Polskiej Demokracji, którego był Sekretarzem Generalnym);  Władysław Bartoszewski i Witold Bieńkowski reprezentujący katolicki Front Odrodzenia Polski. Czemu ten skład i polityczne związki partyjne są tak niezmiernie istotne? Dlatego, że jest to parasol politycznie tak szeroki, że można bez najmniejszej wątpliwości uznać go za reprezentatywny  dla II Rzeczypospolitej Polskiej i dla Polskiego Państwa Podziemnego w latach 1939-45. Poza jedną siła polityczną. W tej grupie założycielskiej nie zbrakło komunistów i prawicowych katolików, konserwatystów i socjalistów, reprezentacji polskiej wsi i przedwojennej elity intelektualnej. Ale nie było oficjalnej reprezentacji … najliczniejszej siły politycznej (jeśli by każdą partię i stronnictwo polityczne rozpatrywać indywidualnie, a nie w koalicjach lub czasowych porozumieniach) II RP – zabrakło polskiej Endecji. Takie kolosalne pomyłki historyczne nie zaliczają się do przypadku. Nie są anomalią, a odwrotnie – są regułą.

Wzbraniam się przed napisaniem kolejnego zdania. Boję się, że to hiperbola niebezpieczna, może bardzo niesprawiedliwa dla wielu szarych zwolenników Narodowej Demokracji. Ale logiczne myślenie zmusza mnie do napisania tegoż. Więc zanotuje to nie w formie zdania twierdzącego, a w formie pytania: czyżby szatańska filozofia faszyzmu hitlerowskiego była formą przysługi Poncjusza Piłata dla polskiej Endecji? Czy jest możliwe, że może nie rodzaj metod ale efekt był odpowiedzią na pragnienia Endecji rozwiązania ‘problemu żydostwa’ w Polsce?

Wszelkie prześladowania jakiejkolwiek identyfikowalnej mniejszości są zawsze prawie szyte grubą nicią politycznych machinacji. Używanie parawanów  flag religijnych, narodowych, to tylko scenariusz budzenia lęku, fobii, strachu. „Jak nie my ich – to oni nas”.  A jeszcze, jak się zasugeruje, że ‘ich’ domy, liczne (naturalnie!) bogactwa rozda się ‘naszym’ , to wystarczy już tylko czekać na odpowiedni dzień, by drągi, siekiery poszły w ruch. I wtedy nie trzeba już nawet junty wojskowej organizować, nie trzeba ryzykować fałszowania wyborów. Wybory mogą się odbyć , jak trzeba. Demokratycznie. Zadowolony, bezkształtny tłum zagłosuje z wdzięcznością i bez przymusu. Trzeba jeszcze (strzeżonego pan Bóg strzeże …) tylko umiejętnie opublikować ‘przypadkowo odkryte’ listy, manifesty, programy ‘ich’ na plany naszego zniewolenia, przejęcia władzy, narzucenia ich religii (sic!), przejęcia wszystkich banków.  Od czasów upadku Starożytności – ten scenariusz powtarzał się wielokrotnie.  To dziwne, gdy się pomyśli, że pierwsze wielkie państwa-imperia przez kilka tysięcy lat nie stosowały tej metody. Przeciwnie! Może dlatego, że było nas (nas, jako ludzi ogólnie, globalnie) tak mało i każda para rąk lub mądra głowa na karku były bogactwem niezastąpionym, niezbędnym?

Współczesny antysemityzm, w tym antysemityzm polski,  są wypadkową dwóch trajektorii: wyssaną z ‘mlekiem matki’ tradycją silnie wspartą przez prostą, nieskomplikowaną i powierzchowną wiarę chrześcijańską – najsilniej występującą w formie rzymskokatolickiej i bizantyjsko-ortodoksyjną. To nie katolicyzm teologów i filozofów katolickich, a płytka i prosta wiara przekazywana przez wiejskich i podmiejskich plebanów  i manipulacjami władzy politycznej. Manipulacjami opartymi głównie na chęci utrzymania tej władzy. Za wszelka cenę. Uniknięcia rewolucji lub buntu. A w XXI wieku nawet zwykłym procesem demokratycznych wyborów.

Fakt, że Polska i ziemie polskie  w wieku XIX i XX posiadały najliczniejszą diasporę żydowską, że na terenach polskich w latach 1939-45 hitlerowskie Niemcy dopuściły się największej zbrodni Holocaustu – na zawsze symbolicznie powiązał słowa „Polska’ i „Polacy’ z tym terminem. Łatwo do tego dodać jeszcze akcje szmalcowników polskich ( z samej zasady i de iure zdrajców państwa i społeczeństwa polskiego), którzy z tych właśnie powodów obiektywnych (ilość Żydów polskich) swoje obrzydliwe plony zbierali najobficiej ( ich ofiarami byli przecież i etniczni Polacy, ci zwłaszcza, którzy z narażeniem życia Żydom pomagali, bo tak – w Polsce za pomoc Żydom groziła prawie zawsze śmierć a nie więzienie czy obóz) – a mamy scenariusz okrutny.

Co jest najobrzydliwsze w tym wszystkim, to fakt, że Żydzi po tej okrutnej Zagładzie, po 1945 traktowani byli w Polsce instrumentalnie, jak przykrywka dla ukrycia własnych niepowodzeń.  A przecież nie mogli już i nie stanowili żadnej siły politycznej ani nawet gospodarczej – stąd stworzono ten nowy, straszny mit ‘światowego żyda’, międzynarodowego spisku syjonistycznego, ‘Rothschildów’ decydujących o wszystkich globalnych finansach.  No i ten lęk dzieci, wnuków i prawnuków, że ktoś może zechce domagać się zwrotu posesji, które ich ojcowie, dziadkowie lub pradziadkowie zajęli po tym 45 … .

Dobiegłem w tych refleksjach końca.  Jaki jest polski antysemityzm? Konkluzja?

Nie wiem. Ale napiszę, co myślę.

Czy polski antysemityzm jest jednym z najgorszych, najgroźniejszych? Nie. Nie w moim widzeniu świata. Opiera się na tych samych, jak wszędzie filarach: lęku przed ‘innym’, chęcią rabunku (przejmowanie mienia żydowskiego), ciemnotą religijną  zbliżoną do zabobonu (‘no, jednak Żydzi zamordowali Chrystusa …’ ). I sprytnym, bandyckim politykiem – Władcą.

‘Władca’ (Rząd) ma tu rolę jednak absolutnie najważniejszą.  Być może we współczesnym, XXI wieku. istotniejszą nawet od religii, wyznań, Kościołów. To władza Legislacyjna, Rządowa i Sądowa decydują o polityce społecznej, mniejszościowej. Przede wszystkim o edukacji od lat najwcześniejszych, po szkoły wyższe. Bo dobra edukacja to dużo więcej niż tabliczka mnożenia i oprogramowania komputerowe. Dobra edukacja to budowanie silnej, pożytecznej konstrukcji o nazwie Człowiek. Człowiek myślący. Myślący krytycznie i samodzielnie.

Nie Polak, nie Żyd, nie Kanadyjczyk, Niemiec czy Francuz – Człowiek.

Link do cz.VI

Antysemityzm polski (cz. VI)

Bogumił Pacak-Gamalski

Obiecałem ten cykl wielu już artykułów na ten temat, zamknąć ostatnim, który ma zawierać moje osobiste refleksje  nt. antysemityzmu polskiego. Refleksje widziane w perspektywie historii ale i w perspektywie szerszej, europejskiej (w tej europejskiej tradycji  poczytuję też nowe kraje, wyrosłe na gruncie europejskiego ekspansjonizmu: Australię, Nowa Zelandię, USA i Kanadę).

Niestety, dobre intencje natrafiają na równie dobre przeszkody. Zasada: im dalej w las, tym więcej drzew sprawdza się i tym razem. Co raz znajduję lub z zakamarków pamięci wydobywam nowy szczegół, nową perspektywę, która wydaje się ważna, ba – czasem wręcz niezbędna w zrozumieniu zagadnienia. I nie mogę ośmielić się bez tych fragmentów zasugerować odpowiedzi na kwestie jakim jest polski antysemityzm. Ze względów więc objętościowych tekstu muszę go podzielić na dwie części osobno opublikowane. Dziś ta pierwsza część .

Jak – w tej perspektywie – jawie się polski antysemityzm? Jest czymś wyjątkowym czy czymś porównywalnym do tych pozostałych krajów?

Trzeba będzie wszak osobno podkreślić i osobno, krótko opisać nie tylko zjawisko antysemityzmu w szerokich rzeszach ludności głównie chrześcijańskiej ale i też specyficzną cechę antysemityzmu rządowego, państwowego. Poniekąd urzędowego, z nakazu.

Czy niespotykany monstrualny i morderczy  antysemityzm III Rzeszy Niemieckiej był prostą pochodną monstrualnego antysemityzmu Niemców, jako narodu, w latach 1938-45? Czy Crystal Nacht było odosobnioną akcją szturmówek NSDAP, przyjętą z oburzeniem i pogardą przez większość Niemców?

Nie mogę dać na to jednoznacznej odpowiedzi. Wydaje mi się, że Niemców znam dobrze. Odwiedzałem ten kraj wielokrotnie. Znam bardzo dobrze i blisko Hamburg, dobrze Berlin, Frankfurt nad Menem uwielbiam, to jedno z moich ukochanych miast Europy. Ale nie znam na to pytanie odpowiedzi. I nie ośmieliłbym się jej formułować.

Jakiś czas temu na Facebooku ukazał się wstrząsający post pana Piotra Osęki, którego obszerne fragmenty tu zacytuję:

Hitler jaki jest, taki jest, ale po wojnie należy mu się w Warszawie pomnik” – rajcowały sąsiadki moich dziadków, obserwując łunę nad płonącym gettem. Na ulicy dzieci bawiły się w „gonienie Żyda”, triumfalnie demaskując uciekinierów. A była to tzw. dobra kamienica na Starej Ochocie, urzędniczo-inteligencka, zamieszkiwana głównie przez żony polskich oficerów, których mężowie siedzieli w oflagu.
Na sąsiadów-antysemitów trzeba było uważać, bowiem od jesieni 1942 w mieszkaniu dziadków ukrywały się dwie żydowskie dziewczynki, Hania i Sabinka, jedyne ocalałe z wielodzietnej rodziny. Siedmioletnia Hania, rówieśniczka mojej mamy, była co prawda blondynką z niebieskimi oczami, ale potrafiła mówić tylko żargonem, mieszaniną polskiego i jidysz. Nastoletnia Sabinka z kolei posługiwała się literacką polszczyzną, jednak miała – tu straszny okupacyjny zwrot – „zły wygląd”. Chociaż w kamienicy ani w pobliskich domach nie było ani jednego Niemca, dziewczynki trzeba było wciąż upominać, żeby nie hałasowały, mówiły szeptem, trzymały się z dala od okien. Sabinka lepiej rozumiała grozę sytuacji, za to Hania okazała się żywym dzieckiem i kiedy odzyskała poczucie bezpieczeństwa, chciała bawić się i dokazywać.
Wreszcie stało się to, co nieuniknione. Dzwonek do drzwi. Dozorca. „Pani Piotrowska, sąsiedzi mówią, że pani tu Żydówki chowa. I że albo ja coś z tym zrobię, albo oni pójdą na gestapo”. Dzięki ostrzeżeniu katastrofy udało się uniknąć. Tej samej nocy Hani i Sabince znaleziono inne schronienie; obie przeżyły wojnę i jako młode dziewczyny wyjechały do Izraela. Moja mama i Sabinka przez wiele lat pisywały do siebie listy.
(post z 21.04.2023)

Post, jak z dalszej treści wynika, był spowodowany nagonką na znaną historyczkę i badaczkę historii Żydów polskich, Barbarę Engelking. Nagonka, jak wiele takich, była zorganizowana przez środowisko PiSowskie, naturalnie.

Opisywana przez pana Osękę historia, którą zna dobrze dzięki swojej mamie, ma dwojaki efekt. Tak, opisuje prześladowanie Żydów, donosicielstwo, ale opisuje też uratowanie żydowskich dziewczynek. Uratowanie przez Polaków (rodzina pana Osęki) i przez dozorcę kamienicy. Może nawet w pewnym stopniu przez sąsiadów-Polaków, bo wszak mimo iż byli tym wystraszeni (‘sąsiedzi mówią, że pani tu Żydówki chowa. I że albo ja coś z tym zrobię, albo oni pójdą na gestapo’ ) to jednak ani oni ani dozorca na gestapo nie donieśli. I dzięki temu – groźnemu ale ostrzeżeniu – udało się je przenieść w inne, mniej gęsto zamieszkane i bezpieczniejsze miejsce.

Jest w tym tekście też inna refleksja. Wyjątkowa, bolesna. Opisująca piękne świadectwo tysięcy ‘polskich’ drzewek w Yad Vashem w Izraelu.  Jakże smutnie i boleśnie zakończona: ‘Siedem tysięcy drzewek w Jerozolimie to wspaniałe świadectwo, ale gdyby drzewa posadzić też antysemitom i donosicielom – strach pomyśleć, dokąd sięgałby ten las’. Tylko, że to już tylko nasza tęsknota za szlachetnością, za człowieczeństwem nie zawsze w złych czasach dorastającym do naszych pragnień … . Raz jeszcze przytoczę pasujące tu wyjątkowo motto pierwszej powieści o Zagładzie autorstwa Zofii Nałkowskiej „ludzie ludziom zgotowali ten los

W innym miejscu tego fejsbukowego postu autor przytacza też nie zawsze szlachetne lub wręcz haniebne postępowanie niektórych oddziałów AK, a zwłaszcza w latach po drugiej sowieckiej okupacji Polski w 1944-47. Tutaj się z takimi uproszczeniami zgodzić nie mogę. Dowództwo Naczelne tak w kraju, jak i rządu polskiego w Londynie kategorycznie potępiało i zabraniało prześladowania polskiej ludności żydowskiej. Czy istniały przypadki (może nawet częste) postępowania poszczególnych oddziałów AK w sposób niegodny munduru polskiego? Nie wątpię. I są na to zapewne dowody. Partyzantka, nawet najlepiej zorganizowana, to jednak nie regularne oddziały wojskowe, gdzie dyscyplinę i karność można wymusić. Przez większość czasu trwania okupacji niemieckiej w Polsce Ruch Oporu nie był w stanie nigdzie prawie zorganizować nawet namiastek ani wymiaru sprawiedliwości, ani kontroli administracyjno-policyjnej. Zupełnie inna sytuacja była na Kresach. I w dwóch innych okresach wyznaczających dwie różne okupacje sowieckie: tę pierwszą, efekt Paktu Ribbentrop-Mołotow i drugą w 1944.  Problemy polsko-żydowskie w czasie tych sowieckich okupacji były bardzo różne od stosunków polsko-żydowskich na terenach okupowanych przez Niemców. W obszernym t.1 archiwum Rządu Polskiego w Paryżu i następnie w Londynie znajduję raporty z kraju (gen. Tokarzewskiego i płk. Roweckiego) do gen. Sosnkowskiego z pierwszych miesięcy obu okupacji: sowieckiej i hitlerowskiej. Spisywane suchym językiem zdyscyplinowanych wysokich oficerów są tam informacje na temat sytuacji Żydów polskich w Generalnej Guberni i na Wileńszczyźnie, Wołyniu i Podolu. Pamiętać należy, że to tylko miesiące po przegranej kampanii wrześniowej 39. Hitlerowskie mordercze polowanie na Żydów dalekie jeszcze było od tego, co miało nadejść wkrótce. Pierwsza jest nota płk. Roweckiego o pieniądzach polskich przekazanych w Paryżu do posła chilijskiego, Żyda polskiego Salomona Mikicińskiego. Mikiciński jechał z Paryża do Warszawy, jako poseł Chile by zlikwidować tam Konsulat Chile w Polsce. Minister SW RP, Stanisław Kot przekazał mu 6.5 miliona złotych do przekazania znanym mu zaufanym wysokim urzędnikom państwowym lub wysokim oficerom polskim. Z tej sumy do Roweckiego miało dotrzeć tylko poniżej 2 mln. Resztę pobrał za swoje koszta lub rozdał komu uznał za stosowne (cele charytatywne, jak to określił) sam Mikiciński.

Drugim dokumentem jest raport nr 17 z 8 lutego 1940 (Płk. Rowecki do Gen. Sosnkowskiego w Paryżu). To już szerszy raport wywiadowczo-sytuacyjny z obszaru obu okupacji (niemieckiej i sowieckiej, przyp. moje). Ciekawe (w kontekście tematu moich artykułów) są tu spostrzeżenia stosunków społecznych na terenach Wileńszczyzny i Polesia.  Rowecki konkluduje, że szczególnie nasiliło się w masach chłopskich i drobnomieszczańskich (polskich i białoruskich) uczucie nienawiści do Żydów, ze względu na sympatie do okupanta sowieckiego oraz liczny udział Żydów miejscowych w administracji i milicji bolszewickiej. Zauważa jednak, że ta kolaboracja żydowsko-sowiecka spotyka się ze sprzeciwem żydowskich działaczy syjonistycznych i tych z Bundu (socjaliści żydowscy). („Armia Krajowa w Dokumentach 1939-1945” t.1 ‘Wrzesień 1939 – Czerwiec 1941’. wyd. Studium Polski Podziemnej, Londyn, 1970, wyd. Gryf, Wlk. Brytania)

Okres drugiej okupacji sowieckiej (w 1944) sytuację i stosunki polsko-żydowskie pogorszył na skalę niespotykaną.

Na Wileńszczyźnie, Ziemi Nowogrodzkiej, na Polesiu zapanował nieopisany terror lokalnej partyzantki sowieckiej, wspieranej przez regularne oddziały wkraczających wojsk sowieckich.  Ludność etnicznie polską mordowano masowo w wielu miejscowościach. W  miastach, miasteczkach i osadach wymordowano tysiące Polaków. To nie dotyczyło obywateli polskich innej etniczności. To było zaplanowane ludobójstwo elementu etnicznie polskiego. W głąb Rosji wywieziono z Wileńszczyzny ponad 80 tysięcy Polaków miedzy 1944-45. Tysiące wywieziono z Białostocczyzny, Grodzieńszczyzny. Tak wywieziono mojego ojca i jego brata w obławie pod Miednikami – blisko dwadzieścia tysięcy żołnierzy V Wileńskiej Brygady AK. Terror, jaki tam zapanował (w stosunkowo krótkim, kilkumiesięcznym czasie) był nie do opisania. Co to ma wspólnego z tematem? Ma, niestety. Pomijając zsyłki w głąb Rosji (naturalnie te były organizowane i przeprowadzane przez regularne oddziały wojska sowieckiego i NKWD) – ta akcja miała bardzo często (sterowany przez Sowietów i ich agentów na Kresach) charakter lokalnej czystki przeprowadzanej rękoma lokalnych partyzantów sterowanych przez  sowietów, składających się z lokalnej ludności nie-polskiej. Najliczniejszym (poza etnicznie polskim) elementem zamieszkującym Wileńszczyznę była ludność żydowska. Element litewski na tych terenach był bardzo znikomy statystycznie, znaczenie mogła mieć jeszcze ludność białoruska. Czasem w niektórych opracowaniach te oddziały partyzanckie napadające na ludność polską określano, jako oddziały żydowskie. Tu trzeba jasno powiedzieć, że to niezgodne z wiedzą historyczną. W tych oddziałach było bardzo dużo partyzantów pochodzenia żydowskiego – ale dowodzenie było ściśle sowieckie i przez Rosjan kontrolowane.  To dało też początek popularnego w latach 1944-55 (ale obecnego  w popularnym żargonie polityczno-mitycznym jeszcze długie dziesięciolecia później) określenia ‘żydokomuna’.

Łatwiej pewniej Polakom było zachować uczucie ‘niewinności’ wobec ogromu terroru i zbrodni popełnianej przez nowe polskie władze polityczne widząc wszędzie polskiego Żyda-komunistę. I znowu – niuanse, niestety … . Tak, w nowych władzach politycznych i Urzędu Bezpieczeństwa (Bezpieka polska) było sporo osób pochodzenia żydowskiego.  Ale doprawdy nie trzeba robić  mozolnych badań historycznych, by ten mit obalić.  Kto, będąc osobą myślącą przypuszczać może, że po latach niemieckiego terroru, po Zagładzie, cały polski aparat terroru stalinowskiego był zdominowany przez Żydów? Czyżby jakaś nowa fala emigracyjna Żydów z Kosmosu?  A przecież po licznych i wąskich uliczkach dzielnic żydowskich w polskich miastach nie chodziły tłumy komunistycznych i antypolskich agitatorów. Nie, chodziły tam tłumy żydów. Wyznawców i członków żydowskiej religii. Pejsy, specyficzne czarne lub futrzane kapelusze u mężczyzn i specjalne peruki na głowach kobiet to nie był symbol Kominternu a starożytnego wyznania religijnego. Czy byli znani i bardzo aktywni działacze polityczni, agitatorzy komunizmu? Oczywiście. Któż nie słyszał o Róży-Luksemburg, o Alfredzie Lampe? Przeciwnikach niepodległości w 1918. Tak, ich celem była komunistyczna Europa, a  na przeszkodzie tego stanęła ta nowa Polska. Ale czy postacie np. Juliana Marchlewskiego lub wręcz samego Feliksa Dzierżyńskiego świadczą o istnieniu ‘polonokomuny’? No, bo gdybyśmy byli logicznie konsekwentni, to jeśli ‘żydokomuna’, to jednak i ‘polonokomuna’ … .

Mówiąc o Wileńszczyźnie i skomplikowanej sytuacji etnicznej tam, nie sposób nie wspomnieć opanowania Wilna w 1919 przez oddziały płk. Beliny-Prażmowskiego (nie mylić z ponownym zajęciem Wilna w 1920 przez gen. Żeligowskiego). Nikt inny, jak tenże skądinąd autentyczny bohater legionowy, Belina-Prażmowski, dopuścił się wówczas w Wilnie pogromu na wileńskich Żydach w wyniku którego zginęło ponad 50 Żydów, wielu było pobitych, zniszczono stoiska i jatki handlowe, zdewastowano cmentarze żydowskie.

Wojny, zwłaszcza wojny na terenach skomplikowanych etnicznie, niosą ze sobą spustoszenia i zbrodnie popełniane na ludności cywilnej. Popełniane nie tylko przez najeźdźców. Często są to stare, nawarstwione żale i porachunki wobec różnych grup etnicznych, religijnych. 

Wszystko się w tej duszącej mazi antysemityzmu miesza. Wszystkie historyczne, odwieczne fobie, polityczne intrygi, mity i legendy prawdziwe i sfałszowane.

Żydzi w Dęblinie witają Marszałka w 1920

Jako ciekawostkę dodać warto, że właśnie Julian Marchlewski wydał bardzo inteligentną dysertację w 1920 w Lublinie „Antysemityzm a robotnicy”. Ta ciekawa praca historyczna opisująca dzieje antysemityzmu w części wstępnej sięga historii tego przekleństwa Europy na przestrzeni ponad 2000 lat. Nie będę tu się rozwodził nad zasadniczym tematem (antysemityzm a robotnicy) ale przytoczę specyficzny akapit ze s. 9. Chodzi tu o opis budzenia się antysemityzmu w Rzymie w latach po wygnaniu Żydów z Palestyny. Budzenia się, lub adekwatniej: sterowania przez cesarzy gniewu Rzymian w kierunku odróżniającej się od pozostałych mieszkańców Rzymu grupy etniczno-religijnej: Żydów. Marchlewski pisze: ‘Ten tłum zaś często burzył się, gdy go obdzierał cezar, gdy drożyzna panowała, gdy żołdactwo nazbyt swawoliło. Wtedy dobrze mieć kozła ofiarnego, na którym tłum swarliwy, używszy sobie, zaniecha innych celów swego niezadowolenia. W ten sposób Nerony, Kalligule, Tyberiusze nabrali wprawy w urządzaniu pogromów. Wszczął się pożar – bito żydów, drożyzna – bito żydów, pomór – bito żydów’.

Brzmi znajomo, prawda? Mało tego – wyprzedza to o sporo lat antysemityzm zbudowany na płaszczyźnie wiary katolickiej, synodów chrześcijańskich i Listów Pasterskich papieży i biskupów Rzymu i Konstantynopola.

W istocie zaczyna się rodzić dziwne uczucie. To jaki w końcu jest ten antysemityzm? Dlaczego? Co leży u jego zarania? Czym polski się różni od francuskiego, włoskiego a nawet rzymskiego z czasów Cesarstwa?

Link do cz. V https://kanadyjskimonitor.blog/2023/04/26/chasydzm-i-odrodzenie-nowej-rzeczypospolitej/

Terrence Bay

Bogumił Pacak-Gamalski

Tylu ich na tych skałach Północnego Atlantyku,

w tej zimnej wodzie, zginęło tego dnia .

Płynęli paro-żaglowcem zacząć nowe życie

w Nowym Jorku. Przygodę życia.  

W poszukiwaniu lepszego. W oczekiwaniu.

Marzeniu.

Młodzi, starzy, dzieci. Samotni i pary kochanków.

Nie dopłynęli. Nie zaczęli.

Pozostali tu, na małym cmentarzyku

w małej biednej osadzie rybackiej w Nowej Szkocji.

Terrence Bay. Blisko skalistej trasy wędrowniczej

miedzy Zachodnim i Wschodnim Pennant.

Widzę stąd, po drugiej stronie zatoki, tamte skały.

Zabierałem cię na długie wędrówki po tych wysokich gołoborzach

nad szalejącym w dole oceanem.

Lubiłeś te wędrówki.

Teraz stąd, po tej stronie zatoki, widzę wyraźnie

wysokie białe klify jej końca. Gdzie kosodrzewina

żyła śpiewem ptaków, które znalazły tam bezpieczny raj

kryjący małe łączki borówek, jagód i poziomek.

Zbierałem je i wsypywałem z dłoni w twoje usta.

Z dołu, dochodził huk rozbijających się o skały fal.

Pod koniec trasy, skąd było właśnie widać Terrence Bay

(wówczas nie wiedziałem. że tak się ta zatoka nazywa,

a osady stamtąd nie było widać – po prostu niekończąca się

potęga wody, skał i dziesiątki mniejszych i większych wysepek).

Nigdzie śladu człowieka.  Tylko ty i ja.

Dziś pierwsza moja samotna wycieczka.

Pierwsza od czasu, gdy cię nie ma.

Wycieczka, na którą nie mogłem cię wziąć.

Mimo, że ciągle, nieustannie jesteś ze mną.

 Ale nie mogę podać ci dłoni, gdy wdrapujemy się

 na skały, nie mogę się o ciebie oprzeć,

gdy siadam na kamieniu i patrzę w morze.

Nie mogę zebrać dla ciebie jagód i poziomek.

Patrzę długo siedząc nad morzem w Terrence Bay

na tamte skały, pod drugiej stronie zatoki.

Może jeszcze gdzieś tam zostałeś, przysiadłeś

na kamieniu? Gdybym zobaczył, to jak bym

dopłynął przez tą szeroką, zimną zatokę, jak bym

mógł wdrapać się na te ostre, pionowe klify,

jak uniknął porwania przez rozbijające się o nie

nieustannie wielkie grzywacze atlantyckie?

Ale nie widzę, nie mogę cię dopatrzyć.

Za daleko, by dostrzec maleńka sylwetkę człowieka.

Wstaje i idę na małe wzgórze porośnięte rachitycznym

 ale gęstym laskiem. Na szczycie drewniany kościółek,

gdzie pochowano we wspólnym grobie ponad pięćset

ofiar tej katastrofy morskiej w 1873.

W lasku zagubione stare mogiły, resztki grobów

drewnianych, niektóre zachowane w całości

murowane, kamienne. Tak, miedzy drzewami, krzakami,

bez alejek. Ale pamiętane, ktoś ciągle przynosi tu kwiaty.

Na małym cmentarzyku, ponad dwieście kilometrów stąd,

ponad wodami Pictou Harbour są twoje prochy u stóp rodziców.

Byłem tam niedawno. Postawiłem metalowy kwiat. Lilię.

Zatoka w Pictou jest spokojna, bezpieczna. Nie ma wysokich

skał ani potężnych grzywaczy rozbijających się o nie.

Mieliśmy tam spędzić zbliżającą się starość.

Naszą ostatnią wielką przygodę. Nowe życie.

Marzenie.

Jak tych pięćset sześćdziesiąt dwa z S.S. ‘Atlantic’.

Walk in the forest and opera

Bogumil Pacak-Gamalski

I’m in the woods, surrounded by trees. The sun filters through the leaves, creating a dance of light and shadow. The breeze caresses the branches, making them sway. They talk between themselves in the rhythm of that sway. The air is fresh and warm, but not too hot. It’s a perfect day … or it could have been.

But I’m not here to enjoy the scenery. I’m here to find you. You ran away from me, and I don’t know why. You didn’t say a word, just took off into the forest. I followed you as fast as I could, but you were always ahead of me. I called your name, but you didn’t answer. You didn’t even look back.

From the radio in my car I listen to Puccini’s La Boheme from Metropolitan Opera in New York. Last act. In Latin Quarters in Paris, the streets are dirty, buildings poor and cold. As the residents there. Clochards, cheap women and cheaper wine, poor artists (the bohemians). Little Mimi, overcome with consumption, is brought by friends to cold apartment rented by her lover, Rodolfo. She lays in bed but gathers her strength and sings to him about her love. Rodolfo responds with the same emotions. They sing together. Her singing brings hope to her lover. He starts to believe that Mimi will live, his hope gathers strength. But Mimi is dying. Hope and love can’t escape death.  

The terrain is rough and uneven. The ground is covered with dead wood, roots and rocks. I’m not as agile as I used to be. I’m not a young buck anymore, confident in my strength and speed. I stumble and fall, scraping my hands and knees. I get up and keep going, hoping to catch a glimpse of you.

But you are nowhere to be seen. You are hiding from me, or you have already gone too far. You are out of my sight and out of my reach. I don’t know where you are, or if you are safe. I don’t know what you are thinking, or what you are feeling. I don’t know if you still love me, or if you ever did. If you did, why can’t I find you in this forest, why are you hiding from me? Why have you forsaken me, my lover? Why you didn’t give me a chance to say goodbye. Why I didn’t know that the kiss was our last one? Have I known it, maybe I would have kiss you a moment longer, a second longer. Now the second , that precious moment is taken away from me. I don’t ask for much. Not for a year, nor a day even, or hour. Just that one second. Please come out from your hiding in this forest. Let me have that second.

The radio plays the sobbing anguish of Rodolfo in the final moments of last act of La Boheme. The curtain fells down.

Chasydyzm i odrodzenie nowej Rzeczypospolitej

Bogumił Pacak-Gamalski (cz. V)

Zakończył się okres Paschy żydowskiej i chrześcijańskiej Wielkanocy, która faktycznie jest niczym innym, jak ostatnią celebracją Paschy żydowskiej przez Jezusa z Nazaretu. Więc czas do powrotu do mojego cyklu o antysemityzmie polskim. Chciałbym już na ten temat w przyszłości nie pisać. Ale bym mógł nie pisać w przyszłości – muszę teraz starać się moje myśli na ten temat ułożyć.

Z notatek spisywanych  w marcu tego roku wynika, że nurtowało mnie to bardzo. Właśnie te pytanie: Czy kiedyś napiszę ostateczną, końcową wersję tej historii? Mojej, polskiej. I ich, żydowskiej, a wszak też polskiej.

I przyznaję, że jest to emocjonalnie wyczerpujące. Nie wiem, może profesjonalny historyk (podobnie, jak lekarz) potrafi okryć się pancerzem obojętnego obiektywizmu, szkiełka i oka. Mnie trudno. Więc wolałbym jednak na tym cyklu pozostać, zamknąć moje szperanie w ciemnych zakamarkach duszy polskiej. Z całą stanowczością jednak muszę podkreślić moją niewzruszoną pewność (a przez to jeszcze bardziej przykrą i nieznośną), że antysemityzm polski nie był/nie jest wyspą odosobnioną. To nie wyspa a olbrzymi kontynent religijnych waśni i nienawiści wszystkich religii Abrahamowych. Ale to już zupełnie osobny i inny temat.

Nikogo prawie już nie ma kto pamięta, kto widział, kto słyszał; był aktorem-ofiarą dramatu. Pozostaną dokumenty, archiwa. Martwe. Dokumenty nie mają etyki, nie płaczą, nie krzyczą. Nie mają też nienawiści, pogardy. Nie są nawet chciwe. To martwe formularze, kartki papieru. Z biegiem lat wyblaknie  z ich stron człowiek. Pozostanie tylko suchy fakt jakiegoś czynu, jakiegoś miejsca, może kilka nic nie mówiących nazwisk, które stracą swą łączność z tym człowiekiem, z jakimkolwiek człowiekiem.

Czy zdążę pojąć co i dlaczego się stało nim ten czas – w tym i mój czas kurczący się – nadejdzie? Wątpię. Ale będę się starać pojąc głębiej, zrozumieć, co do zrozumienia jest możliwe.

Przyszedłem na świat około dekadę od ostatniego pogromu i około dekadę przed ostatnią nagonką. Tą, która de facto unicestwiła marne resztki świata polskich  Żydów istniejące na ziemiach, które zamieszkiwali od setek lat. Wielu rzeczy, osób, miejsc, które były mi kulturowo bliskie emocjonalnie nigdy nie zobaczyłem, nie poznałem, nie dotknąłem. Spóźniłem się o epokę. Pamiętam smutek młodego chłopaka, kiedy przechodziłem  zakrętem małej uliczki przez Plac Grzybowski i mieszczący się tam budynek Teatru Żydowskiego. Zawsze chciałem zobaczyć wielką Idę Kamińską na scenie tego teatru. Nie zobaczyłem. Kamińska dobrowolnie wyjechała z Polski po nagonce w 1968. Teraz nie ma nawet w tym miejscu śladu po tym teatrze. Tym razem już z przyczyny decyzji samej warszawskiej Gminy Żydowskiej, która ten historyczny budynek sprzedała. Bardzo niefortunnej i złej decyzji. To było miejsce specjalne, o wartości historycznej. Za dukata czy miedziaka nie wszystko można kupić. I nie wszystko powinno się sprzedawać … .

Pogranicze, to takie dziwne terytorium ‘ni tu ni tam’, ‘naszych i ich’. Kimkolwiek ci ‘nasi’ i ci ‘tamci’ są. Cechą zasadniczą pogranicza jest biegnąca w jego środku niewidzialna linia granicy: przedziału, podziału.

Świat pogranicza, który nigdy nie wróci. Wielusetletnie pogranicze polsko-żydowskie, które wycisnęło się trwałą i niezniszczalną pieczęcią na historii Polaków i Żydów. Historii Polski. Polskiej i żydowskiej. Bez wątpienia ta historia ma swoją kontynuację (nie zawsze całkowicie świadomą) daleko poza Polską.  W Izraelu, w Nowym Jorku, w Montrealu. Wszędzie, gdzie istnieje żydowska diaspora i gdzie istnieje świadoma swej historii diaspora polska.

W dawnej Rzeczypospolitej szlacheckiej tereny były rozległe, olbrzymie. Więc i pogranicze – zwłaszcza kresowe, stepowe – było szerokie, jak owe niekończące się stepy. Na pograniczu wąskim, gęsto zaludnionym, ta biegnąca gdzieś nić graniczna zamazuje się. ‘Nasi’ i ‘tamci’ stają się coraz mniej różni, upodabniają się, asymilują.  Tak bywało w Polsce zachodniej, nawet centralnej, północnej. Na Podolu, w województwie Bracławskim  i dalej, ku Dnieprowi – przestrzeń była szeroka, mało zaludniona a miasteczka nieliczne i w zasadzie pozbawione specyficznej klasy mieszczaństwa.

Czas tam biegł inaczej. Dramatyczny okres ostatnich dwustu lat istnienia I Rzeczypospolitej wiązał się i z osiągnieciem przez nią potęgi na skalę olbrzymią i początku jej wewnętrznego i zewnętrznego rozpadu. Na dalekich kresach południowo-wschodnich był to też czas nie kończących się wojen i wojenek z Kozaczyzną, z Tatarami, z Turcją. Stabilne więzy administracji państwowej, rozwoju gospodarczego i politycznego rozpadały się, jak wywrócony kosz połatanej przędzy. Był to czas bardzo nieprzychylny dla osad i zbiorowisk biedoty żydowskiej, drobnych rzemieślników i drobnych handlarzy. Czas głodu, lęku. Tak zrodził się mesjanistyczny ruch chasydzki. Ludzi, których określić można  ruchem mesjanistycznym, zanurzonym nie w uczonych i przestrzeganych przez rabinów Rzeczypospolitej zapisach Talmudu, a w Kabale izraelskiej i we fragmentach często niezrozumiałej Tory. Przypominali nieco średniowiecznych mnichów chrześcijańskich wędrujących po grodach i leśnych trakach ówczesnej Europy. Trochę też muzułmańskich derwiszów spod skrzydeł Rumiego i jego oblubieńca, Szamsa z Tabrizu. Niewykształceni, pozbawieni opieki spirytualnej i prawnej, przemieszczali się od osady do osady, jako owi średniowieczni trubadurzy, jak grupy tańczących Derwiszy śpiewając znane im nieliczne hymny Tory i własne hymny radości życia i zespolenia z Jahwe. Ich Pana, który tak, jak z niewoli egipskiej i ich do krainy szczęścia wywiedzie. Dostawali od innych żydowskich biedaków w napotkanych osadach pożywienie, napitek. Ich mesjanizm był ratunkiem przed skrajną depresją, przed codziennością, która ich przerastała ogromem wezwań. Ruch ten w sposób omal nadzwyczajny rozrósł się do nieoczekiwanej popularności i masowości.  Niektórych  z nich widziano, jako osoby nawiedzone łaska bożą, świętych. Niektórzy z nich zaczęli siebie tak widzieć. Typowe procesy ruchu mesjanistycznego. Początkowo, gdy ich sława i mir, dotarły do szanowanych i znanych rodów rabinackich Rzeczypospolitej, ci świętobliwi adepci Talmudu, który stale tłumaczyli i uwspółcześniali nowymi komentarzami – oburzyli się na takie występki nieuczonych w piśmie, na jakieś tańce i śpiewy niczym w szynku a nie w domu pobożnego żyda. Ostrzegano przed nimi, grożono, a samych chasydzkich ‘odszczepieńców’  nawoływano do zarzucenia tych bezecności. Ale było już za późno. Ruch obrósł w siłę i popularność. Znani i szanowani rabinowie musieli się z faktem pogodzić, nawiązać kontakty. Z czasem powstała funkcja cadyka, a nieco później ta funkcja cadyka – podobnie jak tytuł rabinowski – stały się dziedziczne. Powstały rody i grody cadyków.

Mauzoleum Lewi Izaaka, słynnego cadyka z Berdyczowa (XVIII-XIX w)
(fot. by By Shybetsky – Own work, Wkipedia Commons)

Odnoszę wrażenie, że ruch chasydzki doprowadził do większego wyobcowania, szerszej alienacji Żydów chasydzkich z więzów obywatelskich, państwowych. Z więzów emocjonalnych z samą instytucją państwa, w jakim mieszkali. To do siebie ma wszelki ‘mesjanizm’ – nie tylko religijny ale i polityczny, narodowościowy, filozoficzny. Gdy nadeszły czasy walk o niepodległość Polski – te żydowskie miasteczka, osady, które wyrosły na gruncie chasydzkim nie wybuchły patriotycznym uniesieniem rezurekcji tej ukochanej Rzeczypospolitej. W dodatku na ziemiach polskich rozszumiał się głośną zawieją inny mesjanizm – polski, etnicznie polski. Nie, nie ten z czasów Wielkiej Emigracji Hotelu Lambert. Mesjanizm pana Dmowskiego i Narodowej Demokracji i jej bękarta – faszystowskiej Falangi. Te faszystowskie bękarty stały się zresztą modne w całej Europie. Nieszczęściem Żydów polskich był fakt, że w Polsce ich, Żydów, … było najwięcej. Nie bez znaczenia był tradycyjny  antysemityzm większości polskich hierarchów i zwłaszcza szerokiej rzeszy zwykłych księży katolickich.

Przy tym wyobcowaniu, wzajemnej nieufności, lęku z żydowskiej i agresywności z etnicznie polskiej strony – te sąsiedztwo w granicach jednego państwa nie było łatwe.

A były szanse na lepsze sąsiedztwo. Intelektualna i finansowo-gospodarcza elita Żydów polskich była z kulturą polską i państwem polskim emocjonalnie i intelektualnie silnie związana. Nie tylko Żydzi, którzy ulegli pełnej, dobrowolnej polonizacji i uważali się za ‘Polaków żydowskiego pochodzenia’. Również Żydzi ortodoksyjni świadomi swej odrębności kulturowo-etnicznej i chcący tą odrębność zachować czuli się z Polską silnie związani. Czuli się jej pełnymi obywatelami.

Były szanse. Bladły jednak wobec przeszkód. Już podczas Konferencji w Paryżu (gdzie Polskę reprezentował Dmowski i jego Stronnictwo Narodowe) tzw. problem mniejszości żydowskiej napotykał na ostre sprzeciwy strony polskiej. Podpisano co prawda tzw. ‘mały traktat’ dotyczący specyficznie ludności żydowskiej – ale Polacy nawet nie ukrywali, że nie mają zamiaru większości z jego zapisów realizować, podobnie, jak nie zrealizowaliśmy nigdy ustaleń Konferencji Państw Reprezentujących byłe mocarstwa, które przestały istnieć – Austro-Węgierskiego i  Cesarstwa Rosyjskiego   w sprawie Ukraińców. Polska przyjęła w zasadzie opcję tzw. faktów dokonanych. Problemy były też obiektywne. Żydzi nie byli w jakimkolwiek sposób jakąś jednolitą społecznością z tzw. tradycyjnego rozumienia mniejszości etnicznej. Co miałoby o należeniu do takiej ‘mniejszości’ decydować? Wiara? Etniczność? Język (hebrajski? aramejski? czy jidysz? byli obywatele pochodzenia żydowskiego, którzy mówili tylko po polsku)? Nie zamieszkiwali jakiegokolwiek specyficznego terytorium administracyjnego. Ba, zamieszkiwali na terenach historycznie należących do innych mniejszości Rzeczypospolitej (Podole, Wołyń, Białoruś, Wileńszczyzna).  Polska zgodziła się na prowadzenie przez Gminy Żydowskie szkół. Istniały zasadniczo (w zależności od wielkości i zamożności Gminy ) szkoły o charakterze religijnym (tzn. wykładano w nich religię mojżeszową i nauczyciele byli wyznania żydowskiego oraz szkoły generalnie świeckie. Najczęściej były to szkoły powszechne i gimnazjalne (do 7 klasy), były też szkoły gimnazjalno-licealne (do 9 klasy). Wykładowym były języki: hebrajski, jidysz i polski. W zależności od oferowanego programu i stopnia przygotowania zawodowego nauczycieli szkoły, ich świadectwa były formalnie uznawane na tej samej zasadzie, jak szkoły państwowe. Ale nie były opłacane i nie otrzymywały dotacji z budżetu miejskiego  (państwowego) i były szkołami prywatnymi. Stąd poziom ich był bardzo ścisłe związany z zamożnością danej Gminy i danego sąsiedztwa żydowskiego.  Warte odnotowania jest, że podobnie jak szereg polskich szkół państwowych, tak i żydowskie kontynuowały tajne komplety i naukę nawet w czasie okupacji hitlerowskiej. Ostatni tajny egzamin maturalny z Liceum Spójnia miał miejsce w getcie warszawskim w lipcu 1942.  Tylko w samej Warszawie wszelkiego typu i charakteru szkól żydowskich było ponad dwieście. Szkolnictwo wyższe było wyłącznie domeną państwową.  I tu spotykamy od razu poważne wyłomy w demokratycznym , ogólnym dostępie do nauki opartym jedynie na wiedzy kandydata. Wszystkie chyba wyższe Uczelnie w Polsce praktykowały większy lub mniejszy rodzaj rasizmu lub antysemityzmu. I nie mówię tu o wyczynach i akcjach studentów skupionych w szowinistycznych Korporacjach studenckich, zwłaszcza w tych  tzw. ‘młodych’, czyli powstałych w latach Dwudziestych. Mówię o formalnym, uczelnianym antysemityzmie. Przypominam sobie mała książeczkę  kupioną przed wieloma laty, wspomnienia dr. Jana Gellera, polskiego Żyda.

Geller młodość spędził w Krakowie w inteligenckiej rodzinie żydowskiej. W 1924 po zdanej maturze złożył aplikację na Uniwersytecie Jagiellońskim na Wydział Medyczny. Aplikacje odrzucony na podstawie ‘numerus clasus’: na 100 otwartych miejsc tylko 10 przeznaczono dla kandydatów żydowskich. Wyniki maturalne, listy polecające nie miały znaczenia. Tak, jak znaczenia nie miało obywatelstwo polskie. Dzięki uporowi i listowi polecającemu od byłego premiera Polski, przyjęto go na UJ w następnym roku.

W 32 ukończył bakałarz medycyny, w 1934 obronił prace doktorską. Po wiadomości, że zdał doktorat pośpieszył na swoją uczelnie odebrać papiery w Collegium Novum UJ. Niestety, nieświadomie wybrał niefortunny dzień. Dzień, w którym studenci i absolwenci żydowskiego pochodzenia mieli zakaz przychodzenia do najstarszego polskiego uniwersytetu. Co mu dość zdecydowanie wyjaśnili szybko studenci-Polacy … . („Through Darkness to Dawn” by dr. John Geller, Veritas Found. Publication Centre, London, 1989).

Cóż więcej dodać?  Może stronę  tytułową popularnej gazety tego zacnego grodu Piastów i Jagiellonów. Z tego samego mniej więcej czasu, co przytoczone wyżej wydarzenia Jana Gellera.

Link do cz.4

Halifax, Dublin, Ulysses i mewy

Bogumil Pacak-Gamalski

Jest ciepło. No, może nie w tej chwili gdy to pisze. Ale zdecydowanie było ciepło (jak na kwiecień nad Północnym Atlantykiem), gdy działo się to, o czym piszę.

Idę na ‘swoje’ kamienie. Moje kamienie, to takie głazy rozrzucone systematycznie u nabrzeża wąskiej cieśniny odgradzającej stary Halifax kanadyjski od marnego Dartmouth. Ja mieszkam w tymże marnym Dartmouth. W domu nad tą cieśniną, stąd na te głazy regularnie chodzę na spacery, o różnych porach dnia i nocy i roku. Tu, w tej cieśninie wąskiej, tuż obok gdzie chodzę, kiedyś zderzyły się dwa okręty wojenne. Jeden był załadowany prochem i amunicją na front  zachodni I wojny światowej.  Eksplozja była największym wybuchem w historii wojen aż do czasów Hiroszimy i bomby atomowej. W okamgnieniu zniknęły całe dzielnice Halifaksu, tysiące ludzi zginęło.  Gdybym siedział tak wtedy na tych kamieniach – pewnie bym nie siedział długo tylko leciał z fragmentami tych statków, tych pocisków, gdzieś w powietrze. Spory kawał małego działa żeliwnego leży do dziś po mojej strony cieśniny, jakieś kilka kilometrów od mojego domu, koło jeziora Abro, gdzie też lubię chodzić na spacery. Przeleciała sobie tak ta lufa armatnia, jak jaki dmuchawiec pod chmurami.

Ta I wojna , a potem druga, zamieniły tą cieśninę i port w Halifaksie  w jakiś Kanał Sueski w najbardziej ruchliwej dla żeglugi porze dnia i roku. Okręty i statki dostawcze,  łodzie i kutry były tu tak gęsto cumowane i manewrowane, że ponoć na upartego mógłbyś suchą nogą przejść przez cieśninę ode mnie na brzeg Halifaksu. A teraz by trzeba było być dobrym pływakiem i silnym by przepłynąć.  Więc ja jeżdżę przez most. Samochodem. Ale wtedy, no wtedy to było inaczej. Jakby flota Greków płynęła do Troi by zmierzyć się z Priamem.

Na kamieniach mam ulubione miejsce. Głazy tak ułożone, że tworzą obszerną kanapę, niczym w Wersalu. Oparcie na plecy, wałeczek pod stopy, nawet wnęka na wsparcie ramienia. Leżę i gapię się w wodę. Myślę o tej armacie lecącej w powietrzu. A potem myślę o „Ulysessie” Joyce’a.  Widzę obok siebie jego bohatera Dedalusa, Mulligana i Hainesa siedzących przy wieży Martello w Dublinie i spoglądających na  wodę zatoki o kolorze zielonkawego gluta. Mistrz słowa i formy – Joyce – pisze tak silnym dialektem, że ciężko się chwilami połapać o czym oni tam gadają. Nigdy „Ulyssesa” nie lubiłem.  Jest mistrzowsko nudny, jak flaki w oleju. Podziwiać mogę dyscyplinę i warsztat pisarski, chwyt adaptacyjny „Odysei” Homera. Ale, jako czytelnik chce mi się wymiotować. Prosto do tej cieśniny. Może też nabierze koloru tego zielonego gluta, jak chusteczka Hainesa.  

A  lubię literaturę irlandzką. I lubię Joyce’a, jako autentycznego wielkiego modernistę i awangardzistę literatury. Nie lubię tylko  tego akurat dzieła, które uznaje się, jako szczyt jego talentu – „Ulysses’a” właśnie. Dla mnie to tylko ćwiczenia literackie a nie skończone dzieło.

Jakże inaczej pisze współczesny wielki pisarz irlandzki, Callil Toibin. Jego książki kocham.  Czytanie ich to uczta. Ale nie zabrałem ani jednej z nich na ten mój spacer. Szkoda.  Zbieram się więc do domu, zwlekam z tej kamiennej kanapy ( a nie jest to proste z moją niezbyt zdrową kondycja w oczekiwaniu wielomiesięcznym na operację), chwytam mój kijek podręczny, torbę z zeszytem. Spoglądam w niebo. O! Przeleciało coś! A jednak nie, to nie był kawałek armaty. Mewa. Biała z żółtym dziobem. Ciekawe czy mewom, które w wichurach sobie całkiem nieźle radzą (co obserwowałem często nie tylko tu, nad Atlantykiem ale i podczas wielu lat pracy na statkach na zachodnim Pacyfiku), ten wybuch  tego statku z amunicją też szkody przyniósł.

… we fragmentach zamknięte …

… we fragmentach zamknięte …

Bogumił Pacak-Gamalski

We fragmentach publikowanych przeze mnie  na przestrzeni lat i na najróżniejsze tematy (nie związane bezpośrednio z tym) znajduję takie wtrącenia właśnie. Niby nic. Jeden dotyczy wspomnień z pierwszej wizyty w Polsce od czasów emigracji, w pamiętnym roku pierwszych wyborów prezydenckich (Wałęsa contra Tymiński).  I przypadkowego spotkania wieczorem w Warszawie znajomego działacza i polityka polskiego.  Nie, nie 1890, nie 1940 i nawet nie 1967. Rok był 1990.

Drugi to fragment związany z rocznicą zamordowania przez nacjonalistę-narodowca polskiego … pierwszego prezydenta odrodzonej Polski, Gabriela Narutowicza. W ciągu kilku dni nagonki na Narutowicza, z potomka starego polskiego rodu szlacheckiego został … żydem i symbolem spisku międzynarodowego syjonizmu. Efekt znamy – strzał z pistoletu przy otwarciu wystawy na Zachęcie. Rok był 1922.

Frag. 1.

Jednego z tych popołudni, gdy zbierało się na wczesny wieczór szedłem wolnym spacerem z Nowego Światu na Krakowskie. Latarnie uliczne ledwo ćmiły, jakby to były lampy gazowe a nie elektryczne. Z daleka ujrzałem pochodnie. Pod św. Anną stały szeregi harcerzy w mundurach i pochodniach w dłoniach. Patriotyczna scena, jak z ram starych obrazów. Na małą mównicę wchodzi … Wojtek Ziembiński. Chciałem podejść i się przywitać. Ale nie podszedłem. Przypomniało mi się, jak się poznaliśmy i jak mnie od niego odpychało.

Ziembińskiego z Polski nie znałem, choć był działaczem anty-komunistycznym od wielu lat. Był starszy ode mnie sporo lat, prawie w wieku mojego ojca. To ‘prawie’ ma znaczenie, bo pozwala mi umieścić nieco wybujałe fragmenty jego własnej autobiografii w realnym kontekście. Czyli co mogło być realne a co, powiedzmy sobie, z lekka koloryzowane w odcieniach mitomanii. Cofnijmy się więc o dwa-trzy lata. W Calgary mieszkała od czasów powojennych Zofia Skarżyńska de domu hrabianka Zamoyska. Wdowa po Kazimierzu Skarżyńskim. Tym, który z ramienia polskiego PCK przeprowadził pierwsze badania zwłok oficerów polskich w lesie katyńskim. I sporządził pierwszy, niezależny raport z tych badań. Oczywiście do 1989 w Polsce oficjalnie Katyń dalej był robotą Niemców. Oryginał tego raportu Kazimierza Skarżyńskiego pani Zofia przechowywała w domu. W Bibliotece Kongresu USA istnieje oficjalna kopia Raportu, którą przekazał Kongresowi Skarżyński jeszcze w latach 50. podczas oficjalnych przesłuchań w Kongresie w czasie amerykańskiego dochodzenia na ten temat. Z panią Zofią znałem się bardzo dobrze (Kazimierz Skarżyński zmarł na długo przed moim zamieszkaniem w Calgary) choćby z racji tego, że była czynna i lubiana w Polonii ale też z faktu, że łączyły mnie bardzo bliskie stosunki z jej córką, Marią. De facto byłem wówczas prawie domownikiem w domku pani Zofii. Pewnego dnia pojawił się tam właśnie Ziembiński z misją uzyskania Raportu Kazimierza Skarżyńskiego i praw do druku tegoż. Był już co najmniej jeden (było wielu wcześniej) publicysta i pisarz, który o to samo zabiegał, Edward Zyman. Edwarda znałem od jego pierwszych dni na emigracji w Kanadzie. Pani Zofia prosi mnie do siebie na spotkanie-kolacyjkę z Ziembińskim. Maria (jej córka) ma nadzieję, że udzielę jakiejś dobrej (?) rady, która pomoże jej mamie podjąć decyzję. Jak w  starym ziemiańskim domu dyskusji być nie może bez dobrej kolacji (Zofia Skarżyńska gotowała świetnie i sporo tego było z jej własnych polowań – palce lizać) a gość mógł pić ile zechce. Ziembiński momentalnie przybiera pozę zażyłego szlachcica-sąsiada jaśnie pani hrabianki i zaczyna brylować skrapiając animusz suto gorzałką. Ja wówczas też zdecydowanie za kołnierz nie wylewałem i nie krygowałem się niby to wzbraniając się przed kolejną dolewką do kieliszka. Gość szybko proponuje bruderszaft. Mimochodem schodzimy na Piłsudskiego, mówię mu o spotkaniu z Wandą Piłsudską, o przyjaźni z generałem Tadeuszem Tarczyńskim, adiutantem Marszałka od czasów jeszcze Oleandrów. Ziembiński podnieca się tematem, peroruje jakim jest wielkim wielbicielem i ostatnim chyba z żyjących piłsudczyków w Polsce. Zapomina się w podnieceniu i irytuje mnie. Jeszcze chwila a okaże się, że jest legionistą, cholera, myślę.  Zaczynam patrzeć na niego uważniej. On bierze to za zachwycenie publiki i oracje jeszcze większe smali. W pewnej momencie używa zwrotu ‘jako stary żołnierz Marszałka…’. No, nie wytrzymuję i uderzam dłonią w stół: ‘co ty pierdzielisz Wojtek?! Przecież ty do 39 chodziłeś jeszcze w krótkich spodenkach, jesteś młodszy od mojego ojca o kilka lat, a ojciec nie miał nawet skończone 18 lat, gdy go Sowieci aresztowali pod Wilnem w akcji ‘Burza, w 1943. W 35, roku śmierci Marszałka, nosił bardzo krótkie spodnie, więc ty nosiłeś jeszcze krótsze’. Robi się cisza. Słychać chyba było jak nam wóda parowała z czupryn. By ratować niezręczność sytuacji dodaję, jako żart: ‘no, skończmy z Marszałkiem. Pani Zofia pamięta go jak przyjechał na rozmowy z jej ojcem, ordynatem Maurycym Zamoyskim, który był przecież przeciwnikiem Piłsudskiego, więc chyba to temat nie najlepszy na zyskanie jej przychylności’. Wszyscy oddychają z ulgą i śmieją się niby serdecznie. Ale Zofia puszcza mi oko z zadowoleniem. Dość miała też tego perorowania. A cel spotkania jednak bardzo ważny. I dochodzę jednak do wniosku, ze mimo niechęci jaką do niego personalnie odczułem – fakt, że jest antykomunistą jest niezaprzeczalny, że jest działaczem opozycji – też, że jest z Kraju i tam ma być „Raport” katyński opublikowany to argumenty, które przemawiają na jego korzyść. I tak w konsekwencji radzę pani Zofii, nie ukrywając personalnej niechęci do tromtadracyjności suplikanta. Tak też się stało. Raport się ukazał najpierw w ‘drugim obiegu’ w Kraju w 1988, potem w Paryżu nakładem Editions Dembinski w 1990. Zabrakło mi w tym wydaniu rzetelnej przedmowy historyka tamtych czasów, zabrakło solidnego przedstawienia sylwetki Kazimierza Skarżyńskiego. Zrobił to lata później w świetnych opracowaniach historycznych Andrzej Przewoźnik. W wydaniu ‘Raportu” przez Ziembińskiego jest jedynie jego własne posłowie, krótki i dość uproszczony (jak większość rzeczy, które Ziembiński robił) opis historii sowieckich zbrodni  na Kresach w 39. Bardziej do artykułu w gazecie niż do dość jednak historycznej publikacji.

Dość długie to wspomnienie ale jednocześnie dość charakterystyczne dla przemian, które następowały w Polsce po 1989 roku.  W 1981 roku, w dniu 13 grudnia, Polska i Polacy rysowani byli grubą, wyraźną kreską. Granica My-Oni była wyraźna. Na niuanse mało kto zwracał uwagę. Ani na dopatrywanie się, gdzie kreska jest węższa. Dopiero rok 1990 wykazał jak strasznie ważne i niedoceniane były te niuanse i obszary zacieniowane. Wszyscy chcieliśmy wolności. I nikt nie potrafił jasno zapytać: jakiej?

Jest więc rok 1990, stoję przy szeregach harcerzy z pochodniami, na mównicy z megafonem stoi Wojciech Ziembiński i zaczyna rzucać hasła. Niebezpieczne. Dziwne. Jakiś spisek znowu żydowski, jakieś anty-polskie zagrożenia i jak z nich Niepodległą, Wspaniałą, Katolicką Ojczyznę wykuć w głazie marmuru. Harcerze z pochodniami falują w szeregach, oczy im się skrzą. Niby jest nawiązanie do harcerzy lwowskich broniących grodu przed hordą bolszewicką w 1918, niby są cienie Szarych Szeregów Powstania w 1944. Może i ojca mojego bym się dopatrzył, bo przecież formalnie był w grupie harcerskiej a nie żołnierskiej, gdy dostał rozkaz dotarcia z kolegami i bratem do oddziałów AK w lesie pod Wilnem w 1943. Ale nie widzę tych cieni. Widzę młodych ludzi, bardzo młodych, którzy tylko tą mało skomplikowaną historię znają, którym nagle w tempie przyspieszonym dano wykłady i broszurki tylko jednej wersji tej historii, bardzo zbliżonej do wersji Dmowskiego, do radykałów domowego faszyzmu lat 20. i 30. XX wieku. Wersji, która całkiem dobrze przetrwała czasy komuny ale kto wówczas na szczegóły zwracał uwagę? Przecież wszyscy byliśmy po tej samej stronie barykady. Wszyscy? Tej samej? I zastanawiam się, czy gdyby nie było roku 1968, masowej i wymuszonej emigracji resztek Żydów polskich do Izraela i innych krajów Zachodu, gdyby akurat z jakiejś modlitwy w bożnicy lub spotkania towarzyskiego grupka takich Żydów szła teraz np. do kawiarni na Starówce – to czy ci harcerze by ich bili? Rękoma czy po prostu tymi pochodniami płonącymi biało-czerwonymi ognikami? I mam ochotę podejść do mównicy i wrzasnąć na Ziembińskiego: stul mordę, bo ci przy…lę idioto! Ale nie robię tego, bo Ziembiński by mnie i tak w tej ciemności nie poznał a harcerze (lub zebrani obok gapie), by mnie wzięli za komunistę i niezłe mi manto spuścili. Podchodzę jednak tuż do pierwszego szeregu tych zuchów i ze smutkiem mówię bardzo głośno: ‘straszne, co wy robicie, chłopcy’. Patrzą, jak na dziwaka. I odchodzę ze spuszczonym łbem kierując się na Plac Teatralny i Ogród Saski. Czas wracać do domu z tego (nie)tryumfalnego spaceru miasta mojej bujnej młodości.

Frag. 2

Gabriel Narutowicz, ku zdumieniu obozu prawicy polskiej, wygrał pierwsze wybory prezydenckie w Rzeczypospolitej Polskiej w grudniu 1922. Fala nienawiści, jaka wylała się na niego z prasy, wystąpień publicznych działaczy narodowców i faszystów polskich była niesamowita. Od absurdalnych po katastroficzne. W przeciągu kilku dni Narutowicz, potomek starego rodu szlacheckiego z Litwy, stał się Żydem i symbolem spisku żydowskiego. Popularny prawicowy publicysta, ksiądz i poseł Kazimierz  Lutosławski pisał na łamach „Gazety Porannej” 11 grudnia: ‘Co się stało? Jak śmieli żydzi narzucić Polsce swojego prezydenta!’ a kończył tekst wezwaniem do bezpardonowej walki z ‘żydowskim zamachem stanu’ i ratowaniem Polski.


Pewnie było takich fragmentów więcej. Nie mam czasu na czytanie co kilka lat wszystkich swoich tekstów. Niektórych z pewnością nie mam w domu i pojęcia nie mam, gdzie każdy publikowałem. Zdarza się, gdy ma się kilka krzyżyków na karku (choć jeszcze nie pochylonym) i nie jest się, no jak to się dziś nazywa … influencerem ?

Ah, wrócę jeszcze na moment do tej mojej ulubionej książki Agaty Tuszyńskiej, która wybrała się na poszukiwania śladów Isaaka Baszewisa Singera (tak, tegoż noblisty). Na s. 39  wspomina, że jeszcze w Leoncinie (miasteczko-osada założona koło Zakroczymia przez Żydów po tym, jak Rosjanie wypędzili ich z Biłgoraja w czasach wojny 1905) któryś z Żydów lokalnych przeczytał w gazecie o pogromie Żydów w Białymstoku. Tuszyńska pisze: Powtarzano sobie doniesienia o okropnościach, jakie spotkały dzieci i starców, których porąbano siekierami na śmierć, mówiono o ciężarnych kobietach, którym otwierano brzuchy. Rok był 1906.

Popiersie wielkiego myśliciela Gaona z Wilna (na placu, gdzie kiedyś była Wielka Synagoga wileńska – zdjęcie autora)

Te daty wytłuszczałem naturalnie w pewnym celu. Bo to szmat czasu. Można je pewnie wydłużyć, znaleźć przykłady wcześniejsze i bliższe dnia dzisiejszego. Ale te, wyżej wytłuszczone przy kolejnych akapitach-fragmentach, są klamrą dość zasadniczą obejmującą ostatnie sto lat naszej historii. Historii polsko-żydowskiej. W 1910 urodził się mój młodszy dziadek; drugi, starszy, w 1906 był już młodym mężczyzną. Więc jestem już trzecim pokoleniem tej klamry czasowej, za mną są już kolejne dwa pokolenia mojej rodziny. Chciałbym by dalej ta historia już się nie toczyła. By był to czas zamknięty. Jedynym sposobem by tak się stało jest kolejne, raz jeszcze trudne ale niezbędne otworzenie kart tej steranej księgi naszej przeszłości. Każdej karty, każdego świństwa, każdego pogromu, każdej szkody wyrządzonej naszym żydowskim braciom i siostrom. Raz na zawsze zamknąć usta propagandzie, a otworzyć okna dla prawdy historycznej. Tylko wtedy dojrzymy te całe pokłady piękna, braterstwa i wspólnoty ojczyźnianej jaką przez ponad siedemset lat z naszymi żydowskimi współobywatelami tworzyliśmy. Czy to jest możliwe? Oczywiście, że tak. Jest nawet dość proste. To wymaga odwagi politycznej rządów polskich ale i ich zrozumienia niezbędności utrwalania i zachowania prawdy.  Przede wszystkim wymaga jednak naszego zrozumienia tej historii. Mówiąc ‘naszego’ nie myślę już o rządach, politykach. Myślę o nas – ludziach, którzy uznają się i uważają za Polki i Polaków. Jeśli z dumą należną wspominamy jakieś wielkie zwycięski bitwy polskie, jakieś osiągnięcia naukowe, artystyczne, to nie możemy zakrywać oczu i uszu wobec obszarów wstydu narodowego. Jeśli w Dzień Zaduszny zwyczajem naszym chodzimy z momentem zadumy na Powązki, na Rossę wileńska, na Cmentarz Orłów we Lwowie, na niezliczone stare cmentarzyki z prostymi krzyżami żołnierzy, których nie znaliśmy, lub osób wyjątkowo zasłużonych Polsce, to równie naturalnym jest pójść na jakiś stary, zapomniany cmentarzyk żydowski. Oni też ten kraj, tą ziemię budowali, rozwijali. Tu się rodzili, tu się żenili i tu umierali. U siebie. W swoim kraju od pokoleń. Nie ma nic złego pójść na taką cichą cmentarną wizytę z dzieckiem i dwa słowa wytłumaczenia dlaczego ten cmentarzyk zapomniany, zaniedbany.  To może być wartościowsze dla takiego dziecka niż późniejsze suche lekcje historii w szkołach. I tam, na tym cmentarzu, bez fanfar i kamer telewizyjnych cicho szepnijmy: przepraszam.

poprzedni tekst cyklu

Smutne zaułki

Bogumił Pacak-Gamalski

Część III

Temat nie prosty. Nie bardzo nawet wiem od której ‘strony’ do niego podejść. Początkowo miało być o złożonej i niełatwej stronie historii polskiego antysemityzmu, a bardziej jeszcze ściśle, o zaminowanym polu Holocaustu Żydów polskich na terenach polskich w czasie 2 wojny.

Jest też temat poboczny niejako ale uwagi wymagający – temat Wikipedii, jej wiarygodności lub nie, gdyż w tym wypadku Wikipedia ma z tym tematem zasadnicze znaczenie, co dalej wyraźnie wytłumaczę. I od tego zacznę (bo łatwiej i prościej), Z pozoru błahy, w istocie bardzo ważny.

Kto i kiedy ostatnio zaglądał do encyklopedii? Nie przez Googla ale do encyklopedii drukowanej przez jakieś znane i cenione (jakiekolwiek) wydawnictwo naukowe? Cisza? Ano tak – z tych drukowanych nic się w zasadzie nie ustało. Próbowały tu i ówdzie niektóre szacowne instytucje. I wszystkie prawie bez wyjątku poległy ‘na polu chwały’ próbując. Jedyną (z tych znanych i szanowanych na świecie) była Encyklopedia Britanica, która walkę podjęła. Nie, nie walną bitwę, bo przy ostatniej próbie edycji w druku też przegrała. Ale bitwa przegrana nie oznaczała klęski totalnej – Britanica potrafiła przekształcić się w wydanie elektroniczne (online), systematycznie aktualizowane. Upadek popularnych wydawnictw encyklopedycznych nie jest świadectwem zaniku rynku czytelniczego (w każdym razie nie wyłącznie) ile prędkością nowych odkryć, badań i stanu wiedzy, którym charakteryzuje się współczesny świat. Ta prędkość przekracza możliwość aktualizacji tradycyjnych, drukowanych wydań.

W takim nowym świecie zaistniała Wikipedia – bardzo zacny projekt łatwo dostępnej i czytelnej wiedzy na wszelkie możliwe tematy. Ale Wikipedia nie opiera się na tradycyjnym systemie opłacanych autorów, recenzentów i edytorów ze świata akademickiego (co nie oznacza, że naukowcy nie mogą i nie edytują Wikipedii indywidualnie, prywatnie). To Projekt wydawnictwa socjalnego, społecznego, gdzie każdy teoretycznie może nowe artykuły-tematy napisać i opublikować, a inni mogą te artykuły rozbudowywać, poszerzać. Naturalnie pewne zasady są twardymi prawami, których łamać nie wolno: temat (osoba, zagadnienie, wydarzenie, itd.) muszą być same w sobie ‘encyklopedyczne’, tzn. muszą już istnieć w świadomości i przestrzeni świata realnego. Osoba musi istnieć w jakiś opisach, zaznaczeniach istotnych medialnych, naukowych, bibliotecznych. Podobnie z wydarzeniami, produkcjami artystycznymi lub naukowymi. Słowem muszą mieć minimalną obecność publiczną. By stworzyć artykuł pt. ‘Jan Kowalski’ autor musi wykazać, że Jan Kowalski jest osobą, która istnieje w publicznym realu przez zauważoną publicznie lub naukowo działalność. By artykuł mógł być zatwierdzony do publicznej publikacji w Wikipedii musi być stworzony przez autora, który już ma uprawnienia edytorskie lub redaktorskie w Wikipedii (czyli osoby, która wykazała się umiejętnością publikacji takich tematów, szeregiem edycji innych artykułów i znajomością zasad). Nie jest to proces ani taki łatwy ani prosty. I generalnie rzecz ujmując Wikipedia jest w miarę dobrym i w miarę rzetelnym źródłem popularnej wiedzy. Nie jest natomiast źródłem wiedzy opartym na rygorystycznych badaniach akademickich. Fakt, że istnieje olbrzymia ilość językowych/narodowych Wikipedii sprawę komplikuje jeszcze bardziej. Oryginalna Wikipedia jest projektem opartym na języku angielskim. Nie oznacza to bynajmniej, że projekty innych języków są po prostu tłumaczeniami z angielskiej Wikipedii. Nie, każda Wikipedia posiada własną  niezależność edytorską. Co jest też plusem ale i minusem tego projektu. Temat encyklopedyczny w Polsce może nie mieć znamiona encyklopedycznego w świecie anglosaskim lub ogólnie międzynarodowym. Stąd te językowe wersje/projekty wikipedialne często różnią się bardzo i są w dużym stopniu ‘napiętnowane’ specyfiką narodową. W polskiej wersji jest nadmiar lub nadana jest waga najsilniejsza np. tematom związanym z wiarą i Kościołem katolickim; generalnie charakter pewnych artykułów socjalno-filozoficzno-światopoglądowych będzie bardziej nacjonalistyczny, z wyraźnym naciskiem na prawicowo-narodowościowe widzenie świata. Łatwiej jest napisać i opublikować temat  ‘Złoto’ lub ‘Planeta’ bądź ‘Dąb’ niż temat z dziedziny historii (zwłaszcza polskiej), biografie znanej i ważnej osobistości, tematy z dziedziny LGBTQ+. Wojny i spory edytorów, redaktorów i tzw. Administratorów (stosunkowo najwyższa i prawie ostateczna władza w Wikipedii) są w tych tematach ustawiczne, czego dowodem są czasem dziesiątki stron historii edycji, zmian, usuwania zmian, przywracania tych zmian, kolejnych zmian lub wręcz blokad redaktorów lub ostatecznie uniemożliwienie wprowadzenia jakichkolwiek zmian. Lub po prostu usuwania danych artykułów-tematów z przestrzeni publicznej. Najostrzejsze walki edytorskie są naturalnie wobec tematów światopoglądowych, z nauk socjalnych – bywa, że edycji i zmian (usuwanych i przywracanych) jest tysiące i historia edycji to książka sama w sobie o objętości wielokrotnie większej niż sam artykuł encyklopedyczny. Świadczyć to może o rygorystycznych zasadach i znaczeniu obiektywizmu, ale też świadczyć może o zjawisku przeciwnym: uleganiu popularnym tendencjom, spojrzeniu subiektywnym (upolitycznienie tematu, światopogląd edytora, itd.). Oczywiście normalny czytelnik ani tych wojen ani zmienianych wersji nie widzi – widzi jedynie zatwierdzoną na stan obecny oficjalną wersję. Co nie zonaczą, że jutro moga tam nastąpic kolejne zmiany. Czyli ‘gwarancja’ podanych informacji jest tylko na ten moment, gdy artykuł czytamy. Każdy ma też dostęp do hgistorii edycji i zmian i obejrzenie form poprzednich – tyle, że komu się chce godziny na to poświęcać? I słusznie – chyba, że własnie to nas interesuje bardziej niż sam artykuł. W olbrzymiej wiekszości wypadków zmiany i kolejne edycje są w istocie drobne merytorycznie, techniczne i zasadniczego tekstu i podanych informacji nie zmieniają.

Generalnie jest to praca bardzo czasochłonna, gratisowa, często niewdzięczna, anonimowa i mój ukłon w stronę osób, które się tym zajmują. Sam mam pewien stopień uprawnień na Wikipedii ale od lat już nie jestem w niej aktywny (bardzo sporadycznie poprawiam jedynie znalezione przypadkiem ewidentne błędy w artykułach) z powodów i czasowych i braku cierpliwości wobec brania udziału w beznadziejnie długich i często bardzo nie merytorycznych wojenkach .  Ostatecznie ileż razy można być pytanym o udowodnienie, że Ziemia nie jest płaska?

Przy tych wszystkich niedoskonałościach Wikipedii nie zmieniłem zdania, że jest to Projekt bardzo pożyteczny. . Wydaje mi się, że ów szalenie niedoskonały, a przez to szalenie demokratyczny sposób powstawania haseł, jest w dużym stopniu obrazem rzeczywistego poziomu wiedzy ogólnospołecznej. Jest tak niedoskonała, jak sama demokracja.  A te ‘barwy’ narodowo-językowych edycji w pewien sposób są jej charakterystycznym kolorem: skoro Polacy (mimo wszystko) nie są społecznością empatyczną wobec np. tematów LGBTQ+, to taki a nie inny (ubogi dość i daleki od doskonałości) stan rzeczy jest może dobrym zwierciadłem i stanu wiedzy i społecznej akceptacji tego tematu w Polsce.

Podobne opinie można wydać o innych projektach językowo-narodowościowych. Ja opierałem się tu głównie na polskiej i anglojęzycznej, bo te Projekty znam najlepiej i przy nich pracowałem lata temu.

A teraz  wyciągnijmy ‘szydło z worka’ genezy tego artykułu. O co mi chodzi? Bynajmniej nie o Wikipedię. Ona po prostu w temat jest uwikłana.

Więc … ad rem – na swoim personalnym profilu na Facebooku mam ok. 600 znajomych. Naturalnie pewna część z nich nie była ani moimi przyjaciółmi ani nawet znajomymi przed Facebookiem – po prostu ludzie, którzy mnie zaciekawili lub których ja zaciekawiłem. Z tych dwóch kategorii dwie osoby tu wymienię i przepraszam ale bez tego nie byłoby tego artykułu. A post, o jakim tu pisać będę był opublikowany publicznie tzn. jest widzialny i czytelny dla wszystkich, nie tylko znajomych. Nosi więc znamiona artykułu publicznego, funkcjonującego w przestrzeni publicznej na tej samej zasadzie, jak jakikolwiek artykuł opublikowany w jakiejkolwiek gazecie, wydawnictwie prasowym – de facto jest esejem historycznym opublikowanym w znanym wydawnictwie naukowym.   Chodzi mi o Ryszarda Tylmana,  poety i grafika z Vancouveru oraz prof. Jana Grabowskiego, historyka Uniwersytetu Ottawy.  Autorem tekstu, który mnie do tego artykułu skłonił jest prof. Jan Grabowski. Obaj panowie są moimi znajomymi na Facebooku.

Ryszarda znam sprzed wielu lat dobrze z Vancouveru, gdzie miałem z nim liczne kontakty tak profesjonalne (redaktorsko-edytorskie), gdy publikowałem jego twórczość poetycką na łamach rocznika, którego byłem naczelnym, jak i towarzyskie. Gdzieś przy końcu chyba pierwszej dekady XXI wieku kontakt nasz się urwał ze zwykłej przyczyny, że wycofał się z wszelkiej aktywności w środowisku polskim (choć miałem z nim jeszcze bardzo sporadyczne spotkania). W tym samym czasie byłem w bliskiej przyjaźni z jego byłą żoną, filologiem polskim, kobietą o niezwykłej wiedzy i inteligencji, z którą wiedliśmy bardzo długie dyskusje na tematy literackie i sztuki ogólnie. Muszę nadmienić, że w czasach gdy te kontakty mieliśmy oni nie byli już małżeństwem. Ale siłą rzeczy czasem mówiła ze mną też o Ryszardzie. Oboje pochodzili z Krakowa i tam ukończyli UJ. Pochodzili z rodzin zacnych i inteligentnych. Nie przypominam sobie bym kiedykolwiek na tematy żydowskie bezpośrednio z Ryszardem jakieś dyskusje prowadził. Z Anną Tylman – tak. Mieliśmy na ten temat zbliżone opinie i boleliśmy nad tragedią Holokaustu, zwłaszcza Holokaustu Żydów polskich, którzy byli tak nieodłączną częścią naszej wspólnej ojczyzny, że ich brak nawet dla nas, urodzonych już po wojnie, był ciągle boleśnie odczuwalny. Nie znosiliśmy tradycyjnego, niskiego i wulgarnego często antysemityzmu polskiego, z którym i na emigracji się spotykaliśmy. Ale też nie przypominam sobie, by Anna kiedykolwiek mówiła coś o jakimkolwiek antysemityzmie ze strony Ryszarda. Ja sam widziałem go jako człowieka światłego, nowoczesnego, socjalnie zaangażowanego i zakładałem, że miał na te tematy podobne poglądy i stanowisko. Tak do tej pory uważam i nie mam podstaw do zmiany mojej oceny.

Profesora Grabowskiego cenię bardzo jako wyjątkowego znawcę historii (zwłaszcza współczesnej) Żydów polskich. To historyk o znacznym dorobku naukowym a jego badania tego tematu bez wątpienia mają też często charakter pasji i zaangażowania emocjonalnego. Co łatwo zrozumieć, gdyż Jan Grabowski jest właśnie jednym z tych polskich Żydów. Tych, których rodzice i dziadkowie przeszli gehennę tamtego okresu. On sam przeszedł, jako młody chłopak, niechlubnie pamiętny rok 1967. Rok nagonki na jakże nieliczne już środowisko polskich Żydów i ich zmuszenie do opuszczenia Polski – ich ojczyzny od pokoleń. Nie mam i nie miałem z profesorem Grabowskim prywatnych kontaktów towarzyskich. Znam go z jego pracy, publikacji, sesji online.

Co się więc stało? Co ma Grabowski do Tylmana a Tylman do Wikipedii? Otóż inny mój znajomy z Facebooka (cóż my byśmy bez tego potwora fejsbukowego robili?!), socjalnie zaangażowany Kanadyjczyk polskiego pochodzenia w ostatnich dniach lutego wysłał mi z Vancouveru wiadomość: ‘Bogumil, it seems that Grabowski and Tylman are in conflict. It’s a shame that Polonia has such situations. … so much intrigue…’.  Nie zrozumiałem początkowo, pomyliłem nazwisko Gradowski z Grabowski, sądząc, że chodzi o syna prof. Anny Gradowskiej, historyka sztuki z którą wspólnie pracowałem i która miała syna w Vancouverze. Ale wyjaśnił, o co chodzi. Przesłał mi link do artykułu prof. Grabowskiego na ten temat. I przeczytałem. Potem przez wiele dni zastanawiałem się czy powinienem w ogóle w jakikolwiek sposób zareagować. Wydało mi się, że temat jest jednak nader ważny. Warty refleksji. I rozmowy. Sam w sobie, bez zaangażowania emocjonalnego wobec ani Tylmana ani Grabowskiego. Temat bardzo ważny i bardziej chyba jeszcze trudny. Temat polskiego antysemityzmu. Być może jednak też gdzieś, w jakimś podtekście, antypolonizmu? Bo jeżeli Tylman (załóżmy) podświadomie, z racji pochodzenia i miejsca urodzenia zakażony jest trucizną polskiego tradycyjnego antysemityzmu, czy może być, że Grabowski z podobnych przyczyn może być nieświadomie zarażony formą antypolonizmu? Jeżeli Byronowski Giaur powiada, że ‘walka o wolność, gdy raz się zaczyna, ze śmiercią ojca spada na syna’ nie jest li możliwym, że zbrodnia ojca też spada na syna?

Były w Polsce 1918-1939 (a naturalnym i legalnym przedłużeniem historii 1918-1945/47, bo ostatecznie granice Polski uległy formalnym zmianom dopiero po wojnie, choć legalne władze polskie nie miały praktycznego wpływu na to w czasach okupacji rosyjskiej i niemieckiej) jakby dwa światy obywateli: ci, którzy się za Polaków uznawali i to było ich pierwsze samookreślenie i ci, którzy będąc obywatelami Polski widzieli siebie – i tak byli widzeni przez innych – wedle pochodzenia i narodowości innej niż polska. Często taką cezurę wyznaczało wyznanie religijne (chrześcijaństwo ortodoksyjne na wschodnich terenach, luteranizm na pólnocno-zachodnich, a najbardziej skomplikowaną była kwestia Żydów, z których dodatkowo nie wszyscy byli żydami, tj. wyznania juadaistycznego), co było testamentem starej, wielowyznaniowej i wielonarodowej Rzeczypospolitej, a w pewnym wymiarze też spadkiem po 123 latach zaborów, a więc trzech odmiennych nacji imperialnych i trzech odmiennych wyznań tzw. religii panujących: Moskwa i ryt bizantyjski, Wiedeń ryt rzymski i Berlin ryt protestancki.

Od czasu, gdy zacząłem pisać ten tekst, wiele dni temu, napotykałem wiecznie jakieś wewnętrzne hamulce i pytania etyczne: co dalej? jak do tego podejdziesz pisząc nie tylko o trudnym temacie, ale (w mojej intencji) wszak opartym na dwóch konkretnych osobach wobec których masz pewne zaufanie, szacunek?  I zmuszało mnie to do stale głębszego szperania po tekstach innych, po pracach historycznych, zagłębiania się w atmosferę bardzo bolesną tematyki. Zmusiło mnie to, do zaglądania do owych długich strasznie stron historii edycji na angielskiej Wikipedii idąc ścieżkami badań Grabowskiego i Shiry Klein z Wydz. Historii Uniwersytetu Chapman w Kalifornii. Nie jestem historykiem ani akademikiem więc nie sprawdzałem rzetelności ich badań (o jakiej nie wątpię), ale bym mógł własne opinie i refleksje z tych badań wyciagnąć. Wielu powiada, że historia (spisana) opiera się na faktach. Naturalnie jest to i prawda i błąd. Fakty opieraja sie na dowodach archiwalnych. Ale ich osąd już nie. Gdyby było inaczej ileż mniej badań historycznych doczekałoby książkowej formy druku. Dotyczy to zwłaszcza historii współczesnej w stosunku do badacza – powiedzmy w zakresie 100-200 lat. Badania współczesnej historii bliższe są metodom fenomenologii niż zasad kartezjańskich. Z czym – jestem przekonany – wiekszość historyków-akademików się nie zgodzi, a co nie zmienia mojej opinii.

Historycy wychodząc z założenia, że Wikipedia ma duże znaczenie i wpływ na popularne pojęcia antysemityzmu lub ukrywania tegoż antysemityzmu chcieli prześledzić tematy z tym związane na Wikipedii. A ścisłej jeszcze – przejrzeć te artykuły, które mogą mieć związek z polskim antysemityzmem i losem Żydów polskich w okresie tuż przed, w trakcie i po II wojnie światowej. Wynika to ze specjalizacji badań prof. Grabowskiego, który tym się głównie od wielu lat zajmuje. Specyfiką tych badań jest (tak wiele z nich ja rozumiem i oceniam) demistyfikacja roli etnicznych Polaków w próbach ratowania Żydów polskich od zagłady i budowanie bazy naukowej wydarzeń i sytuacji wręcz przeciwnych: szmalcownictwo, donosy do władz niemieckich, grabież dobytku żydowskiego, aż po wypadki mordu, gwałtu i pogromów. Drugim (związanym z tym bezpośrednio) są artykuły na Wikipedii (mówimy w tym wypadku głównie o Projekcie anglojęzycznym) opisujące przykłady antypolskich wystąpień żydowskich w tym samym okresie, głównie na ziemiach wschodnich ówczesnej Rzeczypospolitej. W tym wypadku autorzy dezawuują opis takich wydarzeń, wskazują na brak merytorycznych przypisów, lub podważają (domniemaną przez czytelnika Wikipedii zapewne) wiarygodność  żydowskiego przywództwa lub żydowskiego wpływu na te wydarzenia. Słowem odnosi się wrażenie (często wyraźnie tak przez Jana Grabowskiego nazywane po imieniu), że istnieje wręcz zorganizowana akcja edytorów Wikipedii ukierunkowana  w: 1) wyolbrzymiania roli Polaków (etnicznych) w ratowaniu i pomaganiu Żydom nie tylko przez indywidualne akty bohaterstwa ale też przez aktywną działalność Polski Podziemnej i Rządu Polskiego w Londynie i 2) usiłowania tłumaczenia aktów antysemickich ludności i organów państwa polskiego, wrogimi Polakom etnicznym aktom polskiej ludności żydowskiej. W tym drugim wypadku w dużej mierze mówimy o terenach okupowanych przez władze sowieckie. Miało to się wiązać z pro-sowieckimi i pro-komunistycznymi tendencjami żydowskimi. Stąd osobnym tematem jest pojęcie tzw. ‘Żydokomuny’, dość popularne w Polsce nie tylko w czasie wojny ale i do czasów współczesnych. Do tego tematu powrócę na krótko w kolejnym tekście.

Otóż grupa edytorów, którzy współtworzyli i przez lata zmian, poprawek, dopisków nadali taki a nie inny kształt artykułów z tym tematem związanych na angielskiej Wikipedii była niewątpliwie polskiego pochodzenia. Historycy mówią przede wszystkim o edytorach z pseudonimami: Piotrus, Volunteer Marek i Poeticbent. Ponieważ Poeticbent dokonał  sam objawienia własnego nazwiska, wiemy że był to Ryszard Tylman. Ważne jest zaznaczenie, że nie byli jedynymi edytorami tych haseł. Byli jednymi z wielu. Ale też jednymi z najbardziej i najdłużej aktywnych. I byli Polakami, co wynika dość jasno z ich istnienia i aktywności na pl.Wikipedia. Ale Poeticbent vel Ryszard Tylman nie jest jedynym, którego nazwisko Grabowski i Klein mogli łatwo odcyfrować. Piotrus jest wieloletnim (kilkanaście lat) edytorem i administratorem Wikipedii i jego pełne nazwisko jest na jego stronie edytorskiej. To prof. Piotr Konieczny (Uniwersytet Hanyang w Seulu), doktor nauk socjologicznych (specjalizacja w socjologii internetowej). Jeden z najbardziej dekorowanych (w systemie ‘orderów’ Wikipedii) wikipedystów. Ryszard Tylman nie jest aktywnym edytorem Wikipedii od szeregu lat – co nie zmienia faktu, że w edycji przytaczanych przez tandem Grabowski/Klein artykułów brał czynny udział.

Efektem tych szczegółowych badań merytoryczności artykułów wikipedialnych był zarzut o szerzenie antysemickich postaw. Zarzut ten – ze względów dość oczywistych – zaniepokoił Administratorów Wikipedii, którzy normalnie odpowiedzialni są za rozpatrywanie spraw kontrowersyjnych, sporów między wikipedystami. Ale sam mechanizm takich sporów, jak i trudność jego merytorycznego rozpatrywania zdawał się wykraczać poza kompetencje i zakres tego grona. Fakt, że opinie historyków przytoczono (opublikowano) na ważnym forum szanowanego żurnala akademickiego „Taylor & Francis Online” w sekcji ‘The Journal of Holocaust Research’  (9 luty, 2023) umożliwił też nacisk na środowisko wikipedialne, by sprawę rozważono na najwyższej formie  ‘Sadu Ostatecznego’ (nazwa moja) Fundacji Wikipedii. Sprawy w pierwszym podejściu nie rozwiązano. Kolejna jest w toku i jej wynik oczekiwany jest w końcu maja. W międzyczasie jednak szereg artykułów uzupełniono, poprawiono, edytowano. Istnieje też silna opozycja wśród samych użytkowników, tj. edytorów, administratorów a nawet wewnątrz samej Fundacji Wikipedia wobec uleganiu naciskom z zewnątrz i nie  korzystaniu z istniejących mechanizmów naprawy i rozwijaniu jakiegokolwiek tematu. Sam edytor Piotrus ( którym wspominałem wyżej i którego przytoczyli historycy, jako jednego z promujących antysemityzm) odpowiedział publicznie akademikom felietonem w „Gazecie Wyborczej” (12.03.2020) zarzucając im jednocześnie niechęć w bezpośrednim, zgodnym z regułami Wikipedii, uczestniczeniu w tworzeniu, poprawianiu i edytowaniu artykułów wikipedialnych. W istocie – nic nie stoi na przeszkodzie. Pozwolę sobie przytoczyć sam krótki początek tego felietonu, gdyż jest, zdaniem moim, wiele mówiącym:

Nie istnieje żaden spisek polskich nacjonalistów fałszujących historię w Wikipedii, niezależnie od tego, jak atrakcyjnie taka teza może brzmieć.

Chciałbym odnieść się do tekstu „Wrzuć brednię na Wikipedię. Polscy nacjonaliści wciskają kit zagranicznym czytelnikom” prof. Grabowskiego, zarówno jako wieloletni wikipedysta i osoba wzmiankowana w tym tekście, ale też jako profesor socjologii ze specjalizacją w nowych mediach, który Wikipedii poświęcił znaczną część swojej pracy badawczej i edukacyjnej.

Nie jest moją rolą ani nie podejmuję się wydawać jednoznaczną opinię czy Wikipedia (lub ściślej – polscy wikipedyści)  została użyta dla celów antysyjonistycznej lub antysemickiej nagonki. Czy istniał istotnie zorganizowany ‘spisek’ grupy edytorów w celu fałszowania historii. Ale nie wydaje mi się. To środowisko bardzo zróżnicowane. Jest natomiast możliwe (raczej pewne), że istnieje wielu edytorów polskich (nie tylko) o silnym prawicowo-szowinistycznym nastawieniu. I świadomie czy nawet podświadomie edytują specyficzne teksty pod kątem ich widzenia i rozumienia świata. Na Wikipedii określa się to POV (Point of View) i przestrzega przed tym. Ale w takim zróżnicowanym środowisku edytorów są to zasadzki nie do uniknięcia. Natomiast mam przekonanie, że wielu z nich uważało, że są ‘ekspertami’ z racji bycia Polakiem spraw polskiej historii. Pamiętać należy, że przez szereg lat były środowiska, gdzie ‘polskość’ była widziana pejoratywnie, gdy ci, którzy Polskę zawiedli i w początkach 2 w.ś. i w jej finale zdradzili kompletnie – szerzyli wiele nieusprawiedliwionych lub wręcz historycznie błędnych wątków. Gdzie używanie określenia „Polish concentration camp” traktowano za wymienne  z „hitlerowski obóz koncentracyjny’. I tłumaczono to absurdalnym argumentem, że ‘przecież wszyscy i tak wiedzą, że w tamtym okresie Polska była pod okupacja niemiecką… .  Nie będę tego tematu rozwijał. Znamy zbyt dobrze. Był ohydny.

Czy polski antysemityzm istniał i czy istnieje? Tak. Był i jest obrzydliwy. Ale to będzie temat kolejnego tekstu.

Tu zająłem się jedynie jednym ze sporów.  I robiłem też to  zdając sobie sprawę z narastającej narracji , która budzi we mnie opór i zaniepokojenie. Narracji, która polskiemu antysemityzmowi nadaje wymiar powszechnego, omal etnicznego spisku morderczego pędu wobec wzniecenia ogólnoświatowej, a już bezwzględnie ogólnopolskiej histerii antyżydowskiej.  Nie zgadzam się z tym. Nie w moim środowisku rodzinnym i przyjaciół. Spotykałem się i znałem ludzi o bardzo niechętnej Żydom postawie. W Polsce i później w Kanadzie też (ale dalej mówię tylko o polskim środowisku, mimo, że jak wiemy antysemityzm istnieje tez wśród innych grup etnicznych w Kanadzie – głównie tych ultra prawicowych). W większości wypadków moje jednak środowisko (na szczęście sami wybieramy swoje grono znajomych) nie było tym skażone.  Światopogląd religijno-polityczny jest to na ogół dobrym (choć nie jedynym) drogowskazem i ostrzeżeniem.

Są też środowiska, które w swym zapale zwalczania i potępiania tego antysemityzmu tą nowa narrację wręcz kierują w stawianiu omal znaku równania polskiego antysemityzmem z hitleryzmem. Polacy stają się w niej sojusznikami Hitlera i Himmlera. Biorą bezpośredni udział w piekielnym dziele Zagłady. I z tą narracja zgodzić się nie mogę.

Chylę, jako Polak i jako człowiek, głowę ze wstydem i z wielkim bólem serca, przed pamięcią ofiar zbrodni i pogromów, jakie Polacy w Jedwabnem, w Kielcach, w Krakowie i innych miejscach  popełnili. Wierzyć mi się nie chce, że potrafili tak nisko upaść. Że zapomnieli, że są ludźmi. Nie, nie ma i być nie może na to żadnego wytłumaczenia.

Ale są miejsca, są osoby (nikt już prawie z żyjących), były akcje i działania tych, którzy człowieczeństwo nasze uratowali, unieśli z tej pożogi. I pozwala mi to oddychać. I mieć nadzieję, że autentycznie ‘nigdy więcej’. Że wbrew grupom oszołomów nie zapomnimy i nie pozwolimy.

Tym ludziom, Polakom i polskim Żydom, za ten dar dziękuję.     

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że zapominamy słowa, refleksje, wspomnienia tych, którzy Zagładę przeżyli, przetrwali. Tych, którzy wiedzieli. Którzy rozumieli. I spoglądam na książkę Ireny Tomaszewskiej i Teci Werbowskiej (pierwsza dziecko niewoli sowieckiej, druga – nieco starsza – dziecko czasów Zagłady w Polsce) „Żegota – the Council for Aid to Jews in Occupied Poland 1942-45”. Irena jest Polką etniczną, Tecia była Polką żydowską. Napisały książkę-dokument, książkę-świadectwo. Kolejne pokolenia, urodzone już po wojnie z czasem jakby straciły historyczną perspektywę tamtych okrutnych czasów. Warto o tym pamiętać, gdy się na te tematy pisze, a zwłaszcza ocenia.

link do części 2 https://kanadyjskimonitor.blog/2022/10/07/smutek-i-brak-cisza-ktora-trzeba-wypelnic-prawda/: Smutne zaułki

Geneza wiersza

Bogumił Pacak-Gamalski

Skojarzenia, pozornie tylko oderwane od rzeczywistości. Jasna biel pod stopami i ciemne niebo ponad. Też powinno być odwrotnie: czarna ziemia lub zielona łąka na dole i błękitne, jasne niebo ponad. A jednak. Wszystko łączyć się musi z własną pamięcią zmysłów, zdarzeń: zapach kiedyś zapamiętany, dźwięk znajomy, gwiazdy migocące tak samo przecież teraz jak kiedyś. Zwłaszcza gdy spacer nocny, samotny. Gdy nikt inny nie wadzi swoją, inną pamięcią przedwieczną. Bo każdy człowiek, to kosmos własny, sam w sobie zamknięty. Pełen światów podobnych, odmiennych jednak. Musisz sobie zawierzyć, objąć go, przytulić ten kosmos jedyny, niepodważalny i niepowtarzalny. Prawdziwy.

Rachmaninow napisał kiedyś piękną pieśń do wiersza Lermontowa:

głucha noc, nie spotkam tu nikogo. C’kwoś tuman kriemienistyj, put’ bljustit nocz’ ticha … Pragnę tylko ciszy i spokoju, niech beze mnie stąpa świat … .

I słyszę , jak śpiewał to pięknie Bernard Ładysz, jeden z najwspanialszych bas-barytonów, godny dziedzictwa wielkiego Szalapina. I śpiewał ją wiele lat wcześniej rówieśnik Rachmaninowa, Fiodor Szalapin. Zaraz otwiera się szufladka pamięci, mam może piętnaście lat, pewnie mniej: spaceruję z babcią alejką Parku Zdrojowego w Ciechocinku, jesteśmy blisko muszli koncertowej. Przechodzi obok starsza, korpulentna kobieta, babcia odwraca szybko głowę w drugą stronę i szepcze  do mnie: patrz w drugą stronę, jak mnie pozna to będzie nudzić przez godzinę. Za późno, słyszymy: ach, pani Wandzio kochana! Babcia stara się krzywy uśmiech nałożyć na usta: o, co za niespodzianka, dzień dobry pani Wando (były imienniczkami). Korpulentna pani to Wanda Wermińska, wielka polska sopranistka epoki odeszłej. Ja już nigdy jej na scenie nie widziałem.

Babcia miała rację, niby krótkie, niespodziewane spotkanie zamienia się w długą historię i opowieści. Ja pytam stale o coś więcej, mimo ukrytych szturchańców babci. Babcia nie lubiła kobiet starszych, przypominały jej ją samą. No, ta była gwiazda światowych scen kradła jej ważny czas naszego spaceru, gdzie ona, babcia, była centrum mojej uwagi i ona mogła mi długie opowieści wieść. Niestety, babcia przegrywa. Ja chce tych opowieści, chłonę je. Jestem niewdzięcznym wnukiem. Ale babcię mam bardzo często. A Wandę Wermińską po raz pierwszy. I ostatni, bom nigdy więcej już jej nie zobaczył. Chyba, że w telewizji, podczas programu z Bogusiem Kaczyńskim, który stare, zapomniane gwiazdy muzyki pokazywał Polsce. Rozmawiałem po wielu latach o tym spotkaniu z Bogusiem, gdy był u mnie z wizytą z okazji koncertów z solistami Operetki krakowskiej, chyba na przełomie lat 80. i 90. Ale, wracajmy do spotkania w Ciechocinku. Pani Wermińska opowiada mi o jej spotkaniu z wielkim Szalapinem, legendą dawnej epoki opery. O Szalapinie naturalnie wiedziałem bardzo dużo, tak jak o Caruso. Więc słucham – jest początek lat 20. ubiegłego wieku, młodziutka Wermińska jest w Budapeszcie na jakimś konkursie. Jednym z głównych jurorów jest … tak, legendarny Fiodor Szalapin. Wermińska stoi na scenie na którą wchodzi Szalapin, jest struchlała z tremy. Nie może wydobyć głosu. Przecież on śpiewał na prywatnych koncertach dla carów, dla królów!  Szalapin czeka chwile, wreszcie ryczy swoim basem na nią: nu, czego milczysz i stoisz, jak drąg? Ona odpowiada przerażona ale szczerze: patomu szto mienia nogi wrastut w ziemla. Szalapin śmieje się tubalnie. Ale konkurs wygrała. Docenił jej głos (gdy go w końcu odzyskała). Długa to opowieść, prawda? A w czasie mojego spaceru to był tylko momencik, zmysł pamięci przez sekundę-dwie. Takie są prawa pamięci zmysłowej, która istnieć nie może poza własnym, indywidualnym przeżyciem. I tylko wtedy następuje fuzja zamysłu twórczego i autentyzmu. Inaczej to tylko igraszki literackie, muzyczne.  Różnica między literaturą a literackością. Między pisarzem a literatem.

Znaczenie tej opowieści (poza nocnym spacerem, echem wiersza Lermontowa do muzyki Rachmaninowa, który natychmiast w wokalnym wykonaniu Ładysza mi się przypomniał) o Wermińskiej to też zwykły fakt, że urodziła się na Ukrainie, niedaleko Kijowa. I jest to ważne dla natychmiastowego kojarzenia z rzeczywistością obecnej wojny na Ukrainie. Jej okrucieństwami ze strony rosyjskich marzeń wielkoruskich. Marzeń rosyjskich, a ukraińskich koszmarów.

Jest John ze mną na tym spacerze,  pamięć jego najczulsza, zmysłowa; kształtu i dotyku jego dłoni, zapachu jego włosów. Wymieszana z moją pamięcią dumek ukraińskich, opowieści babci i ciotek o porohach na Dniestrze, o Zaleszczykach z wakacjami, o ciotce, młodej sanitariuszce, która opatruje w jakimś eszelonie ukraińskich żołnierzy obok żołnierzy polskich w latach pierwszej wojny. Kto po której stronie tej walki był? Kto bił się o polskie miasteczka a kto o ukraińskie chutory? Krew miała ten sam kolor: czerwony. Ukraińscy chłopcy bili się też miedzy sobą o różne, odmienne Ukrainy. Gdzieś tam byli też Hucułowie, gdzieś Rusini Zakarpaccy. Tych nikt o ich opinie się nie pytał  ani o to za kogo chcieliby swoją czerwień wylewać.  I nie ma to chyba dziś znaczenia praktycznego. Warto jednak pamiętać. Bo pamięć ma znaczenie. Pamięć mówi językiem ludzi, którzy żyli, byli. Politycy żyją jedynie ich współczesnością. A cmentarzyki z zapadniętymi grobkami nocą snują inne opowieści.

Stąd ten mój wiersz. Dziwna fuzja rzeczywistości teraz rzeczywistej, oczywistej przez to, namacalnej, dotykalnej. Z rzeczywistością pamięci zmysłowej, historycznej. Może niedotykalnej ale czy przez to nieistniejącej, nieważnej?

Idę sobie

1.

Śnieg cichy, sypki, lekki,

jak twój łagodny wzrok,

którym obejmowałeś

moją twarz, moje oczy.

Pamiętam spacery po

zaśnieżonym Holland Park,

wysokich brzegach górskich

potoków w Kananaskis.

2.

Cicho wokół. Tylko dźwięk

wody kamiennych progów

Dniestru. I nagle strzały.

Cisza umiera. I ty.

Mój kanadyjski sokole,

moje sny stepowe na

kanadyjskiej prerii – Ty,

mój Wernyhoro. Milczysz.

             

3.

Ale idę dalej cichą

nocą po cichym śniegu

wzdłuż brzegu Atlantyku

na drugim końcu świata.

Twoja dłoń w mojej dłoni

już na zawsze. Idziemy.

Do falujących stepów.

I sokołów nad nimi.

B. Pacak-Gamalski