Chopin, Konkurs, Ciotki i dzieciństwo

cz. I

Konkurs Szopenowski w Warszawie. Każde dziecko (polskie dziecko, naturalnie) słyszało tą nazwę. Nie dlatego, że Polacy aż tak nadzwyczajnie muzyczni, nie przesadzajmy w tym męczącym zachwycie nad sobą samymi. Nie, nie mamy się czegokolwiek krępować ni ze wstydem patrzeć w podłogę przestępując z nogi na nogę w zażenowaniu. Coś tam tej muzyce światowej ofiarowaliśmy i w ostatnich dwustu latach nie tak znowu skromnie. Tych nazwisk, od kompozytorów do muzyków odgrywających te kompozycje na wszystkich liczących się scenach świata, zajęło by mi trochę czasu i miejsca spisać. Zwłaszcza z XX wieku. Po prostu nie lubię, jak my lubimy wycierać swoje gęby wielkimi polskimi nazwiskami czy potrzeba czy kompletnie bezsensownie w danym momencie. Czasem jest to po prostu żenujące.  Jeszcze nie spotkałem Niemca, który by mi w rozmowie (nawet na temat muzyki) z podnieceniem wyrokował: a wie pan, Beethoven to był Niemiec.

To na marginesie tylko, nie o tych śmiesznostkach chcę napisać parę słów.

Ale na kanwie tegoż autentycznie prestiżowego konkursu szopenowskiego i na kanwie dzieci w Polsce – ja gdy słyszę: Konkurs Szopenowski, to widzę swoje dzieciństwo. Cóż się dziwić, gdy pomyślę, że pierwszym meblem (i miejscem cudownych zabaw pod nim) jaki pamiętam z naszego mieszkania w Toruniu był … olbrzymi czarny fortepian Bechsteina. Dziadzia Emanek – sam fabrykant instrumentów muzycznych i główny ich dostawca dla Armii Polskiej – przed II wojną był we wschodniej Polsce przedstawicielem tej słynnej firmy fortepianów i pianin wirtuozów i królów.

Spacery z babcią Wandą lub, gdy nieco starszy byłem samemu albo z przyjacielem do Łazienek na niedzielne koncerty; słuchanie z babcią (która traktowała te Konkursy, jak nabożeństwo, którego pod karą piekła opuścić nie wolno było) w radio i telewizji wszystkich kolejnych Konkursów od eliminacji do finałów. Pierwszy pamiętany to był tenże w którym wygrała wspaniała Martha Argerich, Argentynka, która ‘przebudziła’ Chopina z konserwatywnej drzemki. Jakby wlała w jego muzykę trochę pasji argentyńskiej … . Rok był 1965.  Babcia była nią zachwycona, a ja na opiniach babci w muzyce klasycznej się wówczas opierałem solidnie.

Ostatnim oglądanym w Polsce był ten w pamiętnym roku 1980. Argerich wróciła po piętnastu latach, ale już jako juror Konkursu. I znowu wywołała burzę! Tym razem trzaskając drzwiami za resztą zaszokowanego  Jury, gdy nie dali wysokiej oceny i klasyfikowanego miejsca dla Ivo Pogorelicia. Przyznaję, że i mnie wydawało się, że zbyt dużo w jego grze było ‘wariacji Pogorelicia na temat muzyki Chopina’, a za mało Chopina. Ale grał brawurowo. Nie wiem jakbym teraz go odebrał. W wieku 20 lat byłem pod każdym chyba względem dużo bardziej konserwatywny i hołdujący kanonom niż dziś, aż śmiech bierze. Pamiętam, że z przekonaniem nie znoszącym krytyki, kolegom przy butelce wina na Starówce  perorowałem, że jak dożyje (Pogorelić) wieku Horowitza będzie sobie na takie swobodne interpretacje mógł pozwolić, a teraz gęba w kubeł i grać trzeba, jak kompozytor zapisał. Słowem – zachowywałem się jak sierżant na mustrze a nie młody poeta.

Chcąc nie chcąc te letnie koncerty w Łazienkach, w różnych muszlach koncertowych starych kurortów polskich zbliżyło mnie najbardziej do stylu gry Chopina, który babcia właśnie szanowała najbardziej i główna zasługę miały tu … kobiety. Od babci poczynając, naturalnie. A dalej wspaniałe Grychtołówna, Smendzianka, Hesse-Bukowska. Te nazwiska po słowie „Chopin” lub ‘koncert fortepianowy’ szybciej wpadały do mojej łepetyny niż Małcużyński i nawet niezrównany Rubinstein. Może dlatego, że dzieci od kobiet odbierają więcej ciepła i większym je darzą zaufaniem? Hmm, ciekawe. No i ciocia Lusia, szopenistka, której tragiczna kariera muzyczna była naznaczona bykowcem bolszewickiego enkawudysty w czasie okupacji Trok przez Rosję. Troki (Trakai po litewsku) na Wileńszczyźnie były jej domem rodzinnym, gdzie jej rodzice (brat babci i jego żona), oboje lekarze, mieli dom i mały prywatny szpital. Enkawudzista kazał jej grać Skriabina, gdy w zdenerwowaniu (była wówczas bardzo młodą absolwentką Konserwatorium) robiła przerwy lub zatrzymywała się – bił ją po palcach tym bykowcem. Czy inne jeszcze formy tortury miały miejsce – nie wiem. Nikt o tym, łącznie z jej matką, ciocią Anią, mówić nie chciał. Jej ojca, tego lekarza-altruistę, absolwenta wydziału lekarskiego Uniwersytetu Moskiewskiego, Sowieci zamordowali na ulicy w Wilnie, w pierwszych dniach okupacji. Po wojnie koncertowała bardzo mało i krótko. Jeszcze uczyła w szkołach muzycznych, była zapraszana do jury różnych konkursów pianistycznych ale co raz większe braki pamięci i olbrzymie zdenerwowanie nawracającymi stanami lekowymi powodowało, że zaczęła uciekać od wszelkiego życia publicznego i zamykać się w mieszkanku z matką. Potem już tylko wspólne odwiedziny u ciotek, kuzynek i kuzynów w Toruniu, Warszawie były jej jedynym wyrwaniem z pustelni mieszkania w Szczecinie. Z tamtych lat pamiętam ją najwięcej, właśnie na tych spotkaniach rodzinnych. Pod troskliwym okiem i opieką cioci Ani, jej matki. Ta cała rodzina (ze strony mojego ojca) pochodziła z Kresów: od Wołynia po Litwę. Byli otwarci, weseli, rozmowni, serdeczni. Ona wyglądała dla mnie, jak ktoś obcy, inny od nich. Nie rozumiałem tego. A oni wszyscy traktowali ją jakby była jedną z nich, wesołych i wyrozumiałych. Prawie beztroskich. Jakbym ja był jedynym, który widział Lusię inną, niż oni. I pewnie tak było.

To te wszystkie ciotki kresowe, zdecydowanie nie wujowie, były moim oknem na świat inny niż ten, który na ulicy mnie otaczał. Dyskutowania o kulturze, o sztuce, częstowania się małymi ciasteczkami (nigdy więcej niż jedno-dwa, bo nie wypadało, o co wściekłość mnie brała, ha ha), czasem nawet jednym kieliszeczkiem ratafii, elegancko podaną herbatą (kawa nie była wśród kresowiaków popularnym napojem i odnosiłem wrażenie, że traktowano ją jako coś, no, trochę wulgarnego?). I sposobem mówienia tak eleganckim, że żal mi było potem wychodzić i słuchać języka codziennego ulicy i znajomych. W skrócie mógłbym powiedzieć, że w ich skromnych (niektórych nader skromnych) mieszkaniach w Warszawie, Ciechocinku nie istniało PRL. Drzwi wejściowe były granicą, gdzie to państwo się kończyło. Ciotki w mojej obecności nigdy ani o polityce nie mówiły ani o brakach czegokolwiek. Żyły, jakby dalej mieszkały w salonikach, dworkach. I miały takie urocze imiona, zawsze zdrobniałe: Wandzia (moja babcia) i jej siostry Zonia i Jania Fekeczówny, ich kuzynki Ircia, Nala i Zocha Lejmbachówny (córki Ludwika Lejmbacha, lekarza, brata mojej prababci Fekecz de domo Lejmbach, które już przed 1939 przeniosły sie do Warszawy.  Lata jednak biegły szybko i wchodząc w wiek nastolatka więcej już czasu spędzałem poza ich towarzystwem, a ojciec i wujkowie z jego pokolenia już o polityce otwarcie ze mną mówili. Po wypiciu kilku kieliszków wódki (ratafię pili tylko w towarzystwie tych ich też cioć, ha ha) mówiąc o polityce i polskich ‘wodzach’ politycznych używali języka zdecydowanie nie salonowego. Byli mężczyznami z krwi i kości. A o przeszłości, w przeciwieństwie do tych starszych cioć, nie lubili w ogóle wspominać. Wojna zabrała im wszystkim młodość. A PRL szanse na normalne, porządne życie. Muzykę jednak wszyscy kochali i znali. Była wszędzie. Nie widziałem jeszcze instrumentu nas którym mój ojciec nie potrafiłby zagrać. Wystarczyło by pobrzdąkał na strunach kilka razy, lub dotknął dziurek lub klapek na trąbce metalowej czy drewnianej – i za parę minut grał, mniej lub bardziej swobodnie. Jego brat, mój ojciec chrzestny, był profesjonalnym muzykiem-skrzypkiem. Grał u Rachonia, Wodiczki i Roweckiego – najznaczniejszych dyrygentów w pierwszym dwudziestoleciu PRL. Potem przeniósł się do Szwecji, gdzie grał do przedwczesnej śmierci  u zarania lat 80. I tenże wysokiej klasy skrzypek bez żenady przyznawał, że z nich trzech ( Jaro, Weno i Milo – Milo to mój ojciec) Milo był jedyny ze słuchem idealnym.  Weno, średni brat, inżynier – przy pianinie też swobodnie się obywał. W pierwszych latach po wojnie ojciec grał na perkusji w tworzącej się Filharmonii w Bydgoszczy. Razem z przyjacielem z Wilna, Henrykiem Czyżem, później świetnym polskim dyrygentem i kompozytorem. Ale gdy orkiestra nabierała szlifu i oferowała stałe posady, dyrektor (ze zrozumiałych względów) chciał by ojciec zapisał się do konserwatorium na formalne studia. Pochodząc z domu muzycznego od urodzenia, ojciec wiedział ile pracy i czasu takie studia wymagają. I powiedział krótko – nie ma mowy, nie mam czasu, chce teraz żyć. I zajął się plastyką, sztuką wizualną. Ta zdecydowania nie wymagała od niego dyscypliny. Której nigdy nie miał. I to chyba ja po nim odziedziczyłem. Bo zdecydowanie nie idealny słuch, którego nie mam, choć muzykę kocham i znam dość dobrze.

powyżej: 1) siostrzenice mojej babci, pianistki Lusia i Hala; 2) trójka braci, mojego ojca Bogumiła (Milo, formy oficjalnej nigdy nie używał), plastyka; skrzypka (Jaro)Jarosława i inżyniera (Weno)Wacława; 3) mój pradziad Fekecz, w Słupsku (obecnie Białoruś) ok. 1905, skrzypek; 4) mój ojciec chrzestny, Jaro; od lewej: na koncercie z wielkim Yehudi Menuhinem, Warszawa, 1957; na prywatnych lekcjach kocertmistrza skrzypcowego w Brześciu n/Bugiem, ok. 1929/30; po koncercie z genialnym skrzypkiem, wieloletnim dyrygentem Filharmonii w Marsylii, Roberto Benzi; w parku z przyjacielem, kompozytorem i dyrygentem Henrykiem Czyżem i jego żoną Haliną, śpiewaczką operowa; 5) trzy siostry Fekeczówne: Janina (po meżu Kleczkowska) , Wanda (oficjalnie Jadwiga, ale tego imienia nigdy nie używała, po mężu Pacak) i Zonią (od Zofii, po mężu Buresz) – dzieciństwo w Słupsku, ok. 1911; w Woroneżu (dawne województwo witebskie przed rozbiorami) ok. 1915 i w Brześciu Litewskim w 1924

Zaczęło się od wspomnień w związku z dopiero zakończoną XVIII edycją Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. F. Chopina. I moim oczarowaniem Koncertem e-moll w wykonaniu zwycięzcy, Bruce’a Liu. I o tym słów kilka chciałem napisać. A tu moje dzieciństwo, ciotki z odeszłych epok i świata, pianistki już nie żyjące (Hesse-Bukowska i Smendzianka) lub w bardzo podeszłym wieku (Gychtołówna), Kresy i PRL. Wszystko czasy dawne lub bardzo dawne. No, ale właśnie muzyka, zwłaszcza tzw. klasyczna (jakże nie znoszę tego terminu kompletnie fałszywego i sztucznego) ma to do siebie, że światy inne otwiera, gdy jej słuchamy. Przenosi, jak jaki zaczarowany wehikuł,  w dni lub miejsca odległe w czasie lub przestrzeni, czasem w oba te wymiary na raz. O Koncercie e-moll jeszcze obiecuję wrażenia opisać. Teraz zakończę właśnie słowami jednej z moich ‘nauczycielek’ muzyki z dzieciństwa. Bo jakże mądrze o Konkursie Chopinowskim napisała. I oby jej słowa charakteryzowały, co współcześni jurorzy konkursów muzycznych myślą, czego szukają w grze młody muzyków z tremą przed nimi grających.   

 Lidia Grychtołówna „Najważniejsza jest dla mnie atmosfera, jaką stwarza młody pianista, jego osobowość, indywidualność. Jeśli ktoś ma tę szczególną intuicję artystyczną, nigdy nie zagra przeciw Chopinowi, przeciw muzyce. A przypomnijmy, że konkursy powstały w Warszawie między innymi po to, by wyplenić z interpretacji salonowy kicz. Gdy pianista odczytuje intuicje kompozytora i potrafi przekonać do swojej koncepcji, można mu nawet wybaczyć drobne nieścisłości w traktowaniu zapisu nutowego. Słucha się z zafascynowaniem. Jeśli tego brakuje, wówczas stają się ważne szkolne kryteria poprawności, dokładności wykonania, kropka w nutach, pauza. Skupia się uwagę między innymi na takich elementach, jak wierność w stosunku do tekstu, właściwe frazowanie, pedalizacja. Zawsze jednak czekamy przede wszystkim na fascynujące osobowości”. (Cytat podaję z książki Lidii Grychtołówny „W metropoliach świata.)

Dlatego warto dzieci wszystkie, nawet z domów zupełnie nie muzycznych, zapoznawać z muzyką poważną (kolejny – po ‘klasyczna’- zły termin i w dodatku fałszywy. Owszem, bywa bardzo często poważna, ale bywa też zabawna, wesoła, taneczna). Wtedy będą ją traktować, jako coś naturalnego, znajomego. Nie bez kozery wspomniany już tu Henryk Czyż prowadził w latach 70. popularne programy w TVP pn. „Nie taki diabeł straszny”, gdzie tą muzykę popularyzował.

Paloma Negra

Piosenka ulicy, przedmieść. Folklor muzyczny w miastach i miasteczkach. Ten nurt miał olbrzymi wpływ na kształtowanie się popularnej muzyki estradowej, kariery muzycznej znanych wykonawców ‘od zawsze’ chyba. Najbardziej znanymi rodzajami muzyki popularnej, która z mrocznych barów i podejrzanych chodników przedmieść weszła na eleganckie estrady, do wytwórni płyt, do telewizji i radia były:

1) na kontynencie północno-amerykańskim: amerykańska muzyka murzyńska: jazzowa i negro spiritual. To wywołało prawdziwą rewolucję w sztuce i przemyśle muzycznym USA, a w krótkim czasie podbiło cały świat. Drugim takim elementem była muzyka country (tutaj wpływ najsilniejszy nie miały ośrodki miejskie, a przeciwnie – życie farmersko-kowbojskie i powstałe w jego tle ballady), której stolicą do dziś pozostało Nashville (tak jak ojczyzną jazzu jest New Orlean). Ostatnim wielkim (i po muzyce murzyńskiej – najbardziej kontrowersyjnym) wpływem na charakter muzyki popularnej w USA był styl rap – piosenka przedmieść kryminalnych, gangsterskich, często wulgarnych i mizoginistycznych. Z czasem te prądy muzyczne ulegały stylizacji artystycznej, oszlifowaniu. Nigdy nie zapominając o swych korzeniach i zachowując specyficzną symbolikę, charakter muzyczny i tekstowy.

2) w Europie muzyka folkloru wiejskiego raczej nie odniosła silnego wpływu na twórczość muzyki pop. Miała silny na muzykę klasyczną ale dość nikły na popularną. Odwrotnie było z folklorem miejskich przedmieść. Przykładem ‘domowym’ jest ‘ferajna warszawska’ – muzyka grajków, muzykantów podwórkowych, głównie lat 20-lecia. Przetrwała nie tylko okres wojny ale w formie już bardziej stylizowanej dalej odnosiła silny wpływ na piosenkarzy i kompozytorów profesjonalnych przez całe dziesięciolecia po 1945. Dwa zwłaszcza nurty były tu najsilniejsze: ballada przedmieść praskich i kapele (popularna Orkiestra z Chmielnej) Śródmieścia zawierające w sobie fragmenty żydowskiego folkloru zza Żelaznej Bramy. Silny wpływ na muzykę estradowo-popularną miała też tradycja batiarów lwowskich. Zwłaszcza dzięki popularnym stacjom radiowym  miedzy 1918 a 1939. Jakkolwiek podtrzymywana przez szereg lat po 45 przez środowiska emigracyjne – skutkiem odłączenia Lwowa od Polski, z biegiem lat pozostała tylko w formie pamiątkowo-wspomnieniowej. Ciekawie o tym bardzo pisała jedna z pracownic tych rozgłośni radiowych Włada Majewska, w wydanych w Polsce wspomnieniach w 2006 „”Z Lwowskiej Fali do Wolnej Europy”.  Chyba można, bez popełnienia wielkiego błędu, przyznać, że jedyna częścią Europy, gdzie muzyka folkloru miejskiego ale i wiejskiego miała silny wpływ na rozwój muzyki pop były kraje południowe: Grecja, Włochy i Hiszpania. Przykładami jest zdecydowania muzyka andaluzyjska i flamenco; we Włoszech folklor neapolitański. Folklor miejski (tych przedmieść właśnie) to głownie Paryż, akordeon paryskiego łobuziaka znad Sekwany lub przedmieść Montrmartu nieodmiennie związany z tragiczną miłością, pasją, zdradą. I naturalnie wielką Edith Piaf, która na tych przedmieściach i w tych tanich barach zaczynała swoją oszałamiającą karierę.

3) Zupełnie inna kategorie stanowią państwa Ameryki Południowej, Karaibów i jedyne państwo Ameryki Północnej, które w ten krąg kulturowy się wpisało, Meksyk. Folklor miejski, podmiejski – to oczywiście samba i nieco już stylizowana bossa nova w Brazylii. Ale najbardziej specyficzną odmianą, popularną od Jamajki, przez Kubę aż po Meksyk, jest folklor murzyńsko-hiszpańsko-indiański. Dziwna mieszanina negro spiritual, flamenco i ech Andaluzji. Z tych moim najbardziej ulubionym (poza stylem kubańskim) jest meksykańska odmiana canción ranchera – piosenki ranczerskiej. To rodzaj protest song biedoty przedmieść, która mówi o swoim życiu, pasjach i bólu odrzucając sztuczny, stylizowany na europejskiej i hollywoodzkiej wersji snobistycznej warstwy bogatych śródmieść i palatynowych ranch wielkich posiadaczy ziemskich. Jedną z mniej może znanych, a największych przedstawicielek tej muzyki była zmarła w 2012 Chavela Vargas. Postać nietuzinkowa, niezwykle oryginalna i silna w przekazie artystycznym. Vargas, z jej charakterystycznym, chropowatym głosem, męskim ubraniu (a sięgamy do czasów od końca lat 30. do początków XXI wieku) odrzucała heteronormatywność, ubierała się nie tylko po męsku – śpiewała wchodząc w rolę ‘mężczyzny-macho’. Jej kochanką we wczesnym okresie była kultowa malarka Frida Kahlo (zmarła w 1954) i wydaje się, że była to największa miłość jej życia. Później miała też romans z popularną aktorką Hollywood, Avą Gardner.

Frida Kahlo i Chavela Vargas

Ostatnim wielkim koncertem Chaveli był występ w Carnegie Hall w Nowym Jorku, w wieku 83 lat, w 2003. Był to jej debiut na tej scenie. Zakończony olbrzymim sukcesem.

Jedną z jej najbardziej znanych i przejmujących do samego środka duszy piosenką była „Paloma Negra”.  Kilka dni temu słuchałem w nocy jej interpretacji tej piosenki w wersji, sprzed wielu, wielu lat i w wersji właśnie z Carnegie Hall. Dziwne – ale ta druga wersja, kobiety ponad 80-letniej, kobiety, która przeszła nie tylko długie ale i trudne fizycznie życie (cygara, papierosy, alkohol, narkotyki) – wydała mi się piękniejsza. Głębsza. Muzycznie naturalnie gorsza, jej narzędzia głosowe były już w dużo gorszym stanie. Ale ‘narzędzia’ duszy jakby spotężniały, nabrały pełniejszego wymiaru. Tejże samej nocy napisałem wiersz o tej piosence i o Chaveli. Może wam to przybliży jej sens, treść.

osiemdziesięcioletnia Chavela Vargas

śpiewa Paloma Negra.

Wszystko pamięta, każde wzruszenie,

każde dotknięcie, dreszcz.

Słyszy przyspieszone bicie serca

Czarnego Gołębia sprzed lat.

Nie widzi sceny ni rzędów

krzeseł i siedzących w nich

słuchaczy nowojorskiej

socjety. Słyszy tylko gitarę

i słyszy szept: bądź moja.

Tej zabawy, tej nocy,

w tym tańcu i przez

ten pocałunek los negra.

Usta i dłonie Chaveli drżą,

tak jak drży jej głos.

Nie tylko wiekiem,

nie tylko wzruszniem.

Drżą smakiem głodnych,

gwałtownych ust Paloma Negra.

(3 październik, 2021, B.P.G)

Piosenka, ballada folkloru przedmieść. Paloma negra znaczy czarny gołąb. Czarny, bo artyści canción ranchera, ich kochanki i kochankowie mieli ciemne skóry. W Paryżu był szary wróbel czyli po francusku: piaf. Nie nazywano ich ani nie nazywali siebie pięknymi pawiami, kolorowymi papugami czy dostojnymi orłami. Gołąb, wróbel – szary ptak ulicy. Jej część nieodłączna. Od pozostałych mieszkańców tej ulicy różnili się tym, że mieli skrzydła, byli wolni i mogli wznieść się ku obłokom.

Residential Schools survivors and ‘heavenly math’

After many years of refusing to apologize to First Nations of Canada – the Catholic Bishops offered their ‘sincere apology’. It was neither an apology nor was it sincere. Actions speak louder than voice, dear bishops. You came short on the ‘action’ side by milestones. And years too late. You, who made the most money on that scheme called ‘Residential Schools’ of all others. You, who committed the most of all the heinous and unspeakable acts perpetrated against these children, forced into your ‘care’ by barbarous law of the land. No other entity (other than Canada as a state) came even close. All other Churches, much smaller and poorer than you – accepted their guilt, apologized and paid agreed upon compensation. You should have paid for, depending on the sources, between 60 to 70% of all the Churches, who run the schools, since you operated 60 to 70% of them. The United, Anglican and Presbyterian Churches paid their share years ago.

Let see how much you actually were assessed by the Courts to pay. Was it close to the 60 or 70%? And did you actually paid the survivors for the their pain and suffering?

Dr. Mike DeGagne, president of the Nipissing University in Ontario and recipient of the Order of Canada researched that problem rather well and that research become to be known as the “The Catholic Church Math” – an innovative ‘school of math’ very different from that taught at schools and universities. I would call it, appropriately, heavenly math. Very different from Earthly math known to humans from times much older than Catholic Church. 

It first started as a normal math and logic. Through consultation and court rulings it was agreed that out of all reparations owned to survivors the Government agreed that since the Schools were established by Government – it assumed responsibility for 70% of all damages. The Churches were assigned 30% of the settlement, out of which, logically, close to 70% was assigned to Catholic Church. All parties involved agreed. Again, logic was, as it should be, the prevailing argument. No, the State (Canada) did not committed such heinous, criminal acts as the Churches. Yet, the State gave the Churches  almost a free rein in running the schools and therefore it’s culpability is and should be the largest. The State was the proverbial gate  guard, who let the fox in and gave it control of the chicken coop. The ‘fox’ , of course, being the Christian Churches.  

After the reaching the agreement, the Catholic Church begun a big scheme. That would amount to hundreds of millions of dollars. Poor Catholic Church, despite being one of the richest institution in the world, could not stomach it.

 

XVI century, The Pope in triple crown, emperors holding his horse and kings as a vanguard at the front

Thus the Heavenly math begun.

Since this compensation would amount to hundreds of millions of dollars the Catholic Church argued their case. They brought in their fancy lawyers from the Vatican, who argued that the Vatican Holy Catholic Church as an organization did not exist in Canada. Even though the Vatican is one of the richest organizations in the world and have amassed trillions and trillions of dollars over the years, the Catholic Church refused to pay any compensation to First Nations Residential School Survivors. Instead the Church (the Vatican) left the blame to fall on the small components or entities of the Catholic Church that operated within Canada. In short the dioceses and parishes. The Vatican then shielded itself from these entities by insisting that these entities operated outside the Church so therefore the Vatican was not legally responsible for the actions committed by these entities.

Even though these so-called Catholic Church entities in Canada are controlled by the Vatican and send the majority of their money to the Vatican, the Vatican insist they operate outside the Church. Basically what the Catholic Church did was cut off their arm to save the body knowing that these entities in Canada would end up bankrupt before they could pay any substantial compensation to the Residential School Survivors.

Since the Vatican freed themselves of any damages suffered by First Nations people in Canada, any compensation would therefore have to come from these so called Catholic Church entities. After much debate the Catholic Church ‘entities’ in Canada argued down their contribution to the compensations for damages, and in the end the Catholic Church ‘entities’ agreed that they would pay $70 million in compensation to the Residential School Survivors. The Federal Government stated that the Catholic Churches contribution of $70 million should go to the Aboriginal Healing Foundation. This $70 million would go towards the healing aspect of the process.

  • $70 millions – $20 million (In Kind Contribution) = $50 million

However, before paying any of the $70 million, the Catholic Church in Canada argued that $20 million should come off the top for any and all services that were already provided by the Catholic Church across Canada since the Residential schools closed. These services, the Church argued, included funerals, baptisms, first communions, Sunday service, bible study classes, weddings etc., services that the Catholic Churches would have provided anyways. However, the Church now wanted to be compensated $20 million dollars for all the work they provided within Aboriginal communities across Canada. The Catholic Church called this $20 million, “In Kind Contribution!” This was accepted by the Court and therefore left $50 million of the original $70 million the Catholic Church had to pay to Residential School Survivors. Never mind that this amounts to publicly admitting that all sacraments should be treated as a business commodity with affixed price tag. But this comment I should leave for catholic consciousness to weigh. 

  • $50 million – $20 million (best effort) = $30 million

Next, the Catholic Church in Canada argued that they should have an opportunity to raise $20 million of the $50 million and promised they would make their best effort to raise the $20 million dollars. This was titled “Best Effort” and was accepted by the Court. However, the problem with this is that the Catholic Church’s entities in Canada have a hard time raising even one million dollars, let alone $20 million.

80% of the money that is raised by these Catholic Church entities through contributions and/or fund raising etc. has to go straight to the Diocese. The Diocese is basically the administration part of the Church run by Bishops, who in turn send a majority of the money they receive straight to the Vatican. Even though the Vatican argued the Catholic Church did not exist in Canada and left blame to the Canadian Church entities, the Vatican still continues to collect money from these entities. In the end zero dollars of this so-called “Best Effort” $20 million dollars were raised by the Church and thus sadly the Catholic Church never paid one single dollar of this $20 million of $70 million dollars they agreed to pay to the Residential School Survivors.

  • $30 million – $8 million (Previous Court Settlements) = $22 million dollars

Of the remaining $30 million, the Church argued, that $8 Million dollars needed to come off the top for previous court settlements that resulted when private individuals took the Catholic Church to court for wrongs that they as individuals suffered in Residential Schools prior to the class action lawsuit.

  • $22 million – $6 million (Future Services) = $16 million

Now, of this $22 million the Catholic Church argued that 20% needs to go to any future services the Catholic Church may provide for First Nation communities in Canada. These future services include funerals, baptisms, first communions, Sunday service, bible study classes, weddings etc. Although these services are services the Catholic Church would have provided anyways, the Catholic Church wants to be prepaid for these services they may provide. Furthermore, the Catholic Church wanted to have these so called future services subtracted from what they had to pay to Residential School Survivors, despite the fact that these services are paid for by the First Nations themselves since many community administrations include Church services within their budget. So even though the Catholic Church would receive payment for their future services through contributions made to them by First Nations, the Court allowed this 20% deduction from the remaining $22 million.

So here is the math. 20% of $22 million is $6 Million that will come off the top for future services the Church may provide in the future even though they provide these services anyways.

More legal skirmishes

After all these deductions, only $16 million dollars was left from the initial $70 million that was supposed to go to the Aboriginal Healing Process to help with the healing process of Residential School Survivors. However, before the Catholic Church handed over any of the remaining $16 million, the Church demanded that they have representatives on the board of the Aboriginal healing Process. These representatives, the Catholic Church argued, should have control over where the money is spent or where it is allocated. The Aboriginal Healing Process refused this demand, but stated that they would allow the representatives from the Catholic Church to sit on their Board. Moreover, the Aboriginal Healing Process would decide where the money is spent.

In response, the Catholic Church refused to pay any of the remaining $16 million of the original agreed $70 million to the Aboriginal Healing Process. The Catholic Church started campaigning other Indigenous organizations across Canada, offering the $16 million dollars to any organization that would allow the church to control where the money was spent.

Most of the Aboriginal organizations refused the Church’s offer. Finally the Assembly of First Nation (AFN) under Phil Fontaine agreed to accept the $16 million under the Catholic Church’s terms. However, Phil Fontaine resigned before AFN could receive the $16 million and when Shawn Atleo became National Chief, he immediately reneged on AFN’s previous agreement and refused to accept the $16 million. Instead, Shawn Atleo openly insisted that the $16 million must go to the Aboriginal Healing Process. When the Church again refused, the Canadian Federal Government finally intervened and forced the Catholic Church to pay the Aboriginal Healing Process.

However, the Catholic Church only paid $14.4 Million and kept $1.6 million. The Church insisted this $1.6 million was for administration cost. After evidence came in showing the Church lied, the Courts stepped in and forced the Catholic Church to pay the remaining $1.6 million. Finally, in December 2015 the Catholic Church paid the remaining 1.6 million.

There you go – according to (and approved by Canadian Courts and Government) ‘heavenly math’ of the Holy Roman Catholic Church (or the Canadian ‘independent entities’ of the Church) the unspeakable crimes of cultural genocide, rape, physical and mental abuses and finally death of many, inflicted on generations of First Nations Children is worth 16 million dollars.

Have you ever visited any of wonderful cathedrals of the Church in Canada? These ornate, grandiose buildings  in all type of architectural styles, adorned with rich tapestry of art? To any of its basilicas, oratories? Have you? No, not your local and often poor wooden church of your local parish. Have you seen the vastness of land the Catholic Church owns in Canada from sea to sea to sea? The properties in the middle of most expensive cities in Canada like Vancouver, or Montreal, or Toronto? Not even churches or other sacred places. There are hospitals (like St. Paul in downtown Vancouver), schools of all levels, businesses. I would not ask if you have visited Vatican City and seen the grandiose, stunning and overwhelming beauty and richness (bot spiritual and also very much material) of this place. There is not a single Imperial or Royal Court, Palace or castle anywhere in the world that can compare to Vatican’s splendour.

And that Church, that Religious Institution was able to gather only 16 million to pay as reparations to survivors of the hell called Indian Residential Schools. 16 years after many years of court battles and legal challenges. it took years for its Canadian bishops to utter ‘we are sorry’.

Your Eminences – I don’t trust you and I don’t believe you. As religious leaders, as shepherds, as administrators you have not only mislead First nations in Canada, you have mislead your flock – you mislead Canadian Catholics, who honestly believe in your message, your service and your honesty.  

Dokąd dzban wodę nosił?

Prawie natychmiast po wyborach parlamentarnych w 2015, nowy Rząd RP, Prezydent i Parlament (Sejm i Senat) polski znalazły się na kursie kolizyjnym z Unią Europejską. Początkowy nie były to sprawy ani zasadnicze ani nie niespotykane w dotychczasowej historii Unii Europejskiej. Tyczyły bardziej symboliki konfliktu liberalnej (w olbrzymiej większości) polityki państw europejskich z jednej strony a głośnych nawoływań władz RP do symboliki nacjonalistycznej, tradycjonalistycznej, skrajnie prawicowej. Mówiąc jeszcze bardziej ogólnikowo, zasadzało się to na różnicy między wizją państwa tolerancyjnego z jednej strony (większość partnerów europejskich), a państwa sztywnego, homogenicznego kulturowo, etnicznie i wyznaniowo, wrogiego wobec innych wpływów, z drugiej strony (Polska).

Do pierwszego konfliktu formalnego doszło już na przełomie 2015/16 roku. Tu w grę wchodziły już sprawy zasadnicze związane z praworządnością w Polsce oparte na fundamentalnym w Unii Europejskiej i cywilizacji zachodniej systemie ścisłego rozdziału władzy i pełnej niezależności tych trzech podstawowych filarów tejże władzy: wykonawczej (rząd, prezydent/głowa państwa); ustawodawczej (parlament); sądowniczej. Konkretnie w sytuacji w Polsce chodziło o Trybunał Konstytucyjny, jego skład i sposób (gwarantowany bezpośrednio w Konstytucji i pośrednio w Ustawie o TK) obsadzania sędziów i ich kadencji. Nie będę opisywał tu szczegółów sytuacji i detali konfliktu. Proponowane zmiany i przegłosowanie nowej ustawy zostało zaskarżone do Trybunału. Trybunał, w pełnym składzie i udostępnionym publicznie procesie umożliwił każdej stronie szczegółowe i wyczerpujące argumentacje. I wydał wyrok stwierdzający, że nowa ustawa jest w sprzeczności z polską Konstytucją i nie ma w związku z tym mocy prawno-wykonawczej. Rząd (kierowany ówcześnie przez premier Beatę Szydło) zdecydował nie wypełnić obowiązującego rząd ogłoszenia wyroku w Dzienniku Ustaw (Monitorze) i tym samym zdecydował, że wyrok nie jest prawomocny. A Minister Sprawiedliwości RP nazwał proces ‘spotkaniem przy kawie grupy sedziów’, którego władze nie muszą i nie będą traktować, jako pełnoprawnego wyroku. Nota bene wyrok ten do dziś nie został opublikowany.

Spowodowało to olbrzymie protesty publiczne w Polsce i początek poważnego opory społeczeństwa. Był to też początek formalnego już, nie tylko symbolicznego, zaniepokojenia władz Unii Europejskiej i narastającego w tej Unii stanowiska podjęcia kroków zapobiegawczych. Tak zaczął się trwający ponad pięć lat mecz ping-pongowy między Brukselą a Warszawą. W sukurs Jarosławowi Kaczyńskiemu przyszły historyczne zbiegi okoliczności: najpierw ponad dwa lata trwający skomplikowany proces Brexitu (wyjścia z Unii Wielkiej Brytanii) a potem trwająca blisko dwa lata pandemia.  Pewną pomocą dla Warszawy były też: 1) prezydentura Donalda Trumpa, którego (by użyć maksymalnie delikatnego określenia)  niekonwencjonalna dyplomacja wobec aliantów europejskich i awanturnictwo polityczne z Północną Koreą, Rosją, Iranem pochłaniało masę czasu dyplomacji EU i stolic europejskich; 2) kryzys emigracyjny i wojna syryjska oraz wojna z terrorystycznym kalifatem ISIS. Te olbrzymie problemy pochłaniały większość czasu tak UE, jak i Berlina, Paryża, Rzymu, Madrytu i mniejszych państw unijnych. Rosła atmosfera sporu i narastał konflikt ale brakowało politycznej jedności i siły na silne starcie w Warszawą. Były żądania, groźby, wizyty, dyskusje, posiedzenia. PiS przeprowadzał ustawy wobec kolejnych organów sądowych (Sądu Najwyższego, Sądów Powszechnych), potem zmieniał te ustawy, zyskiwał czas. Robił pięć kroków do przodu (często metodą faktów dokonanych) i dwa do tyłu. Generalnie można powiedzieć, że od kilku dobrych lat prezydent, rząd i sejm są w stanie nieustannej wojny z sądami polskimi.  Sukcesem (dla Polski raczej klęską) jest jednak fakt, że główne osoby głównych organów sądowych (Trybunału Konstytucyjnego, Sądu Najwyższego, olbrzymiej większości sądów wysokiego szczebla, a nawet najniższego) czyli ich prezesi i prezeski są nominatami rządu i mimo, że obsiadają te stanowiska w sprzeczności z prawem nie tylko konstytucyjnym ale nawet prawem ustawowym – mają wpływ na funkcjonowanie sądów, wyroki, obsady sędziowskie w procesach. Słowem władza sądowa w Polsce straciła w dużej mierze swą niezależność. Im dłużej ten proces trwa, tym trwalsze i bardziej niebezpieczne te zmiany są. Z każdym miesiącem prawie, naturalnym biegiem rzeczy, ktoś odchodzi na emeryturę, czyjaś kadencja się kończy a nowi sędziwie na ogół (dzięki tym zmianom) są blisko powiązani z partia rządzącą. Ale też wydaje się dobiegać kresu ciąg ‘szczęśliwych zbiegów wydarzeń’: pandemia się kończy, Trump przegrał kolejne wybory z kretesem; ISIS zostało rozbite, Biden wrócił do polityki pro-europejskiej, rozwód z Anglią zakończony. Zakończyła się też, wydaje się, cierpliwość polityków i władz Unii. Sprawa polskiej praworządności znalazła miejsce na wokandzie Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Padły tzw. wyroki zabezpieczające, pełny wyrok zapadnie za kilka tylko tygodni. Można powiedzieć, że sprawy w końcu stanęły na ostrzu noża. Co było do przewidzenia. Tym razem czas jednak jest mniej korzystny dla PiS i jego obozu koalicyjnego. Nie tylko ze względu na większą stanowczość i stwardnienie pozycji UE. Zmieniła się sytuacja polityczna w Polsce. Silna pozycja i popularność Rafała Trzaskowskiego i Szymona Hołowni, zjednoczenie się obozu Lewicy, powrót bardzo niedawno do Polski i aktywna rola, jaką przyjął, Donalda Tuska, bardzo silny spadek wpływów na społeczeństwo sojusznika PiS – Kościoła katolickiego – wszystko to stawia Jarosława Kaczyńskiego w pozycji osłabionej. Wybrał zbyt wielu przeciwników, wypowiedział wojnę zbyt wielu grupom społecznym. Ma też od miesięcy silne problemy wewnątrz własnej Koalicji, która wstrząsana jest stale jakimiś pałacowymi rewolucjami, groźbami, szantażami. Argument najważniejszy, jaki od 2015 roku powtarzany jest jak mantra pisowska – wygrana w wyborach powszechnych, a więc poparcie większości obywateli – traci na sile z dnia na dzień.

Trzeba zresztą pamiętać, że to kwestie wewnętrzne Polaków. Unia nie może i zdecydowanie nie chce narzucać kogo Polacy mają wybierać, nie może i nie chce narzucać jakie prawo aborcyjne lub jakie prawo małżeńskie obowiązuje w krajach członkowskich. Może prowadzić kampanie uświadamiającą, przekonywać do większej liberalizacji i tolerancji obyczajów i przez to praw – ale nie są to obszary prawa traktatowego Unii. Natomiast praworządność i ustrój urzędu sędziego – są. Bo każdy sędzia krajowy jest automatycznie sędzią Unii Europejskiej, więc prawom traktatowym Unii podlega. Jest bardzo możliwe, że Kaczyńskiemu i jego podpalaczom III Rzeczypospolitej ten szczegół uciekł uwadze. I może ich to drogo kosztować. W przenośni (politycznie) i dosłownie (w subwencjach). Nie rozumie też tego pani Przyłębska pełniąca czasowo (i niezgodnie z Ustawą) funkcję Prezesa Trybunału Konstytucyjnego RP. Ale to nie zaskakuje nikogo. Pani Przyłębska orłem nauk prawniczych nie jest. Jak wielu innych polityków Zjednoczonej Prawicy pełniących wysokie (i legalnie objęte) funkcje w państwie. Ale to już inny temat. Nie chodzi też o to czy Unia ma prawo ingerować w sposób organizacji funkcjonowania sądów polskich. To też gestia państw członkowskich a nie Unii. Są różne w różnych państwach członkowskich. Wynika to z danej, lokalnej tradycji. Tu chodzi o rzecz prostą: organizujcie, jak chcecie ale nie wolno wam w jakikolwiek sposób naruszyć niezależności indywidualnego sędziego europejskiego, a sędzia polski jest sędzią europejskim.

O tym przestrzegają w osobnych publicznych oświadczenia sędziowie w stanie spoczynku Trybunału Konstytucyjnego RP (w tym wszyscy byli Prezesi tego Trybunału) i cztery ogólno-europejskie organizacje profesjonalne sędziów i prokuratorów europejskich. Teksty tych Oświadczeń przytaczam in corpore. Sa jasne i nie ma sensu bym starał się je komentować czy tłumaczyć. Warto, by każdy obywatel je przeczytał.

Stawka jest wysoka. Może być początkiem opamiętania władz RP i przywrócenia porządku praworządności w Polsce. Może być początkiem (nawet jeśli nie formalnym) Polexitu. A tego, nawet elektorat pisowski, by chyba wolał uniknąć.

OŚWIADCZENIE SĘDZIÓW W STANIE SPOCZYNKU TK RP

„Od kilkunastu lat Trybunał Konstytucyjny, zarówno przed, jak i po przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej, wypowiadał się jednoznacznie i konsekwentnie o nadrzędnym miejscu Konstytucji RP w systemie obowiązujących w naszym państwie źródeł prawa. Stanowisko to łączyło się przy tym ze sformułowaniem zasady przychylności RP dla integracji europejskiej. Potwierdzona i skonkretyzowana została konstytucyjna norma, stosownie do której Rzeczpospolita Polska przestrzega wiążącego ją prawa międzynarodowego.

 Stwierdzenie przez TK w wyroku z 14 lipca b.r. (P7/20) niezgodności z Konstytucją RP przepisów traktatów unijnych proklamujących zasadę lojalnej współpracy państw członkowskich oraz przyznających Trybunałowi Sprawiedliwości Unii Europejskiej kompetencje do zarządzania środków tymczasowych w rozpatrywanych sprawach oznacza nieuzasadnione odejście od dotychczasowej linii orzecznictwa.

Już niedługo, bo 3 sierpnia 2021 r. ma się odbyć przed TK w pełnym składzie rozprawa w sprawie K 3/21. Trybunał Konstytucyjny będzie rozpoznawać od początku wniosek Prezesa Rady Ministrów o stwierdzenie niezgodności z Konstytucją przepisów traktatów europejskich, które stwarzają dla instytucji unijnych podstawy traktatowe do badania, czy prawo państw członkowskich, w tym polskie, zapewnia podmiotom prawa skuteczną ochronę w dziedzinach objętych prawem Unii. W szczególności chodzi o zagwarantowanie niezależności sądów i niezawisłości sędziów.

Sędziowie TK w stanie spoczynku z głębokim niepokojem oceniają, że wydanie wyroku uwzględniającego wniosek w sprawie K 3/21 będzie równoznaczne z zakwestionowaniem mocy obowiązującej podstawowych przepisów prawa unijnego w Polsce. Wyrok ma być przy tym wydany na wniosek Prezesa Rady Ministrów, członka Rady Europejskiej, organu konstytucyjnego kierującego rządem, upoważnionego z mocy Konstytucji do prowadzenia polityki wewnętrznej i zagranicznej RP.

Sędziowie Trybunału Konstytucyjnego w stanie spoczynku stwierdzają, że nadrzędna rola Konstytucji RP nie zostaje w żadnej mierze naruszona, jeśli instytucje unijne żądają poszanowania niezależności sądów i niezawisłości sędziów. Żądania te nie wykraczają poza to, co zostało im przyznane w traktatach unijnych, ratyfikowanych przez RP i których zgodność z Konstytucją została potwierdzona przez Trybunał Konstytucyjny. Kompetencje instytucji unijnych nie dotyczą bowiem ustroju sądownictwa, lecz cech jakie muszą mieć sędziowie krajowi, aby móc orzekać w sprawach europejskich. Poszanowania zaś niezależności sądów i niezawisłości sędziów wymaga także polska Konstytucja (art. 4, art. 45, art. 78, art. 173, art. 178).

Sędziowie TK w stanie spoczynku apelują zatem do Prezesa RM o wycofanie wniosku, co jest możliwe do czasu rozpoczęcia rozprawy.

Coraz częściej wypowiadane są obawy, że nasze państwo znalazło się w krytycznym punkcie najnowszej historii i że m.in. od Trybunału Konstytucyjnego zależy, czy obrana w 1989 r. roku droga rozwoju opartego na zasadzie demokratycznego państwa prawa i integracji z Europą Zachodnią nie zostanie przerwana. Zabranie przez nas głosu wynika z wierności konstytucyjnej przysiędze, jaką składaliśmy przy powołaniu do stanu sędziowskiego i z przekonania, że polska racja stanu wymaga, abyśmy obecnie nie milczeli”.

Oświadczenie podpisali sędziowie TK w stanie spoczynku:

Stanisław Biernat; Teresa Dębowska-Romanowska; Kazimierz Działocha;

Lech Garlicki; Mirosław Granat; Wojciech Hermeliński; Adam Jamróz;

Stefan Jaworski; Biruta Lewaszkiewicz-Petrykowska; Wojciech Łączkowski;

Ewa Łętowska; Marek Mazurkiewicz; Andrzej Mączyński; Janusz Niemcewicz;

Małgorzata Pyziak-Szafnicka; Stanisław Rymar; Ferdynand Rymarz;

Andrzej Rzepliński, były prezes TK; Jerzy Stępień, były prezes TK; Piotr Tuleja;

Sławomira Wronkowska-Jaśkiewicz; Mirosław Wyrzykowski;

Bohdan Zdziennicki, były prezes TK; Andrzej Zoll, były prezes TK, były RPO

Marek Zubik

OŚWIADCZENIE ORGANIZACJI SĘDZIOW I PROKURATOROW EUROPEJSKICH

Cztery europejskie stowarzyszenia sędziów i prokuratorów z dużym niepokojem obserwują reakcję polskich władz na orzeczenia Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości z 15 lipca 2021 r. (sprawa C-791/19) oraz z 14 lipca 2021 r. w toczącej się sprawa C-204/21 dot. tzw. „ustawy kagańcowej”.

– europejscy sędziowie i prokuratorzy solidaryzują się z polskimi kolegami stojącymi na straży praworządności i opierającymi się atakom polityków, pomimo prowadzonych przeciwko nim publicznych kampanii oszczerstw, gróźb postępowań dyscyplinarnych oraz gróźb uchylenia immunitetu w sędziowskiego w obliczu fabrykowanych i politycznie motywowanych zarzutów karnych;

– europejscy sędziowie i prokuratorzy potwierdzają jednoznacznie wiążący skutek orzeczeń Trybunału Sprawiedliwości zwłaszcza w odniesieniu do fundamentalnych wartości Unii Europejskiej;

– europejscy sędziowie i prokuratorzy są trwale oddani niezawisłości sądownictwa i praworządności.

Jean Monnet, jeden z architektów Unii Europejskiej, powiedział kiedyś, że „Europa będzie wykuta w swoich kryzysach”. Obecnie przeżywamy taki kryzys. Sposób, w jaki na ten kryzys zareagują obywatele i instytucje Unii Europejskiej określi jej przyszłość.

Biorąc pod uwagę niedawną decyzję Komisji Europejskiej o wyznaczeniu dla Polski terminu na zastosowanie się do orzeczeń Trybunału Sprawiedliwości dotyczących polskiej Izby Dyscyplinarnej, apelujemy do Komisji Europejskiej, Parlamentu Europejskiego i Rady Europejskiej o:

i) podjęcie instytucjonalnych działań wobec polskich władz państwowych, a w szczególności rządu polskiego zmierzających do natychmiastowego przywrócenia rządów prawa w Polsce;

ii) podjęcie wszelkich niezbędnych środków i uruchomienie wszystkich instrumentów zapisanych w traktatach w celu zagwarantowania poszanowania porządku prawnego Unii Europejskiej”.

List podpisali – Edith Zeller, Prezes Stowarzyszenia Europejskich Sędziów Administracyjnych (AEAJ), – Filipe Marques, Prezes Magistrats Européens pour la Democratie et les Libertés (MEDEL), – José Igreja Matos, Prezes Europejskiego Stowarzyszenia Sędziów (EAJ), – Tamara Trotman, Prezes Stowarzyszenia „Sędziowie dla Sędziów

Dziwna noc majowa

Zakończyły się ledwie obchody, dziwne trochę już od kilku lat, rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego. Bo niby i wieńce, i gromadne spotkania ludzi. Ostatni już, bardzo nieliczni, weterani Powstania, przedstawiciele władz państwa i miasta, reprezentanci wojska, organizacji kombatanckich i społecznych. Jest i zaduma głęboka.

A obok zadumy zaraz jest też obok zadyma petardowo-pochodniowa jakichś dziwnych typów, które łatwiej porównać do żołnierzy i weteranów rosyjskiej dywizji SS RONA Bronisława Kamińskiego, którzy w walkach warszawskich też udział brały – tylko naturalnie po stronie niemieckiej. Ale nie o polskich durniach narodowo-faszystowskich lub zwykłych ‘patriotycznych’ kibolach i durniach tu chcę wspominać.

Kiedy myślę o Powstaniu nachodzą mnie myśli zawsze o młodych, romantycznych, marzycielskich chłopcach i dziewczynach. O tych, którzy winni chodzić wieczorami sierpniowymi, trzymając się za ręce po alejkach warszawskich parków, nad brzegami Wisły. O młodych poetach, którzy przy kawiarnianym stoliku z wypiekami na twarzy czytają przyjaciołom właśnie napisany na papierowej serwetce wiersz. Widzę Janka Bytnara i Tadeusza Zawadzkiego (Rudego i Zośkę) odprowadzających się z Powiśla w Aleję Niepodległości i z powrotem. Widzę ich kolegę z Gimnazjum Batorego, Krzysztofa Kamila Baczyńskiego prowadzącego jakaś literacką sprzeczkę z Tadeuszem Gajcym. I Gajcy odpowiadał mu z przejęciem:

T. Gajcy

 …Ile rąk, ile spojrzeń

ile melodii trzeba w śnie —

Nie wiem, ja i ty nie wiesz

i nikt wiedzieć nie może,

ile rąk, ile spojrzeń

ile melodii —

kto wie?

szeptem zrezygnowanym kończąc: ‘Przecież nikt wiedzieć nie może,

a ty byś chciał ?’ ( „Wiersz o szukaniu”, fragment)

Między 15 a 20 rokiem życia postać Baczyńskiego, jego poezje, były mi szczególnie bliskie. Nikt chyba takiego na mnie wówczas wpływu nie miał, jak jego spuścizna literacka. I jego tragiczna śmierć czwartego dnia Powstania. Nigdy już o dzień się nie zestarzał, o godzinę nie zwiększył swej powagi wieku. Więc w 1977 był ledwie kilka lat starszym ode mnie rówieśnikiem. A przekleństwo przytłaczającej rzeczywistości zsowietyzowanego PRL jeszcze bardziej mnie z nim wiązało. Czekamy na ciebie, czerwona zarazo – powtarzałem myśląc o jego śmierci jakże tragicznej w wymiarze osobowym ale i większym, jako niepowetowana strata kultury polskiej geniuszu poetyckiego pierwszej wielkości.  I patrząc na otaczający, podły świat, to hamletowskie życzenie barda Powstania, Józefa Szczepańskiego z jego ostatniego, słynnego wiersza „Czerwona zaraza” (rówieśnika Baczyńskiego, który zginął we wrześniu 1944), samo przychodziło na usta:

J. Szczepański

Żebyś ty wiedział nienawistny zbawco, 

jakiej ci śmierci życzymy w podzięce

i jak bezsilnie zaciskamy ręce, 

pomocy prosząc, podstępny oprawco.

3 maja 1977 roku, w dzień Konstytucji, byłem z moim przyjacielem, Stefciem na Starówce. Łaziliśmy, gadaliśmy dużo. O Konstytucji, o zdradzie targowickiej, o kolejnych zrywach powstańczych, które nieodmiennie kończyły się klęskami i strasznej cenie tych tłumionych powstań, które zawsze pożerały kwiat młodej inteligencji polskiej i zawsze kraj pozbawiały przyszłych elit kulturalnych i politycznych. Późnym już bardzo wieczorem lub wczesną nocą doszliśmy Podwalem do zaułka Koziej. Obok, u Hopfera drzwi były jeszcze otwarte. Zdążyliśmy na ostatnią butelczynę wina. I przy butelce Egri Bikaver, jak przy flaszce starego węgrzyna, młody, z piękną czupryną hrabicz Stefciu (faktycznie był w prostej linii herbowym hrabią, choć nigdy o tym ani nie mówił ani ja się do niego tak nie zwracałem, chyba, że w formie ‘obelgi’ w trakcie filozoficznej kłótni – a na te tematy kłócić się lubiliśmy strasznie i ostro) rzucił mi wyzwanie: ja zacznę jakiś wers a ty musisz skończyć.  I zaczął od Baczyńskiego właśnie. A ja kończyłem. Wiersz i butelczynę. Do winiarni weszła starsza pani z resztkami bukietów tulipanów. Nie najświeżej już wyglądały, w dodatku zniknęły już dawno ostatnie pary i kwiaciarka zrezygnowana i smutna  spojrzała na nas proszącym wzrokiem pytając : a może tulipana dla szanownego młodego pana? Już chciałem powiedzieć: nie, dziękujemy, gdy Stefcio wyciągnął dwadzieścia złotych mówiąc – naturalnie, muszę kupić przyjacielowi, by wygrał test poetycki. Kobiecina się ucieszyła i sięgnęła po bukiecik z koszyka. Wybrałem jednego a resztę bukieciku oddałem z powrotem. Po czym zdecydowaliśmy, że idziemy prosto pod tablicę Krzysztofa Kamila u zbiegu Senatorskiej i Moliera.

K.K. Baczyński

I poszliśmy kompletnie już pustymi uliczkami. Pod tablica położyliśmy tego tulipana. Nie chciało się już nic mówić, ani mądro-głupich dowcipów ani recytować wierszy, tym bardziej jakichś tromtadrackich, patriotycznych sloganów. Milczeliśmy. Stefcio pociągnął mnie w końcu za łokieć i powiedział cicho: dosyć. Idziemy, nic przecież nie zmienisz.

Miał racje, nic zmienić nie można było. On już więcej nic nie napisze. Zginął ponad dekadę zanim ja się urodziłem. Poszliśmy prze Ogród Saski w kierunku Marszałkowskiej. W Ogrodzie siadłem na chwilkę na ławce pod jakimś słabym żółtym światłem latarni i zacząłem pisać wiersz. Inny niż typowy wiersz, bo pełen cytatów Baczyńskiego. Dziwny. Jak ten cały wieczór. Moja rozmowa ze Stefciem i rozmowa z Krzysztofem Kamilem. Prawie dziesięć lat później ten wiersz opublikowałem w Kanadzie, w wydawanym wówczas w Edmonton kwartalniku „Dialogi” (t.1, nr 4). Poniżej zdjęcia ze stron kwartalnika z tym wierszem.  

O literaturach polskich poza Polską

Przez pokolenia istniał w polskiej przestrzeni literackiej obszar zwany ‘literatura emigracyjną’. Odzyskanie przez Polskę suwerenności na przełomie 1989/90 i nowe sytuacje socjo-polityczne, nowe koncepcje indywidualizmu i niezależności twórczej mogą czasem utrudniać zrozumienie tegoż konceptu (lit. emigracyjnej) i jej miejsca w w szeroko rozumianej literaturze polskiej. Wydajac przez szereg lat rocznik twórczości polskiej w Kanadzie (“Strumień”) właśnie w przełomowej dla tego zagadnienia dekadzie, często tym tematem się zajmowałem. W 2012 wydaliśmy numer specyficznie temu poświęcony. Jakkolwiek było to związane siłą rzeczy z konkretami literackiej twórczości polskiej w Kanadzie, można śmiało powiedzieć, że poruszane w tym numerze problemy, nolens volens, można przenieść na cały obszar globalny tego ewenementu. Tekst poniżej jest całością artykułu wstępnego (edytorialu), który wówczas napisałem.

obwoluta “Strumienia”, nr 8, 2012

Zmieniają się sposoby nie tylko widzenia świata, zmienia się sposób patrzenia nań. Andrzej J Wróblewski pisał w nr 4 Strumienia o tym w eseju „Sztuka widzenia”. Z dużym zainteresowaniem oczekuję na ukazanie się jego książki na ten temat. W olbrzymim skrócie myślowym sztuka ta (lub umiejętność), to uwarunkowania kulturowe, psychologiczne i emocjonalne pa-trzącego z jednej strony, a stan fizyczny, materialny przedmiotu lub zdarzenia oglądanego z drugiej.
Można chyba zupełnie bezpiecznie przenieść tą koncepcję uwarunkowań na obszar o wiele szerszy, na obszar obserwacji nie tylko rzeczy i zjawisk fizycznych, ale i sztuki percepcji świata i umieszczonego w nim człowieka. Coś, co było najważniejsze kiedyś i co kształtowało naszą wizję postrzegania i rozumienia świata otaczającego (a więc nasze zachowania, naszą twórczość) dziś stać się mogło mniej istotne lub jedną (a nie jedyną) z opcji tłumaczenia człowieka i świata. Może więc to być wolność wyboru. Może to być zmiana obiektywna, niezależna od własnej woli lub chęci. Co nie jest możliwe, lub raczej, co jest ograniczaniem siebie do przestrzeni zamkniętej i kurczącej się, to jest trwanie w tym samym punkcie obserwacyjnym. Dostrzeganie tych samych wartości i rzeczy w tym samym świetle etycznym i estetycznym. Bez względu na porę dnia, roku i życia.
W ostatnim wydaniu Strumienia (nr 7) Anna Gradowska w obszernym eseju poruszyła zagadnienie symboliki, ikonografii używanej na przestrzeni dziejów przez myślicieli i twórców. Symboliki, która umożliwiała czytelność abs-trakcyjnych pojęć społeczno-kulturowych, wręcz cywilizacyjnych, szerokim rzeszom odbiorców, tj. społeczeństwu. I jak, skutkiem właśnie zachodzących powoli acz systematycznie i nieodwołalnie zmian, cechy i zewnętrzna opisowość tej symboliki były dostosowywane do nowych sytuacji. Do nowego sposobu widzenia.
Zbieżnością obu tekstów dla mnie, piszącego ten ósmy już ‘wstępniak’ rocznika, jest możliwość dostrzeżenia płynności i niestałości odniesień formalnych dla opisu twórczości polskiej poza granicami kraju.
Od czasów de facto końca XVIII wieku istniał (zwłaszcza w literaturze polskiej) fenomen literatury emigracyjnej. Twórczości wygnańców lub uciekinierów. Twórczości trwania i przetrwania. Świadków, obrońców, strażników. Niekoniecznie wyłącznie w kontekście wspomnieniowo-sentymentalnym. Była to często twórczość najwyższego rzędu artystycznego, tak pod względem formalno-estetycznym, jak i filozoficzno-etycznym. Wydaje mi się, że można ryzykować stwierdzenie, że nie zniknęła ona nawet w Dwudziestoleciu międzywojennym. Ostatecznie wojna 1920 w psyche polskiej nie zakończyła się Bitwą nad Niemnem, a Traktatem Ryskim dopiero w 1921. Skutkiem tego fatalnego Traktatu setki tysięcy obywateli polskich znalazło się ponownie poza granicami nowego państwa. Podobnie, jak dwadzieścia pięć lat później skutkiem układów jałtańsko-poczdamskich. Repatrianci byli wszak też swego rodzaju uchodźcami, uciekinierami w pomorskich i mazurskich „amerykach” i „kanadach”. To dopiero rok 1989 przyniósł sy-tuację nową, odmienną. Po raz pierwszy nie uległy zmianom granice państwa, nie nastąpiła kolejna wędrówka ludów. Wbrew podobieństwom (a są takie bezsprzecznie w sferze symboliki historiozoficznej) istnieją bardzo zasadnicze i widoczne różnice nawet między eposami Solidarności z jednej strony, a eposami powstań narodowych, Legionów, Września i AK z dru-giej.
Wszystko to zadecydowało, że o polskiej literaturze ( i polskiej twórczości szerzej) emigracyjnej po roku 1989 mówić nie można. Zmienił się punkt widzenia. Należy dopisać nowy system ikonograficzny, nowy sposób opisu.

Ciekawym spojrzeniem na ten temat w kontekście historycznym (Maria Jarochowska de Kosko) i współczesnym (Mark Węgierski) są dwa zamieszczone w tym wydaniu Strumienia teksty: Podglądani zza między. O polskich poetach w Nowym Jorku (M. Jarochowska de Kosko) oraz Is there a distinctive English-language Polish-Canadian writing? In search of a fragmentary tradition (M. Węgierski).

Jarochowska pisze o powstawaniu nowego rozdziału epopei Emigracja Polska, tym razem nad brzegami Hudson, w latach 40 ub. wieku. Porównuje też różnice adaptacyjne i życiowe do podobnej fali emigranckiej w Kanadzie. Świat nam znany, narzędzia badawcze też, punkty odniesienia, wyznaczniki sukcesu lub porażki zrozumiałe. Świat kultury emigracyjnej: uchodźcy, uciekiniera, ale i strażnika, bojownika, świadka krzywdy narodowej. Polskiego inteligenta, intelektualisty – wyspianskiewiczowskiego Pana Poety .

Węgierskiego interesuje zgoła inne zagadnienie. I owszem, Pan Poeta polski, Pan Pisarz. Ale co dalej? Jaki ślad zostawił w kraju osiedlenia? Jaki przykład, oparcie, wzór dla Kanadyjczyków polskiego pochodzenia? Nie dla przejezdnych – dla stałych i świadomych tej stałości mieszkańców tego kraju. Pytania trudne, proponowane odpowiedzi nie zawsze miłe oku i sercu.

Stąd i w formie językowej w wydaniu tym odbiegam od przyjętych wcześniej założeń. Dużo materiału w tym numerze jest tylko w języku angielskim. Wielokrotnie sam i w gronie współpracowników nad tym zagadnieniem się zastanawialiśmy. Czy tylko po polsku; czy mieszane teksty, czy z tłumaczeniami, czy z krótkim streszczeniem tekstu oryginalnego? Lata temu, współpracując z profesorem Edwardem Możejko, wybitnym znawcą literatur wschodnioeuro-pejskich, przy kwartalniku „Dialogi”, (którego był redaktorem naczelnym) z niechęcią patrzyłem na podawane tam krótkie streszczenia polskiej eseistyki w języku angielskim. Nie tworzyło to, zdaniem moim, nawet namiastki dwujęzyczności, a dla czytającego dawało jakąś dziwną, quasi-encyklopedyczną ‘ściągawkę’ studencką. A ‘streszczane’ teksty w oryginale polskim były bardzo ciekawe i dobre. Z drugiej strony, w podtytule redagowanego przeze mnie Strumienia jest wszak napisane wyraźnie: rocznik twórczości polskiej, a więc po polsku. Pomny jednak, o czym pisałem wyżej, owej zmienności i płynności postrzegania i rozumienia zjawisk – robię tu wyjątek. Nie pierwszy raz, wszak pierwszy tak obszerny i w samej eseistyce.

Rozumiem też zaniepokojenie Marka Węgierskiego milczeniem lub szeptem ledwie słyszalnym polskich ech w literaturze kanadyjskiej. Język jest tu na pewno barierą wielką. Chyba jednak nie jest barierą nie do przebicia, a na pewno nie jedyną.

Być może główny jej powód jest zgoła poza lingwistyczny. Być może sednem tegoż jest hermetyczność właśnie tej starszej formuły twórczości emigracyjnej. Twórczości wygnańca, uciekiniera, który przez ten fakt nie może być do końca wolny. Nie jestem przekonany, że jest to możliwe dla mojego pokolenia. Ostatniego, które opuściło kraj w sytuacji zniewolenia. Ale jest to już widoczne wśród tych, którzy wyjechali, jako małe dzieci. A będzie nową normą dla tych, którzy wyjechali z kraju po 1989. Stąd i mój ukłon dla polskich Kanadyjczyków, których narzędziem tak twórczym, jak i poznawczym jest język angielski.

Natomiast bardzo pozytywnie i z wielka radością można zauważyć rosnące zainteresowanie badawcze nad twórczością polską w Kanadzie w ośrodkach naukowych w Kraju. Zwłaszcza wyjątkowo skuteczne i ciekawe prace podejmowane w Rzeszowie i Katowicach. Co dawniej było dość wyjątkową domeną nielicznych pism literackich („Fraza” i Akcenty”) stało się w ostatnich latach przedmiotem szerszych badań i opracowań. Duże zasługi położyli tu badacze literatury: Bożena Szałasta-Rogowska, Magdalena Rabizo-Birek i Janusz Pasterski.

Bogumił Pacak-Gamalski

Canada Day 2021. Shame or pride?

Canada Day 2021. Shame or pride?

Bogumil Pacak-Gamalski

The chorus of voices behind each of the chosen answer is deafening. And probably each equally wrong. For – in my opinion – the answer is simple: neither. And that opinion is not based on moral, ethnic, philosophical or political reasons. I base it on … demographics.

Just few years after my arrival in Canada, in 1986, European immigrants formed huge group of roughly 70% of all people born outside of Canada; second  group, far behind, were immigrants from all Americas (15%); close to them were immigrants from Asia at 9%; people born in Africa represented 4%.

Now jump thirty years to the future, to 2016. Immigrants born in Europe were 33%; from Americas roughly unchanged, at 16%; born in Africa double in size to 9%. Asian born immigrants placed at record 40%, becoming the dominant new Canadians born outside of Canada.

Mind you, this numbers do not count Canadians of European, Asian or African heritage, who were born already in Canada. These are just first generation Canadians. Like me. Did you notice the huge change, though?

Yes, Canada is – and will become even more  in coming years – a different country than it was when you were born here, definitely different than the country of your Canadian parents and grandparents. That also has a statistical effect on how all Canadians perceive our Canadian past, our judgment of that past. Our expectation for the future.

We will never know it, but I will risk assuming that if in 1982 (the year I arrived in Canada) some Royal Commission or National Inquiry discovered and truly showed to the public the story of Residential Schools, the huge damage it has inflicted on First Nations – there would have been no Parliamentary or Government acknowledgment of the crimes, no national ‘we are sorry’,  as it happened in 2008 Apology delivered by PM Stephen Harper.  Why would I assume it? Because in 1982 Canada was a different country as far as the fabric of our society. In that country it would have been wiser politically not to fully accept facts and issue ethical response. Settlements probably would have been paid (probably smaller) because the courts and independent Commissions  would have established beyond doubt the harm and guilt of Canadian government and our Christian Churches. But the affair would have been called an old policy mistake, reparation paid, few still operational schools closed and that would have been the end of it. It was a different world. I remember it well. Not only in Canada.

But times changed. And so our country and the people, who live in here. This is not a judgment on descendants of French and Anglo-Saxon original settlers. Their values and their knowledge and sense of history was different, too. Their stories told by their parents and grandparents were the stories seen by their eyes, their understanding of the world around them, not by objective view. My story of my homeland, Poland, was different when I was 10, 15 or even 18 years old. Very different then my story of Poland now, 40 years later. Even those, who finished universities and colleges were taught from history books of previous generations. History glamorized, made heroic. It was needed to build and to make strong a very young nation. Nation, which just went through horrible experiences in First and Second world wars. How a nation that just sent thousands of young boys to die for freedom of nations far away, across an ocean, could have itself commit a crime against tiny nations of poor Indians?! That was beyond comprehension for many. It doesn’t change the facts of that terrible crime, doesn’t absolve the astonishing lack of morals of politicians and governments and Churches in good first half of XX century. But it was a time, when news and facts were not as easily noticed or reported as today. It does make it easier to understand the ignorance of that crime among general population.

And now, in 2021, on July 1, I am ashamed of the past of my history. My, because, as a Canadian, I have accept as mine also the history of my country. My country – Canada.  I have never stopped being a proud Pole. Who is ashamed of some parts of Polish history. Parts of very anti-democratic and xenophobic temporary, today’s Poland. Because of that old knowledge, I can say as a proud Canadian, that any form of xenophobia is the worst national feeling that can be. That we should always fight it within ourselves. That feeling of being better than others is not a good feeling. It is a poison that seeps into healthy patriotism and makes it bitter and sour. Having these two alter egos – the Polish and the Canadian – makes me very aware of it.

I like stories. Often tell them myself. Do you know the difference between ‘telling a story’ and reminiscing? Both involve past and often are of personal experience (although story could be of other people’s experience, known to the teller, or even be of fictional characters and place). The main difference is that a story has an informative and educational message. What it used to be called: a moral. Reminiscing is mostly of sentimental value and reason.

My story of today takes place in time long ago and of time present. A visit to an Indian Reserve in the middle of 1980’ and visit to reserve on July 1st, 2021. On Canada Day.

In the 80’, after working for few years I got restless with my job (well paid unionized position in Catholic School Board) and quit. Needed something new, more challenging. It was first and only time in my almost 40 years now in Canada, that I was unemployed. Still knew very little of the system, of how it all works. Being young and a bit of a ‘smart Alex’, I felt above asking anyone for good advice. I will find my own way! Or so I thought. I found some intriguing ad about some insurance/financial/investing company looking for new ‘ambitious’ people. Knew nothing about that field. Zilch. After all investing and finances in communist system were really a totally different concepts from another planet. And that’s where I grew up and educated myself. What an opportunity to try myself in a truly capitalist field, I thought seeing that add. Of course it was an absolute scam, as I learnt quickly.  The ’firm’ was telling us that the best to start and learn is through sales. Sales of anything. If you learn how to sell any product, you be good in selling serious product and services. Let’s go to do some ‘field work’. The manager and his assistant noticed that I have a new , good size car and suggested that they, myself and another promising applicant will drive to that experimental field.  Right away I didn’t like the fact of using my, not the company’s car for such trip. Perhaps that was also part of the test and building of trust and finding an unorthodox way? Who am I to judge? My trunk was filled with heavy bags full of stuff. We drove just outside of city limits in Calgary and parked by the gates to Sarcee Indian reserve. The manager instructed us that once we park inside the reserve, each will grab a bag and spread out to find any single (the best) or group of young people and sell our product.  Radios – 30 bucks, flashlights – 15, cassette players with speakers – 40.  All the best imported from USA and Japan. Who sells the most – wins a special gift and an offer of employment. Let’s go! My head was spinning as I started the car and crossed the gate. We parked in central place, close to the entrance. I opened my bag – full of cheap and flashy Asian electronic junk.  What the hell?! Did I move back in time and going to be traveling salesman with flashy junk to sell it to poor Indians?! I put the bag on the ground. The manager yelled at me – come on, faster, we don’t have much time before the Chiefs kick us out! That was enough. I threw the other bags to the ground and yell back: get the f… out of my car now. I am not a f… colonial trader in XVII century Africa. I am leaving now. He was shocked and confused. Locals started looking at us hearing my yells. He tried to calm me down and resigned said – ok, let’s go back to the office, we will talk there, I will explain it to you. I said that I am leaving. But alone and I don’t give a s… how they will get home. And I left.

That was my first encounter with Canadian Indian Reserve and Canadians perception of them. Today the Sarcee nation is known by their own historical name Tsuut’ina Nation. Since that time they have become powerful and resourceful tribe with strong social, economic and educational base. Instead of scamming traveling salesmen with cheap watches and other junk they are visited by Calgary’s mayors, premiers and economic ministers of Alberta, reps of powerful corporation, who want to deal with them and offers of contracts worth hundreds of thousands of dollars. But there are still, further form large urban centres, small secluded tribes living in abhorrent conditions. And still being subject to indecent and dishonest deals.

Few days ago I went again to First Nation Reserve. This time by myself, to celebrate Canada Day. How better to celebrate this country if not among it’s first, original inhabitants, guardians?

That decision came easily for me. Should I just pretend than nothing is happening, that there is an uproar of sadness, anger and discontent on this Day? What to do with it/ Some were cancelling the celebration, some were planning to organize protest, some wanted to say “I’m sorry”.  But sorry doesn’t cut it anymore. Burning old churches doesn’t cut it, neither. Just get together and talk. We leave together, on the same land, none of us will disappear anywhere soon. Get to know each other. Specially Canadian, who are not from First Nations, should really try to get to know indigenous people. Don’t be ashamed, or to afraid. We can’t re-write history but we sure can write a better, respectful of each other, future.

Went to the largest reserve in Nova Scotia, located between Halifax and Truro. What used to be called Indian Brooke Reserve, but is actually Reserve of a tribe called Sipekne’katik, that is a part of people called L’nu (popularly called Mi’cmaq). All this names, starting with the stupid name “Indians”, is also an effect of our total ignorance and arrogance, lack of basic knowledge.  All these tribes have names, they have history, language. Canada is a continent, for havens  sake! People in Europe are called sometime Europeans – but each nation has its own name and language, sometime more than one! German is not a Pole and Italian is not Swede. Just as Korean is not Vietnamese. Our Haida people on Pacific shores are not Prairie Blackfoots or Maritime Mi’cmaq. It is really not that complicated. No more than the difference between ‘British’, ‘English’ and ‘Welsh’.

top left – author in front of L’nu Sipuk Kina School; entrance to the Village from Robinson Rd. ; Community Centre and Administration on Church St. ; bottom – St. Kateri Tekokwitha statue by the RC Church; view of Church Street toward Tuff St. and Sport Complex. (pict. by the author)

The Sipikne,katik village is large and well developed. Big church, large cultural and civic centre, beautiful school, few stores and businesses, relatively well maintained properties. One main road and few smaller ones interconnecting the territory. That special day was a huge motorized parade to remember the lost children –  these days subject on everyone’s mind and weighing heavy on hearts. There was a special gathering on sport grounds with music and children. Specially the beautiful children, all (as adults) wearing the dark orange shirts, were making me very happy and extremely sad at the same time. Just as, when I went later to visit the grounds of former Residential School to pay my respect. I watched from a small hill, were the school used to be, as one family were leaving their car: parents in their twenties and three small children. And I imagined how the RCMP arrived with some cars and were pushing away the screaming, horrified parents and taking away the crying children in a wagon to some far away school. For many years to come. Some never saw the parents again. That image brought tears to my eyes.

site of former Indian Residential School on the banks of Shubenacadie River (main building no longer exist, what’s left are three residential wooden buildngs of nuns, priest and caretaker). From top left – signs erected in of the old Nuns residence (#16 Indian School Rd); top two right pic – ad hoc prepared spot for burning of incent and sweet grass to honour lost children; next row – a place on the ground where you leave your offering and prayer; next three pictures of a post sign with arrows directing toward different locations of schools with recently discovered unmarked graves – notice the sign to Carlisle in Pasadena in USA, where number of boarding schools and number of Indian children confined to them is many times larger then Canadian numbers, yet the US Government never attempted a national investigation and full report of atrocities committed against US Indigenous People – ; bottom row: the only remaining part of the school building, a steeple from the school with one small room filled with children’s knickknacks; view from the hill were the school was toward the three remaining (unoccupied and in a state of disrepair) buildings; a young Mi’cmaq family on the nearby field (pic. by the author)

Back in the village, in the sport grounds, local young guys were sitting by a huge band drum. We exchanged few words, they gave me ‘v’ sign (when I was their age, we, “Solidarity’ activists in Warsaw, were giving ourselves the same sign full of hope and determination) and started playing the drum and sing.  Amazing concert, so powerful, so touching. I didn’t need to understand the words – they were so plain in emotion. As you listen sometime to some amazing operatic aria sung in a language you don’t know – yet, you understand it so clearly. Because emotions: pain, happiness, sadness, longing, caring, love and friendship need no translations, no explanation. That moment I shared their pain and their hope and their pride. Therefore yes, I can say that I felt proud as Canadian on Canada Day. By sharing and understanding very raw and very clear emotions of my fellow Canadians from Sipekne’katik tribe.

pictures form the diamond sport field and the band drummers and singers; flag in front of the School

I don’t know if I ever had a such good and really proud Canada Day. It was mixed with sadness and hope. Like a true, on epic scale, story of human condition. All humans. From the beginning of times.

A nation that can accept it’s dark past is on a good way to bright future. Feeling sorry for wrongdoings of one’s ancestors does not equal assuming personal guilt. It equals understanding of harm done and naming a crime – a crime. Making sure that nothing like that will happen again.

notes to ponder …

Every social unrest, every protest movement, call for justice, for equality, is a long and arduous way. None are easy and easily achievable. Even when the general political atmosphere is amicable and open to find a solution. If the political will is antagonistic – it could lead to skirmishes, prison terms, police and even army interventions, bloodshed. It could take years, decades to achieve measurable change. In a short time it could lead to worsening, persecution. Even provocations. Just look at the Black Rights movement in the USA. It started in the 60. of last century. And is still not finished. If not for people like dr. Martin Luther King and his non-violent philosophy (based on Mahatma Gandhi movement in India during their struggle for independence) there would have been rivers of blood flowing like a torrent. King’s and Gandhi’s movements take years, are slow and based on moral superiority of argument against the argument of brute force. They seek not retribution but recognisance, equality not superiority. And even that slow and non-violent way does not guarantee success. Or the success would be bitter sweet (India ‘s independence ended up in breaking up the country, mass exodus of Muslim citizens, their persecution and executions from fellow Hindu majority – despite the fact that both groups have similar ethic heritage). There is always a more radical, more impatient or revolutionary segment of disadvantaged group: Black Panthers versus King’s movement in US; Fathah versus Hamas in Palestinian cause; and one of the oldest scourge of social hatred: traditional white Christian antisemitism in Europe and countries where European powers established new colonies that later become new, independent states. Yes, main Churches in last almost hundred years, specially after the horror of Holocaust, denounced the old tradition. Popes decried it. But old official Church policy and doctrine doesn’t change easily. It always lurks in the dark places and dark souls. People were shocked, when few churches were burnt in Canada. I wasn’t. Did not support it but wasn’t surprised. Apart from the State, which is responsible for setting up the system of these horrible schools and is responsible for not checking regularly how were they run by religious authorities – the Catholic Church acted the worst in the way they run it and are the worst in the way they responded and responding to Truth and Reconciliation Commission Report. Not by what the bishops and clergy are saying in public but in what actually are they doing. So I was not shocked that probably some angry young individuals or organized group set the few churches ablaze. It is still possible that it was even done by not Indigenous persons but by provocateurs seeking a strong negative reaction from general public. Roman Catholics still form a majority of religious denomination in Canada. Yet, I didn’t sensed a strong negative reaction to the news. To the contrary – a muted understanding. Of course, if actions like that persist – the feeling might change. I don’t thing we will see more of these burnings, though. A statement was made and was understood. As for the the so called ‘profanation’ of church walls by painting on them hands of young children – I am shocked that the press and news even used that term ‘profanation’. Harming and killing children was profanation. The act of paintings their hands on church doors and walls in my view is totally acceptable and has a very deep, just meaning. I applaud it. Building in Saskatoon a huge new cathedral for quarter million dollars, while arguing in front of court (successfully, sic!) that the Church can’t afford paying 24 millions dollars as reparation to First nations is a profanation. It is worth noting that despite all of it, the Indigenous people are very religious and by large part Catholics themselves. But that’s entirely different subject.

Kwesta o miłość dla Fayeza Afzaala

Napięta, jak łuk wiatrem  z oceanu, flaga

kanadyjska faluje, unosi się i drży.

W pół masztu. Znowu w pół, jakby bała się szczytu.

Miała być dumna,  jest  smutna, zawstydzona cicho.

Obok, w płytkiej wodzie, po piaszczystym dnie biegają wesołe dzieci. Chlapią, tupią, nawołują się wzajem okrzykami,gestami, wiecznie niecierpliwe. Ale Fayez Afzaal nie biega z nimi. A tak bym chciał by tupał o dno, by krzyczał na całe gardło: tata! no chodź tu, patrz! Znalazłem muszlę! Mama, powiedz tacie, żeby przyszedł!

Wiatr na chwile milknie, znika, flaga na maszcie zwisa zmęczona, jakby oklapła z tego rwetesu. Nie lubię tych flag, które stale trzeba spuszczać do połowy. Tak, jakby maszt był za wysoki, jakby dziurawił chmury swym szczytem.

Chciałbym Fayeza otulić ramionami i sercem, jak szeroką peleryną. Przekonać, że go kocham i że kocha go świat i miliony ludzi. I że nigdy nie będzie sam, że nigdy więcej już … . I milknę pamiętając ilekroć już mówiliśmy: nigdy więcej.

Zbiegną się ludzie z sąsiedztwa, z regionów, ze świata na czuwanie i będą szli w marszach, protestach, będą zapalać świeczki w oknach i na skrzyżowaniach pełnych wiązanek kwiatów, pocztówek, manifestów. Mamy powiedzą dzieciom, by położyły obok tych kwiatów swoje pluszowe misie, swoje lalki. Dzieci zrobią to niechętnie, z pewnym żalem za ukochanym pluszaczkiem. No bo niby co zawiniły w tym ich zabawki?  Zostawią je tam jednak posłusznie, bezradne w tym strasznym dniu.

Potem ktoś rzuci kamieniem słowo: Rodezja;

ktoś oskarży innych o gwałt na Palestynie;

ktoś lament podniesie o Holokauście. Ściana

Płaczu zaszlocha, trąby zabrzmią pod Jerycho.

Przypomni się słoneczna Langwedocja, która spłynie niewinną krwią katarów, albigensów. Morduje się wszak  nie tylko obcych. Jeszcze krwawiej tępi się własnych, na ich nieszczęście nieco innych. Są jak ziarnka piasku w trzewiku. Niby nie zagrażające życiu ale jakże niewygodne, uparcie uwierające.

Satanael, spoglądając zza murów swego zamczyska na szczycie Arafatu, ściśnie w dłoniach wodze Eufratu i Tygrysu, łypnie okiem na zielone szczyty gór Küre i pomyśli: póki te lasy nie podejdą pod moje bramy, nic mi z waszych bratobójczych mordów. Cóż obchodzić mnie może nieszczęście jednego chłopca lub całych narodów? Nic. Łzy wasze  spuszczam z Anatolii warkoczem Eufratu, a wasz ślinotok klątw strumieniem Tygrysa. Ślę je ku wodom Perskiej zatoki. Namawiać was do niczego nie muszę ni chcę.  Sami usłaliście swe łoża, które nie są moim, a waszym przekleństwem.

Tak myślał Satanael zawarowany w boskiej twierdzy Araratu. Podobnie, jak królobójczy król Makbet w twierdzy na wzgórzu Dunsinane w Szkocji. Póki u bram jego twierdzy nie pojawił się rząd drzew z lasu Birnam.

I mnie was już nie żal. Ale żal mi tego chłopca. Dziewięcioletniego Fayeza. Z pięknymi, smutnymi oczami. Czy ten smutek też kiedyś zastąpicie nienawiścią?

Bogumił Pacak-Gamalski

Anioł Śmierci, Pomnik Zbrodni Katyńskiej
we Wrocławiu

od autora: ten krótki utwór pisałem przez kilka dni, zaczynając drugiego dnia po strasznym morderstwie w London, mieście prowincji Ontario w Kanadzie. Tego dnia młody, dwudziestoletni biały chłopak, powodowany nienawiścią w stosunku do mahometan, świadomie i celowo wjechał w spacerująca chodnikiem rodzinę Afzaal, rozpoznając w nich po ubiorze, ich wyznanie religijne. Na miejscu zginęli: babcia, małżeństwo Afzaal i ich dwie córki. Najmłodszy syn, dziewięcioletni Fayez, bardzo ciężko ranny, został zabrany do szpitala, gdzie lekarze uratowali go przed śmiercią. Jedyny, który pozostał z tej rodziny. Z całą Kanadą przeżywałem ten szok, poruszony do głębi okrucieństwem tego zamachu, a jednocześnie jego niezwykłą absurdalnością w objawieniu zła doskonałego. Ale nic mnie tak nie zasmuciło, jak wizja tego chłopca, Fayeza. Ci, którzy giną wydają się czasem (w porównaniu być może okrutnym) wybrańcami losu – ich już ból żaden nie sięgnie, żadna zbrodnia nie dotknie. Ci, którzy zbrodnie przeżyją, śmierci umkną – skazani są na cierpienia wielokrotne, na przeżywanie tej zbrodni, tego momentu setki, tysiące może razy. A cóż dopiero, gdy mówimy o dziecku? Dziecku wystarczajaco dorosłym, by mieć za sobą całe bogactwo ( w tym wypadku te bogactwo stać się może ciężarem niemożliwym do udźwignięcia) pamięci najbliższych i pamięci momentu zbrodni.

Niesamowity patos, tragedia na skalę mitologiczną omal, postaci tego chłopca i tej zbrodni stały się dla mnie syntezą zbrodni nienawiści człowieka w całym ciągu naszej wspólnej historii. Niemożliwym do opisania językiem innym niż język poezji. Ale każda forma tradycyjna wiersza też kłóciła się ze współczesnym spsobem opisu i odczuwania tragedii. Zgrzytała pod ołówkiem kreślącym litery na papierze. W sukurs (mam nadzieję) przyszła proza poetycka, z dwoma tylko ustępami trzynastozgłoskowca. Ten utwór, jak zreszta jasno wskazuje tytuł, jest niczym innym jak moją jałmużną kwestą o dar miłości dla Fayeza. Tylko ten jeden dar może chłopca i nas uratować.

Residential Schools side discussion – John A. Macdonald: a national hero or villain?

by Bogumil Pacak-Gamalski

Residential Schools and modern day placement of native children in the care of non-native families and system (provincially  mandated but with tacit support of federal authorities) is a drama without comparison to none other in Canada’s history and Canada today. It affected and affects everything that happened and that is happening to all First Nations. Abject poverty, lack of resources, lack of education, high unemployment, pervasive alcoholism and drug addiction. All of it was almost (an argument could be easily made that it was indeed) planned, arranged by local colonial powers and even more so,  by the new Canadian Confederation. The country we call our own.  To say the truth, I am having a lot of doubt if that system of full cultural genocide would have happened if Canada remained a fragmented colony for fifty or seventy years longer. Separate entities of Upper Canada ( present day southern Ontario), Lower Canada (Quebec and Labrador) and three Maritime Provinces. That would mean no creation of unified confederation and no strong federal executive and legislative power. With much stronger oversight and decision making from Great Britain and it’s Colonial Office.  The precursor to our constitution and the still important core of it, the British North America Act would have not happened.

Our renewed  national discussion of our past ignited again the controversies of whom we admire, who is the hero of Canada’s history. More or less, who is the Father of the Nation? And centres very much so on the person of John Alexander Macdonald. Was he or wasn’t he? And if he was the Father – was he a good, wise father or a bully with drunken rages? Smart and competent to achieve his goals but bully nonetheless? Let’s go back a notch to remember what happened circa 1867.

Of course, as we know very well – history could be re-written many times but historical facts can’t.  Yes, there was a Maritime Conference in Charlottetown called by Tupper and Howe from Nova Scotia that was going to discuss possible unification of New Brunswick, Nova Scotia and Prince Edward Island. But delegates from Upper and Lower Canada asked for permission to come and observe. Such was granted and those guests quickly posed a question: why only Maritime Provinces? Perhaps we should unite all of Canadas into one confederation?  And that, ladies and gentleman, was the night that the conception of Canada happened.   

Why do I bother writing about the obscure tidbits of history if the text might suggest to be about the effects of Residential Schools and in general the planned and executed action of destroying political, economic and cultural base of First Nation? Also their biological existence, if not totally, than in numbers greatly diminished and easy to control.

The very recent discovery of hidden bodies of children buried deep in the ground by Residential School in Kamloops surprised and shocked many Canadians. Shook the nation to the core. A lot of us. Except … the First Nations themselves. They knew that many such hidden graves exist. They knew because that’s not an ancient history and old tales and myths. That’s now, very recent.  Their uncles, maybe even brothers and cousins, great aunts and great uncles. Those that everybody in the community knew they existed, were forcefully snatched  by raids from their petrified and crying parents, placed in the Residential School and never came back. Were never seen or heard of.  They were not the children of proud tribes  sought of, as a powerful allies, in the great struggle between the French and British empires and later in the struggle to maintain British territories during the US War of Independence. Those nations and tribes  the King and Queen in London signed treaties with. No, by the end of the first two decades of XIX century they become an obstacle to plans of the new settlers. The colonists, who wanted to wrestle more local control from the imperial Colony Office in London. These colonist had neither desire nor respect for the spirit and letter of these treaties.  The settlers wanted more land and control of natural resources and the religious leaders of these settlers couldn’t stand the savages, who would not recognize the new Christian god. The native gods and beliefs needed to be destroyed and the administration and interpretation of the Treaties needed to be wrestled from London political master and given to local legislative and executive powers in the new colonies.

Finally, the War of Independence, won by the new United States in 1812, forced the British and their Colonial Office to push for some form of political unity, some sort of federalism between separate colonies, hoping it will better protect the British territories and interests against the republicans from the south.  That push came in the form of uniting Upper and Lower Canadas into one Canada Province west of Maritimes. And in New Brunswick, Newfoundland, Nova Scotia and Prince Edward Island an attempt to unify them as one Maritime province or federation. Both interests – the Empire and the Colonist in North America – converged at convenient time at the very moment of history in the middle of XIX century.

On Canadian and Maritime side there were many politicians, regional or local leaders, opponents and proponents of unity in what become the Confederation. Almost all of them could be called Fathers of Confederation.  Generally we call it the Charlottetown Conference. But that was only preliminary discussion. It was followed by Conference in Halifax and Conference in Quebec, which by far was the most important. The Quebec accord spelled and crystalized the boundaries of political powers, the separation between British Parliament (and Colonial Office) and new confederation legislative, judicial and executive branches. And the ambition for importing from Britain the tenets of ‘responsible government’.  If Charlottetown and Halifax gave some general architectural idea of the new political structure – it was the Quebec Conference that produced first concrete drawings of the design.

All of it would have been in vain if there wasn’t a push for some sort of unification of the Provinces in Britain itself. The Colony Office in London could have and would have scuttled it at the bud. Probably without even a need for Parliamentary debate either by the Commons or by the Lords.

There were very few main architects of the entire project. Many others that helped and whose support was indispensable. But the main architects remained the true Fathers of Confederation.  Some of them, like Joseph Howe and  notably John A. Macdonald, were strong opponents to the idea at the beginning.

Other truly great leaders were  George-Etienne Cartier from Quebec, George Brown from Ontario and Charles Tupper from Nova Scotia. It was mainly thanks to strong support of Tupper, that Macdonald rose to prominence and took the reins of the debate (aside from Macdonald personal skills as shrewd politicians on almost Machiavellian scale). Tupper did not like George Brown (who was one would say the anti-thesis of Macdonald, as Brown believed in a democratic and ethical government)  and neither  liked nor understand Cartier and the intricacies of Quebec (Lower Canada) French culture and politics.

I would suggest that if not for the support of Tupper, it would have been very likely that Macdonald would never rose to the prominence that he achieved and that led him to become the first (and lasting) Prime Minister of the Canadian Confederacy.  In comparison to Cartier and Brown and their leadership – his star was of second category. Although it shone as superstar in category of shrewdness, lack of morals, thirst for power.

Enough of the annals and internal battles, debates of the articles of Confederation both in Canada and later in London, where the final birth of Canada happened. They were done, cooked and signed. New Federal Government of new (almost) independent state-dominion was formed. And victorious Macdonald become the first Prime Minister of Canada.  With the passing of times he become a legend. Monuments were build, streets and buildings of prominence named after him.  If there is a conscious afterlife – I am sure that John Alexander Macdonald soul is smiling in the glory.  But it probably gets a bit angry in the last decade or so.  Some begin to lose faith in that heavily colorized portrait.

After studying his life and carrier a bit more in detail and less from propaganda pages of some school texts and popular government pamphlets – I have some opinions and a bit more clear picture. Not a scholarly one by any means. I am not a Canadian historian by any stretch of imagination. Just a history buff at times.

Here is my sketch of Macdonald in a few movement of a pencil.

He was  a very intelligent and shrewd politician. Hungry for power. A good lawyer with ability to concentrate on minuscule detail to achieve the greater goal. Good debater with the talent to steal the moment and force others to notice him and pay attention to him. A drunkard, who could function rather well with his alcoholism. Scheming on the level akin to dangerous courtiers from a time of absolute monarchs.

His government introduced bribery, nepotism, patronage on a scale never repeated again in the history of Canada.  I would dare to say and dare to argue in any debate, that if John Macdonald won a majority in any general election in Canada in the past 30 years – he would end up in prison.  Or, at the very least – be kicked out into oblivion from political life. Even in the circles of Conservative Party. His great admirer recently, Jason Kenny of Alberta, would most likely scream in the Legislative Assembly in Edmonton: get him out of here right away!

Macdonald didn’t risk winning elections by giving people a chance to make their mind, by a true debate (in which he was very skilled after all). No. That’s like playing a roulette. A politician should not play roulette. So he would appoint every little government (state) position only to people, who would understand where their sympathies must stay. From every tiny post office, every railway station, everywhere that state employee or commissioner would and could affect the daily life of a citizen.

He would have been horrified of the Office of Election Canada and the fact that it is not stuffed from top to bottom with party patronages. In 1885 he forced a legislation that gave him (or any other Prime Minister at that time) the power to appoint (by strict party patronage) a federal Revising Officer to supervise elections in every riding! No wonder he could be seen by some modern prime ministers as a hero and saint – they could have only dream of it. He himself called it ‘the greatest triumph of my life’. Not the Charlottetown Accord and the British North American Act – but the obscene patronage that goes against every principle of good democracy. That also paved the way for party discipline and the death blow to parliamentarians independence. The golden standard of the day (in many ways still existing in many parliaments, including Britain) was a relatively broad independence of judgment of a single Member of Parliament . Governments did and do fall, when Cabinets fail to persuade their own party parliamentarians during a debate in House of Commons. Not in Canada anymore, thanks to Macdonald. Party leader is almost like a monarch itself. Members form the line or face political death. Some still valiantly protest. But very few survive the consequences.

 With one exception – Macdonald did resign as Prime Minister after the eruption of the details of enormous bribery scandal in giving the licence for Canadian Pacific Railway company. The amount of bribes his party and MP’s received and the bribes he took for himself is of no comparison to any other corruption scandal in Canada before and after.  

Many bad traits of today executive and parliamentary branches of Government in Canada could be traced back to John Macdonald.  As one British newspaper reported in 1891: “  For twenty three years, Sir John and his party had maintained themselves in power … by a colossal system of bribery”.

And since the Rapport of the Truth and Reconciliation Commission many years ago it become painfully clear that John A. Macdonald was the man responsible for creating the infamous system of Indian Residential Schools in Canada. Now we are just learning of even more horrid facts of these Schools.

Yes, the worst transgressions, crimes calling to Heavens, were perpetrated by  the Roman Catholic orders and clergy (overseen by Canadian bishops).  While Catholic institutions were the worst, other  (United and Presbyterian Churches) committed crimes, too. At least the others offered uncontested and unreserved apology and responsibility – the Catholic Church failed again. From the very top in Vatican to every diocese. In a way we are used to it – from scandals in Ireland, in Quebec in the 30., 40. and 50; in Newfoundland; in Poland; in the USA and many, many more countries. But here, in this article, I deal with the secular, the power that gives consent and institutes policies and rules.  And one particular, most powerful politician of that time.  The one, who factually could be called the Father of Indian Residential School System.  John Alexander Macdonald. Politician, who for a long time enjoyed the status of national hero, nation-building leader. Father of nation. Was he?

In my opinion not at all. In neither of these titles, epithets.  He does have a very prominent role in our history. Was a very skillful politician. But neither a hero nor a father. I will not miss his monuments, educational, cultural or administrative buildings named after him. He has a solid and permanent place in Canadian history. In history books. But it is not a place of great leadership and definitely not a place of public celebration.