Palestyna. O tym jak słuchać poetów, nie polityków; filozofów, nie ideologów; płaczu i śmiechu dzieci, nie okrzyków demagogów. Lamentu a nie hasła.

by Bogumił Pacak-Gamalski

Pierwszy raz z niechęcia dość sporą spoglądam na Prezydenta Bidena.  Ze względu na jego – delikatnie rzecz nazywając – powściągliwość wobec obecnego, krwawego i bezwzględnego konfliktu izraelsko-palestyńskiego.  Po raz kolejny amerykański prezydent zajmuje te samo stanowisko, jak wszyscy jego poprzednicy, będąc jedynym i państwem i jedynym mocarstwem uniemożliwiającym Radzie Bezpieczeństwa ONZ wydanie jedynego moralnie i etycznie możliwego stanowiska. Ze smutkiem stwierdzić trzeba, że w temacie ponad 60letniego konfliktu izraelsko-palestyńskiego USA w Radzie Bezpieczeństwa zachowuje się tak, jak Rosja Sowiecka w latach Zimnej Wojny. Obstrukcja lub veto. Co czyni samą Rade bezsilną ze względu na wymaganą w jej orzeczeniach jednomyślność.  Podczas gdy dzieci, kobiety, starcy, generalnie ludność cywilna – ginie.

Wielokroć na temat tego konfliktu i praw Palestyńczyków i Izraelczyków pisałem. Nie będę więc nad tym samym się rozwodzić.  Tak, jak apartheid Rodezji a potem Afryki Południowej był oskarżeniem świata i mocarstw światowych, tak był i jest nim problem wolnej, suwerennej i niezależnej Palestyny.  I nie ma on nic wspólnego z semityzmem czy antysemityzmem, z islamofobią czy islamofilią. Tak, jak wyraźny podział i niezależność trzech władz (wykonawczej, legislacyjnej i sądowej) jest papierkiem lakmusowym demokracji, tak prawo międzynarodowe i jego nadrzędność musi być respektowane i przestrzegane i egzekwowane. Bez względu na polityczne alianse. W sprawach zasadniczych nie ma niuansów. Nie ma ‘może’, ‘tak, ale’ i podobnych uników. Obowiązuje odwieczna zasada: nie można być trochę w ciąży.

Od wczesnej młodości ten temat mnie interesował, podłoża i konsekwencje tego permanentnego konfliktu. Uważam, że moja zawsze jasna i nieskrywana, publiczna i prywatna sympatia i szczere uczucia wobec  Żydów, wśród których mam szereg szczerych przyjaźni i sympatii, mój wręcz naturalny i automatyczny sprzeciw i niechęć wobec wszelkich odmian antysemityzmu nie jest i nie musi być tłumaczony ni wyjaśniany. Jest częścią mojego ‘ja’, tak jak niezwykle cenne i drogie jest mi wspólne dziedzictwo kulturowe żydostwa światowego, a już w sposób szczególny polskiego.

Z naturalnych też przyczyn bardzo egzotyczny i mało mi znany był temat eposu i mitologii Palestyńczyków. W sukurs przyszła mi tu sztuka i pasje literackie. I dwa szczególnie nazwiska: Jean Genet i Edward Said. W trakcie przygotowywania 8 wydania rocznika „Strumień” w 2012 dużo zgłębiałem się w biografie świetnego poety Andrzeja Buszy. Edward Said,  wychowanek najlepszych uczelni Zachodu i później tychże uczelni znany profesor i pisarz, młodość i dzieciństwo spędził w Jerozolimie w latach, kiedy przebywał tam generacyjnie mu bliźniaczy Andrzej Busza.

Jerozolima lat 40. przed powstaniem Izraela, miasto wielokulturowe, wielowyznaniowe. Miasto przed olbrzymim, trwającym już całe dziesięciolecia, konfliktem palestyńsko-izraelskim. Miasto, które bez wątpienia wywarło bardzo silny wpływ na kształtowanie się osobowości ludzi wrażliwych, myślących.

Said, z którego piśmiennictwem przed laty nieco się zapoznałem, uciekł mi z biegiem tychże lat z horyzontów pamięciowych. Kompletnie nie znałem jakichkolwiek ‘uwikłań’ Saida z tematyką polską. Stąd ta mała perełka mojej długiej rozmowy-wywiadu z  Buszą o Saidzie wielką mi radość przyniosła. Otóż obaj intelektualiści znali się, kolegowali. Prowadzili rozmowy.  Ten watek biografii Buszy zainteresował mnie szczególnie ze względu na Geneta i to, co pisał o Genecie  w biografii „The last of Genet” Hadrien Laroche. Wszystkie te ‘odkrycia’ literacko-biograficzne i rozmowy z Buszem o Jerozolimie i o Saidzie nakładały się w czasie z pierwszym polskim wydaniem „Zakochanego jeńca” Geneta (wyd. W.A.B, 2012, tł. J. Giszczaka). „Zakochany jeniec” był ostatnim dziełem Geneta i jakby kluczem do fascynacji Geneta sprawą palestyńską.  Jednocześnie umożliwił mu samoanalizę własnej ewolucji i poszukiwań artystycznych i politycznych w latach 40. i 50. Ujął to pięknie w Przedmowie do „Zakochanego jeńca” Ahdaf Soueif, edytor wydania:

„… jeśli Palestyńczycy znaleźli w osobie pisarza wiernego przyjaciela i wnikliwego obserwatora, on sam odnalazł w nich temat, który pozwolił mu powrócić do kluczowych zagadnień przenikających jego dzieła z lat 40. i 50.: bohaterstwa ludzi wyjętych spod prawa, piękna niezłomnej postawy, świadomych prób obalenia ustalonego porządku, przemiany erotyzmu w niewinność, mocy życia duchowego niezwiązanego z religią, nieważkości śmierci, trwania uczucia poza życiem jednostki oraz twórczej i elastycznej relacji miedzy obrazem a rzeczywistością.”

Edward Said to kosmopolityczny erudyta i ceniony filozof, a jednocześnie (podobnie, jak Genet) zaangażowany emocjonalnie i intelektualnie w dyskurs polityczny w konflikcie izraelsko-palestyńskim. Był też znanym i cenionym muzykiem i krytykiem dzieła muzycznego. Jako ciekawostkę ( a jednocześnie zbieżny punkt zainteresowań i badań z Andrzejem Buszą) warto przypomnieć, że pierwszą książką Saida była wydana w 1966 „Joseph Conrad and the fiction of Autbiography”. W wydanej przez Uniwersytet Cambridge w 2010 pracy zbiorowej „The Cambridge Introduction to Edward Said”, badacz A Hussein posunął się nawet do stwierdzenia, że „Jądro ciemności” Conrada leży u podstaw całej kariery i działalności Edwarda Saida.

W jego jednej z ostatnich książek, przepięknej biografii  „Out of Place” Said wraca do miejsc i idei kształtowanych przez te miejsca. Miejsc dzieciństwa i młodości: od Jerozolimy lat 40., przez Kair, Damaszek, aż po młodość studencką i naukowa w USA. Zwłaszcza czasy Palestyny i jej centrum – Jerozolimy (lata tuż przed powstaniem Izraela) są tu szczególnie ważne. Nic tak, jak ta książka, nie zbliżyło mi klimatu i emocjonalnej architektury tego miejsca zakotwiczonego w bardzo konkretnym czasie historycznym. Czasie gdzie prastara przeszłość historyczna zetknęła się z tektonicznymi zmianami epoki i miejsc.  

Stare, rozgałęzione i znane rody palestyńskie, tych których szanowano w Jerozolimie, Damaszku, Kairze i Watykanie. Stare, pamietające czasy Krzyżowców kamienice jerozolimskie i domki letniego odpoczynku, gdzieś na prowincji, miedzy światem upartej zieleni i światem pustyni. Starsi ciągle emocjonalnie związani tytułami i obowiązkami z dworem istambulskim i jego wyszukaną, wręcz dziecinną formalnością, ci w wieku średnim już nawykli do protektoratu brytyjskiego i nieudolności egipskiego tronu Fauduka. A wszystko w tyglu wielkich zmian, żołnierzy i ich rodzin mówiących po angielsku, po francusku, po polsku. I jakimś dziwnym języku, który mimo pewnych podobieństw – nie był językiem niemieckim.  Jidysz. Żydzi a nie mówili, jak Żydzi, którzy w Palestynie ‘od zawsze’ byli. Dziwny ten świat.

Czytając ta książkę, napisana pięknym, eleganckim angielskim, chcąc nie chcąc łapałem się na własnych pauzach z tej lektury przenosząc wyobraźnie, gdzieś na Kresy polskie. Na czasy, powiedzmy pierwszego dwudziestolecia XX wieku. Na domy imperialne austriackie i rosyjskie, na rody starożytne, rycerskie, jeszcze związane tytułami i szarżami honorowymi nie tylko imperialnymi ale ciągle żywymi nieistniejącego już przecież ponad 100 lat królestwa Rzeczypospolitej.  Na języki żywe i wszędzie słyszalne: na bitych uliczkach miasteczek kresowych, pod kościółkiem parafialnym, pod cerkwią, pod zborem ewangelickim, pod bożnicą: polski, różne dialekty ruskie (ukraiński, poleski, białoruski), rosyjski, niemiecki i jidysz. Wszyscy tu się znali od pokoleń. Zmieniali się królowie w Warszawie, imperatorzy w Moskwie i Widniu. A miejscowi pozostawali miejscowi.  W ciągu następnych 25 lat cały ten świat uległ zagładzie.  Zabrało to kolejne 70 lat, by ukształtował się nowy ład i porządek polityczny. Ten, który znamy dzisiaj.

Genet zmarł w 1986, Said w 2003. Nie ma tamtej Jerozolimy, tamtej Palestyny. Sułtanów, króli i emperatorów. Nie ma ładu wersalskiego, ładu jałtańskiego. Nie ma Habsburgów, Romanowych i Hohenzollernów. Ale jest i Polska, i Ukraina, i Białoruś i Litwa.

Odwiedzając litewskie Wilno kilka lat temu czułem się świetnie, na nowo odżyła miłość do tego pięknego grodu. Kiedy byłem poprzednio, jeszcze w czasach ładu jałtańskiego, obcy, sowiecki but, był dla mnie butem okupanta. Nie czułem nic takiego w 2018 kiedy zanurzyłem się z rozkoszą w nurty Wilii. W europejskiej rodzinie litewskie Wilno jest czymś naturalnym.

W starej Palestynie zasłużenie i sprawiedliwie zrealizowały się marzenia pokoleń tułaczy żydowskich. Maja swój dom, są u siebie. Ale nowy , powstały na bazie ONZ ład światowy nie zrealizował tego, co zapowiadał i co do dziś jest bazą prawa międzynarodowego – w starej Palestynie, obok Izraela, nie powstała nowa, niezależna i sprawiedliwie do nich należąca nowa Palestyna: dom Palestyńczyków. Bezpieczny, wolny, niezależny.

Dom izraelski, za kłębami drutów kolczastych, za lufami uzbrojonej po zęby potężnej armii, nigdy nie może być nazwany wolnym i wolny de facto nie będzie bez prawdziwie wolnego i bezpiecznego tego drugiego – palestyńskiego.

Jeden jeszcze cytat, zamykający ten wywód. Któż był ‘winny’ mojej przygody z Saidem? Kto, jako chłopak biegał ulicami starego Jeruzalem? No właśnie, mój drogi i serdeczny poeta, który z chaosu porządku jałtańskiego wypłynął, niczym stary list w butelce z rozbitego żaglowca, u brzegów Stanley Park w Vancouverze. Tak, tenże Andrzej Busza. I był w „Kohelecie’ (jego najbardziej bodaj znany poemat) napisał:

„(…) ja Eklezjastes byłem królem

izraelskim w Jeruzalem

i umyśliłem w sercu swoim

szukać i dowiadywać się

mądrze o wszystkim

i widziałem pod słońcem

na miejscu sądu bezbożność

a na miejscu sprawiedliwości bezprawie

i ujrzałem uściski i łzy niewinnych

a żadnego pocieszyciela

i chwaliłem więcej umarłych niźli żywych

a za szczęśliwego uważałem tego

który się jeszcze nie narodził

i nie widziałem złego

które się dzieje pod słońcem „

(z tomiku „Atol”, wyd. PFW, Toronto i „Fraza” Rzeszów, 2016)

Black guy and me. What’s the difference?

by Bogumil Pacak-Gamalski

I was always drawn to the history and culture of Black people. Even as a young man in Poland, back in the 70. But – Poland had really very little tradition and history of Black culture and Black people.  Mainly, I suppose, for the reason of being rather far from Africa geographically and loosing it’s sovereignty by the end of XVIII century until end of I world war. More or less the time of major colonialism expansion of other European powers.  That was perhaps one of the very few – if not the only one – good part of losing our political freedom. Then came the upheaval of Polish Solidarity movement in which I took very active part – and with that, all other interests had to give way to the main focus of the fight with Soviet communism in Poland.

That involvement in Polish Solidarity resulted in my short visit to London (first ever beyond the Iron Curtain) were I was hoping to study the life of Polish independence hero (and my personal), Marshal Pilsudski and London had a major Institute devoted to the study of his life and works (the other being in New York). It was fateful journey. That year Martial Law was declared by communists in Poland, the communist militia came to my home to arrest me (thousands were interned) and, on the advice of my father (former Soviet labor camp prisoner), I decided not to return. My entire world was turned upside down.

I lived in London in Willesden, close to Harrow Road, renting one bedroom apartment form a Polish lady, daughter of one of thousands of Polish soldiers, who stayed in Britain, after Poland was assigned in Yalta to Stalin. It was a typical working class neighborhood, with its own pubs, barbers, shops. And, of course, rows upon rows of tightly connected two or three floors red brick townhouses. In the 70. and 80. that neighborhood was also witnessing a large influx of Black population.  That decade also witnessed the first of many large and often violent protests of Blacks in London. That tension and a bit of unease was palpable in Willesden. It must have been late summer, when the tension erupted again. At evening times normally busy Harrow Street, was void of white pedestrians.  I was coming home by double-decker as usually late evening. From the bus stop, I had to take a relatively short, yet long enough, walk to my apartment.  Suddenly a group of three or four young Black guys appeared walking toward me and looking uninvitingly at me. I was young, too. Perfect combination to avoid. Unless you were looking for a fight, which I was not. I moved to the side, as not to provoke them, but kept walking. They stopped me, don’t remember the exact words but the jest (and the hand on my chest) was:  ‘were the f..k you think you are going? It is our street now’.  I, truthfully, explained that I have no claim to that street whatsoever, that I am not British and just coming home from 10 hours shift. I also mentioned that I am a refugee from a communist regime. Few more exchanges, less and less angry and I ended up in our neighborhood pub sharing a pint with them.  They asked me a lot about Walesa and “Solidarity”. I told them more about the Soviet-style communism.   Some of it was surprising for them and they said that it looked like the Soviets are not that different from the colonials in their countries, back in Africa. At the end they offered (I accepted) to escort me to my door, so nobody harms me by mistaking me with other local whites.

Why this reminiscing?  I watch (forcing myself, for it is very hard) for past week or so, the court trail of the murderer of George Floyd in USA.  Watched the video tapes several times and the image of the policeman knee suffocating George Floyd, killing him minute by minute, second by second is ingrained in my mind forever. Just as the hysterical, crazy female officer shooting the beautiful young  Black 20 year old boy in Minnesota yesterday.  It is beyond outrage, beyond anger. Two days after another handsome Black man, US Army officer, is taken out of the car and tasered as a hooligan or gangster. One wants to scream from the top of ones lungs: what the …ck is wrong with the Police forces in North America?! Particularly in US. That is not normal. It is sick. Your job is stressful, it is dangerous. But you are not solving or helping to solve the problem. YOU ARE THE PROBLEM.  You are the personification of the worst evil in America – the rampant racism. The Blue uniform become equivalent with the white robes of times by. When Floyd was murdered last year, the movement Black Lives Matter started. It spread beyond US borders rapidly. To Canada, to Europe.  In the middle of the first wave of pandemic.  Despite the pandemic, despite the risks, I thought that cause worthy enough of public support and joined my Black brothers and sisters in their march through Downtown Halifax. I watched their anger, their desperation – but most of all their sorrow. Deep, tiring sorrow, that follows them through their long history in the New World.

Let me take you through another short walk from my past. Year is about 85, maybe 86. My first visit with my partner to Florida. Few years after my life started anew in Canada.  We rented a car and were travelling from St Petersburg toward Orlando. I moved from the big interstate #4 to some quiet and deserted side road.  Not a single car in front, not a single one behind. Perfect.  Time to relax, enjoy the views. I think the speed limit was 60 miles and I was driving probably 70 or 75. Flat road, no traffic, safe.  Suddenly, I see in my rear view mirror characteristic flashing lights. Police. Resigned and knowing why, I slowed down, pulled to the side and stopped.  A blinding strobe light and very loud order from the megaphone: roll down your window, place your hands on steering wheel and don’t move!  Nothing like that would happen to me (at that time our Police was very well mannered and not confrontational from the getco, as it is popular now) in Canada. I was shocked and nervous. The policeman comes to my window (can’t see him, being blinded by his flashlight right into my eyes) and demands my driving licence.  I said that I’m Canadian tourist and try to reach the glove compartment for the papers. Next thing I remember  was being thrown from the seat with tremendous force face down to the asphalt, his knee on my back and the cold sensation of his gun barrel on my neck. Pressed to the point of pain.  I gathered all my senses and tried to explain that all my documents, including my passport are in the glove compartment, that it is normal in Canada to do what I did to show it to the officer. He yells at my petrified partner to hand them to him slowly. He checks them, his demeanor changes completely and explains that this not Canada, this USA. And I should be lucky that I am alive, because he was right to suspect that I might pull a gun from the compartment.  We chat a bit more, I apologise for my speeding and he wishes me a good night and good stay in Florida. I ask if I will get some ticket and he answers with a smile: no, just a verbal warning, it was a minor infraction. The end of story.  

Do you know why I am writing this story?  To make a point or to illustrate the subject of the article? No. I am writing it because I am alive. If that summer 1985 or 86 I was a young Black man, I wouldn’t write that story today. I would be dead most likely. But I was lucky. I am White man.  This is my privilege.  Not of coming from very wealthy family. For I‘m not.  Not from having top position in some industry, corporation. From the fact that I am alive today after that incident almost 40 years ago. Because I am white. I was not killed for driving ten or fifteen miles above the limit on an empty road. Because I am white. Floyd was not killed for passing (most likely totally unware of it) $20 bill in the store (most Americans and many Canadians have done it many times unknowingly, apparently there is more fake low denomination bills in circulation that real ones). He was killed because he was Black. The 20 year old boy in Minnesota was not killed for having some air deodorant attached to his rear view mirror (that was the infraction – seriously).  Nobody gets killed in the Stated for such minor issues.  He was killed because he was Black. Is it possible that white young guys would be killed in similar confrontations with the Police? It is, the Police is much more aggressive than it ever was – but highly unlikely. Because they would have been White. White and Blacks. Like Life and Death.  Think of it. And please, don’t tell me that you are not privileged, if you are white.  I know that I am. And down deep you know it, too.

I have written here of some very interesting and not very well known history of Blacks in Canada. Particularly of Blacks in Nova Scotia.  Have posted pictures and journalistic account of the mentioned above march Black Lives Matter in Halifax in 2020. Recently I have visited again the Black Cultural Centre in Dartmouth on the occasion of celebrating the Black Battalion – little known Canadian Army unit from I world war and had a short chat about it with the Commander of Halifax own Prince Patricia Regiment. Will write about it very soon. It is important to know the rich and long history of Black settlement in Canada, their achievements and their failures. Only than their history will become our history. Common past.  Only then we will be able to see ourselves as one. As Canadian family. And only than their lives will truly matter as much as ours. For they must be worth as much. They are.    

Ah, the title. “What’s the difference?” – I think that I have explained it already. Let me repeat it: I am, therefore I am alive.

Arabeska nr 2 – Karol Szymanowski

7 marca opublikowałem na gorąco (?) wystukiwany na klawiaturze Facebook’a wiersz  ‘Parlez moi d’Amour, mon cher Paris’.  Wspomnienie nie odbytego (jeszcze) spaceru paryskiego do Ogrodów Luksemburskich i długiej rozmowie o miłości. I platonicznej i zmysłowej. Ostatecznie trochę już tych krzyżyków mam na plecach, więc sporo na ten temat powiedzieć mógłbym. Tylko osobie wyjątkowo bliskiej.  W obecnym stadium swojego życia dwie tylko takie osoby są. Wyjątkowo – i w wyjątkowo inny sposób – mi bliskie. A teraz wygrzebałem gdzieś stary erotyk Micińskiego „Noc majowa”:

Efemerydy,

lećcie w tan –

o kwiaty jezior, nereidy!

na multankach w dąbrowie gra Pan.

Czemu Micińskiego zapomniany jakiś wierszyk (jak i Miciński zapomniany dziś)? Ano, słuchałem dziś pana Karola Szymanowskiego I Koncert Skrzypcowy w wykonaniu Konstantego Kulki. Bajka. Zapomniałem, jakie cudowne poematy miłosne komponował Szymanowski. Właśnie takie poematy o miłości. Tenże koncert dedykował Pawłowi Kochańskiemu, genialnemu skrzypkowi tamtej epoki, który mu wiele tajników wirtuozerii skrzypcowej wyłuszczył. Potem zresztą Kochański grał ten koncert Karola Szymanowskiego w Nowym Jorku, w 1923 bodajże, z orkiestrą pod batutą samego Leopolda Stokowskiego. Szymanowski był dość kochliwym człowiekiem i młodzieńcowi żadnemu nie przepuścił. Więc gdy sam był jeszcze bardzo młody, w Zarudziu pod Zamościem, gdzie gościł we dworze Jaroszyńskiego, skomponował to cudeńko muzyczne. Wymaga delikatnego dotyku smyczka, który pieści jeno struny skrzypek. Tak, jak zrobił to Kulka na tym nagraniu, którego słuchałem. Pod bardzo dobrą dyrekcją Jerzego Maksymiuka i Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia. Ileż w tym pasji, ile tęsknoty. I ślady rozległego stepu dalekiego Podola, dzieciństwa i wczesnej młodości pana Karola i jego pełnej przygód późniejszej podróży po Północnej Afryce. Przygód i doznań, które dzielił z towarzyszem tej podróży Stefanem Spiessem, niewątpliwie jego ówczesnym kochankiem i mecenasem finansowym.

Karol Szymanowski w portrecie Witkacego (1930)

Ach, a czemu Miciński? Ponoć (nie ma pewności) pod wpływem tegoż wiersza Szymanowski ten brylancik muzyczny stworzył. Czemuż by i nie? Wieczory długie w starym dworze, może księżyc przez okno zaglądał, a w bibliotece dworskiej wykształconego przyjaciela pewnie bez problemu tomik Micińskiego ciągle jeszcze młody Szymanowski mógł znaleźć i czytać. Może i słyszał świerszcze za oknem otwartym i myślał, że to Pan na fujarce-multance gra … . Czy myślał o tym swoim wczesnym koncercie siedząc pod fontanna w Taorminie i podziwiając ciała młodych Sycylijczyków figlujących nieprzystojnie w tejże fontannie? Jak wspomina w swojej biografii Artur Rubinstein, ta wizja pięknych młodzieńców wprawiała Szymanowskiego w zachwyt.

Warto to pamiętać słuchając tegoż koncertu skrzypcowego.  Kontekst i odrobina wiedzy nie szkodzą, a przeciwnie – pomagają dzieło lepiej odebrać, rozumieć. Bo sztuka prawdziwa nie jest wysiłkiem jedynie intelektu i techniki. Tenże na nic bez wielkiej emocji i bez wielkiej miłości. I tej osobistej do człowieka i tej filozoficznej do Człowieka. Pasja jest wszystkim, co czyni sztukę autentyczną.  A nie znać lub ukrywać pod kluczem archiwalnym homoseksualizmu twórcy (zwłaszcza twórcy z lat dawno przeszłych)  jest po prostu gwałtem i zbrodnią na tej twórczości. Ona nie powstała z niczego, nie powstała w próżni. Te dzieła tworzyli ludzie żyjący. Kochający, tęskniący, cierpiący i zwycięscy.  A to wszystko miało wpływ na ich twórczość.  Ot, i arabeska druga. Arabeska – płochy, nietrwały rysunek, krótki utwór literacki lub muzyczny. I nazwa arabskiej prostytutki. Hmm… .  Jakby Tuwim zakończył filozoficznie: człowiek się jednak na niej rodzi i na niej umiera.

COVID anniversary. What next?

Bogumil Pacak-Gamalski

A year ago the World Health Organization (WHO) called the new pandemic in our world. This one was given the name Coronawirus-19, simply from the given name of the new, unknown to human organism, pathogen.

Now, after twelve months, we can come to some conclusions, reflections. It was the first world pandemic that truly and without any mercy affected every society, every corner of the world. It didn’t recognize any differences : alike to all humans. It is true, as we also learnt during that times, that certain groups of people were more likely to develop serious illness, that some were more prone than other to die from it. A lot still needs to be studied and decipher.  Not being an epidemiologist or even a biologist, I can rely only on the barrage of daily news and tidbits of scientific opinions offered to the public.

It was noticed, for example, that black and brown populations were more susceptible to it, also Native communities of North America. So far I take it with a very big grain of salt and think that some assumptions are way too hasty and unproven. Especially the ones based on skin colour (what used to be called ‘race’, which is false, for all human form one and the same race: the human race) or continental ethnicity. At the same time it was proven that old or very old people were the most likely to die from that illness caused by Covid19. Also proven more likely to fell ill, were people on the lower scale of economic ladder. Simply put it: the poorer you were the bigger were the chance of getting infected and developing the illness; and more infections in any particular group logically led to more deaths.

That, for me, suggest different picture, not based on the colour of your skin:  since  (on average) the brown and black population (also the Native one) in North America and in Europe has the largest percentage of underprivileged people – it seems clear that not a ‘race’ but poverty was the main culprit and ‘attraction’ for the virus. And, of course, very old age, which by itself makes us much weaker to combat the virus and much easier to succumb to it finally (death).

Argument that even wealthy black or brown or Native people got sick more often than white ones is rather unscientific. If you are black/brown/native you are much more likely to socialize with other people, who are black/brown/native, then an average white person. Therefor it is reasonable to assume that you chances of acquiring the virus are much higher.

The logical conclusion – again, for me – is that the actual predominant of Covid19 effectiveness was not ‘race’ but economic and social status.

And why that would be an important conclusion? Logic comes to guide me once more: that difference is possible to be eliminated or at least very effectively curbed by smart social policies and government actions. People are born black/white/brown because of nature, genetics. Any government or societal action can’t change it. The same people are born or become poor mainly because of lack of good social policies, not because of genes. And changing these policies would not only be smart but also economically good for society at large. I am not talking about lofty philosophical ideas: more education=smarter people; more business opportunities; less crime; wider horizons. No, very simple fact – poverty is extremely expensive for economy and society. Especially the latter. If majority (apart from very old residents of Seniors Care Centres – but that’s a subject I will return to later) of hospitalizations came from poor people – it translated to easily hundreds of millions of dollars in health spending. Just in Canada, a relatively (by population) small country.

If we want to avoid such catastrophic costs in the next pandemic (and it is coming soon, as all scientists in related fields are warning), we must fix that problem as soon as possible. Or we all are going to be left with the astronomical bill again.

The insanely low wages for menial or entry jobs (for poorer people the ‘entry’ is also their ‘exit’ job as they are unlikely to get much better one in their life); perennial lack of good social housing; increasingly higher prices for private rental apartments; still largely underdeveloped accessible and not overpriced public transport, makes their chances of escaping poverty even more elusive.  Totally different subject is the abnormal value of real estate properties (own house or condo). The four/five and seven hundred thousand dollars for home or condo in Halifax is just as big an absurd, as one/two or three million dollars house in Vancouver or Toronto. These are averaged prices, not the so called high value properties. When you compare what Vancouver has to offer vice versa the same offer in Halifax – both of the real estate markets are not based on reality. That market will collapse, sooner or later. And we will have another, not a biological but economical epidemic. But that’s a separate subject. Related but not entirely. After all, really not all people want to own a property. But all need affordable and safe housing.

That was my view today on that one year ‘pandemic anniversary’.  It has shown the true cost for society in economic terms. And the root causes of the cost in dollars and lives lost. Lost, in part at least, because of economic inequalities. Inequalities that could be fixed or better controlled. Again – the cost will fall on all of us. In that, I’m in full agreement with famous politician (very disliked by me and the one partially to be blamed for raising poverty in all western countries), Margaret Thatcher: the government uses your money, it doesn’t have any of its own.

I have written here few times in the past about the incomprehensible tragedy that happened in Seniors Care Centres. Not only in Canada. In many, if not all, developed countries. The Care Centres become the killing fields for Covid. People were not only dying en mass – they were dying in horrifying, hair raising circumstances. Sometimes from hunger, malnutrition, in their own feces. Forgotten by the world. By us.

As we were slowly becoming aware of it, our horror gave wave to our anger. The governments noticed. Help from outside was given, sometime in the form of Army personnel. At moments, I was comparing it to the dire situation of Jewish ghettoes in German-occupied Europe during last world war. I know, it seem like a stretch. But the pictures we were given, the stories we read or heard were just too much to understand. How did happen? How was it possible?  How can anyone explain it to us? They were our mothers, grandmothers, fathers,  our wives,  husbands, friends.  They were people. Old, fragile, often fragile mentally and not able to understand why it is happening to them, why no one helps them? I still can’t think of it without anger, without shame, without  overpowering sadness.  But we were told things will change. Only once we get a hand of it, once we start to control it. Once … . Few months later, when the second wave came it brought back the same terrible misery to many of the same places. Truly, I can’t comprehend it.  What the hell happened to the provincial governments, the ministers of health, social services, seniors services?! Have the old really become dispensable? Like a piece of old furniture left to elements in the shed or in some dark corner of the courtyard? I am still waiting for full public commissions of inquiry. Heads should roll, fines should follow (to private operators) and laws must be changed and applied (!). Effective controls established with strict follow-ups. Perhaps the time has passed to allow for profit Care Centres to operate at all? I think it did. But even if they were going to remain in that field – there has to be a fully new arrangement. And, of course, it goes back to the issues of economic  and just employment, of not paying low wages for staff tasked with the care of our old generation of Canadians. The overworked, underpaid people, who bath, change, feed  and give medicine to our parents and grandparents. For this we should insist on judging our provincial governments and our premiers. As they like to say: the buck stops there.  It does. That’s the price of leadership. Or the cost of lack of leadership.

A year after the start of the pandemic, we can finally see the beginning of the end of it. A very, very long and difficult year. Like no other for most of us. The vaccination arrives every week, massive inoculation will follow anytime now. Some provinces might see a big change even before summer ends. But we must, before we run to beaches, airports, restaurants, we must follow up on our collective resolve to fix things. To make it better. To be ready, when the next big one comes. We must demand that all governments do what is absolutely necessary to change things, the things that can and should be fixed. Or change the governments.  After all is said and done, we are still in our country the masters, the owners and the employers of all elected politicians. And we pay them much more, than they pay the caregivers of our parents, grandparents and old friends.  Perhaps we should offer them new pay scale, at par with the caregivers.

Inni czy swoi? Na pograniczach kultur i tradycji

B. Pacak-Gamalski

Sztuka. Artysta. Najwyższa kwintesencja człowieczeństwa. Bzdurą kompletną jest stawianie tegoż w opozycji do wiedzy. Wiedza jest częścią sztuki, jest bramą, która umożliwia artyście twórczość. Poniekąd służy sztuce. I odwrotnie – sztuka budzi głód wiedzy, zadaje pytania, na które wiedza stara się odpowiedzieć i otworzyć tym drogi do nowej twórczości.  Wiec Art i Logos, wiedza obiektywna, zewnętrzna i sztuka, jako wiedza wewnętrzna, emocjonalna, subiektywna. Wzajem się uzupełniające i wspierające.  Myślałem o tym jadąc kilka dni temu samochodem i słuchając w radio uroczej kompozycji ‘Da geht ein Bach’. Nie znałem wcześniej tego utworu.  I kto skomponował? Ano, kawaler Fryderyk Nietzsche. Tenże sam, filozoficzny król (lub ojciec) współczesności, modernizmu. No OK, może bardziej adekwatnie by było nazwać go Ojcem Chrzestnym.  Tak, tym ze słynnego amerykańskiego filmu Coppoli.

Chodzi mi o taką właśnie kombinację, te złączenie artysty i filozofa. Jeśli genialny Wittgenstein zadał śmierć filozofii (tak, jak Nietzsche uśmiercił Boga), to Nietzsche był ostatnim królem-filozofem, filozofem-alchemikiem duszy. Tym, który Boga szuka, a po odnalezieniu zabija go. A więc twórcą jednak, nie naukowcem, badaczem. Bo któż zabić Boga potrafi, jeśli sam nie jest też twórcą, sprawcą stwarzania?

Ot, takie myśli nachodziły, gdym słuchał tej doprawdy uroczej, lekkiej a jednocześnie bardzo kunsztownej muzycznie kompozycji. Polecam serdecznie pianistom, zwłaszcza młodym (choć młodość dla artysty jest pojęciem bardzo elastycznym) grać to. Nie, nie dla ćwiczeń. Najlepiej na koncertach, jako miłą popisówkę na bis. Gwarantuję, że bardzo publiczności (nawet tej nadętej, bo jakże by mogli achów i ochów nie pokazać wobec samego wielkiego Fryderyka Nietzsche?!) się spodoba.

Do tematu wracam jednak. Ustaliliśmy, że Arte to kwintesencja człowieczeństwa. Artysta więc zostaje poniekąd demiurgiem. Trzeba go nie tylko poznać ale i wyczuć, lub wczuć się w jego przesłanie, utwór, natchnienie. Tak, jak muzyka właśnie – musi w nas grać. Inaczej szkoda czasu chodzić na koncerty. A artyści są tacy różni, tacy inni. Jest w nich cały wszechświat. Nie jakieś schematy, jakieś uproszczenia, sprowadzanie do wspólnego mianownika lub mierzenie jedną miarką.  Nie chodzi tylko o to, co jest. Chodzi w mierze równie ważnej o to, co być może, a także co być mogło. Co się skrywa czasem za półsłowem, krótkim spojrzeniem, gestem z pozoru od niechcenia. Nawet jeśli boisz się wyjść na ulice, to przynajmniej otwórz okno i popatrz na świat zewnątrz, spoza własnych czterech zdań. Tak, jak Zofia Nałkowska, gdy w dobie okupacji pisząc „Dzienniki” otwierała okno dodawała reflektując zaraz : ‘i znowu zaszła zmiana w polu mojego widzenia’.

Gdy pisałem  w poprzednim felietoniku-bajeczce o Baczyńskim i Kocie-Jeleńskim, o Baczyńskim i Jerzym Andrzejewskim i o „Zośce’ i „Burym” (naturalnie, że celowo – choć nie bez podstaw – wybrałem  tak symbolicznie brzemienne postacie), to wszak o tym pisałem. O tych możliwościach, o tych półcieniach i innych kolorach tej samej rzeczywistości.  O drzewie, które żyje a nie o drewnie. O bogactwie inności.

Ciekawym papierkiem wszelkiej inności w tym kontekście twórczym, jest literacka twórczość  (ta zwłaszcza, bo najbardziej prosto rozpoznawalna, czytelna – w przeciwieństwie np. do muzyki lub sztuk plastycznych, które wymagają większej znajomości z arkanami sobie specyficznymi, z ikonografią gatunku) bieżeńców wszechczasów:  Żydów.

Teraz natknąłem się na tą tematykę dzięki wydanej właśnie monografii (?), zbioru eseistyki, badań, biografii związanej z mało u nas znanym terminem ‘maran’.  A to odsyła bezpośrednio do wielkiej diaspory żydowskiej na Półwyspie Iberyjskim w wiekach średnich, pierwszego poważnego pogromu i ucieczki Żydów. Ale, co z tym – choć nie tylko z pogromem i nieszczęściem – się wiąże, to z właśnie z ludźmi-twórcami, którzy wtopili się w nowa kulturę, nowy język, czasem nową wiarę (w Polsce popularne było pojęcie ‘przechrzty’, na ogół o pejoratywnym zabarwieniu). Ale coś z tej starej, ojczystej żydowszczyzny w nich zostało.  I jak to na ich twórczość wpływało?  Jak wpływało na kształt literatury i kultury szeroko rozumianej tych nowych obszarów etnicznych, kulturowych? Podróż w obie strony jednocześnie.

Z samą tematyką (w formie beletrystycznej, z elementami kryminału) maranów zetknąłem się przed wielu laty czytając świetną powieść Richarda Zimlera „The last kabbalist of Lisbon”.  Teraz z niecierpliwością czekam, gdy wpadnie w moje ręce to wydanie „Maranów” – dzieło wielu badaczy i znawców tematyki skupionych wokół Uniwersytetu Muri im Franza Kafki (sam uniwersytet jest znowu ciekawostką niemałą i rzeczą tyleż symboliczno-legendarną, co mityczną, ale to temat osobny). Wydawcą jest krakowska ‘Austeria’.

Tak, jak do wspomnianego już tu poprzedniego tekstu-arabeski o Baczyńskim i jego przyjaciołach wracających z Gimnazjum Batorego, tak i do tej książki skłonił mnie kontakt z Piotrem Sadzikiem, literaturoznawcą z Instytutu Lit. Polskiej UW, bo z pracą nad „Maranami” związany był de facto organicznie. Do pewnego stopnia jest to też mały fragment mojej własnej pracy nad przygotowywaną książką o plemiennym (wręcz szczepowym) ‘genie’ społeczności LBTQ+. Genetyka kulturowa versus genetyka etniczna.

Siadając więc nad notatnikiem, z kawą i ciastkiem obok, w ulubionej kawiarence-antykwariacie w Halifaksie pisałem kolejny fragmen/t/cik do tejże książki.:

… przypomina mi się kultowy balladysta studenterii lat 70. i 80. ub. wieku, Marek Grechuta. Trubadur zbliżony do wyobrażeń mistrala, poety-śpiewaka-aktora wieków średnich, antycznych i pewnie archaicznych. Powtarza w balladzie młodzieńcze zwrotki polskiego wieszcza Adama Mickiewicza. Adam Mickiewicz – cóż bardziej polsko-patriotycznego być może? A cóż młodzieńczy (czy w jakimkolwiek wieku biologicznym) Mickiewicz może mieć wspólnego ze szczepową społecznością LGBTQ ? Nic. Ale młody Adam ma te same emocje, pytania , pasje, jak każdy Adam, gej czy straight. Więc Grechuta śpiewa te pytanie „I znowu sobie zadaje pytanie, czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie?”.  Naturalnie ani autor, ani trubadur, ani też czytelnik i słuchacz nie ma najmniejszej wątpliwości z wyborem odpowiedzi.  Jest jasny i prosty. Nie być pewnym może być tylko ktoś, kto nie kochał. Czy obiektem był przyjaciel, który jeszcze kochankiem nie był, czy świadomy romantycznego kontekstu obiekt adoracji.  Konsumpcja tej adoracji lub jej brak nie mają tu jakiegokolwiek znaczenia. Zadawanie sobie tego pytania jest już odpowiedzią na nie. Ale to pytanie uległo dziwnej rekonstrukcji w całej prawie współczesności, gdy homofobia stała się modna. Gdy rycerz-bohater nie miał prawa być gejem. Nawet jeżeli był. A w rzeczy samej jest wszak kompletnie bez znaczenia czy faktycznie był.  Dla takiej konstrukcji samo przypuszczenie, sam argument takiej możliwości (że rycerz-bohater, owszem mógł być) odrzucane są z zacietrzewieniem i emocją wartymi lepszej sprawy. Na jakąś ‘platoniczną miłość przyjacielską’ jeszcze ze zgrzytem zgodzić się mogą. O kochaniu mowy być nie może. Skąd ta idiotyczna argumentacja i te dantejskie argumentowanie contra – nadziwić się nie mogę. Tebańscy wojownicy by pewnie nie mogli pojąć też, a młody Aleksander Macedoński spytałby się Arystotelesa, zanosząc się śmiechem,  o co tu w ogóle chodzi?

Arabeska w tutu

obraz Ine Veen przedstawiający Annę Pawłową w jej legendarnej roli z Jeziora Łabędziego (ze zbiorów Wikimedia Commons)

Nie wiem już nawet który jest rok dokładnie. Lata są 30. ubiegłego wieku. Warszawka. Paryż Północy. Kocik Jeleński, młodziutki, szczupły z charakterystycznym noskiem, idzie pod rękę z Krzysztofem Kamilem, też młodziutkim, romantycznym. Śmieją się jak typowi gimnazjaliści w tym wieku. Za nimi mała grupka przyjaciół wśród których są i „Zośka” (Tadeusz Zawadzki) i „Rudy” (Jan Bytnar). Potem zasiadają razem w szkolnych ławkach Gimnazjum Batorego. 

W klasie siedzą też inni koledzy szkolni.  Bractwo na ogół inteligenckie. Na przerwie ktoś rozpoczyna popularne wówczas wśród młodzieży nacjonalistycznej przepychanki i głupie antyżydowskie dowcipy i obelgi wobec chłopców wyznania mojżeszowego.

Twarz Krzysia Baczyńskiego oblewa się szkarłatem gniewu. Krzyczy żeby się zamknęli. Od słowa do słowa dochodzi do przepychanek.  Gimnazjum, chłopcy, temperamenty. Ale Krzysiu nie jest przykładem chłopca-osiłka i Kocik, pomny swego rycerskiego pochodzenia, pierwszy wymierza ostry cios pięścią w podbródek jakiegoś patrioty-antysemity.  Reszta wiadomo – popchnięcia, bijatyka szkolna, komuś pękła warga, komuś poleciało czerwonką z nosa … .   Woźny podbiegł z dzwonkiem w ręku, zrobił głośny raban, przyszedł nauczyciel i chłopców rozdzielono.

Po szkole wracają do domu zwartą paczką. Na wszelki wypadek, gdyby rozjuszeni dbaniem o etniczną czystość koledzy-patrioci, chcieli im spuścić odwetowe lanie.  

Kamil wkłada swoje ramię pod ramię Kocika, a „Zośka” śmiejąc się obejmuje ramieniem „Rudego”. Rozchodzą się na wysokości Alei Ujazdowskich. „Rudy” odchodząc woła do Kamila ze śmiechem: ‘uważaj żeby cię Konstanty nie uwiódł, bo bronił cię, jak lew!’. Krzyś rumieni się i sam siebie zaskakując odpowiada: ‘wiesz, że nie lubię, jak go nazywasz Konstanty, mów do niego Kot’. “Zośka” z zalotnym, filuternym uśmiechem wtrąca jeszcze na odchodnym: ‘no, Kot to taki mały lew, niby się łasi ale ma pazurki, uważaj’. Wszyscy wybuchają śmiechem i się rozstają. Jeleński i Baczyński idą jeszcze, przed pożegnaniem, na spacer  alejkami Parku Ujazdowskiego.

Siadają na ławce blisko pomnika ‘Gladiatora’ Welonskiego.  Kocik mówi niby do siebie, niby do nikogo ale bacznie obserwuje reakcję przyjaciela: ‘lubię patrzeć na tą rzeźbę, Welonski świetnie ujął w niej proporcje i piękno ciała męskiego’.  Młody Baczyński nie odpowiada, zapada milczenie. Ale po chwili jego głowa spocznie na ramieniu Kota. Nic nie powiedzą do siebie. Będzie im miło i dobrze ale będą się bać ten moment zepsuć jakimkolwiek słowem lub ruchem zbytecznym lub zbyt natarczywym.

Kilka lat później Baczyński będzie o tym momencie myślał, gdy tym samym gestem oprze swą głowę na ramieniu przystojnego, o kilka lat dojrzalszego od niego, Jurka Andrzejewskiego. Czy jeszcze kilka lat później wspomni ten moment Konstanty Jeleński składając swoją głowę w objęcia szczupłego i chłopięcego, jak jego szkolny przyjaciel, Stanislao Lepri?

Kto to wie. I czy tak było? Kto to wie? Sam pewnie o tym właśnie nie myślałem, gdy którejś nocy letniej, tuż przed świtem,  w 1978, poszedłem z przyjacielem złożyć kwiaty pod tablicą u wylotu ulicy Miodowej. Miejscu, gdzie Krzysztof Kamil zginął.  Byłem chłopakiem ledwie. Kochałem jego wiersze, więc kochałem jego. Wydawało mi się, że dostrzegałem go spoza tej tablicy cementowej, spoza tej zbroi kutej w spiżu polskiego patriotyzmu.  Ale czy to wszystko mogłem zrozumieć? Czy tylko przeczuwałem?

Czytałem tygodniowe zapiski “Dziennika” Andrzejewskiego w „Literaturze” Putramenta. Ale przecież mimo, że wolno mu było dziecinny prawie spór o ‘wielkość” z Miłoszem prowadzić – nie wolno mu było odbrązawiać tego nacjonalistycznego puklerza Baczyńskiego z Powstania Warszawskiego.

A pisał o tych sprawach mądrze bardzo młody badacz literatury onegdaj, wczoraj ledwie, w sierpniu 2019, Piotr Sadzik na łamach polskiego Newsweeka. Odłożyłem ten jego artykuł, by kiedyś wrócić. Ten jego tekst mi o tym przypomniał. Więc wodze fantazji spuściłem lekko, i dałem się samemu na ten spacer warszawski wybrać. W czasie i przestrzeni.

W latach 80. byłem w gościnie u Kota Jeleńskiego, mieliśmy długie rozmowy. Ale nie o Baczyńskim. To były lata 80. przecież. Tyle się działo w naszym, polskim świecie.  Tyle tematów bieżących. Trwała też właśnie wielka wystawa retrospektywna Leonor Fini, jego żony.  Były rzeczy ważniejsze. Jak zawsze w życiu. Wkrótce po moim wyjeździe z Paryża, Konstanty Jeleński zmarł. Już z nim nie porozmawiam. I czy jest mi to potrzebne i czy on więcej wiedział? Chyba tak.

Te hufce narodowe, te sztandary, te puklerze ciągle kładą się cieniem długim na pamięć i znajomość osobowości twórców kultury polskiej. Nie osobowości twórczej (te łatwiej badać w oderwaniu od rzeczywistości) ale twórcy właśnie.

Przecież i mnie, bezwiednie i bez trudu prawie, te puklerze, te napierstniki nacjonalizmu nałożono. Tez zatruto nimi moją młodość. Tak, jakby słowo patria musiało się łączyć ze słowem oszustwo lub milczenie.

Więc na moją, prywatna potrzebę, taką sobie arabeskę stworzę, skomponuję. Z rzeczy i spraw, których fragmenty znamy i rzeczy i spraw, które przeczuwamy jedynie. Będą w strojach baletowych tańczyć w tejże arabesce-choreografii i młodzi Baczyńscy i Jeleńscy, i „Zośki” z „’Rudym”, będzie wirować z wiankiem na głowie Narcyza Żmichowska, a nawet Marysia Konopnicka, będzie Andrzejewski z Gombrowiczem i jeszcze Białoszewski podpity. Za nimi cały zespól taneczny prowadzony przez Stasia Szymańskiego i Wacka Niżyńskiego.  Wszyscy będą młodzi, chłopcy ledwie. Muzykę napisze oczywiście dwudziestoletni Chopin. Czy przejdą korowodem roztańczonym, roześmianym z Opery Narodowej do Parku Ujazdowskiego?  Naturalnie! W końcu to moja arabeska. Kobiety będą w spodniach tańczyć i kapeluszach z wielkim rondem, a młodzi mężczyźni w tutu romantycznych, z tiulu białego.

Niech tych innych chłopców, tych narodowych, aryjskich, czystych, krew zaleje, gdy na ten kolorowy korowód patrzeć będą. Oni się już przez wieki  napili wystarczająco dużo cykuty zapomnienia, oszukania, zakrywania, fałszowania. I nas nią poili. Czas na tutu. Czas na spacer z Batorego do Parku Ujazdowskiego. Tym razem już nawet nie pod pomnik Gladiatora, a prosto pod kształtną figurę ‘Perseusza’ Gruyera. Niech się niewinne przyjaźnie i romanse platoniczne rumienią bez kolczugi kłamstwa.

Niemożliwe?

W 64 oku  cesarz Neron, neurotyczny i zakochany w sobie psychopata, miał już dość oglądania wszędzie wspomnień i zabytków świadczących o wielkości jego poprzedników, ich czynach i dokonaniach. Rzym zbyt mało wagi przykładał wszak wobec jego wielkich osiągnięć i talentów! Przy tym on, Neron, wielki i czuły artysta i wizjoner, znieść nie mógł szkaradnej brzydoty rzymskiej zabudowy, ciasnej, brudnej, mało przestronnej. Ale jakże budować nowe wielkie Łaźnie, jak nadać miastu szlachetnego porządku hellenistycznej architektury ( a wszak w nikim, poza nim, takiej czystości helleńskiej, godnej jedynie Apollina boskiego, nie było!), gdy brak miejsca, brak placów wolnych? Jakże zresztą nowe budowle piękne stawiać obok brzydkich już istniejących?

A cóż bardziej oczyszczającego, bardziej szlachetnego, gorejącego niczym miłość Apolla do Hiacynta, niż ogień?! Wysyłał więc w ciągu kilku dni swoich cesarskich pachołków w różne dzielnice by strategicznie wzniecali nowe pożary. Rzym płonął. Neron był w apoteozie pogromcy ale i przyszłego budowniczego. Odnowiciela. I o tym odnowieniu, o tym powrocie do chwały i piękna, do tradycji czystej a prastarej śpiewał na tarasie swego pałacu akompaniując sobie samemu na lirze apollińskiej. A u jego podnóża płonął stary, brudny Rzym.  Płonęły też (naturalnie tylko niefortunnym zbiegiem okoliczności …) setki domów i pałaców rzymskich patrycjuszy, rzymskiej arystokracji, która nim, boskim Cezarem, gardziła skrycie, podśmiewała się z niego.

Już on nie raz słyszał i donoszono mu o tym skrzętnie, jak to szeptali między sobą o tym, jak zamordował własnego pół-brata, Brytanika, pierworodnego syna starego cesarza. Ponoć tym samym sposobem, szeptali między sobą, pozbył się swojej własnej matki, Agrypiny. Niewdzięczni zarozumialcy, zawistni i leniwi. Elita rzymska. A przecież on wszystko dla Rzymu poświęcił, swój talent, urodę i młodość. Nawet ten pożar to przecież też dla Rzymu i Rzymian, by go na nowo dla nich, niewdzięcznych, odbudować lepszym i świetniejszym niż kiedykolwiek przedtem. Jakże gorzko ich za to nienawidził!  Ten cały obrzydliwy sort. Gdyby byli wierni, gdyby jego wielkość i boskość uznali, może by nie musiał i brata i matki otruć. Ale jakże mógł i jej, inteligentnej i sprytnej nazbyt dla własnego dobra, matce rodzonej, zawierzyć? Jak mógł bratu, który przysięgał, że go kocha, zawierzyć? Nie mógł przecież. Był cezarem przede wszystkim. Na słabości i sentymenty nie wolno mu było uwagi zwracać. Na nim samym spoczywał ciężar władzy i troski o Rzym. Rzymowi poświęcił swe życie. Nawet ten Rzym płonący był wszak zapowiedzią odnowy. A oni, miast mu wdzięcznymi być, ciągle tylko narzekają, ciągle spiski knują. Podły sort.

Tak myślał pewnie Neron, psychopatyczny narcyzysta, spoglądając  przez pięć dni 1957 lat temu na pożar starego Rzymu.  I pewnie sam się aż wzruszał nad sobą, że tak mało jego poświecenia jest szczerze przez poddanych doceniana. Być może nawet, w chorobliwej jaźni, zrodziła się szczera wiara, że śmierć brata była ich, tej rzymskiej elity, winą. Bo przecież, gdyby mógł być pewien, że nigdy tronu cesarskiego bratu, zamiast jemu, nie powierzą – to wszak być może brat jego mógłby spokojnie żyć! Oczywiście, to takie jasne! On nie jest winny bratobójstwa – to oni! Ta elita!

Tak mi to wszystko dziś w obrazach wyobraźni się jawiło, gdym patrzył na wypadki w Waszyngtonie, nowym Rzymie współczesnego świata.  Na okazały budynek Kongresu USA i na pałac cesarski – Biały Dom. Nie wiedziałem czy Kongres to symbol Senatu Rzymskiego (architektura neoklasycystyczna, więc o skojarzenie łatwo), obok zaś siedziba prezydenta czy cesarza?  Ważniejsza Ameryka czy Cesarz?  I myślałem, jak bardzo musi pogardzać ten współczesny cesarz amerykański tymi tłumami swoich wyznawców.  Tymi, którzy gotowi byli tych patrycjuszowskich senatorów z Kongresu powywieszać na szpalerach drzew wzdłuż Alei Pensylwańskiej.  Powywieszać dla niego – bo im obiecał ten wielki, w białych (naturalnie tylko w białych!) togach Rzym amerykański przywrócić. Bo mają już szczerze dosyć i tych elit waszyngtońskich, i tych Spartakusów-wyzwoleńców, którym się wydaje, że są równi im. Im! Białym, prawdziwym Amerykanom!  Obiecali mu, ich cesarzowi, że mu ten stary, brzydki, ciasny Waszyngton rzucą w prezencie pod nogi, jak płonącą pochodnię.  Nie bardzo im wierzył, co prawda. Gardził nimi i nie znosił ich nędznej rzeczywistości małych, kiepsko urządzonych domków i głupich małych biznesów, która w jakikolwiek sposób nie pasowała do jego apartamentów ze złotymi bidetami i kryształowymi łazienkami (nawet ten głupi pałac cesarski zwany Białym, uważał za podły kurnik) – ale ufał im jednak bardziej niż tym przeklętym patrycjuszom z Kongresu, tym wywyższającym się intelektualistom, tym przemądrzałym starym elitom. Zresztą ten motłoch był jego ostatnią nadzieją. Nie miał nic do stracenia. Powiedział im nawet, że ich kocha. Co z tego? Nie jednej kurwie już tak mówił. Mogł więc i im.  Po prawdzie nie może nawet już ufać swoim pretorianom.  Nie jest pewny czy staną zwartym szeregiem po jego stronie czy też przyjdą zwartym, małym oddziałem zabrać go do jakiejś celi w starej twierdzy. Podły, niewdzięczny naród niegodny jego wspaniałości.

Więc tak sobie wyobrażałem Nerona i Trumpa. I co myśleli lub, co myśleć mogliby. I zaraz trzeci obraz się na dwa poprzednie nałożył.

Jakiś stary, mały człowiek w Warszawie. Na Żoliborzu, w willi odebranej kiedyś jakiemuś patrycjuszowi, im przekazanej przez wujka, wysokiej rangi pretorianina, jego rodzicom. Dziś rodziców już nie ma. Nie ma też ukochanego ale może i jednocześnie nienawidzonego brata. On – zbawca narodu. On, który mógł tak wiele sam, a życie zmusiło go, że zawsze musiał być w cieniu innych. Niegodnych jego wizji. Ale z tytułami: przewodniczących, premierów, prezydentów. Nawet ten głupi elektryk z idiotycznymi wąsami nim pogardzał. Nim! Ze starej inteligencji! A już te przeklęte elity, ci przemądrzalcy, ci kosmopolici przeklęci zachłystujący się swoimi podróżami po tym zgniłym Zachodzie! Tfu, kociamać! Gdyby jego wizji starej, rzymiańskiej Polski zawierzyli, gdyby docenili jego talenty, to może by i nie musiał tego brata do tego lotu nieszczęsnego tym starym rosyjskim gruchotem namawiać. Tak, to oni są winni! I teraz za to wszystko musza zapłacić. On im ta ‘ichniejszą’ Polskę spali, jak Neron Rzym. Zbuduje nową. Nie musi być ani tak pstrokato kolorowa ani jakakolwiek tęczowa. Szarość to kolor najlepszy. Nie rzuca się w oczy i nie razi nikogo. Jak popiół po pożarze. Więc im teraz pokaże. Teraz ma w końcu szansę. I ten motłoch, jak ten w Alei Pensylwanii, mu w tym pomoże. Zresztą – co tam ci z Waszyngtonu! Nasze pochody 11 listopada w Alejach Jerozolimskich, przez Most Poniatowskiego – to dopiero pokaz siły i tężyzny. I te racice. I ten ogień niszczący i oczyszczający jednocześnie.  Ten mały, stary człowiek, ten zniszczony życiem psychopata, któremu żadne uczucie prócz nienawiści, już w duszy nie zostało, niedoceniony bratobójca zerka na Warszawę z szerokiej perspektywy olbrzymiego Placu Piłsudskiego. Przed nim pomnik ofiar tej przeklęto-zbawiennej katastrofy, pomnik wyszydzany przez tych podłych Polaków, tych samych, którzy tłumnie po tej katastrofie płakali i w szczerej byli żałobie. Blisko, tuż obok, uwielbiany i czczony Pomnik jakiegoś nieznanego żołnierza z wojny , której nikt już z żyjących nie pamięta; naprzeciw pomnik starego Naczelnika do dziś uwielbianego. A to przecież on, ten Marszałek do Belwederu i do Sejmu z wojskiem wkroczył, bez wyborów!  A on do Sejmu z wyborów. Co za głupi naród – i tego marszałka i tego nieznanego żołnierza kochają i wielbią – a nim pogardzają. I myśli ten chory, stary człowiek: ale wam się odpłacę, zrobię wam jeszcze taką hucpę, że mnie zapamiętacie.

I zastanawiam się czy to możliwe. I jaka ta ‘hucpa’ może być.  Czy możliwe?

Czy wiecie kiedy ostatni raz uzbrojona banda wpadła do budynku Kongresu USA, największego mocarstwa na świecie, stolicy najstarszej nowożytnej demokracji? To wam przypomnę. Utkwiło mi w pamięci dobrze, bo wielokroć zachodzę na stary cmentarz w Halifaksie, gdzie dowódca tych żołnierzy jest pochowany. Był nim brytyjski generał Wojny 1812 roku, Robert Ross. Wojny 1812 w Ameryce, nie w Europie. Między Koroną Brytyjską a nowo powstałymi Stanami Zjednoczonymi Ameryki Północnej. Ross pokonał w potyczkach wojska amerykańskie i zajął Waszyngton w 1814. W odwecie za zniszczenia w Yorku (obecnie Toronto) – spalił Kapitol (siedziba Kongresu) i Biały Dom. To był ostatni raz, gdy uzbrojona grupa ludzi zajęła siłą Kapitol. Ostatni do wczoraj. Do 6 stycznia 2021.

Wtedy, w 1814 ważyły się losy między byciem kolonią Imperium zza oceanu czy też suwerenną republiką. Republika zwyciężyła. Dziś ważyły się losy amerykańskiej, najstarszej i największej w nowożytnym świecie demokracji.

Rzeczy niemożliwe stają się faktami dokonanymi nie przez paranaturalne lub boskie wyroki i cuda. Stają się faktami dokonanymi wówczas, gdy zbyt wiele osób wierzy, że są niemożliwe.

A główna przyczyną był, wynikły z psychozy, charakter  lidera, przywódcy, cezara. Charakter, który poza sobą nie widzi niczego innego. Jest przekonany o swojej wizji Ameryki, swego cesarstwa i głęboko zakorzenionej niechęci do tzw. ancien regime (starego porządku) i elit ten porządek reprezentujących. Tak, jak charakter Karła z Żoliborza. Trump znienawidził Amerykanów, za to gdy zaczęli nim gardzić, poniżać go, wyśmiewać. Zrobili z niego obiekt kpiny. Oparł się na tych, którzy byli mu całe życie kompletnie obojętni: na niewykształconej, politycznie przegranej masie ludzi, którzy niezbyt wiele w życiu osiągnęli i szczerze nienawidzili tych, którzy swoją pracą osiągnęli więcej niż oni. Zwłaszcza, gdy byli nimi ludzie, których  przez szkła ksenofobii i czystego rasizmu uznawali za gorszych od siebie. Dla nich hasło ‘wolność’ ma duże znaczenie też – ale tylko w  rozumieniu ‘wolności’ rasy białej i amerykańskiej.

Czy są pewne podobieństwa?  Nie musi być identycznie, wystarczy, że odnajdziemy wątek, nić, które łączą sytuację Polski i Ameryki ostatnich pięciu lat. Tylko nie mówcie już głośno i z przekonaniem, że to niemożliwe.

Île-Royale – voila!

Wyruszamy rano z Halifaksu.  Można było jechać bocznymi szosami, wzdłuż fantastycznego Wschodniego Wybrzeża, pełnego zawijasów, mijanych jezior i co raz to nowych widoków atlantyckich zatok, zatoczek i zalewów.  Ale to strata, mimo wszystko, ponad dwu godzin dodatkowej jazdy, a dni już co raz krótsze – październik. Jedziemy więc trasą główna od Halifaksu do Truro i stamtąd na północ, przez New Glasgow, do Antigonish.  Szosa wygodna, szeroka, w zasadzie bez przerwy czteropasmowa, oddzielająca przeciwne kierunki ruchu szerokim pasem zieleni.  Znam dobrze, bo tego lata jeździłem nią wielokroć do naszych działek w historycznym Pictou trochę teren tam oczyszczając i budując w naszym lasku mała szopę na narzędzia i ewentualny, spartański nocleg.

Nowa Szkocja, szosa z New Glasgow do Antigonish, X.2020

Dużo lasów po obu stronach, a od rozjazdu w Truro już de facto bez przerwy przez lasy i co raz wyższe wzniesienia, pagórki. Wszędzie widać kolory złotej i czerwonej jesieni, wszystko przepasane jakby wstęgą, miedzą ciemno-zielonych świerków i jasno-żółtych brzóz. Tak, tak, niczym u Mickiewicza w Inwokacji. Bo też te moje wędrówki zawsze chciał-nie-chciał wywołują w pamięci jakieś inne, literackie widoki: a to pani Orzeszkowej „Nad Niemnem”, a to Broniewskiego szeregi topól nadwiślańskich, Iwaszkiewicza włoskie pejzaże lub ukraińskie powroty. Od tych serdecznych kajdan przeszłości uciec nie mogę.  Wszak one nie ciążą. Przeciwnie, są miłe.

Od tysiącleci wyspa była miejscem pobytu stałego lub jedynie w sezonach polowań i rybołówstwa, przez ludy szczepów L’nu, dziś określane, jako Mi’Kmaq. Mają tam do dziś dość obszerne tereny.

U schyłku XV wieku pojawił się John Cabot (Giovanni Caboto). Jego szlakiem wybrzeża Cape Breton odwiedzane były często dla bogatych połowów przez rybaków portugalskich, Bretończyków i Basków. Jednak prawdziwe, choć bardzo nieliczne, osadnictwo przypadło dopiero u końca pierwszej połowy XVII wieku i przypadło osadnikom szkockim. W wyniku Traktatu Utrechckiego w 1713 wyspa została oddana królowi Francji i została częścią Nowej Francji. Od tamtych lat, do końca wojny Trzydziestoletniej, przegranej w Europie przez Francję, nosiła nazwę Isle Royale i była celem osadnictwa francuskiego. W 1763 wróciła w posiadanie korony brytyjskiej.

Bardzo gęsto zalesiona, z licznymi rzekami, jeziorami, stawami, ostrymi skałami i górzysta w północnej części, oddalona od głównych szlaków handlowych nie była terenem łatwym ani wygodnym do osadnictwa. Długo bardzo, bo aż do początków XX wieku posiadała tylko nieliczne osady wzdłuż wybrzeży atlantyckiego i od strony Zatoki św. Wawrzyńca. Najczęściej odseparowane od siebie, bez komunikacji lądowej a jedynie morskiej. Dzięki tej izolacji przetrwała w swej pięknej surowości do naszych czasów.

Dzisiejszy podział etniczny jest wynikiem historii kolonizatorów i ówczesnych wojen rodów panujących w Anglii i Francji oraz lokalnych warunków osadniczych. Wybrzeże wschodnie, najlepiej zagospodarowane i najbardziej silne ekonomicznie to głównie ludność pochodzenia szkocko-irlandzkiego, obok wiodącego i ogólnie używanego angielskiego spotyka sie tu tez dość często język gaelicki, pozostałości staroirlandzkiego z północno-zachodniej Szkocji i Hebrydów. Gaelicki widoczny jest przede wszystkim w lokalnych nazwach i zwrotach językowych.  W Cape Breton istnieje też jedyna w Kanadzie Akademia z gaelickim, jako językiem wykładowym, Acadamaidh GÀIDHLIG An Atlantaig w St. Ann.

Bardzo mało używanym, ale ciągle widocznym jest pozostałość akadyjskiego francuskiego.  W centrum wyspy, szczególnie wokół jeziora Bras d’Or bardzo silnie widoczny i używany na co dzień jest starożytny język szczepów L’nu, popularnie nazywanych od kilku stuleciu Mi’Kmaq.  Wybrzeże zachodnie, od strony zatoki św. Wawrzyńca, zachowało najsilniej wpływy i tradycje ludności akadyjskiej, francuskojęzycznej. Ta akadyjska odmiana francuskiego jest ciągle używana na co dzień, zwłaszcza w miasteczku Cheticamp i jego sąsiedztwie.  Zresztą, wynikające z bardzo długiego odosobnienia Cape Breton i jej osad, nazewnictwo i zwroty francuskie są tu często więcej spotkane niż w większości reszty Nowej Szkocji.

Środek wyspy zajmuje olbrzymie słonowodne jezioro Bras D’Or (faktycznie jest to rodzaj małego wewnętrznego morza/zatoki  połączonego z Atlantykiem cieśninami Little i Great Bras d’Or) – chroniona przez UNESCO biosfera cudów fauny, flory i geologii – rezultaty zmian z czasów początków holocenu.

zachód słońca nad Bras d’Or, X.2020

Wzdłóz jeziora prowadzi sceniczna i bardzo malownicza trasa Bras d’Or Lake. Po wjechaniu do Port Hawksbery z Nowej Szkocji, kontynuować kawałek Trasą Kwiatu Lilii (Fleur-de-Lis – tak, ta burbońska) dojechać do najstarszego miasteczka St. Pete’s i stamtąd wjechać we właściwą trasę Bras d’Or.  Czy wybierzecie skręt w prawo czy lewo – bez znaczenia. Wrócicie po wielu godzinach w to samo miejsce. W pewnym momencie, w okolicach Baddock i Wagmatcook trasa przechodzi w Cabot Trail i w okolicach South Haven ponownie staje się trasą Bras d’Or (lub odwrotnie, od South Haven do Wagmatcook). W Baddock łatwo zainteresować się postaciami i osiągnięciami Marconiego i Bella, którzy stąd właśnie prowadzili swoje największe osiągnięcia w połączeniach radiotelegraficznych i telefonicznych.

Inna ciekawa historycznie jest właśnie Trasa Fleur-de-Lis zaczynająca się w Port Hawkesbury, wzdłuż wschodniego wybrzeża. To historia pierwszego, starego osadnictwa francuskiego, łącznie z objazdem Ile Madame i jej najbardziej aktywnym życiem ludności francuskojęzycznej, zachowanymi bogatymi pamiątkami etnograficznymi, i dalej, do perły zabytków wczesnego osadnictwa – fantastycznie odrestaurowanego Fortu Louisbourg. Francuskiej twierdzy na północno-wschodnim wybrzeżu Ameryki Północnej.

widok na Louisbourg o zmierzchu

Z Louisbourga polecam Trasę Marconiego do Sydney, największego miasta Cape Breton i połączenia morskiego wyspy ze światem.  Region w okolicach Sydney i North Sydney był w okresie międzywojennym i gdzieś do początków lat 60. ub. wieku najbardziej rozwiniętym przemysłowo regionem Cape Breton.

Jest jeszcze jedna, niezbyt długa i obiecująca świetne widoki Trasa Celidh Trail. Prowadzi bez przerwy zachodnim wybrzeżem od Port Hakwsbury do Margaret Fork, gdzie łączy się z Cabot Trail. Tej jeszcze nie poznałem i obiecuje sobie wyruszyć w nią latem następnego roku.

Wszystkie te trasy nawiązują do historii wyspy, jej osadnictwa. Ich ukoronowaniem jest Cabot Trail przez całą północną, górzystą część wyspy. Centrum tej trasy to olbrzymi rezerwat kanadyjskiego Parku Narodowego Cape Breton Highland. Perła turystyczna, ekologiczna, widokowa. Jedna z najpiękniejszych i najciekawszych tras, jakie przejechałem.

Zanim jednak minęliśmy półwysep Nowej Szkocji, zatrzymaliśmy się na krótko w Antigonish na spacer po terenach Uniwersytetu św. Franciszka Ksawerego. Stare i urocze miasteczko położone u ujścia Zachodniej Rzeki (West River) do wyjątkowo malowniczej zatoki, upstrzonej wielością wysepek, wśród wzgórz i  lasów. Jak większość osad tego regionu historia miasta, to historia osadnictwa szkockiego tutaj, która zaczęła się na dobre po pierwszej zakotwiczeniu statku „Hector” i oryginalnej grupie osadników szkockich przybyłych do naturalnego portu w Pictou, odległym od Anigonish ok. 70 km.  Jednym z pasażerów tego pierwszego, historycznego wojażu i osadników szkockich w Pictou był nota bene przodek mojego męża, z klanu Graham.

Wjazd do miasta od głównej trasy z Halifaksu do Cape Breton to natychmiastowe spotkanie z nadspodziewanie rozległym i imponującym campusem uniwersyteckim Uniwersytetu św. Franciszka Ksawerego i górującymi  nad nim wieżami katedry mitycznego apostoła Szkotów, św. Niniana.

Tak budynki uniwersyteckie, szerokie aleje miedzy nimi, jak i katedra św.Niniana imponują i zaskakują, gdy ma się na uwadze, że to uniwersyteckie miasto w 2016r liczyło ledwie 4 tysiące dusz. Uniwersytet założono w 1866 i szybko stał się miejscem przyciągającym wielu młodych studentów. To oni, z wielu wielkich miast kanadyjskich i z zagranicy, nadają specyficzny koloryt i charakter miasteczka.  

Z Antigonish już tylko bliski skok do przejazdu na Cape Breton, do Portu Hakewsbury. Wyspę z półwyspem nowoszkockim w wąskim przesmyku łączy wysoka grobla uwieńczona w najgłębszym miejscu mostem. Tedy wjeżdżamy do Port Hakewsbury. Krótki postój, studiowanie mapy i decyzja, od której strony i którą trasą zacząć naszą przygodę nowo-bretońską. By nie tracić czasu wybieramy szosę nr 105 w kierunku osad Miqmaków: Weqomaq i Wagmatook.

Zdjęcia powyżej to wjazd na groblę/causeway łącząca Nowa Szkocję z wyspą i uroczy domeczek informacji turystycznej na granicy miasteczka Port Hawkesbury.

Ostatni odcinek szosy jedziemy wzdłuż kanału św. Patryka na jeziorze Bras D’Or. Mijany osady/wioski Mi’Kmaqów są bardzo schludne, dobrze utrzymane. Zatrzymujący się przy stacjach benzynowych miejscowi i turyści nie autochtonicznego pochodzenia wykupują szybko po 3 paczki papierosów – na ich terenach nie płaci się tego olbrzymiego podatku za papierosy, jako obowiązuje resztę Kanadyjczyków. Limit trzech paczek gwarantuje, że to dla użytku własnego a nie nielegalnego handlu. Krótko po minięciu Wagmatook wjeżdżamy do Parku Narodowego i początku Trasy Cabota – naszego zasadniczego celu podróży. Pogoda jest urocza. Lekkie zachmurzenia z częstymi przebłyskami słońca ułatwia zachwyt nad pejzażami widoków cudownych jesiennych kolorów złota, żółci, czerwieni i brązów. Olbrzymia galeria natury.

Zaraz za Wagmatook skręcamy w lewo kierując się środkiem wyspy szosą wijąca się przez lasy i nieliczne małe osady ku Margaree Forks, gdzie łączymy się z Trasą  Celidh. Stąd już dwa kroki do zachodniego wybrzeża, wzdłuż zatoki św. Wawrzyńca.  

Celem na dziś jest Cheticamp. Największa osada-miasteczko zachodniej części Cabot Trail.Cheticamp dzisiejsze to zdecydowanie centrum kulturalne, etniczne i polityczne starego francuskiego osadnictwa, tego jeszcze z czasów królewskiej, przedrewolucyjnej Francji. Nad miasteczkiem (skupionym głownie wzdłuż szosy Cabot Trail) góruje wieża kamiennego kościoła St. Pierre. Do niedawna jeszcze głównym zajęciem mieszkańców było rybołówstwo. Ostatnie dwudziestolecie wyparte – choć ciągle obecne – przez turystykę i związane z nią dochody. Są tu liczne małe motele, domy turystyczne, bed&breakfast, kilka kawiarni i pubów, galeryjki miejscowych rzemieślników i artystów ludowych.  Ceny nie są niskie i warto być przygotowanym, że za 150 dolarów za noc – lokum nie będzie przypominać komfortem typowego motelu na lądzie stałym.  Brak tu zresztą znanych firm hotelarskich i wszystko jest na ogół w rękach lokalnych właścicieli, których celem zasadniczym jest (z uśmiechem i gościnnością) sprać turystom kieszenie ile tylko można. Za to widoki – darmowe. I przepiękne. Cheticamp daje przedsmak głównej, górnej części Cabot Trail. Z jednej strony urwiste brzegi na ostrych zakretach nad przepięknym turkusem zatoki św Wawrzyńca, z drugiej wierzchołki szczytów północnej Cape Breton i zalesione gęsto dolinki, wąwozy.

W zasadzie, poczynając od Cheticamp, cała ta północna część wyspy i wszystkie nieliczne tam osady prawie aż do początków XX wieku dostępne były tylko drogą morska, statkiem lub łodzią. Jeżeli już lądem to jedynie przez lasy i wąwozy, wzdłuż rzek, bezdrożnymi leśnymi ostępami i tylko latem.Zima na ogół wszelki kontakt ustawał i przez wiele miesięcy osady żyły własnymi zasobami i sposobami licząc dni do wiosny. Jeden z [pierwszych francuskich misjonarzy w tym terenie, ojciec Lejamtel  spisal w 1813 swoje refleksje w ten sposób: ” ryzykowałem  w dawnych latach wielokroć moje życie żeglując tymi niebezpiecznymi wodami – teraz zdecydowałem nigdy już na statek nie wsiadać jesienią, chyba. że moje życie by od tego zależało”.

Początki liczącej prawie trzysta kilometrów Cabot Trail skonstruowano u zarania lat 30. ub. wieku. W tamtych latach była to trasa iście karkołomna i niebezpieczna.  Dzisiejsza, asfaltowa droga jest szczytem luksusu w porównaniu do ówczesnej. Mimo to, należy bardzo uważać na ostrych zakrętach, blisko przepaści nad dolinami i oceanem. We mgle ma to inne uroki i inne niespodzianki.  Kierowca bezwglednie winien hamować swoje zachwyty widokami i starać się czujnie pilnować gdzie i jak jedzie.

A nasza trasa tak się właśnie zaczęła. W jesienny dzień deszczowy i pochmurny, mglisty.

Wrażenia i widoki niesamowite. Wałęsające się wolno i nisko mgły przynoszą miraże nieoczekiwane i chwilami zabawne. Np. gdy nie jesteś pewien, czy podjeżdżasz pod brzeg oceanu czy na skraj przepaści. Lub, gdy mgły osiadły ciężko poniżej trasy, patrzysz w górę i widzisz kolorowe, gęsto zarośnięte zbocza gór, które wydają się zawieszone w powietrzu wynurzając się z gęstej, mgielnej zupy.

Objazd trasy Cabota kończymy po drugiej, atlantyckiej stronie wyspy, w okolicach miasta i portu Sydney, skąd ruszamy na zwiedzanie legendarnego Fortu Louisbourg. Ale to już zupełnie inna, pasjonująca historia na następny raz.

Sen o wolności czy sen o upiorach?

Bogumił Pacak-Gamalski

Słucham drugi dzień/noc już niekończących się analiz, dyskusji, przypuszczeń i łoskotu wpadającego do urny wyborczej  każdego przeliczonego głosu w wyborach amerykańskich.  Mimo czterech lat doświadczania prezydentury Donalda Trumpa. Człowieka, który nawet nie próbował udawać być kimś kim nie jest.  Człowieka pozbawionego wszelkich skrupułów, wszelkich zasad etycznych. Wyrachowanego, sprytnego sprytem dobrego złodzieja, traktującego wszystko i wszystkich, jako przedmiot handlu, transakcji handlowej. Próżnego narcyzysty patrzącego na świat przez pryzmat własnej, niezaspokojonej ambicji i własnych możliwych korzyści. Nie szukającego przyjaciół a oddanych służących; nie chcącego przewodzić wierzącej w niego grupie oddanych obywateli, a rządzić grupą bezwolnych poddanych.  Jego ignorancja zasadniczej, fundamentalnej wiedzy o człowieku, o filozofii człowieka i społeczeństw, o historii cywilizacji i społeczeństw czyni go niezdolnym do zrozumienia najprostszych wartości niezbędnych do spełniania wszelkiej funkcji publicznej.  Jest antytezą służby publicznej. Gdyby był królem  – byłby królem okrutnym. Mimo to jego nieokiełznana próżność pewnie pełna jest marzeń i porównań z  monarchami średniowiecza.  Nie rozumiejąc, że w olbrzymiej większości wywodzili się oni z prastarych rodów wojów i rycerzy, którzy rozumieli, że ich zadaniem zasadniczym jest bronić ceną własnego życia i poświęcenia swoich poddanych. Mogli być okrutni w sposobie sprawowania władzy – ale mieli głębokie rozumienie swojej roli księcia-króla. Roli symbolu całej grupy i roli poświęcenia swego życia i prywatnego szczęścia w ochronie tychże poddanych. Nie zawsze i wszędzie tak się działo – ale to był mit władcy. Mit poświęcenia, mit Rzeczy Większej od władcy, której tej władca służył. Trumpowi śni się korona ale mistyka tej korony jest mu obca.  Jest cwany ale przeraźliwie głupi. Chce hołdu ale nie potrafi zdobyć się na poświęcenie godne takiego hołdu. Nęci go nieopanowane okrucieństwo wielkich imperatorów – nie rozumie celu tego okrucieństwa. Nęci go korona wysadzana drogocennymi kamieniami ale nie rozumie ciężaru tej korony.

Mimo to, mimo tej wiedzy, tego doświadczenia czterech lat jego ‘panowania’ – pod koniec drugiego dnia zakończenia głosowania i obliczania głosów nie znamy jeszcze zwycięzcy. Gdy to pisze prowadzi Joe Biden. Ale Trump tuż, tuż za nim. Już się ogłosił (wbrew przyjętej konwencji i prawu) zwycięzcą, już protestuje przed sądami wyniki w kilku stanach.  Nie wiem, być może, że w tym momencie już są wyniki.  Nie to mnie jednak w tej chwili zajmuje. Ostatecznie będzie albo Biden albo Trump. I nie ja zadecyduję kto, ani ten tekst na to wpływu mieć nie będzie.

Mnie pasjonuje (inne słowo pcha się na papier ale go nie użyję) jak to się stało, że świnię traktuje się na równi lub wyżej niż człowieka porządnego.  Że łajdak znajduje miliony łotrów i łotrzyc, którzy go popierają. Że ma całkiem realne szanse na wygranie wolnych wyborów demokratycznych.

I widzę to też w kontekście wielkich protestów kobiet i dziewczyn w Polsce. Tłumów w wielkich i małych miastach w każdym regionie Polski. Wbrew pandemii, wbrew groźbom i ostrzeżeniom władz rządowych i partyjnych PiS, wbrew grobowej mowy karlejącego z dnia na dzień Małego Dyktatorka. Naturalnie, że pełen podziwu i wsparcia jestem dla tych protestów. Całe życie stałem po stronie tych, którym godności i praw odmawiano. Obojętnie na ich płeć, kolor skóry, wyznanie.

Alegoria Wertego (z WikimediaCommons)

Mimo terroru rewolucyjnego i ofiar, jakie ten terror wprowadził – hasło Rewolucji Francuskiej jest moim motto przewodnim: Liberté, égalité, fraternité. Wolność, Równość, Braterstwo. Braterstwa prawem i legislacją narzucić nie można, stąd pewnie najtrudniejsze do osiągnięcia. Ale wolność i równość musi być w demokracjach XXI wieku prawem zapisanym i stosowanym. By większość swej woli okrutnej nigdy mniejszości żadnej narzucić nie mogła. Bo nic słodszego w życiu człowieka ponad nią nie ma. Zawsze będą hamulce pochodzeniowe, majątkowe, które ją będą ograniczać. Żyjemy w świecie naturalnym, fizycznym, który nie jest dzieckiem filozofii, wierzeń i marzeń. Ale wolność legalna daje jedyną szansę na pełny rozwój człowieka w społeczeństwie. Przynajmniej szansę. A to już bardzo dużo.

By móc wolność otrzymać, nawet gdy bez przymusu ustanowiona jest prawem, by móc z niej korzystać,  trzeba najpierw wolność pożądać, pragnąć jej. Bez tego pragnienia, bez tego głodu, jej owoce nigdy dojrzeć słodyczą pełną nie będą mogły. Będą jedynie cierpkie i kwaśne. I nie ma nigdy pełnej wolności jednostki lub grupy bez pełnej wolności wszystkich wokół. Wtedy to jedynie przywilej. A przywileje tak łatwo się dostaje, jak się je traci. Należą nie do obdarowanego a do tego, który je nadaje.

Więc patrzę na ten kontekst polsko amerykański. Cztery lata po wyborze Trumpa w USA. Gdy król autentycznie i wielokroć zrzucał szaty i stawał przed narodem nagi. W pełnej hańbie swojej brzydoty moralnej. Cztery lata później najbardziej dla mnie przykrym jest widok milionów Amerykanów ciągle na niego głosujących. Pewnie za mało by wygrał kolejne wybory. Ale jak strasznie za dużo.

Patrzę na setki tysięcy polskich kobiet i ich przyjaciół mężczyzn i wzbiera we mnie jednak pewien smutek i gorzkość. Czy wszystkie z was, sprawiedliwie oburzone zamachem na waszą wolność, głosowały ledwie kilka miesięcy temu przeciw Andrzejowi Dudzie?  Czy też tylko wówczas wyszłyście z gorącym protestem, gdy wasze prawa i wolność zostały naruszone? Czy wychodziłyście tak tłumnie i tak bezpardonowo gdy burzono Trybunał Konstytucyjny? Gdy burzono Sąd Najwyższy? Jeśli tak – to w jaki sposób Andrzej Duda został ponownie wybrany prezydentem? Przecież było wiadomo, że kolejny zamach na waszą wolność ta partia i ten prezydent przeprowadzą.

Patrzę na zdjęcia pod konsulatami polskimi w Toronto, w Vancouverze i przypominam sobie protesty moje z grupką 3-5 osób w Vancouverze w latach 2016-2018.  Bo król w Polsce już wówczas był nagi. I każdy jego brzydotę moralną widzieć mógł.  W Toronto, gdzie wielokrotnie więcej jest Polaków na te regularne protesty przychodziło kilka-kilkanaście osób. Zawsze tych samych, niezłomnych.  I nie było pandemii.

Stąd i przestroga pewna na usta mi się ciśnie. Najwyższą wartość ma protest przeciw zabieraniu wolności innym, drugim. Nie tylko przed utratą własnej.

To nie jest krytyka słusznych walk kobiecych o prawo do decyzji o sobie i swoim ciele. Chwalę was za to i wspieram pełnym sercem. I akcją, gdzie mogę.  To tylko gorzka refleksja. Ale warto nad nią się zastanowić.

Jest zadziwiające, jak zmienili się ludzie w krajach, które dotąd dumne były z przywiązania do wolności, do pewnego szlachectwa moralnego. Wystarczyło kilka lat knucia, kilka lat dzielenia przez podłych ludzi i podłe rządy, kilka lat jałmużn sprytnie kierowanych tam, gdzie spodziewano się najmniejszego oporu, by hasła:  „za wolność Wasza i Naszą” w Polsce i  moralne przewodzenie tzw. Wolnego Świata przez USA, pękły, jak bańka mydlana.  Teraz bańki ciągle są – ale to bańki ścieków, brudów.

Ano, cóż – zebrało mi się na gorzkie żale.  I nie, nie pójdę z nimi do kościoła.  Na pewno nie do polskiego kościoła.  Pójdę poczytać wywieszone na bramie kościoła w Wittenberdze Tezy Marcina Lutra. I pomyślę czym się różni Kościół w Polsce od Kościoła europejskiego w XVI wieku. I kto będzie mnichem augustianinem w Polsce w pięć wieków później, czyli dziś.

W 1976 roku na scenach Teatru Na Woli wystawiono sztukę Antonio Vallejo w tłumaczeniu mojej ciotki, Kazimiery Fekecz. Sztuka jest o moralnych zmaganiach Goyi w tworzeniu jego słynnego dzieła ‘Gdy rozum śpi budzą się upiory’.  Oj, budzą się. Wcześniej niż Francisco Goya, dwa tysiące lat wcześniej, Seneka napisał, że rozum jest panem każdego losu: sam w sobie działa w dwóch kierunkach, będąc przyczyną naszego szczęścia lub naszej mizerii.

F. Goya, ‘Gdy rozum śpi…’

Może to więc nie jakaś moc niebotyczna, magiczna Ziobrów, Kaczyńskich, Dudów i Trumpów jest przyczyną naszej mizerii? Może zbyt łatwo daliśmy rozumowi i zdrowemu rozsądkowi przysnąć po przecukrzonych łakociach świętej tradycji, mitów narodowo-etnicznych i kilku dukatach rzucanych niby tak, od niechcenia, w tłumy wirujące, jak chochoły na jakimś gospodarstwie pod Krakowem? Może. Nie wiem.