od Redakcji: poniżej publikujemy List Otwarty grup i organizacji polonijnych z Wielkiej Brytanii, Szwecji, Francji, Niemiec, Austrii, USA i Kanady w sprawie nowelizacji Ustawy IPN i szkód, jakie ona przynosi dobremu imieniu Polski
1 lutego 2018 roku Senat przegłosował ustawę grożącą trzema latami pozbawienia wolności osobie, która “publicznie i wbrew faktom przypisuje Narodowi lub Państwu Polskiemu odpowiedzialność lub współodpowiedzialność za popełnione przez III Rzeszę Niemiecką zbrodnie nazistowskie”. 6 lutego 2018 roku, mimo apeli środowisk opozycyjnych w kraju oraz gremiów opiniotwórczych za granicą, Prezydent RP Andrzej Duda podpisał nowelizację Ustawy IPN, kierując fragment Ustawy do zależnego od obozu rządzącego Trybunału Konstytucyjnego z zapytaniem o jego konstytucyjność. Jednocześnie, mimo braku pewności czy jest on zgodny z zapisem Ustawy Zasadniczej, stosując rzadko używany kruczek prawny umożliwiający wykonywalność całej nowej Ustawy in corpore, bez oczekiwania na opinię Trybunału.
My, Polacy mieszkający za granicą w sposób szczególny odczuwamy reperkusje tych decyzji polskich władz. W ciągu kilku dni przez kraje, w których mieszkamy, przetoczyła się medialna burza, a społeczność międzynarodowa często mało sympatycznie spojrzała nie tylko na polską historię, ale nawet na nas, Polaków. W ciągu kilku dni zniweczone zostały wieloletnie starania polskich instytucji naukowych, kulturalnych i dyplomacji i – trwające nieustannie od czasów Jałty – starania i pracę nas, Polaków żyjących na obczyźnie, aby godnie reprezentować nasza Ojczyznę. Godnie reprezentować, czyli rozmawiać również na trudne tematy. Dlatego wyjaśnialiśmy za granicą specyfikę i złożoność wojennej historii Polski. Robiliśmy i robimy to nie tylko w ramach działalności zawodowej i społecznej, ale też w rozmowach ze znajomymi, sąsiadami czy współpracownikami. Mówiliśmy o Holokauście, o cierpieniach wszystkich Polaków, o polskich Sprawiedliwych. Nie unikaliśmy też odpowiedzi na pytania o odpowiedzialność niektórych Polaków za znajdujące potwierdzenie w różnych źródłach historycznych (w tym w świadectwach ocalonych z Zagłady) pogromy i zabójstwa żydowskich współobywateli.
Politycy partii rządzącej podkreślają, że chodzi o zwalczanie rzeczywiście mylnego i absurdalnego sformułowania “polskie obozy śmierci”. Obserwowana przez nas reakcja społeczności międzynarodowej w ciągu tych kilku dni najlepiej świadczy o tym, jak bardzo kontrproduktywna jest ta ustawa. Hasło “polskie obozy śmierci” stało się hitem sieci we wszystkich językach, a o antysemityzmie Polaków rozpisują się media i dyskutują ludzie na całym świecie.
Z naszych międzynarodowych doświadczeń wynika, że tylko edukacja oparta o rzetelnie prowadzone badania naukowe pozwala wyjaśnić i zrozumieć ciemne strony historii każdego narodu. Musiały się z nimi zmierzyć również kraje, w których mieszkamy. W naszej ocenie uznanie bolesnej prawdy o swojej historii oraz przekazanie nowym pokoleniom obiektywnego spojrzenia na jego przeszłość jest wyrazem dojrzałości i uczciwości narodu. Ta godząca w wolność słowa ustawa ma na celu zastraszenie badaczy oraz skierowanie ich pracy w stronę innych, mniej “kontrowersyjnych” dziedzin badań. Wbrew temu, co utrzymują polskie władze, ustawa godzi również w działalność naukową i artystyczną; co prawda autor artykułu opublikowanego w czasopiśmie naukowym nie będzie podlegał karze, jednak jego publikacja w prasie dla szerokiej publiczności – już tak. Ponadto Instytut Pamięci Narodowej, a także jakiekolwiek stowarzyszenie lub organizacja pozarządowa będą mogły wytoczyć proces komukolwiek, w tym autorowi dowolnego artykułu naukowego, jeśli uznają, że interes tej organizacji został naruszony lub wręcz kuriozalnie zarzutem, że przedmiot badań nie jest oparty na faktach (sic). Badania doszukują się faktów, służą ich odkrywaniu i opisaniu lub negacji z braku faktów.
Straty wizerunkowe, których doznał nasz kraj na arenie międzynarodowej w ciągu tych kilku dni są poważne. Trudno też nie dostrzec antysemickich demonów, które pod pretekstem “obrony honoru narodu”, 50 lat po wydarzeniach Marca ‘68 znowu wyległy na ulice polskich miast. Marszałek Senatu, Stanisław Karczewski, zapowiedział apel do Polonii, “by wsparła Polskę”. Polskę zawsze wspieraliśmy i wspierać będziemy, ALE ODMAWIAMY wsparcia działań obecnych polskich władz w tej dziedzinie. Nie zamierzamy wspierać prawa mającego na celu negowanie faktów i podważanie wyników pracy rzetelnych historyków w Polsce i za granicą, a także pozostającego w sprzeczności ze stanowiskiem wszystkich prezydentów Polski od 1990 roku. Przyłączamy nasz głos Polaków mieszkających za granicą do polityków, organizacji pozarządowych, naukowców i ocalałych z Holokaustu, którzy w kraju i na całym świecie wyrażają zdziwienie i oburzenie wobec tej kontrowersyjnej i pozbawionej sensu ustawy.
Podpisali i sygnowali przedstawiciele grup, organizacji
i środowisk demokratycznych Diaspory Polskiej:
Democracy is OK D.OK
ADDP Association Défense de la Démocratie en Pologne
Gdzieś chyba w 1975 lub 76 jechałem w Warszawie tramwajem przez Aleje Niepodległości z Centrum, ku ulicy Dąbrowskiego na Mokotowie. Dziś bym pewnie nie trafił do tego budynku, bo w tych okolicach, między Dąbrowskiego a Madalińskiego, większość z nich była bardzo podobna. Dość solidne bloki powojenne, wybudowane jeszcze na długo przed technologią ‘wielkiej płyty’ z lat 60. i 70. ubiegłego wieku. Te nowe z tejże płyty rozsypywały się jeszcze w trakcie budowy – te starsze wyglądają ładnie i porządnie nawet dziś. Aliści, nie o technologiach budynków mieszkalnych pisać miałem.
Otóż szedłem do kuzynki mojego serdecznego przyjaciela, Stefcia, na mała prywatkę. Niby nic nadzwyczajnego. Stale się gdzieś jakieś małe bibki robiło. Komuna nie komuna, a młodość ma swoje prawa! Wcześniej udało mi się zdobyć (w Polsce wtedy się nie kupowało, tylko załatwiało lub zdobywało) butelczynę węgierskiego Egri Bikaver (odmiana taniego merlotu) w delikatesach Instytutu Węgierskiego na Marszałkowskiej, koło Składnicy Harcerskiej. Więc czułem się jak nowojorczyk z butelczyną tego wina w torbie. Elegancko, nie z pusta łapą. A elegancko miało być, bo na spotkaniu miał się pojawić … młody, chudziutki Janusz Olejniczak. Był dobrym kolegą kuzynki przyjaciela (nie pamiętam już też i jej imienia nawet – choć pamiętam, że była ładną dziewczyną). A Olejniczak ciągle jeszcze chodził w nimbie laurów Konkursu Szopenowskiego z 1970, gdzie był najmłodszym w historii tego Konkursu finalistą! W Polsce wówczas, w moim środowisku w każdym razie, finalista Konkursu Szopenowskiego to brzmiało, jak finalista Oscara w Ameryce. Wyżej w sławie zajść nie można było. Wyobrażałem sobie, że jest szansa zawarcia fajnej znajomości i że na pewno się polubimy. Miałem przecież tylu muzyków w rodzinie, a historię Konkursu znałem nie gorzej niż warszawscy krytycy muzyczni! Halina Czerny-Stefańska i Barbara Hesse-Bukowska to były prawie, jak ciotki lub sąsiadki. Po każdym koncercie Łazienkowskim (gdzie nie było czymś nadzwyczajnym je słuchać) babcia ciągnęła mnie do nich na chwilę pogaduszki.
Ale nici z tej znajomości wyszły! Pamiętam, że Olejniczak był wyjątkowo cichy, nieśmiały jakby i dość zamknięty w sobie. O jego udziale w prywatce i wygłupach godnych naszego wieku – mowy być nie mogło. Mimo, że różnicy wieku aż tak wielkiej miedzy nami nie było. Zbyt długo zdaje się nie zabawił (co nam nie przeszkadzało, bo trochę krępował wszystkich z rozpoczęciem prywatki, ha ha ha) i ‘po angielsku’ szybko zniknął.
1970, Warszawa – Konkurs Chopinowski, Janusz Olejniczak (fot. Wikipedia Commons)
Mniej więcej w tym samym czasie miałem natomiast możność być na jego koncercie na Jasnej w Warszawie. I tym razem pamiętam, że nie byłem rozczarowany. Grał jak … Olejniczak. Świetnie.
I jaki świat mały. Kto przypuszczał, że spotkam go po czterdziestu latach w Vancouverze! Ale i tym razem rozmowa nie była długa i niemożliwa na prywatne wspomnienia w cztery oczy. Więc znajomość znowu się nie zawiązała! Ha ha ha! Widać tak pisane, panie Januszu. Na kolejną możliwość za czterdzieści lat chyba czekać nie ma sensu. Aliści ( i te Waldorffowskie słowo – widać o muzyce bez Waldorffa nie sposób) koncert i tym razem nie zawiódł. Ba, może i wartościowszy niż tamten w Warszawie, bo pierwszy raz miałem możliwość posłuchania ciekawego eksperymentu gry na dwóch bardzo różniących się od siebie nie tylko wiekiem, wyglądem ale przede wszystkim tonem, instrumentach: epokowym, pięknym fortepianem firmy Broadwood, które produkowano w Londynie w latach Chopina i na których w czasie jego późnej tury koncertowej w Anglii grał i na współczesnym królu sal koncertowych, hebanowo-czarnym Steinwayu.
Wielokroć słyszałem pianistów grających na odrestaurowanych pianinach i fortepianach epokowych. Nigdy nie miałem okazji na jednym koncercie usłyszeć oba, używane przez tego samego pianistę. Wtedy dopiero można faktycznie zorientować w bardzo chwilami wyraźnych różnicach dźwięku. Zwłaszcza w najwyższych i najniższych tonach skali. Oczywiście, przyzwyczajeni jesteśmy do tych większych i głośniejszych Steinwayów i Bechsteinów. Opanowały od dawna bardzo sale koncertowe.
A mnie zdało się, że mazurki i nokturn Chopina brzmiały lepiej i bardziej zbliżone były do stylu Olejniczaka na Broadwoodzie niż na Steinwayu. A zważywszy, że Chopin komponował głównie na jeszcze delikatniejszym Playelu, nie zdziwiłbym się, gdyby podobne wrażenie odniósł, gdyby tego dnia w Vancouverze mógł Olejniczaka słyszeć. Ciekawostką jest fakt, że sam Olejniczak zetknął się z pianem epokowym – i to nie byle jakim, bo własnie Playelem! – w 1991 roku współpracując z Andrzejem Żuławskim nad jego produkcją filmu La note bleue (o rozstaniu George Sand and Chopina) i jako aktor (grał właśnie Chopina) i jako pianista jego utworów na tymże starym, epokowym Playelu.
fot. A.I. Sobiescy
Atmosfera była bardzo kameralna, w czym niewątpliwie pomagała ‘ciepłość’ wnętrza katedralnego: drewniane, piękne sklepienie, łagodne witraże, spotkania ze znajomymi. Sam pianista nie należy do klasy wirtuozów-gwiazd. Raczej skromny nie tylko charakterem ale i sposobem zachowania. W jego koncertach dominuje zdecydowanie muzyka a nie postać pianisty. A bywa czasem nieco odwrotnie i publiczność często wpada w zachwyt nad pianistą-gwiazdorem… .
Szkoda, że w piątkowym wieczorze (w sobotę nie byłem, więc nie mogę mieć opinii) zabrakło może mikrofonu pod ręką dla pianisty, bo kilkakroć starał się coś wyjaśnić, powiedzieć (głównie po francusku, co bardziej jeszcze utrudniało) i w zasadzie nie docierało to do dalszych rzędów w ogóle. I ad hoc robione zmiany repertuarowe może były możliwe do ustalenia nieco wcześniej… Jest to ponoć trochę zwyczaj samego Olejniczaka, który gra to, co w danym momencie, w danej atmosferze i przy danym dźwięku instrumentu decyduje o finalnym wyborze. Bywało tak ponoć z samym Chopinem. W niczym to jednak nie padło cieniem na grę pianisty i szlachetność dźwięków, które spod jego palców wychodziły. Dodatkową perełką był podwójny bis, gdzie wydawało mi się, że słyszałem ze sceny, że będą to de facto prawykonania najnowszych utworów Jacka Kaspszyka, z którym Andrzej Olejniczak bardzo blisko współpracuje i łączy ich przyjaźń. Szczególnie zauroczony byłem cudownym wykonaniem (więc i kompozycją naturalnie) tanga. I zaskoczony, że Kaspszyk tak genialnie wyczuł ducha tego tańca argentyńskiego. Potem w krótkiej rozmowie, wydaje mi się (nie jestem już pewny, bo grupowo trudno rozmowę prowadzić), że powiedział mi iż zmienił zdanie i grał kompozycję Piazzolli. Co by odpowiadało moim wrażeniom – Piazzolla ze swoją szkołą tango nueva skomponował i aranżował cudowne tanga.
Poniżej mini foto-reportaż z koncertu piątkowego i (za sprawą niezawodnego kronikarza fotograficznego Andrzeja Sobieskiego i Jana Sowińskiego) sobotniego.
Łukasz Mikołajczyk, Andrzej Olejniczak (starszy mistrz przypomniał sobie Łukasza z ostatniego Konkursu Chopinowskiego)
autor, Ł. Mikołajczyk, J. Sowiński, A. Olejniczak
Ł. Mikołajczyk, A. Olejniczak i autor
A. Mikołajczyk, T. Bobrowska, (?) i I. Sobieska
Łukasz Mikołajczyk, Andrzej Olejniczak, autor
Vancouver Chopin Society (organizatorzy) i A. Olejniczak
Organizatorom: Vancouver Chopin Society i Early Music Vancouver serdeczne dzięki za to spotkanie muzyczne.
Z bohaterskim błyskiem patriotycznego uniesienia, Prezydent Polski podpisał Ustawę o Prawdzie, czyli nowelizację Ustawy IPN. Aby się upewnić czy jest zgodna z Konstytucją RP wysłał ją do Departamentu 7-mego Komitetu Centralnego PiS (czyli Trybunału Konstytucyjnego 4 Rzeczypospolitej) o zbadanie. Mimo to podpisał podpisał nie czekając na wynik tej opinii. Najwyraźniej już ją znał zanim prośba o takową opinię wpłynęła do Trybunału 😉 . Nie będzie Niemiec, Żyd, Amerykanin i Ukrainiec pluł nam w twarz. A tymbardziej Polak!
Podobno Trump zastanawia się czy podobnej nie ustanowić Dekretem Prezydenckim na temat kłamstw i obrażania Ameryki – Latarni wolności i demokracji – w sprawie wojny wietnamskiej, wojny w Iraku, czy więzienia w Guantanamo Bay.
Kanada jakoś tylko szwankuje w tym nowym prawielnym marszu narodów sprawiedliwych (znaczy się: nastojaszczych): a to Ukraińców przepraszała za obozy internowania w czasie I wojny światowej, a to Japończyków za identyczne obozy w II wojnie światowej, a ostatnio od blisko 10 lat przeprasza Indian (nawet już ich tak nie nazywa, bo podobno nie są Indianami, gdyż nie przypłynęli tu żaglowcami z kapitanem Cookiem z Indochin…) za zagładzanie na śmierć, za wysyłanie kilku pokoleń dzieci do szkół zbiorczych, gdzie były bite, gdy odważyły się miedzy sobą w pogańskim, swoim języku rozmawiać, za kradzież przyznanych wcześniej traktatami ziem. Ale jak długo można przepraszać?! O tyle przyjemniej jest być dumnym przecież. Może by jaką ustawkę panie Justin Trudeau wprowadzić, co? Zamknąc im wszystkim gęby i bedzie wszystko dobrze i pięknie. Ostatecznie braliśmy całkiem pokaźny udział w wojnie przeciw Hitlerowi – nawet pod Monte Cassino, obok dzielnych aliantów polskich! Sam ten fakt powinien nas z wszelkich podejrzeń oczyścić i w końcu zamknąć ten temat z przeszłości na zawsze. Co to w końcu kogo obchodzi, co się kiedyś stało? Było i spłyło, ot i wszystko.
Parafrazując naszego poetę, krzyknijmy wszem:
Trzeba z żywymi naprzód iść,
po życie sięgać nowe…
A nie w przegniłych żalów kiść
z uporem stroić głowę.
Daremne jęki, próżny żal,
za utracone chaty, zabrane futro!
Nie cofniecie Nowego Życia fal.
Świat idzie w świetlane Jutro!
(tu powinno być słychać furkot dumnych, wysokich sztandarów ze starożytnym symbolem Oczyszczającego Ognia, a jakiś dorodny, przystojny niebieskooki młodzieniec winien zaintonować pieśń “Jutro należy do nas”)
To tyle. Tak kończy się epilog Aktu I nowej opery narodowej pt. “Nowy Inteligentny Rząd w Warszawie”. Akt II po przerwie.
Widownia nie chce wychodzić z foteli, z zapartym tchem czekając na ciąg dalszy tej narodowej epopei. Mickiewicz siedzi w pierwszym rzędzie z rozwartą gębą, Słowacki w loży łka, jak dziecko a Gombrowicz dmucha bezsilnie w żagiel transatlantyku, Broniewski zaś (chowając ćwiartkę wódki Baczewskiego do kieszeni) podpiera z całej mocy drzwi, w które ktos wali kułakami … .
Piłsudski wdrapał się na na szczyt kopuły i dosiadł aż cztery Kasztanki galopując w niebiosa starej Rzeczypospolitej; na placu Saskim, poniżej, maszerują dzielne oddziały Brygady Świętokrzyskiej, którym salutują w zwartym szyku bohaterowie Wojsk Obrony Terytorialnej. Nad placem i gmachem Opery unosi się w przestworzach uśmiechnięta, rozpromieniona twarz Romana Dmowskiego. Wizja przesuwa się nad Ogrodem Saskim w kierunku Żelaznej Bramy …Pogrzeb Romana Dmowskiego w Warszawie. Narodowcy żegnają swego przywódcę. Rok 1939.
Raz jeszcze do tematu nowelizacji Ustawy o IPN wrócę. W poprzednim bardziej mnie interesował głębszy, moralny jej oddźwięk. Brak wizji historycznej i zacietrzewienie tanim nacjonalizmem. Brak wizji historycznej w całej tzw. polityce historycznej rządu polskiego. Polityce, której jedynym celem jest konkretny elektorat i konkretna ideologiczna wizja narodowości polsko-katolickiej – a ponieważ ta mieszanka dwóch od siebie odległych pojęć (polityki i religii) jest zawsze groźna – będzie musiała być w rezultacie szkodliwa dla obu systemów. Jeżeli uzależnia się, łączy decyzje polityczne państwa z religijnym ferworem i ortodoksją to uniemożliwia to prowadzenie elastycznej, pragmatycznej polityki państwowej. Polityki, której celem jest wzmocnienia państwa wewnatrz i na zewnatrz. Prowadzenie pragmatycznych rokowań, rozmów, umów bilateralnych i międzynarodowych. Osiągania pewnego consensusu wewnątrz kraju. Polityka szukająca oparcia w religii sama staje się częścią pewnego dogmatu, pewnej sztywności i niewrażliwości na zewnętrzne warunki. Stąd problemy niezmienne polskiej dyplomacji. Początkowo można było zrzucać część winy na kompletne beztalencie dyplomatyczne ministra Waszczykowskiego. Dziś na czele stoi człowiek o dużo lepszym doświadczeniu i z bardzo ładną kartą personalnej działalności wolnościowej. Cóż z tego, gdy stawia się go pod ścianą, gdy narzuca mu się sytuacje niemożliwe do wytłumaczenia lub nie ma wpływu na ich zmianę. Pozostaje makiawelizm. Ale zasadą makiawelizmu jest giętkość a nie sztywność. Pragmatyzm właśnie.
Nawet w warunkach skrajnych, wyborach dosłownych być albo nie być czyli podczas wojny, na polach bitewnych, gdy ważą się losy państwa, dowódca-strateg dokonuje wyborów praktycznych, poświęca całe jednostki, rzuca je na z góry przegrane pozycje, by uratować inne, bardziej zdolne i lepiej przygotowane by walkę kontynuować. A polityk czasu wojny gotowy jest na pertraktacje i wyrażenie zgody na coś, co by przez głowę mu w czasie pokoju nie przeszło – właśnie po to, by zachować możliwość kolejnej mobilizacji środków, danie sobie szansy na przetrwanie do lepszej możliwości. W równie złej sytuacji takie połączenie narodowościowej państwowości z religią stawia samą religię. Zmusza ją poniekąd takim sprytnym posunięciem do wsparcia polityki i polityków. Czyli uniemożliwia się jej zachowanie wyższego gruntu religijnej czystości własnych zasad teologicznych. Nie bez kozery Ojcowie Kościoła przestrzegali przed łamaniem zasady ‘Bogu co boskie, Cesarzowi co cesarskie’. Widać już wyraźnie coraz szersze pęknięcia w postawach hierarchii Kościoła polskiego. Tych, którzy dostrzegają nie tyle błędność polityki PiS, ile sidła w jakie ta polityka zastawiła na Kościół i jego niezależność.
To wszystko legło gdzieś u podstaw tej złej dla Polski nowelizacji ustawy IPNowskiej. Czy jest możliwe, że w czadzie tromtadrackiego hurra patriotyzmu nie zauważono jej żałosnego tonu? Że nikt nie traktuje poważnie krzyku: ja jestem niewinny i kto ośmiela się to kwestionować będzie srogo ukarany! ? A po chwili pojawiają się coraz głośniejsze szepty: ej, co on tak głośno protestuje? Przecież nikt go jeszcze nie oskarżył nawet. A może by tak trzeba było, na wszelki wypadek, pójść do prokuratora czy aby śledztwa lepiej nie zaczął …?
Tyle, że w poważnej polityce dorosłych szczwanych lisów na poważne tematy (a hitleryzm, faszyzm i Holocaust to poważne tematy w polityce nie tylko historycznej ale i teraźniejszej. Tu nie ma miejsca na prostackie żarty o brudnym Żydzie-chałaciarzu i pijanym Polaczku, tak jak nikt nie studiuje faszyzmu niemieckiego oglądając film Chaplina) ta ustawę potraktowano poważnie. I z bardzo złymi dla Polski reakcjami. Jeżeli ktoś w Warszawie na Wiejskiej lub na Żoliborzu pomyślał, że prawicowy w końcu i też populista, Netanyahu który nie specjalnie się przejmował polskimi problemami z demokracją PiSu, da się jakoś udobruchać – ten kompletnie Izraela i Netanyahu nie rozumie. Są granice i tematy, których Netanyahu nie potraktuje, jako gry politycznej. Gdzie pragmatyzm już nie zadziała. Zwłaszcza, że przeciwnik nie stanowi dla niego jakiegokolwiek, najmniejszego nawet zagrożenia. Nawet pani senator Anna Anders to zrozumiała i tuż przed głosowaniem w Senacie spytała oficjalnie, zdumiona dyplomatycznym analfabetyzmem swych politycznych liderów: czy nikt nie rozumiał symbolicznej wymowy głosowania nad Ustawą w przededniu Dnia Pamięci Holocaustu? Senator Anders nie miała zarzutów do treści Ustawy ale przynajmniej wykazała się jakimś minimum zmysłu politycznego i dostrzegła, że nawet tych prostych skojarzeń jej przyjaciele partyjni nie pojmują. Pytanie to wypowiedziała publicznie do marszałka Senatu. Przerażona tym, co usłyszała bezpośrednio od polityków amerykańskich. Ameryka jest na Polskę wściekła. I ta Trumpowska Ameryka, której prezydent przeniósł, wbrew tradycji amerykańskiej dyplomacji, stolicę USA do Jerozolimy, którego zięć jest silnie zaangażowanym w sprawy izraelskie Żydem Amerykańskim. I Ameryka Demokratów. Departament Stanu USA wydał bardzo szybko wyjątkowo ostre oświadczenie, że spór o zawarte w nowelizacji ustawy o IPN przepisy dotyczące karania za przypisywanie Polakom udziału w Holocauście może „mieć wpływ na strategiczne interesy Polski, a także jej relacje ze Stanami Zjednoczonymi”. Jak dosadnie określił to popularny polski dziennik: w języku dyplomatycznym to dosłownie walnięcie pięścią w stół. Ameryka – najważniejszy sojusznik Rzeczypospolitej, kraj, którego wojska stacjonują na naszym terytorium, by odstraszać Rosję przed ewentualnym atakiem – w sporze o ocenę historii stanęła po stronie Izraela. I trudno się dziwić – znaczenie Izraela dla USA a znaczenie Polski dla USA nawet w przybliżeniu jest od siebie bardzo odległe.
odrestaurowane resztki cmentarza żydowskiego pod Warszawa /fot. własna
Jedyne dobre, co do tej pory z tego zamieszania wyszło – to olbrzymi, niespotykany w skali przedtem dyskurs Polaków w Polsce i na Obczyźnie na ten temat. Ilość dokumentów, wspomnień, opinii, faktów i mitów jaka wypełniła wszystkie polskie media społecznościowe, media dziennikarskie jest niewyobrażalna. Bez względu na spory dyskutantów – większość zdaje się rozumieć wagę i powagę tematu. Wiele osób ze zdumieniem powtarza ten sam komentarz: pojęcia nie miałam/em, że takie dokumenty są, że to i tamto miało miejsce… Bo to faktycznie (poza pierwszą nieśmiałą próbą przy Jedwabnem) ciągle był albo temat tabu … albo temat mitów. Czyli kompletnie odwrotnego od zamierzenia tej Ustawy efektu. Zdaje się jednak, ze ten efekt pozytywny jest przypłacony przez Polske cena zbyt wysoką.
Chętnym polecam ciekawe materiały na temat losów Żydów polskich w latach 1939-47 z archiwum Polskiej Akademii Nauk – Centrum Badań Nad zagładą Żydów.
Vancouver 2016 – Kanada honoruje udział lotników polskich w Bitwie o Wielka Brytanię
Polscy Tatarzy, kontynuujac wieloetniczna tradycje Rzeczypospolitej wzieli tez udział w Kampani Wrześniowej
W przeddzień Międzynarodowego Dnia Pamięci Holocaust, a więc dnia specjalnej uwagi, ciszy i wręcz ostrożności we wszelkich tematach z tym związanych, polski Sejm przegłosował nowelizację Ustawy o IPN (słynny Instytut Pamięci Narodowej, poniekąd kontynuator Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich za czasów nieboszczki PRL plus zbrodni bolszewickich, aparatu PRL ale też historii polskiego nurtu antykomunistycznego ruchu oporu i opozycji demokratycznej).
Zgodnie z tą nowelizacją każdy kto publicznie i wbrew faktom przypisuje polskiemu narodowi lub państwu polskiemu odpowiedzialność lub współodpowiedzialność za zbrodnie popełnione przez III Rzeszę Niemiecką lub inne zbrodnie przeciwko ludzkości, pokojowi i zbrodnie wojenne – będzie podlegał karze grzywny lub pozbawienia wolności do lat trzech. Taka sama kara grozi za „rażące pomniejszanie odpowiedzialności rzeczywistych sprawców tych zbrodni”.
Niemal natychmiast wywołało to konsternację w wielu krajach i bardzo negatywne, wręcz lodowate, przyjęcie w Izraelu. Ambasador Izraela w Polsce, pani Azari odniosła się do tej ustawy podczas uroczystości w Auschwitz II-Birkenau. Jak podkreśliła, regulacja ta budzi w Izraelu „dużo, dużo emocji” i „odrzuca ją rząd Izraela”. ”Mamy nadzieję, że możemy znaleźć wspólną drogę, żeby zrobić jakąś zmianę w tej nowelizacji. Dlatego, że Izrael też rozumie kto budował Auschwitz i inne obozy i wszyscy wiedzą, że to nie byli Polacy”.
Natychmiast zareagował rząd izraelski, rzecznik ministerstwa Spraw Zagranicznych, Emmanuel Najszon, zapowiedział, że skontaktuje się ono w tej sprawie z polskim rządem, ‘wysyłając bardzo jasny przekaz’. I dodał: Nikt nie może zmieniać prawdy historycznej i nie ma tu miejsca na edukowanie rodzin osób, które przeżyły Holokaust. Miała miejsce nagła rozmowa telefoniczna premierów Polski i Izraela, na żądanie tego ostatniego. Do Kancelarii prezydenta Dudy przyjechała na rozmowę Ambasador Izraela.
Moim zdaniem to Ustawa beznadziejnie napisana, w bardzo złym momencie i szkodliwa. Nikt rozsądny, żadne szanujące się państwo na świecie nie przypisywało ani nie przypisuje Polsce odpowiedzialności za hitlerowskie zbrodnie wojenne – przeciwnie, Polska jest uznana uniwersalnie za bohaterski przykład przeciwstawienia się hitleryzmowi i jednego z najważniejszych i najtrwalszych aliantów w 2 w.ś. ‘Polskie obozy koncentracyjne’ to znany chwyt ultra prawicowych lub ultra lewicowych tytułów mediów prywatnych będących w rękach specyficznych anty-polskich grup. Obrzydliwych i piętnowanych. Byłem jednym z pierwszych, którzy zarzucił to ponad 30 lat temu czołowej gazecie kanadyjskiej, gdy użyto tego określenia. Na długą odpowiedź i usprawiedliwianie się podano, że chodziło jedynie o geograficzne umiejscowienie Auschwitz (o ten obóz w artykule chodziło) i że każdy wie przecież, że obozy były zbudowane i zarządzane przez Niemców. Zaproponowałem zrobić krótka ankietę (sam zaoferowałem się nieodpłatnie ją rozprowadzić po szkołach) z jednym zdaniem orzekającym (wyciętym z ich artykułu), że Auschwitz był polskim obozem koncentracyjnym. I zaraz pytaniem: kto był za Auschwitz odpowiedzialny: 1) Polacy; 2) Francuzi; 3) Niemcy. Gazeta (Calgary Herald) na ankietę się nie zgodziła ale wydrukowała sprostowanie i obiecała więcej takich zwrotów nie używać. Takie pomyłki lub świadome ‘lanie wody’ łatwo obnażyć i zmusić do przeprosin. Ale nowa Ustawa IPN idzie dużo dalej. Dyrekcja IPN podkreśla, ze przecież prokuratorzy nie będą np. prowadzić śledztwa wobec badań naukowych o ewentualnych ‘zbrodniach Polaków w 2 w.ś.’ … i szybko dodaje o ile będą oparte na faktach. ‘Badania oparte na faktach’ hmmm- to nowa metodyka badań panowie historycy z IPN. Badania się robi, by fakty ustalić. Jeśli już są nie trzeba ich badać tylko opisać. Cała ta Ustawa, w tej formie w jakiej jest napisana, jest ośmieszająca Polaków i naszą przeszłość. Śmierdzi na kilometr lękiem przed czymś …
Ja, jako Polak, jestem dumny z naszego zachowania jako państwa o nazwie Rzeczypospolita Polska i jego obywateli w całym okresie 1939-1945. I wszędzie, gdzie byłem na świecie, jeśli ten temat był poruszany – spotykałem potwierdzenie tej dumy. Nie potrzebna mi jakakolwiek, strasząca ludzi o innym zdaniu, ustawa polska. To nie ustawa historyczna a ustawa histeryczna. Głupia i szkodliwa. Przeciwnie – jeśli były (a wiemy, że były) podejrzenia o zbrodniczą działalność jakichś obywateli polskich, lub jakichś zorganizowanych grup polskich – oczekuję, że organa sprawiedliwości Polski, badacze, reporterzy, osoby lub rodziny osób poszkodowanych będą dochodzić prawdy o tych zbrodniach, winnych tych zbrodni upubliczniać a nawet pośmiertnie (o ile praktycznie to możliwe) karać. I jakieś zadośćuczynienie ofiarowywać. To minimum uczciwości obywatelskiej i historycznej. To moją dumę narodową zwiększy i umocni. Chcę być dumny z mojego dziadka, który ze swoim szwadronem pogalopował we wrześniu na linię frontu, za mojego wuja, nadinspektora w Lidze, którego Sowieci wywlekli do Starobielska i tam z innymi rozstrzelali, za mojego ojca i jego brata, którzy brali udział w AK w wyzwalaniu Wilna a potem wpadli w łapy sowieckie, za pradziadka, któremu prawie odcięto nogę serią z karabinu maszynowego w Krwawej Niedzieli w Bydgoszczy, gdy szedł do Fary na mszę i resztę wojny przeżył kuśtykając, a mimo to chodząc nocami na tory za dworcem w Bydgoszczy i nosząc kawałki chleba dla więźniów, których Niemcy w pulmanach wieźli z Generalnej Guberni i z frontu wschodniego w głąb Rzeszy na roboty. Nie chce i nie mogę być dumny ze szmalcowników, z folksdojczów, z tych, którzy ograbiali Żydów lub na nich za nagrodą donosili. A i tacy byli. Nie jestem i nigdy nie będę dumny za niektórych Polaków w Jedwabnem i innych miejscach, gdzie podobne zbrodnie miały miejsce. I jako dumny Polak mam prawo o tym mówić i pisać. Bez jakiegoś prokuratorzyny decydującego czy moje opinie są oparte na ‘faktach’. Panie premierze Polski i panie i panowie z PiS: proszę mojej godności Polaka nie bronić tak zawzięcie. Ona sama się obroni. Chce by mnie szanowano za to kim jestem. Nie ze strachu przed karą.
W zasadzie nie chciałem rąbka tajemnic tych uchylać. Skoro jednak aż trzy koncerty wysokiej klasy w lutym nas czekają, a nie wszyscy muszą być melomanami bezustannie biegającymi do sal koncertowych kilka objaśnień.
Przede wszystkim jak muzyk klasyczny wygląda? Nosi strój często, jakiego w waszej szafie raczej na pewno nie znajdziecie. Tak zwany frak. Czyli przydługą marynarkę uszytą z czarnej sukni muślinowej po babci. Że muzyk na ogół (poza bardzo nielicznymi wyjątkami) krezusem (bogaczem – wyjaśniam tak na wszelki wypadek jeśli ani greki ani greckich mitów nie znacie) nie jest, na dobrego krawca go stać nie było. A kiepski zrobił co mógł: przód rozciął wzdłuż, z dolnej części wyciął dwa kawałki i doszył do krawędzi rozcięcia robiąc tzw. kołnierz i wyłogi. Babia była w biodrach szczupła, więc i tak zapiąć z przodu nie można, bo za ciasne, to wyłogi zrobił szerokie bardzo. Te kawałki co wyciął z dołu – były z przodu. I tak wygladało to na ani płaszcz ani marynarkę. No to rozciął też dolny tył i zrobił coś, co nazywa się połami po polsku a długim ogonem po angielsku (dosłownie: longtails). Jako, że marnować materiału nie lubił, pozostałe skrawki zwinął w dłuższy rulon (jak szalik) i zamiast paska lub szelek (kolejny, dodatkowy wydatek uniknięty) przewiązał spodnie przez brzuch, by nie daj boże w czasie koncertu nie opadły. Bardziej nowocześni (albo jeśli babcia była bardzo niskiego wzrostu) noszą tzw. smokingi. Różnią się tym, że nie maja poł (ogonów). Babcia była może krótka ale za to bardzo szeroka. Więc smokingi się zapinają. W Anglii też smokingi od dawna nosili. Ale nie na koncerty, bo strasznie śmierdziały tytoniem. Tam to byla kurteczka, którą (rano zwłaszcza) zakładało się na koszulę idąc do gabinetu wypalić fajkę. Stąd silny zapach tabaki z którym się na zewnątrz nie pokazywało. We Francji nazywali to tonżurkami. Ale odkąd Agent 07, jako Roger Moore zaczął używać smoking do przebrań szpiegowskich i erotycznych – muzycy to podchwycili myśląc, że i im się uda jakąś podeszłą w wieku za to bardzo bogata hrabiankę lub księżnę poderwać.
W Afryce, jak większość z was chyba wie (?) jest dość ciepło. Więc w salach koncertowych tak ubrani muzycy strasznie by się pocili. Jakby sie pocili to by mogły im nuty się rozmywać – no i jak tu grać?! Jeszcze Ci siedzący zaraz ze sekcją instrumentów dętych blaszanych mieliby dobrze, bo by im z trąb różnych trochę wiatru na plecy leciało. Ale samotny pianista, z dala od orkiestry? Lub pierwszy rząd skrzypiec? Makabra. Mówię dlatego byście zdjęciami nie byli zaskoczeni, że nie z ulicy Jasnej w Warszawie (Filharmonia) czy z nowojorskiej Carnegie Hall. Z Południowej Afryki, dokładnie Przylądka Dobrej Nadziei. Nadzieję dobrze mieć, ale lepiej jakiś konkretny fach w ręku, na wszelki wypadek …. No bo np w Polsce teraz akademicki nauczyciel w wyższej szkole muzycznej to ok. 2000 na rękę weźmie. W szkole średniej muzycznej, ok. 1800. A hydraulik po studiach ok. 3-4 tysięcy. Bez studiów też. To tak na marginesie. By wiedzieć dlaczego do tanich krawców chodzą.
No to teraz fakty czyli zdjęcia – bo jak się na własne gały nie zobaczy, to ja se mogę gadać i gadać a i tak nikt nie uwierzy. Pierwsze to cała orkiestra symfoniczna. Od liku jest jej i na początku zawsze latają, jak dzieciaki w klasie zanim usiądą spokojnie. Dlatego, że każdy chce lepsze miejsce znaleźć, bliżej dyrygenta. Siądziesz za jakimś wielkim kontrabasem i jak będziesz widział, co chce dyrygent, nawet jeśli rękami macha na całego by twoją uwagę zwrócić!?
Są jeszcze takie małe orkiestry. Nazywają się kwintety , sekstety lub kwartety. Tak po tajemniczemu, by nikt nie mógł zrozumieć o co chodzi. No bo to głupio powiedzieć: przyjdźcie na szóstkę, lub na piątkę. A na ćwiartkę to już zupełnie nie wypada. Każdy by co innego miał na myśli. Poniżej to piątka, pardon moi – kwintet. Po co te małe? To tacy, którzy podpadli dyrygentowi i się do normalnej orkiestry dostać nie mogli. Kompozytorzy za słabi na napisanie całej porządnej symfonii piszą dla nich takie mniejsze kawałki.
Ale są i indywidualne gwiazdy. Co to sami potrafią za całą orkiestrę grać! Trochę rozkapryszeni. Porządny muzyk, który raz na pół godziny uderzy w taki metalowy mały trójkącik na takie numery nie pójdzie. On wie, że cierpliwość i skromność ma swoje nagrody. Mnie się wydaje, że takie gwiazdy po prostu nie są lubiane przez resztę orkiestry i dlatego muszą grać sami. Tak, jak w szkole prymusi i pupile nauczycieli. Zawsze na akademiach musieli być na scenie i jakieś wiersze opowiadać! Że te gwiazdy rozkapryszone, zobaczycie zaraz. Na pierwszym zdjęciu widać było, jak się cała orkiestra spieszyła, zbierała, szukała tych dobrych krzeseł. A co robil pianista? Gdzie był? No tak, tak. Widać wyraźnie. Pławił się jeszcze na pięć minut przed w wannie.
Tak więc teraz jak już wszystko z tych arkanów muzyki klasycznej wiecie, to się będziecie mogli czuć swobodnie na salach koncertowych w lutym i cmokać z zachwytem, gdy kawałek wam się jakiś spodoba. A, nie wiem czemu ale popcorn nie jest mile widziany w salach koncertowych (a przecież niektóre wcale nie lepsze od kinowych, więc nie wiem czemu?). Natomiast cukierki, landrynki – skolko ugodno. I koniecznie zawinięte w szeleszczące pazłotka. Podobno po tym poznaje się prawdziwego melomana. Zawsze takich z podziwem i szacunkiem oglądam – sam cukierków wstydzę się przynosić (choć slinka cieknie, jak patrzę na innych), bo do tej funkcji chyba nie mam wystarczającej godności. I muszę się pilnować w swej zazdrości, bo ręka sama świerzbi, żeby po takiego cukierka a w zasadzie całą torebkę sięgnąć i zabrać …
Bogumił Pacak-Gamalski i pianista Łukasz Mikołajczyk
Więc porozmawiajmy. O muzyce można rozmawiać na wiele sposobów. Można w gronie znajomych, po skończonym koncercie iść na kawę i dokończyć wieczór opisując własne i słuchając wrażeń innych. Może to być spotkanie profesjonalnych muzyków, którzy – o ile nie olśnieni wieczorem autentycznie zupełnie wyjątkowym – będą się spierać czy daną frazę w drugiej części adagio z jakiejś sonaty artysta przekazał zgodnie z obowiązującym kanonem czy też jakąś oryginalność wykazał; czy dies irae było wystarczająco dostojne i wypełnione w pełni tajemnicą kresu wszystkiego, czy zwykłym klepaniem na klawiaturze; pewnie też (skoro muzycy) najzwyczajniejszym popisywaniem się zapamiętanych błędów, opuszczeń: tu zgubił ósemkę, tam na bemole uwagi nie zwracał, zaczął forte co najmniej dziesięć sekund za szybko, na co te zbyt długie interwały, itd. itp.
Czasem (pewnie na ogół jednak) rozjeżdżamy się do domów i dopiero tam, w ciszy, pozwalamy sobie na przędzenie własnych myśli, emocji, przeżyć. I to chyba forma najlepsza. O ile dyrygent, pianista, skrzypek jakiejś niesamowitej gafy lub zaplanowanego ‘protestu’ nie zrobi – zdajemy sobie sprawę, że byliśmy świadkami czegoś niezwykłego, autentycznie sakralnego (czy jest w to włączony jakiś pierwiastek religijny czy nie jest tu drugorzędne, więc ‘sakralność’ tu rozumiem jako duchowość, przeżycie dotykające nas w samo sedno naszego ego), wychodzącego poza ramy zwyczajnej codzienności, zajęć wypełniających monotonnie nasze życie. Czasami wręcz nie sposób oprzeć się zdziwieniu dlaczego utwór lub choćby jego fragmenty tylko tak nas dotknęły, wstrząsnęły może nawet. Co przypomniały z zapomnianych już dawno emocji, marzeń, pasji? Jakie widoki wyobraźnia roztoczyła przed nami, jakie emocje? Skąd ten smutek jakiś głęboki lub radość szczera, jak u dziecka?
I może to najlepsze ‘rozmowy o muzyce’ … . Ostatecznie, żaden artysta nie komponuje, nie pisze, nie maluje dla tłumu. Robi to, w najintymniejszym momencie twórczym, gdy o świecie rzeczywiście zapomina – dla indywidualnego słuchacza, oglądającego. Dla drugiego człowieka. A czy odtwórca: aktor, solista-muzyk, reżyser jest też artysta w rozumieniu twórczym? To pytanie bardzo skomplikowane i nie ma na nie jednoznacznej odpowiedzi. A mimo to większość z nas nie ma najmniejszego problemu z odpowiedzią na to pytanie w zetknięciu z dziełem sztuki (poza pracami plastycznymi, które pośrednika nie potrzebują ze swej natury) odtwarzanym na scenie, ekranie, z głośnika radiowego, z płyty (z CD, byłoby dziś adekwatniej powiedzieć). A już zwłaszcza w żywym, nie mechanicznym odbiorze sztuki: ze sceny. Potrafimy bez problemu powiedzieć: ładnie zagrał. Lub wykrzyknąć głośno lub w myślach tylko: to było wspaniałe! Jakże on grał niesamowicie, ciarki czasem po plecach przechodziły! I to jest ta zasadnicza różnica miedzy dobrym muzykiem-odtwórcą, który zawsze prawie ładnie zagra a artystą interpretatorem, który nas porwie. I to jest też sztuka, też twórczość, choć faktycznie wtórna. Wtórna ponieważ jest to jednak tak bliska , jak jest to technicznie i emocjonalnie możliwe, do oryginału zapisanego przez kompozytora/poetę. Nie mogą to być wariacje na temat, tylko interpretacja utworu oryginalnego. Ale osiągać mogą poziom sztuki najwyższy. By to osiągnąć najpierw trzeba samemu (prócz technicznej umiejętności) partyturę (orkiestra) lub nuty indywidualne wielokroć czytać, studiować. Trzeba się wcielić w ‘duszę’ tej muzyki, jak aktor wciela się w postać graną. Jakże smutek lub namiętność wykazać na strunie, klawiszu, przez ustnik jeśli nie potrafimy go odczuć sami? Prawda, że są kompozytorzy nad wyraz nieufni, którzy każdą najmniejsza zmianę nastroju zapiszą na pięciolinii, każde najmniejsze przyspieszenie, zgłośnienie, wyciszenie. I są tacy, którzy oczekują by grający sam to wyczuł, zrozumiał niczym jakieś objawienie. Do tych trudniejszych należał Chopin. Sam będą wirtuozem, pianista-artystą – wymagał tego od tych, którzy jego muzykę grać mieli. Stąd tyle szkól i tradycji, stylów grania Chopina.
O tych, między innymi, perypetiach ‘szopenowskich’ gawędziłem z Łukaszem Mikołajczykiem. I o innych kłopotach, szczęściach i nieszczęściach młodego pianisty. Zawodu? Powołania? Twórczości?
Tu wracam do tematu rozmów już na moim, prywatnym podwórku. Zawsze pasjonowały mnie spotkania i rozmowy (nawet jeśli robiłem to pod pozorem formalnego wywiadu – były to jednak rozmowy intymne a nie typowe kiedy, gdzie i dlaczego) z twórcami, artystami. Gdybym mógł i miał taką możliwość otwierania każdych drzwi – po każdym koncercie (chyba, że nudny i nader zwykły, co też bywa) byłbym biegł za kulisy na długą pogawędkę właśnie. I staram się z tej rozmowy, na różne czasem tematy prowadzonej, wyciągnąć ten rąbek tajemnicy: dlaczego grasz? Czy masz coś do powiedzenia i skąd ta chęć powiedzenia tego? Uchylenia tego rąbka, jak sam to określam, sacrum artysty. Nie zawsze mi to się udaje. Może być, że po prostu bardzo dobry skrzypek, pianista, flecista – ale nie artysta w głębokim tego słowa znaczeniu. Czasem nie udaje nam się przebić z konwencjonalnej rozmowy-wywiadu i pozostaje ściana między rozmówcami, która tego elementu nigdy nie zdradzi. A czasem gdzieś, coś błyśnie na moment, co spowoduje, że od razu głos swój wyciszam i zaostrzam słuch.
Tak wydało mi się nie tylko słuchając gry Mikołajczyka ale właśnie rozmawiając z nim. Coś jest w tym młodym pianiście bardzo bezpośredniego, świeżego, szczerego. I jest jakiś ledwie widoczny, może nawet skrywany lub nieuświadomiony w pełni głód. A jak jest głód twórczy to jest i apetyt. Beż tego ‘głodu i apetytu’ twórczego mowy być nie może o autentycznej sztuce muzycznej. Możesz zawsze nutę właściwą uderzyć palcami, zawsze tempo odpowiednie znaleźć, z pianissimo wejść w forte gdzie trzeba – słowem zbudować dźwiękami pałac piękny na lodzie … a będzie zimny i pusty. Lub, zdarzyć się może i dobrym pianistom, błąd gdzieś zrobisz, nutę zgubisz, stopę zbyt śpiesznie z pedału zwolnisz – ale pałac wypełnisz gwarem, śmiechem lub płaczem cichym w alkowie za sala balową… .
Mikołajczyk przyjechał do Vancouver bardzo niedawno. Młody chłopak, żądny świata i wrażeń, nade wszystko wrażeń muzycznych, artystycznych. Już z sukcesami w Polsce, niemal ‘z biegu’ zapisał się w muzycznej historii Vancouveru zdobywając 1 Diamentową Nagrodę w historycznej, pierwszej edycji Międzynarodowego Festiwalu Muzycznego w Vancouver – pierwszej międzynarodowej kompetycji muzyki klasycznej w tym mieście. Cieszy się ze spotkań muzycznych z Polakami. Sprawiają mu radość dodatkową, poza samą radością grania.
Vancouver ma szczęście do polskich muzyków, szczególnie do pianistów. Od samego Ignacego Paderewskiego poczynając, który przyjechał tu na koncerty swoją salonką kolejową ponad sto lat temu. Działające od długiego czasu Stowarzyszenie Muzyki Fryderyka Chopina (Fryderyk Chopin Music Society) ‘rozpieszcza’ Polaków (oczywiście nie tylko Polaków) tu zamieszkałych koncertami wielkich gwiazd klawiatury: Zimermana, Blechacza, Olejniczaka (będzie tu znowu gościł na koncercie już 2 lutego). Stowarzyszenie ‘Pod skrzydłami Pegaza” zapoczątkowało muzyczne spotkania wschodzącej gwiazdy kanadyjskich pianistów, Jana Lisieckiego zapraszając go na jego pierwszy koncert gdy miał ledwie 15 lat. Bywała u nas często Katarzyna Musiał, jest na miejscu pianistka Krystyna Tucka, był Witold Wardziukiewicz. Kilkakrotnie koncertował inny, młody i znany w świecie muzyk-flecista, Krzysztof Kaczka. Vancouver i my, Polacy, mamy zaiste szczęście. Ale czy maja zawsze te szczęście, jeżeli chodzi o publiczność polską, sami muzycy? Nie jestem pewny. A warto o to zadbać. Dobrze mieć blisko pianistę tej klasy, co Mikołajczyk. Zwłaszcza jeśli jest jeszcze pełen zapału wobec kontaktu z polską publicznością. Życie jest życiem. Pianista potrzebuje koncertować i potrzebuje tak, jak ryba powietrza, kontaktu ze słuchaczem. Nie znajdzie go tutaj – to prędzej czy później znajdzie gdzie indziej. Obyśmy nie musieli powtarzać do znudzenia starego wierszyka “cudze chwalicie, swego nie znacie – sami nie wiecie, co w domu macie”.
Na organizowanym przez Canada International Music Society 10 lutego, 2018 w Barnett Hall przy UBC School of Music reczitalu pianisty będziemy mieć możność posłuchać w jego wykonaniu kompozycji Chopina i Sergieja Rachmaninowa (Preludium B dur nr 2 i D dur nr 4 z op. 23) oraz słynną, choć niezbyt często graną, suitę fortepianową Maurice’a Ravela “Gaspard de la nuit” skomponowaną, jako testament muzyczny autora “Bolera” do słów poematu prekursora symbolizmu francuskiego, Aloysiusa Bertranda.
Łukasz Mikołajczyk to pianista warty uwagi. Ze swoją energią i entuzjazmem jawi się prawie jak muzyczny ‘Superman’ na naszym firmamencie. Nie, nie żartuję i nie przesadzam: udało mi się onegdaj zrobić mu z ukrycia zdjęcie, które najwyraźniej ten ukrywany przez niego sekret wyłania – sami zobaczcie czy się mylę!
Czyż lepiej można sobie wyobrazić celebrowanie 100-lecia odzyskania polskiej Niepodległości niż celebrowaniem polskiej kultury?!
Dla melomanów gratka nadzwyczajna, dla pozostałych gwarantowany wieczór przyjemnie spełniony. I w trzech jakże odległych od siebie miejscach koncertowych, więc dojazd dla każdego wygodny się znajdzie.
Od sławy uznanej w całym świecie od dziesięcioleci już, słynnego szopenisty Janusza Olejniczaka – p dwie muzyczne perełki talentu pianistycznego , bardzo młodych Jana Lisieckiego i Łukasza Mikołajczyka.
Janusz Olejniczak wystąpi, na zaproszenie Vancouver Chopin Society, 2 i 3 lutego (piątek i sobota) w centrum Vancouveru w Christ Church Cathedral z programem Romantyków: Chopin, Schubert i Schuman. Dodatkową atrakcją koncertu będzie możliwość wysłuchania brzmienia tych gigantów muzyki romantycznej na dwóch, bardzo różniących się fortepianach: firmy Broadwood, które używał sam Fryderyk Chopin, oraz współczesnego ‘króla’ fortepianów koncertowych firmy Steinway.
Olejniczaka pamiętam jeszcze z antycznych (LOL) czasów, gdy stał się z dnia na dzień nazwiskiem wszystkim znanym w Warszawie, zostając najmłodszym w historii laureatem Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego Chopina w 1970. Od tamtego czasu jego talent poprowadził go do światowej kariery. Zwłaszcza, jako bardzo cenionego interpretatora muzyki okresu Romantyzmu. Informacje tu
Łukasz Mikołajczyk – to stosunkowo nowa ‘zdobycz’ polskiego muzycznego Vancouveru. Pisałem o tym bardzo utalentowanym i przesympatycznym pianiście tu już dwukrotnie. Po ukończeniu katowickiej Akademii Muzycznej im. Szymanowskiego, kontynuuje swoje studia muzyczne w Vancouver Academy of Music. Vancouver zdobył w zasadzie niemal ‘z marszu” – był laureatem Diamentowej I Nagrody Pierwszego Międzynarodowego Konkursu Muzycznego w Vancouver w 2017.
W Polsce, niewątpliwie godnym głębokiego uznania było dojście do ćwierćfinałów ostatniego Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego Chopina. Wcześniej zajął 3 miejsce w 2015 na Ogólnopolskim Konkursie Chopinowskim w Warszawie.
Miałem okazję słuchać jego gry już kilkakrotnie i zawsze z wielką przyjemnością. Bardzo więc polecam jego koncert organizowany przez Canada International Arts & Music Society w Roy Barnett Hall przy UBC School of Music, 10 lutego o godz. 19.00. W programie: Chopin, Rachmaninoff i Ravel. Tutaj szczegóły.
Mikołajczyk wrócił właśnie z kilkutygodniowej podróży do Polski, gdzie w tak krótkim czasie miał możność koncertować dla krajowej widowni na Śląsku.
Jan Lisiecki – młoda sława muzycznej Kanady. Błyskotliwą karierą robić zaczął de facto od czasów prawie dziecięcych. Najpierw w Kanadzie, potem podbijał kolejno resztę świata. Co czyni do dziś z właściwym sobie urokiem. Ten urodzony w Calgary w 1995 pianista, mimo bardzo młodego wieku, przez wielu już nazywany ‘arystokratą fortepianu’ dał się poznać publiczności polskiej w Vancouverze już wielokrotnie. Przypominam pierwszy mój wywiad z nim i jego mamą w Hotel Vancouver, kiedy 15-letni wówczas chłopak już okrzyczany, jako ‘child prodigy’ był najnaturalniejszym, najsympatyczniejszym chłopakiem, jakiego można sobie wyobrazić. Bezpośredni, wesoły, serdeczny. W ostatnich dniach koncertował w Niemczech. Ale doprawdy trudno śledzić miejsca jego występów. Kiedyś próbowałem przez jeden sezon muzyczny. Nie miał wówczas nawet dwudziestu lat a dosłownie z tygodnia na tydzień skakał między krajami i kontynentami, jak biegacz w biegu z przeszkodami: jedna za druga, LOL.
Lisiecki ceniony jest zwłaszcza za jego interpretacja Chopina i Mozarta. Jest od lat jedną z gwiazd prestiżowej wytwórni Deutsche Grammophon.
Rok 2018. Rok wyjątkowy, bo to rok stuletniej rocznicy odzyskania niepodległości Rzeczypospolitej. Więc bez wątpienia obszerniej na tych łamach do tego tematu wrócę.
Zanim jednak spojrzymy w przeszłość – spojrzenie przez okulary Internetu, gazet, telewizji i innych mediów na dzień dzisiejszy w Rzeczypospolitej. Rzeczypospolita Polska Anno Domini 2018.
Jak się zaczęła, jak wygląda? Zaczęło się pierwszą poważną zmianą na stanowiskach rządowych. Poprzedził to dziwny kontredans w okresie przedświątecznym, gdy zmieniono premiera. To znaczy przesunięto panią Beatę Szydło o jeden krok dalej i pana
Beata Szydło (fot. Wikipedia Commons)
Mateusza Morawieckiego o jeden krok bliżej. Wicepremier został premierem, premier – v-ce premierem. W normalnej polityce świata realnego (demokratycznego oczywiście) rzecz raczej niespotykana. Ambicja i godność jakiegokolwiek polityka, który osiągnął szczyt lub prawie szczyt (chyba jednak szczyt, bo w Polsce większość realnej władzy jest jednak w rękach rządu a nie prezydenta) władzy nie dopuszcza możliwości dobrowolnego usunięcia się na pozycje niższą w Gabinecie. Może stracić pozycję tracąc zaufanie i swojego Gabinetu i większości sejmowej. Wtedy usuwa się właśnie w cień zupełnie, zostaje posłem lub nawet zrzeka się mandatu poselskiego i odchodzi na tzw. ‘honorową emeryturę’. Aby z szefa zgodził się zostać podwładnym – jest raczej niespotykane. Zwłaszcza w tym samym praktycznie rządzie. Ale posunięcia takie nie dziwią i są dość nagminne w dyktaturach. Król/książę/dyktator, w którego rękach spoczywa pełna władza, mianuje i wymienia swoje gabinety, jak chce. Personalia i ambicje polityczne są bez znaczenia, bo władza rządowa nie jest z nadania wygranej w wyborach, a łaską Panującego.
Mateusz Morawiecki (fot. Wikipedia Commons)
Co prawda pani Szydło w wyborach ostatnich właśnie prowadziła kampanię wyborczą, jako kandydat na premiera Polski, prawda? I te wybory wygrała ona, nie pan Morawiecki, prawda? Więc Polacy głosowali de facto na nią, prawda? Eh, to już takie szczegóły banalne i mało istotne: wybory, przybory…., kogo te detale obchodzą ostatecznie na kogo głosowali!? W Polsce widać wyraźnie mało kogo. A już zwłaszcza Wiecznie Żywego wodza.
2018 mimo to przyniósł poważne zmiany wprowadzone już przez samego nowego premiera (naturalnie za zgodą i przyzwoleniem – lub z nakazu bezpośredniego – Wiecznie Żywego). Odeszły (zostali zwolnieni) filary rządu poprzedniego. Z punktu widzenia praw fizycznych i budowlanych były to po prawdzie strasznie złe filary, które autentycznie groziły zawaleniem się całej budowli. Prawa fizyki a prawa polityki to jednak nie to samo. Postanowiono niektóre (większość z tych mniej ważnych – poza jednym, który jest bardzo ważnym: Ministrem Sprawiedliwości i Prokuratorem Generalnym) filary pozostawić. Filary pozostały niestabilne co prawda, ale są świeże lub odmalowane, więc jeszcze nie przegnite do cna.
Antoni Macierewicz (fot. Wikipedia Commons)
Największym zaskoczeniem (i błogosławieństwem dla kraju!) było wyrzucenie Antoniego Macierewicza z Ministerstwa Obrony Narodowej. To trochę złośliwo-zbójecki nóż pod żebra. Macierewicz tyle się napracował, wyrzucił prawie wszystkich wyższych dowódców wojskowych, włamał się nocą do biur NATO w Warszawie, groził Prezydentowi. A co najważniejsze stworzył i zaczął budować własną armię partyjną: Wojska Obrony Terytorialnej (mając na myśli oczywiści terytorium władzy a nie państwa – więc wszystkie z tego tematu żarty były kompletnie niewłaściwe: do walk ulicznych z obywatelami te wojska mogły być używane skutecznie a o jakichkolwiek walkach z Rosją lub Marsjanami Macierewicz nawet nie myślał poważnie w tym temacie). Jego oczko w głowie. I być może właśnie ten projekt, te ‘wojska’ Macierewicza zadecydowały o jego upadku. Nieudolność w zakupie jakiegokolwiek sprzętu i coraz gorszy stan bojowy Armii Polskiej ( w tym mierność strategiczna nowych dowódców Sił Zbrojnych RP) raczej nie był tym powodem. Wątpię by dużo w tej materii potrafił zmienić Policmajster Błaszczak. Ale ta prywatna armia – to, co innego. Kto wie, rok-dwa i Macierewicz sam by mógł zadekretować, że Wiecznie Żywy nie jest wiecznie?
Morawiecki, jako premier – na tyle na ile jakikolwiek premier (poza Wiecznie Żywym, gdyby nabrał odwagi oficjalnie ster państwa wziąć w swoje ręce) w Polsce PiSu może cos zrobić samodzielnie – wydaje się być i mądrzejszy i inteligentniejszy i bardziej świadom świata i norm politycznych w Europie i poza Polską. Pani Szydło – nie oszukujmy się – mogłaby nie tylko w gminie rządzić a nawet i w powiecie i pewnie dobrze. No ale nie żartujmy, nie w państwie… Wiec (tu pewnie niektórych zaskoczę) tą zmianę uważam za pozytywną. Podobnie – pomijając niską opinie jaką mam o ministrze Błaszczaku – jak usuniecie Macierewicza. To był i jest szalenie niebezpieczny człowiek. Krypto-faszysta od dziesiątków lat (nawet z czasów zasłużonej działalności anty-komunistycznej) miał jedną wizję Polski: katokatolickiego kraju o silnym zabarwieniu szowinistycznym. Taka współczesna wersja wczesno dwudziestowiecznego faszyzmu hiszpańsko-włoskiego lub węgiersko-portugalskiego. W odpowiednim momencie i czując się odpowiednio silny zdaniem moim nie cofnąłby się przed niczym. W przeciwieństwie do Wiecznie Żywego – nie jest tchórzem. Jest człowiekiem odważnym.
Witold Waszczykowski (fot. Wikimedia Commons)
Bez satysfakcji (bo było to wesołe, trzeba przyznać) zgadzam się tez, że z punktu widzenia rządowego plusem było pozbycie się nieudacznika Waszczykowskiego. Nie pamiętam tak nieudolnego ministra SZ nawet z czasów PRL-u. Zaprawdę (tu się musze zgodzić z anty-elitarystami) zdobycie wykształcenia nie daje jakichkolwiek gwarancji na inteligencję, rzutkość, umiejętność rozwiązywania problemów i dostrzegania ich przede wszystkim. Bardzo to (wykształcenie) pomaga tym, którzy te naturalne zdolności posiadają. Ale tylko tym. U Waszczykowskiego to była prawdziwa tabula rasa…
Mam głęboką nadzieję, że zmiana w ministerstwie odpowiedzialnym za lasy pozwoli Polsce i PiSowi wycofać się z tej strasznej gospodarki leśnej stosowanej wobec Puszczy Białowieskiej. To jest autentyczny dramat na skalę europejską. Zupełnie niezrozumiały w XXI wieku, gdzie wszyscy wiemy, jak kolosalne znaczenie ma ratowanie ostatnich fragmentów oryginalnego, prastarego lasu niziny europejskiej. Zbrodnia niewybaczalna. I grożąca Polsce w każdym momencie kolosalnymi karami pieniężnymi, które już są zasądzone wyrokiem niepodważalnym i niemożliwym do kasacji oraz poza możliwościami ominięcia go przez Polskę (Trybunał Sprawiedliwości i jego wyroki nie podlegają rządom państw unijnych) – do egzekucji kar potrzebna jest jedynie oficjalna nota Komisji Europejskiej do Trybunał o wprowadzenie wyroku. Samej Komisji, nie zgromadzenia posłów europejskich, tutaj już żadne głosowanie nie wchodzi w grę. Ale wysokie kary finansowe nie są największym nieszczęściem. Dziury budżetowe można załatać, podnieść podatki, zmniejszyć ulgi podatkowe. Kto w ciągu czterech czy dziesięciu nawet lat wyhoduje drzewostan i jego biologiczną otokę, która powstawała przez setki lat?
Jan Szyszko (fot. Wikimedia Commons)
Wiele osób znających i obserwujących byłego (na szczęście) ministra Jana Szyszko uważa, że pan minister autentycznie opiera się w swoich decyzjach na niezachwianej wierze w biblijne stanowisko, że Pan Bóg dał człowiekowi przyrodę w kompletne władanie i używanie dla własnych potrzeb. Gdybym nawet biblijne opowieści traktował tak dosłownie i z taką wiarą, jak pan Szyszko, to mimo wszystko w XXI wieku bym chyba trochę dystansu i niedosłowności używał. Ostatecznie cudzołóstwo też jest biblijnym nakazem karane kamieniowaniem, jak i wiele innych rzeczy dużo mniej moralnie odrażających. Przecież byliby katolicy siłą rzeczy dziś najmniejszą chyba grupką religijną na świecie, gdybyśmy tak dosłownie Biblię traktowali, panie Janie. Nam samym by kamieni na nas samych nie starczyło … Wiem, że ten akapit traktowany będzie, jako satyra. Ale, mimo satyrycznego może tonu tu i tam, proszę mi wierzyć, że nie w kategorii żartu to napisałem i nie dla śmiechu. To, co dzieje się z Puszczą Białowieską uważam za zbrodnię najwyższego kalibru.
Po pierwszych dwóch pełnych latach opozycji demokratycznej w Polsce rzeczy też ulegną zdaje się dużym przeobrażeniom. I w tej formalnej, politycznej, sejmowej opozycji i w tej obywatelskiej, z ulic miast i miasteczek. Od czasów zrywu solidarnościowego chyba nie widzieliśmy takiego zaangażowania Polaków w politykę. Pro i contra. Być może nawet zbyt ostro miedzy sobą, co jest niebezpieczne, bo rządy zmienić dużo łatwiej (nawet krwawo – czego Polsce nie życzę) niż naród.
Początkowa masowa skala demonstracji setko i dziesięciotysięcznych zamieniła się w liczne, prawie ‘etatowe’ protesty mniejsze lub wręcz małe. Ale grupka kilku ludzi stale na ulicy oznacza poważną grupę, która ich wspiera gdzieś. Więc kalkulacje rządowe, że protest osłabł są bardzo błędne. Nie sądzę zresztą by autentyczna czołówka intelektualno-polityczna PiS w takie marzenia wierzyła. Podaje to się do rządowej prasy, TV i innych środków propagandy partyjnej dla uspokojenia swojego elektoratu i szerzenia defetyzmu wśród niezaangażowanych w konflikt. Typowa propagandowa papka nie mająca znaczenia pomiędzy prawdziwymi graczami. Zdecydowany (z własnych błędów i ze sprytnie prowadzonej akcji sterowanej przypuszczalnie przez organa podległe ministrom Błaszczykowi i Ziobrze) spadek popularności lub wręcz załamanie się Komitetu Obrony Demokracji (KOD) mógł częściowo przyczynić się do zmniejszenia (poważnego) liczebności protestujących na ulicach. Ale to okazać się może zwycięstwem PiSu prawdziwie pyrrusowym. Do tej pory skutkuje powstawaniem licznych, bardziej zdyscyplinowanych i lepiej zorganizowanych ośrodków protestu społecznego, politycznego, obywatelskiego. Grupy mniejsze, lokalne są lepiej zorganizowane, nastawione często na specyficzne tematy i w tych tematach dobrze zorientowane. Następuje wyraźne zróżnicowanie obszarów protestu. Młodzi organizują się samodzielnie. Już nie stoją i nie patrzą z zaciekawieniem na tłumy 40, 50 i 60-latków na ulicach ze sztandarami. Kobiety nie patrzą z ciekawością na protestujących mężów i innych panów. Tworzą wielkie i silne koalicje kobiece – z bardzo silnym zapleczem wśród współczesnej emigracji polskiej. Przeliczono się myśląc, że miliony Polek i Polaków, którzy w ostatniej dekadzie wyjechali do Europy Zachodniej będą typową emigracją zarobkową, która prócz ciułania pieniędzy niczym innym nie będzie zainteresowana. Wyjechało wszak wśród nich tysiące ludzi przygotowanych profesjonalnie i nie mających dużych łopotów ze znalezieniem pracy poza tradycyjnym sektorem usługowo-wykonawczym (gastronomia, hotelarstwo, prace budowlano-remontowe, opieka domowa) – i ci poza karierą (autentyczną) mają inne nieco zapotrzebowania i aspiracje. I łatwiej wchłaniają etos bycia „Europejczykiem”. A to wiąże się z wyraźnym niezadowoleniem ze zwrotu jaki władze polskie przeprowadzają w kraju. Dla tej emigracji (oraz dla dość mimo wszystko licznej, choć ciągle mało widocznej emigracji polskiej roczników dekad 1950-60-70) prosty chwyt propagandowy stosowany dość skutecznie wobec Polonii, który polegał na podstawieniu słów: naród, narodowość, duma narodowa w miejsce słów: szowinizm, ksenofobia – nie działa tak łatwo ani prosto. Im bardziej nachalnie i prostacko przedstawiony – z tym większym oporem i protestem się spotyka. To są też ludzie, którzy ze względu na swój poziom wykształcenia i profesjonalizm mogą i maja największy wpływ na środowiska opiniotwórcze w ich krajach zamieszkania. Dla rządów PiSu nie wróży to na dłuższą metę nic dobrego.
Osobną kwestią związaną z emigracją polską jest wielki problem demograficzny. Żadne 500+ nie jest w stanie wyrównać ubytku mieszkańców Polski. Tu już matematyka i statystyka nie może operować propagandą i chciejstwem. Jeżeli ten proces się nie tylko nie zatrzyma, ale wręcz odwróci – Polsce grozi wielki kryzys demograficzny. Od roku 2011 stale maleje liczba ludności Polski. Ponad dwa lata istniejące finansowe ulgi dla rodzin wielodzietnych (500+ i inne) tego trendu nie zmieniły. Rok 2016 , mimo minimalnego wzrostu urodzeń, tez tej nie dobrej passy nie zmienił. Liczba ludności Polski ponownie zmalała w stosunku do roku 2015. O wyborze zamieszkania decydują nie tylko (najwyraźniej) same ulgi finansowe. Nie mówimy tu o typowych, okresowych wyjazdach ‘na saksy’. Mówimy o emigracji wieloletniej, która im dłuższa, tym mniej skłonna wracać na stałe do starego kraju. Bardzo dużo z nas, emigracji solidarnościowej, wyjechała tez ‘na chwilę’. Blisko 40 lat temu. To zjawisko bardzo niebezpieczne i nie może być zrekompensowane pozwoleniami na prace dla cudzoziemców w Polsce (tzw. tania siła robocza: Czeczeńcy, Ukraińcy, Białorusini itd.). Te pozwolenia, o ile nie są legalną i formalną drogą do ubiegania się skutecznego o prawo zamieszkania i obywatelstwo są de facto minusem dla Polski. jej rozwoju gospodarczego i nic nie zmieniają w problemie demograficznym. Przyjdzie moment (oczywiści o tym obecnie rządzący nie myślą, gdyż nastąpi to długo po ich odejściu) kiedy jedynym ratunkiem będzie masowa emigracja do Polski. Wątpię by na to zaproszenie odpowiedzieli Niemcy, Francuzi lub Włosi. Na pewno nie Amerykanie. Wiemy dokładnie skąd tylko może ona nastąpić. Albo z Ukrainy i Białorusi (jeśli jeszcze będą istniały, jako państwa suwerenne i wolne) albo z Azji i Afryki. Masowa emigracja z Białorusi i Ukrainy może być dla Polski niebezpieczna. Przez sam fakt, że graniczą z nami, że ciągle są powiązania bardzo silne historyczne i mimo, że oficjalnie nie poruszane: pretensje emocjonalne do dużych obszarów terytorialnych po obu stronach granicy. Co by było teoretycznie możliwe gdyby od Przemyśla aż po Rzeszów zamieszkało setki tysięcy ludności ukraińskiej? Nawet etnicznie nie mogliby się czuć trochę obco, w końcu to Rus Czerwona …. Gdyby na Podlasiu w okolicach Hajnówki, Siedlec, aż pod Białystok wróciło tysiące wnuków i pra-prawnuków tych, którzy tam kiedyś mieszkali? Może nic. Może byłoby im w Polsce dobrze. Tylko, jak byśmy im tych ‘żołnierzy wyklętych’ wytłumaczyli? Hmmm. Oczywiście zachodzi możliwość, że Ukraina i Białoruś za iks lat będą częścią państwa rosyjskiego. I granice będą dużo szczelniejsze niż teraz. Chyba, że sami będziemy w tej sferze wpływów. Ale wówczas ani jedni ani drudzy nie będą mieli czego u nas szukać, bo będzie bardzo podobnie. ..
Więc chyba Azja i Afryka, jako źródła tej emigracji są nieuniknione. Może lepiej zacząć to robić bardziej planowo i wolniej już teraz. To by była mądra i dalekowzroczna polityka demograficzna. Dawała większą szansę na kulturową ‘polonizację’ nowych obywateli. Bo modlić się o cud to trochę nie fair. Zwłaszcza w polityce. Kościół może to lubi – Pan Bóg wątpię. Ostatecznie, nie biblijne co prawda a ludowe, nasze polskie porzekadło mówi: Pan Bóg pomaga tym, którzy pomagają sobie …
Dobrego roku 2018 życzę miłej Czytelniczce i szanownemu Czytelnikowi.