Vademecum obywatelskie

W poprzednim artykule, pisanym oryginalnie tuż po wyborze Andrzeja Dudy na prezydenta, zakładałem, że ten wybór być może był Polsce potrzebny, by ja przebudzić z pewnego letargu społeczno-politycznej aktywności.  Społeczeństwa mało aktywne, bierne w działalności społeczno-politycznej skazane są prędzej czy później na tracenie tej wolności demokratycznej. Na powolne staczanie się z pozycji podmiotu na pozycje przedmiotu działań politycznych. O ile pierwsze dziesięciolecie suwerenności charakteryzowało się polityczną aktywnością i ambicjami politycznymi Polaków, o tyle kolejne miało wyraźnie wymiar dużej bierności na tym polu. Jest możliwe, że – paradoksalnie – sprzyjało takiej bierności przyjecie Polski do Unii Europejskiej, potężne pieniądze, które zalały kasy państwa i samorządów z funduszy europejskich. Stworzyło to niebezpieczne wrażenie, że teraz to już de facto obojętnie, kto władzę przejmie, bo zabezpieczenie systemowe w Polsce unijnej są tak silne, że autentyczne zagrożenie demokracji wolnorynkowej jest niemożliwe. Z gruntu fałszywe, jak uczy nas historia i jak nauczyło nas ostatnie dwa lata rzeczywistości krajowej. Poza elitami intelektualnymi niewielu Polaków rozumiało, że europejska demokracja liberalna, to coś zdecydowanie większego i ważniejszego niż przymiotnik ‘wolnorynkowa’.  Że owszem, wolny rynek daje jej praktyczne podstawy materialne funkcjonowania – ale nie daje podstaw ideowych. W starych demokracjach europejskich, które nie miały ponad 40-letniej ‘przerwy demokratycznej’, te zabezpieczenia demokratyczne są dużo silniejsze. Są poniekąd częścią ‘tkaniny społecznej’ obywateli. W krajach postkomunistycznych – nie tak bardzo.

Jest faktem dziś niezaprzeczalnym, że Prezydentura i większość parlamentarna PiS postanowiła – i konsekwentnie to realizuje – ograniczyć szereg prerogatyw wolnego obywatela na rzecz silnego państwa. Czyli aparat państwowy przestaje być organizacją służebną wobec społeczeństwa i przemienia się w organizację kontrolującą społeczeństwo. Regulacje i przepisy państwowe za cel obierają nie opiekę i wspomaganie obywatela w samodzielnym, niezależnym rozwoju – w tym gospodarczo-ekonomicznym –  a sterowanie obywatelem i jego działalności w imię z góry narzuconego celu wytyczonego przez Państwo i wedle jednej ideologii. Efekty państwa jedynie słusznej ideologii znamy właśnie z tych smutnych lat 1945-1990. Ale – coraz większa liczba Polaków wychowanych, a nawet urodzonych już po upadku tego systemu – nie bardzo jest tego świadoma. Mimo to, jest rzeczą absolutnie zdumiewającą (i podkreślaną wielokrotnie przez nie tylko filozofów i antropologów kultury, ale i przez autorytety moralne i religijne, jak Jan Paweł II czy wielki filozof chrześcijański Jacques Maritain), jak silne jest wewnętrzne poczucie wolności w człowieku. I kiedy staje się znowu zagrożone ograniczeniami władzy – budzi się chęć o poru i protestu.

Od kompletnie spontanicznego i porywającego setki tysięcy ludzi powstania KOD już na przełomie 2015 i 2016, poprzez istniejące wcześniej instytucje demokratyczne pozarządowe (tzw. NGO – non governmental organization), do dnia dzisiejszego, gdzie mapę polityczno-społeczną Polski zaludniło dziesiątki grup i organizacji powstałych w celu kontrolowania i oponowania władzy w jej zapędach anty-demokratycznych. Można śmiało powiedzieć, parafrazując znane powiedzenie historyczne, że Kaczyński zastał Polskę uśpioną, a zostawi rozbudzoną społecznym aktywizmem, którego spodziewać się nie mógł. Poniżej zestawiłem mały ‘przewodnik’ po tych grupach. Piszę ‘mały’, gdyż jest to jedynie część tej obywatelskiej mapy Polski. Składają się na nią uznane od lat i szanowane organizacje, fundacje ogólnopolskie, nawet o zasięgu międzynarodowym (Human Rights Watch Pl., Fundacja im. St. Batorego) ale i nowe, nie istniejące przedtem stowarzyszenia lub nawet grupy osób  nie zarejestrowane formalnie ale bardzo aktywne w uczestnictwie w życiu polityczno-społecznym kraju. Niektóre o zasięgu ogólnokrajowym, inne o regionalnym lub wręcz lokalnym tylko, jeszcze inne działające wśród siedlisk Polaków poza granicami kraju. Zapraszam na spacer poprzez te “vademecum”

76746_499296756781708_1609464145_n
KPH (Kampania Przeciw Homofobii)

 

1912458_689331181124092_1717882721982463845_n

10341598_10154313816095556_5855568012730939136_n

10399514_127321793638_4013709_n
Tak dla związków jednopłciowych

10462804_523941381043394_8276379078421594493_n

 

12994553_10154075717810890_246598095904304456_n
Prawa Człowieka (Amnesty International)

13423767_837318223040987_8733581240609160931_n

19399614_1969168466442475_2860928822064474706_n

20292693_1830224236995016_8157841498893730895_n
Koalicja Białej Róży
20914398_308383336238387_5343325832375562072_n
Kultura Niepodległa

21105923_147993402453111_1619248768912994000_n

23905635_2030525753897612_7736282091687766143_n
grupa rozmów Polaków W Vancouverze
24130047_10154927787731604_4996271475266167248_n
Obywatele bez granic – grupa w Montrealu
helsinska parw człoieka
Helsińska Fundacja Praw Człowieka
nie anty ale
org. Wolni Obywatele
nie dla rasizmu, nacjonalizmu i dyskryminacji
org. Nie dla rasizmu, nacjonalizmu i dyskryminacji

van

17309775_629821247219317_3327796477656370860_n

 

wyciągnięte ze szpargałów…

Kilka late temu prowadziłem regularny blog na portalu, który już zamknąłem.  Było tego sporo i przez wiele lat, zanim WordPress i inne formaty powstały. Pierwszym była bodaj sfera blogowa założona przez Yahoo, w czasach gdy Yahoo było w zasadzie głównie tylko w Brytanii. Nazywało to się Yahoo360. Tam stawiałem pierwsze kroki blogera i – ze względu na publikę i innych blogerów – było to chyba wyłącznie po angielsku. Będzie chyba blisko (o ile nie więcej, nie chce mi się teraz sprawdzać) 11-12 lat. Potem założyłem blog na własnej domenie i przez około 10 lat prowadziłem go dość regularnie. Po pierwszych kilkunastu tysiącach czytelników – przestałem liczyć ile było wejść w tym czasie. Nic nie trwa wiecznie. Nudzimy się lub tracimy sympatie do projektów, które sami zakładamy. Przez 10 lat wydawałem drukowany rocznik twórczości polskiej w Kanadzie “Strumień’. Też w 2012 wydałem ostatni – choć ciągle się przymierzam, że do tego wrócę. Ale jeśli to już w innej formie. By nie wypaść z trybu tego ‘elektronicznego gadulstwa’  trochę teraz tu (niezbyt już regularnie) pisuję.

Otóż szukając pewnego starego tekstu, znalazłem w elektronicznych szufladach pamięci ostatni tekst, jaki pisałem (lub jeden z ostatnich) dla poprzedniego blogu. Zdaje się nie opublikowałem wówczas a teraz wydaje mi się ciekawy. Z historycznego punktu widzenia. Bo tekst dotyczył wyboru Andrzeja Dudy na Prezydenta RP. Ale jeszcze przed wyborami parlamentarnymi, tj. przed rządową większością PiS w Polsce. I ciekawe miałem, wydaje mi się, spostrzeżenia wówczas na ten wybór Dudy. O ile się zmieniły? Czy miałem racje i czy dobrze to oceniałem? Jedno jest pewne: trudno być prorokiem we własnym kraju, ha ha ha.

Zamiast tytułu ówczesnego artykułu, posłużę się cytatem z jego epilogu, który najbardziej charakteryzuje moje wówczas do tego podejście: “Prezydent Duda też bez wątpienia nie jest jakimś opętanym  Savonarolą.  Zapewne prawa człowieka i obywatela nie będę czołówką jego prezydentury ale nie będą też nią stosy na Krakowskim Przedmieściu.  Gorzej będzie, jeśli najbliższe wybory parlamentarne PiS też wygra. “

(Wybory prezydenckie, lato 2015)

Zmiany. Bywają dobre, bywają złe. Ale zmiany są niezbędne, choć często boimy się ich, ukrywamy, udajemy, że nie następują,  Dziś siedzę w małej kawiarence i słucham jakiegoś nieznanego zespołu jazzowego i słucham stare przeboje . Jak dziesiątki lat temu. Starszy facet w kapeluszu i krótkich spodniach śpiewa po francusku europejską odmianę tej czarnej, amerykańskiej muzyki z Południa. Mogło to by być czterdzieści lat temu, gdzieś w klubie na warszawskiej  Starówce, mogłoby to być  lat temu w Paryżu, gdzieś koło Halle lub na Montparnasse lub gdzieś koło Sorbony, mogło być w Montrealu dwadzieścia  pięć lat temu.  Jest dzisiaj, nad Pacyfikiem, w New Westminster.  Nawet ci sami muzycy mogli tam być. Ostatecznie ci sami muzycy mogli tam być, bo (plus minus) w tym samym wieku, co ja. Ale jest tu i teraz. Tam być nie mogło, bo  zmiany. Zmiany jak w Dziennikach Zofii Nałkowskiej. Jak w jej życiu. Jak w moim. I twoim. Zmiany są niezbędne. Wydaje mi się. A nawet jeśli nie są niezbędne—są nieuniknione. Życie. Ten drobiazg. Więc obserwując je, zauważając, powiadamy : C’est la Vie. Na tym polega, na ustawicznych zmianach.

Nie, niekoniecznie jest to temat filozoficznych refleksji, poetyckiej zabawy literackiej. To całkiem praktyczne spojrzenie na życie. Teraz właśnie słucham samby (zmiana zespołu w klubie). Ale  tej samby autentycznej. Wyzbytej z artystycznych świecidełek, samby zakurzonych, spoconych kawiarenek Południowej Ameryki. Gdzie po wielogodzinnej, beznadziejnie nisko płatnej pracy, spotykają się sąsiedzi. Na szklankę rumu, kufel piwa, na seks, na pocałunek. Wiedzą, że ich życia nic nie zmieni. Mimo to, przy tym rumie, w ramionach tej kobiety czy tego mężczyzny – marzą. O czym? O zmianie. Może …

Jazz, ballada, opowieść jest jak życie. Nie ma w tym zbyt wielkiej przesady. Po prostu się zdarza. Każdemu z nas. A potem przemija. Też każdemu z nas.  Ale ile wspaniałych (lub strasznych) zmian w międzyczasie!

I w takiej, nietypowej może ale bardzo racjonalnej perspektywie trzeba widzieć ostatnie wybory prezydenckie w Polsce. Potrzeba zmiany. Dość naturalne. Nie wszystkie zmiany są korzystne bezpośrednio, od zaraz. Są nawet takie, które nieco nas cofają. Wydaje mi się, że tak (w krótkiej perspektywie najbliższych czterech lat) stało się w Polsce. Większość stolic europejskich tak to też odczytało. Zwłaszcza tych stolic liczących się poważniej.  Prezydenta Dudę widzą (lub obawiają się, że jest) jako rodzaj transformatora, który będzie emanował energią prezesa Jarosława Kaczyńskiego.  Czyli, jako ostry zwrot na prawo. A zważywszy, że prezydent Komorowski związany był też z partią prawicową (PO) – no, to już dalej za tym ‘zwrotem na prawo’ chyba tylko faszyzm.   Wątpię aby to nam groziło, na szczęście. Nie żeby faszyzmu polskiego nie było, nawet na ławach sejmowych. Ale nie wyobrażam sobie sytuacji by kiedykolwiek Polacy dali faszystom szansę na jakiekolwiek rządy (choć w rządzie byli, za czasów premierostwa właśnie Jarosława Kaczyńskiego).

Wybory podkreśliły od lat już istniejący wyraźny podział Polski: zachód i północ bardziej centrowe; wschód i południe bardziej arcy-konserwatywne, wyznaniowe. Podobny rozdział istnieje w grupie poziomu wykształcenia (im  wyższe tym niższe poparcie dla PiS-u i partii skrajnych) i podział między Polska wielkomiejską contra Polską wiejską i małomiasteczkową.

Ale jakkolwiek by tego nie analizować—fakt jest niezmienny: Polacy wybrali na prezydenta kraju reprezentanta PiS-u,  Andrzeja Dudę. I jest to zmiana.  Najwyraźniej potrzebna. Sugeruję, że w dłuższej perspektywie dla sił i środowisk postępowych, świeckich  to zmiana pozytywna.  Być może obudzi to kręgi na lewo od centrum do lepszej organizacji, do aktywności politycznej.  Nic tak ludzi nie łączy, jak wspólny przeciwnik.  Zwłaszcza nas, Polaków.  Prezydent Duda też bez wątpienia nie jest jakimś opętanym  Savonarolą.  Zapewne prawa człowieka i obywatela nie będę czołówką jego prezydentury ale nie będą też nią stosy na Krakowskim Przedmieściu.  Gorzej będzie, jeśli najbliższe wybory parlamentarne PiS też wygra.  Ale i wówczas ( choć szkody byłyby o wiele wyższe i kosztowniejsze) Polska ani nie padnie ani się nie zawali. Ostatecznie mieliśmy już  dwuwładzę Lecha i Jarosława Kaczyńskich.  I nikt na szubienicach nie zawisł.  Więc nie taki diabeł straszny—zwłaszcza, że PiS od diabła lubi się odżegnywać i egzorcyzmy przeciw temuż organizować.

Więc może i ta zmiana będzie w konsekwencji nawozem na przebudzenie się z letargu i rozbicia prądów oświeceniowych na polskiej scenie politycznej. Czas już, oj czas najwyższy.  Trzeba nam na nowo Kołłątajów, Stasziców i Bohomolców. Nie można stale pałętać  się w ogonie postępowej Europy.

 

Puszcza Białowieska

bialowieza

Kto z nas nie słyszał o Puszczy Białowieskiej, jednym z największych naturalnych klejnotów narodowych od czasów Jagiellonów? A już w tamtych czasach właśnie królowie Polski i Wielcy Książęta Litewscy podejmowali pierwsze kroki ochrony tego magicznego miejsca sięgającego historią naturalną czasów prehistorycznych. Ostatniego  dziś zbioru leśno-bagienno-rzecznego prastarego lasu mieszanego w Europie.

zubrZygmunt Stary i jego syn, Zygmunt August, wypracowali wówczas bodaj największe zasługi dla Puszczy i jej ochrony przed niekontrolowanym używaniem przez ludność miejscową, kłusowników i dużych posiadaczy ziemskich. Cofnięciem się ochrony Puszczy królewskiej były nadania praw wyrębów i dość rabunkowej gospodarce leśnej (jednymi z głównych odbiorców tych nadań czyli ‘wchodów’ byli książęta Radziwiłłowie, posiadający liczne wielkie majątki ziemskie w okolicach Puszczy królewskiej) przez Jana Sobieskiego.

107px-Bacciarelli_-_August_II (2)Dopiero nie kto inny, a Sas, August II Mocny  (który lasy białowieskie uwielbiał) usiłował te nadania wcześniejsze likwidować i na nowo podjął się wysiłku ochrony puszczy.

Największe od czasów  możliwych do rejestracji, a przypuszczalnie od czasów ostatniego zlodowacenia, czyli ok. 12 tysięcy lat temu, zniszczenia poniosła Puszcza, jej drzewostan, fauna i flora w okresie I wojny Światowej. Stacjonujące tam przez długi czas duże jednostki niemieckie wycinały lasy na skalę niespotykaną i całkowicie rabunkową. Trwał też wówczas niczym nie kontrolowany i masowy ubój zwierząt.   Władze nowo powstałej Polski już w roku 1932 powołały uchwałą Sejmu Białowieski Park Narodowy, jeden z pierwszych na świecie.

Puszcza Białowieska to unikalne w Polsce dziedzictwo narodowo-historyczne, organizm ekologiczny o wyjątkowym znaczeniu w skali europejskiej i światowej. Jeden z nielicznych, jeśli nie jedyny, który ciągle może funkcjonować (regenerować się) samodzielnie, bez aktywnej gospodarki leśnej. Cała Puszcza stwarza bufor zaporowy, płuca i krwiobieg dla samego, mniejszego od niej Parku Narodowego. W dzisiejszym świecie wszystko-ogarniającej urbanizacji i pochodu człowieka z jego technologiami i zachłannością przestrzenną ten ‘narodowy klejnot’ wymaga szczególnej opieki i troski. Raz utracona – już nigdy nie powróci. Nawet w kraju o tak olbrzymiej przestrzeni, z tysiącami kilometrów kwadratowych prawie bez jakichkolwiek ludzkich siedlisk i działalności przemysłowej – w Kanadzie – wiemy, jak trudno jest utrzymać obszary o wyjątkowym znaczeniu ekologicznym dla środowiska i człowieka. Jakże trudniej robić to w kraju o stosunkowo małym obszarze, gęsto zamieszkałym i  z rozwiniętym rolnictwem, siecią miast i przemysłem. Stad tak ważnym było wpisanie Puszczy Białowieskiej do rejestru specjalnie chronionych obszarów przez Komisję Europejską, jako Natura2000 Puszcza Białowieska, zgodnie z dokumentem Unii Europejskiej Habitats Directive. Państwa członkowskie Unii, które zgłosiły takie obszary na swoim terytorium i które wykazały ich znaczenie ekologiczne dla środowiska zostały tą Dyrektywą zobowiązane do prowadzenia gospodarki tych terenów zgodnych z zabezpieczeniami ekologicznymi wymienionymi w Dyrektywie.

Od ponad roku czasu polskie Ministerstwo  Ochrony Środowiska, Zasobów Naturalnych i Leśnictwa kierowane przez Jana Szyszko rozpoczęło agresywna gospodarkę leśną na terenie puszczy, sprzeczną z Dyrektywą Habitatów. Spotkało się to z ostrą krytyką i protestem środowisk ochrony środowiska naturalnego w Polsce, organizacjami ekologicznymi, jak i też z ostrym protestem dużej części całego społeczeństwa polskiego.  Skutkiem tych posunięć rządu RP, Komisja Europejska przypomniała ministrowi ochrony środowiska (sic!)  o przestrzeganie zasad Dyrektywy Habitatów, która obowiązuje rząd Polski. Jako, że w okresie tym (od czasów ostrego konfliktu między Komisją Europejską i Radą Europejską na temat niekonstytucyjnych zmian Trybunału Konstytucyjnego w Polsce) stosunki między administracją i władzami Unii Europejskiej a rządem Beaty Szydło było bardzo zaostrzone i rysował się coraz ostrzejszy konflikt na tej linii – efektem upomnienia Komisji Europejskiej nie było zaprzestanie lub zmniejszenie wycinki drzew w Puszczy, a przeciwnie, zwiększenie coraz bardziej agresywnej akcji wycinki nie tylko drzew powalonych ale i masowej wycinki drzew zdrowych. Do Puszczy wprowadzono ciężki sprzęt mechaniczny podobny do tego, jaki używa się dziś w operacjach przemysłowych na szeroką skalę. Sprawa oparła się o Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu – najwyższy sąd Unii Europejskiej, którego decyzje , zgodnie z traktatem Unijnym, są ostateczne i obowiązują tak Administrację i władze unijne, jak i wszystkie państwa członkowskie. Rząd Polski wnosi, że Komisja Europejska nie ma prawa narzucać rządowi polskiemu tego typu decyzji i że wycinka w Puszczy prowadzona jest właśnie, jako zabezpieczenie drzewostanu przed rozprzestrzenianiem się specyficznego kornika zagrażającego zdrowym drzewom.  Z kolei Komisja Europejska wniosła by do czasu rozpatrzenia sprawy i wydania wyroku Trybunał zarządził całkowite moratorium na wycinkę w Puszczy, motywując to, że jeśli Trybunał po rozpatrzeniu sprawy wyda wyrok zgodny z argumentacją Komisji – poniesione straty w drzewostanie Puszczy w okresie oczekiwania na wyrok będą niepowetowane i niemożliwe do cofnięcia.

Trybunał po wysłuchaniu argumentów obu stron (w czasie przesłuchania i debaty obecny był i brał udział minister Szyszko) i wnikliwej analizie, przychylił się do argumentów Komisji i nakazał natychmiastowe przerwanie wycinki drzew w Puszczy do czasu pełnego rozpatrzenia sprawy zasadniczej. Jednocześnie udzielając Polsce zgody na lokalną wycinkę lub wywóz drzew tam, gdzie zaistnieje bezpośrednie ryzyko niebezpieczeństwa wobec osób mieszkających w okolicy puszczy lub pracujących w niej. Ten wyrok nosi datę 26 lipca 2017 i od tej daty jest obowiązujący.

Czy personalnie zgadzamy się z takim zarządzeniem, czy jesteśmy po stronie ochrony środowiska i ekologów czy też uważamy, że Polska może i powinna prowadzić aktywną gospodarkę wyrębu drzew w Puszczy jest w tym momencie bez znaczenia. Najwyższy organ sądowy w Europie wydał orzeczenie i sprawa jest zamknięta z legalnego punktu widzenia. Korzystając z nigdy prawie nie używanego zapisu  w uchwale o Trybunale, gdyż nie zaistniała do tej pory konieczność jego użycia, Trybunał 20 listopada wydał kolejne Orzeczenie (Order of the Court in Case C-441/17 R) , w którym upoważnia Komisję Europejską do nakładanie dziennej kary na Polskę w wysokości 100 00 euro za każdy dzień nie przestrzegania orzeczenia Trybunału do czasu rozpatrzenia właściwej sprawy przez Trybunał. Orzeczenie te nabiera pełnej i natychmiastowej mocy w od jego wydania. Jest więc niezależne od faktu, czy pani minister Klempa wydrukuje je w Dzienniku Urzędowym w Polsce czy nie (jak miało to i ma dalej miejsce z wyrokami Trybunału Konstytucyjnego z 2015 i początku 2016 roku).  Rząd Polski jest zobowiązany w ciągu 15 dni od ogłoszenia wyroku (tj od 20 listopada 2017) przesłać Komisji Europejskiej szczegółowe sprawozdanie w jaki sposób orzeczenie Trynunału zostało w Polsce wprowadzone. Jeśli Komisja uzna, że nie zostało lub wprowadzono je z opóźnieniem może zwrócić się do Trybunału o zasądzenie przeciw rządowi premier Szydło dziennych kar w tejże wysokości 100 000 euro do czasu pełnego wykonania wyroku lub do czasu pełnej rozprawy w sprawie zasadniczej – cokolwiek nastąpie wcześniej.

Tym razem wydaje się, że minister Jan Szyszko (lub premier Szydło) zrozumieli, że wyroki Trybunału nie mogą być traktowane niepoważnie. Jeżeli nie – będzie to Polskę bardzo słono kosztować.

Sprawa ochrony Puszczy Białowieskiej przed nieprzemyślanymi i krótkowzrocznymi decyzjami polityków krajowych to jeden z wielu przykładów, jak instytucje europejskie i organy prawa europejskiego mogą skutecznie pomagać społeczeństwom państw członkowskich Unii w hamowaniu niektórych krótkowzrocznych lub wręcz niebezpiecznych decyzji władz politycznych danego państwa.

Tak działa Unia w praktyce codziennej, nie tylko w uroczystościach i symbolicznych deklaracjach. Co tym bardziej podkreśla jej sens istnienia i wagę, jaką ma dla narodów europejskich. Politycy krajowi, lokalni często nie widzą dalej niż następne wybory. I łatwo wtedy ulegają pokusie podejmowania decyzji szkodliwych w dalszej perspektywie. Unia może i powinna być wówczas hamulcem bezpieczeństwa dla takich działań.

List Polaka do kanclerza Niemiec

poniżej podaję bez komentarza – ale z pełnym zrozumieniem emocji i logiki Autora – pełny list znanego artysty pióra, kamery i sceny, Stanisława Brejdyganta, do Angeli Merkel, Kanclerza Republiki Federalnej Niemiec. Tekst List podajemy ze szpalt “Gazety Wyborczej”.

List obywatela Rzeczpospolitej Polskiej do pani kanclerz Republiki Federalnej Niemiec

Chciałem Pani złożyć wyrazy najgłębszego szacunku i podziwu.

Szanowna Pani Kanclerz,

Mam długie życie za sobą i noszę w sobie żywą pamięć tego długiego życia. Urodziłem się i wychowałem w Warszawie. Całe moje dzieciństwo przypadło na tragiczne i okrutne (w tym mieście szczególnie) czasy okupacji niemieckiej. Umyślnie piszę, zgodnie z historyczną prawdą, niemieckiej, bo przecież to Niemcy okupowali mój kraj, a nie jacyś, jedynie, naziści. Mam zatem prawo Niemców bardzo źle wspominać. Oczami dziecka widziałem uliczną egzekucję. Mama próbowała zasłaniać mi oczy. Widziałem też płonące w środku miasta getto. I wiedziałem, że płoną tam ludzie. No a potem widziałem zagładę mego miasta, Powstanie Warszawskie. W tym Powstaniu bohatersko walczyła moja starsza, piętnastoletnia siostra. Jedna z nielicznych ocalała. Ale z rąk Niemców w tamtym czasie, zginęło dwóch braci matki, jeden torturowany w gestapo, drugi na barykadzie Powstania. Także w Powstaniu zginął brat ojca, wyższy oficer Armii Krajowej. Powtórzę, mam prawo Niemców źle wspominać. I wspominam źle, tamtych Niemców.

Ludzie ludziom zgotowali ten los

Myślę, że nic i nikt nie jest w stanie zdjąć z narodu niemieckiego odpowiedzialności za niewiarygodne zbrodnie, których dokonali Niemcy w czasie II wojny światowej. A jednak w mojej świadomości trwa najmądrzejsza, najgłębsza ocena Czasów Zagłady wyrażona w krótkim zdaniu sformułowanym przez polską pisarkę Zofię Nałkowską nazajutrz po wojnie w 1945 roku: „Ludzie ludziom zgotowali ten los”. Bo też w minionym XX wieku doświadczyliśmy największej w dziejach kompromitacji człowieczeństwa.

Moje, dość bogate jak widać, doświadczenie życiowe wskazuje na tak oczywistą prawdę jak ta, że rewanż, zemsta niczego nie załatwia, pogłębia jedynie tragizm kondycji ludzkiej. Dlatego dumny jestem, że to jako pierwsi polscy biskupi wyciągnęli rękę w geście pojednania do Niemców. Bo też był to wielki i mądry, prawdziwie chrześcijański gest

Przez kilkadziesiąt lat, jakie minęły od czasów wojny, wyrosły i w Polsce, i w Niemczech kolejne pokolenia. Różne demony, ale także dobre duchy kształtują w różnych okresach losy ludzi i dzieje narodów. Otóż, gdy mój naród przywrócił sens hasłu: „Za naszą i waszą wolność”, gdy Lech Wałęsa mądrze dowodził pokojową armią „Solidarności”, której działania przybliżyły moment zburzenia ładu jałtańskiego i doprowadziły do zburzenia berlińskiego muru, i gdy w tych działaniach nastąpiła przerwa, trudna próba oporu, stan wojenny w Polsce, wtedy ludzie dobrej woli z całego świata przyszli nam z pomocą.

I wówczas, kto wie, czy nie największe wsparcie przyszło do nas z Niemiec. I nie był to pierwszy przykład braterskiej współpracy i pomocy pomiędzy naszymi narodami, bo były też inne w różnych czasach. Najgłośniejszy zaś i najbardziej, powiedzielibyśmy dzisiaj, spektakularny po 1831 roku po upadku powstania listopadowego, kiedy to naszych uchodźców, „żołnierzy tułaczy”, z największym entuzjazmem witano i pomagano im w krajach niemieckich.

Od Ottona III do Jana Pawła II

No i wreszcie u progu XXI wieku nastąpiło w naszych dziejach coś najwspanialszego, co mogło się wydarzyć. Wstąpiliśmy do wymarzonej przez upartych wizjonerów i stworzonej przez błogosławionych Chrześcijańskich Demokratów (Schuman, Adenauer, De Gasperi) Unii Europejskiej.

Nareszcie koniec wojen i konfliktów, nareszcie oczekiwana przez wieki, od Ottona III do Jana Pawła II, Wspólna Europa. I my w niej, my, Polacy, i wy, Niemcy. Jeżeli użyję zwrotu „braterska współpraca”, to wiem, że zabrzmi to patetycznie. Może też przesadnie. Ale przecież wspólnota interesów także może być braterska. I mogła być. I była.

Świadczy o tym przecież dobrze funkcjonujący Trójkąt Weimarski, który niestety z winy mego obecnego rządu dziś nie funkcjonuje. Cóż, wiele pięknych, szlachetnych inicjatyw nie funkcjonuje dziś z winy obecnego mojego rządu, który to rząd, istotnie mający mandat większości w wyborach (a co to znaczy ów „mandat większości”, to najlepiej wiecie wy, Niemcy, którzy doświadczyliście upadku demokratycznej republiki w waszym kraj, u progu lat 30. za sprawą wolnych wyborów i „mandatu większości”) uważa, że może być władcą dusz naszych i sumień.

Otóż oświadczam, że nie może. Nasze sumienia i nasza świadomość nie chcą dopuścić, aby nasz naród, nieraz już przegrywający z innymi silniejszymi narodami, a także z nieubłaganymi prawami historii, kierowany przez nieodpowiedzialnych szaleńców po raz kolejny stoczył się w przepaść. A wiem, dziś jest blisko krawędzi.

Tandetna propagandowa zagrywka

Mój rząd wystąpił ostatnio z żądaniami od Niemiec reparacji wojennych. Nie wiem, czy mój rząd ma rację, nie wiem, skłonny jestem przypuszczać, że w swoim czasie, zaraz po wojnie, niemało nam się należało. Wiem, na przykład, jak egzekwowali „rachunek za wojnę” zwycięscy Brytyjczycy. Tylko że my wcale nie byliśmy, jak Pani dobrze wie, zwycięzcami w tamtej wojnie, mimo że niby należeliśmy do obozu zwycięzców.

Byliśmy wasalnym państwem wielkiego zwycięscy (na polach bitew, ale przede wszystkim w Teheranie i w Jałcie), czyli Związku Radzieckiego. Moja młodość i wiek dojrzały upłynęły, podobnie jak Pani młodość, w satelickim państwie, w tak zwanym bloku sowieckim. Zatem nie my – to ktoś za nas Polaków decydował. I zdecydował.

I stało się to, co się stało. Zatem nawet mało inteligentny człowiek, ktoś z niewielkim wykształceniem, nie może nie wiedzieć, że to, co czyni mój rząd obecnie, to jest humbug, tandetna, propagandowa zagrywka obliczona na poklask najbardziej nieświadomych rodaków. Cynizm w stanie czystym. Wszak już nieraz w trudnych dla tego reżimu momentach, podejmowano ten temat.

Był to dyżurny temat PRL-u, niezawodna zagrywka towarzysza Gomułki. Wstyd mi. Trudno opisać, jak bardzo mi wstyd. Wiem, że czyni Pani niemałe wysiłki, by pertraktować z obecnym rządem mego kraju. I wiem, że czyni Pani to bona fide, w dobrej wierze.

I wiem, że moi przywódcy nie rozmawiają, niestety, w dobrej wierze. Mam pełne prawo przypuszczać, że odwołując się, w sposób absolutnie cyniczny, do antyniemieckich fobii ludzi prostych, budząc niechęć, ba, nienawiść, prowadzą mój kraj i mój naród ku zagładzie. Bo wypchnięcie nas z Unii Europejskiej (co jest, niestety, obawiam się, złowrogą intencją prezesa rządzącej partii) oznaczałoby koniec niezawisłości Polski. Przyzna Pani, jak tragiczna jest świadomość przynależności do narodu, którego przywódcy zmierzają wprost, świadomie czy nieświadomie, ku zagładzie tego narodu.

Uratujcie Europę

A teraz powrócę do pierwszego zdania mego listu, do wyrazów szacunku i podziwu dla Pani. Otóż uważam, że jest Pani niezwykłym politykiem. Ratuje Pani bowiem godność polityki, nie odbierając jej walorów moralności. Dla małych, karłowatych politykierów polityka to jedynie gra. Zatem grają oni sobie. Za nas. I niby dla nas. I to jest przerażające, bowiem czynią to ludzie skończenie niemoralni. Dla Pani, wiem to, bo jest to czytelne, moralność jest ważna. To rzadkie, Boże, jak bardzo rzadkie!

W ostatnich kilkudziesięciu latach miała Pani niewielu poprzedników. Najważniejszy z nich, największy, to bohater mego życia Nelson Mandela. Prawdziwa wielkość człowieczeństwa. 24 lata w ciężkim więzieniu i wyjście z tego więzienia bez kropli nienawiści. Komisja Prawdy i Pojednania i krzesło dla strażnika więziennego, pośród prezydentów i monarchów, na uroczystości inauguracji jego prezydentury. Zatem On. A teraz Pani. Na pewno przy swym niewątpliwie dobrym sercu i światłym umyśle popełniła Pani błąd, otwierając, jakby to powiedzieć, zbyt szeroko wrota dla uchodźców. Ale, Boże, jakbym ja chciał mieć takiego przywódcę kraju jak Pani, kogoś, kto popełnia takie błędy! W imię miłosierdzia. I ludzkiej solidarności.

A nie, jak mój rząd, który wiedząc, jak obcy jeszcze nie tak dawno ratowali niezliczone rzesze mych rodaków, dziś bezwzględnie zamyka granice przed obcymi. Ba, nieformalny przywódca narodu judzi hasłami, które przypominają najgorsze czasy historii Pani narodu i uprawianą wówczas propagandę, przekonując o „zagrożeniu, chorobami, zarazą”. Powtórzę, nie jestem w stanie opisać wstydu, jaki mnie ogarnia. Za mój rząd. I za mych rodaków. Tych, którzy być może uwierzyli w te haniebne brednie.

Na koniec to, o czym jestem przekonany: jest Pani prawdziwym mężem stanu. Niech mi darują feministki, ale nie mogę znaleźć innego sformułowania, jeśli chcą takie znaleźć, niech spróbują. Otóż w tym miejscu chcę wyjaśnić to, co niby oczywiste. Polityk, nawet, powiedzmy, dobry polityk, to ktoś, kto jedynie „gra w tę grę”. Walczy o głosy wyborców. Schlebia im i oczywiście ich oszukuje. Mąż stanu, przede wszystkim, mówi prawdę. Czasem niemile widzianą. I wierzy w to, co mówi.

Przypomnę sławne słowa innego męża stanu Winstona Churchilla: „Ofiaruję wam pot, łzy i krew”. Wiem, że nie jest Pani łatwo, demokracja jest bezwzględna, trzeba zdobywać głosy. Ale ja wiem, że to Pani i tylko Pani jest jedynym w mojej ojczystej Europie mężem stanu. Cóż, liczę na młodego człowieka z Francji, na prezydenta Macrona. Oby nas nie zawiódł. Obyście obydwoje uratowali moją większą ojczyznę (bo ta mniejsza, najbliższa memu sercu, to Polska) Europę.

Pozwoli Pani, że zakończę angielskim zwrotem, bo po polsku tak listów się nie kończy, a ja właśnie tak chciałbym go skończyć: God bless you!

Stanisław Brejdygant – ur. w 1936 r., aktor, reżyser, scenarzysta, pisarz i dramaturg

96px-Stanislaw_Brejdygant
St. Brejdygant (fot. C. Piwowarskiego ze zbiorów Wikimedia Commons)

/Absolwent polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim, wydziału aktorskiego Warszawskiej Szkoły Teatralnej i reżyserii w łódzkiej filmówce. Jako aktor występował na deskach teatrów warszawskich: Narodowego, Powszechnego, Nowego i Dramatycznego a także Teatru Bałtyckiego w Koszalinie, Teatru Polskiego w Poznaniu i Teatru Nowego w Łodzi. Jako reżyser pracował w Teatrze Współczesnym we Wrocławiu i Teatrze Nowym Warszawie. Ma w swoim dorobku role szekspirowskie i w adaptacjach Dostojewskiego, a także w wielu innych. Jako reżyser wystawił m.in. Wiecznego małżonka i Idiotę Dostojewskiego oraz pięć oper (m.in. Damę Pikową Piotra Czajkowskiego). Ma w swoim dorobku kilka filmów, słuchowisk radiowych i widowisk plenerowych.  Jest członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, był członkiem Zarządu Głównego ZASP-u, ZAiKS-u, PEN Clubu, ITI oraz Rady Pisarzy Trzech Mórz. Ojciec aktora Igora Brejdyganta i muzyka Krzysztofa Zalewskiego./

Musical ‘first’ – “Van Duo” premiere

5-IMG_3593
Łukasz Mikołajczyk with Canadian-Polish composer R. Wrzaskala and the author B. Pacak-Gamalski

 

I did write here in Polish already about new Polish musical talent emerging on Vancouver scene, Łukasz Mikolajczyk (pronounced: Lookash Mikolaytchick) in a post from October 25.  So just very briefly an express summary of his bio: Mikajczyk came to Vancouver recently to further his musical studies and concert piano performance  in broad sense of the subject. Almost immediately he become a persona musica in Vancouver entering the very first edition of new Canadian international music festival: 2017 International Music Competition in Vancouver.  Where he came out as … no less than the grand award winner (‘Diamond 1st Prize’) in the piano section of the Competition.  It is worth noting that very recently this young pianist was able to compete in the quarter- finals of the renowned and prestigious International Chopin Competition in Warsaw, Poland, being often called the  Holy Grail of any talented pianist in the world and definitely Chopin’s music interpreters.

Of course – as any young and energetic musical performer he is eager to play almost anytime and anywhere. Hopefully with wise voice trying to temper him a bit and not to fall for the typical traps awaiting many young talents before him. Alas, youth has it’s own privileges and right to make mistakes, ha ha ha.

Very recently I received an invitation from him to attend premiere concert of just formed, new musical duo of him and Serb-born clarinetist,  Marko Ivkovic. It was rather smartly organized in a small, familiar venue of one of the training rooms of Vancouver Music Academy – smartly, for it allowed them to ‘test the waters’ on familiar, not too official grounds.

It is not very often that we do see in classical music a piano and woodwind instrument and even less common a clarinet. Which is too bad, as clarinet makes amazing and interesting sound, a bit rasp one could say. So I was very glad of this ‘instrumental marriage’. They have chosen solo pieces intertwined with duet plays.

23483053_292422307931970_1905774662_o
(from left) Marko Ivkovic and Lukasz Mikolajczyk

 

First was  the Great Polonaise A-flat, op.53, Chopin’s masterpiece and one of his most played composition.  It gives a pianist the ability to woe the audience and show his bravado, showmanship, so to speak. And it is the very composition Lukasz played during the finale of the 2017 Vancouver Music Competition! Obviously he decided to have the audience right on his side from the very beginning, ha ha ha. And the powerful grand Steinway filled every cranny of this old room of the Academy. The charge was done almost in cavalry style and the audience was won! There is, of course, few schools of how to play Chopin. Mostly it oscillates between a more robust and energetic , the other keen on the lyrical aspect of his music. Sometimes it even changes drastically within a lifetime of one player. The perfect example of it was no one else but the ultimate Chopin interpreter, Arthur Rubinstein.  From the dramatic earlier style to later much more demure, lirical.  I think that both are very valid and often it depends on external, in a way independent of soloist own style of play, circumstances. Sometime the atmosphere of the audience, atmosphere ‘of the street’, if I can use the term. I suppose, age of the pianist has something to do with it, too. It saddens me that we no longer have in Vancouver the original concert piano of great Ignatius Paderewski from his concerts in Vancouver at the turn of previous century. For a while it was in Faculty of Music on UBC (at the Cecil House), than confined to same dusty warehouse it was rescued from oblivion and slow death by the Polish Vancouverites and given temporary home at the Polish Consulate. At the end the only viable solution was gifting it to California, to town devoted to the memory of this great pianist where it is today in a local museum and is being still used for concerts. Would love to hear Mikolajczyk playing on this instrument. The funny thing is that the very Steinway Mikolajczyk was playing on was gift to the Academy by professor Lee – the very same musician and pedagogue, who was very instrumental in saving the Paderewski’s piano from slow death at UBC…

The second piece was 1st movement of Johannes Brahms Clarinet Sonata No 2, op. 120. Both soloists complemented each other very well. I was a bit afraid the sound of clarinet could be drown by the powerful piano. Not so. Not even in the second part of the movement, when they play the familiar, recurring subject together in forte. I was later telling Lukasz how that particular fragment almost simultaneously forced me to thing of much later music of Gershwin – there is a certain cacophony of sounds (both in clarinet and piano) in Gershwin compositions (“American in Paris” as a prime example) that evokes the echos of Brahms sonata. In nature nothing passes without leaving a mark. And so in culture, especially in culture …

The Prelude for solo Clarinet by Krzysztof Penderecki, another giant of contemporary music, gave an opportunity to show his mastery to Marko. The young Serbian soloist came out of it with flying colours (or sounds, more appropriately). This prelude is not particularly easy piece. As most of Penderecki’s compositions. And yet, the player kept our attention intakt and under control. And was able to produce notes and sounds we were surprise to hear.

The next composition was own work of Marko Ivkovic, played very nicely on an electric organs by young master of the keyboard, Lukasz Mikolajczyk. What a sweet composition, the one from the onomatopoeic variety, where musical notes mirror nature’s sounds. Ivkovic called it “Vancouver Rain Drops”.  And, again the brain always doing it’s own, independent from mind, research – I was listening to it and at the same time comparing it to “Claire de lune” (famous movement form Suite bergamasque) by Debussy.

23483171_292423337931867_973305600_o
author and Marko Ivkovic

Later I inquired about some similarities of these two compositions (more in spirit than formally) and to his (not mine, ha ha ha) surprise, Marko recalled that he was working on Debussy just about the same time he composed his “Vancouver rain drops’.  After we left the concert – the rain drops truly gave us a typical Vancouver shower, true to norm…

The last formal piece was ‘Fantasie for clarinet solo’ by Jorg Widman.

And this was the end. But we (the audience) would have none of it. We wanted more of this talented and energetic duo. And they obliged. With a wonderful rendition of none other than George Gershwin. They couldn’t have chosen more appropriate piece for the biss. After difficult and intellectual/philosophical Penderecki – Gershwin is like a glass of cool, refreshing Chardonnay! Now I wan to listen to them again and perhaps a small, limited edition of CD? Sometime it is nice to listen to good music not only in concert halls, but solo, by one’s own fireplace. With a glass of cool chardonnay in hand, of course…

 

 

 

 

 

An Ordinary Citizen

Few weeks ago a tragic event happened in the very center of Warsaw. A middle aged, ordinary person, not known to really anyone outside of his family and friends set himself ablaze as a protest against the government policies. But, having spent a lot of time thinking about it and analyzing his letter left at the scene I came to the conclusion, that that letter and his action represent much more than just a political act. Just a political albeit tragic, protest.  This might explain to some of my English-speaking friends my preoccupation recently with certain events. I was moved by it very powerfully and it had strong effect on my emotional and intellectual psyche. Still do. It speaks volumes on one’s ability or inability to deal with things in life that are so overwhelming that you feel totally defenseless, void of any hope for the future. We always accepted that deep personal emotion (love, friendship, betrayal, addiction, rejection, bullying) can push us to actions like that- but this was different. It arose from the feeling of state, political actions that were profoundly opposing to your own moral compass, your own sense of minimum justice, ethics, sense of goodness versus evil, right versus wrong. Not even economical at all. And so, tragic on an ancient, Greek scale of personal heroism, decision was taken. I call it ‘heroic’ for it did not involve any violence against the state, the government side. That would be an ideological terrorism.

His, chosen by himself, moniker (‘Szary Obywatel’ in Polish) should be translated not literally but in a sense that it represents in Polish: ‘Ordinary citizen’ . It sums up an overwhelming feeling of rejection of morally askewed reality. He was not a political activist by any stretch of imagination. The democratic opposition in Poland or large part of it, does not seem to understand the depth of such despair, either (the Government, of course, is not able to understand the profound power of such statement) – the grievances against the government are just the surface of the tragedy.

The true despair lies in the soul of his nation. The dark part of it, the egotistic, chauvinistic part of that soul. The, let say it loudly, ‘American’ type of ‘patriotism. ‘American first’ ideology was pervasive in Polish history for long time (of course, we called it ‘Poland first’ as we tend to believe that all things ‘Polish’ must be first). It is rooted in in our history of a state and nation edged between two very opposing civilizations: Western and Eastern , therefore a need to be a ‘guardian’ of sort of the dangers facing the Western (Occidental) set of values versus the Eastern (Oriental) set. But Polish values in that conflict were also mired in a very strong believe that it included (or is based on) a messianistic adherence to the Roman Catholicism dominancy. The great Reformation movement never really took a deep root in Poland. From ideas like that is a very short distance to feelings of being unique, special. Exactly the feeling of a mission of a lone Guardian.

556px-Poland_1634-1660_map
Polish Commonwealth in XVII centry – a huge multinational state stretching from Baltic to Black Sea

Yet, there was always (and growing over time) strong opposition to such a strange and confined values. An opposition that believes that the world evolves, that different set of cultures and values do not need to be in a constant battle, deathly struggle. That living in harmony is possible. And that humanism extends to all – not only to your own. Modern Poland is a ‘child’ of many traditions, multiple parents, so to speak. The most recent one was of course that of a Polish People Republic, a Soviet-dominated quasi sovereign state in very unfamiliar international borders. Poland, for the first time really in history, was confined more or less to ethnic borders. Hence was removed from all problems and blessings of co-existing with other cultures.  Not on a serious scale anyway. It resembled very little the 1st Republic of Polish-Lithuanian Commonwealth that for hundreds of years, since the Jagiellonian dynasty that begun in XV century, formed the essence of Polish state and it’s values. By the end of XVIII century Poland lost its independence for over a hundred years. To be re-born from the ashes of I World War in 1918. But what lead to the re-establishment of 2nd Polish Republic was of paramount importance. It was the deadly battle for the shape and soul of the nation and it’s state.

On one side was the grand idea of Jozef Pilsudski – the almost mythical hero of Polish independence, who imagined new Poland as a multi-national federacy of former parts of the old 1st Republic, the continuation of the old Jagiellonian idea. On the other side, the father of strictly ethnically Polish state, Roman Dmowski and his movement of Greater Poland (Wielka Polska).

These two ideas could not be further apart. Although, politically speaking, Pilsudski, at least for his lifetime, came out victorious (by large part because he was very skilled military strategist and did command the military forces and was highly respected on international scene) – his victory for restoring Jagiellonian state failed.  For two main reasons: Ukrainians and Lithuanians did not want to be part of renewed Polish Commonwealth and the Dmowskis’s Polish nationalists, supported strongly by the Church hierarchy, did everything possible not to allow it to happened. Jagiellonian ideas and state would never allow them to achieve superiority and uncontested power. They would much rather give up thousands of square kilometers of old Polish state territory than allow for a multinational federacy. The fait accompli was achieved after great and total Polish victory in the Polish-Soviet War of 1920 (of which Pilsudski was the main architect) – the Peace Treaty  was negotiated from Polish side by Stanislaw Grabski, very skilled politician. But a fervent believer in Dmowski, not Pilsudski ideas. To the astonishment of the defeated party, the Soviets – Polish delegation gave them huge swaths of land on Polish eastern frontiers.

Rzeczpospolita_1922
II Republic, 1918-1945

Poland become by a large margins an ethnically Polish state. First time since medieval times, when nationality was really not an important concept at all. There were relatively big pockets of national minorities  (today’s most western Ukraine , Belarus and Wilno district of Lithuania), a bit of spread German minority and relatively large Jewish population. But none of them could compete for political dominance or importance against huge majority of ethnic Poles. Hence the true long term victory belonged to the Grater Poland movement. Not total, but a measured one.  The rest was done due the infamous Yalta and Potsdam agreements by end of 2nd World War that for all practical reasons confined Poland to strictly ethnic borders, with the exception of old Prussian state in northern Poland (presently Masuria region). That part was ethnically cleansed right at the end of the war by both German and Polish forces and consequently re-populated by ethnic Poles, often escaping the Soviet clutches in the lost Polish territory on the eastern side.

Yet the dreams of progressive, open to the world and not inward looking Poland did not die. Many Poles felt confined and suffocating in ‘one nation, one faith, one ruler’ concept. And wish to re-join the rest of Western Europe – the one we, as a ‘Guardian’, defended for so long in the old times. That posed a new hope. It got a huge boost when Poland was accepted as a full member of European Union. If we can’t have a Jagiellonian, multinational Poland than why not join a Union that is based one very similar pillars – a federacy of equals based on common goals and rules. It looked for a while that Pilsudski’s concept , decades after his death, was reborn in new form. But the nationalistic, paternalistic and bordering on fascist ideology (not Hitlerism – there is a long stretch between European fascism and it’s extreme end, Nazism) of Greater Poland did not give up. Due to many mistakes and lack of steadfastness of former center-right liberal government the last election was won by populist Law and Justice Party. That party, although not ideologically part of some grand coalition of Greater Poland – attached itself to many slogans of the nationalistic movement of Roman Dmowski. And the fruits of permanently loosing Polish Jagiellonian legacy in that infamous Polish-Soviet Peace Treaty of 1921,  become very visible. Open, multicultural, progressive Europe scared many Poles. It wasn’t romantic Paris of XIX and early XX century, it wasn’t Italy attached as an obedient child to Vatican. It was a Union of mostly nation-states but very much open to multiculturalism, to immigration, equal rights for minorities of all sorts: ethnic, religious, sexual, gender-based. More or less it was a Union of modern, XXI century democracy. They had time to build it and get used to it in the past 70 years since the end of the 2nd World War. Poland did not. And it scared many of them. Many Poles felt better in their mythical role as a Guardian of Europe, of the West. When you are a guard of the fortress, you cannot allow yourself the delicacies of an ordinary citizen – you are a soldier who must be disciplined. It was just sad that … Europe no longer needed such a devout guard.  Europe was doing rather fine without a fortress of tall walls. But we, Poles, knew better than Europe what Europe needed! Africa is for Africans, Asia for Asians and Europe for Europeans.  White and Catholic. Never you mind the Lutherans and other Protestants or silly Anglicans. Of course, one day they will come back to the Mother Church. It has been only 500 years – that’s nothing in the face of eternity! LOL.

It might sound silly at the end of previous paragraph. But it is not. It is very crude and simplistic generalization of today’s Polish society – but a true one, nonetheless. It is very tribal at its core, still enslaved by the chains of it’s painful history, still unsure of it’s own inner strength.  And – in a country where history plays such an important role in everyday life – very ahistorical.

Not to continue and changing it into a long essay: the “Ordinary Citizen’, who set himself ablaze in Warsaw could not live any longer in a country that rejects these lofty, humanistic ideas of coexistence. He was tired of being forced to be a guardian. And therefore his conflict, the essence of it, was not solely with the current, chauvinistic populist government. Governments come and go. It was with his countrymen. With his nation. I am neither sure nor know if he spent much time thinking of differences between concepts of Pilsudski or Dmowski for Poland. But I am certain that these two conflicting concepts lay at the very base of Polish society problems today. The difference of remaining oneself while fully respecting the ‘otherness’ of different opinions and rights and being just a soldier, a guard, who simply follows orders.   And that’s why it was so profound. So heroic on an ancient Greek scale. And so terribly sad, chilling to the core.

ZADUSZKI

by: Bogumił Pacak-Gamalski

Dzień Zaduszny, Wszystkich Świętych mają w Polsce wymiar głównie indywidualny, rodzinny. Jedziemy na groby najbliższych, wspominamy ich, zapalamy ‘lampkę pamieci’, kładziemy gałązke zielonego jedliwia, kwiat chryzantemy.  Często spotykamy się przy grobach z rodzina bliższa i dalszą, która też odwiedzić mogiłę przyjechała.

Często zdarza się, że część domowników, na ogól Tata lub Mama nie idą z nami na cmentarz pobliski a wyjeżdżają do innych miast, wsi daleko położonych by tam w imieniu rodziny ten gest pamięci spełnić. Taką rolę w naszej rodzinie pełnił mój Tata i jego brat – rodzina była rozrzucona po całym kraju, groby też – efekt wojennych tułaczek i repatriacji powojennych: groby w Warszawie, Toruniu, Nidzicy, Brodnicy, Szczecinie, Sławnie koło Słupska, Gdańsku, Bydgoszczy …

Ale są też inne groby lub miejsca śmierci, które odwiedzamy. Specjalne. Nie rodzinne a ważne, bliskie. Bez namawiania, bez organizacji – z potrzeby serca. To groby w nekropoliach narodowych: na Wawelu, na Powązkach, na Rakowcu krakowskim, na Rossie w Wilnie, cmentarzu Orląt Lwowskich i Łyczakowskim we Lwowie. Czujemy potrzebę refleksji w tych miejscach. W latach młodości warszawskiej każdego listopada i sierpnia dla mnie takim miejscem szczególnym była tablica u wylotu ul. Miodowej lub grób na Powązkach nie generała, wielkiego dowódcy, prezydenta, premiera.  Miejsce, gdzie zginął i gdzie jest pochowany młody chłopak de facto. Tak, zginął jako żołnierz  ale przecież żołnierzem żadnym wielkim nie był. Tak potoczyły się losy. Był poetą.  640px-Tablica_Krzysztof_Kamil_Baczyński_pałac_Blanka_01

Krzysztof_Kamil_Baczynski_grave

 

 

 

 

 

Krzysztof Kamil Baczyński. I choć od lat już tylu mieszkam na innym kontynencie – tego dnia zawsze go wspominam, jak kogoś bliskiego.

Są też jeszcze inne, specjalne groby – mogiły po lasach, często bez nazwisk. Własnie te osoby, znane z nazwiska czy nie – ale nie wielcy przywódcy są nam szczególnie bliscy. Bo jakimś gestem, tragicznym na ogół, w momencie śmierci zrobili coś, co utożsamiało nas z nimi. Stali się w tej chwili strasznej, jakby naszym alter ego. Do tych postaci, takich “żołnierzy nieznanych’ de facto, ‘żołnierzy tragicznego momentu’ i w ledwie dni klika przez Dniem Zadusznym dołączył dziś Piotr S. Szary Obywatel. Nie żołnierz. Nie polityk. Nie działacz. Autentycznie szary obywatel. I o nim też nie zapomniano. W tej ciszy nad tym smutnym miejscem na Placu Defilad w Warszawie podajmy sobie dziś wszyscy ręce. Ręce gotowe do narodowej zgody. Do rozmawiania, jak sąsiad z sąsiadem. A drobe świetliki płomieni lampek wotywnych niech nam drogę do tych rozmów wyznaczą.

(zdjęcia poniżej z Placu Defilad 1 listopada 2017 i z St. Catherines w Ontario tego samego dnia)

Piotr S., ‘Szary Obywatel’, nie żyje

Kiedy w Gdańsku, w 1980 roku, odsłaniano pomnik ,Poległych Stoczniowców 1970′ na jednej z tablic z brązu umieszczono fragment wiersza Miłosza “Który skrzywdziłeś”. Do potocznej polszczyzny wszedł dzięki temu kolejny powszechnie używany i rozumiany zwrot ze stronic literatury polskiej: “poeta pamięta”. Poeta, w tym wypadku jasno rozumiany, jako symbol narodu, społeczeństwa, ma za zadanie utrwalenie dla przyszłych pokoleń prawdy, jest jakby niewidzialną kamerą ludzi, która rejestruje nie tylko wielkie ale i drobne wydarzenia. Ostrzega butnego Władcę, że nie będa czyny zapomniane. I ofiary tych czynów.

Tragiczne samospalenie na Placu Defilad człowieka, dziś znanego powszechnie pod mianem ‘Szarego Obywatela’, było wstrząsem dla tysięcy Polaków. Coś jakby się bezgłośnie i bez wielkich manifestacji przebudziło, coś chrząsnęło w narodowym sumieniu. Pamięci tego Obywatela poświęcam ten wiersz napisany nocą, kilka godzin po Jego śmierci.

Obywatelowi P.

Oto płonie pochodnia człowieka.

Czerwone ogniki w sino-czarnej

aurze dymu zapalają się

i gasną na przemian w krzyku.

 

Neron w złoconej tunice gra

na lirze i śpiewa pieśń okrutną,

bezbożną, bezludzką – fałszuje.

Rzymianie stają zastygli, milczą.

 

Nie klaszczą cezarowi, jak dotąd

robili, gdy na taras wychodził.

Tym razem nie płonął niewolnik,

jeniec – płonął wolny obywatel.

Rzymianin. Nie oskarżony o nic

i nie skazany za zbrodnie przeciw.

Pomruk groźny pełznie pod Kapitol:

Niegodny Cezarze, Rzym się budzi!

 

Bogumił Pacak-Gamalski, Vancouver, 29.X.17

Październik był muzyczny w Vancouverze

by: Bogumił Pacak-Gamalski

Zaczęło się Galowym Koncertem  pierwszego w Vancouverze Międzynarodowego Konkursu Muzycznego (2017 International Music Competition). Konkurs ma trzy kategorie: fortepianu, skrzypiec i wokalną. W klasie fortepianu pierwsze miejsce (Diamond 1st Prize) zdobył młody pianista z Polski, Łukasz Mikołajczyk. W klasie skrzypiec zwycięzcą był Takumi Taguchi reprezentujący USA i Japonię; w klasie wokalnej mezzo-soprano Yeeun Lee z Południowej Korei. Dla ciekawostki warto zaznaczyć, że laureatka 1 miejsca  w kategorii ‘cash prize’, Tiffany Yeung z Kanady grała Poloneza Wieniawskiego z Koncertu Skrzypcowego D-dur.

img_0487
Koncert Galowy 2017 VIMC. Przy fortepianie Ł. Mikołajczyk

Pianista na koncercie Galowym wykonał Poloneza A-dur, op 53 Fryderyka Chopina. Dojrzałość muzyczna pianista i jego skala poziomu technicznego gry spotkała się z zasłużonym uznaniem Jury i publiczności. Co dziwić nikogo nie powinno, choćby z tego ‘drobiazgu’, że Łukasz jest ćwierćfinalistą ostatniego Konkursu Szopenowskiego w Warszawie. Drobiazg, prawda?  Nie bez kozery określanego, jako najtrudniejszy konkurs muzyki Chopina na świecie … . Nasze gratulacje dla pana Łukasza.

Nazwisko to będzie jeszcze w tym tekście kilkakrotnie powtarzane. A podejrzewam, że nie raz w przyszłości, gdyż Łukasz nie stroni od Polonii w Lower Mainland, czego dał już, w tak krótkim okresie pobytu, kilkakrotnie dowód.

14 października 2017,  Vancouver Chopin Society zaprezentowało  w sali koncertowej Vancouver Playhouse fantastyczny zespół muzyczny Marii Pomianowskiej z Warszawy.

Maria Pomianowska, profesor w Krakowskiej Akademii Muzycznej i solistka starych polskich instrumentów muzycznych przygotowała nie lada ucztę i niespodziankę muzyczną dla słuchaczy. Postanowiła przybliżyć nam genezę i źródła natchnienia  muzycznego Chopina. I zrobić to nie tyle stylizowaną współczesną wersją muzyki ludowej (mazurków, kujawiaków, oberków, chodzonych) do jakiej jesteśmy przyzwyczajeni, ile muzyką taką, jaka najprawdopodobniej grana była za jego dzieciństwa i wczesnej młodości w Polsce. I na instrumentach, jakie wówczas były używane. A nie wszystkie nawet do czasów naszych przetrwały. Swoją godną mnisiej cierpliwości pracą i badaniami dokumentów historyczno-etnograficznych odtworzyła te instrumenty i znalazła mistrzów lutników, którzy na nowo przywrócili je do życia.  Jednym z tych instrumentów była przecudownie brzmiąca ‘suka biłgorajska’, na której grały Maria Pomianowska i Aleksandra Kauf. Paweł Betley grał na duduku i flecie drewnianym, Hubert Giziewski na akordeonie, Patrycja Napierała na bębnach (perkusja) a świetny muzyk jazzowy (soul), Gwidon Cybulski zachwycał nas śpiewem, harmonijką, balafonem i digeridoo.  Ach – i naturalnie djembe (nie będę tłumaczyć – ale brzmiał bardzo fajnie, ha ha ha). Na fortepianie akompaniował … Łukasz Mikołajski. No właśnie, mówiłem, że jeszcze z nim się tu spotkamy.

To było oryginalne i ciekawe, aliści (jakby mistrz recenzji muzycznych Waldorf, ongiś powiedział) nie zaskakujące. Przenieśliśmy się w świat muzyki, która fascynowała młodego Fryderyka w Polsce.

IMG_3504
(Kapeli M. Pomianowskiej (pierwsza z prawej) nastrój muzyki tamtych lat wspomagali odtworzyć tancerze lokalnego zespołu “Polonez” z Vancouver)

Niespodzianka czekała nas po przerwie. Chopin na pięciu kontynentach. Profesor Pomianowska (tu już odezwała się silnie badacz muzyki, naukowiec) założyła, że jeżeli tak silny wpływ na Chopina miała muzyka ludowa w Polsce to niewątpliwie nie można odrzucić, że w tej muzyce przetrwały też elementy muzyki azjatyckiej z czasów najazdów tatarskich, mongolskich. Badacz łatwo odnaleźć może echa tej muzyki w muzyce ludowej. A co by się stało, gdyby Chopin żył w latach współczesnych? Gdyby, mieszkając w Paryżu – ostatecznie ciągle ważnym centrum kultury światowej (nie tylko francuskiej czy nawet europejskiej) – słuchał na przykład muzyki afrykańskiej, południowo-amerykańskiej, z innych regionów Azji? Czyż nie byłby nią zafascynowany, czy jest poza prawdopodobieństwem, że mógłby pod wpływem muzyki folklorystycznej gdzieś z Afryki skomponować utwór, który by zachował jej ducha, rytm, melodię?

I w taki własnie świat muzycznych peregrynacji nas Maria Pomianowska poprowadziła. Tym razem przy, bardzo wzbogacającym muzyczne doświadczenie, udziale Canada West Chamber Orchestra pod dyrekcją Kena Hsieha. Była to podróż niesamowita. Kiedy słuchałem zapowiedzi tej części programu – przyznaję, że opanowały mnie wątpliwości. Ileż to już razy słuchałem nadmiernych udziwnień muzycznych, które poza arte pro arte nic nie wnosiły i niczemu po prawdzie nie służyły. Maria Pomianowska przygotowując aranżacje muzyki Chopina do charakterystycznych rytmów wybranych regionów świata przekonała mnie do swego pomysłu w stu procentach. Fantastyczne widowisko muzyczne, z udziałem tancerzy, solistów oryginalnych instrumentów z danego kraju a nawet wokalisty throat singer. Jaką przyjemnością było odnajdywać echa znajomych kompozycji Chopina w rytmach afrykańskich, iberyjskich i południowo-amerykańskich, perskich, z głębokiej Syberii! Publiczność była tym wyraźnie zachwycona.

 

I pomyśleć, że gdy wchodziłem do Playhouse, z pewną zazdrością patrzyłem na długą kolejkę obok na “Turandota” w Queen Elizabeth Theatre … Chopina wszak tak często się słucha a “Turandota” nie oglądałem od parudziesięciu lat! Tylko gdybym uległ sentymentowi – to pewnie nigdy w życiu bym takiej wersji muzyki Chopina i takiego ‘muzycznego wykładu’ o jego twórczości nigdy nie zobaczył. Ze szkodą dla siebie. Marii Pomianowskiej, jej muzykom i gościom muzycznym z Vancouver jestem ogromnie wdzięczny za ten wieczór. A Vancouver Chopin Society oklaski za odnalezienie tej perełki muzycznej i udostępnienie jej słuchaczom nad Pacyfikiem.

Ledwie cztery dni później miałem znowu przyjemność słuchać Mikołajczyka i odbyć serdeczną rozmowę z kompozytorem Ryszardem Wrzaskałą. Tym razem dzięki przemiłemu wieczorowi muzycznemu w restauracji ‘Rodos’, za sprawa organizatora, Jana Sowińskiego. Fortepian, muzyka klasyczna i lżejsza (utwory wokalne Ryszarda Wrzaskały), znajomi od dawna nie widziani. Rzecz cała pomyślana właśnie, jako hołd i podziękowanie dla naszych muzyków znanych i mniej znanych. Z bogatą , kilkudziesięcioletnią karierą muzyczną (mistrz Ryszard), z krótką a jakże cenną (Łukasz) i początkującą mile (Monika Sowińska, sopran), z udziałem gościa, wokalistki Deany Zhdanowej.

5-IMG_3593
Łukasz Mikołajczyk, Ryszard Wrzaskała, Bogumil Pacak-Gamalski

Powiadają, że muzyka łagodzi obyczaje. Dodam też, że podnosi na duchu.