Koncert w Vancouver laureata ostatniego Międzynarodowego Konkursu im. Fryderyka Chopina w Warszawie w 2025.

Koncert w Vancouver laureata ostatniego Międzynarodowego Konkursu im. Fryderyka Chopina w Warszawie w 2025.

Kiedy w 2025 roku Eric Lu wygrał słynny Warszawski Międzynarodowy Konkurs Pianistyczny im. Fryderyka Chopina, strasznie chciałem usłyszeć go ‘na żywo’. Nic, jakiekolwiek idealne i wyczyszczone nagranie studyjne nie zastąpi bycia na koncercie. To atmosfera i przeżycie jedyne w swoim rodzaju. Słuchacz staje się, bezwiednie poniekąd, ‘częścią’ tego wydarzenia, tej muzycznej epopei.

Ale słuchając jego gry z nagrań właśnie, bardzo mnie zainteresował. Kogokolwiek i cokolwiek nie grał – grał trochę jakby inaczej, były rysy delikatne specyficznego rodzaju interpretacji utworów. Trudno nazwać takiego pianistę ‘dobrym’. Ktoś, kto doszedł już do ćwierćfinału tego Konkursu dobrym być musi. Koniec, kropka – inaczej w ćwierćfinale nie będzie.  O finale nie mówmy, tutaj pojęcie ‘dobry’ brzmi śmiesznie i nie adekwatnie. W finale pianista-interpretator musi uchylić rąbka i ukazać kawałek przynajmniej duszy artysty.

Na I Konkursie w 1927 nie przyznano V i VI miejsca; na XII w 1990 nie przyznano I (!) i powtórzyła się identyczna sytuacja na kolejnym w 1995; w 2005 na XV Konkursie odmówiono przyznania II i V miejsca; w 2010 nie przyznano VI miejsca. W kolejnych trzech Konkursach przyznano wszystkie czołowe nagrody.  I chyba słusznie. Ta ‘tradycja’ nie przyznawania trochę mi się nie podoba. Jeszcze I miejsce mogę zrozumieć – nikt ponad wszystkich się nie wyróżnił, nie był Primus inter pares.   Ale z tej kilkuosobowej grupy, którzy kolejne eliminacje przeszli nie wyłonić kolejnych szczebli finalistów wygląda bardziej na braki porozumienia wśród jurorów, a nie braki muzyczne uczestników. To raczej braki jurorów, które bywają często efektem zbyt nadmuchanego własnego ego.

Natomiast bardzo dobrą tradycją Konkursu jest dobieranie Jury spośród wybitnych światowych pianistów (w olbrzymiej większości), a nie muzykologów i akademików. Bardzo często są to byli finaliści poprzednich konkursów szopenowskich. O ile w latach wcześniejszych w samym składzie sędziowskim (głównie, jako Przewodniczący) zasiadali dyrygenci, teoretycy, muzykolodzy, o tyle od 1985 funkcje te pełnią wyłącznie znani pianiści, na ogół zawsze też finaliści tegoż Konkursu z lat wcześniejszych. Przewodniczącym jest zawsze polski pianista. Poza właśnie tym ostatnim XIX Konkursem, gdy Przewodniczącym był amerykański pianista Garrick Ohlsson. Ohlssona pamiętam do dziś z jego porywającej gry w 1970, a byłem wówczas ledwie początkującym nastolatkiem, smarkaczem w krótkich spodniach, LOL.

Innym wyjątkowym wydarzeniem z prac jury Konkursu, które świetnie pamiętam, był wielki skandal jurorów X Konkursu (1980), którzy usunęli (!) z finału Konkursu świetnego chorwackiego pianistę Ivo Pogorelića. Zwycięzcą tego Konkursu był znany wietnamski pianista Đặng Thái Sơn. Na znak protestu z Jury wycofała się wówczas argentyńska pianistka i wcześniejsza laureatka, wielka Martha Argerich. Lokalną ciekawostką jest, że tenże laureat X Konkursu, Dang Thai Son, mieszka obecnie u nas, w Kanadzie. A Pogorelić zrobił świetną karierę pianistyczną, w czym nagłośnienie tego skandalu X Konkursu niewątpliwie mu pomogło, LOL. Od siebie dodam, że bardzo mi się wówczas te jego interpretacje Chopina podobały. Tak jak masom melomanów wtedy w Polsce (otrzymał specjalną Nagrodę Publiczności).

Ale muzykę miałem wokół siebie w zasadzie od urodzenia. Olbrzymie pianino Steinway’a mieliśmy w głównym pokoju w Toruniu i jako berbeć uwielbiałem się pod nim bawić. Nie mam pojęcia, jak to mojemu dziadkowi Emanuelowi się udało, ale w czasie repatriacji z Wilna fortepian udało się załadować na jedną z furmanek i Sowieci pozwolili go zabrać, choć futra i widoczne kosztowności kradli, jak szaleńcy… .

A dziś koncertowy Steinway, to więcej niż 100 000 dolarów kanadyjskich i biedne Towarzystwo Chopina w Vancouverze[i] prowadzi zbiórkę na zakup własnego, bo w Orpheum[ii] w Vancouverze muszą wypożyczać ich instrument. No, dosyć wspomnień sprzed wielu, wielu laty z Filharmonii Warszawskiej lub sprzed czarno-białego telewizora, przed którym siedzieliśmy z babcią zapisując na karteczkach własne oceny poszczególnych pianistów.

Wracamy do starego Orpheum. Pogoda była podła, a kolejka do wejścia ciągnęła się spory kawałek (teatr przy głównym wejściu ma strasznie małe foyer i dostać się do środka zabiera sporo czasu) – ale warto było każdej zmarzniętej i zmokniętej chwili.  Jednocześnie umożliwiało to spotkane kilku znajomych, czasem chwilkę rozmowy: niezastąpiony Prezes Towarzystwa Chopinowskiego Patrick May, którego zawsze z radością spotykam, Iko Bylicki – menadżer tego Towarzystwa, jakże dla kultury muzycznej Vancouveru zasłużonego. Rozmowa z nimi krótka bardzo, bo jako organizatorzy koncertu naturalnie szalenie są zajęci. Wielką przyjemnością było spotkać starego dobrego znajomego, wychowawcy wielu pokoleń muzyków w Vancouverze, profesora Lee Kum Sing – Pamiętam szereg długich rozmów w korytarzach tej Akademii z tym zacnym pedagogiem młodych muzyków. Teraz właśnie słucham jego nagrania Largo z 3 Koncertu Beethovena i wydaje mi się, że odnajduję podobną subtelność gry, jaką wykazał się młody Eric Lu. Chyba sam się nieco starzeję, bo wolę dziś słuchać ‘muskania’ klawiszy niż puszczenie na klawiaturę tabunu koni …

Ale czas siąść. Czas słuchać muzyki, która zaraz popłynie ze sceny. Właśnie wychodzi na nią młodziutki, szczupły pianista, kłania się publiczności, my go witamy brawami, on siada za fortepianem. Otwiera nieco innymi utworami niż się spodziewałem: dwa nokturny Schuberta, nr 1 f-moll, opus 142 i nr 2 As-dur , opus 142.  Nokturn w f-moll smutny, nostalgiczny – jakby adekwatny do deszczowego spaceru na ten koncert. Ten nokturn ukazuje jasno, jak grać będzie. On te klawisze pieści, muska – one mu czule odpowiadają dźwiękiem. Trochę zaskoczony, że pianista siada na krześle, nie na typowej ławeczce fortepianowej, która zdecydowanie nieco ułatwia używanie wszystkich mięśni, w tym tych wokół kręgosłupa, swobody ramion. Jako, że po nokturnach ławeczkę przystawiono do instrumentu, zachodzi podejrzenie, że zwyczajnie nie mogli jej zwyczajnie za kotarami znaleźć … To głupstwo jednak nieistotne.

Po nokturnach Lu gra jeden z wczesnych polonezów (fis moll, op.44) Fryderyka, skomponowany jeszcze w czasie studiowania w Warszawie. Brzmi w nim nieco modny wówczas styl brillant[iii], który w dojrzalszym okresie paryskim Chopin odrzucił.

Uczta zaczyna się jednak po nokturnach i polonezie – przepiękna, romantyczna Ballada nr.4, f-moll, op.52. To już romantyzm bez ogródek – au revoir barok i klasycyzm. Lu zaczął grać pięknie, delikatnie, dźwięki wyważone, pełne. W całkowitej unii z nogami lekko tylko muskającymi pedały. Nie było tu żadnego wbijania tych pedałów, maksymalnego przedłużania lub wyciszania dźwięku. Muzyka płynęła, jak strumień po łące nad ranem lub o zmierzchu. To ballada dość trudna: wiele tematów muzycznych, zmian tempa. Tą balladą kupił już mnie kompletnie. Słuchaj i to wszystko! Nie wypatruj czy gdzieś zauważalny błąd, zgubienie czegoś – słuchaj sercem a nie rozumem. Więc posłuchałem tej rady na szczęście. Po to w końcu na ten koncert poszedłem – słuchać, marzyć i śnić sen muzyki, a nie po to by ten tekścik pisać. Ale nie napisać nic nie mogłem. Nie mogłem, bo Eric Lu mnie oczarował swym stylem delikatnym, ale nie kruchym, nie słabym. To pianista, który na pewno jeszcze jest u początku swej drogi muzycznej. Wszak artysta, który zdecydowanie ma coś do powiedzenia, coś do przekazania słuchaczom. Nie jest zdecydowanie jednym z wielu dobrych pianistów. Słowo ‘dobry’ w ogóle tu nie pasuje. To artysta, który muzykę kocha, czuje. I to się udziela słuchaczowi. Tego typu spotkania muzyczne wykonawcy i odbiorcy, są zawsze wyjątkowe, są przeżyciem emocjonalnym.

W drugiej części grał jeszcze jednego Poloneza (op.71, nr 2) i Nokturn nr1, op.27. Jednak perłą najczystszej bieli była jego Sonata h-moll, op.58, tworzona z przerwami w Nohant w posiadłości George Sand. Iwaszkiewicz opisał ten moment jego życia przeuroczo w swej znanej sztuce[iv], wielokroć wystawianej i filmowanej.

ad endum:

drodzy i mili rodacy w Vancouverze – wspomóżcie zacne i zasłużone bardzo Towarzystwo Chopina w ich marzeniu zakupu koncertowego fortepianu godnego najlepszych pianistów. Po tylu latach ich pracy, tylu koncertach – warto ten prezent im dać w podzięce. Jeśli ktoś może 10 000 tysięcy – fantastycznie; jeśli ktoś może tylko 10 lub 100 – też fantastycznie. Pamiętacie starą średniowieczną bajkę/legendę polską o wdowim grosiku? Czasem te skromne 10 talarków bardziej wartościowe niż te 1000, bo dane z serca i potrzeby ducha. Lubimy tradycję, lubimy historię polską: więc powtórze za Janem Czarnoleskim w jego „Pieśni o spustoszeniu Podola”: dajmy, a najprzód dajmy! Poniżej podaję link do tej zbiórki. Jest tam oryginalna propozycja ‘kupienia’ jednego (lub więcej) klawiszy tego konkretnego fortepianu. Cena klawisza nie jest olbrzymia, ale nie jest też skromna. Dla skromniejszych darczyńców podaję, że można wpłacić każdy ‘wdowi grosik’ bez używając tych klawiszy a robiąc tradycyjną dotację (zwykły przelew lub czek) – kliknij tutaj : Support | The Vancouver Chopin Society. Dla oryginalnej propozycji zakupu ‘klawisza’ (tu donacja jest ustalona specyficzna ceną) link tutaj: Homepage – The Vancouver Chopin Society


[i] The Vancouver Chopin Society | Live classical music concerts in Vancouver area

[ii] siedziba vankuwerskiej Orkiestry Symfonicznej w stylu ‘północno-amerykańskiego baroku’ – uroczy teatr muzyczny przypominający mi trochę ‘bombonierkę’ toruńskiego Teatru im. W. Horzycy

[iii] Styl brillant – Wikipedia, wolna encyklopedia

[iv] „Lato w Nohant”, Jarosław Iwaszkiewicz, napisana w roku 1935/36

Brahms, Schumann and Beethoven in Vancouver

Brahms, Schumann and Beethoven in Vancouver

How do you begin to write your notes about a concert that three days later you still can’t shake off the emotions you were subjected to? Almost physical blows and assaults of the music onto your soul. A music you know so well and heard numerous times! At least you thought you did … Blows delivered not by some enormous pianist, internationally acclaimed, for many years on best stages of the universe … but by a … boy pianist (of course he is an adult, but only just by a thickness of the paper a musical score is printed on)?! I still struggle to find the right ones to describe to you the experience.

Sufficient to say, it proves that there is no musical score or concert that you can just take your seat among the audience and wait for familiar, soothing experience. For bourgeoisie vanity and eloquence. And thank gods for that.

Sunday, 26 of October in Vancouver Playhouse (Queen Elizabeth Theater) concert of Tony Siqi Yun with music of Johannes Brahms (Theme and Variations in D minor, Op.18b); Robert Schumann (Theme and Variations in E-flat major, Wo0 24 or Ghost Variations); by same composer Symphonic Etudes Op.13; Ludwig van Beethoven (Sonata “Appassionata” No.23 in F minor Op. 57); and Ferruccio Busoni (Berceuse from Elegies BV 249) – of the last composer and music I will not write beyond that point. Because … in was beyond the point to have this music played in that concert, sufficient to say in my arrogant opinion. Obviously not shared by the enormously talented pianist, Tony Siqi Yun.

Thanks to YouTube portal I was able to find Tony playing exactly the same Schumann’s Etudes Op.13. That was recorded from earlier concert elsewhere. You can see the physicality and the energy – trust me, but in in Vancouver it erupted like a volcano.

Did he made any mistakes, omissions? How would I know?! There was not a single second one could pay attention to the score – the pianist consumed you wholly, not letting go for a second.

I remember only once such a wonderful confusion while listening to a pianist. That was very, very long time ago. The year 1980, X International Chopin Festival, biggest piano competition in the world. The pianist was Ivo Pogorelić from Yugoslavia (today Serbia). He was so different than other pianista that the (at that time to the extreme) very conservative Jury did not awarded him any prize (the public did). I remember being taken by Pogorelić very much. Of course a bit jealous, too, LOL – he was exactly my age! But was very glad that great pianist (former finalist of that Competition) Martha Argerich felt the same. To the chagrin of the ultra-orthodox Jan Ekiert, who like many of his generation, saw Chopin more as a monument and Polish patriotic antiquity than the true romantic boy and young man, who had nothing to do with the official portrait/gorset assigned to him.

https://ivopogorelich.com/portfolio/home/: Brahms, Schumann and Beethoven in Vancouver

Muzyczne legendy

Muzyczne legendy

Pamięta jeszcze wielu czasy gigantów klawiatur fortepianowych Artura Rubinsteina i Vladimira Horowitza[i]. Ich niewypowiedzianą, niepotwierdzaną wojnę o palmę pierwszeństwa – zwłaszcza w interpretacji kompozycji Chopina. Sami w sobie byli żywymi legendami muzyki, co wiązało się też z długowiecznością obu pianistów. Zmieniały się generacje słuchaczy, bywalców scen koncertowych – nie zmieniali się tylko ci wielcy pianiści. Horowitz i Rubinstein przetrwali swoją własną publiczność. Całe moje dzieciństwo i wczesna młodość dwa te nazwiska towarzyszyły mojej edukacji muzycznej.  Nawet podsłuchiwane rozmowy starszych w domu, gdzie były jakby częścią rodzinnego leksykonu. Jakichś dwóch odległych wujków z bardzo daleka i bardzo dawna. Lub sąsiadów ciotek i babć z dawnych czasów. Niewątpliwie wzmacniane ad nausea powtarzana anegdotką, jak to brat mojego taty, mój ojciec chrzestny, oglądał i dotykał brylantowe guziki na kamizelce od fraka Rubinsteina w czasie jego koncertu w Filharmonii Warszawskiej. Wuj wówczas grał na skrzypcach w tej Filharmonii i Rubinstein miał się ze śmiechem chwalić tą ekstrawagancją światowej sławy pianisty i pokazywał kamizelkę kolega muzykom.  Naturalnie władał świetnie rodowitym polskim. Nikt wówczas w domu. lub na ulicy nie ośmieliłby się nazwać go pianistą polsko-amerykańskim!  Był polskim pianistą zamieszkującym teraz w Ameryce i koniec, kropka. Naturalnie nikt też nie podkreślał jego żydowskich korzeni … ale to już inna sprawa.

Horovitz pojawił się na moim horyzoncie nieco później, kiedy już sam wybierałem i zawłaszczałem ,muzyczne pokrewieństwa’ lub upodobania.  Szczerze muszę powiedzieć, że jego elokwencja muzyczna i elegancja wypowiadania się do kamer (od których, jak każda gwiazda, nie stronił) zdaje się też przemawiała do mnie bardziej niż trochę staroświecki i nieco bombastyczny sposób wypowiadania się Rubinsteina.

Na moim horyzoncie coraz częściej i gęściej pojawiały się też nazwiska innych słynnych pianistów, polskich i zagranicznych.  Ale nikt już nigdy ich legendzie nie dorównał.

Pisze o tym, bo oto na naszym tutaj, lokalnym ‘podwórku’ w Vancouverze, pojawia się olbrzymia i niepowtarzalna okazja spotkania i pożegnania się ze współczesną legendą fortepianu. Legendą scen koncertowych prawie równie długą, jak jego znamienitych poprzedników.

Za sprawą Vancouver Chopin Society[ii] już 30 maja będzie okazja posłuchać w Christ Church Cathedral na Burrard Street rosyjskiego pianistę światowej sławy, Michaiła Woskriesieńskiego. Dziewięćdziesięcioletni pianista zamyka swoją karierę sceniczną. 

Była równie może imponująca, jak wspomniana wyżej jego wielkich poprzedników. I niepozbawiona akcentów polskich!  Wychowawcą Woskriesieńskiego w Rosji był uczeń innego wielkiego pianisty – Lew Oborin. Kto pamięta nazwisko? Podpowiem – laureat I miejsca na  … Pierwszym Konkursie Szopenowskim w Warszawie w 1927 roku! Jaki świat jest mały, prawda?  Co jeszcze z ‘poloników’? Bo ja wiem, aa! Lidia Grychtołówna – zajął z nią ex quo trzecie miejsce na Międzynarodowym Konkursie Pianistycznym Schumanna w Berlinie w 1956. 

Woskriesieński urodził się w Berdiańsku na Ukrainie w 1935, w rodzinie rosyjskiej. W 1958 ukończył słynne Konserwatorium Muzyczne w Moskwie. Zostaje tam w prestiżowej roli Dziekana Wydziału Pianistycznego. Wychował kilka pokoleń cenionych pianistów. Ale gdy nadszedł rok 2022 i Putin rozpoczął inwazję Ukrainy, Woskresieński nie mógł tego przetrawić. Zdecydował wówczas na opuszczenie Rosji, jako formę protestu politycznego. Nie było to proste. Rosja Putinowska niewiele się różni od Rosji Breżniewa lub nawet Stalina. Wśród licznych swoich uczniów, którzy mieszkali i koncertowali w innych krajach nie znajduje pomocy. W sukurs przyszedł przypadek. Naturalnie tego typu ‘przypadki’ nie stwarzają się same.  Muzycy ze słynnej  Juilliard School of Music kontaktują się z Alanem Fletcherem z Aspen Musical Festival i proszą o zaproszenie pianisty na koncerty –  tak otwierają się powoli drzwi umożliwiające nie tylko emigrację do USA ale i uzyskanie … pozwolenia na pracę. Wydaje się to absurdalne, ale wizytujący artysta nie musi mieć pozwolenia ‘na pracę’, artysta starający się o stały pobyt – musi. Czy jest pianistą czy buchalterem nie ma znaczenia. Biurokracja, jak w każdym kraju, jest ślepa i głucha.

Dla nas dziś nie ma to też znaczenia. Znaczenie mieć będą bez wątpienia czarodziejskie dźwięki pięknej muzyki płynącej do nas spod palców wybitnego, legendarnego pianisty.

Popular English language on-line publication In Vancouver, Createastir, mentions this concert, the pianist and the music that will be performed in an extensive article. It is worth reading and well prepared. Here is the link:

Russian pianist Mikhail Voskresensky is a rebel with a cause — Stir


[i] A. Rubinstein urodził się w 1887, zmarł w 1982; W. Horowitz urodził się w 1903, zmarł w 1989

[ii] The Vancouver Chopin Society | Live classical music concerts in Vancouver area

Chopin w Vancouverze

Chopin w Vancouverze

Od lat bardzo wielu muzyka była zawsze moją pasją. Od dzieciństwa pierwszego chyba, bo jak mogło być inaczej skoro kilkuletni brzdąc bawił się wyśmienicie pod wielkim czarnym skrzydłem koncertowego Bechsteina w naszym dużym pokoju w starej kamienicy toruńskiej? Muzyka była chlebem powszechnym w naszej rodzinie.

Od zawsze chyba. Jeszcze przed odzyskaniem niepodległości w 1918. Dziadek miał pierwsze warsztaty muzyczne jeszcze w Woroneżu przed pierwszą wojną. Potem otworzył je w Brześciu Litewskim, a w latach dwudziestych przeniósł do Wilna. W 1935 był głównym producentem instrumentów dla orkiestr Armii Polskiej, a wówczas orkiestry miały wszystkie półki, nie mówiąc o trębaczach i doboszach w każdym szwadronie kawalerii i batalionie piechoty.

 Z tego mojego dzieciństwa dziadziu był już schorowanym 80-letnim staruszkiem, a ciągle błagano go o strojenie pianin w Radio Polskim w Bydgoszczy, w salach koncertowych Bydgoszczy i Torunia. Brat ojca był świetnym skrzypkiem w Filharmonii Narodowej, potem w Szwecji. Ojciec miał słuch idealny i początkowo grywał w Filharmonii w Bydgoszczy, ale nie chciał się uczyć w Konserwatorium – po gehennie obozu jenieckiego w Kałudze i strasznej ucieczce z tego obozu żadne szkoły go nie interesowały: chciał się bawić i cieszyć życiem. Na końcu muzyka przegrała z innym jego talentem – sztuką wizualną.

Od dzieciństwa późniejszego, w Warszawie moje chodzenie latem na koncerty w Warszawskich Łazienkach, gdzie grały Grychtołówna, Hesse-Bukowska, Czerny-Stefańska. Więc Chopin, naturalnie. Nie mogło być inaczej. To był mój prawie kolega ze szkolnej ławy, tylko trochę taki święty, nietykalny. Mimo to uwielbiany i kochany. Nie wiem, kiedy poznałem już wszystkie jego kompozycje, ale chyba bardzo wcześnie. Trochę jednak byłem dziwakiem – bo mużyka Chopina (a z jego winy bezwzględnie – generalnie muzyka tzw. klasyczna) była dla mnie ważniejsza niż rock&roll a nawet Beatlesi! W wieku kilkunastu lat dla chłopaka, który sam muzykiem nie był i na żadnym instrumencie formalnie grać się nie uczył. OK, byłem dziwakiem, LOL. Mama zaś od tego samego mojego wieku brzdąca, rozkochała mnie w poezji. To dziwactwo też we mnie zostało dziś. I jak tu być normalnym?

Jedyne, co praktycznie dobre, a co z wiekiem przyszło – to umiejętność poznania dobrej gry i dobrej interpretacji muzyki od po prostu formalnego stukania w klawisze lub przeciągania smyczkiem po strunach skrzypiec w muzyce, a dość wybiórcze i czasami może zbyt surowe ocenianie umiejętności literackich tych, którzy za poetów i pisarzy chcą być uznawani. To temat osobny, zostawmy go na boku.

Wróćmy do Szopena  lub Chopina, lub po prostu Frycka. Jak wolicie, go nazywać. Wiem, że nie każdy aż tak był muzycznie ,maltretowany’ od dziecka, jak ja. Ale zarażony wielką atencją i szacunkiem wobec muzyki Fryderyka jest po trochu każdy Polak. Jak świat szeroki i długi, gdziekolwiek mieszkamy. Zwłaszcza właśnie, gdy mieszkamy poza Polska. Bo wtedy, bardziej może jak w Kraju – hasło ‘Chopin’ jest synonimem słowa: patriota. Jak szklanka kwaśnego mleka, jak pajda chleba razowego z masłem, pączek drożdżowy. 

Vancouver to cudowne centrum muzyczne. Uczta dla melomanów i piękne sale koncertowe. Można każdej prawie niedzieli iść i słuchać Bartoka, Mozarta, Bacha, Mahlera, Wagnera i kogokolwiek z gwiazdozbioru muzycznego nie przypomnisz sobie. Ale nie wolno zapomnieć o tym Fryderyku właśnie. Jest rzecz niezmiernie cenna i ważna, jaką tu mamy – Vancouver Chopin Society. Organizacja od tylu już lat wspomagająca i promująca nie tylko samego Chopina  (on sam da się radę obronić), ale całą plejadę pianistów z całego świata, którzy Chopina chcieliby grać na scenach Vancouveru. To bardzo ważne.  Im częściej słuchasz innych muzyków-wykonawców, tym łatwiej zaczynasz doceniać i poznawać różnice stylów, akcentów muzycznych. Atmosfery żywego koncertu. A nic tej atmosfery powtórzyć nie potrafi. Żadna płyta, żadne CD czy inna forma nagrania. Żywy koncert jest niepowtarzalny.

Vancouver Chopin Society i jego niespożyty duch Iko Bylickiego, to instytucja warta gorącego wsparcia, to klejnot społeczności polskiej tutaj. Dyrektorem Artystycznym jest jeden z najbardziej znanych i cenionych pianistów kanadyjskich – Charles Richard-Hamelin;  Sekretarzem Stowarzyszenia jest pani Teresa Bobrowska, a Prezesem czołowa postać muzycznego establishmentu w Vancouverze, Patrick May.

Oto link – zapiszcie gdzieś, zapamiętajcie. A lepiej jeszcze – wejdźcie na stronę i zapiszcie się do otrzymywanie regularnych informacji o koncertach, pianistach. Bardzo serdecznie polecam.

The Vancouver Chopin Society | Live classical music concerts in Vancouver area