Bogumił Pacak-Gamalski
Kamienie są twarde, są zimne. Kamienie to mur odgradzający, zabraniający wstępu. Mur między życiem i śmiercią. Nad murem unosi się w powietrzu przedwieczny, czarnoskrzydły Uriel. Dobry. Mądry. Spolegliwy. Anioł Śmierci, która jest życiem.
Tak, jak ty jesteś moim życiem. Ty jeden będziesz towarzyszem Uriela, gdy stanę przed murem kamiennym, a on, jednym skrzydłem uniesie mnie ponad te kamienie.




Uriel
Zjawiasz się znowu, dawno zapomniany,
nie pamiętam imienia. Twarz, jak we mgle.
Tylko kolor skrzydeł, stalowy blask piór,
dotyk zimny a czuły jednocześnie.
Blisko, mimo że tak często, tak długo
nieobecny. Mój Anioł Śmierci. Piękny.
Najczulszy kochanek ze wszystkich, których
miałem. Z uściskiem bezsłownym, tak słodkim,
powstrzymującym dech w piersiach, pędzące
w galopie pospiesznym serce i myśli
skołatane, gdzieś, ku krawędzi stromej
nad Doliną Ciszy i Spokoju w
dole rozpostartą. Witaj Urielu,
smak ust przenajsłodszych zwiastował cię.
Drżałem, a tyś mnie uspokoił.
Szarpałem się skłócony z bogiem i ludźmi,
a tyś mnie wyciszył, spory załagodził.
Nie opuszczaj już, proszę. Pieszczoty
nie odmawiaj członkom znużonym.
Nieskazitelnym alabastrem skóry
twoich rąk dotknij mojej, zniszczonej
piętnem czasu, pokrytej bliznami
miłości zwycięskich i miłości przegranych.
Ostatnią krople pasji niedopełnionej spij.
I zamknij nieba nade mną, pokryj mgła gęstą
szczyty odległe, horyzonty mórz i nurty rzek.
Daj usnąć wtulonemu w bezpieczną muskulaturę
twojej klatki piersiowej, w objęciach silnych ramion.[1]

I obyś nie zapomniał, obyś nie odmówił Aniołowi Śmierci pomocnego ramienia w przeniesieniu mnie poza ten mur. Tam, do naszego nowego Domu. Tam, gdzie już mnie nigdy nie opuścisz. Gdzie na moment w żadną wycieczkę, żadną podróż bez Ciebie ja już nie wyruszę.
Bo nie ma śmierci pełnej, całkowitej, póki jest pamięć. Śmierć kompletna nastąpić może jedynie, gdy nie będzie nikogo z żywych. Gdy nie będzie życia. Gdzie wszystko będzie na dzień przed primodialnym bagnem[2], oczekującym na iskrę bytności. Więc przed tą iskrą, jest tylko dymiące trującymi oparami bagno, jest chmura niekształtna pyłu kosmicznego pędzącego w otchłań Czarnej Dziury. A możliwe są tylko dwa wykluczające się rezultaty: Nic, które jest śmiercią kompletną lub Supernowa budząca tę iskrę. Gdy już zaistnieje – nie ma odrębnych bytów życia i śmierci. Jest podwójne zaistnienie złączone obrączką pamięci, gdy wszystkim się zdaje, że on gra jeszcze, choćby echo grało tylko[3]. Więc nie ma śmierci, póki jest pamięć życia. Póki jesteśmy w czyjejś pamięci.
Kamienie tęż są żywe. Przyłóż do ucha, wsłuchaj się w bicie ich jąder, ich pędzących elektronów, protonów. Tam skryta jest też pamięć genezy, zaistnienia, iskry. Uriel nie stoi z mieczem płomiennym, jak okrutny Michał na skraju bagna primodialnego.
Wszystko to zresztą, Babycake, może być moja imaginacją. Może nie m nawet Uriela, który ostatecznie Staremu też pomagał w gnębieniu człowieka przy wypędzeniu z Raju. I razem potem odlecieli ku jakiejś nebuli wypełnionej pyłem śmieci kosmicznych. Może moje spotkania były ze szlachetnym i pięknym Saatanelem, jedynym aniołem Życia i Śmierci. Jedynym przyjacielem Człowieka. Wiernym. Tym, który niecność Starego poznał i odwrócił się od niego. A ty we mnie jesteś. Nie wydaje mi się to, nie jestem w malignie. Nawet nasze pasje są żywe w mojej pamięci. Poznaje smak gorącego pocałunku, jaki składałem na twych ustach, gdy trzymałem cię w objęciach w dzikich ostojach Sibald Flats[4], u podnóża Kanaskis. Pamięć jest przechowalnią życia. Nie jest życia cmentarzem.
[1] „Wiatry – Wybór wierszy”, Vancouver, Cambridge Press, 2015. ISBN 978-0-9940986-03; s56
[2] ang. primodial soup; pol. zupa pierwotna – archaiczny okres geologiczny, który dał początek materii organicznej – życiu
[3] parafraza z Księgi IV „Pana Tadeusza” A. Mickiewicza (gra Wojskiego na rogu)
[4] gęsto zalesione, dzikie tereny między szosą #1 (Trans Canada) i Elbow River w Albercie